Romantyczny książę - Tessa Dare - ebook
Opis

Izolda Ofelia Goodnight ma dwadzieścia sześć lat, romantyczne usposobienie i wiele niespełnionych marzeń. Jej ojciec, autor poczytnych opowieści o pięknych dziewicach i dzielnych rycerzach, zmarł, nie zostawiwszy jej środków do życia.

Kiedy więc Izzy dostaje niespodziewany spadek, nie posiada się z radości…która szybko gaśnie, gdy okazuje się, że jest nim ponure zamczysko.
Z ponurym księciem w środku, który twierdzi, że jest jego jedynym właścicielem. I pozwala jej zostać tylko na jedną noc…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 358

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Barbara Cywińska

Renata Kuk

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcia na okładce

© VJ Dunraven/Fotolia

© Zbigniew Foniok

Tytuł oryginału

Romancing the Duke

Copyright © 2014 by Eve Ortega.

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6523-0

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Każdemu, kto kiedykolwiek był fanem czegoś.

A

1

Imiona, jakie nosiła – Izolda Ofelia – wróżyły jej raczej tragiczne życie. Izzy Goodnight tak właśnie widziała swoją sytuację. Straciła wcześnie matkę, a teraz i ojca. Była bez grosza. Bez przyjaciół.

Ale nie bez nadziei.

Jeszcze nie.

Jeszcze coś ją czeka.

Albowiem imiona Izolda i Ofelia przywodziły również na myśl romans. Oszałamiający, naznaczony przez los, baśniowy romans. Ona zaś, odkąd mogła sięgnąć pamięcią, czekała z malejącą nadzieją i rosnącym zniecierpliwieniem, aby ten etap jej życia wreszcie się rozpoczął.

Odkąd była już na tyle duża, by zrozumieć, że matka nie żyje, pocieszała się świadomością, że to konieczny element wyśnionej przez nią opowieści. Bohaterki baśni nigdy nie miały matek.

Gdy papa wydał więcej, niż mu na to pozwalały dochody, i trzeba było zwolnić służącą, powiedziała sobie, że ciężka praca kiedyś się jej opłaci. Wszyscy przecież wiedzą, że Kopciuszek musiał szorować podłogi, nim zdołał zdobyć przystojnego księcia.

Kiedy skończyła piętnaście lat, ich sytuacja finansowa polepszyła się dzięki pisarskiemu sukcesowi papy. Wciąż jeszcze brakowało księcia z bajki, ale mogła na niego poczekać; powtarzała sobie, że kiedy dorośnie, jej duży nos stanie się mniej widoczny, a niesforne kręcone włosy jakoś się w końcu ułożą.

Nos jednak był nadal wydatny, a włosy wciąż niesforne. Brzydkie kaczątko nie przeobraziło się w łabędzia.

Kiedy skończyła siedemnaście lat, wcale nie ukłuła się w palec jak Śpiąca Królewna.

Kiedy liczyła ich sobie dwadzieścia jeden, życie zmusiło ją, by zmierzyła się z przykrą prawdą gdzieś na drodze między Maidstone a Rochester. Prawdziwi rozbójnicy nie byli ani zabójczo przystojni, ani czarujący. Chcieli pieniędzy, i to szybko, a Izzy powinna była się cieszyć, że nią samą nie zainteresowali się ani trochę.

Pozbywała się wszelkich dziewczęcych rojeń, jednego po drugim.

Aż wreszcie rok temu papa zmarł i nie było już żadnych opowieści na dobranoc. Pieniędzy zabrakło wkrótce potem i Izzy po raz pierwszy w życiu była bliska prawdziwej rozpaczy.

Skończyły się marzenia o romansie. Teraz musiała myśleć o tym, z czego jej przyjdzie żyć. Jakaż czarodziejska baśń pozostała jeszcze zubożałej dwudziestosześcioletniej kobiecie, która miała nader nieciekawą powierzchowność i nigdy się nawet nie całowała?

Właśnie ta.

Ściskała kurczowo w dłoni list napisany czarnym atramentem na białym papierze.

To była jej ostatnia nadzieja. Starała się nie trzymać go w palcach zbyt mocno ze strachu, że może się rozwiać jak dym.

Szanowna Panno Goodnight!

Jako wykonawca testamentu mam obowiązek powiadomić Panią, że zmarł hrabia Lynforth. Pozostawił on Pani – podobnie jak każdej ze swoich chrześniaczek – pewien legat. Proszę się ze mną spotkać w Gostley Castle koło Woolington dwudziestego pierwszego czerwca, by omówić szczegóły tyczące spadku.

Pozostaję z szacunkiem

Fryderyk Trent, lord Archer

Spadek! Może ze sto funtów! Nawet dwadzieścia byłoby istną manną z nieba. Zostało jej już tylko parę szylingów i jeden pens.

Kiedy jednak ujrzała Gostley Castle, gwałtownie nabrała tchu.

Z daleka mógł wyglądać romantycznie, jak spiętrzona masa przeróżnych wieżyczek, okolona murem z blankami i wznosząca się wysoko wśród falujących zielonych pól. Park, w którym stał, tak bardzo jednak zgęstniał i zarósł wskutek zaniedbania, że nim jeszcze ujrzała samą budowlę, już padł na nią mroczny cień.

Ten zamek nie wyglądał przyjaźnie, jego widok nie był czarujący.

Przejmował lękiem.

Groził.

Niemalże zdjął ją strach, że może jej zrobić coś złego.

– To tutaj, panienko.

Najwyraźniej woźnicy zamek też się nie spodobał. Zatrzymał powóz w sporej odległości od domku odźwiernego, stojącego nieopodal kamiennej bramy wjazdowej.

Kiedy już pomógł jej wysiąść, podniósł kołnierz płaszcza i wyładował jej bagaż: jeden mocno zużyty sakwojaż. Postawił go na kamiennych stopniach wiodących do bramy, cofnął się pospiesznie, wsadził ręce w kieszenie i chrząknął wymownie. Czekał.

Izzy wiedziała na co. Zapłaciła mu już w Woolington, bo nie chciał się zgodzić, żeby zawieźć ją tutaj bez zapłaty z góry, ale teraz pragnął jakiejś dodatkowej sumy, z samej wdzięczności. Wygrzebała z sakiewki sześciopensówkę. W środku zostało tak niewiele monet, że nawet nie zabrzęczały.

Woźnica schował pieniążek do kieszeni i dotknął daszka czapki.

– Jak tam pani gadała, że się nazywa?

– Goodnight. Panna Izzy Goodnight.

Spodziewała się, że rozpozna jej nazwisko. Zrobiłaby tak w tym kraju większość ludzi umiejących czytać, a także sporo osób z ich służby.

Ale woźnica burknął tylko:

– Może ta kto przylezie i będzie się mnie pytał, jakby o pani nikt więcej nie słyszał. No to chciałem wiedzieć.

Izzy roześmiała się. Czekała, aż i on się zaśmieje.

Nie zrobił tego.

Wkrótce po powozie, woźnicy i zaprzęgu pozostał jedynie cichnący turkot kół.

Izzy podniosła sakwojaż i weszła w bramę. Po kamiennym moście przeszła nad czymś, co niegdyś było fosą, ale teraz zmieniło się w mulisty, zarośnięty rów.

Przed podróżą zapoznała się z tym, co na temat zamku mogła przeczytać. Nie dowiedziała się zbyt wiele. Tylko tyle, że Gostley Castle był siedzibą domu książęcego Rothbury od czasów Normanów.

Nie wyglądało na to, żeby ktoś w nim teraz mieszkał. W wielu oknach brakowało szyb i wcale się w nich nie świeciło. Wejście powinna była zasłaniać spuszczana krata, ale brakowało jej tutaj, podobnie jak drzwi.

Izzy minęła sklepione przejście i weszła na dziedziniec.

– Lordzie Archer! – zawołała. Jej głos zamarł w ciszy. Spróbowała ponownie: – Czy jest pan tam, lordzie Archer?

Tym razem echo odbiło się od murów, ale znów bez odpowiedzi.

Była zupełnie sama.

Oszołomiona dziwnym otoczeniem i osłabiona głodem, zamknęła oczy. Z trudem zaczerpnęła tchu.

Nie wolno ci zemdleć. Mdleją tylko niedorajdy i suchotnice, a ty nie należysz ani do jednych, ani do drugich.

Zaczęło padać. Duże, ciężkie krople letniego deszczu zawsze robiły na niej wrażenie czegoś nieprzyzwoicie rozwiązłego. Niczym rechoczący, brzuchaci pijacy rozpryskiwały się radośnie na ziemi.

Izzy mokła, ale alternatywa – szukanie schronienia pod którymś z mrocznych łuków – była jeszcze mniej pociągająca.

Jakiś szmer sprawił, że podskoczyła gwałtownie i rozejrzała się wokoło. To zerwał się do lotu kruk. Widziała, jak przeleciał nad murem zamkowym i zniknął.

Zaśmiała się słabo. Doprawdy, tego już za wiele. Rozległy, niezamieszkany zamek, deszcz, a teraz jeszcze i kruki! Ktoś spłatał jej okrutnego figla.

W tejże chwili dostrzegła w mrocznym, sklepionym przejściu za dziedzińcem jakiegoś mężczyznę.

Jeśli miał to być figiel, w takim razie wcale nie okazał się okrutny.

W naturze istnieją rzeczy piękne dzięki swej subtelnej strukturze i symetrii: kwiaty, muszle małży morskich, skrzydła motyli. Ale są też i takie, które swoje piękno zawdzięczają dzikości i niezgodzie na jej poskromienie: ośnieżone góry, chmury burzowe, kudłate lwy o ostrych kłach.

Mężczyzna, którego niewyraźną sylwetkę widziała przed sobą, stanowczo należał do tej drugiej kategorii.

Tak samo zresztą jak podobny do wilka pies siedzący u jego boku.

Chyba to nie wilk, pomyślała, tylko jakaś rasa psa. Przecież wilki od dawna wytępiono. Ostatni wilk angielski zdechł wiele lat temu.

Tylko że mężczyzn takich jak ten, któremu się przyglądała, też chyba od dawna nie ma.

Przestąpił z nogi na nogę, a wtedy jakiś słaby odblask oświetlił dół jego twarzy. Ujrzała szerokie, zmysłowe usta i kanciasty podbródek ocieniony bokobrodami. Zbyt długie włosy opadały mu na kołnierz. Miał na sobie tylko rozpiętą pod szyją koszulę, widoczną spod surduta. Spodnie z koźlej skóry okrywały go od wąskich bioder po muskularne łydki, ale stopy tkwiły w zużytych, zakurzonych heskich butach.

Och, jakże wielką słabość miała do podniszczonych butów. Rozpaczliwie wręcz pragnęła wiedzieć, jakie drogi przewędrowały.

Serce zaczęło jej bić znacznie szybciej, co przy osłabieniu i zawrotach głowy wcale nie było korzystne.

– Czy jest pan lordem Archerem? – spytała.

– Nie – odparł posępnie.

Jego pies warknął groźnie.

– A… czy lord Archer tu przyjechał?

– Nie.

– Czy jest pan dozorcą? Kiedy się go pan spodziewa?

– Nie jestem. I nie wiem.

Czyżby w jego głosie dosłyszała rozbawienie?

Z trudem przełknęła ślinę.

– Dostałam list. Od lorda Archera. Prosił mnie, żebym się tu z nim dzisiaj spotkała w sprawie spadku po zmarłym hrabim Lynforth, który zostawił mi jakiś legat. – Drżącą dłonią wyjęła list. – Oto on. Chce go pan może przeczytać?

Jeden kąt szerokich ust uniósł się nieznacznie.

– Nie.

Izzy złożyła list najspokojniej, jak tylko mogła, i wsunęła go z powrotem do kieszeni.

Wsparł się ramieniem o sklepione przejście.

– Czy nadal będziemy to ciągnąć?

– Co?

– Tę grę. – Głos miał tak niski, że zdawał się dobiegać do niej tuż znad kamiennych płyt, którymi wyłożony był dziedziniec, a potem wnikać w nią przez podeszwy stóp. – Czy jestem rosyjskim księciem? Nie. Czy moim ulubionym kolorem jest żółty? Nie. Czy się sprzeciwię temu, by pani weszła do środka i zdjęła swoją przemoczoną do suchej nitki odzież? – Jego głos, choć zdawało się to niemożliwe, zszedł jeszcze niżej. – Nie.

Żarty sobie z niej stroił.

Izzy przycisnęła kurczowo sakwojaż do piersi. Nie chciała, żeby Śnieżynka ucierpiała od wilgoci.

– Czy pan wszystkich swoich gości traktuje w ten sposób?

Nazwała siebie w myśli idiotką i zebrała całą odwagę, by znieść kolejne szydercze „nie”.

– Tylko piękne panie.

Och, Boże. Powinna to była przewidzieć wcześniej. Zmęczenie i głód zaszkodziły jej. Z trudem mogła uwierzyć w ten zamek, w te kruki, w nagłe pojawienie się wysokiego, posępnego, przystojnego mężczyzny. Czyżby on z nią flirtował?

Chyba ma halucynacje.

Deszcz rozpadał się na dobre, niecierpliwie dążąc z chmur ku ziemi. Izzy patrzyła, jak jego krople rozpryskują się na kamiennych płytach. Każda z nich zdawała się sprawiać, że kolana pod nią coraz bardziej słabły.

Ściany zamku zaczęły się chwiać, widziała coraz mętniej.

– Ja… proszę mi wybaczyć… ja…

Sakwojaż Izzy padł na ziemię.

Pies zawarczał donośnie.

Mężczyzna wysunął się z cienia.

A wtedy Izzy straciła przytomność.

Dziewczyna osunęła się na kamienne płyty z głuchym plaśnięciem.

Ransom skrzywił się ironicznie. Mimo wszystkiego, co się zdarzyło, wciąż jeszcze mógł przyprawiać kobiety o zemdlenie. W taki czy inny sposób.

Gwizdnął z cicha na Magnusa. Gdy pies skończył uważnie obwąchiwać kobietę, Ransom odsunął go i sam z kolei zabrał się do niej.

Przejechał dłońmi po bezwładnym ciele leżącym przed nim. Mokry muślin, znoszone buty. Małe dłonie, smukłe nadgarstki. Była bardzo drobna, a składała się niemal z samych spódnic i włosów.

I to jakich włosów. Gęstych, kędzierzawych, obfitych.

Wyczuł na swojej dłoni słaby, ciepły oddech. Przesunął ją niżej, szukając serca.

Natknął się na pełną, krągłą pierś.

Przeniknął go jakiś nieproszony odruch. Nie pożądanie, jedynie męskie zaciekawienie. Nie powinien jednak dłużej myśleć o niej jako o dziewczynie. Stanowczo była już kobietą.

Zaklął. Nie życzył sobie żadnych gości. A zwłaszcza gości płci żeńskiej. Miał już po uszy wizyt córki miejscowego proboszcza, panny Pelham. Nachodziła go w zamku prawie co tydzień, narzucając mu się z czytaniem kazań albo z innymi bzdurami.

Ale kiedy radośnie wspinała się na wzgórze, dźwigając koszyk z wiktuałami na ramieniu, spodziewała się przynajmniej, że zobaczy okaleczony ludzki wrak, i była o wiele za rozsądna, żeby mdleć na jego widok.

Kobieta, która padła przed nim na kamienne płyty, nie spodziewała się, że ujrzy Ransoma.

Co ona takiego mówiła o jakimś lordzie Archerze? Miała ze sobą list, który to wyjaśniał, lecz nie mógł sobie teraz zawracać nim głowy. Musiał wnieść ją do środka i ogrzać, wlać jej whisky i mleka do herbaty.

Im szybciej oprzytomnieje, tym prędzej stąd pójdzie.

Z wysiłkiem dźwignął jej przemoczone, nieświadome niczego ciało i wstał. Ułożył je tak, żeby punkt ciężkości wypadł między jej biodrami i ramionami, a potem zaczął stąpać po schodach, wnosząc ją do wnętrza.

Liczył kolejne stopnie.

Piąty… szósty… siódmy…

Kiedy stanął na ósmym, poruszyła się w jego objęciach. Znieruchomiał, zmagając się z niemiłym uczuciem. Zemdlała na sam jego widok. Jeśli się ocknie i zrozumie, że on ją niesie, gotowa jeszcze doznać szoku i umrzeć. Albo wrzaśnie tak głośno, że niemal mu uszy pękną. A najmniej ze wszystkiego trzeba mu było teraz uszkodzenia słuchu.

Wymamrotała coś niewyraźnie, ale nie oprzytomniała. Nie, zrobiła coś dużo gorszego!

Przytuliła się do niego.

Obróciła się na bok, skuliła i otarła policzkiem o jego pierś, szukając ciepła. Wydała słaby, gardłowy jęk.

Znów zbudziło się w nim coś nieproszonego. Przystanął na chwilę, żeby zdusić to w sobie, nim od nowa zaczął wspinać się po schodach. Jeśli pragnął czegoś mniej niż kobiety zemdlonej, to kobiety przytulonej do niego. Odkąd został ranny, nie lubił niczyjej bliskości. No i, dzięki Bogu, nie potrzebował jej. Miał psa.

Pies wyprzedził go, gdy Ransom stanął na szczycie schodów i skierował się ku wielkiemu holowi zamku. Tam właśnie rezydował. Tam spał, jadł i pił, a także przeklinał i wszystko rozpamiętywał. Duncan, jego sługa, zawsze go namawiał, żeby otworzyć więcej pokojów zamkowych, lecz Ransom nie widział w tym sensu.

Ułożył dziewczynę – nie, kobietę – na zniszczonej sofie wypchanej końskim włosiem i przysunął mebel bliżej do ognia. Nogi sofy zazgrzytały na kamiennej posadzce. Czekał, chcąc się przekonać, czy kobieta odzyska przytomność.

Leżała bez ruchu.

Potrząsnął lekko jej ramieniem.

Bez skutku.

– No, obudź się – powiedział głośno. – Spójrz tam. To lord Archer.

Nawet nie drgnęła.

Przysunął sobie krzesło i siadł koło niej. Pięć sekund później wstał ponownie i zaczął chodzić po holu. Dwadzieścia trzy kroki w stronę lewego okna i z powrotem. Cierpliwość nie była jego mocną stroną. Bezruch zmieniał go w gniewną, rozjuszoną bestię.

Kiedy Duncan wróci, należałoby go posłać po lekarza. Ale Duncan mógł wrócić za wiele godzin.

Magnus zaskomlał i trącił nosem jego buty.

Ransom kazał mu się wynosić na jego barłóg przy ogniu. Potem ukląkł przy sofie i położył dłoń na karku kobiety. Przesuwał nią wzdłuż delikatnej szyi, póki nie wyczuł końcami palców pulsu. Był słabszy, niż chciałby Ransom, i w dodatku bardzo pospieszny. Niech to licho.

Odwróciła głowę na bok, ocierając się policzkiem o jego dłoń. Potem zrobiła to jeszcze raz. Poczuł łagodny i delikatny kobiecy zapach.

– Kusicielka – mruknął z goryczą.

Jeśli już jakaś kobieta musiała mdleć i tulić się do niego na jego progu, czemu nie wydzielała woni octu albo starego sera? A tymczasem ta musiała, jak na złość, pachnieć rozmarynem i pudrem.

Nacisnął kciukiem jej policzek, wilgotny od deszczu.

– Na litość boską, kobieto, oprzytomnij!

Może rozbiła sobie głowę o kamienne płyty? Wsunął palce w rozwichrzone włosy, wyjmując z nich szpilki. Było ich całe mnóstwo, a w miarę jak je wyciągał, włosy zdawały się stawać coraz dziksze, wręcz gniewne. Kręte pasma owijały mu się wokół palców i uniemożliwiały ruchy. Nim zdołał wreszcie stwierdzić z ulgą, że czaszka jest nietknięta, przysiągłby, że są żywe. A także głodne.

Głowa była jednak cała i, jak mu się zdawało, bez guzów czy opuchlizny. Tylko że kobieta nadal nie wydawała żadnego dźwięku.

Może zraniła sobie jakąś inną część ciała? A może miała zbyt ciasno zasznurowany gorset?

Tylko w jeden sposób mógł się o tym przekonać.

Z ciężkim westchnieniem ściągnął z niej płaszcz i zakasał rękawy. Potem przekręcił ją na bok, odgarnął te jej drapieżne włosy i zaczął rozpinać guziki z tyłu sukni. Wyszedł już z wprawy, ale pewnych rzeczy mężczyzna nigdy nie zapomina. A jedną z nich jest umiejętność rozpinania kobiecego odzienia.

Kolejną była umiejętność rozsznurowywania gorsetu.

Gdy pociągnął za sznurówki, poczuł, że jej piersi uniosły się pod naciskiem jego dłoni. Poruszyła się i westchnęła.

Zdrętwiał cały. Znów poczuł nieproszone pulsowanie w żyłach, a tym razem nie mógł go zbyć mianem nonsensownej nadwrażliwości.

Nie było to nic innego niż pożądanie. Bardzo długo nie miał kobiety w ramionach. Niebezpiecznie długo.

Zdusił w sobie podniecenie. Szybkimi, obojętnymi ruchami ściągnął jej z rąk rękawy, szukając złamanych kości. Potem zaczął zdejmować z niej stanik. Nie mógł pozwolić, żeby leżąc w mokrym odzieniu, nabawiła się przeziębienia.

Powinna mu być wdzięczna, kiedy odzyska przytomność, ale jakoś w to wątpił.

Izzy przyszła do siebie w jednej chwili.

Była w zamku. Wokół niej wyrosły nagle filary niby wiekowe drzewa, podtrzymując sklepienie wielkiego jak pieczara holu.

Rozejrzała się wokoło i ujrzała nieliczne, zniszczone sprzęty. Cały kraniec holu zajmowało ogromne palenisko kominka. Gdyby nie to, że płonął na nim ogień, Izzy mogłaby bez wątpienia stanąć tam bez pochylania się. Ogień zaś podsycały nie szczapki czy nawet większe polana, ale całe pnie.

Leżała na zakurzonej, zdezelowanej sofie. Okrywała ją szorstka wełniana kołdra. Wyjrzała spod niej i zaraz cała się skuliła. Nie miała na sobie sukni, gorsetu, halki i butów. Została tylko koszula i pończochy.

O Boże.

Uniosła dłoń ku rozpuszczonym włosom. Ciotka Lilith miała rację. Zawsze, do znudzenia, upominała ją podczas wakacji spędzanych w Essex:

– Nieważne, że nikt ich nie widzi – narzekała. – Zawsze, zawsze! – noś czystą koszulę i pończochy. Nigdy nie będziesz wiedzieć, kiedy ci się przytrafi jakiś wypadek!

Och, Boże. Zaczynała sobie wszystko przypominać. Deszcz. Zemdlenie.

Spojrzała przed siebie, a on tam stał.

– Ocknęła się pani – powiedział, ale nie odwrócił się, żeby potwierdzić te słowa.

– Tak. Gdzie moje rzeczy?

– Pani sakwojaż stoi jakieś dwa kroki od wejścia, na prawo.

Izzy odwróciła głowę na bok i dostrzegła sakwojaż właśnie w tym miejscu, o którym wspomniał. Nie ruszał się i nie był też otwarty. Śnieżynka widocznie nadal spała. Ulżyło jej.

– Pani suknia jest o, tam. – Wskazał gestem jej strój wiszący na oparciu dwóch zestawionych razem krzeseł, który suszył się przy ogniu. – Pani halki leżą trochę dalej, na jednym stole, a gorset na drugim.

– Dziękuję. – Izzy chętnie by umarła ze wstydu. Cała ta sytuacja była przeraźliwie żenująca. Już osunięcie się bezwładnie ku butom przystojnego nieznajomego było czymś trudnym do zniesienia, a słuchanie, jak on po kolei wymienia części jej bielizny… Okryła się kołdrą po samą szyję. – Niepotrzebnie się pan trudził.

– Ale pani musiała jakoś oddychać. A ja musiałem się upewnić, czy coś nie krwawi ani się nie złamało.

Nie miała pewności, czy wymagało to rozbierania jej do koszuli. Wystarczyłoby mu raz spojrzeć, żeby się przekonać, czy nie krwawiła.

– Jest pani chora? – spytał.

– Nie. A przynajmniej nie sądzę, żeby tak było.

– Jest pani w odmiennym stanie?

Parsknęła śmiechem tak donośnie, że wystraszyła psa.

– Stanowczo nie. Nie jestem też kobietą mdlejącą z byle powodu. Po prostu niedużo dziś jadłam. – Wczoraj i przedwczoraj także, pomyślała.

Głos miała schrypnięty. Może się przeziębiła. To by też wyjaśniało jej zemdlenie.

Podczas całej rozmowy jej gospodarz stał przy kominku, tyłem do niej. Płaszcz dobrze leżał mu w ramionach, ale niżej był nieco za luźny. Może ostatnio schudł? Wciąż jednak miał doskonałą sylwetkę, a ciało smukłe i twarde. Przypominało trochę ten wielki hol, gdzie się znajdowali. Może nieco zaniedbane, ale imponujące i silne.

A ten jego głos… Och, on był niebezpieczny.

Sama nie wiedziała, co ją bardziej niepokoi. Czy to, że ten posępny, a przystojny nieznajomy tak swobodnie sobie poczynał z jej osobą – niósł ją na rękach, rozsznurował gorset, rozpuścił jej włosy i rozebrał aż do spodniej garderoby? Czy to, że w jakiś osobliwy sposób przespała wszystkie jego czynności?

Znowu zerknęła na sylwetkę mężczyzny, rysującą się ciemno na pomarańczowym tle płomieni.

To drugie. Stanowczo to drugie! Najbardziej podniecający kwadrans swego życia spędziła najzupełniej nieświadomie! Izzy, ty niemądre stworzenie!

A jednak, choć nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ją tu wniesiono, jej ciało zdawało się to na swój sposób pamiętać. Wyczuwało, pod odzieniem, dotyk silnych dłoni na zmarzniętej skórze. Jakby się na niej trwale odcisnął.

– Dziękuję, że mnie pan tu przyniósł.

– Herbata stoi po pani lewej stronie.

Wyszczerbiony kubek pełen gorącego płynu znalazła na pobliskim stole – po lewej, jak powiedział. Chwyciła go w obie dłonie, pozwalając, by je przeniknęło na wskroś jego ciepło, nim pociągnęła wielki, ożywczy łyk.

Zapiekło ją w gardle jak ogniem.

Zakaszlała.

– Co w niej jest?

– Mleko. A także trochę whisky.

Whisky? Pociągnęła kolejny łyk. Nie mogła wybrzydzać. Napój, gdy się go piło z należytą ostrożnością, nie był znów taki zły. Poczuła w całym ciele ciepło.

Na tym samym stole znalazła mały kawałek chleba i rzuciła się na niego łapczywie.

– Kim pan jest? – spytała między jednym kęsem a drugim. Ciotka Lilith nie byłaby rada z jej manier.

– Nazywam się Rothbury. Znajduje się pani w moim zamku.

Izzy z trudem przełknęła chleb. A więc ten mężczyzna śmie twierdzić, że jest księciem Rothbury? Trudno było mu uwierzyć. Czyż książęta nie mają służby, żeby parzyła herbatę i pomagała się im należycie odziać?

Boże, zlituj się. Może trafiła do jakiegoś szaleńca?

Izzy naciągnęła na siebie kołdrę. Stanowczo nie chciała ryzykować, że go sprowokuje.

– Nie miałam pojęcia. Czy powinnam się do pana zwracać „Wasza Wysokość”?

– Nie wiem po co. Pewnie po kilku godzinach będzie pani o mnie myśleć jako o źle wychowanym natręcie, który się jej narzucił pewnego deszczowego popołudnia i któremu nigdy więcej nie wolno pozwolić na jej molestowanie.

– Nie chciałabym sprawiać kłopotu.

– Piękne kobiety zawsze go sprawiają. Czy tego chcą, czy nie.

Albo się z nią przekomarzał, albo miał nierówno pod sufitem. Izzy nie wiedziała, o którą z tych możliwości chodzi. Miała pewność tylko co do jednego: nie odznaczała się pięknością. Choćby nie wiem jak szczypała policzki, żeby wywołać rumieńce, lub usiłowała porządnie upiąć nieznośnie rozwichrzone włosy, nic nie pomagało. Wyglądała pospolicie i już.

Za to ten mężczyzna bynajmniej nie był pospolity. Patrzyła na niego, gdy dorzucał drew do ognia. Polanem grubym jak jego udo manipulował tak lekko, jakby było byle patykiem.

– Jestem panna Izolda Goodnight – powiedziała. – Może słyszał pan gdzieś to nazwisko.

Poruszył ogień pogrzebaczem.

– Dlaczego miałbym je znać ze słyszenia?

– Moim ojcem był sir Henry Goodnight, uczony i historyk, ale bardziej znany jako pisarz.

– Właśnie dlatego nie słyszałem o nim. Nie lubię czytać.

Izzy spojrzała w ostrołukowe okno. Ściemniało się już. Gęstniejący mrok martwił ją, podobnie jak to, że wciąż nie widziała całej twarzy gospodarza. Coraz bardziej pragnęła przyjrzeć się jej, spojrzeć mu w oczy. Chciała wiedzieć, na łasce jakiego mężczyzny się znalazła.

– Pewnie lord Archer wkrótce się tu zjawi – zaczęła. – Może zapalimy jedną czy dwie świece, czekając na niego?

Po chwili ciszy ujął niechętnie pęk słomy, zapalił go od ognia i – ostrożnie osłaniając płomień dłonią – podszedł do świecy na gzymsie kominka.

Wydawało się, że wszystko to sprawiło mu niezwykłą trudność. Knot się zapalił, lecz on trzymał przy nim słomę tak długo, że w końcu sparzył sobie koniec palca. Zaklął pod nosem i trzepnął w słomę dłonią, zduszając ogień.

– Nie lubię się naprzykrzać, tylko że ja… – sama nie wiedziała, po co to mówi, czuła się jednak winna temu, że sparzył się, chcąc jej pójść na rękę – …nie lubię ciemności.

Odwrócił się ku niej ze świecą w ręce. Jeden kąt jego szerokich ust uniósł się jakby z ironią.

– Ja też się z nią nie umiem pogodzić.

Płomień rzucił złocistą poświatę na jego twarz. Izzy zamarła, zaskoczona. Jego pięknie wyrzeźbione, arystokratyczne rysy świadczyły wyraźnie, że słusznie nazywał się księciem. Ale coś w tej twarzy mówiło o czym innym.

Przeraźliwa, krzywa blizna biegła od jego czoła po skroń, kończąc się w zagłębieniu pod kością policzkową. Choć płomień świecy drgał i migotał, on nie zmrużył oczu ani nie odwracał wzroku.

No oczywiście.

Nagle zrozumiała w ułamku sekundy, co to znaczy. Wreszcie wszystko stało się jasne.

Wszystko nabrało sensu.

Wnętrze tonące w mroku, odmowa przeczytania listu, to, że przekonał się o jej zdrowiu tylko dotykiem. Wzmianki o piękności Izzy, mimo że wszystko świadczyło o jej braku.

Był niewidomy.

2

Ransom stał bez ruchu, pozwalając świecy oświetlać okaleczoną stronę twarzy. Byłby jej tego oszczędził, ale domagała się światła.

Czekał zatem, pozwalając jej na długi, dokładny ogląd.

Żadnych krzyków, jęków zgrozy ani głuchego łomotu, gdyby padła na posadzkę. Tylko wciąż ta sama woń rozmarynu.

– Dziękuję – powiedziała w końcu. – Za świecę.

Głos jej był jeszcze bardziej pociągający niż zapach. Miała akcent dobrze wychowanej angielskiej panny, ale z wyczuwalnym, lekko gardłowym, zmysłowym tonem.

– Kiedy pan został ranny? – spytała. – W bitwie? W pojedynku? W wypadku?

– To długa historia.

– Ogromnie lubię długie historie.

Stanowczym ruchem postawił lichtarz na stole.

– Ta się pani nie spodoba.

– Przepraszam. Wiem, że moje pytanie było zbyt śmiałe, ale mimo to postanowiłam je zadać. A potem sobie pomyślałam: z pewnością on wie, że jestem tego ciekawa. Gdybym z kolei zaczęła patrzeć w sufit lub mówić o pogodzie, również byłoby to niestosowne. A pan wygląda na kogoś, kto wolałby szczerość, nawet kłopotliwą, od nieszczerości, więc… – i tu jej głos zniżył się o pół oktawy – postanowiłam spytać.

Zamilkła. Nareszcie.

Irytowało go, że jego ciało reaguje na jej obecność. Jej kobiecość była jak koronkowa kapa na jego ulubionym fotelu. Nie chciałby jej tutaj, ale skoro już była… nie mógł zaprzeczyć, że pewna zraniona i zaniedbana część jego istoty chciwie pragnęła tej miękkości.

Do diabła, pragnęła jej aż do bólu.

– W porządku, nie będę nalegać, by pan wyjaśnił, co się za tym kryje – powiedziała – ale ostrzegam, najpewniej wymyślę sobie jakąś historię sama.

– Może sobie pani wymyślać do woli najróżniejsze, bylebym nie był ich bohaterem.

– Kiedy możemy się spodziewać przyjazdu lorda Archera?

Skądże mógł to wiedzieć, u diabła? Nie miał pojęcia, kim ten Archer może być.

– To jakieś nieporozumienie. Nie ma tu osoby, której pani szuka, obojętnie, kto nią jest. Mój sługa wkrótce wróci. Każę mu odwieść panią do Woolington.

Zawahała się.

– W takim razie powinnam się chyba ubrać.

– No to niech pani tak zrobi. – Kiwnął ręką zachęcająco. – Nie ma tu garderoby. A jeśli pani dotąd tego nie zrobiła, proszę nie czekać, żebym się odwrócił.

Mimo wszystko odwrócił się jednak do ściany. Cmoknął na Magnusa.

Słyszał za sobą lekkie kroki i szelest bielizny, co działało mu na nerwy. Schylił się, żeby lekko poskrobać psa za uchem.

– Na stole leży cały stos korespondencji – wytknęła mu. – Czy na pewno lord Archer do pana nie napisał?

Ransom zamyślił się. Rzeczywiście, nie mógł być pewien niczego, co wiązało się z otrzymywaną ostatnio korespondencją. Duncan posiadał wiele użytecznych talentów, ale nie nadawał się na sekretarza.

– No i jestem panu wdzięczna za chęć odwiezienia mnie do Woolington – powiedziała – ale nie mam pojęcia gdzie mogłabym się stamtąd udać. Widzę, że wyłożył pan zawartość mojej sakiewki na stół. Musiał pan zauważyć, że to niewiele.

Zauważył. Było tego dokładnie trzy szylingi i dziesięć pensów. Nie miała żadnej wartościowej biżuterii. Nie przeszukał sakwojażu, ale ważył on tyle co nic.

– Jeśli zmusi mnie pan dzisiejszego wieczoru, żebym się stąd zabrała, nie będę miała gdzie się podziać.

Dosłyszał lekkie drżenie w jej głosie.

Był na nie głuchy.

Nie rozumiał, czemu młoda, samotna kobieta pojechała, sama jedna, aż do Northumberland za ostatnie kilka szylingów.

Panna Goodnight musiała się z nim pożegnać. Nie życzył jej źle, nie miał też jednak nic do zaoferowania. Jeśli szukała kogoś, kto by jej pospieszył z pomocą, trafiła na nieodpowiedniego człowieka.

– Mój sługa może panią zabrać do wiejskiego kościoła – odparł. – Może proboszcz…

Magnus postawił uszy sztorcem pod jego dłonią. W psim gardle narastało niskie, niemal niesłyszalne jeszcze warczenie.

Chwilę później Ransom również dosłyszał ten dźwięk. Stukot kopyt na drodze. Rytm ich był mu nieznany. To nie mógł być Duncan.

– Może ten lord Archer w końcu przyjechał po panią?

Westchnęła donośnie.

– Dzięki Bogu!

– Istotnie.

Chwilę później kroki jakiegoś intruza rozległy się na podwórcu.

– Hej, panno Goodnight, jest pani tam?

Podbiegła ku oknu i zawołała:

– Proszę na górę, milordzie. Do wielkiego holu!

Gdy mężczyzna tam wszedł, skierował się od razu ku miejscu, gdzie stali przy kominku. Kroki jego były pewne, pospieszne. O wiele za szybkie.

Ransom zgrzytnął zębami. Do diabła, jakżeż nienawidził tego, że nie może kontrolować sytuacji, bo jest w niekorzystnym położeniu.

Zacisnął dłoń na pogrzebaczu i uniósł go.

– Stać!

Kroki zatrzymały się o jakieś dziesięć stóp od niego. Okaleczona twarz zaczęła go palić pod czyimś badawczym spojrzeniem.

– Czyżby to… Niemożliwe! – Nowo przybyły zbliżył się o krok. – Rothbury? Dobry Boże! Całkiem, jakbym stanął twarzą w twarz z upiorem.

– Nie znam pana – powiedział Ransom.

– Wiem, ale za to ja pana znam. – Archer zniżył głos do szeptu. – Widzi pan, byłem na liście gości. Zaproszony przez pannę młodą.

Ransom zacisnął zęby, pragnąc mieć twarz bez wyrazu. Nie chciał temu nędznikowi dać powodu do zadowolenia, że intruz dojrzał jego reakcję.

– Nikt pana nie widział od miesięcy – ciągnął Archer. – Po Londynie rozeszły się plotki, że pan nie żyje.

– Plotki były fałszywe.

Prawda okazała się jeszcze gorsza.

Ransom stuknął pogrzebaczem o posadzkę w wymowny sposób. To był jego zamek. Nie będzie tu odpowiadał na żadne pytania, tylko zadawał własne.

– Proszę się wytłumaczyć. Po cóż pan sprowadza nieoczekiwanie jakąś kobietę do mojego domu?

– Do pańskiego domu? – Archer zaśmiał się niepokojącym, przyciszonym śmiechem. – A to ciekawe!

Izzy poczuła się tak, jakby asystowała przy trzecim akcie jakiejś sztuki. Nie miała pojęcia, o co tu chodzi, lecz było to nie do zniesienia dramatyczne.

Lord Archer wyglądał jak pierwszorzędnie się prezentujący aktor. Uradował ją widok jego wykrochmalonego halsztuka i dopasowanych rękawiczek – oznak, że elegancja i dobre maniery wciąż jeszcze gdzieś istnieją.

– Jeśli pozwoli mi pan porozmawiać z panną Goodnight – powiedział Archer, nie przejmując się zaimprowizowanym morderczym narzędziem wymierzonym w jego pierś – to, jak sądzę, wyjaśni panu wszystko.

Książę Rothbury, bo w końcu był naprawdę księciem, opuścił pogrzebacz i burknął:

– Mów pan.

Lord Archer odwrócił się w stronę Izzy, uśmiechnął i zatarł dłonie.

– Ogromnie mi zależało na poznaniu sławnej Izzy Goodnight. Moje siostrzenice zzielenieją z zazdrości! – Jego entuzjazm przygasł jednak, gdy się jej przyjrzał. – Muszę przyznać, że niezupełnie odpowiada pani moim oczekiwaniom.

Izzy stłumiła westchnienie. Wciąż to samo!

– Zawsze wyobrażałem sobie panią jako dziecko z szeroko otwartymi oczami.

– Byłam dwunastolatką, kiedy utwory mojego ojca zaczęły się ukazywać w „The Gentleman’s Review”. Ale od tego czasu minęło czternaście lat, no i, co jest w końcu naturalne, z każdym rokiem stawałam się coraz starsza.

– No tak. – Pokiwał głową. – Przypuszczam, że inaczej być nie mogło.

Izzy jedynie uśmiechnęła się lekko w odpowiedzi. Od dawna nauczyła się powściągliwie reagować na uwagi wielbicieli twórczości ojca. Różni inni lordowie Archerowie nie chcieli widzieć w niej dorosłej kobiety z własnymi upodobaniami i marzeniami, tylko dziewczynkę z opowieści. W ten sposób mogli wciąż na nowo czytać ulubione historie, wyobrażając sobie siebie samych na jej miejscu.

Na tym właśnie polegał magiczny urok Opowieści na dobranoc. Czytelnicy wraz z każdym odcinkiem czuli, że sami leżą pod ciepłą czerwoną kołderką, patrząc w górę, na sufit z wizerunkami srebrnego księżyca i złotych gwiazd, a kochająca ojcowska dłoń głaszcze ich po rozsypanych na poduszce włosach. Oni zaś oczekują zawsze tej samej obietnicy:

„Zgaś światło, droga Izzy, a ja zaraz opowiem ci pewną historię…”

Prawdziwe dzieciństwo Izzy wcale nie przypominało tego, co mogli przeczytać. Gdyby jednak pozwoliła sobie o nim napomknąć, znienawidziliby ją za to. Całkiem, jakby obrywała skrzydełka Ostatniemu Prawdziwemu Elfowi w Anglii.

Lord Archer przysiadł na poręczy sofy i nachylając się poufale ku niej, powiedział:

– Wiem, że pewnie wciąż słyszy pani to pytanie, ale moje siostrzenice udusiłyby mnie, gdybym go nie zadał. Nie sądzę, by pani ojciec…

– Nie, milordzie. – Uśmiechnęła się kwaśno. – Nie wiem, w jaki sposób Kresyda zdoła uciec z wieży. Obawiam się też, że nie mam pojęcia, kim jest naprawdę Mroczny Rycerz.

– A więc Ulryk wciąż wisi uczepiony tego parapetu?

– Chyba tak. Bardzo mi przykro.

– Nieważne. – Uśmiechnął się do niej dobrotliwie. – To nie pani wina. Musi panią bardziej nękać ta niepewność niż wszystkich innych.

Nawet nie wiedział jak bardzo.

Rzeczywiście, nękała ją niepewność! Co najmniej trzy razy na tydzień zadawano jej te same pytania, w bezpośredniej rozmowie lub listownie. Gdy jej ojciec zmarł nagle na apopleksję, jego saga też nagle się urwała. Jego ulubieni bohaterowie pozostali więc bez ratunku w mnóstwie niebezpiecznych sytuacji. Zamknięci w wieżach lub zwisający z urwisk.

Sama Izzy była jednak w najgorszych opałach. Straciła wszystko, co posiadała, i wypędzono ją z jedynego domu, jaki kiedykolwiek znała. Nikt jednak nie troszczył się o nią. Wszyscy martwili się tylko o Kresydę zamkniętą w wieży i jej ukochanego Ulryka wiszącego na parapecie, którego trzymał się kurczowo trzema palcami.

– Mój ojciec byłby niezwykle rad, że pan o to pyta – powiedziała do lorda Archera. – Ja również jestem wdzięczna.

Była to prawda. Mimo sytuacji, w jakiej się znalazła, czuła dumę z tej spuścizny.

Książę chrząknął, stojąc wciąż przy kominku.

– Milordzie – powiedziała – sądzę, że nasz gość wkrótce nas opuści. Czy mogę spytać, co zapisał mi mój ojciec chrzestny?

– Ach, tak. – Lord Archer pogrzebał w małej walizeczce. – Przywiozłem ze sobą wszystkie dokumenty. Możemy to załatwić od ręki. Rothbury wręczy pani klucze, jeśli w ogóle jakieś są.

– Klucze? – spytała. – Nie rozumiem.

– To właśnie pani spadek, panno Goodnight. Ten zamek.

Powietrze uciekło jej z płuc.

– Co takiego?

Książę również zaprotestował, mówiąc ponurym tonem:

– Niemożliwe.

Lord Archer zajrzał do dokumentów.

– O, spójrzmy tutaj: „Pannie Izoldzie Ofelii Goodnight zapisuję posiadłość znaną jako Gostley Castle”. Czy to się wymawia „Ghostly”, czy „Ghastly”? Każda z wersji wydaje się równie właściwa.

– Sądziłam, że dostałam w spadku pieniądze. – Izzy pokręciła głową. – Może tysiąc funtów, może dwa.

– Tu nie ma mowy o żadnych pieniądzach, panno Goodnight. Tylko o zamku. Lynforth miał kilka chrześniaczek i co roku coś im darowywał, od kucyków po wstążki do włosów. W ostatnich miesiącach życia postanowił zostawić im wszystkim coś, co jest marzeniem każdej dziewczyny. Własny zamek.

– Zaraz, zaraz – przerwał mu książę. – Ten zamek był w posiadaniu mojej rodziny od setek lat.

Archer znów zajrzał do papierów.

– Najwyraźniej sprzedano go Lynforthowi ledwie kilka miesięcy temu. – Spojrzał znad dokumentów na Izzy. – Czy jest pani tym zaskoczona?

– Jestem zdumiona – przyznała. – Hrabia zawsze traktował mnie serdecznie i był nie tylko moim ojcem chrzestnym, ale i opiekunem na dworze.

Izzy przedstawiono lordowi Lynforth parę razy, ostatnio wtedy, gdy ojciec otrzymał tytuł szlachecki. Z tej właśnie uroczystej okazji kochany staruszek wsunął jej do torebki cukierka i pogłaskał ją po głowie. Nieważne, że liczyła już sobie wtedy dwadzieścia dwa lata. Miał jak najlepsze intencje.

A teraz ten zacny staruszek zostawił jej zamek.

Zamek!

Archer podał jej tekę z dokumentami.

– Wszystko tu jest. Kopia testamentu i tytuł posiadania nieruchomości. Ten zamek wraz ze wszystkim, co się w nim znajduje, jest od tej chwili pani własnością.

Spojrzała na tekę ze zdumieniem.

– Co ja mam z nim zrobić?

– Jeśli nie chce pani tu zamieszkać… – Lord Archer spojrzał na zawilgocone sklepienie i wzruszył ramionami. – Chyba należałoby go wysprzątać, gdyby pani próbowała sprzedać…

Trach!

Izzy skuliła się, gdy coś uderzyło donośnie w najdalszą ścianę.

Rozejrzała się, chcąc poznać źródło tego dźwięku. Nie musiała szukać daleko. Rozwścieczony książę chwycił za drugie krzesło i rąbnął nim o mur. Przeraźliwy huk rozległ się ponownie.

Drzazgi posypały się na posadzkę.

Książę zaś stał, walcząc o oddech, wszystkie mięśnie miał napięte, pełen energii. Był wspaniałym, dynamicznym i bezsprzecznie męskim uosobieniem gniewu. W Izzy budził jednocześnie podziw i strach.

– Nie może go mieć! – powiedział. – Nie może w nim mieszkać! Nie może go uporządkować przed sprzedażą! – Huknął się pięścią w pierś, aż Izzy zjeżyły się włosy na karku. – Jestem Ransom William Dacre Vane, jedenasty książę Rothbury. To mój zamek!

Magnus warknął groźnie. Atmosfera w całym wielkim holu była pełna napięcia, od posadzki aż po sklepienie.

Lord Archer powoli przeglądał papiery, całkiem jakby dwa krzesła nie rozbiły się wcale o ścianę.

– Tak, tak. Czy jest pan księciem, czy nie, ostatnio sprawy nie idą po pańskiej myśli, prawda, Rothbury?

Książę nie odpowiedział, chyba że za odpowiedź można by uznać jawną wściekłość.

– Obawiam się, że dokumenty mówią o tym jednoznacznie – stwierdził Archer. – Zamek należy teraz do panny Goodnight.

– Niemożliwe – odparł książę. – Bo ja go nie sprzedawałem.