Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Romans to moja praca - Patience Bloom

Pamiętnik o znalezieniu prawdziwej miłości. Patience Bloom od zawsze kochała romanse. Wierzyła, że może być bohaterką własnej romantycznej historii. W końcu dostaje wymarzoną pracę – zostaje redaktorką w wydawnictwie Harlequin. Pewnego dnia w jej życiu pojawia się (ponownie) Sam – starszy od niej chłopak, który wiele lat wcześniej opiekował się nią na balu licealnym, gdy jej partner zostawił ją na lodzie. W końcu, po perypetiach, Sam i Patience stają na ślubnym kobiercu. Życie zlewa się z romantycznymi powieściami.

Opinie o ebooku Romans to moja praca - Patience Bloom

Fragment ebooka Romans to moja praca - Patience Bloom

Patience Bloom

Romans to moja praca

Przełozyła Marzenna Reyher

Tytuł oryginału: Romance Is My Day Job

Copyright © 2014 by Patience Bloom

Photographs © 2014 by Sam Bloom, Patrick Smith, and Chris Cozzone

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with Dutton, a member of Penguin Group (USA) LLC, a Penguin Random House Company

Copyright © for the Polish translation by Marzenna Reyher, MMXIV

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIV

Wydanie I

Warszawa

Dla Cookie

Preludium do romansu

Wiem, że istnieje powód, dla którego znalazłam się na pokładzie pociągu Amtraka, nadąsana i ponura, pędząca z powrotem do Nowego Jorku. Musi jakiś być. Mamy jeden z pierwszych pięknych dni wiosny 2009 roku, lecz nie jestem w stanie docenić go tak, jak powinnam. W głowie mam mętlik. Jeżeli ironia mojego nieudanego życia miłosnego i mojego zawodu (redaktor romansów) to kosmiczny wypadek, to życie jest naprawdę absurdalne. Dlatego zanim wsiadłam do pociągu, kupiłam czekoladowego pączka.

Facet, którego nazwałam Supermanem, siedzi obok mnie i jest zniewalająco przystojny. Należy do gatunku nieuchwytnych samców alfa, z którymi zawsze chciałam się spotykać, jest bohaterem, który wypełnia strony wielu romansów i przez pięć miesięcy należał do mnie. Teraz ze sobą nie rozmawiamy. Weekend w jego domu na wsi okazał się katastrofą. Nie mogę się doczekać powrotu do domu.

Nie mam pojęcia, co robić. Z czterdziestką na karku już powinnam ogarnąć tę stronę życia. Ze wszystkich ludzi to właśnie ja powinnam wiedzieć lepiej, zgadza się? Od ponad szesnastu lat jestem redaktorem romansów w Harlequinie. Jako domniemany ekspert w tej dziedzinie poznałam mechanizmy miłości. Czytałam książki o randkowaniu (w połączeniu z zawrotną liczbą romansów), a prawdziwym romansom poświęciłam całą swoją uwagę w ciągu dwudziestu pięciu lat z hakiem. Choć nigdy się nie łudziłam, że mój wybraniec będzie Jamesem Bondem lub Heathcliffem (który notabene był świrem), to można by oczekiwać, że zbliżę się do ideału. Posiadam rozległą wiedzę o romansie książkowym, dysponuję olbrzymią pulą randkowiczów w Nowym Jorku i nie wyglądam jak Quasimodo. Chyba należy zrobić sobie przerwę.

Nie przerwę od czytania opowieści miłosnych. Redagowanie romansów nadal niesie ze sobą powiew nowości: czytuję je w ciężkich chwilach i zawsze poprawiają mi samopoczucie. Codziennie pracuję z przyjaznymi, mądrymi ludźmi. Poznaję autorów, którzy uwielbiają pisanie o miłości. Sprawiają, że kocham miłość nawet wtedy, gdy jej nienawidzę. Dzięki tym książkom wierzę, że każdą z nas – nie tylko mnie – czeka zakończenie w rodzaju „i odtąd żyli długo i szczęśliwie”. I to nie dlatego, że autorzy przesyłają mi czekoladki na walentynki, zawsze dopytują o moje życie osobiste, dostarczają maszynopisy, aby zaspokoić moją obsesję czytania, i są ciekawymi ludźmi. Kto nie chciałby choć na chwilę uciec od rzeczywistości? To naprawdę chore, że mi jeszcze za to płacą.

Wyobraź sobie agonię, przez którą codziennie przechodzę: Nieuprzejmy agent FBI – nazwijmy go Jake Hunter – musi odnaleźć seryjnego zabójcę, który terroryzuje niewielką społeczność. Mimo że przeszedł przez piekło – albo jego żona zginęła w wypadku samochodowym, albo partner został zamordowany przez kartel narkotykowy – do szaleństwa oczarowuje go właścicielka lokalnego sklepiku dziewiarskiego o imieniu, powiedzmy, Cassie, która skądinąd jest dziewicą. Panna Dziewiarka nie zdaje sobie sprawy, że ma prześladowcę – prawdopodobnie w osobie byłego chłopaka lub zazdrosnego przyjaciela ze szkoły – który chce jej głowy, bo nie może o niej zapomnieć. Dlaczego agent FBI w ogóle pojawia się w tym sklepiku? Jest zdecydowanie seksowny i sporo wody upłynęło od chwili, gdy były chłopak Cassie McBride, prawdziwe ladaco, ją opuścił.

Tak jest. Właśnie o tym chcę czytać przez większość czasu. Mój przeciętny dzień jest niezły. Rano słońce całuje mnie w szyję, popijam kawę i zanurzam się w opowieści o bohaterach przezwyciężających przeszkody, doświadczających zdumiewających, jednoczesnych orgazmów i odkrywających, że są sobie przeznaczeni. Ponura przejażdżka Amtrakiem nie może się z tym równać.

Naprawdę przykładałam się do chodzenia na randki. Robiłam wszystko, jak należy: byłam dostępna, ale bez przesady, umawiałam się tak, jakbym szła na zakupy, zaistniałam na kilku serwisach randkowych, chodziłam na spotkania, byłam radosna, nie rozmawiałam o moich byłych i nie biadoliłam. Spędziłam sporo czasu nad włosami, ubiorem i makijażem. Łapałam każdą okazję. Jednak upłynęły lata – ba! dekady – a ja nadal jestem w tym samym miejscu. Tyle przeczytałam, tak bardzo się starałam, więc widocznie jestem skazana na szczęście bez prawdziwego romansu. W porządku, mogę być samotna. W istocie moje życie nawet w niewielkim stopniu nie przypomina tego, o którym czytam w książkach.

Albo niewykluczone, że prawdziwy romans czai się tuż za rogiem...

Część pierwsza

„Wyobraźnia kobiety jest wartka jak strumień, w mgnieniu oka przeskakuje z podziwu do miłości, zaś z miłości do ołtarza”.

Jane Austen, Duma i uprzedzenie1

Rozdział pierwszyTańce szkolne nie kończą się tak jak książkowe romanse (chyba że w grę wchodzi ciąża)

1984

Dzień balu. 25 lutego 1984 roku w Taft School, w sielankowym miasteczku Waterfront w stanie Connecticut, odbywają się wieczorne tańce. Ta niewielka szkoła średnia z internatem, posadowiona wśród łagodnych wzgórz i zielonych drzew, z perfekcyjnie utrzymanym otoczeniem i czarującymi budynkami, jest rajem. Podjeżdżając do głównego budynku, możesz odnieść wrażenie, że jest stara i elitarna. Wewnątrz stajesz się cząstką żywiołowego tłumu uczniów, legendarnych profesorów i tworzącej się historii. Do Taft School chodzą dzieci korporacyjnych szych i polityków.

Nazywam się Patience Smith, jestem uczennicą drugiej klasy, córką dwójki historyków. Jako stypendystka wiem wszystko o oszczędnym życiu (albo prawie wszystko). To, że nie jestem bogata, w Taft School oddziałuje na mnie w mniejszym stopniu, niż powinno. Wszyscy mieszkamy w tycich pokojach, jemy to samo, spędzamy dwie godziny dziennie na nauce w tym samym pomieszczeniu i chodzimy na te same zajęcia. Przyznaję, zamiast wełnianych swetrów z Fair Isle noszę welurowe, a moja fryzura wyróżnia się w morzu równo przyciętych na boba włosów. Na szesnaste urodziny nie dostanę bmw, nie mam szykownych ciuchów, ale i tak wydaję tatusiowe pieniądze. Co prawda na ogół na rzeczy mniej kosztowne, jak orzeszki w polewie jogurtowej.

Ostatnio głodziłam się, aby wbić się w balową sukienkę. Trudno to jednak nazwać torturą. Stałam się tak nerwowa, że waniliowe koktajle i frytki, tradycyjny dodatek do każdego posiłku, nie były mi w głowie. Nadszedł czas wielkiego zimowego balu, a moim partnerem jest przystojniak rodem z powieści Harlequina, który – mam taką nadzieję – zostanie moim chłopakiem. Randkowanie z nim automatycznie wyniesie mnie na orbitę dziewcząt popularnych, choć nie jestem karierowiczką. Po prostu taki wniosek mi się nasunął.

Przeglądam się w lustrze w swoim pokoju w internacie. Wyglądam zdumiewająco. Suknia jest ciemnoniebieska, koronkowa, ściśle przylega do mojego ciała w kształcie klepsydry. Podkreśla kobiece zaokrąglenia. Chyba niepotrzebnie noszę luźne spodnie i obszerne koszule spięte paskiem w stylu Madonny. W tej sukni mogę pójść na ceremonię wręczenia Oscarów. Ludzie będą zszokowani, gdy zobaczą mnie we wcieleniu gwiazdy filmowej.

Teraz tylko muszę przekonać Kenta, jaka jestem niezwykła. Moje długie rude włosy są ułożone w perfekcyjne loki, oczy ekspercko oprawione mascarą, czarną kreską i błękitnym błyszczącym cieniem. Pomadka koniecznie w kolorze zmrożonego różu, bo taki teraz się nosi. Nie koralowa, jak w romansach, po prostu różowa. Twarz wygląda doskonale.

W internacie zwanym MacHouse’em powietrze aż drży w oczekiwaniu na bal. Dziewczęta z pierwszych i drugich klas podziwiają nawzajem swoje fryzury i zwoje tafty. Czekam jak inne w holu, przestępując z obcasa na obcas na wysłużonym czerwonym dywanie. Nagle pojawia się moje marzenie.

Kent niespiesznie wchodzi głównym wejściem.

– Ładnie wyglądasz – mówi w odpowiedzi na moje powitanie.

Od tego komplementu cała promienieję. Mimo podenerwowania zauważam, że w białym smokingu Kent wygląda bardzo stylowo. Nigdy wcześniej nie widziałam białego smokingu. Może to popularny strój w takich modnych miasteczkach w stanie Connecticut jak New Canaan, Greenwich czy Darien. Czuję się trochę nie na miejscu, jakbym należała do innego klubu. Moi rodzice – rozwiedli się i ponownie weszli w związki małżeńskie z nauczycielami akademickimi – są typowymi molami książkowymi, nie urodziłam się ze srebrną łyżeczką w ustach. Niemniej jednak dzięki nim mieszkałam przez kilka lat w Paryżu, co dodaje szczyptę wyrafinowania do mojej biografii. Jestem dwujęzyczna, niestety, tylko dorośli uznają to za wartość. Wielu moich szkolnych kolegów zna się od urodzenia. Mimo różnic w pochodzeniu i statusie materialnym nie czuję się wyalienowana. Z wyjątkiem tych chwil, kiedy rozmyślam, co mnie ominęło: przyjęcia koktajlowe, zakupy w Talbots, krokiet i koszulki marki Izod. Na szczęście moja współlokatorka Nici wie wszystko na temat przyjęć koktajlowych, bo jest ode mnie zamożniejsza. Jesteśmy dwiema chichoczącymi, nierozłącznymi idiotkami.

Nici to ładna, przyjemnie zaokrąglona dziewczyna o jasnobrązowych włosach, jasnej karnacji i uśmiechu, który rozświetla pokój, młodsza wersja Lady Di i dziewczyna z sąsiedztwa w jednym, lekko zakręcona (ale w pozytywny sposób). Dzięki wielkiemu sercu przyciąga szerokie grono przyjaciół, którzy przewracają oczami, słuchając o jej obsesji na punkcie chłopaków. Z mojego punktu widzenia jest idealną przyjaciółką – też mam hopla na punkcie chłopaków. Nici jest „nieuleczalną romantyczką”. Nie wiem, gdzie usłyszała to określenie, ale właśnie tak o sobie mówi, jakby to było coś pozytywnego. Zastanawiam się, co by się stało, gdyby rzeczywiście złapała tego chłopaka, którego sobie upatrzyła. Zanim to nastąpi, mogę podziwiać inwencję, z jaką opracowuje romantyczne scenki. Kradnie chłopakowi but, biegnie do stawu z nadzieją, że chłopak pobiegnie za nią, co też on czyni, ponieważ chce odzyskać but. Takie plany zazwyczaj odnoszą efekt odwrotny do zamierzonego i w konsekwencji Nici wypłakuje sobie oczy w pokoju.

Nie można jej zarzucić, że się nie stara. Stara się, i to bardzo. Te cechy i wiele innych czynią z Nici uroczą osobę i dlatego spędzam z nią większość czasu. Należy dodać, że to ona zainspirowała historię z Kentem. Przekonała mnie, że zaproszenie go na tańce to dobry pomysł, tak jak rok wcześniej namówiła mnie na czytanie romansów. A przecież już mam potężną, graniczącą z chorobą, obsesję na punkcie Duran Duran. Czy w swoim życiu potrzebowałam więcej wyimaginowanego romantyzmu? Prawdopodobnie nie.

Ostatniej wiosny, gdy Nici po raz pierwszy dała mi do ręki romans Harlequina, udawałam, że mnie to nie interesuje. Oczywiście pożarłam tę książkę – rankiem, tuż przed egzaminem z łaciny, z którego i tak dostałam piątkę. Kto nie wzruszyłby się historią przeciętnej Jane, która spotyka na swej drodze ciacho w postaci milionera, a on najpierw traktuje ją podle, aby na koniec wyszeptać: „Kocham cię”? Ponadto było tam trochę sprośności – według mnie akurat tyle, ile trzeba.

Chciałabym przenieść ten romans do prawdziwego życia. Miłość na stronach książek spiętych pikantnymi okładkami wydaje się taka łatwa.

W tajemnicy usycham z tęsknoty za prawdziwym chłopakiem. Wszyscy wokół twierdzą, że uprawiali seks, a ja nawet się nie całowałam. To na tyle kłopotliwe, że wymyślam jakichś chłopaków z przeszłości także na użytek Nici. Można by pomyśleć, że mieszkanie z rówieśnikami stwarza nieograniczone możliwości romansowania, lecz nie dla takiej wstydliwej dziewczyny jak ja. Zadurzam się w chłopakach do ogłupienia, ale na razie prowadzi to donikąd.

Z drugiej strony lubię być zakochana. Uwielbiam ten zawrót głowy, gdy nie mogę doczekać się, aż go zobaczę. W szkole przejście od zakochania do randkowania odbywa się zbyt szybko. Gdzie miejsce na trzymanie się za ręce, co wydaje się takie fajne, czy długie konwersacje o bolesnych problemach dzieciństwa? Gdzie pocałunki, które ogląda się w filmach? Moi koledzy rozmawiają o innych sprawach, o stosunku, który odbyli w szatni, na cmentarzu, w cudzym pokoju i – ze szczegółami – o roli różnych części ciała w akcie miłosnym.

Romans powinien przypominać to, co pokazują w moim ulubionym serialu Statek miłości. W zasadzie ten serial jest edukacyjny, ponieważ uczy, jak poznawać nowych ludzi i jak w ciągu zaledwie trzech dni może zakiełkować prawdziwa miłość. Najpierw odwzajemniasz błysk zainteresowania nadchodzący z przeciwnej strony pokoju. Potem mężczyzna prosi cię do tańca, wreszcie wychodzicie, kierując się na pokład Lido, gdzie uprawiacie seks. Nie jestem pewna, co dzieje się później, ale zawsze pokazują dużo szlafroków i wizyt u lekarza. Byłoby okrutne, gdyby romans miał coś wspólnego z tymi idiotyzmami, które opisują w książce Our Bodies, Ourselves.2

Koleżanki z internatu często opowiadają, co robią z chłopakami. To przerażające. Jedną prawie zgwałcono na boisku do piłki nożnej, gdzie poszli po zmroku. Gdy chłopak stał się zbyt brutalny, kopnęła go w to czułe miejsce. Umarłabym, gdyby mi się to przytrafiło. Inna wspominała o robieniu loda, co zaledwie kilka miesięcy wcześniej kojarzyło mi się z kręceniem lodów w domu. Nadal nie jestem pewna, o co w tym chodzi.

W powieściach i w Statku miłości takie ohydne detale nie występują. Zbliżenie seksualne wieńczy głęboka ekstaza (i wszystko odbywa się za obopólną zgodą), ale nacisk jest położony na emocje, na miłosny konflikt. Bohaterka – nazwijmy ją Faun, ponieważ to lata osiemdziesiąte, a wtedy nadawano tego rodzaju imiona – nie ma pojęcia, co się jej przydarzy. Nie szuka miłości. Jej beztroska jest urocza. Dopiero stawia pierwsze kroki. Ledwo potrafi sama nałożyć sobie cheerios, a co dopiero pokazać komuś zmysłową bieliznę (majtki i stanik zawsze pasują do siebie, żadnych babcinych gaci).

Nieuchronnie na jej drodze staje mężczyzna, który ją w przyszłości rozdziewiczy, prawdziwy ogier alias Boss. Dajmy mu na imię Devlin, bo ma wiele wspólnego z diabłem, a ponadto natura wspaniale go wyposażyła dokładnie tam, gdzie trzeba. Nie wiem, jakie korzyści wynikają z wielkości przyrodzenia, ale w tych książkach zawsze pojawiają się odniesienia do konia.

Gdy Devlin zobaczył Faun, poczuł, że robi mu się ciasno w spodniach. Uwolniony z rozporka zrównałby z ziemią drapacze chmur. Taką ma moc. A jednak biedny ten Devlin. Owszem, jest draniem (muszę sobie zanotować: drańskie zachowanie oznacza prawdziwą miłość). W pełnej tajemnic przeszłości miłość dała mu ostro popalić, może nawet bił go ojciec pijak, który na dodatek przespał się z jego narzeczoną w przeddzień ślubu. Faun nie rozumie, skąd bierze się jego podłość, unika go, ale rumieni się na jego widok, świadoma swojej seksualności. On, ciemny i posępny (czyli atrakcyjny), zjadliwy, ciągle pojawia się na jej drodze. Nadchodzi moment, gdy Faun rzuca okiem na jego podbrzusze (i perfekcyjny kaloryfer powyżej). Ubrania fruwają na wszystkie strony. Z początku trochę boli, lecz po chwili Faun uwielbia się z nim kochać. Wydaje się jej to takie naturalne, że przez całą noc kopulują jak króliki. Zasypiają przytuleni, co Devlinowi zdarza się po raz pierwszy.

Rano jest wściekły bez powodu i odchodzi, a ona myśli, że ją znienawidził. Czas rozłąki, która kończy się, gdy ona po każdym śniadaniu wymiotuje w łazience. Ciąża. Małżeństwo. Ona uważa, że to ze względu na dziecko, bo przecież został zbyt mocno zraniony, by ją pokochać, ale myli się, on ją rzeczywiście kocha i żyją długo i szczęśliwie.

Jak łatwo uzależnić się od tych książek.

Czytałam o różnych przeznaczonych sobie parach – księciu, który pokochał dziewczynę z ludu, zbzikowanym milionerze łączącym się duchowo i fizycznie z siostrą swojej zmarłej żony, sekretarce, która poślubia nie tego pana młodego... lista jest długa. Te romantyczne historie dały mi odwagę, by marzyć. Któregoś dnia spotkam swojego męża – może na smaganej wiatrem plaży w Malibu – i będzie to John Taylor, gitarzysta z Duran Duran. J.T. ze swoim bezwłosym, młodzieńczym torsem, w czerwonym, błyszczącym garniturze, który nosi w teledysku Rio3, jest moim ideałem mężczyzny. Jest ode mnie o osiem lat starszy, ale na tyle nie wygląda. Ja mam lat piętnaście, on dwadzieścia trzy: zdecydowanie moglibyśmy się umawiać. Kocham go szaleńczo, do tego stopnia, że sprawdziłam, co znaczy słowo prawns4, ponieważ to jego ulubiona potrawa (jak podaje dziewczęcy magazyn „Tiger Beat”).

No cóż, pora znaleźć prawdziwego chłopaka, a wspólne wyjście na bal wydaje się pierwszym logicznym krokiem. Bycie nieśmiałą i pilną przestało już być zabawne. Czy kolejny rok zamierzam obserwować, jak wszyscy moi przyjaciele chodzą na randki? Nici i ja jesteśmy w tej samej sytuacji.

Z początkiem roku sporządziłyśmy listę nowych uczniów, przy każdym nazwisku odnotowałyśmy, z kim są związani, i nadałyśmy im sekretne przezwiska. Nici jest zakochana w Obiecującym Aktorze i w Seniorze, Który Nie Wie, że Ona Istnieje. Poświęciła im stosy wierszy, namalowała niezliczone róże z wplecionymi inicjałami, które przybierze po ślubie z którymś z nich. Kenta zauważyłam natychmiast, bo jest bardzo wysoki i roztacza wokół siebie aurę łatwego i przyjemnego życia – styl, który kocham. Nie jestem pewna, jakiego koloru są jego oczy, ponieważ przesłania je opadająca blond czupryna. Gdy wchodzi do pokoju, czuję motylki w brzuchu.

Przekonuję Nici, że moja reakcja na niego i relacje z nim przypominają romans Harlequina, i wyjaśniam dlaczego: Kent wydaje się obojętny w stosunku do mnie, tak jakby w ogóle się nie przejmował, podobnie jak Devlin, gdy Faun zostaje jego sekretarką. Atmosfera jest niemalże wroga. Podejrzewam, że Kent po cichu kocha się we mnie, ale udaje, że nie wie, kim jestem. Czy to możliwe, że on nie wie, kim jestem? Szkoła jest przecież mała. Ostatni dowód to fakt, że jestem w nim bezgranicznie zakochana, co mnie przeraża, bo on jest taki piękny. To przeznaczenie, że będziemy razem. Nici zgadza się z moim wywodem, a przecież jest ekspertem w tych sprawach.

– Może powinnaś go zaprosić na bal – zasugerowała Nici miesiąc temu, zaciągając się papierosem.

Siedziałyśmy w „pet-pokoju”, miejscu wyznaczonym dla palaczy w internacie, gdzie przeprowadzamy nasze rozmowy na szczycie. Pokój jest maleńki, ciemny jak zapyziała więzienna cela, zaśmiecony petami – idealne miejsce do omówienia naszego nowego problemu. Moja przyjaciółka Diana również była z nami. Intrygująca, inteligentna i bezpośrednia jak Rizzo z musicalu Grease, marzy o bzykaniu ze Stingiem i Billym Idolem. Wyznaje zasadę: „Idź na całość!”. Wiedziałam, że dyskutując z nimi na temat Kenta, proszę się o kłopoty, bo będą mnie do tego zachęcać.

Bal zbliżał się wielkimi krokami i zamierzałam znaleźć sobie chłopaka. I nie chodziło o platonicznego przyjaciela, ale takiego z prawdziwego zdarzenia. Najgorsze, że to ja będę musiała kogoś poprosić, aby ze mną poszedł.

– No dobra, poproszę Kenta. – Przełknęłam wielki łyk napoju gazowanego Tab i zaciągnęłam się papierosem.

– Trzymam cię za słowo. – Nici wypuściła olbrzymi kłąb dymu.

– Zrobię to, naprawdę.

– Zrób to! – powiedziała donośnie Diana, ponaglając mnie.

Wtedy właśnie narodził się ten kiepski pomysł.

Najbardziej martwił nas napływ nowych drugoklasistek nazywanych półlaskami. W Taft School „pół” oznaczało drugą klasę, a „laski” dodawało się z automatu, bo rzeczywiście dziewczyny były świeże, takie młode ziemniaczki w worku ze starymi. Wkroczyły do internatu, kołysząc biodrami, piszcząc coś o koncertach, na których były, spędzonych wakacjach i przyjęciach. Przyćmiły nas minispódniczkami i długimi opalonymi nogami. W ich wykonaniu wszystko wydawało się łatwe, jakby dopiero co przebudziły się z orzeźwiającej drzemki. Chłopcy natychmiast zwrócili na nie uwagę. Były ekscytujące i piękne jak seksbomby. Ale najgorsze, że w większości były również miłe. Musiałyśmy je znienawidzić, skoro kradły nam szanse na przeżycie romansu jak z powieści. W moim wszechświecie te dziewczyny zjawiły się nie bez powodu – musiałam mocniej powalczyć o fajnego chłopaka. Pomimo tych komplikacji nadal jednak mogłam złapać chłopaka swoich marzeń.

Faun znajduje odwagę nawet wtedy, gdy jest w beznadziejnej sytuacji, pod warunkiem że naprawdę warto. Potrzebuje kogoś, kto zawiezie ją do psychicznie niezrównoważonego brata przebywającego w więzieniu (później ten spróbuje ją zabić). Faun nie potrafi obsługiwać żadnych maszyn oprócz maszyny do pisania. Najpierw zamierza przebyć osiemnaście kilometrów pieszo, choć przez to przegapi wyznaczoną porę wizyty (czasami logika zawodzi). Widząc Devlina w opływowym jaguarze, wyniośle prosi go o podwiezienie. Devlin ze względu na jej postawę w zasadzie powinien odmówić.

Tak bardzo przypominam Faun. Zależy mi na towarzystwie na bal. Zaproszenie Kenta na tańce to moje przeznaczenie, desperacka próba, aby przestać podpierać ściany. Kent i ja będziemy razem na dobre i na złe. Potem ślub.

Czy nie tak jest w powieściach?

Tygodniami dręczyłam się tym, czy zaprosić Kenta i jak go poznać, skoro nigdy nie zamieniliśmy ze sobą słowa. Nawet cześć. Niewiele o nim było wiadomo, co wykluczało przeprowadzenie śledztwa bez wzbudzenia podejrzeń. Nasi znajomi należeli do innych kręgów. Wyznanie Nici i Dianie, że się w nim bujam, było wystarczająco trudne, jak więc poprosić go o pójście ze mną na bal? Sam pomysł wydawał się szalony. Znalezienie platformy porozumienia pomiędzy Kentem a mną wymagało sporego nakładu pracy, szczególnie że chciałam, aby w przyszłości został moim mężem.

Jak każda zakochana dziewczyna spędzałam całe godziny, obserwując go, choć zdawał się tego nieświadomy. W określonym czasie pojawiałam się na korytarzu, zwlekałam z wyjściem z jadalni po kolacji, zachodziłam do baru z przekąskami po odrobieniu pracy domowej, kręciłam się wokół jego przyjaciół. Żadna z tych strategii nie przyniosła rezultatów, ale się nie zniechęciłam. W moim pamiętniku romantyczny konflikt pomiędzy Kentem a mną zajął poczesne miejsce. Kent chodził na hiszpański, ja na łacinę i francuski. On lubił muzykę Dead, ja gustowałam w Duran Duran, Wham! i Culture Club. On mieszkał w internacie dla chłopców, ja – dla dziewcząt (oczywiście). Oboje zaliczaliśmy się do spokojnych uczniów. Tylko cud mógł sprawić, że będziemy razem.

W doskonałych opowieściach miłosnych cuda się jednak zdarzają, więc obmyśliłam plan natarcia. Na stopniowe pogłębianie znajomości zostało za mało czasu, zdecydowałam się na skok na głęboką wodę, gotowa na poniesienie konsekwencji.

Raz w tygodniu w audytorium odbywały się wykłady wygłaszane przez dyrektora szkoły, jakiegoś nauczyciela lub innego luminarza z dziedziny edukacji. W galowych garniturach, sukienkach i spódniczkach stawialiśmy się tam obowiązkowo całą szkołą. Te dwadzieścia minut poświęcone refleksji lub wzbogaceniu kulturalnemu spędzaliśmy na wierceniu się, drzemkach i flirtowaniu z najbliższymi sąsiadami. Raz Nici w ramach eksperymentu tak długo naciskała żyłę na szyi, że zemdlała.

Gdy nadszedł dzień kolejnego wykładu, nie mogłam spokojnie usiedzieć, próbując zebrać w sobie wystarczająco dużo odwagi, aby wprowadzić w życie swój plan. Najlepszą okazję stwarzała przerwa między wykładem a kolacją.

Po zakończeniu wykładu wybiegłam z audytorium i zaczaiłam się, czekając, aż Kent wyjdzie. Zamierzałam przeprowadzić ten szaleńczy plan zupełnie nie w moim stylu, tak jakby moje ciało opanował jakiś obcy element. Ale tak właśnie zaczynają się historie miłosne – inspiracją (Kent) i zrobieniem pierwszego kroku przez jedną z osób. Słodka Faun nagle pojawia się przed szkołą i śpiewa, wydzierając się wniebogłosy. Z kolei Devlin ląduje w szpitalu – biedny facet spadł ze schodów, goniąc porywacza Faun. Przez kilka dni był nieprzytomny. Tylko Faun może wybudzić go ze śpiączki, co też czyni, stosując niezawodną metodę nowoczesnej medycyny – pocałunek. I wtedy Devlin wyciąga pierścionek z brylantem.

Jeżeli zrobię z siebie głupka, poczuję się upokorzona, ale nie na długo. Schowałabym się w pet-pokoju, dopóki to uczucie nie minie. Mój wymyślony chłopak Jason mógłby się zmaterializować. Gdyby Kent odrzucił moją propozycję, mogłabym bezczelnie skłamać: „Och, zapomniałam, Jason może przyjechać z odległego Cape Cod na tańce”. Zawsze mogłabym zrejterować, ale gdy już raz zdecydowałam się go zaprosić, to muszę iść za ciosem.

Kent (Devlin) właśnie wyszedł z audytorium, jak zwykle niedbale szurając butami, z włosami opadającymi zawadiacko na twarz. Nie mam pojęcia, czy widzi więcej niż pół metra przed sobą, ale jestem gotowa prowadzić go w życiu, kształtować jego przyszłość.

Rzuciłam się w jego kierunku. Gwałtownie.

– Cześć. Mogę cię o coś spytać?

Spojrzał na mnie bezmyślnie, bez wątpienia dlatego, że moja tożsamość stanowiła dla niego tajemnicę. Czy to jakiś żart?

– Czy poszedłbyś ze mną na bal?

Wyrzuciłam to z siebie, a wokół kłębił się tłum nieświadomych niczego studentów, bo przecież nikt by nie podejrzewał mnie o taką śmiałość.

Przez sekundę lub dwie zdawał się rozważać moje pytanie.

– Pewnie – powiedział w końcu Devlin, wzruszając ramionami, chyba trochę rozbawiony.

– O Boże. Naprawdę? – Świetnie.

Okazało się to takie proste, a moje życie towarzyskie weszło w nową fazę. Następny krok to romantyczny piknik na łące, gdzie trzymamy się za ręce i uśmiechamy się do siebie. Przyniosę koszyk z pieczonym kurczakiem, sałatką ziemniaczaną i plackiem – typowe menu w powieściach o miłości. Nie mam pojęcia, gdzie zdobędę te wiktuały, ale kto by się tym przejmował?

Kent waha się.

– A jak ci na imię?

To kłopotliwe pytanie zupełnie się nie liczy. Ot, taka sympatyczna anegdotka, którą babcie opowiadają potem wnukom.

Cały następny tydzień myślałam o tym, jak się zachowywać, która sukienka będzie najlepsza, czy on na pewno ze mną pójdzie. Nie mogłam spać. Razem z Nici spędziłyśmy wiele godzin w pet-pokoju, naradzając się.

– Co włożysz?

– Nie wiem. Sukienkę.

– Upewnij się, aby na tobie nie wisiała.

– Co mam zrobić, gdy on coś do mnie powie?

– Po prostu odpowiesz. To się nazywa konwersacja.

– Ale co mam powiedzieć?

– Nie wiem, że dorastałaś we Francji?

To na pewno zrobiłoby na nim wrażenie, ale w tygodniach przed balem Kent i ja rzadko rozmawialiśmy. Powiedzieliśmy sobie „cześć” w barze i to wszystko. Czy wielka miłość może się narodzić od samego patrzenia?

Powinniśmy mieć kontakt na innym poziomie – rozmowy albo wspólnych zainteresowań. Choć w powieściach romantycznych zbyt wiele się nie rozmawia, a wspólne zainteresowania też nie są konieczne. To nie do końca prawda. Devlin demonstruje Faun swoją olbrzymią wiedzę, rozprawiając o gargulcach na europejskich katedrach, gdy przechadzają się wzdłuż Sekwany, dowodząc tym samym, że jest intelektualistą, a ponadto właścicielem imponującego dodatku w spodniach (wcale nie chciałabym go oglądać tak od razu). Niewykluczone, że Devlin oprócz MBA5 ma również doktorat z archeologii, ale Faun nie ma o tym pojęcia, dopóki jakaś dobra wróżka nie wyjawi o nim całej prawdy – że obok wyrzeźbionych rysów ma także głębię. W rzeczywistości Devlin jest bardziej niż zagadkowy. Dlatego pomyślałam, że Kent może być dla mnie idealny, bo ja też o nim nic nie wiem.

W głębi ducha zaczęłam obawiać się tego balu i miałam przeczucie, że okaże się porażką. W jaki sposób Kent zupełnie znienacka może zostać moim chłopakiem? Przemyślałam to wszystko ponownie. Miłość Kenta i moja istnieje tylko w mojej wyobraźni.

No cóż, już za późno, ten moment nadszedł. Nie ma odwrotu. Mam randkę z Kentem. Gdy idziemy w kierunku szkolnej stołówki, czuję się jak Kopciuszek, mam tremę i opadają mnie wątpliwości. Może pocałuje mnie, gdy noc dobiegnie końca, choć nie wydaje się to dobrym pomysłem. Idąc u boku tego wielkiego blond chłopaka, nie wyobrażam sobie nas jako prawdziwej pary.

Wchodzimy do stołówki, gdzie odbywa się bal, z tej okazji specjalnie oświetlonej, obwieszonej serpentynami i mnóstwem plakatów. Przed wejściem długa kolejka par w tafcie i smokingach czeka na zrobienie pamiątkowego zdjęcia. Z jakiegoś powodu prześlizgujemy się obok fotografów, być może dlatego, że kolejka jest zbyt długa, poncz wygląda zachęcająco lub dlatego, że grają Rock Lobster6. Nie będzie dowodu, że na ten bal przyszliśmy razem.

Jestem pewna, że powinniśmy o czymś rozmawiać, ale milczymy. Ludzie zostawiają nas samym sobie, omijają nas obojętnie, jakbyśmy byli eksponatem muzealnym. W Statku miłości konwersacja toczy się bez wysiłku. Julie McCoy, dyrektor rejsu, bez problemu uwiodłaby szesnastoletniego chłopaka. Jestem rozczarowana, że nie należymy do tych par, które posiadły umiejętność niezobowiązującej rozmowy o niczym. Nie umiem znieść zakłopotania wynikającego po części z tego, że nic o sobie nie wiemy, a po części z mojego rozumienia pojęcia „flirt”. Tańce wcale nie są zabawne, skoro sprowadzają się do paniki z byle powodu i przygnębiającego powrotu do domu nad ranem.

Powoli staje się dla mnie jasne, że nasza miłość jest na ostrym, ale nie śmiertelnym zakręcie. Pewnie nie będziemy zbyt entuzjastyczną parą. Już to wiem. Nie będzie mnie całował w blasku księżyca i nie zostanie ojcem mojego dziecka w wyniku wpadki na boisku do piłki nożnej. Gdy muzyka gra, a wystrojone pary tańczą, pomiędzy nami nie ma fajerwerków. Przyznaję, choć jednocześnie czuję pustkę – w kim mam się teraz zabujać? Czuję też ulgę, bo na myślenie o Kencie zużywałam dużo energii. Widać nie jesteśmy dla siebie stworzeni, zawsze mogę wrócić do obsesji na punkcie Johna Taylora, który jest doskonały (a tabloidy donoszą, że jest prawiczkiem!).

Zaczynam przytomnieć i dostrzegam, w jaki sposób przemodelowano stołówkę, aby mógł się w niej odbyć bal naszych marzeń, z kiczowatymi dekoracjami, napojami i morzem par na parkiecie. Choć moi rówieśnicy stroją się także na inne okazje, to widok wspaniałych balowych kreacji zapiera mi dech. Koledzy wyglądają świetnie. Ten bal to przygotowanie do późniejszego życia, z przyjęciami, weselami, balami dobroczynnymi. Ci uczniowie to nadzieja na przyszłość.

Trochę tańczę z Kentem. Muzyka lat 80. zwykle na parkiecie wyzwala we mnie bestię. Tym razem powstrzymuję się od dzikich ruchów, bo Kent jest spokojnym tancerzem – dwa na jeden. Gdy inni skaczą i wirują, uśmiechamy się do siebie od czasu do czasu, ale nie uczestniczymy w pełni w tym święcie. Czuję się winna, że nie zostawiłam go w spokoju, aby mógł się dobrze bawić ze swoimi kumplami. Nie nienawidzę go za to, że jest taki spokojny. Jest miłym chłopakiem, ale nie mógłby być moim partnerem na prawdziwym Statku miłości.

Po godzinie zostaję sama.

Wiem, że na balach zdarza się to często. Rok wcześniej sama kogoś porzuciłam, uciekłam i schowałam się pod schodami, i wiem, że on cierpiał. Teraz los odpłaca mi za wzgardę okazaną delikatnemu sercu. Kent nie jest moim Devlinem. Jest sympatycznym fanem zespołu Grateful Dead, ma wspaniałe włosy i właśnie zniknął. Nie jestem pewna jak i kiedy, może gdy odszedł na chwilę do grupy kolegów. Spodziewałam się tego i nie próbuję go szukać. Jak to możliwe, że pomyliłam go z Devlinem?

A jednak jestem smutna. I wpadam w paranoję, wyobrażając sobie, że uknuł sekretny plan, aby uciec z moich objęć. Jeżeli to nawet prawda, to nie pozwolę, aby mnie to przybiło. Mogę się wkręcić w tłum i udawać, że wszystko w porządku. Nikt nie dostrzeże mojego rozczarowania. Zresztą dlaczego ten bal ma być taki wyjątkowy?

Z czterema wymieszanymi i roztańczonymi rocznikami jest jak każdy inny bal. Rozglądam się po sali i widzę, jak Nici szczęśliwie traci rozum – i serce – tańcząc z Prescottem, wysokim, nowym chłopakiem z drugiej klasy, z akcentem z Południa. Jako doświadczony uwodziciel, otoczony kółkiem wielbicielek, Prescott z łatwością zadowala Nici – też przecież kobietę – na wielu poziomach, przyciąga uwagę i prawi jej te najwłaściwsze komplementy (jesteś taka ładna, jesteś miła, jesteś ekscytująca; jestem pewien, że on cię lubi, byłby głupi, gdyby nie; pieprzyć go, zasługujesz na coś lepszego). Sądząc po tym, jak promienieje, Prescott może stać się kolejnym obiektem jej westchnień, co oznacza godzinne obrady i planowanie romantycznych scenariuszy w pet-pokoju.

Podziwiając kolory i błyski wirujących sukien, obserwuję tańczące i obejmujące się na oczach wszystkich pary, a także grupki tej samej płci tańczące w kręgu. Na tym parkiecie kiełkują pierwsze prawdziwe miłości. Potem pary wychodzą na taras. Siadają na kamiennym murku, rozmawiają i całują się, dopóki nie nadejdzie godzina policyjna. Lub też idą w kierunku pobliskiego cmentarza...

Każdy bal budzi nowe oczekiwanie na zmianę w życiu – że pojawi się ktoś i zadeklaruje, że zechce tę rudą dziewczynę siedzącą na widowni. Nie stanie się to jednak w czasie tego balu i nie będzie to Kent.

Z całych sił próbuję tańczyć w szpilkach i napinam mięśnie w obcisłej niebieskiej sukni, ale kończę na obrzeżach parkietu, rozsmakowana w zbyt słodkim ponczu. Za godzinę będę mogła po cichu się wymknąć i zaliczyć tę noc do porażek. Ale przynajmniej próbowałam coś zdziałać. Zawsze próbuję.

Łzy zbierają mi się w oczach, ale je powstrzymuję.

Wiem, że jestem na straconej pozycji, gdy nagle staje się rzecz nie do pomyślenia.

– Zatańczysz?

Odwracam się i widzę Sama, popularnego czwartoklasistę, znanego z zabawnego zachowania i szalonych pomysłów. Zaskoczona patrzę na jego ożywioną twarz i łobuzerskie zielone oczy. Kiedyś wyrzucił przez okno łóżko jakiegoś chłopaka. Słynie z wariackich wyczynów, jak wtedy, gdy z rozpędu uderzył w ścianę, aby przetestować wytrzymałość kasku. Sam bez wahania niszczy szkolną własność, z upodobaniem nęka nauczycieli i ze względu na częste uszkodzenia ciała stał się stałym rezydentem uczelnianej kliniki. Powinni go wyrzucić ze szkoły, jednak zawsze balansuje na krawędzi. Jest nietykalny, ale nikt go za to nienawidzi, może poza trenerem futbolu, odkąd rozgrzewkę obrócił w występ Chippendales.

Zawsze uważałam, że Sam rządzi w szkole. Teraz patrzy na mnie z uśmiechem.

Potakuję odruchowo. Kto by z nim nie zatańczył?

Jego ręka chwyta moją i śmigamy na parkiet, poruszając się w rytmie jakiejś piosenki, chyba In a Big Country, ale dokładnie nie pamiętam. Jestem zbyt oszołomiona. Jak to się stało, że Sam poprosił mnie do tańca? Nawet nie wie, że istnieję, a tu nagle pojawia się, uśmiecha, jego ręka obejmuje mnie w talii. Chyba nie zdaje sobie sprawy, jak to na mnie działa. Bawimy się dobrze i mój nastrój natychmiast się zmienia.

Sam jest jednym z tych tancerzy eksperymentalnych, którzy wyskakują wysoko jak David Lee Roth7, a potem w ułamku sekundy opadają. Roześmiana, dziwię się, ile w nim szaleństwa. Jego śmiech mi wtóruje. Patrzy na mnie ciepło i zastanawiam się, jaki jest, gdy poważnieje. Wyczuwam, że mnie przejrzał, lecz nie przejmuję się tym, mając na uwadze, że to właśnie ten chłopak obrzucał z okna szkolnych gości mokrymi kulkami papieru toaletowego. Złośliwy skrzat, którego nie można wykiwać, bo odda z nawiązką.

Nie nazwałabym go playboyem, choć jest piekielnie uroczy. Klasowy klaun na ogół nie przyciąga stada dziewczyn, poznają się na nim później. Z drugiej strony jego nieustraszony charakter zasługuje na podziw, gdy Sam w czasie gry w futbol rzuca się na większego chłopaka. Niedawno nasz srogi dyrektor w obecności wszystkich uczniów i nauczycieli poprosił Sama, aby potarł jego łysą głowę na szczęście, co miało pomóc przełamać złą passę naszej drużyny futbolowej. Na tym właśnie polega siła Sama.

Jestem podekscytowana, że zwrócił na mnie uwagę. Szaleńczo szczęśliwa, a jednocześnie gotowa na to, że jak w filmie Carrie na moją głowę spadnie wiadro pełne krwi. Ta noc była katastrofą... aż do tej chwili.

Sam kręci mną na parkiecie, zachęcając mnie, abym wyluzowała. Lubię go obejmować. Jest lekko spocony, ale to czyni go jeszcze bardziej pociągającym. Czy to możliwe, że on też się denerwuje, czy po prostu poci się, gdy jest w ruchu? Trzyma mnie jak porcelanową lalkę, by zaraz poprowadzić z furią do szybkiego tańca z piekła rodem. Im dłużej przyglądam się jego twarzy, tym bardziej mi się podoba. Dotąd nie zauważyłam, że z tymi błyszczącymi oczami i szerokim uśmiechem wygląda zabójczo. Lekko zapiera mi dech w piersiach.

Obcisła sukienka ogranicza mi ruchy, ale staram się nie zwracać na to uwagi. Przede wszystkim doskonale się bawię i cieszę tą wyjątkową chwilą. Naprawdę tańczę ze szkolną legendą.

Każdy facet, który na balu ratuje porzuconą przez partnera dziewczynę, musi być najmilszą osobą na świecie. Po beznadziejnej nocy pojawia się znikąd jak książę na białym koniu. Nie miałam pojęcia, że coś takiego przydarzy się mnie, że taki przystojniak zwróci na mnie uwagę. Nagle do mnie dociera, jaki jest seksowny, jakby żywcem wyjęty z powieści romantycznych. Kluczowy jest tu element zaskoczenia.

Gdy muzyka cichnie, daję sygnał do wyjścia, ale Sam ma inne plany i chwyta mnie za rękę. Faun nigdy nie sprzeciwiłaby się takiemu śmiałemu gestowi i ja również nie mam zamiaru. Sam prowadzi mnie do swoich przyjaciół na pogawędkę, wszyscy to gwiazdy najstarszej klasy. Jeden z nich jest bratankiem wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych, tego, który później został prezydentem. Chłopcy są dla mnie bardzo mili, tak jakbyśmy znali się od dawna.

– Zróbmy sobie zdjęcie – nalega Sam, kierując nas do fotografa i przyciągając mnie do siebie. Nawet jeśli nie jest czuły, to jest grzeczny, co poprawia mi humor. Wiem, że na bal przyszedł z inną dziewczyną i po prostu stara się być miły. Nie zazdroszczę tej dziewczynie, którą wybrał. Jak mogłabym, skoro ta noc i tak była stracona? Pewnie zobaczył, że cierpię, i przyszedł z pomocą. Cel zrealizowany.

Jestem tak oszołomiona propozycją Sama, że szczęka mi opada, akurat gdy błyska światło flesza. Zdjęcie jest oficjalne, takie jakie powinnam mieć z Kentem. Przez kilka minut cieszę się z tego, że zostałam czyjąś księżniczką, że miałam prawdziwą randkę.

Światła zapalają się zbyt wcześnie, Sam powraca do swojej super-paczki, a Kent zjawia się, aby powiedzieć mi dobranoc. Czuję w powietrzu, że chce mnie odprawić, więc uprzedzam go, tłumacząc, że wszystko w porządku, nie zależy mi na randkowaniu, bo to by zmartwiło mojego chłopaka Jasona z Cape Cod. Wszystko dobrze się składa. Po cichu jestem wdzięczna Kentowi, że zgodził się przyjść ze mną na ten bal. Wracam do swojego pokoju i wymazuję z pamięci tę noc, poza jednym cennym momentem, gdy popularny chłopak zawrócił mi w głowie i powalił na kolana.

Po balu każdy rusza dalej swoją drogą. Kent nadal jest uroczy i przyjacielski, ale poza moją sferą, i już nigdy nie wcieli się w rolę Devlina. Mimo że zabrakło między nami miłości, jestem mu wdzięczna, bo dzięki niemu zdobyłam się na śmiałość, dążenie do tego, czego chcę. Każdy powinien mieć swojego Kenta. Może odpowiedzieć tak, a odmowę da się przeboleć.

Razem z Nici marzymy o doskonałym chłopaku, zaczytując się romansami. Moją pokrewną duszą będzie ktoś inny, może John Taylor, który w końcu przez trzydzieści sekund jest świadomy mojego istnienia, gdy moja przyjaciółka spotyka go wiele lat później na przyjęciu. „Podoba mi się jej imię” – powiedział, choć oczywiście cała ta opowiastka może być wyssana z palca. W drugiej klasie piszę wypracowanie z angielskiego na pięćdziesiąt stron na temat Duran Duran, ale nawet wtedy nie mogę znaleźć chłopaka w Taft. Niemniej jednak ta praca cementuje moją pozycję jako fana Duran Duran numer jeden w całej szkole. Gruntownie prześledziłam funkowe początki zespołu, dążenie, aby tworzyć muzykę taneczną i radosną, niesłychany wzrost popularności dzięki zmysłowym klipom w MTV, i wreszcie dokonałam przekrojowej analizy tekstów piosenek autorstwa Simona Le Bona, porównując je z poezją T.S. Eliota (nigdy nie czytałam żadnego Eliota, nawet nie wiem, kim on jest).

Poza wymianą kilku uśmiechów na korytarzu nie mam żadnego kontaktu z moim balowym wybawcą, Samem. Kłopoty go nie omijają. Nie udaje mu się ustanowić rekordu w zjedzeniu największej liczby kwadratowych ravioli w ciągu godziny, a próba pokazania światu obnażonego tyłka przez okno kończy się założeniem trzydziestu siedmiu szwów, co sprawia, że do końca semestru Sam nie może siedzieć na zajęciach. Jak dla mnie jest nieosiągalnym bohaterem, o którym nie mogę nawet marzyć.

Może jest gdzieś ktoś stworzony dla mnie.

Rozdział drugiTragiczni bohaterowie są romantyczni tylko w powieściach, w prawdziwym życiu są żałośni

Lato 1987

Błędem było przeczytanie Ptaków ciernistych krzewów8 lata po tym, gdy wszyscy inni szaleli na punkcie serialu telewizyjnego i książki. Nie o ptaki tu chodzi, ale o zakazaną, świętą miłość. Tytułowe ptaki ciernistych krzewów to ludzie, którzy nadziewają się na kolec nieujarzmionej namiętności, w tym wypadku zakochani w sobie Meggie i ksiądz Ralph wpadają w pułapkę zaślepiającego seksu (może trochę upraszczam). Obecnie nie boję się już seksu, ale wciąż kocham romanse. W rzeczywistości jest gorzej, niż było. Po co komu Faun i Devlin, gdy gorliwi katolicy Meggie i Ralph przeżywają męki namiętności? Ci dwoje sprawiają, że tęsknię za żarliwą miłością, która wykracza poza religię i czas. Źle, że tak bardzo lubię czytać. W czasie długiego upalnego lata, gdy czeka się na początek drugiego roku studiów, nie ma nic innego do roboty.

Pierwszy rok w Oberlin9 był bardzo pouczający – rozgrzewka przed ekstazą, którą – wiem na pewno – niedługo przeżyję. Czy może być lepsze miejsce do tego celu niż kompaktowa intymność Oberlin? W tym maleńkim mieście w Ohio nie ma zbyt wiele do roboty, więc trzeba skupić się na studiach i życiu towarzyskim. Uniwersytet jest konglomeratem majestatycznych budynków, starych i nowych, i przyciąga tak zróżnicowanych studentów, jak tylko to sobie można wyobrazić: hipisów, konserwatystów, muzyków poważnych, ludzi głośnych i cichych, aktywistów, pacyfistów, nudystów, fashionistów, gotów, ludzi teatru, intelektualistów oraz – właśnie tak – zapalonych sportowców. Szkoła z internatem dobrze przygotowała mnie do życia bez rodziców, więc szybko zadomawiam się w college’u i przebiegle rozglądam się za swoją miłością.

Na pierwszym roku musiałam przejść kilka rytuałów, zanim wzniosę się na wyżyny Prawdziwej Miłości – utratę dziewictwa i upicie się. Aby rozwiązać pierwszy problem, skorzystałam z usługi słodkiego Danny’ego, który kochał się w mojej współlokatorce. Gdy po tygodniu wreszcie wypłakał się na moim ramieniu (psychiatria sprawdza się jako metoda uwiedzenia, pod warunkiem że chce ci się czekać), nasz związek przekształcił się w romans. Student dwóch kierunków – muzyki i nauk ścisłych – Danny roztaczał łagodną zmysłowość – zaspane brązowe oczy, spokojna natura – miał więc idealne predyspozycje, aby zająć się tym potencjalnie żenującym, jedynym w życiu rodzajem penetracji. Po tym wydarzeniu chciałam rozłożyć skrzydła gdzie indziej i w akcie lekkomyślności godnym Dynastii sparowałam się z jego przyjacielem. Danny z kolei związał się z jedną z moich koleżanek. A potem nasi przyjaciele, ci, z którymi się związaliśmy, zakochali się w sobie. W czasie tego dramatycznego cyklu odkryłam piwo. Na pierwszym roku patrzyłam na świat głównie przez piwne okulary i jechałam na emocjonalnej karuzeli zapożyczonej z Dynastii, nic więc dziwnego, że w końcu wylądowałam z Benem Buddystą z trzeciego roku.

Teraz jest lato i siedzę samotnie w domu mojej mamy w Rochester w stanie Nowy Jork, gdzie mam własny duży pokój na tyłach domu wyposażony w najważniejszy sprzęt: telewizor. Ktoś mógłby powiedzieć, że ta sytuacja sprzyja refleksji, co czynię przy lampce lub dwóch wytrawnego sherry mojej mamy. Wprowadziłyśmy zwyczaj, że pod koniec dnia siadamy na werandzie i kilka łyków sherry Tio Pepe mieszamy z babską gadką. Kto by przypuszczał, że z rodzicem można tak miło spędzać czas? Wystarczyło, że trochę podrosłam i już mogę cieszyć się tymi niezwykłymi momentami siostrzanej bliskości, o których pisała Jane Austen.

Gdy mamy nie ma w pobliżu, węszę po całym domu w poszukiwaniu książek w miękkiej okładce. Im bardziej dekadenckie, tym lepiej. Nie wiem, gdzie znalazłam Ptaki ciernistych krzewów, ale wydaje mi się, że to własność Dona, mojego ojczyma, nauczyciela akademickiego, który w sekrecie czytuje bestsellery.

Lekturę rozpoczynam w swoim łóżku i czytam, aż zasnę. Po wyjściu mamy i Dona do pracy na uniwersytecie w Rochester przenoszę się na ich łóżko, większe i lepiej doświetlone dzięki światłu wpadającemu przez okno. Ponadto mam wrażenie, że robię coś zakazanego i złośliwego. Pod wieczór czytam na kanapie w salonie, ulokowanej blisko wejścia do kuchni. Mama budzi mnie na kolację.

Niestety, mama, Don, sherry, książki to ograniczony pakiet rozrywek dla dziewiętnastolatki przebywającej w domu, szczególnie jeśli nie potrafi ona wnieść nic istotnego do dyskusji na temat historii myśli intelektualnej lub wczesnego modernizmu. Mama i Don są poważnymi historykami, którzy nie mają czasu, aby poćwiczyć z Jane Fondą, pooglądać MTV lub przedyskutować filmy z Johnem Travoltą, choć podsuwają mi klasyki, które ich zdaniem mi się spodobają.

Mama, wschodząca gwiazda w dziedzinie historii Europy i studiów na temat kobiet, wiecznie ślęczy nad maszyną do pisania, notatkami i stosami książek z biblioteki. Jej biuro przypomina miejsce katastrofy. Mój ojczym jest taki sam, tyle że również wygląda jak typowy historyk: niechlujny, zrzędliwy, ubrany jak nie z tej epoki, ma fatalnie obcięte włosy (mama go strzyże). Mama jest atrakcyjna, ma piękną twarz, ciepłe brązowe oczy, ładnie zarysowane kości policzkowe, ciemne, modnie uczesane włosy i modne ubrania. Ci dwoje to Piękna i Bestia. Miłość jest szalona.

Mój brat Patrick i syn Dona John, który od dziesięciu lat z rzadka pojawia się w moim życiu, już się usamodzielnili. Patrick mieszka w Nowym Jorku, gdzie podąża za swoim marzeniem o karierze aktorskiej. To przystojny rudzielec, całe życie związany z teatrem, był nawet drugi, tuż za Timothym Huttonem, w castingu do filmu Zwyczajni ludzie. John jest muzykiem i studiuje w Miami.

Kilka lat temu spędziliśmy tu we trójkę letnie wakacje. Rodzice pojechali do Europy, a my zajmowaliśmy się głównie leniuchowaniem, choć podejmowaliśmy się również różnych poniżających zajęć. Patrick mocno przytył, więc stwierdził, że to dobry moment, aby zrobić trwałą. John naśmiewał się z niego tygodniami, ale sam nosił skórzaną kamizelkę na gołe ciało, udając, że jest Bretem Michaelsem10. Uwielbiałam się im przyglądać, skąpana w braterskiej miłości, której tego roku mi brakuje.

Moi przyjaciele porozjeżdżali się po całym kraju, a ja – by przetrwać w Oberlin bez pomocy finansowej i bez pracy – muszę teraz zasuwać, a nie wzdychać do nieobecnych. Ludzie tak właśnie dorastają – zdani na samych siebie. W ciągu dnia zaliczam dwunastogodzinną zmianę w pralni chemicznej za rogiem, wieczorem znajduję azyl, objadając się kanapkami Dagwood, oglądając MTV, czytając gorące romanse i marząc godzinami o moim przyszłym chłopaku.

Nie powinnam myśleć o romansach, choćby dlatego, że w Rochester brak odpowiednich kandydatów. Ben, wkrótce student czwartego roku, w którym się zakochałam – mój ojciec Ralph, świątobliwe ciacho – jest buddystą. W Oberlin nie brakuje przedstawicieli cywilizacji zachodniej, którzy przyswajają filozofię Wschodu, lecz Ben wprowadza ją także w życie. Pojechał nawet do Indii, wrócił zakutany w prześcieradła i palił cuchnące papierosy. Miłość nie jest dla niego najważniejsza, co w moich oczach czyni go jeszcze bardziej godnym pożądania. Nie jesteśmy parą pełną gębą, ale to się zmieni, gdy skończy się lato.

Z jego powodu zagłębiłam się w literaturę buddyjską, wybierając wspaniałe historie miłosne, ponieważ zakładają, że wszyscy wrażliwi ludzie zasługują na dobro. Z kolei ci, którzy czynią dobro, zasługują na miłość, co sprawia, że staram się być milsza w stosunku do ludzi i mniej małostkowa (ale nadal trochę jestem, bo jeśli ta bezzębna, pijana baba, z którą pracuję na co dzień w pralni, jeszcze raz zniszczy ubrania i obwini o to mnie, to wyleję na nią ten koktajl z wódki Tang, którym się ciągle raczy).

Buddyzm pomaga mi znieść pracę w pralni: nieustannie kaszlącą amatorkę wódki Tang, nieprzyjemnych klientów i niesamowitą gorączkę, która tam panuje. Składanie i spinanie ciuchów przez cały dzień pozwala mi myśleć: „Benowi Buddyście spodoba się, że poświęciłam się pracy fizycznej, rąbaniu drewna, noszeniu wody”. Buduję swój charakter, nawet gdy lokalny prezenter pogody z telewizji, totalny dupek, drze się na mnie, że zgubiłam guzik od koszuli, którą podarowała mu mamusia. Przekleństwa, którymi ciskam w łazience, z buddyzmem nie mają wiele wspólnego, ale pomagają rozładować stres.

Gdy wszystko zaczęło układać mi się w głowie, dorwałam Ptaki ciernistych krzewów i cały trud poszedł na marne. Czy naprawdę sądziłam, że przez trzy miesiące mogę udawać, że nie mam pragnień i ego? W swoich nauczaniach buddyzm widocznie nigdy nie wziął pod uwagę Richarda Chamberlaina bez koszuli. Nie mogę się doczekać spotkania z moim księdzem. Nigdy nie wyraził chęci chodzenia ze mną, ale teraz będzie inaczej, spojrzy na mnie i dozna oświecenia, a potem zadeklaruje miłość.

Wreszcie nadchodzi dzień powrotu do Oberlin. W akademiku dzielę pokój z ubiegłoroczną współlokatorką Laurą. Obie jesteśmy wyluzowane, nawet wyglądamy podobnie, więc decydujemy się na wynajęcie apartamentu z dwiema sypialniami i wspólnym wejściem, choć bez saloniku. Nie mamy wspólnej przestrzeni, za to mamy prywatność. Jeżeli któraś z nas sprowadzi gościa, druga nie będzie narażona na traumatyczne odgłosy i figle, które płata wyobraźnia.

Z jakiegoś powodu (Ben) jestem bardziej niż zwykle lekkomyślna, jeśli chodzi o studia. Mam na swoim koncie kilku zaliczonych chłopaków, w Benie znalazłam swój ideał i dobrze wiem, że college oferuje bardziej ekscytujące rzeczy niż edukacja. Choć z łatwością zaliczam zajęcia obowiązkowe na filologii klasycznej i zamierzam dodać drugą – francuską, nawet mi przez myśl nie przejdzie, że jestem tu po to, aby się uczyć. Chodzi o ważniejsze sprawy – litry piwa i długie spacery po kampusie z kimś, kogo adoruję. Stopnie nie są zbyt ważne. Czym jest ocena w porównaniu z kontaktem z istotą ludzką? Tym odkryciem nie mogę podzielić się z mamą, która płaci dziewięćdziesiąt pięć procent rachunku za studia. Nie zrozumiałaby.

Spryskuję się ulubionymi perfumami Femme i psychicznie nastawiam się na spotkanie z Benem w Tap House, spelunce, w której piją najfajniejsi ludzie z Oberlin. Jestem gotowa emocjonalnie, fizycznie i duchowo na przyjęcie Bena. Moje włosy też wystarczająco podrosły.

Czas na miłość!

Sytuacja przypomina tę, gdy piękna jak łania Meggie schodzi po schodach, a ojciec Ralph po raz pierwszy widzi ją dorosłą. Dręczy go jej uroda. Ben na pewno dostrzeże, że wzniosłam się na wyższy szczebel świadomości Buddy.

W głębi duszy czuję, że ustawiczne myślenie o nim nie może w żadnym wypadku prowadzić do szczęśliwego wspólnego życia. Nigdy nawet się nie całowaliśmy. Nic z tych rzeczy. W książkach, które kupuję w supermarketach, bohaterki nie marzą tak obsesyjnie o facetach. Pewnie, że Faun myśli o Devlinie, ale zawsze jest zdumiona, gdy zjawia się tam, gdzie ona. Ben nigdy nie szuka mojego towarzystwa. To ja chodzę za nim krok w krok, co zupełnie nie jest w stylu harlequina. Dlaczego moje szare komórki skupiły się na Benie, a nie na moich własnych ambicjach? To nienormalne. Ponieważ uwolnienie się od związku emocjonalnego jest jedną z zasad buddyzmu, staram się myśleć pozytywnie. Ben może mnie tyle nauczyć. Jestem chętna do nauki (i zaplątania się w jego prześcieradła na łóżku, choć nie mam wcale pewności, czy on to robi).

Serce mi kołacze, gdy pojawia się w drzwiach. Wraz z nim wchodzą jego przyjaciele i nowa dziewczyna, która wygląda jak Stevie Nicks. Stevie emanuje łagodnością, ma długie zwiewne włosy i słodkie brązowe oczy. Wymieniamy uścisk dłoni. Dopada mnie dziwne przeczucie, ale tłamszę je i jak zwykle udaję, że nie widzę Bena, choć jest tuż przede mną. Romantyczne bohaterki zawsze są zaskoczone obecnością bohatera. Mężczyźni chyba przechodzą trening SEAL11