Roman Polański i jego sztuka przetrwania - Jan Kochańczyk - ebook
Opis

Różnorodność gatunkowa i tematyczna filmów Romana Polańskiego sprawiała wiele problemów obserwatorom jego twórczości. Czy można mówić o jednolitym stylu reżysera „Noża w wodzie”, „Dziecka Rosemary”, „Tragedii Makbeta”, „Piratów” czy „Gorzkich godów”?
„Pianista” stanowi bardzo ciekawy element tej urozmaiconej układanki. Film sumuje zarówno doświadczenia życiowe, jak i artystyczne Polańskiego. Jest doskonałym przykładem połączenia dwóch obsesji człowieka i reżysera: obsesji prawdy i obsesji formy.
Z fanatycznym zacięciem Polański dbał o odtworzenie zgodnych z prawdą historyczną szczegółów scenografii, rekwizytów, strojów, ale też o oddanie klimatu i przeżyć bohaterów. Podobnie postępował w przypadku innych swoich realistycznych filmów, jak „Chinatown” czy „Tess”. Martin Shaw, odtwórca roli Banka w „Tragedii Makbeta” przytacza ciekawą anegdotę z czasów swojej współpracy z polskim reżyserem. „Jest on mistrzem w wychwytywaniu niezauważalnych wprost detali. Kiedyś zobaczyłem go, jak w furii darł na strzępy kostium, bo okazało się, że został uszyty na maszynie. „Co się z wami, kurwa, dzieje, ludzie?! Przecież jest, kurwa, rok 1076!!! Ile było wtedy maszyn do szycia?”
Równie ważna jak prawda materialna jest dla Polańskiego prawda psychologiczna przedstawianych postaci, zgodna z JEGO wiedzą i wizją świata. Wiedzę tę kształtowały dramatyczne wydarzenia dzieciństwa i późniejsze niezwykłe losy. Spotykał ludzi sprowadzonych do poziomu „ssaków”, o których opowiadał jeden z jego pierwszych filmów krótkometrażowych. Dziwni ludzie w absurdalnym świecie, groźni dla siebie i innych. I takich właśnie bohaterów widzimy zarówno w „Nożu w wodzie”, „Dziecku Rosemary”, „Makbecie”, „Lokatorze”, „Tess”, „Piratach”, czy w „Pianiście”.
Wszystkie najbardziej nawet odmienne od siebie filmy Polańskiego łączy też fanatyczna wręcz dbałość o artystyczną formę: kompozycję kadru, dozowanie napięcia, perfekcyjne łączenie obrazów i muzyki. Ta obsesja formy sprawiała, że reżyser powtarzał w nieskończoność poszczególne sceny na planie i wiele czasu spędzał przy stole montażowym. Dzięki temu osiągnął owe „niewidzialne mistrzostwo”, o którym mówiono przy okazji „Pianisty”; niezauważalne może dla przeciętnych widzów, ale oczywiste dla mistrzów rzemiosła filmowego, amerykańskich akademików, którzy Polańskiemu przyznali Oscara.
Pełne panowanie nad formą filmów umożliwiło reżyserowi doświadczenie aktorskie, a także umiejętności plastyczne. Niewielu jego kolegów po fachu potrafi dokładnie zmaterializować na papierze swoje fantazje, narysować elementy scenografii, czy też potem odegrać przed aktorami przypisane im role.
W dodatku Polański jest wrażliwy na muzykę i dlatego ścieżki dźwiękowe jego filmów należą do najciekawszych w kinie światowym. Rewelacyjne efekty akustyczne już w jego wczesnym „Wstręcie” nie powstały przypadkowo. Reżyser pisał w autobiografii: „Zgranie dźwięku. To jedna z najbardziej żmudnych faz przy realizacji filmu, wymagająca niezwykłego opanowania (...) We ‘Wstręcie’ dźwięk odgrywa kluczową rolę. W miarę nasilania się urojeń, zmysły Carol stopniowo wyostrzają się, dźwięki docierają do niej z coraz większym natężeniem – kapiące krany, śmiech bawiących się w przyklasztornym ogrodzie zakonnic, itd.”

***

„Pianista” sumuje osiągnięcia twórcze Polańskiego, wyznacza czołowe miejsce reżysera w świecie współczesnej sztuki, a jednocześnie sumuje też dokonania ambitnego kina; tego, które szuka prawdy o człowieku, jego wielkości i małości, zarówno w czasach Makbeta, jak i w naszej epoce.



Jan Kochańczyk
Dziennikarz. Absolwent Uniwersytetu Śląskiego (polonistyka).
Od roku 1975 – redaktor ogólnopolskiej gazety „Sport” (Katowice).
Droga zawodowa: od korektora do zastępcy sekretarza redakcji, kierownika działu publicystyki i szefa redakcji dodatków kolorowych.
Publikacje dotyczące głównie sportów lotniczych, lekkoatletyki, pływania i problemów ruchu olimpijskiego.
Nagrody dziennikarskie i literackie – miedzy innymi „Grand Prix” prezesa koncernu prasowego RSW (Warszawa) za cykl publikacji dotyczących sportu zawodowego w krajach socjalistycznych (1989). Polskie opinie i dyskusje odbiły się wtedy echem także w Związku Radzieckim (epoka pieriestrojki Gorbaczowa) i przyspieszyły reformy ruchu olimpijskiego po naradzie na Kubie.
Nagrody w konkursach na artykuły i opowiadania sportowe.
Od 1991 roku – zastępca redaktora naczelnego tygodnika filmowego „Ekran”, przeniesionego w tym czasie z Warszawy do Katowic (Grupa „Fibak – Noma – Press”).
Od 1994 – zastępca redaktora naczelnego tygodnika „Panorama”. Współpraca z katowickimi redakcjami „Dziennika Śląskiego”, „Wieczoru”, „Integracji Europejskiej” i in.
Wydania książkowe – m. in. „Filmowe skandale i skandaliści” („Twój Styl”, 2005) oraz „Ścigany Roman Polański” (część biograficzna).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 117

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jan Kochańczyk

Roman Polański

i jego sztuka przetrwania

© Copyright by Jan Kochańczyk & e-bookowo

Projekt okładki: e-bookowo

ISBN 978-83-63080-28-0  

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:[email protected]

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Co się dzieje, gdy spadają anioły

KRAKÓW I DZIECKO WOJNY

Koszmarne dziecinne przeżycia kształtowały człowieka i artystę.
Od grudnia 1939 roku rodzina przyszłego sławnego reżysera musiała nosić białe opaski z nadrukowaną niebieską gwiazdą. Potem chłopca rozłączono z rodziną. Nauczono ukrywać się na widok każdego niemieckiego munduru. Wkrótce matka zniknęła. Nikt jeszcze nie zdawał sobie sprawy z grozy słowa: Oświęcim. W połowie 1941 roku było już jednak jasne, co oznacza słowo getto. Wtedy nawet sześcioletnie dzieci wiedziały dobrze, co to jest „łapanka” i nie dziwiły się, że najbliżsi krewni czy znajomi nagle przestają istnieć.
Roman, wychowany w żydowskiej, ateistycznej rodzinie, nie wyglądał na Żyda. Żeby chronić chłopca, rodzice oddali go do polskiej rodziny Wilków, poza gettem, na „przechowanie”. Roman często wracał stamtąd do getta. Od reszty miasta oddzielały dzielnicę żydowską w niektórych miejscach tylko druty kolczaste. „Jak pamiętam, odstępy miedzy drutami wynosiły mniej więcej 20 – 25 centymetrów w pionie, a w poziomie były gęstsze, 8 – 10 centymetrów. Ale my byliśmy mali! Rozpychaliśmy druty i czołgaliśmy się pod tym najniżej położonym. Wcześniej rozgrzebywaliśmy pod nimi ziemię, żeby otwór był większy”.
Chłopiec wracał do getta, bo byli tam jego rodzice, przyjaciele, całe jego życie. Niepokoił się o bliskich, bo w wieku 8 – 9 lat wiedział już dobrze, co znaczy słowo: wywózka. Ojcu i przyjaciołom przez cały czas pierwszych okupacyjnych miesięcy groziła wywózka do obozu koncentracyjnego. Pewnego razu znowu udało mu się dostać do getta.
„Był gorący, słoneczny dzień, na ulicach nie widziałem żywej duszy – pisze w swoich wspomnieniach Roman Polański. – Cała okolica opustoszała. Tylko dwóch uzbrojonych esesmanów przechadzało się spokojnie w oddali po drugiej stronie drutów kolczastych. Dookoła panowała złowieszcza cisza. Przez śmierdzący korytarz wpadłem do naszego pokoju. W domu nie było nikogo”.
***
Sześciolatek błąkał się po ulicach Krakowa, potem ukrywał na wsi.
Zanim dowiedział się, że matka zginęła w Oświęcimiu, a ojciec zdołał cudem uratować się w Mauthausen, dzieciak poznał już tajemnice walki o byt, podstępne pułapki świata, ogrom ludzkiego piekła. Niewiele czasu trzeba było, aby opanować strategie przetrwania w misternie skonstruowanej, ale nie zawsze precyzyjnej, machinie zła.
Niedawno Roman Polański powiedział w jednym z wywiadów: „Trzeba się przyzwyczaić, że to, co się wydaje z betonu, może się rozlecieć w parę sekund. Życie, które prowadzimy, takie pewne, takie stabilne, jest tylko złudzeniem. W każdej chwili może się rozlecieć.”
Mówił to człowiek blisko siedemdziesięcioletni, który wszelako poznał dobrze te prawdy już jako siedmiolatek. Wstrząsające przeżycia dziecinnych lat pozostawiły niezatarte piętno na twórczości i burzliwej drodze życiowej przyszłego czołowego artysty XX wieku. Porażenie złem tego świata w jego całej brutalnej bezwzględności, wpłynęło zarówno na fascynację siłą tego zła, jak i próbę szukania sposobów walki z zagrożeniami, które stwarza.
Jak przetrwać?
Wiedział o tym sześciolatek: zasada numer 1 – nieufność. Pułapki mogą być wszędzie. Świat to śmiertelnie niebezpieczna machina. Zasada numer dwa: walka z zagrożeniami wtedy, kiedy są szanse zwycięstwa. Zasada numer 3: ucieczka, kiedy wyniki walki są niepewne.
Sytuacje są zmienne. Ścigający może zamieniać się w ściganego.
Skąd my to znamy? – Ależ tak! Takimi regułami kieruje się świat filmów Polańskiego. Gorzej... Wygląda na to, że do tych reguł dostosowały się rzeczywiste koleje losu samego reżysera. Nieustanne ucieczki przed niezwykle groźnymi sytuacjami – i udana pogoń za fantastycznymi sukcesami. Wielkie miłości i wielkie zdrady. Odmiany losu na miarę tragedii antycznej. Nagrody, odznaczenia – i dno upadku. Skrajne oceny jego postaci. Święty – grzesznik... Tragiczne dziecko szczęścia... Ścigający i ścigany. Gnany nieustannie przez wszechobecny, zakodowany dawno temu, w podświadomości, wszechobecny STRACH...
Dziecko wychowane w skrajnie nieprzyjaznym środowisku, jak pisze mistrzyni psychoanalizy Karen Horney, wytwarza w sobie różne mechanizmy obronne. „Jawnie brutalne traktowanie, upokorzenia, drwiący stosunek, zaniedbania – wszystko to atakuje dziecko o szczególnie wyczulonej wrażliwości. Ludzie, którzy wytrzymywali wieloletni pobyt w obozie koncentracyjnym, twierdzą, że mogli to przeżyć jedynie dzięki zduszeniu w sobie wszelkich „miększych” uczuć, a zwłaszcza litości dla innych i dla samego siebie. Dziecko, które doświadczało opisanego traktowania, musiało przebyć proces swoistego „stwardnienia”, aby móc w ogóle to wszystko wytrzymać” („Nerwica a rozwój człowieka”, PIW 1980).
Tragiczne przeżycia dzieciństwa na pewno przyczyniły się do takiego „stwardnienia” charakteru przyszłego autora „Chinatown”, a jednocześnie do ukształtowania specyficznych cech jego filmów. Bohaterowie tych obrazów znajdują się w sytuacjach permanentnego zagrożenia, szukają dróg przetrwania, stosując rozmaite strategie, od ekspansywnego sadyzmu do uległego masochizmu. Dobro jest trudne do zdefiniowania, za to zło jaśnieje wszystkimi barwami tęczy. Tym bardziej, że Polański nie szuka łatwych pociech. Łatwo by było na przykład wytłumaczyć potworności Holocaustu tezą, że w pewnym momencie pojawili się źli Niemcy, którzy mordowali dobrych Żydów. Polański jednak sam się przekonał, że są dobrzy i źli Polacy, Żydzi i Niemcy. Dobrym Niemcem był na przykład ten, który uratował żydowskiego pianistę Szpilmana...
Wielka myślicielka niemiecka żydowskiego pochodzenia Hannah Arendt, autorka między innymi sławnych szkiców „Źródła totalitaryzmu” i „Dola ludzka” zauważyła, że spotyka się wielu Niemców, którzy po drugiej wojnie światowej wstydzili się, że są Niemcami. „Zawsze kusiło mnie, żeby odpowiedzieć, że wstydzą się być człowiekiem”. Holocaust jest winą całej rasy ludzkiej i wystawia świadectwo możliwości całego gatunku Homo Sapiens.
Ardent zauważyła, że sam Hitler znał 30 – 40 „wspaniałych Żydów” i zrobił z nich swoich wiernych współpracowników. Stwierdzenia takie bynajmniej nie zjednały Arendt popularności w szerokich kręgach czytelniczych. Łatwiej jest żyć ze świadomością, że świat składa się z dobrze sklasyfikowanych przedstawicieli dobra i zła. Nie jest to jednak, niestety, prawda. Wie o tym także Polański. Niełatwo żyć z taką świadomością, bo rzeczywistość dookoła wydaje się kompletnie nieobliczalna, zło czyha wszędzie i może zaatakować w każdej chwili, nawet z najbardziej nieoczekiwanej strony.

MIĘDZY ŻYCIEM A ŚMIERCIĄ

18 sierpnia 1933 roku w Paryżu urodził się chłopiec. Nazwano go: Raymond Liebling (pierwotne nazwisko ojca reżysera). Tato, Mojżesz, przyjechał do Paryża z rodzinnego Krakowa pod koniec lat dwudziestych minionego wieku, żeby zostać malarzem. Poznał tam Bulę Katz, mężatkę rosyjsko-żydowskiego pochodzenia, mającą córkę Annette.
Pierwsze małżeństwa obojga akurat przeżywały kryzys. Po rozwodach Bula i Mojżesz wzięli ślub. Mieszkali we Francji z małym Raymondem i jego przyrodnią siostrą Annette. Nad Sekwaną jednak nie było w tamtym czasie sielanki. Potęgowały się importowane z Niemiec antyżydowskie nastroje. Rodzina zdecydowała się na ucieczkę przed tą narastającą niechęcią do Krakowa, rodzinnego miasta ojca przyszłego reżysera. Był rok 1936.
Czy niespełna 3-letnie dziecko jest w stanie odczuć atmosferę zagrożenia, dramatyzm tamtej pierwszej w jego krótkim życiu ucieczki, szukania spokojnego miejsca na ziemi? Chyba tak.
Matka Romana pochodziła z zamożnej rodziny. Jej krewni uważali, że popełniła mezalians wychodząc za mąż za ubogiego artystę. W Krakowie zawsze jednak miała służącą, a jej dzieciom niczego nie brakowało.
Mojżesz Liebling zajmował się handlem różnego rodzaju świecidełkami.
Roman był dzieckiem trudnym, zawziętym, skłonnym do dąsów i humorów. Z przedszkola wylali go już pierwszego dnia, bo bardzo brzydkimi przekleństwami obraził koleżankę. Sam obrażał się o byle co. Już w bardzo młodym wieku czuł pewną odmienność od innych. Nosił długie jasne włosy i dlatego niektórzy dorośli brali go za dziewczynkę. Rówieśnicy drwili z jego paryskiego akcentu i francuskiego sposobu wymawiania „r”. Akcent ten udało się wyeliminować dopiero w 6 roku życia.
Raymond zwany był w rodzinie zdrobniale „Remo”. To niezwykłe w Polsce imię również było przyczyną drwin kolegów, dlatego w końcu „Raymond” zamienił się w Romana.
Chłopiec uwielbiał zabawy z babką Marią, drobną, siwą, ubraną na czarno, która z anielską cierpliwością odpowiadała na jego pytania. Siostra Annette często zabierała go do kina na filmy, z których niewiele rozumiał, ale które fascynowały go.
W roku 1939 w kraju narastało napięcie polityczne. Rodzina przeniosła się do mieszkania babki w Kazimierzu. W sierpniu 1939 roku wybuch wojny wydawał się nieuchronny. Matka spakowała walizki i wyjechała z dziećmi do bezpieczniejszej – jak się wydawało – Warszawy. Ojciec został w Krakowie, żeby pilnować dobytku. Babka nie chciała opuszczać Krakowa; uważała, że co ma być to i tak się musi wydarzyć.
Stolica Polski we wrześniu 1939 roku była, jak się okazało, najmniej bezpiecznym miejscem na ziemi! Bomby, strzelanina, noce i dnie spędzane w schronach. „Wrzask niemowląt, zrzędzenie osób starszych, histeryczne krzyki kobiet kojarzyły mi się z piekłem” – pisał potem Polański w autobiografii.
W schronie było duszno i parno. Krążyły pogłoski, że Niemcy lada chwila użyją gazów łzawiących. Warszawiacy mieli maski ochronne, nowo przybyli zaś musieli zadowalać się najczęściej tylko tamponami domowej roboty, co potęgowało strach i niepewność losu.
W takich trudnych chwilach Annette zachęcała brata do snu, bo wtedy „czas płynie szybciej”... Miała rację.
Matka okazała się bardzo zaradna, potrafiła zdobywać jedzenie dla rodziny.
Do Warszawy wkroczyli Niemcy. W tym samym mniej więcej czasie do okupowanej stolicy przybył ojciec Romana. Zabrał swoich bliskich z powrotem do Krakowa. Tam jednak zły los wymierzał swoje mordercze ciosy na oślep, zmuszając tysiące Polaków do dramatycznej walki o przetrwanie.
Bula Liebling pracowała jako sprzątaczka na Wawelu, siedzibie gubernatora generalnego Hansa Franka. Służba u gubernatora była może ową szansą na przeżycie matki Romana, bo Frank był właśnie jednym z tych Żydów, których Hitler uznał za godnych miana „prawdziwego Niemca”. Gubernator nie wywarł jednak pozytywnego wpływu na losy rodziny Lieblingów. W roku 1942 matkę Romana wywieziono do Oświęcimia, gdzie zginęła w komorze gazowej. Była wtedy w ciąży. Babka Maria prawdopodobnie popełniła wtedy samobójstwo. Obóz przeżyła siostra chłopca, Annette, która po wojnie zamieszkała ponownie w Paryżu.
W tym czasie Roman „usynowiony” przez polską rodzinę Wilków mieszkał poza gettem. Od czasu do czasu przekradał się przez mury do swoich. Łatwiej było wszelako dostać się do getta niż wydostać stamtąd. Taka wizyta też mogła zakończyć się wejściem w śmiertelną pułapkę. Pewnego dnia Roman i jego jeszcze młodszy kolega cudem wymknęli się z takiej pułapki. Życie zależało od polskiego strażnika i jego kilku szeptem wypowiedzianych słów: „Przechodź! Tylko powoli, nie biegiem!”
Poza murami getta chłopiec kupował znaczki do swojej kolekcji. „Wydostanie się z getta to była dziecinna igraszka – mówił Roman Polański w jednym z wywiadów. – Zawsze można było przedostać się przez druty kolczaste, których było coraz więcej, bo jak zmniejszali powierzchnię getta, muru już nie dobudowywali. Stawiali tylko druty. Łatwo się było wydostać, tylko jak na zewnątrz przeżyć?” – To był problem.
Kolekcję znaczków pocztowych Roman wymienił w getcie na mały projektor filmowy z korbką do wyświetlania. Już wtedy ujawniło się jego zauroczenie sztuką ruchomych obrazów. Ponad murem getta oglądał kroniki filmowe wyświetlane przez Niemców na Rynku Podgórskim. Po opuszczeniu getta wiele godzin spędzał w salach kinowych. Kino stało się dla niego namiętnością, ucieczką od okrutnego świata.
Na ekranie śpiewała i tańczyła przepiękna Marica Roeck, a poza ekranem słychać było przeraźliwe krzyki i wycia ludzi siłą wyciąganych z domów. Z zabijanych ofiar płynęła najprawdziwsza krew.
W roku 1943, po likwidacji getta krakowskiego, Wilkowie przekazali podopiecznego dozorcy kamienicy, panu Putkowi, który wywiózł chłopca do wsi Wysoka, do rodziny ubogiego szewca Buchały. Na wsi Roman odkrył nowy świat. Pełnił wszystkie gospodarskie obowiązki. Pasł jałówkę (najchętniej na cudzej łące), karmił kury, króliki, pomagał podczas prac w polu. Buchałowa była kobietą bardzo dobrą i serdeczną. Opiekowała się chłopcem, choć Putkowie prawie nic jej nie płacili.
Jesienią 1944 roku Roman wrócił do Krakowa, do rodziny Putków. Wałęsał się po ulicach miasta; uwielbiał niebezpieczne zabawy, na przykład puszczanie fajerwerków z niemieckich pocisków.
ROSYJSCY ŻOŁNIERZE WKROCZYLI DO MIASTA. BYLI DOBRZY DLA DZIECI. IMPONOWALI MARSZAMI, POCHODAMI, PORTRETAMI WODZÓW. ROMAN STAŁ SIĘ ZWOLENNIKIEM KOMUNIZMU, CHOĆ NIE BARDZO NAWET WIEDZIAŁ, CO TO SŁOWO ZNACZY. BA, W WIEKU 12 – 13 LAT NAWET NIE POTRAFIŁ CZYTAĆ ANI PISAĆ. NIE NAUCZYŁ SIĘ TEJ SZTUKI U BUCHAŁÓW.
Ojciec Romana do roku 1943 przetrwał w krakowskim getcie, potem wywieziono go do obozu w Mauthausen. Do Krakowa powrócił w 1945. Wkrótce potem ożenił się z Wandą Zajączkowską i na jej życzenie zmienił nazwisko na: Ryszard Polański.
Roman, który od najmłodszych lat miał poczucie odmienności od rówieśników, miał teraz dodatkowe kłopoty z określeniem własnej tożsamości. „Raymond – Remo – Roman”. „Liebling – Wilk – Polański”. Do różnych dokumentów wpisywał po wojnie słowa: „Wilk Roman, katolik”. I czuł, że Roman Wilk, katolik, to właśnie on! I czuł się Polakiem, jak prawie wszyscy jego rówieśnicy z żydowskiej dzielnicy Krakowa. Ciekawie mówił o tym w wywiadzie z roku 2003:
„Chyba ludzie nie wiedzą, że większość społeczeństwa getta to byli Żydzi zupełnie zasymilowani (…) Pamiętam tylko jedną chasydzką rodzinę (…) Nazywali się Spira. Chłopak był w moim wieku i nosił pejsy. To byli właściwie jedyni Żydzi w getcie z pejsami. Naśmiewaliśmy się z nich (…) Jeden z moich kolegów zapytał nawet, jak się robi wodę święconą. Odpowiedziałem mu, że nie wiem i spytałem, po co mu święcona woda. – Bo chcielibyśmy ochrzcić Spirę – powiedział”.
Wojna i hitlerowskie praktyki zmusiły wielu ludzi w różnych częściach świata do refleksji nad sprawami narodowej czy religijnej tożsamości. Kto jest Niemcem, kto Polakiem, kto Żydem, kto Rosjaninem, kto po prostu człowiekiem, obywatelem świata.
W roku 1945 chłopak ocalony cudem z Holocaustu jeszcze nie wiedział, że takie wybory koniecznie muszą być dokonywane. Ale być może właśnie wtedy zaczynał rozumieć, że tak czy owak każdy człowiek jest przede wszystkim obywatelem świata…

AKTOR I KOLARZ

Koniec wojny wyznaczał nowy rozdział w życiu chłopca.
W roku 1945 spotkał w Krakowie stryja Stefana. Ten zmusił Romana do podjęcia nauki szkolnej. Egzamin wykazał kompletną ignorancję dwunastolatka. Szkoła była dla niego teraz prawdziwą torturą.
W lecie 1945 Roman wstąpił do harcerstwa. Tu drobny, ale sprawny i energiczny chłopak znalazł dla siebie więcej uznania wśród rówieśników i opiekunów.
Stosunki ze stryjem Stefanem nie układały się dobrze, Roman przeniósł się więc do ciotki Teofili i stryja Dawida. Miał tam towarzystwo. Z siedmioletnią córką stryja, Romą, mógł się bawić w teatr. Przebywała tam w owym czasie ocalona z Holocaustu, dobrze mu znana rodzina Horowitzów.
Jesienią 1945 roku wrócił do Krakowa ojciec Romana. Zatrudnił korepetytora, by syn nadrobił zaległości w nauce. Mimo to edukacja nie była łatwa. Bardzo dobre oceny z rysunków, dobre stopnie z biologii i geologii oraz dostateczne noty z polskiego nie równoważyły fatalnych wyników z innych przedmiotów.
Kontakt z wielką sztuką zapewniło chłopcu kino. W drugiej połowie lat pięćdziesiątych pojawiły się takie arcydzieła filmowe, jak „Niepotrzebni mogą odejść” Carola Reeda (1947) czy „Hamlet” Laurence Oliviera (1948). Ta adaptacja Szekspira zwróciła uwagę chłopca na genialne sztuki angielskiego mistrza w polskich przekładach. Ponura wizja świata twórcy „Makbeta” i „Króla Lira” była mu od tego czasu wyjątkowo bliska.
W szkolnej ławie Roman nie mógł zdobyć uznania kolegów czy nauczycieli, ale jednak stawał się z biegiem czasu postacią coraz bardziej znaną w Krakowie, a nawet poza granicami miasta!
Rówieśnikom imponował jako zdolny kolarz, reprezentant Cracovii, który potrafił w ciągu paru godzin pokonać trasę z Krakowa do Zakopanego. Rowerowa pasja o mało nie przyczyniła się do śmierci Romana. Marzył o zawodowym sprzęcie. Krakowski bandyta Dziuba, wielokrotny morderca, kusząc chłopca propozycją okazyjnej sprzedaży roweru, zwabił go w ustronne miejsce i ogłuszył serią ciosów cegłą zawiniętą w gazetę. Roman cudem przeżył, zdołał nawet spowodować udany pościg za bandytą.
Sprawa była głośna w całym Krakowie, tym bardziej, że Roman stawał się powoli „osobą publiczną”!
Został dziecięcą gwiazdą słynnej krakowskiej Radiowej Gromadki Marii Biliżanki. Na obozie harcerskim w bezpośrednim kontakcie z publicznością stwierdził, że potrafi sterować uczuciami innych i ma talent aktorski. W szkolnych przedstawieniach zdobywał podziw rówieśników i dorosłych. Trafił nawet na prawdziwą, profesjonalną scenę Teatru Młodego Widza (obecnie: „Bagatela”). Zagrał tytułową rolę „Syna pułku” w sztuce Walentyna Katajewa. Rola ta przyniosła mu pierwszy ogólnopolski sukces – wyróżnienie za kreację aktorską na warszawskim festiwalu sztuk radzieckich. Jednocześnie „zdolny, ale leniwy” młody aktor miał poważne trudności z systematyczną nauką szkolną. Podstawówkę udało mu się ukończyć, potem jednak nauka w liceum górniczo-hutniczym nie interesowała go zupełnie. Nie był w stanie chłonąć wiedzy o nowoczesnych metodach wydobywania węgla na górniczym przodku, niechętnie słuchał wykładów o tym, jak hartuje się stal. Dwója za dwóją, kłopoty z promocjami, fatalne opinie u nauczycieli. Polański wspomina ten okres jako czas frustracji i nieprzystosowania.
Jako przegrany już na starcie młody człowiek Roman trafił wreszcie do liceum plastycznego. Odziedziczył po ojcu talent malarski. Okazało się, że znalazł w końcu swoje miejsce na ziemi! Dyrektor liceum Włodzimierz Hodys docenił zdolności chłopca, skrócił mu nawet o rok czas nauki. Roman poczuł się jak w raju.
Jego trudny charakter dał jednak znowu znać o sobie i przyczynił się do szybkiego wygnania z owego raju. Młody Polański stanął po stronie kolegi w jego konflikcie z dyrektorem Hodysem i musiał opuścić liceum.
„Gdyby Hodys skazał mnie na śmierć, nie wywarłoby to na mnie większego wrażenia. Poczułem, że otwiera się przede mną otchłań” – pisał po latach Polański.
Świadectwo dojrzałości było przepustką do dorosłego życia. Roman zdawał sobie z tego sprawę. Po wielu poszukiwaniach znalazł wreszcie liceum plastyczne w Katowicach, które przyjęło go od półrocza jako wolnego słuchacza. Mieszkał u przyjaciół macochy w Bytomiu, uczył się, robił postępy.
Złośliwy los znowu przygotował pułapkę. Szefem komisji maturalnej, zgodnie z tradycją katowickiego liceum, był zawsze ktoś spoza szkoły. W tej roli zasiadł przed Polańskim ni mniej, ni więcej tylko dyrektor Hodys z Krakowa! Nie szczędził chłopakowi upokorzeń, jednak ostatecznie złożył swój podpis na maturalnym papierku niesfornego ucznia.

PRÓBY UCIECZKI

Co dalej? Teatralne i radiowe sukcesy mogły dawać satysfakcję młodemu człowiekowi, ale nie zapewniały mu widoków na przyszłość. Roman zdawał sobie sprawę z własnego talentu aktorskiego. Dwa razy zdawał do szkoły teatralnej w Warszawie oraz Krakowie i dwa razy został odrzucony. Powód? Fizjonomia: niski wzrost, chłopięcy wygląd i niepozorność. Młodzieniec nie został też przyjęty na Uniwersytet Jagielloński i AWF. Szkoła cyrkowa w Julinku, o której myślał poważnie, nie zapewniała odroczenia służby wojskowej, a Polański nie miał najwyraźniej ochoty służyć w siłach zbrojnych. „Tylko cud mógł mnie uratować” – mówił Roman o swojej ówczesnej sytuacji. Cud, albo… Ucieczka na Zachód!
Chłopak najzupełniej poważnie przygotowywał różne plany ucieczki. Na przykład: do NRD drogą wodną. Nie było wtedy Muru Berlińskiego, więc można było myśleć o dotarciu do zachodniej części miasta. Roman zaczął budować łódź podwodną, podobną do pnia drzewa. Pojawiło się jednak zbyt wiele problemów technicznych.
Polański sprzedał rower i kupił składany kajak, żeby dotrzeć w nim na Bornholm. Całą zimę trenował na Wiśle i w końcu doszedł do wniosku, że plan ma bardzo nikłe szanse powodzenia.
Ścigany przez komisję poborową młodzieniec ukrywał się w Katowicach, mieszkał na waleta w różnych pokoikach hotelowych, włóczył się po peronach, studiował rozkłady jazdy. Szczególnie interesujący wydał mu się pociąg relacji Moskwa – Paryż. Miał zamiar ukryć się w jakimś ciasnym zakamarku i czmychnąć do Francji.
Plan miał być realizowany przy pomocy dwóch kumpli.  Młodzieńcy wsiedli do pociągu na stacji w Katowicach, wzięli litr wódki dla kurażu. W toalecie znaleźli odpowiednie miejsce pod sufitem, gdzie ekran zasłaniał instalację hydrauliczną. Płyty były mocno przyśrubowane. Po odkręceniu śrub urządzenie było tak mocno pokiereszowane, że służby graniczne musiałyby natychmiast zareagować. Ucieczka nie miała szans powodzenia. Trzej przyjaciele wrócili do Katowic, topiąc strapienia w wysokoprocentowym trunku.
Po kilku tygodniach okazało się, że ścigany Roman Polański niepotrzebnie bał się wojskowych urzędników. Jego papiery utonęły gdzieś w biurokratycznym bałaganie. Szczęście uśmiechnęło się raz, a zaraz potem po raz drugi! Odezwał się telefon od Andrzeja Wajdy.
Wcześniejsze próby aktorskie w teatrze miały korzystny wpływ na filmową karierę Polańskiego. Reżyser Antoni Bohdziewicz, wykładowca łódzkiej Wyższej Szkoły Filmowej, zachwycał się kiedyś rolą Romana w „Synu pułku” i polecił młodego kandydata na gwiazdę swoim studentom realizującym film „Trzy opowieści”. Roman zagrał „Małego” w „Historii Jacka”. Powstały w roku 1952 film jest typowym socrealistycznym „poematem pedagogicznym”. Reżyserowana przez Konrada Nałęckiego nowelka z udziałem Bogumiła Kobieli i Polańskiego przedstawia kłopoty pewnej brygady Służby Polsce. Junak Jacek nie chce się podporządkować wymaganiom kolektywu, lekceważy nałożone kary; kiedy jednak jego kumple od kieliszka zaczynają niszczyć wspólny dorobek brygady, Jacek staje zdecydowanie do walki z taką niegodziwością.
Jednym ze scenarzystów tego filmu o kułakach, sabotażystach i przodownikach pracy był młody Andrzej Wajda. Miał nawet wyreżyserować czwartą nowelkę, ale... zabrakło dla niego taśmy. Podczas prac nad „Opowieściami” Wajda zetknął się z Polańskim i obsadził go potem w swoim debiutanckim „Pokoleniu”. Decydujący o karierze przyszłego twórcy „Pianisty” okazał się właśnie telefon w imieniu Wajdy, proponujący występ w „Pokoleniu”.
Ten film stanowił przełom w historii powojennego kina w Polsce. W 1954 roku trudno było mówić prawdę o czasach okupacji, obraz Wajdy jest więc „socjalistyczny” w treści, jednak zadziwia nowatorską formą (sugestywne wizje plastyczne, nowatorski montaż, poetyka szczegółu); reżyser bardziej niż jego współcześni interesuje się psychiką bohaterów. Polański znalazł się wśród przyszłych znakomitości kina, jak operator Jerzy Lipman, kompozytor Andrzej Markowski, asystent reżysera Kazimierz Kutz, aktorzy Tadeusz Łomnicki czy Zbigniew Cybulski. Miał z kim dyskutować o muzyce, malarstwie i sztuce filmowej. Mógł się popisywać wyzywającym strojem, fryzurami. Miał towarzystwo podczas koncertów muzyki jazzowej, która stała się swego rodzaju wyrazem buntu młodzieży w czasach siermiężnego socjalizmu.
Bliskie kontakty ze środowiskiem artystów skupionych wokół łódzkiej „filmówki” stały się jeszcze bliższe, kiedy Roman został przyjęty do Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w roku 1954 na wydział reżyserii. Bardziej, co prawda, pociągało go aktorstwo, ale cóż było robić, skoro egzaminatorzy chcieli zatrudniać do tej specjalności wyłącznie amantów...

SŁODKIE ŻYCIE W ŁODZI

W Łodzi Roman Polański znalazł oazę artystycznego nieładu w kraju spokojnych robotników, chłopów i inteligencji pracującej. Co prawda, w połowie lat pięćdziesiątych artystów polskich obowiązywały surowe nakazy ideowe: mieli za zadanie pomagać ludziom pracy w budowie socjalizmu. Powinni kamerą i piórem wykuwać nową przyszłość, dawać dobry przykład masom. Niestety, filmowcy w owym czasie nie zawsze świecili dobrym przykładem.
Na przykład: dyktator polskiego kina w latach pięćdziesiątych, Aleksander Ford (późniejszy twórca „Krzyżaków”) pysznił się wspaniałą willą pod Warszawą; pierwszy w Polsce jeździł luksusowym Mercedesem, pachniał najlepszymi kapitalistycznymi wodami kolońskimi, palił wyłącznie papierosy Gauloise, pił francuskie koniaki, uwielbiał kawiarniany tryb życia. Ba! Z Paryża sprowadzał najmodniejsze garnitury, które zakładał, niczym król szwedzki, dwa, najwyżej trzy razy!
Legendarna pani profesor Wanda Jakubowska, autorka „Ostatniego etapu” – filmu, na którym płakał sam towarzysz Stalin – na studenckiej stołówce szokowała swych podopiecznych mocną głową. Zamawiała na przykład na śniadanie dwie setki czystej wódki. Kelner przynosił je na tacy, dama wypijała duszkiem – i to był jej cały posiłek. Dieta ta jej dobrze służyła, bo pani reżyser dożyła sędziwego wieku.
Wykładowca Andrzej Munk, który prowadził w Łodzi zajęcia z dokumentu, słynął jako radosny bankieciarz i kawalarz.
Studenci także prowadzili mało budujące życie, a wśród tych najbardziej rozhukanych brylował Roman Polański.
Rozpierała go energia. Jego kawały przeszły do legendy łódzkiej filmówki. Przy okazji kręcenia krótkometrażówki „Rozbijemy zabawę” (1957) Roman zorganizował dla przyjaciół ze szkoły wielki bal w parku, a jednocześnie umówił się z grupą chuliganów, że w odpowiednim momencie napadną na studentów. Kiedy doszło do awantury, młody reżyser ją sfilmował. Skończyło się naganą.
Polański błyszczał zarówno wśród artystycznej