Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 567 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ropuszki - Aneta Jadowska

Dora Wilk powraca! A wraz z nią jej wesoła kompania bohaterów, których pokochaliście czytając heksalogię. 14 opowiadań ze Świata Thornu. Nie tylko z perspektywy Dory Wilk, ale również innych bohaterów, dotychczas drugoplanowych.

Szalone diablice, zdeprawowane wilki, przesadnie romantyczne bóstwa, niebiańscy włamywacze i wampiry z problemami... To tylko mały wybór tego, z czym musi się mierzyć Dora i jej przyjaciele w opowiadaniach zebranych w tym tomie.

Tę kobietę nuda po prostu omija z daleka. To zaraźliwe!

Opinie o ebooku Ropuszki - Aneta Jadowska

Cytaty z ebooka Ropuszki - Aneta Jadowska

W doskonale skrojonym grafitowym płaszczu, czarnych spodniach i wyglancowanych butach wyglądał jak ambasador elegancji w krainie wyciągniętych T-shirtów i dżinsów przetartych na kolanach. „Przynosimy waszym ludziom pokój, najnowszą kolekcję męskiej odzieży luksusowej i garść szklanych paciorków. Nie przepuśćcie na dziwki i prochy”. –
Stał w progu w pozie ociekającej nonszalancją. Wyglądał jak kłopoty na dwóch nogach. Od ciężkich motocyklowych butów przez czarne dżinsy wytarte na kolanach i trykotową koszulkę po arogancką buźkę i postrzępioną czuprynę. Skórzana uprząż podtrzymująca mu na plecach pochwę z mieczem napinała tkaninę na piersi, więc bez trudu można było przeczytać jego motto na dziś. Brzmiało: „A to peszek...”.

Fragment ebooka Ropuszki - Aneta Jadowska

Złodziej duszBogowie muszą być szaleniZwycięzca bierze wszystkoWszystko zostaje w rodzinieEgzorcyzmy Dory WilkNa wojnie nie ma niewinnychRopuszkiSzamański blues (w przygotowaniu)

Wstęp

Nie znoszę wstępów. Naprawdę. Przez lata pisania prac na uczelni bardziej od wstępów prześladowały mnie tylko streszczenia własnych prac naukowych. A jednak, podobno, nie mogę Wam po prostu narysować osi czasu jak w Marvel Cinematic Universe, by wyjaśnić, które opowiadanie jest przed którą powieścią, które po, a które opowiada o wydarzeniach dziejących się równolegle. Może wydawca widział moje rysunki i uznał, że powinnam zostać przy słowach?

Jestem typem ciekawskim. Lubię wiedzieć, „dlaczego”, „co dalej” i „jak to się skończyło”. To jeden z powodów, dla których piszę serie, a nie pojedyncze powieści. Powoduje mną ciekawość, co wydarzyło się po tym, jak postawiłam ostatnią kropkę w epilogu. Podobną genezę ma spora część opowiadań w tym zbiorku. W powieści nie bardzo można zbaczać z obranej ścieżki fabularnej, a przynajmniej nie na zbyt długo – chyba że się planuje paradować po ulicach Paryża w czarnym golfie i snuć długie monologi o strumieniach świadomości i chwili w bycie. ­Lubię czarny kolor, uliczki Paryża też brzmią świetnie, ale cała reszta sprawia, że powieki robią mi się coraz cięższe. A któż by spał, gdy światła Paryża dookoła...?

Dlatego właśnie napisałam te opowiadania. Postanowiłam poszerzyć świat heksalogii o kilka nowych historii, które niczym niewinne cielęta ofiarne w powieściach musiały zostać zarżnięte albo zredukowane do jednego zdania. Nie wierzycie? Oto przykład: „Leona poznałam dziesięć lat temu. Przyjaźnimy się od tamtego czasu. Sama nie wiem, jak to się stało, że nie wyrzucił mnie z baru pierwszego dnia”. Właśnie tak Dora mogłaby podsumować swoje pierwsze spotkanie z czartem gdzieś w Złodzieju dusz. Ich relacja w powieści jest już ustalona, nie potrzebują dodatkowych słów (no dobra, Leon kilka przemilczał), więc nie było okazji do przywołania całej opowieści. A jest ona urocza. Dziewiętnastoletnia Dora Wilk wchodzi do baru... Przecież to aż się prosi o opowiadanie. Prosiło, prosiło i dostało. Właśnie tym tekstem otwieram Ropuszki – to Szatański pierwiosnek – historia prawdziwa.

Także Po deszczu każdy wilk pachnie mokrym psem i Miłość za grobową deskę są sprzed Złodzieja dusz. Dora kilkakrotnie wspomina w powieściach sprawę sprzed dwóch czy trzech lat – kluczową dla popsucia się jej relacji z toruńskimi wilkami. W Po deszczu... ją opisuję. Brudna, brzydka i wymagająca radykalnych rozwiązań. Bez jej znajomości antagonizmy między Dorą i Brunonem są nieco mniej zrozumiałe, a znów – historia była zbyt złożona, by zawrzeć ją w króciutkiej retrospekcji.

Miłość za grobową deskę to jedno z pogodnych opowiadań – wymóg psychicznej równowagi, jeśli akurat piszę jakiś wyjątkowo ciężki i mroczny kawałek powieści. Pisanie czegoś zabawnego, lżejszego wagowo to świetne antidotum. Katia jest do tego stopnia inna od Dory, że pisanie o niej było ciekawym doświadczeniem, które wkrótce powtórzyłam. Czy mama nie mówiła, żebyś nie bawił się umarłymi? to kolejna odsłona jej przygód. Akcja osadzona jest kilka tygodni po Złodzieju dusz, a czytelnik może się dowiedzieć nieco więcej o magii, jaką włada nasza urocza nekromantka. Fascynuje mnie to, jak wypełniona muzyką jest magia powiązana ze śmiercią. Dotyczy to również Witkaca. Widać śmierć jest melomanką.

Wilk w owczej skórze jest dość ważnym opowiadaniem – to łącznik między Złodziejem dusz a Bogowie muszą być szaleni. Pierwsze śledztwo, w które Dora angażuje się już po przeprowadzce do Thornu. Sprawa, która ustawiła status Dory w Thornie i rozpoczęła jej barw­ną relację z Romanem. Dzięki temu opowiadaniu mogę wreszcie, oprowadzając przyjaciół po Toruniu, pokazać schody koło Pilonu i powiedzieć: „A tu podrzuciłam ciało małej gotki”. To zawsze robi wrażenie.

Szóste opowiadanie z tomu, Nie oceniaj kota po rozmiarze, jest poniekąd prequelem do Wszystko zostaje w rodzinie. W powieści widzimy przybraną córkę Olafa z perspektywy Dory, która jest na nią zwykle wkurzona, przez co nie zawsze oddaje jej sprawiedliwość. W opowiadaniu cofam się trochę w czasie, do początków historii Szelmy i Eryka. Tu ciekawostka: czytelnicy i dziennikarze często pytają mnie, czy wzoruję swoich bohaterów na rzeczywistych postaciach. Nigdy mi się to nie zdarza, tu jednak zrobiłam wyjątek – jest nim właśnie Szelma. Jest imienniczką mojej wiecznie zadziornej i ­chorobliwie odważnej kotki. Gdyby nie była kotem, byłaby dokładnie takim człowiekiem jak bohaterka opowiadania. I też czasami myśli, że jest tygrysem, a wielki wilk, który stoi z tyłu, przyjdzie jej na ratunek. Zdaje się, że to mnie obsadziła w roli wilka, ale z kotami nigdy nic do końca nie wiadomo.

Tytułowe Ropuszki są dla mnie tekstem przełomowym. Właśnie tu po raz pierwszy narratorem jest Witkac. Może gdyby praca nad tym tekstem nie była tak przyjemna, nie zaczęłabym pisać serii Witkacego i nie nadciągałaby właśnie premiera Szamańskiego bluesa. Pod pewnymi względami ten tekst jest łącznikiem między światem Dory Wilk i Piotra Duszyńskiego (tak, Witkacy ma imię i nazwisko!). Dzięki bogom wszelakim Witkacy współpracował i zanim dał głos, nie musiałam przejść żadnych rytuałów uwzględniających spożycie takich czy innych substancji zakazanych. Wciąż jednak, po sześciu tomach pisania z perspektywy Dory, było to całkiem zabawne. Hej, on jest naprawdę facetem niewielu słów!

Ruchome cienie są inne. To mały szkic o Bognie i o tym, co się dzieje w jej głowie od spotkania z Baalem (w piątym tomie, czyli w Egzorcyzmach Dory Wilk), kiedy mleko się rozlało i pewnych rzeczy nie da się cofnąć. Męczyło mnie zostawienie jej w takim zawieszeniu i chciałam odpowiedzieć sobie na pytanie, co musiałoby się stać, by potrafiła się pogodzić z faktem, że istnieje coś więcej niż nauka i racjonalne postrzeganie. Bo że to pogodzenie się było jej potrzebne, uważałam za pewnik. Jak by powiedziała Dora – wyparcie jest wskazane w ostatnim dniu ciąży, w każdej innej sytuacji nie wychodzi na dobre.

Wielu z was zapewne zauważyło, że Miron i Joshua nie towarzyszyli Dorze w poszukiwaniach Varga w Na wojnie nie ma niewinnych. Mieli swoje nie mniej ważne sprawy. Nie ma dymu bez ognia przedstawia te właśnie wydarzenia. Miron przejmuje stery i raczy nas swoją opowieścią, nie stroniąc od sarkazmu, a Joshua w bólach dorasta i uczy się, że odpowiedzialność ma jasne i ciemne strony. Znów – gdybym wcisnęła te wydarzenia do szóstego tomu, byłyby potraktowane nieco po macoszemu. A poza tym byłyby przedstawione z perspektywy Dory, a uznałam, że to bohaterowie tej opowieści powinni mieć głos. Joshua był zbyt roztrzęsiony, by o tym opowiadać, ale Miron sobie poradził.

Ostatnie pięć opowiadań ze zbioru na linii czasu w świecie Dory Wilk osadzone są już po Na wojnie nie ma niewinnych. Wracam do moich ulubionych bohaterów, między innymi Romana (Trup w szafie), Gabriela i Asa (Pióro Wieczne), Borysa (Czysta robota po brudnej robocie), i wymyślam im życie po wszystkich tych aferach, które wypełniały sześć tomów. Zwykle to nowe życie też obfituje w przygody i rozrywki, ale widać niektórzy tak właśnie mają. Czasami zaś po prostu oddaję się prokrastynacji i wymyślam opowiadanko, w którym będę mogła się pośmiać z pelerynek superbohaterów (Burza w szklance grogu) – bo czasami po prostu trzeba.

Oddając ten tom w Wasze ręce, mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić. Dziękuję za wspólną przygodę z panną Wilk. Na tę chwilę to już koniec. Czy wykluczam powrót? Z miną Bonda zamieszam swoje martini i odpowiem enigmatycznie: nigdy nie mówię nigdy.

Szatański Pierwiosnek – historia prawdziwa

Jeśli ten dzień mógłby być gorszy, wyobraźni mu brakowało, co jeszcze musiałoby się zdarzyć. Fatum obeszło się z nim kompleksowo, bez dwóch zdań. Lekcja numer jeden: uważaj, co przysięgasz kobiecie, zwłaszcza gdy „dopóki śmierć nas nie rozłączy” oznacza naprawdę cholernie długi okres. Tak plus minus nieskończoność. Jego żona była diablicą. To nie metafora, wiedział o tym, kiedy stawał z nią przed ołtarzem. Faktycznie kłopotliwa była jednak domieszka krwi demona zamętu. Ten drobiazg raczyła zataić przed nim w okresie narzeczeństwa. Raczej spory drobiazg, jeśli chodzi o tajemnice.

Właśnie dlatego bar wyglądał, jak wyglądał. Ślady krwi rozbryzgnięte były na ścianie i blacie, szkło chrzęściło mu pod stopami, a powietrze pachniało lepką mieszaniną alkoholu i soków owocowych. Gości wymiotło zaraz po tym, jak Braga się przemieniła. Tych ­rozsądnych. Pozostałych trzeba było wynieść. Cholera, to nie było dobre dla interesu. Westchnął, uniósł stołek, postawił go na ladzie i zamiótł podłogę. Bar i stołki były dla niego ciut za niskie. Podobnie miotła, więc wciąż nieco zgarbiony zabrał się do sprzątania. Ale jakby zrobił wyposażenie na swój wzrost, klientela miałaby powody do narzekania. Mierzył dwieście trzydzieści centymetrów i ważył jakieś sto pięćdziesiąt kilo.

Ale teraz nie czuł się wielkim jak głaz czartem, bohaterem, generałem piekielnej armii w stanie spoczynku. Przysiadł na jednym z krzeseł i oparł czoło o zwinięte w pięści dłonie. To nie mogło tak trwać w nieskończoność, ale nie wiedział, jak mogłoby się skończyć. Poza wersją, jaką, zdaje się, zaplanowała Braga – ale w tej wersji ona żywa i bogata buja się po piekle, a on wyciąga kończyny i odchodzi w stronę światła. Właściwie w stronę pełgającego płomienia, ale co tam, detale.

Szafa grająca nagle sobie przypomniała, że ktoś wrzucił do niej monety – widać pęknięcie szyby tylko na jakiś czas sparaliżowało mechanizm. Popłynęły miękkie tony „Heaven Can Wait”. Uśmiechnął się lekko. Na niego z pewnością mogą tam poczekać.

Dziewczyna owinęła się szczelniej wojskową kurtką, bezskutecznie usiłując ochronić się przed wiatrem. Kurtka nie miała podszewki, a listopadowe powietrze pachniało już nadchodzącym śniegiem i mrozem. Od godziny tułała się po okolicy, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Może powinna faktycznie iść do swojej mentorki i poprosić o pomoc, ale nie była w tym zbyt dobra. Nie lubiła prosić. Coś sobie znajdzie. Byleby do rana nie musiała wracać do mieszkania, w którym dwunożny dowód jej porażki cierpiał na poważny atak wzdychawicy i „porozmawiajmy o tym, co jest między nami”. Dźwięki szybkiej gitarowej solówki przykuły jej uwagę. Zatrzymała się przed ciężkimi drzwiami i zadarła głowę, odczytując napis na wiszącym nad nimi neonie. Czerwone rurki mrugały jakby na granicy przepalenia, ale napis był idealnie czytelny: „Szatański Pierwiosnek”, a w tle pełgające płomienie i hasło: „Upadali najtwardsi”. Uśmiechnęła się do siebie. Nie może być źle w miejscu, gdzie słuchają Iron Maiden, prawda? Płomyk zdawał się ogrzewać, choć był tylko rurką wypełnioną gazem. Coś kazało dziewczynie wejść, choć jej mentorka radziła trzymać się z daleka od miejsc, w których gromadzą się magiczni czy piekielnicy. Przynajmniej do czasu, aż będzie w stanie rzucić obronne zaklęcie bez zwalania na siebie sufitu czy podpalania włosów. Jakby zaklęcie było jedyną obroną, jaką miała. Pchnęła ciężkie drzwi i stanęła w progu, niepewna, jak zareagować na to, co zobaczyła.

– Można? – zapytała wielkiego faceta siedzącego w samym środku pobojowiska.

– Właściwie jest zamknięte – powiedział niechętnie.

– Gdyby było, nie dałabym rady wejść, nie? Zimno, że tyłek urywa...

Wzruszył ramionami, wciąż na nią nie patrząc. Podeszła dwa kroki w jego stronę, zbyt ciekawska, by zignorować bałagan wokoło. Mężczyzna miał zgarbione plecy, jakby dźwigał na nich cały świat. Był ogromny i całkowicie nieharmonijny. Twarz o wyrazistych, ale łagodnych rysach, miękkie brązowe włosy opadające na ramiona i sylwetka tura. Z zafascynowaniem spojrzała na jego zaciśnięte dłonie, każda była wielka jak bochen chleba. Dziewczyna nie miała pojęcia, do jakiej rasy ­należał, ale był potężny. Nagle uniósł głowę, jakby wyczuł na sobie jej spojrzenie.

– Co tu jeszcze robisz? – warknął, a ona aż otworzyła usta na widok jego zębów, cieniutkich jak szpileczki i ostrych niczym u tropikalnej rybki.

Zrobiła krok w jego kierunku, tak że dzielił ich tylko blat stolika. Jego uniesiona brew, przecięta na pół małą blizną, sugerowała, że nie oceniał jej zachowania jako przejawiającego ślady rozsądku.

– Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. – Uśmiechnęła się zachęcająco, ściągając z głowy kaptur wojskowej kurtki. Niemal czerwone włosy rozsypały się naelektryzowaną aureolą wokół jej głowy. Odgarnęła je niecierpliwym ruchem.

– Nie jestem zainteresowany takimi usługami – mruknął, wyraźnie wyczuwając w powietrzu zapach wanilii. Ostatnie, czego teraz potrzebował, to romans czy choćby seks z jakąś wiedźmą płodności. Już widział reakcję Bragi.

Zaczerwieniła się, jakby ją uderzył. Przez chwilę oddychała ciężko przez nos, starając się opanować.

– Nie o takich usługach mówiłam, durniu – warknęła w końcu.

– Twój zapach dowodzi czegoś innego – powiedział wprost, odchylając się na krześle i lustrując sylwetkę dziewczyny uważnym spojrzeniem.

Była wysoka – mierzyła jakieś sto osiemdziesiąt centymetrów – i dość zgrabna, co mógł ocenić mimo za dużej o dwa rozmiary męskiej kurtki. Ładna, ruda, jasna, szarooka. Za młoda i za krucha dla niego.

– A ty pachniesz alkoholem, adrenaliną, mirrą i sokiem owocowym. Czy to znaczy, że jesteś popijającym sprzedawcą ananasów ze świątyni sportów ekstremalnych? – warknęła.

Przez chwilę udało mu się zachować powagę – ale tylko przez chwilę. Śmiech rozsadził mu płuca. Sam nie mógł w to uwierzyć, nie pamiętał, kiedy szczerze się śmiał. Na pewno nie przez ostatnie miesiące, po tym jak Braga wróciła po raz kolejny.

– No dobrze, jeden zero dla ciebie, oceniłem cię powierzchownie. Więc jaki masz interes do zaoferowania?

– Pomogę ci tu posprzątać.

– Za?

– Jakiegoś drinka i coś do jedzenia, jeśli masz.

Zmierzył ją spojrzeniem.

– Jesteś pełnoletnia?

– Jasne, mam dwadzieścia pięć lat. – Buńczucznie uniosła podbródek.

Zaśmiał się tylko. Jeśli naprawdę miała więcej niż dwadzieścia lat, gotów był postawić jej butelkę pięćsetletniego Szóstego Kręgu, którą trzymał schowaną na najgorsze czasy (skąd podejrzenie, że jeśli kiedyś ją otworzy i wypije, będzie to miało coś wspólnego z Bragą?).

– Pokaż dowód.

– Jesteśmy w Thornie, nie w Toruniu, nie powinno wystarczyć słowo? – mruknęła.

– Więc powiedz prawdę.

– Dwadzieścia. – Widząc jego pełną zwątpienia minę, skapitulowała: – Dwadzieścia będę mieć za dziewięć miesięcy.

Uśmiechnął się pod nosem. Miał rację, była jeszcze dzieciakiem. Ale zabawnym dzieciakiem.

– Potrzebujesz pracy, pieniędzy?

– A kto nie potrzebuje? Ty za to potrzebujesz pomocy, bo ktoś tu urządził niezły kipisz. Oboje zyskujemy, co ty na to? – Wyciągnęła dłoń w jego stronę. Popatrzył na jej jasne, szczupłe palce, które mógłby zgnieść przez chwilę nieuwagi, ale uścisnął je delikatnie. Zaskoczył go mocny uścisk dziewczyny.

– Czy ty wiesz, kim ja jestem? – zapytał pewien, że zna odpowiedź.

– Na moje oko właścicielem zrujnowanej knajpy, który jednak ma dobry gust muzyczny i świetną pomocnicę? – Uśmiechnęła się szeroko.

Odpowiedział jej uśmiechem, sam się temu dziwiąc. Szybko zakrył zęby, które zwykle przerażały ludzi. Ale ona nie wyglądała na przestraszoną – raczej zaintrygowaną. Przechyliła głowę na bok jak mały ptaszek. Stała na jednej nodze i obutą w glan stopą drapała się po łydce. Znów miał ochotę się zaśmiać.

– Leon, a ty? – przedstawił się krótko, bez wszystkich formalnych tytułów.

– Teodora, Dora właściwie. Mogę o coś zapytać?

– Pytaj.

– Jestem nowa w tym wszystkim... – zawahała się.

– W tym wszystkim?

– No, w magii, alternatywnym świecie i tak dalej. No i nie bardzo wiem, czy to pytanie nie będzie obraźliwe, a Katarzyna mówiła, że mam raczej trzymać buzię na kłódkę, choć wtedy to na pewno niczego bym się nie dowiedziała. – Zaczerpnęła powietrza. – Kim jesteś?

– Właścicielem zrujnowanej knajpy, który jednak ma dobry gust muzyczny i świetną pomocnicę? – odpowiedział przekornie. W głębi ducha musiał przyznać, że obawiał się powiedzieć jej prawdę. Jeśli była nowa, nie wiedziała, że nie powinno jej tu być, że nie powinni rozmawiać. A jego zaczynało cieszyć, że tu jest.

– To na pewno. Ale...

– Pytasz o rasę, tak?

Przytaknęła. Gdyby od dziecka żyła wśród magicznych albo gdyby przeszła pełne szkolenie, pewnie sama by zawęziła krąg podejrzeń, ale dopiero od roku wiedziała, że jest magiczna. Przeszła pierwsze szkolenie w Trójprzymierzu, jednak nie spotkała tam nikogo takiego jak on.

– Jestem piekielnikiem, czartem, żeby być precyzyjnym – powiedział cicho, spodziewając się, że Dora za chwilę ucieknie. Zaczynał się jednak uczyć, że w przypadku tej dziewczyny założenia zwykle się nie sprawdzają. Wytrzeszczyła oczy. Przysunęła sobie krzesło, tak że siedziała teraz tuż przy nim.

– Prawdziwym piekielnikiem? Z piekła?

– Z tego, co wiem, nie ma lewych piekielników.

– Super!

Zaśmiał się i już nawet nie próbował zasłaniać ust. Ta mała była zabawna, a jej entuzjazm – zaraźliwy. I mógł ją sporo kosztować w ich świecie. Tylko niewiedzą Leon tłumaczył to, że nie zapytała, czym się różni czart od czorta. Westchnął. Ktoś jej kiedyś powie i jak wtedy będzie na niego patrzeć?

– Prawdziwy czart! Kto by pomyślał, że będę siedziała w knajpie z czartem! Wszystkie czarty wyglądają tak jak ty?

Zagryzł wargę. Może jednak zdaje sobie sprawę z jego mieszanego dziedzictwa. Nie chciał być traktowany jak dziwadło, już to przerabiał. Od tysiąca lat nikt nie ośmielił się żartować z jego rodziców, z jego włosów, oczu... Dowodów na głupotę jego matki.

Zauważyła tę zmianę nastroju. Wyciągnęła rękę i położyła ją na dłoni Leona. Spojrzał zaskoczony na jej jasne palce na swojej śniadej skórze.

– Hej, powiedziałam coś nie tak? Nie gniewaj się, jestem jeszcze zielona, nie chciałam cię urazić, serio. Nie zawsze wiem, co jest jakąś newralgiczną kwestią. – Na chwilę zamknęła oczy i westchnęła. – Leon, nie gniewaj się, jest za zimno, żebym cieszyła się na myśl o ulicy.

– Nie masz gdzie mieszkać? – zapytał, choć nie powinno go to interesować.

– Mam, tak jakby. Nieważne, przepraszam, jeśli powiedziałam coś nie tak.

– Nie, nie powiedziałaś. Powiedzmy tak: nie ma wielu czartów i z tego, co wiem, wyglądają mniej więcej jak ja.

– Jesteście rzadcy? To tak jak ja. – Uśmiechnęła się szeroko. – Wiesz, że jestem wiedźmą sprzecznych linii? Czad, co? W teorii powinnam dziedziczyć tylko jedną magię, a ja z obu stron dostałam gen recesywny i mam mieszane dziedzictwo. Juliana i Jemioła usiłowały rozgryźć, jak to się mogło wydarzyć, ale wciąż nie wiedzą. Ich zdaniem, to się nie powinno udać. A jednak!

– W teorii to mnie nie powinno być na świecie. Moja matka była czortem, a ojciec, cóż, nie. Stąd ja jestem czartem. Nieczystej krwi czortem.

– Czart brzmi lepiej niż czort. Poza tym jak masz więcej dziedzictwa, sam możesz wybierać, jaki chcesz być. To szansa na obejście determinizmu genetycznego, tak to widzę. Moim zdaniem, zawsze lepiej być kimś wyjątkowym niż kimś zupełnie przeciętnym. Poza tym to, że się tym gryziesz, nie zmieni tego, kim jesteś.

Spojrzał na nią z uwagą, niepewny, czy mówi poważnie. Tak lekko przeszła do porządku dziennego nad czymś, czego nikomu nie mówił z własnej woli, a nikt nie ważył się rzucić mu prawdy w twarz. Prawdy o tym, że jego matka puściła się z pierzastym, aniołem, po którym miał brązowe oczy – nie czerwone, jak przystało na piekielnika – i miękkie brązowe włosy zamiast sztywnej czarnej szczeciny jak ludzie jego matki. W młodości strzygł się do skóry, by nikt tego nie widział. Później zrozumiał, że im bardziej chce coś ukryć, tym bardziej zwraca na to uwagę, więc pozwolił włosom odrosnąć. Cholera, gdyby wiedział, że przyciągnie tym Bragę...

Dora zdjęła kurtkę, odsłaniając granatowe dżinsy i czarny sweter w plecione warkocze. Z przepastnej torby wygrzebała gumkę do włosów i związała je wysoko w koński ogon.

– Zabieramy się do roboty?

Skinął głową. Po godzinie miał prawie pełne wiadro szkła, blaty i podłoga były czyste, nawet rozbryzgi krwi na ścianach zniknęły. Dora stała przed szafą grającą i w skupieniu oglądała popękaną szybkę.

– Mogę spróbować to naprawić – powiedziała.

– Nie trzeba, zadzwonię do serwisu.

– Może tak będzie lepiej – mruknęła – moje zaklęcia jakoś wolą destrukcję niż naprawianie. Niby znam inkantacje naprawiające, ale efekty bywają straszne.

Uśmiechnął się. Tak, pasowało to do niej. Podczas sprzątania przez godzinę opowiadała mu historyjki ze szkolenia – nie wiedział, że można być aż tak narwanym i tyle razy lądować w szpitalu w tak krótkim czasie. Coś ich jednak łączyło. On jako dzieciak też próbował całemu światu coś udowodnić, musiał być najlepszy. Ale nie zwierzył jej się z tego. Wolał milczeć i słuchać. Dziewczyna mówiła prawie cały czas, jej głos wypełniał mu głowę, jakimś sposobem oddalając czarne myśli, które wcześniej dociskały go do podłogi. Ze zdziwieniem uświadomił sobie, że naprawdę polubił tę trzepniętą pannicę i śmieje się przy niej częściej niż przez ostatnie dekady.

– Więc tylko mi powiedz, kto tak zdemolował lokal? – zapytała, przecierając blat stolika szmatką nasączoną mleczkiem do polerowania.

– Moja żona.

Spojrzała na niego, znów przechylając głowę niczym ptaszek.

– Musiała się bardzo... zdenerwować.

– Nie zna umiaru.

Spodziewał się, że komentarze będą obszerniejsze, ale dziewczyna tylko skinęła głową, a przez jej szare tęczówki przemknął jakiś cień.

– Skończone. Teraz obiecane jedzenie – powiedział po wyrzuceniu do śmietnika szczątek rozbitego krzesła.

– I picie – dodała, mrugając szelmowsko.

Zestawił krzesła z baru i wszedł za kontuar, a Dora wdrapała się na wysoki stołek.

– Więc na co masz ochotę? – zapytał.

– Na kanapkę. Obojętnie z czym, pod warunkiem, że to coś nie jest salami ani owocami morza. I... – zaczęła uważnie studiować menu z drinkami – masz duży wybór, może... Grzech Pierworodny albo Siarkę?

Spojrzał na jej jasną twarzyczkę i pokręcił głową. Potrafił wyczuć kłopoty.

– Maleńka, nie mogę ci podać drinka na bazie siarki, szóstego kręgu czy ogni piekielnych – powiedział zdecydowanym tonem.

– Dlaczego? – Naburmuszyła się lekko. – Jestem pełnoletnia, a my, magiczni, nie możemy się upić... Tak mówiła Katarzyna.

– Ludzkimi alkoholami nie możecie, ale to jest woda ognista, dosłownie, alkohol piekielników. Nie upijesz się, skarbie, ty po prostu zaliczysz zgon, kaputt, rozumiesz? A kac męczyłby cię przez tydzień.

– Wtedy wypiłabym Siódmy Dzień. Tu jest napisane, że to klin po sześciu dniach sterania.

– Tylko jeśli jesteś piekielnikiem. Ty cierpiałabyś jeszcze bardziej.

– Więc co, nie mogę nic wypić? – Skrzywiła się lekko, a w jej oczach dostrzegł rozczarowanie.

– Umówmy się, że zrobimy specjalnego drinka na zamówienie, idealnego dla ciebie. Co ty na to?

Przez chwilę wydawało mu się, że nie chwyci przynęty, lecz rozchmurzyła się.

– Ale nie masz na myśli czegoś bezalkoholowego jak dla bambini?

– Nie, możemy zacząć od wódki, ludzkiej, która nie powala słonia samym zapachem.

Skinęła zadowolona.

– I co dalej?

– Co lubisz?

– Nie mam zbyt wielkiego doświadczenia, hurtowe ilości piwa w liceum raczej się nie liczą... Chcę, żeby był trochę słodki, ale nie za bardzo, kolorowy, i żeby nie było za mocno czuć alkoholu, bo każdy ma paskudny smak – wyliczała, odginając palce.

Uśmiechnął się półgębkiem. Większość przychodzących wolała coś, co wykręca gębę i wywołuje drgawki w wątrobie. Zajrzał do szafki pod barem, przesuwając kartony i butelki. Po chwili wynurzył się i nalał do shakera wódki i soków z limonki i kaktusa. Pogrzechotał nim, aż zadzwoniły kostki lodu, i nalał gotową mieszankę do wysokiej szklanki. Na wierzchu położył plaster ogórka, dla świeżego aromatu. Dora uważnie oglądała i wąchała drinka, jakby nieufna, ale spojrzenie miała jasne i podekscytowane. Upiła mały łyk, potem następny i wyszczerzyła się w uśmiechu.

– Rewelacja! Jak go nazwiesz?

– Wymyśl coś. To twój drink.

– Podoba mi się ten kolor, wygląda jak rzekotka drzewna, ale przecież nie nazwę go Żabka. Musi być coś potężniejszego, żeby pasowało do Szatańskiego i tych mrocznych nazw z menu... Smok, nazywa się Smok. – Uśmiechnęła się i upiła kolejny łyk.

Skinął głową. Jakoś czuł, że wielu chętnych prócz niej nie znajdzie na takie cudo. Ale obiecał sobie, że zawsze będzie miał na stanie po kartonie każdego z tych soków.

Zjedli po solidnej kanapce.

– To o co chodzi z tym, że nie chcesz wracać do mieszkania? – zapytał jakby mimochodem.

– Nic ważnego, głupota i tyle.

– Mieszkasz w Thornie?

– W Toruniu. Podobno jestem zbyt niestabilna, żeby na razie mieszkać tu na stałe.

Skinął głową, przeżuwając kolejny kęs.

– Zawsze możesz wpadać tutaj, choćby co wieczór. Przyda mi się mała pomoc.

– Serio? Mogłabym?

Przytaknął. Lubił sprawiać, że się uśmiechała, jakby w środku zapalała jej się stuwatowa żarówka. Nawet jej włosy zdawały się wtedy bardziej płomienne, jakby i one cieszyły się wraz z nią. Jak to się stało, pomyślał, że ta mała znalazła do mnie drogę, o której nie wiedziałem, że istnieje?

Przychodziła co wieczór. Czasem przynosiła ze sobą książki. Czytała w kącie, nie zważając na hałas czy ruch dookoła. Od czasu do czasu przynosiła też noże – ważyła je w dłoniach, czyściła, uczyła się sztuczek. Szybko dowiedział się, że oprócz zwykłych studiów i szkolenia magicznego dziewczyna ma jeszcze treningi aikido, walki wręcz i kick-boxingu – wszystko po to, by ujarzmić jej wojowniczą naturę i dać upust nadmiarowi energii.

– Bez tego parę rzeczy wkoło mnie miało tendencję do wybuchania – powiedziała spokojnie, kiedy zapytał.

Większość bywalców próbowała ją zaczepiać, dopóki nie ustawiła ich kilkoma ciosami w szczękę czy roztrzaskaniem kufla na głowie. Inni ustępowali, kiedy zauważali jego pełne dezaprobaty spojrzenie i dłoń wielkości bochna chleba na ramieniu dziewczyny. Zaadaptowała się do otoczenia zdumiewająco szybko, a on wyczekiwał popołudnia, kiedy przychodziła, wdrapywała się na stołek, zamawiała swoje zielone paskudztwo (jak zawsze na koszt firmy) i zabawiała go opowieściami. Niektóre były tak niesamowite, że podejrzewał ją o fantazjowanie, ale zaklinała się, że nie zmyśla. Sprawdził po cichu niektóre z nich. Wszystkie były prawdziwe. Nie zdradził jej, czego się dowiedział, a mianowicie, że jej osoba budzi dość duże zainteresowanie. Nie chciał jej wystraszyć. Za to dyskretnie rozesłał wici, że mała jest pod jego opieką. O tym też jej nie wspomniał – mogłaby się zdenerwować i unieść dumą, jak typowa nastolatka.

Minął miesiąc, nim Braga wróciła. Wpadła do baru tuż przed zamknięciem. Kilku bywalców natychmiast poderwało się do wyjścia, widząc jej płonące czerwienią oczy i rogi – widomy ślad, że jej demoniczna część jest w rozkwicie i jest wkurzona. Dora, zaczytana w jakimś solidnym tomiszczu, zdawała się Bragi nie zauważyć.

Nie nazwałby awanturą tego, co wydarzyło się chwilę później. Raczej eksplozją. Szkło wybuchało, znacząc podłogę i ściany kroplami niedopitych drinków, stolik stojący najbliżej jego żony poszybował i rozbił się o ścianę. Wściekłość Bragi unosiła przedmioty i ciskała nimi w męża jak w tarczę do darta.

Dopiero huk sprawił, że Dora uniosła głowę znad książki. Zmarszczyła brwi niepewna, co widzi. A widziała tuzin noży zmierzających wprost na Leona, który stał jak skała, nie cofając się nawet o krok. To nie była pierwsza próba sił między małżonkami, a on miał dosyć ustępowania Bradze we wszystkim. Dora wskoczyła na bar, z jej rąk wytrysnęła kula światła, pulsującego błękitem i bielą. Trafiła w kłąb noży i wszystkie wbiły się w ścianę dwa metry od Leona. Upewniła się, że jest cały i zdrowy, i skierowała swoją uwagę na sprawczynię tego zamieszania. Jednym ślizgiem po lśniącym kamiennym blacie znalazła się między Bragą a Leonem i ustawiła między nimi tarczę ochronną. Zwinne ruchy jej palców podpowiedziały mu, że szykuje się do ataku. Nie umknęło mu także, że w nerwach odgięła palec serdeczny i zaklęcie lewitacji zmieniła w zaklęcie podpalające. Nic dziwnego, że jej magia miała tendencję do destrukcji.

Nastoletnia dziewczyna bez strachu mierzyła wściekłym wzrokiem rozszalałą i przeobrażoną diablicę. Energia telekinetyczna napinała tarczę ochronną, kiedy Braga znów usiłowała rzucać w męża ostrymi przedmiotami. W nieładzie opadały na podłogę. Dora była zachwycona, w życiu nie udało jej się zrobić lepszej tarczy ochronnej! Gdybyż Juliana to widziała, jej świadectwo wyglądałoby znacznie lepiej.

Leon przymknął oczy, głęboko poruszony tym, co się stało. Ta mała wiedźma stanęła między nim a atakującą diablicą. Narażała się, by go chronić. To było głupie, nawet bardzo, ale jakieś wzruszenie ścisnęło mu gardło. Ile czasu minęło, kiedy ktoś był gotów cokolwiek dla niego ryzykować?

Wściekłość Bragi rosła, niczym gorący wiatr wypełniała pomieszczenie, sprawiając, że wszystko się trzęsło, a lustro na ścianie zakołysało się i z hukiem spadło na podłogę, uruchamiając klątwę. Bariera ochronna, jak i wszystkie inne zaklęcia w tej sekundzie przestały działać.

– Siedem lat pecha dla ciebie – krzyknęła dziewczyna i uchyliła się, by krzesło, którym cisnęła w nią diablica, nie rozbiło jej głowy. Nie tracąc czasu, odbudowała tarczę, znów osłaniając Leona i siebie przed gniewem Bragi.

– Dość! – wrzasnął czart.

Zwolnił osłony i pozwolił, by jego mroczna, gęsta aura zalała pomieszczenie. W ramach przypomnienia Bradze, z kim ma do czynienia. Nie chciał jej zabijać, ale zrobi to, jeśli będzie musiał. Źrenice diablicy rozszerzyły się gwałtownie. Zrobiła krok do tyłu, potem następny. Ślady płomieni znikały z oczu, rogi przestały być widoczne. Leon spojrzał na dziewczynę, niepewny, jak zareaguje na jego aurę, ale była spokojna i wciąż gotowa podpalić Bragę. Diablica podążyła za jego wzrokiem i ­wyczytała w nim więcej, niż chciał. Rzuciła mściwe spojrzenie nieznajomej, która wciąż siedziała na barze między nią a Leonem.

– Nawet o tym nie myśl, to moja vantia – warknął czart.

Szkarłat wypełzł na policzki Bragi.

– Nie możesz tego zrobić!

– Zrobiłem. Masz coś jeszcze do powiedzenia? Jeśli nie, wynoś się i nie wracaj, dopóki nie nauczysz się nad sobą panować. Nie każ mi donieść o wszystkim Lucowi. Wiesz, że by tego nie pochwalił.

Zacisnęła wargi w bezradnej wściekłości.

– To nie jest moje ostatnie słowo, Leon!

– Na chwilę obecną zdecydowanie tak.

Wyszła. Szkło trzaskało pod jej obcasami. Dora rozejrzała się po barze z niedowierzaniem.

– Ta to rzucanie talerzami doprowadziła do rangi sztuki. O co poszło? – spytała w końcu.

– O to, co zwykle. Różnice nie do pogodzenia – mruknął niechętnie.

Nie miał siły, by komukolwiek opowiadać historię stu lat totalnie poronionego małżeństwa. Może dlatego jeszcze nie wniósł pozwu rozwodowego – musiałby wielokrotnie i przy licznych świadkach opowiadać o upokorzeniu, porażce, pomyłce, katastrofie, czyli o stu latach ze swoją żoną. Dora zorientowała się, że nie ma ochoty o tym mówić, więc zmieniła temat:

– Co to jest vantia?

Wolał, by nie zadała tego pytania. I nie mógł jej powiedzieć prawdy. Właściwie to mógł, ale nie chciał. Spodziewał się jej reakcji, a nie chciał tej dziewczyny do siebie zrazić. Choć jeśli nie wzdrygnęła się nawet na jego aurę, a pochodzenie uważała za atut, to co jeszcze mogło ją zniechęcić? Ta świadomość rozlewała mu się ciepłem w klatce piersiowej. Spojrzał w ciekawskie szare oczy i podał jej wymijającą odpowiedź:

– Taki mały brzdąc jak ty.

Zaśmiała się cicho i usiadła na barze; stopy zakołysały się jak u małej dziewczynki.

– Przy tobie każdy jest małym brzdącem, Leon, jesteś jak góra. – Wykonała szeroki zamach mający jasno obrazować, jaki był ogromny. Na psy piekielne, przy niej miał ochotę szczerzyć się jak dzieciak. – To co, ja biorę miotłę, a ty ścierkę? – Zatarła ręce, jakby faktycznie rwała się do roboty.

– Jasne, a potem cię nakarmię.

Podszedł o krok i oparł się biodrem o bar tuż obok niej. Chciał jej podziękować za to, co zrobiła, nawet jeśli to było bezdennie głupie. Nie spodziewał się, że ktoś będzie się o niego troszczył na tyle, by samemu się narażać. Noże Bragi zraniłyby go, ale uleczyłby się błyskawicznie. Lecz gdyby coś stało się tej małej, byłoby mu naprawdę źle na duszy. Słowa nie chciały mu jednak przejść przez gardło.

Uniósł jej dłoń i ustawił palce we wzór zaklęcia lewitacji.

– Lata – powiedział. Przesunął palec serdeczny we wzór, którego chciała użyć wobec Bragi. – Płonie – dodał.

Przez chwilę spoglądała na swoje palce. Zaczerwieniła się, kiedy dotarło do niej, w czym rzecz.

– Cholerka, na sprzątanie po tym zaklęciu nie wystarczyłby mop.

Uśmiechnął się i nawet przez chwilę nie przyszło mu do głowy, by ukrywać zęby, ostre jak u drapieżnej rybki.

Po deszczu każdy wilk śmierdzi mokrym psem

Telefon w środku nocy nigdy nie wróży nic dobrego: umarł ktoś z rodziny, ktoś inny ma zbyt wiele alkoholu we krwi i pilną potrzebę konwersacji lub jeszcze inny ktoś przypomniał sobie, że biorę kasę za to, by służyć i bronić. Moja szefowa zawsze powtarzała, że policjantem jest się dwadzieścia cztery godziny na dobę. I coś mi mówiło, że to jeden z przypadków, kiedy po raz kolejny miałam się przekonać, że nie żartuje.

– Wilk, słucham – burknęłam.

– Przyjeżdżaj szybko na Bielany, na ostry dyżur.

– Daj spokój, skoro ty tam jesteś, to po co ja? Śpię... – jęknęłam rozdzierająco.

Zignorował to.

– Kolejna dziewczyna, ten sam sprawca, ale ona żyje, rozumiesz?

Usiadłam gwałtownie.

– Żyje?

– A po co bym ci kazał przyjeżdżać na Bielany zamiast do kostnicy?

– Fakt, nie kontaktuję najlepiej. Rozmawiałeś z nią?

– Nie. Chce rozmawiać tylko z tobą.

– To częste w przypadku ofiar gwałtu – mruknęłam, ramieniem dociskając komórkę do ucha, by mieć wolne ręce do wciągania spodni na tyłek.

– Dora, ona nie pyta o jakąś policjantkę, ale konkretnie o ciebie. Nie chce nawet powiedzieć, jak się nazywa. Więc rusz swój chudy tyłek, i to już.

– Będę za kwadrans – zapewniłam.

Na górę piżamy wciągnęłam sweter, a na gołe stopy trampki. Potargane podczas snu włosy związałam gumką, nie spoglądając nawet do lustra. Istniała szansa, że kobieta prosi o mnie, bo kiedyś już się zetknęłyśmy, ale było to mało prawdopodobne. Przypuszczałam raczej, że dziewczyna jest taka jak ja, więc trzeba będzie nadwyrężyć nieco kręgosłupa, by nikt się nie zorientował.

Moja mała mikra z trudem wyciągnęła sto dwadzieścia kilometrów na godzinę. Na jednym z przejść dla pieszych flesz radaru zapewnił mnie, że ta wycieczka została uwieczniona na zdjęciu i wkrótce dostanę mandat. Kolejny. Jeszcze chwila, a zbiorę dość punktów karnych i stracę prawo jazdy. Znowu. Ale nie zdjęłam nogi z gazu. Na parkingu szpitalnym byłam po dziesięciu minutach od telefonu.

Zając z Nowakowskim siedzieli wnerwieni w poczekalni.

– No nareszcie... – warknął Nowakowski.

Spojrzałam chłodno na jego niechlujne ciuchy i ślady pijaństwa na twarzy.

– Nawet gdybym miała skrzydła, nie dotarłabym szybciej, palancie, więc nie narzekaj. Gdzie ona jest? Był u niej lekarz?

– Nikt się do niej nie zbliżał, bo chce najpierw rozmawiać z tobą. – Zając wskazał mi ręką uchylone drzwi gabinetu zabiegowego.

Zamknęłam je za sobą, by nikt nie słyszał naszej rozmowy. Dziewczyna wyglądała na bardzo młodą, co mogło być złudzeniem. Delikatny zapach ziół i świeżo skoszonej trawy powiedział mi, że przynajmniej w części jest elfką albo uzdrowicielką.

– Hej, jestem Dora Wilk. Chciałaś się ze mną widzieć? – zapytałam szeptem, podchodząc bliżej do kozetki, na której siedziała, skulona, owinięta pledem, potargana.

Drobna i jasnowłosa, wyglądała krucho i delikatnie. Gdy uniosła głowę, zobaczyłam spuchnięty nos i fioletowe wybroczyny rozmieszczone symetrycznie pod oczami. Wargę miała rozciętą i obrzmiałą, w kąciku ust formował się solidny strup, sińce powoli wykwitały na jej policzkach i szyi.

– Nie chcę lekarza, nie chcę badania. Zorientują się, że nie jestem człowiekiem.

– Jesteś elfką?

– Tak. I częściowo selkie. Mam na imię Brenna.

– Cholera – mruknęłam.

– Właśnie. – Uśmiechnęła się blado. – Mogę ukryć wiele, ale raczej nie zapasowe skrzela i błonę między palcami. Katarzyna powtarzała nam, że w takiej sytuacji powinnyśmy prosić o ciebie.

Katarzyna była głową mojego sabatu i członkinią Starszyzny, wielorasowej rady rządzącej w Thornie, mieście magicznych. Ale ja i dziewczyna znajdowałyśmy się w Toruniu, mieście ludzi, którzy nie mają pojęcia o alternatywnym świecie, magicznych stworzeniach czy magii jako takiej. Moi koledzy z policji oczywiście byli nieświadomi, że jestem wiedźmą. Oczekiwali, że namówię dziewczynę na badania, zeznania i podanie rysopisu faceta, którego ścigaliśmy od tygodni. Faceta, który zgwałcił i zabił już cztery kobiety, a my wciąż nie mieliśmy sensownych tropów. Jako jedyna przeżyła, zapewne dlatego, że nie była zwykłą kobietą, o czym napastnik raczej nie wiedział.

– Wiesz, kim on jest? Ten, który ci to zrobił?

– Nie znam go. Wiem tylko, że to wilk. Zaszedł mnie od tyłu. Za szybko, żebym mogła uciec. Chyba nie zauważył, że jestem magiczna, zgwałcił mnie i pobił, myślał, że nie żyję. Po wszystkim straciłam przytomność, a zanim ją odzyskałam, ktoś mnie znalazł w parku. Dlatego tu jestem.

– Widziałaś go? Rozpoznałabyś go lub jego zapach?

– Nie sądzę. Twarzy nie widziałam, węch mam średni. Pachniał jak każdy wilk, testosteronem i zbutwiałymi liśćmi, nic szczególnego. Dość wysoki, duży, pamiętam czarną bluzę i pierścień na kciuku... Nic więcej. Podrapałam go, ale sama wiesz, że na nich się wszystko goi jak na psie. Szkoda, że nie wydrapałam mu oczu... – Skuliła się jeszcze bardziej.

Wyglądała smutno i żałośnie, a mój instynkt kazał mi ją chronić przed resztą świata. Coś w jej oczach mówiło, że dzisiejszej nocy ten wilk ją złamał i nie będzie jej łatwo się pozbierać.

Skinęłam głową i zaczęłam się zastanawiać, co zrobić. Nie mogłam pozwolić, by wzięli wymaz, badanie dna wykazałoby anomalię. Nie mogłam pozwolić, by lekarz zorientował się, że jej budowa różni się od ludzkiej. Raport będzie więc fałszywy jak uśmiech Casanovy, ale miałam zobowiązania wobec magicznych – wobec moich ludzi.

– Złapiesz go?

– Tak. – Może nie powinnam jej tego obiecywać, ale wiedziałam, że zrobię wszystko, by dotrzymać słowa. Nawet jeśli miałoby mnie to kosztować więcej, niż chciałabym dać.

– To dobrze. Zabierz mnie stąd.

– Masz prawo odmówić zeznań. Powołaj się na szok. Odmów badania z powodów religijnych, dajmy na to, jesteś ekstremalnie oddana islamowi. Poczekam i odwiozę cię do sanktuarium, tam dojdziesz do siebie. Dobrze?

Spoglądała na mnie z takim wyrazem ulgi na posiniaczonej twarzy, że na chwilę zapomniałam, że łamię co najmniej kilka przepisów i utrudniam pracę policji, którą sama reprezentuję. Ale nie teraz. Teraz byłam wiedźmą, która broni tajemnicy naszego świata. Poproszę o fanfary, koledzy z oddziału na pewno mnie pokochają.

Wyszłam do nich na korytarz spięta i zdenerwowana.

– Niewiele pamięta, nie zgadza się na badanie, zresztą, jak poprzednio, używał prezerwatywy. Nadal jesteśmy w punkcie wyjścia – oświadczyłam pewnym tonem.

Cóż, oni byli, ja miałam swój punkt zaczepienia, ale nie było to nic, czym mogłabym się podzielić.

– Chyba sobie żartujesz! Chcę z nią porozmawiać! – warknął Nowakowski i zaczął przepychać się obok mnie w stronę drzwi.

Chwyciłam go za rękaw.

– Zostaw. Naprawdę chcesz, żeby się rozeszło, że naskoczyłeś na pobitą i zgwałconą dziewczynę, powodując u niej większą traumę niż napastnik? Ile czasu minie, zanim dowiedzą się o tym dziennikarze i nasza kochana szefowa? Daruj sobie, dziewczyna jest w szoku, a ten skurwiel dopilnował, żeby nic nie widziała.

– A niby dlaczego chciała rozmawiać tylko z tobą? – Łypnął podejrzliwie.

– Bo mnie zna. Kilka lat temu była na kursie samoobrony, który prowadziłam – skłamałam gładko.

– Chyba niewiele ją nauczyłaś, co?

– Ona waży jakieś czterdzieści kilo, on ponad setkę. Zaszedł ją od tyłu i ogłuszył. Jak byś sobie poradził z czymś takim, panie macho? I zapomnij o tym, że pozwolę ci tam wejść i zgnoić ją jeszcze bardziej – warknęłam, odpychając go od drzwi.

– Nowakowski, zostaw, ona ma rację – stwierdził Zając, nie spuszczając mnie z oka. Może czuł, że nie mówię wszystkiego, ale zawsze łatwiej mu było dogadać się ze mną niż z Nowakowskim.

– Odwiozę ją do domu, wypytam dyskretnie i powtórzę wam wszystkie przydatne szczegóły, słowo. Ona naprawdę nie zaufa facetowi i nie powie wam ani słowa.

– Wiesz, o czym mówisz? – Zając uniósł brew.

– Może wiem. – Lepiej, by podejrzewał, że wspólne doświadczenia moje i tej dziewczyny sprowadzają się do bycia ofiarą seksualnej napaści, niż żeby zaczął kopać głębiej.

Droga do Thornu minęła szybko. Zaparkowałam na Kopernika i pieszo zaprowadziłam dziewczynę do portalu. Metalowa brama wiodła na podwórko studnię, chyba że znało się zaklęcie – wtedy wiodła wprost na uliczkę naszego magicznego miasta. Dziewczyna była w kiepskim stanie. Trzęsła się z zimna lub nerwów, dzwoniła zębami i co chwila oglądała się za siebie, jakby spodziewała się, że wilk wróci i skończy, co zaczął. Udzieliło mi się jej zdenerwowanie i przeklinałam się w duchu za to, że nie wzięłam ani glocka, ani nawet odznaki. Prowadziłam ją jak przedszkolaka do siedziby Starszyzny, gdzie znajdowało się coś, co możliwie najbardziej przypominało szpital.

Kilkanaście minut później Katarzyna wyprowadziła mnie z sanktuarium, zostawiając Brennę pod opieką uzdrowicielki.

– Dziękuję, Doro, zrobiłaś, co należało. – Jej piękna twarz wyrażała smutek i ból.

– Robię, co muszę, pani. Ale nie podoba mi się to. Mamy wilka, który zgwałcił i zabił cztery ludzkie kobiety, plus dziś Brennę. Muszę go złapać.

– Sądzisz, że to renegat? – Znałam ją dość długo, by się zorientować, że chciałaby, żeby tak właśnie było.

Spojrzałam na nią uważnie.

– Nie. Sądzę, że to ktoś ze stada Brunona. Od pierwszego zabójstwa minęły ponad dwa miesiące. Żaden renegat nie przetrwałby tyle na terytorium lukoi niezauważony i nieprzepędzony.

– Bruno nie będzie zachwycony.

– To akurat mnie nie obchodzi. Jeden z jego wilków wszedł na złą drogę, a ja muszę dopilnować, żeby tego pożałował. Sprawa nie ucichnie tak po prostu. A im głośniej o niej będzie, tym większe ryzyko, że coś się wyda. Kiedyś zostawi ślady dna i nie zdołam tego zatrzeć. Na razie stan ciał nie sugeruje, że zabójca jest kimś więcej niż człowiekiem, ale z czasem może mu to nie wystarczyć i co wtedy? Atak dzikich zwierząt w środku miasta? Nie będę czekać i nie zostawię tego.

– Nie proszę cię o to.

– Prosisz, pani. Gdy zmusiliście mnie do obietnicy, że będę chronić sekrety Thornu, wiedziałaś, że nieraz będę musiała kłamać.

Wzruszyła ramionami. Dla niej dylemat nie istniał. Prawa i reguły magicznych zawsze były priorytetem. To, że ja miałam jakieś wątpliwości i upierałam się, by żyć między ludźmi, a nie w Thornie, uważała za przejaw mojej niedojrzałości – ot, młodzieńczy bunt. W końcu miałam zaledwie dwadzieścia osiem lat, ona – ponad pięćset. Z jej perspektywy byłam oseskiem.

– Muszę porozmawiać z Brunonem – powiedziałam twardo.

– Poślę po niego.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Miłość za grobową deskę

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Wilk w owczej skórze

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Czy mama nie mówiła, żebyś nie bawił się umarłymi?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Nie oceniaj kota po rozmiarze

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Ropuszki

Dla Oli, Ysi i Martyny, szalonych wiedźm i wiernych groupies, oby uważały z życzeniami :)

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Ruchome cienie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Nie ma dymu bez ognia

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Cztery Łapy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Czysta robota po brudnej robocie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Szkielet w szafie

Karolinie, z pozdrowieniami od Romana dla najwierniejszej fanki

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Pióro Wieczne

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Burza w szklance grogu

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Książki Anety Jadowskiej wydane nakładem naszego wydawnictwa

Seria o Dorze Wilk:

Złodziej duszBogowie muszą być szaleniZwycięzca bierze wszystkoWszystko zostaje w rodzinieEgzorcyzmy Dory WilkNa wojnie nie ma niewinnych

Dora i Witkac:

Ropuszki

copyright © by Aneta Jadowska copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., lublin 2015

wydanie i

isbn 978-83-7964-088-1

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

projekt i adiustacja autorska wydania Eryk Górski, Robert Łakuta

grafika na okładce Dominik Broniek

projekt okładki black gear Paweł Zaręba

ilustracje Magdalena Babińska

redakcja Joanna Mika-Orządała

korekta Magdalena Byrska

skład oraz opracowanie okładki „Grafficon” Konrad Kućmiński

skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

sprzedaż internetowa

zamówienia hurtoweFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

wydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabryka