Wydawca: E-bookowo Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 215 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rok - Wojciech T. Pyszkowski

Tematem tej książki jest Rok stanu wojennego w Polsce. Na jego tle, splatają się wzajemnie losy kilkorga bohaterów. Czytając ją, można sobie uświadomić, jak znaczący wpływ na koleje życia każdego pokolenia mają wydarzenia dziejące się obok nas, na rozwój których sami często nie mamy wpływu, a jednak konsekwencje ich zaistnienia zmuszeni jesteśmy ponosić. Książka adresowana do wszystkich, zarówno tych, którzy stan wojenny znają z autopsji, jak i tych, dla których wydarzenie to jest już tylko suchym faktem historycznym.



„Koło historii, pozornie biegnąc naprzód, kręci się tylko wokół własnej osi. Jak bezwolny, kolisty czerpak wygrzebuje kolejne litry wydarzeń, które przecież są wciąż tą samą wodą.

Może właśnie dlatego każde pokolenie skazane jest na swoją wojnę? Może właśnie z tego powodu stajemy się pionkami w grze, która jak każda gra zawsze się kończy i zawsze się zaczyna?”

Wojciech T. Pyszkowski

Byłem instruktorem na "Darze Pomorza", oficerem pokładowym Polskiej Marynarki Handlowej, nawigatorem na samolotach pasażerskich Polskich Linii Lotniczych LOT. Debiutowałem w 1965 r. wierszem w "Almanachu Młodych". W latach 1965-1972 publikowałem swoje reportaże i felietony w miesięczniku "Morze", w "Dzienniku Bałtyckim", w audycjach radiowych "Popołudnie z Młodością" i "Dla tych, co na morzu".

Opinie o ebooku Rok - Wojciech T. Pyszkowski

Fragment ebooka Rok - Wojciech T. Pyszkowski

Rok

Wojciech T. Pyszkowski

© Copyright by

Wojciech Pyszkowski & e-bookowo

 

Projekt okładki: e-bookowo

 

 

ISBN 978-83-7859-306-5

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2014

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

ROZDZIAŁ I

„Anna leżała z zamkniętymi oczami. Od dłuższej chwili usiłowała zasnąć, ale strach przed zapadnięciem w niebyt paraliżował ją.

W ogóle zasypianie sprawiało jej w ostatnim czasie ustawiczną trudność.

Starała się gasić lampę możliwie najpóźniej, ale natłok myśli rozbudzał ją na tyle, że do późna w nocy przewracała się z boku na bok. A kiedy już, wydawać by się mogło, zdołała uporać się z krnąbrnym jestestwem, elektryzował ją nagły chłód ściany, przeciąg nie wiadomo skąd, lub trzaśnięcie w sąsiednim pokoju. Zwlekała się wtedy z tapczanu i po omacku, bez pantofli, sunęła do kuchni. Otwierała skrzypiące drzwi i zamierała w bezruchu, odwlekając moment włączenia światła. Bała się nagłego uderzenia jasności, która wdzierała się pod powieki jak obezwładniający ból. Zaciskała je wtedy mocno i odczekawszy chwilę rozwierała nagle, nie widząc nic i poddając się torturze, która utwierdzała ja jednak w przekonaniu, że przecież w dalszym ciągu żyje. Były to jakby narodziny na nowo – po raz setny, tysięczny, po raz nieskończony.

Banalny fakt wyłaniania się z ciemności dobrze znanych sprzętów uspakajał ją. Wyzwalał odruch prowadzący do zapalenia gazu, ustawienia na nim czajnika i wyjęcia szklanki z szafki. A potem, jakby zbliżając się do kresu zaprogramowania, zmuszał do wysunięcia spod stołu stołka.

Anna siadała z westchnieniem ulgi. Oczy, przyzwyczajone już do światła, rejestrowały blask gazu, nie pozmywane naczynia, kłaczki kurzu na podłodze.

«Trzeba w końcu posprzątać», myślała leniwie. Zawsze starała się dbać o porządek i czystość tam, gdzie przyszło jej przebywać. Kiedyś tego rodzaju «pomieszczenia» nazywała domem lub mieszkaniem. Kiedyś – to znaczy wtedy, kiedy wierzyła, że może myśleć o jakiejkolwiek przyszłości. Kiedy rosła, rozwijała się, uczyła, a potem – już dojrzała – wchodziła w życie. Kiedy tworzyła własne szczęście...

Szczęście?...

Anna zastanawiała się nad znaczeniem tego słowa – czy jest ono odpowiednie dla określenia realizowanych przez człowieka pragnień? Czy oddaje sens dążenia ku ciągłemu, maniakalnemu spełnianiu obłędnej potrzeby ułatwiania sobie życia? Bo czyż szczęście nie jest właściwie najzwyklejszym w świecie egoistycznym samozadowoleniem?

Zwykle w tym momencie Anna przerywała tok myślenia. Czyniła to rozmyślnie, mimo że chętnie zastanowiłaby się jeszcze i nad tym, czy właśnie to «szczęście» stało się w końcu i jej udziałem. Bo jeśli nazwać w ten sposób przeżycia ostatnich miesięcy, wiodące nieuchronnie ku wiadomemu zakończeniu, to...

Zresztą Krzysztof zawsze przestrzegał ją przed nadmiernym filozofowaniem. Kiedy widział, jak Anna robiąc na drutach zamiera w bezruchu, lub czytając książkę podnosi niewidzące oczy, zwykł mówić:

– Anno, obudź się. Otrząśnij się z tych głupich myśli. Znowu jesteś nieobecna. Zrozum, że to do niczego nie doprowadzi.

– Ależ Krzysztof... – protestowała wtedy słabo.

– Anno. – Jego głos brzmiał sucho i autorytatywnie. – Anno, zajmij się czymś innym. Potrzebujesz więcej ruchu, więcej powietrza. W ten sposób nigdy nie powrócisz do zdrowia.

To zabawne – mówił tak, doskonale zdając sobie sprawę z jej stanu. Czy rzeczywiście łudził się, że jego natrętne, zniecierpliwione rady mogą w czymkolwiek jej pomóc?

– Anno, ubierz się, pójdziemy na spacer. – Wstawał i zdecydowanym ruchem odrzucał «Przegląd Sportowy», «Życie Warszawy» czy jakąś inną gazetę. Nie potrafił jednak ukryć niezadowolenia z faktu, że oto tak spokojny wieczór ulega zburzeniu przez nieodpowiedzialną, nieznośnie chorą kobietę.

Anna łagodnie chwytała go za rękę:

– Krzysztof, daj spokój. Pada deszcz, jest zimno. – Wynajdowała niezliczone preteksty, żeby uwolnić się od niechcianej, wymuszonej opieki. Robiła to spokojnie, nie czyniąc mu wymówek, że przecież to on ją denerwuje i że w gruncie rzeczy nigdy nie potrafił jej zrozumieć...

To dziwne, że ludzie, blisko żyjąc ze sobą, mijają się na co dzień. Ich istnienia przebiegają po dwóch liniach równoległych, które czasem – tylko czasem – wbrew zasadom geometrii krzyżują się we wzajemnej współzależności...

Anna chyliła głowę, już niemal zasypiając. Chłodny początkowo blat stołka emanował teraz ciepłem, mięknąc i otulając, jak wygodny fotel. I zazwyczaj w tym momencie, kiedy ta półjawa owocowała już obrazami bez związku, w rozleniwiającą ciszę wdzierał się narastający szum. Początkowo przytłumiony, potem coraz głośniejszy i burczący. Anna odczekiwała jeszcze moment i nie ruszając się z miejsca przekręcała kurek gazu. Odmierzonym, spokojnym ruchem wsypywała do szklanki herbatę i zalewała ją wrzątkiem, mieszając kilkakrotnie. Nerwowe pragnienie szybko zmuszało do pierwszych parzących łyków.

Błogie ciepło rozlewało się po całym ciele. Jego uzdrawiająca moc pozwalała na chwilę zapomnieć o bezsennych nocach i o czającej się jak zły pies chorobie.

Anna brała szklankę z niedopitą herbatą i wlokła się do łóżka. Majaczyło bielą pościeli, szerokie i pozornie zachęcające. Nabyty przez lata odruch kazał jej kłaść się ostrożnie, niemal na samym brzegu. Odruch niepotrzebny, bo przecież dzisiaj nie chroniący już nikogo przed gwałtownym przebudzeniem.

Przesuwała się więc śmielej na środek tapczanu i odstawiwszy szklankę zamykała oczy.

***

Także i teraz Anna usiłowała zasnąć. Nie był to jednak wieczór, nie była też noc ani wczesny poranek. Pora dnia nie grała już żadnej roli. Ostatnio Anna rzadko wstawała z łóżka i prawdę mówiąc nie widziała już sensu w dzieleniu doby na nic nie znaczące fragmenty. Pozostawiała to ludziom żywym.

A ona? Czy ona jest jeszcze żywa? Czuła, oddychała, myślała, więc chyba jeszcze – tak, mimo że pogodziła się z faktem czającej się blisko śmierci. Wisielczy optymizm kazał jej uparcie czepiać się nitki nadziei. Działo się to wbrew rozsądkowi i opinii lekarzy. Co prawda, lekarze zawsze twierdzą, że trzeba mieć nadzieję, że człowiek, który podda się chorobie, przegrywa, jednak jej przypadek określili jednoznacznie. Nie powiedzieli tego wprost – o nie. W tej materii wierni byli całej obłudzie humanitaryzmu. Robili dobrą minę do złej gry, pochylali się przyjaźnie, zalecali spokój i lekarstwa, potrzebne jak umarłemu kadzidło – Anna uśmiechnęła się mimo woli przy tym porównaniu. Nie była pewna, czy ten uśmiech odmalował się na jej twarzy, ale chyba wygładził zaostrzone rysy.

Już od dłuższego czasu nie brała do ręki lusterka. Jak długo? Może jedną dobę, może parę tygodni, ale z pewnością od chwili kiedy stwierdziła, że nie jest już w stanie podobać się komukolwiek. Jednak resztki kobiecej zalotności tkwiły w niej nadal. Przecież była młoda, miała prawo do gładkiej, zadbanej twarzy, do starannie nałożonego makijażu i do zaciekawionych męskich spojrzeń.

Nie otwierając oczu sięgnęła więc do półki. Palce dotknęły chłodnej, śliskiej powierzchni, zsunęły się nieco niżej i już miały ująć metalowy uchwyt lusterka, kiedy nagłe ukłucie w piersiach kazało jej cofnąć rękę.

Ból zaatakował z żelazną konsekwencją, bezwzględnie i precyzyjnie. Uciążliwy znajomy, dający o sobie znać wtedy, kiedy, zdawałoby się, można o nim zapomnieć.

Anna wyprężyła się i zacisnęła wargi, aby nie jęknąć. Czekała, aż minie atak, który dotychczas zawsze ustępował i zostawiał ją, znękaną i wycieńczoną po nierównej walce. Ból jednak tym razem nie słabł. Obejmował ją całą, tamując oddech i paraliżując wolę. Ściskał żelazną obręczą płuca i gardło. Anna chciała krzyknąć, zawołać o pomoc. W nieludzkim wysiłku zdołała tylko otworzyć powieki i ostatnim obrazem, jaki zarejestrował jej mózg, była sylwetka mężczyzny, śpiącego w głębokim fotelu.”

KO...

Andrzej zawahał się i odłożył pióro. Czy rzeczywiście to już koniec? Przekartkował gęsto zapisany zeszyt, czytając ze szczególną uwagą ostatnich parę stron.

Zżył się z bohaterami opowieści. Tworzył ich postacie systematycznie, w codziennej ciężkiej pracy. Rozumiał jednak doskonale, że bez tego nie osiągnąłby nigdy zamierzonego efektu. Czy jednak efekt ten był godny włożonego wysiłku?

Ostatnie wydarzenia odciągnęły uwagę Andrzeja od pracy. Zwłaszcza wypadki poprzednich dwóch dni sprawiły, że czuł się kompletnie rozkojarzony.

Przeczytał jeszcze raz scenę śmierci Anny. Nie był z niej zadowolony. Opisywać śmierć jest szczególnie ciężko, zwłaszcza gdy nigdy nie było się przy niej obecnym. Musiał polegać na własnej wyobraźni, która była w tym wypadku szczególnie oporna. Kilkakrotnie z trudem opanowywał chęć zaniechania rozbudowanego opisu i załatwienia całej sprawy paroma zdaniami w rodzaju: „Anna umarła. Stało się to pewnego wczesnego popołudnia...” lub: „Anna umarła po południu. Śmierć zabrała ją młodą i pełną chęci życia.”

Opanowywał też chęć pozostawienia Anny żywej. Byłoby to bardzo romantyczne i lekkostrawne. Chora kobieta dochodzi jednak do siebie, pokonuje słabość i rozpoczyna na nowo klecenie przyszłości. Andrzej świadomie użył słowa „klecenie”, ponieważ budowanie przyszłości na nowo było w przypadku Anny z góry skazane na niepowodzenie. Dlatego w ostatecznym rozrachunku Annę uśmiercił i zrobił to w taki właśnie sposób – może nieudolnie i zbyt rozwlekle, ale zgodnie z hipotetyczną rzeczywistością.

Ujął więc z powrotem pióro i zdecydowanym ruchem dokończył przerwany wyraz –

...NIEC

Koniec.

Odetchnął z ulgą. Zamknął zeszyt i wsunął do szuflady biurka. Czeka go jeszcze przepisywanie na maszynie, ale zrobi to później, sukcesywnie, kiedy trochę odsapnie. Andrzej bowiem postanowił teraz przede wszystkim odpocząć. Pozostało mu kilkanaście dni urlopu, które obejmą nadchodzące Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok.

„Może wyjadę w góry?” – pomyślał. Zaraz jednak zdał sobie sprawę z tego, że przecież nie jest w stanie zmusić się do wystawania w kolejkach po uzyskanie zezwolenia na opuszczenie miasta. Zresztą nie miał do kogo wyjeżdżać. Ciotka, która mieszkała poza Warszawą, umarła rok temu. Część znajomych siedziała za granicą, a część prawdopodobnie przyklapnęła w odosobnieniu, przerażona i zdezorientowana rozwojem wydarzeń.

Andrzej spojrzał na zegarek – dochodziła jedenasta. Dzień był już w całej pełni i rozświetlał promieniami wnętrze pokoju: wełniany dywan, zakurzone regały pełne książek i olbrzymi kaktus w okrągłej donicy. Wszystko, mimo jasnych rozbłysków, smutne i poszarzałe, niby stare, przyprószone złoto. Andrzej przypomniał sobie, jak walczył z Krystyną o przeforsowanie każdej swojej koncepcji w urządzeniu mieszkania. Pełni zapału kupowali meble, a później toczyli zacięte boje o każdy centymetr powierzchni, na której powinny były stać. Było to jednak już tak dawno, że Andrzej przyzwyczaił się do samotności i podobne wspomnienia opadały go bardzo rzadko.

Wstał i owinął się ciaśniej szlafrokiem. Potrącona szklanka zabrzęczała i przewróciła się. Nie zwrócił na to uwagi. Podszedł do okna i sprawdził ziemię w donicy. Sucha jak pieprz. Kaktus jednak wyglądał zdrowo i świeżo – spijał z siebie resztki zapasów wody. Andrzej walczył przez chwilę z chęcią niedostarczenia mu drogocennej wilgoci. Obserwowałby jego powolną śmierć, milczące konanie bez możliwości wydania jęku lub skargi. Śmierć, jaka dokonuje się w tej samej minucie setki, miliony, miliardy razy i która jest niczym w porównaniu z cierpieniami, jakie ludzie zgotowali sobie sami.

Zdjął z parapetu butelkę, podlał litościwie kaktus i wypił łapczywie pozostałą wodę. Była ciepła i niesmaczna. Andrzej czuł jednak męczące pragnienie, które mogło być zwiastunem nadchodzących mrozów.

Zima tego roku przyszła wcześnie i niespodziewanie, Sypnęła śniegiem, sprawiła wiele radości dzieciom i uczyniła miasto bardziej świeżym i przytulnym. Biała pokrywa zachwyciła wszystkich, także i MPO, które przez jakiś czas pozwoliło ulicom pozostać w czystej i nienaruszonej szacie. Ludzie byli zadowoleni, bo nareszcie mogli posłuchać, jak skrzypi pod butami śnieg. Byli zadowoleni także i z tego, że oto mija kolejny miesiąc burzliwych zmian, chociaż przebieg lawinowo toczących się wypadków mógł napawać niepokojem. Oszołomieni nagłym otrząśnięciem się z marazmu, brnęli jak w transie, zahipnotyzowani i zaangażowani, chłonąc nową rzeczywistość. Tłoczyli się w tramwajach, czekali na przystankach, wystawali w tasiemcowych kolejkach, słuchali radia, oglądali telewizję i czytali hasła porozwieszane na murach. Każdy, dosłownie każdy miał coś do powiedzenia i powielał własne zdanie w ciągnących się do znudzenia dyskusjach. Kraj tętnił i nabrzmiewał do granic wytrzymałości. Jak balon rozdymał swoją powłokę, coraz bardziej podatną na najlżejsze ukłucie.

Wśród borykających się z codziennymi kłopotami byli także i ci zagubieni. Zaniepokojeni, ze strachem oczekujący zimy i wyłapujący z potoku wieści te najbardziej apokaliptyczne i przerażające.

Co będzie dalej? Pytanie to dręczyło nie tylko tych, którzy wstrząsnąwszy Polską przewartościowali większość obowiązujących pojęć. Dręczyło również tych, którzy na skutek owych wstrząsów zawiśli w próżni, próbując po omacku odzyskać utracone oparcie.

Andrzej nie wiedział jeszcze, do jakiej grupy mógłby się zaliczyć. Być może był zupełnie kimś innym – ani autorem, ani widzem, ani konsumentem, ani też krytykiem – kimś, kto dopiero teraz szuka swojego miejsca i nie bardzo jeszcze wie, w jakim kierunku się udać.

Westchnął i rzucił okiem na bielejące za oknem Filtry. Rozległa przestrzeń uspokajała i nęciła beztroską zabawą – narty, sanki, lepienie bałwana, rzucanie śnieżkami, a potem szybki, zdyszany powrót, zdjęcie zmoczonej odzieży i gorąca, łapczywie łykana herbata.

Na Filtrach nie było jednak nikogo. Pusto było także w kwadracie otaczających je ulic.

Nagły chłód kazał Andrzejowi odejść od okna. Mroźny wiatr wcisnął się w szpary we framugach, omiatając letni kaloryfer. Słońce zaszło i pokój otulił się lekkim półmrokiem.

„Sypnie śniegiem” – pomyślał i podniósł przewróconą szklankę. Rozlana herbata zostawiła na serwecie brunatną plamę. Parę lat temu przejąłby się tym, pobiegł do łazienki i wrzucił serwetę do proszku, zanim plama zdążyłaby się utrwalić. Teraz nie miało to żadnego znaczenia. Nikt nie może go skarcić za nieuwagę lub wytknąć mu, że jest niechlujny. Ma nareszcie spokój, o którym marzył, lecz który przyszedł nieco za wcześnie i nie w sposób, jaki przewidział.

W kuchni pozostał bałagan po niedawnej wizycie znajomych. Nie umyte talerze i szklanki, przepełniona niedopałkami popielniczka, okruchy chleba i parę pustych butelek. W jednej z nich pozostała jeszcze odrobina alkoholu. Andrzej, krzywiąc się, wypił resztkę i zabrał się do zmywania naczyń.

***

Goście schodzili się praktycznie przez cały dzień.

Pierwsza wpadła Jolka. Zdyszana i przerażona osunęła się w płaszczu na fotel.

– Słyszałeś, co się dzieje?

Było około dziesiątej. Andrzej wstał właśnie z łóżka i bezskutecznie jeździł po skali UKF-u. – Cholera, pewnie znowu remontują nadajnik. Cisza na wszystkich częstotliwościach.

Nie oderwał się od radia, kiedy Jolka weszła. Nie potrzebował otwierać drzwi, ponieważ wiedział, że miała drugą parę kluczy, którą jej kiedyś zostawił.

– Zostaw to radio, nic w nim nie znajdziesz – powiedziała.

– Jak to, nic? Nieczynne na wszystkich zakresach?

– Idioto, po jakiej ziemi ty chodzisz! – Jolka krzyknęła z niespotykana energią. – Wojna, rozumiesz? Wojna!

Andrzej powoli podniósł się. Nieme radio świeciło wskaźnikami.

– Upiłaś się?

– Jeszcze nie, ale na pewno to zrobię. Jaruzelski wprowadził stan wojenny w Polsce!

– Stan wojenny? Po co? – Andrzej zadał to pytanie bezwiednie i zaraz zdał sobie sprawę z jego retoryczności. Spodziewał się przecież podobnego posunięcia już od dawna, może nie w takiej formie i nie tak szybko, niemniej jednak czuł, że od dłuższego czasu wisi coś w powietrzu.

– Tak, stan wojenny. Właściwie nie wiem dlaczego... –Jolka umilkła i tępo wpatrzyła się w kąt pokoju.

Przez chwilę rozdzwoniła się cisza. Zakłuła boleśnie w bębenki, pochłaniając mieszkanie, okno i wszystko, co się za tym oknem działo.

Andrzej podszedł i dotknął ramienia Jolki.

– Rozbierz się, Jola. Zrobię ci herbatę.

Podniosła wzrok w niemym zdumieniu.

– Co?

– Zdejmij ten płaszcz. Jadłaś śniadanie?

– Andrzej, jak... jak ty możesz – wyjąkała – jak możesz tak spokojnie... herbata... śniadanie... Andrzej...

– Ostatecznie nic się nie stało – powiedział to wbrew sobie, ot tak, po prostu, żeby opanować sytuację. – Nie denerwuj się – uprzedził jej atak. – Musimy to rozpatrzyć na zimno.

– Co tu rozpatrywać na zimno. – Jolka z rezygnacją zaczęła zdejmować płaszcz. – Tu nie ma co rozpatrywać. Wszystko, wszystko, co dotąd budowaliśmy, zawaliło się. Wiesz, gdybym nie wiedziała, że jesteś sympatykiem „Solidarności”, to pomyślałabym, że z nimi współpracujesz.

– Z kim?

– No, z nimi. Z tymi z rządu.

Andrzej powiesił płaszcz i wszedł do kuchni.

– Co to ma do rzeczy – powiedział. – Wszyscy z nimi współpracujemy, czy tego chcemy, czy nie. Chociażby dlatego, że żyjemy w określonym ustroju.

Jolka powlokła się za nim jak cień i usiadła na stołku.

– Jedni się z tym godzą, inni nie – rzekła smętnie.

– A ty?

– Teraz w ogóle nie mogę o niczym myśleć.

Andrzej powoli nalewał wodę do czajnika. Bezskutecznie usiłował zebrać myśli i naprędce ustosunkować się do zaistniałej sytuacji. Praktycznie nie wiedział, co niesie ze sobą określenie „stan wojenny”, odczuwał jednak niemiły dreszcz na karku i przykry skurcz serca, zwiastujący czający się strach.

– Byłaś na mieście? – spytał.

– Byłam.

– W centrum?

Jolka zbierała okruchy chleba, gniotąc je nerwowo.

– W centrum. Byłam na Szpitalnej i na Mokotowskiej. Andrzej, wygarniają naszych!

– Kogo?

– Likwidują wszystkie siedziby „Solidarności”. Na ulicach wojsko i oddziały ZOMO. Most Poniatowskiego obstawiony czołgami. Andrzej, tylko patrzeć, jak trafią do nas.

Andrzej metodycznie kroił razowiec na cienkie kromki i rozsmarowywał na nich twarde masło.

– Masz coś na sumieniu?

– Nie mam.

– No to czego się boisz?

– Nigdy nie wiadomo za co człowieka zwiną. Andrzej, jak oni mogli... jak oni mogli tak postąpić? – Jolka chlipnęła kilka razy i rozpłakała się. Łzy ciekły jej po policzkach i Andrzej przypomniał sobie matkę, która po tysiąc razy opowiadała mu o tym, jak płakała na wieść o wkroczeniu Niemców do Polski. Porównanie może niezbyt adekwatne do aktualnej sytuacji, niemniej jednak słowo „wojna” zawsze kojarzyło mu się z Niemcami. Andrzej był, można powiedzieć, obciążony dziedzicznie. Wychowany w atmosferze okupacyjnych wspomnień, nienawidził szczerze tamtego czarnego okresu. Miłował spokój, kochał wolność i brzydził się przemocą. Może dlatego nie był jeszcze w stanie jasno sformułować swojego stosunku do wydarzeń, o których mówiła Jolka.

– Nie płacz – powiedział. – Zawsze byłaś dzielna i szydziłaś z babskich wad. Już czasem myślałem, że jesteś mężczyzną.

Jednak żart wypadł blado, spytał więc prędko: – Jakie chcesz jajka, sadzone czy na miękko?

– Zrób jajecznicę, będziesz miał mniej roboty – stwierdziła z rezygnacją i sięgnęła po ścierkę. – Czysta?

– Brudna.

– Nie szkodzi. – Osuszyła nią starannie twarz i przejrzała się w lustrze. – Okropnie wyglądam. Jestem kompletnie roztrzęsiona.

Zjadła potem łapczywie jajecznicę, ponieważ zawsze była głodna, kiedy coś ją denerwowało. A kiedy Andrzej wyciągnął brandy, żeby się rozgrzać, gdyż znowu wiało chłodem od kaloryferów, rozprężyła się i jakby zapomniała, z czym tutaj przyszła.

Andrzej odetchnął. Nie miał ochoty dyskutować na temat, który go zaskoczył. Musiał to dokładnie przemyśleć w samotności, bez jakiegokolwiek nacisku z zewnątrz. Odsunął talerz i obserwował Jolkę. Podobała mu się. Była szczupła i energiczna. Miała duże oczy w kolorze nie do określenia i długie, grube włosy blond... albo ciemnoblond – zresztą włosy te zmieniały barwę w zależności od pory dnia. Dobiegała czterdziestki, ale trzymała się świetnie. Od czasu do czasu wyłapywała jakąś zmarszczkę na twarzy, ale było to bardziej przejawem zalotności niż staczania się po biologicznej równi pochyłej.

Po którymś z rzędu kieliszku atmosfera zrobiła się na tyle przyjemna, że nie od razu zareagowali na natarczywe pukanie do drzwi.

Andrzej poszedł do przedpokoju.

– Kto tam? – zapytał.

– Milicja. Otwierać!

– Nie otwieraj! – Jolka histerycznie zawisła mu na ramieniu. – To po nas!

– Daj spokój. – Andrzej zajrzał w judasza. Nie było nikogo. – Pewnie ktoś sobie żarty stroi.

Nie spiesząc się otworzył drzwi. Zza rogu wynurzył się uśmiechnięty Edward.

– Ale was zamurowało, co?

Jolka nie wytrzymała. Jednym susem skoczyła do niego i z całą siłą wpiła się w klapy jego płaszcza. Nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Stali tak przez chwilę bez ruchu. Ona wściekła i czerwona z wysiłku, on z bezmiernym zdumieniem na twarzy.

Z mieszkania obok wyszła starsza pani z kubłem pełnym śmieci. Otwierając drzwi do zsypu uniosła głowę i zamarła, zdziwiona.

– Dzień dobry pani. – Andrzej nerwowo ukłonił się i pociągnął szczepioną parę w głąb mieszkania. – Właźcie, nie róbcie widowiska!

– Boisz się starej? – zasyczała Jolka.

– Nie boję się, ale niedługo cały dom będzie wiedział, że u mnie rozgrywają się pijackie orgie i bijatyki. Dajcie już spokój. Zachowujcie się jak poważni ludzie.

Edward uwolnił się z objęć Jolki. Zdjął wysokie, ośnieżone buty i w samych skarpetkach wszedł do pokoju.

– Zimno tu u ciebie – zauważył. – Nie grzeją? – I nie czekając na odpowiedź rozciągnął się wygodnie na kanapie. Jolka z zaciśniętymi wargami stanęła w drzwiach. Andrzej sięgnął po niedojedzoną kromkę chleba.

– Od kilku godzin jestem w podróży – powiedział Edward. – Gdy tylko usłyszałem rano, co się dzieje, natychmiast wsiadłem w samochód i przyjechałem do Warszawy. Nie wiem, co się dzieje w moim warsztacie.

– Nie byłeś tam jeszcze? – spytał Andrzej.

– Nie. Starczyło mi benzyny tylko do twojego domu... Przemarzłem do szpiku kości.

– Napijesz się koniaku?

– Wolałbym trochę wódki.

– Jolka, zajrzyj do lodówki. Powinno być tam jeszcze pół litra. – Andrzej celowo zwrócił się do Jolki, żeby rozruszać ją trochę, ponieważ stała w dalszym ciągu, nieruchoma i wroga. – Jola, słyszysz, co mówię?

– Słyszę, słyszę. Nie musisz mi powtarzać. – Odbiła się niechętnie od framugi i znikła w kuchni.

– Co jej jest, Andrzej? Zachowuje się dziwnie.

– To samo co nam wszystkim. – Andrzej nie był zadowolony z nagłej wizyty Edwarda.

– Wszystkim? – zdziwił się Edward. – Mnie nic nie jest. Niczemu się nie dziwię.

– Ale wracałeś do Warszawy jak wariat, aż benzyny ci zabrakło. – Jolka ze zjadliwym uśmiechem postawiła butelkę wódki na niskim stoliku. – Szanowny pan zaniepokoił się jednak o swój warsztat.

– Trzeba dbać o kurę, która znosi złote jajka, Joleczko. Bez tego ani rusz. Forsa, kochani, jest podstawą bytu, niezależnie od poglądów. – Edward odkręcił korek i rozlał alkohol do kieliszków.

Potem wpadło jeszcze kilka osób. Wszyscy niepewni i zaniepokojeni. Instynktownie szukali towarzystwa ludzi, z którymi mogliby wymienić najświeższe wrażenia. Naprędce wyciągano wnioski, jeszcze mało precyzyjne, ale w miarę upływu czasu coraz konkretniejsze. Nawet cyniczny Edward popadł w melancholię, która kazała mu zapomnieć o warsztacie. Wygłosił też zdanie świadczące o tym, że także i on odczuł wagę wydarzeń.

Zaraz... jak on to powiedział?

Andrzej usiłował przypomnieć sobie jego słowa.

„Jesteśmy jak piłki rzucone na wzburzoną wodę. Nie oznacza to jednak, że nie mamy wpływu na tę nieoczekiwana sytuację...”

Tak. To chyba brzmiało właśnie w ten sposób.

***

Andrzej dokończył zmywanie naczyń. Wytarł laminowany blat i zamiótł podłogę. Gdy w łazience zdejmował szlafrok, ktoś zapukał do drzwi.