Rok w pensjonacie Leśna Ostoja - Joanna Tekieli - ebook + audiobook
Opis

Zapraszamy do pięknego pensjonatu położonego wśród wysokich, starych drzew, w którym każdy może znaleźć to, czego szuka. Wystarczy tylko chcieć.
W niedawno wyremontowanym pensjonacie Leśna Ostoja sezon trwa cały rok. Oddelegowani przez szefa pracownicy Konsultraku, muszą kolejno opiekować się hotelikiem i jego gośćmi. Niektórzy z nich traktują to zadanie z entuzjazmem, inni ze złością, a jeszcze inni wiążą z nim duże nadzieje. Jedno jest pewne: każde z nich wyjedzie z uroczego Drzewia bogatsze o nowe doświadczenia, niezwykłe wspomnienia i… wiedzę o sobie.

Usiądźcie wygodnie w fotelu z filiżanką herbaty i spędźcie parę wspaniałych chwil w Leśnej Ostoi. Rozkoszujcie się jej zielonym sąsiedztwem i chłońcie niepowtarzalne zapachy przytulnego domu, który po remoncie stał się przystanią dla poszukujących ciepła i spokoju osób.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 350

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 15 min

Lektor: Joanna Domańska

Popularność


Przyrodzie (ze szczególnym uwzględnieniem drzew)

– za nieustanną inspirację

GRUDZIEŃ

Pomódlmy się w Noc Betlejemską,

W Noc Szczęśliwego Rozwiązania,

By wszystko się nam rozplątało,

Węzły, konflikty, powikłania.

Oby się wszystkie trudne sprawy

Porozkręcały jak supełki,

Własne ambicje i urazy

Zaczęły śmieszyć jak kukiełki.

JAN TWARDOWSKI

Rozdział 1

Stary, podniszczony i upiornie kolorowy fotel pędził w dół po schodach z takim impetem, że Justyna, która właśnie skręciła na swoje piętro w drodze do mieszkania, ledwo zdołała uskoczyć na bok i przylgnąć do ściany, unikając staranowania. Kilka metrów za fotelem gnał rozczochrany i czerwony na twarzy młody ciemnowłosy mężczyzna w białym podkoszulku i szarych dżinsach. Fotel dojechał do ściany na półpiętrze, uderzył w nią z głuchym plaśnięciem – po czym zatrzymał się.

– O Jezu, przepraszam! – jęknął mężczyzna, przeczesując ręką włosy, przez co jeszcze mocniej je rozczochrał. – To barachło o mało cię nie zabiło! Dobrze, że masz świetny refleks!

– Jak się pracuje w korpo, trzeba umieć robić szybkie uniki. – Uśmiechnęła się, choć serce wciąż mocno waliło jej w piersi. – Niesiesz to na górę czy sprowadzasz w dół?

– W dół! Chcę się cholerstwa pozbyć. – Wyciągnął rękę. – Mam na imię Eryk i mieszkam pod dziewiętnastką.

Dopiero teraz uważniej mu się przyjrzała. Był przystojny. Miał ciemny zarost, który wzdłuż linii szczęki tworzył granatową linię, a pod jego podkoszulkiem rysowało się ładne, szczupłe ciało.

– Justyna spod siedemnastki. – Uścisnęła mocną dłoń i w tej chwili dotarło do niej, co powiedział. – Ale… jak to spod dziewiętnastki? To nade mną! A pani Halinka?

– Umarła we wrześniu. Jestem jej wnukiem. Wprowadziłem się dopiero tydzień temu, bo musiałem wszystkie sprawy pozałatwiać, złożyć wypowiedzenie z pracy w Tarnowie, poszukać nowej tutaj…

– Och, współczuję… To znaczy… Śmierci babci, a nie tego, że się wprowadziłeś… – Justyna się zaplątała. Eryk machnął ręką.

– W ogóle jej nie znałem. Widziałem ją parę razy w życiu. Obraziła się na mojego tatę i nie życzyła sobie odwiedzin. Ale mieszkanie mi jednak zapisała. – Wzruszył ramionami. – Tylko teraz chyba się wściekła, że chcę ten jej fotel wywalić…

– Jak już, to chciała ci pomóc, skoro tak żwawo poleciał!

– Kolega miał przyjść, ale coś mu wypadło, a ja czytałem w regulaminie dla mieszkańców, że w pierwszy wtorek miesiąca wywożone są śmieci wielkogabarytowe, no to sobie pomyślałem, że się chociaż tego barachła pozbędę, bo nie mogę na to patrzeć… No i wygląda na to, że przeceniłem swoje siły, bo ciężkie jest diabelnie!

– To się nie męcz, tylko zrzuć go dalej w ten sam sposób – poradziła Justyna. – Tylko ja stanę przy drzwiach sąsiada, żeby ktoś przypadkiem nie wyszedł i nie został staranowany.

– Dobry pomysł! Dzięki.

Justyna stanęła przytulona do drzwi mieszkania piętro niżej, a Eryk zepchnął fotel ze schodów. Tym razem mebel nie zjechał tak gładko jak poprzednio, tylko wykonał dwa fikołki, tracąc przy tym masywne oparcie.

– No to teraz już lekko pójdzie! – ucieszył się Eryk. Resztę bez problemu stoczyli z Justyną na dół i razem zanieśli pod śmietnik, po czym Eryk zrobił jeszcze rundę z oparciem i wracając, dogonił Justynę już pod drzwiami jej mieszkania.

– Przygotowałem kolację, żeby podziękować kumplowi za pomoc – powiedział. – A skoro on nie przyszedł, a ty mi pomogłaś, to zapraszam!

Wahała się przez chwilę, ale przypomniała sobie, że wczoraj wróciła późno z teatru i nie zdążyła niczego ugotować, więc pokiwała głową i ruszyła za nim po schodach.

Mieszkanie wyglądało inaczej niż je zapamiętała ze swoich interwencyjnych wizyt u pani Halinki. Urządzone było w stylu skandynawskim – jasne meble, jasne płytki, ascetyczny wystrój. Eryk zaprosił ją do kuchni, nastawił wodę na herbatę i wstawił do piekarnika brytfankę, z której po chwili rozszedł się po całym pomieszczeniu bardzo apetyczny zapach. Justyna, która spodziewała się raczej golonki z piwem, uniosła brwi ze zdumienia.

– Myślałaś, że podam mrożoną pizzę? – zapytał, trafnie intepretując jej minę.

– Coś w tym stylu.

Pokręcił głową.

– Lubię gotować, dużo eksperymentuję w kuchni i staram się zdrowo odżywiać, więc nie jadam pizzy i innych śmieci. Dzisiaj spróbujesz bakłażanów zapiekanych z pieczarkami, awokado i pomidorami.

– Brzmi świetnie…

Rozejrzała się po nowocześnie urządzonej kuchni.

– Od dwóch miesięcy przyjeżdżam tu w weekendy i remontuję, co się da. Najwięcej zrobiłem w połowie września, bo miałem wtedy urlop. Nawet byłem u ciebie parę razy, żeby uprzedzić, że będzie straszny hałas, ale nigdy cię nie było.

– No tak, przez cały sierpień i wrzesień byłam w delegacji i tylko parę weekendów spędziłam tutaj, a i to raczej nie w domu, tylko na bieganiu po mieście i spotkaniach z przyjaciółmi. – Nie chciała się wdawać w szczegóły, bo opowiadała już o Drzewiu tyle razy, że miała dość.

– Twoje szczęście, bo tłukłem się potwornie. Teraz już został mi tylko salon, ale szczerze mówiąc, nie mam na niego ani pomysłu, ani sił. Tylko ten upiorny fotel chciałem wywalić, tak na symboliczny początek.

– Jest aż tak źle?

Wstał i dał jej znak, żeby poszła za nim.

– Sama zobacz…

Kiedy otworzył drzwi do salonu, Justynę zamurowało. Powiedzieć, że był zagracony, to eufemizm. Tam nie było ani jednej wolnej półki, ani centymetra pustej przestrzeni! Wszędzie leżały stosy książek, skrzynki narzędziowe, jakieś pudełka, kilka żelaznych łańcuchów, bibeloty, wazoniki. W rogu pokoju Justyna zauważyła nawet… kowadło.

– Ile razy tu wchodzę, zawsze coś zrzucam, te rupiecie żyją swoim życiem, jak nawiedzone. Nie wiem, po co jej to wszystko było, zwłaszcza te łańcuchy… – jęknął Eryk. – Jak się z tych skrzynek wysypują te różne szpeje, to u ciebie chyba sufit drży, za co przepraszam…

– Spoko, ale przynajmniej teraz już wiem, jak twoja babcia produkowała te swoje upiorne hałasy, które parę razy prawie wywołały u mnie zawał. – Justyna się uśmiechnęła.

Eryk pokiwał głową.

– Wyobrażam sobie! – powiedział. – Ogłosiłem w różnych portalach wielką wyprzedaż w ten weekend. Książki za dwa złote za sztukę, bibeloty za pięć albo do negocjacji i tak dalej… Mam nadzieję, że pozbędę się paru rzeczy, a resztę po prostu wywalę.

Spojrzała na niego ze zgrozą.

– Chcesz wywalić książki?!

Wzruszył ramionami.

– Nie lubię czytać. A trzymać je w domu po to, żeby były, to bez sensu. Tylko kurz się zbiera. No ale nie, książek nie wyrzucę. Myślałem, żeby do jakiejś biblioteki oddać. Ale jak masz ochotę, to sobie coś wybierz, nawet wszystkie możesz zabrać, będę miał kłopot z głowy. A ja pójdę sprawdzić, co z zapiekanką.

Justyna z błyskiem w oku zanurkowała między alejki z książek i ze zdumieniem stwierdziła, że pani Halinka czytała wszystkie gatunki. W jej zbiorach była zarówno klasyka, jak i bestsellery z ostatnich miesięcy. Kryminały, sensacja, poezje, romanse, biografie, albumy o sztuce i architekturze, literatura podróżnicza. Do wyboru, do koloru. Wybrała jedenaście książek i zataszczyła je do kuchni. Eryk nakładał właśnie zapiekankę.

– Tylko tyle? – zapytał na widok stosiku książek. – Możesz spokojnie wybrać więcej, będę ci wdzięczny! A jakieś wazoniki ci się nie przydadzą? Albo skrzynka z narzędziami? Babcia ma ich ze dwadzieścia, wszystko nowiutkie i dobrej jakości! Nie wiem, po co jej to było, bo nie sądzę, żeby majsterkowała… Zostawiłem sobie trzy, tak na wszelki wypadek, ale reszta… Tylko miejsce zajmuje.

– To chętnie jedną wezmę. Dobrze mieć w domu coś takiego.

– Okej, potem pomogę ci to zanieść do ciebie.

Zapiekanka była wspaniała. Przez chwilę jedli w milczeniu.

– Pycha! – pochwaliła Justyna.

– Idealnie zbilansowany posiłek – odpowiedział. – Mam bzika na punkcie zdrowego stylu życia. Jestem fizjoterapeutą, więc dbam o swoje ciało, bo to moje narzędzie pracy. Zresztą jak się tak napatrzę na tych różnych grubasów, którzy przychodzą i skarżą się na bóle kręgosłupa, to mam ochotę im powiedzieć, żeby zamiast wydawać forsę na rehabilitację, zaczęli się więcej ruszać i przestali się opychać chipsami i tłustym mięchem!

– To przecież nie zawsze jest wina obżarstwa i braku ruchu. Są różne choroby, które powodują tycie…

– Moim zdaniem, większość problemów zdrowotnych wynika z niewłaściwej diety. Ludzie bezmyślnie się obżerają jakimiś batonami i innym paskudztwem.

Justyna poczuła ochotę, żeby wyciągnąć z torby batonik i spałaszować go ostentacyjnie, ale się powstrzymała. To byłaby dziecinada… Szkoda psuć sobie dobre relacje z nowym sąsiadem. Podziękowała, zmusiła Eryka do przyjęcia stu złotych za wybrane przez nią rzeczy i zeszła do siebie. Eryk odprowadził ją, dźwigając dwie skrzynki narzędziowe.

– Dzięki – powiedziała. – I do zobaczenia.

W mieszkaniu sprawdziła komórkę i zobaczyła, że ma dwa połączenia od Agnieszki, najlepszej przyjaciółki. Rozsiadła się wygodnie i oddzwoniła. Agnieszka nie kryła ekscytacji, słuchając o nowym sąsiedzie. Znane jej były problemy Justyny z hałasującą o nieludzkich porach panią Halinką, więc uznała, że taka zmiana wyjdzie koleżance na dobre.

– Przystojny jest? – zapytała, gdy Justyna skończyła opowiadać o fotelu, zdrowej kolacji i upiornie zagraconym salonie.

– Nawet bardzo. Ale… Może coś ze mną nie tak albo jakiś bezpiecznik mi się przepalił, bo nie działa na mnie ani trochę. W ogóle mnie nie pociąga, choć obiektywnie muszę przyznać, że niezłe z niego ciacho.

– Bywa… Ale zawsze fajnie mieć nad głową miłego i przystojnego sąsiada zamiast hałaśliwej staruszki.

– No, chyba tak…

– Zresztą jeszcze może się okazać, że to bomba z opóźnionym zapłonem. Wiesz, na razie na ciebie nie działa, a jak już zacznie, to całe osiedle zadrży. – Agnieszka uwielbiała snuć takie scenariusze.

– Jasne! – roześmiała się Justyna.

Rozmowa z Erykiem zasiała jednak w jej umyśle pewną myśl. Od dawna już planowała, żeby zacząć ćwiczyć, ale siłownia pełna spoconych obcych ludzi jakoś ją odstraszała. Może warto jednak ponownie to rozważyć?

Rozdział 2

Agata Woźniak, zwana Cruellą przez pracowników Konsultraku, w którym od niedawna pełniła funkcję dyrektorki, nacisnęła mocniej pedał gazu, ale niewiele to pomogło. Samochód, kupiony z myślą o wygodnych miejskich drogach, a nie piaszczystych wertepach, jęczał i wył na nierównej powierzchni, koła raz po raz buksowały i w efekcie maszyna poruszała się z prędkością dziesięciu kilometrów na godzinę.

– Pieprzony pensjonat na pieprzonym zadupiu! – warknęła Agata i ze złością uderzyła dłonią w kierownicę.

Była pewna, że pomysł, aby to właśnie ona poprowadziła pensjonat akurat w grudniu, był zemstą prezesa za próbę zwolnienia jego siostrzenicy. Ale skąd miała wiedzieć, że ta smarkula jest jego krewną?

– Niech to szlag! – Samochód ponownie utknął i tym razem musiała wysiąść, zapadając się po kostki w piachu, żeby podłożyć pod koła jakąś deskę. Na szczęście kilka leżało na poboczu, więc najwyraźniej takie zdarzenia nie były tu rzadkością.

Samochód zawył przeraźliwie, ale w końcu koła złapały przyczepność i Cruella ruszyła dalej, analizując w głowie swoje zadanie.

– Co za durny pomysł, żeby mnie tu wysyłać!

Gdyby prezes zlecił jej tę misję podczas rozmowy w cztery oczy, na pewno jakoś by się wykręciła. Ale ten padalec zrobił to w obecności całego zarządu i na dodatek – tej cholernej Justyny. No po prostu nie miała wyjścia. Zastanawiała się jeszcze, czy w grudniu nie pójść na zwolnienie lekarskie, ale uznała, że będzie to wyglądało podejrzanie, bo od początku pracy w Konsultraku nigdy nie była na zwolnieniu i często wypominała chorującym pracownikom, że choroby są wynikiem zaniedbań, nierozważnego postępowania i braku higieny.

Strzałka wskazująca drogę do pensjonatu pojawiła się w samą porę, bo Agata zaczęła się już zastanawiać, czy jednak nie pobłądziła na tym zadupiu. Skręciła w lewo i po kilku minutach odetchnęła z ulgą, widząc na horyzoncie bramę wjazdową do dworku. Ku jej irytacji brama była zamknięta, choć podczas zebrania wyraźnie pouczali pracowników, aby zamykali ją tylko na noc.

– Goście nie mogą wysiadać z samochodu tylko po to, żeby nacisnąć dzwonek domofonu! – tłumaczył prezes. – Muszą od początku czuć się mile widziani. Wiecie, jak w Panu Tadeuszu: „Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza, że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza”…

„Nawet tego nie potrafił zapamiętać, durny baran” – pomyślała Agata, obiecując sobie zrobić porządek z młodym asystentem Antkiem, którego miała zmienić na stanowisku zarządcy pensjonatu.

Wysiadła z samochodu i ruszyła w stronę bramy, patrząc ze zgrozą, jak jej modne szpilki, w tej chwili całe pokryte kurzem, zapadają się między drobne kamyczki, jakimi wysypano podjazd. Zrobiła ledwie kilka kroków, gdy z lasu wyłonił się jakiś mężczyzna. Wyraźnie zmierzał w jej kierunku. Był wysoki i dość przystojny, choć bardzo mocno zaniedbany. Jego włosy prosiły się o wizytę u fryzjera, a garderoba przypominała modę z lat osiemdziesiątych, a jednak biła z niego jakaś siła i zdecydowanie, które przyciągnęły wzrok Agaty.

– Jezu, gapię się na jakiegoś wioskowego osiłka… Chyba mi na mózg padło… – Cruella pokręciła z niesmakiem głową i zrobiła jeszcze kilka kroków, gdy usłyszała potworne wycie.

– Aniuuuuuuuuu!!

Odwróciła się gwałtownie. Mężczyzna, którego wcześniej obserwowała, pędził teraz w jej kierunku, drąc się na całe gardło, a to, co Agacie wydawało się wcześniej paskiem od plecaka, okazało się być… trzonkiem siekiery. Do tej pory najwyraźniej opierał ją na ramieniu, tak że ostrze znajdowało się za jego plecami, teraz zaś unosił ją nad głową, wymachując szaleńczo.

– Aniuuuuuuuu!!! – darł się, zbliżając się z dużą prędkością.

Agata pisnęła cienko i w kilku susach dopadła do swojego samochodu. Ledwo zdążyła zamknąć i zablokować drzwi, gdy potężny mężczyzna znalazł się przed maską, wywijając wielką siekierą i bełkocząc coś, czego nie rozumiała. Drżącymi rękami wyciągnęła telefon i zadzwoniła na policję.

– Proszę zachować spokój i nie opuszczać pojazdu – powiedział dyspozytor. – Zaraz wyślę do pani patrol.

– Pośpieszcie się… – jęknęła. – To jakiś psychopata!

„Zaraz” w wykonaniu miejscowej policji trwało prawie dwadzieścia minut, podczas których Agata próbowała odstraszyć napastnika, naciskając klakson (to tylko bardziej go rozsierdziło i sprawiło, że zaczął szarpać drzwiczki do samochodu) i usiłując odjechać (ale zdradziecki samochód wydał jakieś podejrzane rzężenie i nie zapalił). Kiedy zobaczyła na horyzoncie samochód policyjny, łzy ulgi popłynęły jej z oczu.

„No nareszcie! Myślałby kto, że korki ich zatrzymały…” – pomyślała.

Policjanci szybko poradzili sobie z mężczyzną, przekonując go, by wrócił do domu. Kiedy skierował się w stronę lasu, zarzucając na ramię siekierę, Agata wyskoczyła ze swojego samochodu jak z procy.

– Co to ma być?! – wrzasnęła, jednak jej głos zabrzmiał tak cieniutko, że sama go nie rozpoznała. – Puszczacie go?! Przecież to jest jakiś psychopata!!! Ja sobie nie życzę, żeby taki się kręcił koło mojego pensjonatu! Ja to zgłoszę! Złożę na was skargę! Ja…

– Dobrze już, dobrze, niech się pani nie denerwuje – łagodził niewysoki policjant. – Weźmy go na komendę! – dodał, zwracając się do piegowatego kolegi.

Obaj podbiegli do mężczyzny, który zdążył już odejść dość daleko, i coś mu perswadując, poprowadzili go do samochodu. Kiedy mijali Agatę, mężczyzna rzucił jej smutne spojrzenie i szepnął:

– Aniuuuu…

Agata, na wszelki wypadek stojąc w otwartych drzwiach swego samochodu, w milczeniu przyglądała się, jak policjanci pomagają szaleńcowi wsiąść do radiowozu (ze zgrozą odnotowała, że nawet nie zabrali mu siekiery!), i dopiero gdy samochód policyjny zniknął za zakrętem, zadzwoniła do bramy.

– Agata Woźniak! – warknęła, gdy w domofonie odezwał się wesoły głos Antka. – I lepiej, żeby brama do garażu nie była zamknięta! – W jej twarzy musiał odbijać się stan jej ducha, bo brama do garażu była otwarta na oścież, a obok czekał Antoni, uśmiechając się przepraszająco.

– Przepraszam, że musiała pani wysiadać z samochodu – zawołał, zanim zdążyła na niego nawrzeszczeć. – Ale od rana kręci się tutaj ten świr z siekierą. Niby nie jest groźny, ale wie pani, gdyby wszedł na teren pensjonatu, mógłby jednak kogoś przestraszyć. Albo porąbać nam coś w ogrodzie… Dlatego wolałem zamknąć.

Minęła go bez słowa, ciągnąc dwie wielkie walizki. Po kilku nieudanych próbach przejęcia bagażu chłopak zrezygnował z pomagania jej i ruszył przodem, wskazując drogę.

– Ja już jestem spakowany – powiedział, otwierając przed nią drzwi do pokoju. – Pokój jest posprzątany, pościel świeża. Myślę, że będzie tu pani przyjemnie, ja w każdym razie całkiem dobrze się tutaj czułem.

– Nie interesuje mnie, jak pan się czuł. Proszę mi przekazać księgę gości i informacje o rezerwacjach i pracownikach pensjonatu, a potem może pan jechać.

Antoni przedstawił Agacie ekipę kuchenną i pokojówkę – panią Wandę, niewysoką ciemnowłosą kobietę po pięćdziesiątce, uśmiechniętą i sympatyczną. Zarówno ją, jak i ekipę kuchenną zatrudniła jeszcze we wrześniu Justyna Milska, a wszystkich ich polecił jej oczywiście niezrównany Jakub Midas. Stworzyli wspólnie ambitną drużynę, pragnącą uniknąć w nowym miejscu pracy wszystkiego, co ją drażniło w poprzednich, a więc: bylejakości, niedbalstwa i potraw z mikrofali. Nowy szef kuchni podczas rozmowy w sprawie pracy przedstawił Justynie wizję zdrowszej wersji staropolskiej kuchni, którą ta bez wahania zaakceptowała, a goście pensjonatu – pokochali. Nawet miejscowi zaglądali tu od czasu do czasu, zwłaszcza w weekendy.

– Człowiek ma czasem ochotę zjeść coś, co ktoś dla niego przygotuje – mówili, przeglądając kartę dań.

Jedynym odstępstwem od staropolskiej kuchni, na które nalegał prezes – było curry. Figurowało w karcie pod nazwą „Niespodzianka prezesa”. Kucharz początkowo ostro protestował przeciwko obecności w jego kuchni „gorących kubków”, ale kiedy zobaczył, jak prezes delektuje się ulubionym daniem, skapitulował i zawsze trzymał w szafce kilka gotowych do zalania kubeczków, na wypadek wizyty szefa.

– Klient nasz pan… A klient szef tym bardziej…

Cruella zaszczyciła pracowników chłodnym uśmiechem i skierowała się do recepcji. Antoni zapoznał ją ze wszystkim, co miało znaczenie dla prowadzenia pensjonatu, po czym z westchnieniem ulgi wsiadł do swojego samochodu i odjechał, zostawiając ją samą na posterunku. Agata siedziała w recepcji, zapoznając się z programem komputerowym i planem rezerwacji, gdy do pensjonatu weszła para młodych ludzi, taszcząc sprzęt narciarski i ciężko dysząc.

– Chcielibyśmy wynająć pokój – wysapał młody chłopak ubrany w kombinezon narciarski. – Czy są wolne miejsca?

– Oczywiście. – Agata uśmiechnęła się i podała im formularze do wypełnienia, przyjęła pieniądze za pobyt, po czym zaprowadziła oboje do pokoju na piętrze.

Wróciła do recepcji, mając nadzieję, że w spokoju będzie mogła zapoznać się z funkcjonowaniem pensjonatu, ale ledwie przeczytała dwie strony instrukcji napisanej przez prezesa i uzupełnianej sukcesywnie przez kolejnych pracowników piastujących funkcję zarządzających pensjonatem, kiedy nad jej głową załomotały ciężkie kroki i para młodych narciarzy przedefilowała przez hol, w kierunku wyjścia. Wrócili po niespełna kwadransie, patrząc na Agatę z gniewem.

– Tutaj nie ma żadnych tras narciarskich! – zawołała z oburzeniem dziewczyna.

– A to wzgórze jest zupełnie zarośnięte! – dodał nie mniej oburzony chłopak. – Nie da się z niego zjeżdżać!

– A jak, przepraszam, chcieli państwo zjeżdżać? – zapytała słodko Cruella, obdarzając ich swoim firmowym zimnym uśmiechem, który sprawiał, że nawet w środku upalnego lata lód ścinał akweny w promieniu kilku metrów od niej. – Widzicie państwo gdzieś śnieg?

– No właśnie! – odpowiedziała dziewczyna, a na jej twarzy pojawiły się czerwone plamy świadczące o zdenerwowaniu. – Ani grama! A w Tatrach już jest!

– W Tatrach jest… – potwierdziła Agata. – Ale u nas niestety nie. Skoro wybierali się państwo na narty, nie od rzeczy byłoby sprawdzić najpierw warunki pogodowe panujące w miejscu, do którego jedziecie… No a poza tym, na naszej stronie internetowej jest dokładny opis pensjonatu i jego okolic. Gdzie państwo znaleźli informację o trasach narciarskich?

– Wprowadzacie ludzi w błąd! – wrzasnął chłopak. – Na stronie jest napisane, że za pensjonatem jest wzgórze i wiele szlaków do spacerów! Należało napisać, że nie ma wyznaczonych tras narciarskich!

– A gdzie pan widział pensjonat, który pisze na stronie o tym, czego w nim nie ma? – Cruella aż podniosła się ze swego miejsca i patrzyła na nich wzrokiem bazyliszka. – Strona miałaby chyba z tysiąc zakładek! Dlatego przyjęte jest, że podaje się atrakcje, którymi ośrodek dysponuje. A poza tym, po to jest podany telefon i adres e-mailowy, żeby można było się upewnić.

– Wyjeżdżamy stąd! Pani nam zwróci pieniądze za nocleg!

– Proponuję spojrzeć na formularze, które państwo podpisali. – Głos Cruelli był teraz słodki jak miód. – Na dole jest informacja, że jeżeli goście zrezygnują z noclegu z przyczyn niezależnych od pensjonatu, nie należy im się zwrot opłaty. A brak śniegu pierwszego grudnia z całą pewnością nie jest naszą winą! Jednak jeżeli sądzą państwo inaczej, tutaj jest numer do naszego prawnika. – Podała im elegancką białą wizytówkę. – Może on wyjaśni te kwestie w bardziej zrozumiały sposób…

Młodzi ludzie wymienili spojrzenia, po czym chłopak odezwał się pojednawczym tonem:

– Zresztą, skoro już zapłaciliśmy, to tę jedną noc jednak zostaniemy. Tras narciarskich tu co prawda nie ma, ale może pospacerujemy po lesie czy coś.

– Oczywiście, jak państwo sobie życzą.

Agata uśmiechnęła się do niego z wyższością i kiwnęła łaskawie głową, po czym usiadła za biurkiem, kontynuując przerwaną lekturę, a goście wrócili do swojego pokoju, żeby przebrać się w bardziej wygodne ubrania.

Rozdział 3

Młodzi ludzie wyjechali następnego ranka, żegnani słodkim uśmiechem Agaty i niezbyt szczerym: mam nadzieję, że wkrótce państwo nas znowu odwiedzą, serdecznie zapraszamy!

„Pewnie nas obsmarują w necie” – pomyślała i postanowiła, że dla następnych gości będzie jednak nieco milsza. Okazja do zaprezentowania milszej strony jej osobowości tego dnia już się jednak nie trafiła, bo do wieczora w pensjonacie nikt się nie pojawił.

„Może to i dobrze” – stwierdziła. „Będę mogła w spokoju wszystkiemu się przyjrzeć i zobaczyć, jak co działa”.

Wieczorem wyszła do ogrodu, żeby sprawdzić, czy brama pensjonatu na pewno jest zamknięta. Nie ufała tym zdalnie sterowanym zamkom, a po występie szaleńca z siekierą wolała się upewnić, że wszystko jest w porządku. Temperatura spadła wyraźnie poniżej zera i Agata czuła, że coraz mocniej marzną jej policzki. Kiedy mijała garaż, usłyszała potworny łomot, który sprawił, że natychmiast zrobiło jej się gorąco. Odwróciła się gwałtownie. Przesuwne drzwi do garażu były otwarte, w środku świeciło się światło działające na czujnik ruchu, a rozlegający się stamtąd huk był coraz głośniejszy.

„Jezu, ktoś się włamał i demoluje garaż!” – pomyślała spanikowana. „Pewnie to ten świr z siekierą!”.

Przez chwilę stała jak sparaliżowana, nie bardzo wiedząc, co powinna zrobić. Dopiero kolejny ogłuszający łomot przywrócił jej przytomność umysłu. Na palcach podeszła do drzwi garażu i stanęła tak, aby nie być widoczną – choć przez to sama także nie była w stanie zobaczyć, co dzieje się w środku. Drżącymi rękami przesuwała kolejne klucze, aż odnalazła właściwy. Jak potrafiła najciszej, wsunęła go w dziurkę, po czym z całych sił pchnęła drzwi, zatrzaskując intruza w środku. Błyskawicznie przekręciła kluczyk i odskoczyła do tyłu, bo w tym momencie ktoś uderzył w drzwi z taką siłą, że miała wrażenie, że poczuła drżenie podłoża. A co, jeżeli ten szaleniec z siekierą rozwali drzwi i rzuci się na nią?

– Kto tam jest?! – krzyknęła.

Odpowiedział jej kolejny łomot, świadczący o tym, że intruz dysponuje dużą siłą.

Wyjęła z kieszeni telefon i wybrała numer miejscowego posterunku policji, który wpisała sobie od razu po przyjeździe.

Dominik Wir, który tego wieczoru – ze względu na panującą epidemię grypy – jako jedyny policjant w Drzewiu pełnił dyżur, zamiast trwać na posterunku, siedział na plebanii w towarzystwie swoich przyjaciół: Jakuba Midasa i księdza Igora. Plebania położona była kilka metrów od posterunku, więc mógł mieć na oku drzwi wejściowe, nie było również problemu z działaniem telefonu służbowego, który także tutaj łapał zasięg bazy. Trzej muszkieterowie oglądali w telewizji skoki narciarskie, a Jakub Midas zachęcał właśnie Dominika, aby spróbował śliwowicy jego roboty.

– Weź, przecież jestem na służbie – oponował słabo aspirant, na co Jakub zmarszczył brwi.

– Co z wami, panowie? – powiedział. – Jeden nie pije, bo Wielki Post, drugi, bo służba… Tacy z was kibice? Tak naszym skoczkom nie pomożecie!

– Nie Wielki Post, tylko adwent, poganinie – sprostował Igor. – I wcale wam pić nie bronię, adwent to nie jest czas wyrzeczeń. Tylko ja takie sobie powziąłem postanowienie. – Skrzywił się na widok Dominika, który jednym haustem wypił cały kieliszek wódki. – Aczkolwiek uważam, że Dominik na służbie nie powinien pić.

– Daj spokój, mamy grudzień, ludziska w domach siedzą i do świąt się szykują, a nie planują przestępstwa – odpowiedział aspirant i w tym momencie zadzwonił jego służbowy telefon.

– Dzwonię z pensjonatu Leśna Ostoja! – W pokoju Igora rozległ się wyraźnie spanikowany głos Agaty. – Ktoś włamał się do garażu i demoluje go! Zamknęłam go tam na klucz, ale rzuca się tak, że chyba zaraz rozwali drzwi!

Ostatnie słowa zagłuszył potworny łoskot.

– Proszę schować się w pensjonacie i dobrze zamknąć drzwi – powiedział Dominik. – Zaraz tam będziemy, proszę nie wychodzić na zewnątrz!

Rozłączył się i popatrzył na Jakuba i Igora z niepokojem.

– Kto dyżuruje w domu pod telefonem? – zapytał rzeczowo Igor.

– Ucho… – jęknął Dominik z rozpaczą.

Trzej muszkieterowie smętnie pokiwali głowami. „Ucho”, czyli Waldek Uchański, był nowym posterunkowym, okropnym służbistą i donosicielem.

– On ma psi węch! – jęczał Wir, coraz bardziej się rozklejając. – Od razu wyczuje alkohol i wylecę z roboty na zbity pysk! Żeby cię cholera, z tą twoją śliwowicą i kibicowaniem…

– Nie dzwoń po niego! I przestań się mazgaić. – Igor klepnął przyjaciela w plecy. – Ja nie piłem, to cię zawiozę. Masz broń, więc w razie czego sobie poradzisz. To pewnie tylko jakiś miejscowy pijaczek albo Głupi Maciek nowego ataku dostał.

– Jadę z wami! – zdecydował Midas. – Jakby co, służę moimi żelaznymi mięśniami!

– Nie mogę zabierać cywilów na akcję policyjną!

Igor wsparł dłonie na biodrach i popatrzył na niego wyzywająco.

– Kogo nazywasz cywilem?! – zapytał groźnie. – Za mną stoi silniejsza armia, niż mógłbyś sobie wyobrazić!

– Kolegów od cywilów wyzywasz?! – wsparł go Jakub. – Ja ci ściągać na matmie dawałem, a ty mi z takim tekstem wyjeżdżasz?!

– No dobra, dobra… – poddał się aspirant. – Odszczekuję cywilów…

Ruszyli w trójkę do drzwi i po chwili pędzili w stronę pensjonatu. Wjechali przez bramę i już z odległości kilkunastu metrów usłyszeli łomot dobiegający z garażu. Igor zaparkował samochód za służbówką.

– Zostańcie tu! Nie wysiadajcie z wozu! – szepnął Dominik do przyjaciół, wyjmując służbową broń. – I jakby coś poszło nie tak, nie próbujcie chojrakować, tylko dzwońcie po posiłki…

– Dobra, już nie bądź taki Bond…

Aspirant wyskoczył z samochodu, szybko pokonał schody na werandę i zapukał do drzwi pensjonatu. Cruella otworzyła natychmiast, blada i roztrzęsiona.

– Proszę pana, to może być znowu ten szaleniec z siekierą, który napadł mnie zaraz po przyjeździe! Zamknęłam go w garażu, ale tam jest mój samochód… Niech pan tak nie stoi, niech pan coś zrobi! To bandyta!

– Jeśli to Głupi Maciek, to nie ma się czego bać, mówiłem pani. Proszę mi dać klucze od garażu – szepnął.

Z kluczami w dłoni zbiegł pod drzwi garażu i załomotał w nie z całych sił.

– Ej! Ty tam, w środku! – wrzasnął, starając się brzmieć groźnie i pewnie. – Tu policja! Jesteś otoczony! Zaraz otworzymy drzwi, a ty wychodź z rękami do góry. Zrób trzy kroki i natychmiast połóż się na ziemi! Zrozumiano?!

Odpowiedział mu głuchy łoskot – taki, że aż zadrżały drzwi garażu.

– Tylko bez wygłupów! Jesteśmy uzbrojeni! – ostrzegł aspirant i szybko przekręcił klucz w zamku, po czym pociągnął przesuwne drzwi, błyskawicznie odskakując w bok, na wypadek gdyby ktoś ze środka otworzył ogień.

Przez moment nic się nie działo, a w następnej sekundzie rozległ się pomruk i z garażu wypadł w dzikim pędzie ogromny żubr. Aspirant cofnął się o krok, potknął o obrzeże podjazdu i runął jak długi na krzak hortensji. Żubr spojrzał na niego z umiarkowanym zainteresowaniem, po czym minął go z dużą prędkością i pomknął w kierunku bramy wjazdowej, tratując przy okazji krzew forsycji i przeskakując stojącą za nim ławkę. Wszyscy trzej patrzyli z podziwem na ten bieg i imponujący skok, zaskoczeni zwinnością i szybkością zwierzęcia, które wydawało im się raczej ociężałe i spokojne.

Jakub Midas, który jako pierwszy otrząsnął się z szoku, wyskoczył z samochodu i pobiegł alejką za żubrem.

– Zamknę bramę, żeby drań tu nie wrócił! – zawołał. – Bo wtedy to już chyba obławę urządzą i jeszcze biedaka odstrzelą!

To otrzeźwiło Dominika, który wygramoliwszy się z objęć hortensji, poprawił mundur i ostrożnie wszedł do garażu, trzymając przed sobą broń, choć nie spodziewał się, aby ktokolwiek towarzyszył żubrowi w jego wieczornej eskapadzie. Zgodnie z przewidywaniami garaż był pusty, jeśli nie liczyć samochodu Cruelli, który stał zaparkowany pod ścianą. Nie wyglądał najlepiej po bliskim spotkaniu z potężnym zwierzęciem, co było do przewidzenia. Aspirant sprawdził też dolny poziom parkingu, ale – tak jak przypuszczał – wszystko było w porządku. Schował broń i wyszedł z garażu dziarskim krokiem, oddychając głęboko.

– Może pani otworzyć, już wszystko opanowane – powiedział, stukając do drzwi pensjonatu. Agata była jeszcze bledsza niż poprzednio.

– Ccco tto bbyło? – zapytała drżącym głosem. – Wyglądało… jak… jak strasznie wielki byk! Chociaż…

Dominik parsknął śmiechem.

– Zgadza się, droga pani. Ogromny byk! Ale już sobie poszedł i na pewno więcej nie wróci.

Weszła do garażu i jęknęła na widok swojego samochodu.

– O Jezu, zdemolował mi auto…

– Spokojnie. – Midas, który zdążył już wrócić, pokręcił głową na widok samochodu. – Znam jednego gościa, który ma warsztat, zadzwonię do niego jutro, to przyjedzie do pani, zabierze autko, a jak odda, to będzie jak nowe! A ubezpieczenie na pewno pokryje straty spowodowane przez zwierzę.

– To na pewno był zwyczajny byk? – spytała z powątpiewaniem Agata, powoli odzyskując równowagę. – Bo co prawda nie widziałam go zbyt dobrze przez to okno, ale wydał mi się ogromny, no i taki jakiś…

– Takie już są byki – przerwał jej aspirant. – Ogromne i takie jakieś. Ale już po strachu!

Agata wyglądała, jakby miała za moment wybuchnąć. Widząc to, Igor wysiadł z samochodu i podszedł do niej z kojącym uśmiechem. Zamrugała niepewnie, lekko oszołomiona jego urodą, jak każdy, kto widział go po raz pierwszy.

– Proszę wrócić do pensjonatu – powiedział, łagodnie ujmując ją za ramię i prowadząc po schodach na werandę. Kiedy weszli do środka, posadził ją w fotelu w holu i podał szklankę wody. – Proszę wypić wodę. Już wszystko jest w porządku. Na szczęście ucierpiał tylko samochód, a to akurat łatwo da się naprawić. Już dobrze?

Pod spojrzeniem jego pięknych niebieskich oczu poczuła, że całe napięcie, jakie nagromadziło się w ciągu ostatnich minut, znika. Pokiwała głową.

– Proszę teraz zamknąć porządnie drzwi. Musi pani odpocząć po tych przeżyciach. Zatrzaśniemy za sobą bramę. – Będąc już przy drzwiach, odwrócił się i rzucił jej jeszcze jeden uspokajający uśmiech. – Dobranoc!

– Ddobranoc – wyjąkała, ale jego już nie było.

Agata wolnym krokiem poszła do swojego pokoju, wypiła szklankę wina z minilodówki i – nie rozbierając się – położyła się do łóżka. Zasnęła od razu, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki.

Trzej muszkieterowie wsiedli do samochodu i przez chwilę jechali w milczeniu. Kiedy wyjechali za bramę pensjonatu, Igor zaczął cicho chichotać. Na widok groźnych spojrzeń rzucanych mu przez Dominika nie był w stanie dłużej się powstrzymywać i wybuchnął śmiechem na cały głos. Zjechał na pobocze, odchylił głowę na oparcie fotela i wył ze śmiechu.

– Wychodź z rękami do góry! – wykrztusił w końcu, naśladując poważny ton aspiranta. – He he, dobrze, że cię nie posłuchał, bo uszkodziłby też sufit… O ja nie mogę…

– Chciałbym widzieć, jak go na glebę rzucasz! – wtórował mu Jakub Midas, który musiał wysiąść z samochodu, bo jego potężne ciało, wstrząsane konwulsjami śmiechu, nie mieściło się w fordzie aspiranta. – Sam rzuciłeś się bardzo fachowo! Ten krzaczor został spacyfikowany na amen!

– Wy też byliście w strachu! – Dominik splótł ręce na piersiach i nadal próbował rzucać im piorunujące spojrzenia, ale wkrótce skapitulował i zwinął się ze śmiechu na siedzeniu pasażera.

– No, zwłaszcza jak powiedziałeś „Zrozumiano?!”, to aż mnie zimny pot obleciał – wyznał Igor między jednym a drugim wybuchem śmiechu. – Ale on najwyraźniej też się ciebie przestraszył. Widziałeś, jak pędził? Wielki groźny policjant, z dużą pałką i służbowym pistoletem, to jednak nie przelewki… Nawet jak leży jak długi w hortensjach…

– Tak… To się nazywa respekt przed władzą… – wyjęczał Jakub, leżąc na ziemi i pokładając się ze śmiechu. – Wielki żubr, a zwiewał jak zając! Pewnie wszyscy w lesie będą się z niego teraz nabijać.

Zanim dojechali na plebanię, musieli zatrzymać się jeszcze dwa razy, żeby przetrwać ataki śmiechu.

Rozdział 4

Rano Agacie wydawało się, że to wszystko było tylko złym snem, jednak uszkodzony samochód i wgniecione w kilku miejscach drzwi garażowe świadczyły, że wcale nie śniła. W świetle dnia cała ta sytuacja nie wydawała jej się już tak dramatyczna jak w ciemnościach i Agacie było nawet trochę wstyd, że tak strasznie spanikowała.

„Pewnie będą teraz we wsi gadać, że paniusia z miasta histeryzuje na widok byka…” – pomyślała.

Powoli uruchamiała sprzęty w recepcji, zjadła śniadanie i czuła, że wraca do równowagi. Kilka minut po godzinie dziewiątej do holu pensjonatu wkroczyła puszysta dama w zamszowym płaszczu, prowadząca na smyczy małego pieska, ubranego w kolorowy sweterek, choć na zewnątrz było prawie dziesięć stopni.

– Ledwo was znalazłam… – jęknęła kobieta. – Mój syn mnie tu przywiózł, ale przegapił skręt w lewo i trafiliśmy do małej wioseczki, i dopiero tam nas pokierowali. Nie wiem, jak mógł przegapić ten drogowskaz, bo teraz widzieliśmy, że jest ogromny…

– Zdarza się… – pocieszyła ją Agata, wręczając formularz, podczas gdy syn kobiety – chudy, pryszczaty okularnik – wtaszczył do holu dwie walizki. – Za pieska nie musi pani płacić, ale proszę pamiętać o sprzątaniu po nim. No i na terenie pensjonatu musi chodzić na smyczy.

– Ja Nikusia nigdy ze smyczy nie spuszczam! – odparła z uniesieniem kobieta, patrząc na Agatę znad formularza. – To taka słodka kruszyna, ktoś mógłby mu krzywdę zrobić! A jeszcze tutaj, na wsi, to nawet kot by go poszarpał.

„Może nawet większa mysz” – pomyślała Agata, ale nie powiedziała tego na głos, żeby nie urazić gościa. Uśmiechnęła się czarująco i poprowadziła damę do pokoiku na parterze, jednym uchem słuchając jej zachwytów nad wystrojem i położeniem pensjonatu. Za nimi, jak cień, podążał obciążony bagażami syn kobiety. Postawił walizki w pokoju, poczekał, aż matka obejrzy wyposażenie, i upewniwszy się, że wszystko jej odpowiada, pognał do swojego samochodu, zapowiadając, że przyjedzie po nią za dwa tygodnie.

Ledwie Agata przestała słyszeć warkot silnika jego samochodu, gdy zadzwoniła jej komórka. Skrzywiła się, widząc na ekranie nazwisko prezesa Konsultraku.

– Pani Agato, mam nadzieję, że dobrze się pani bawi w naszym pensjonacie! – zaczął bez zbędnych wstępów. – Mam prośbę, żeby zarezerwowała pani ze trzy pokoje dla mojego szwagra i szwagierki z sześciorgiem dzieci, od dziesiątego grudnia do Nowego Roku. Wszystko pokryję. Ja z żoną przyjadę chyba dzień przed Wigilią, nie sądzę, żeby udało mi się wcześniej wyrwać. Mam nadzieję, że na stole pojawią się prawdziwe staropolskie potrawy! Aha! Zamówiłem choinki, żywe, dwumetrowe jodły, już na stojaczkach, żeby pani nie miała kłopotu z osadzaniem drzewek.

– Dwumetrowe?!

– No a jak! To pierwsze święta w naszym pensjonacie! Na nic nie będę żałować! Jedna stanie w recepcji, a druga w jadalni. – Prezes brzmiał jak podekscytowany sześciolatek. – No i zamówiłem takie małe, żywe jodły, tak do metra wysokości, w doniczkach, żeby je pani w każdym pokoju postawiła. No i ozdoby oczywiście! Dzisiaj może się pani spodziewać kurierów! A do tego nowoczesnego apartamentu kupiłem taką modną instalację, na pewno się pani zorientuje, jak ją pani zobaczy! Przywiozą też zewnętrzne lampki, żeby pani nimi oplotła całą werandę. To proszę czekać na dostawy i brać się za dekorowanie! Chcę, żeby pensjonat wyglądał jak z bożonarodzeniowej pocztówki!

Prezes rozłączył się bez pożegnania, a Agata skrzywiła się z niesmakiem. Nie lubiła takich przeładowanych ozdobami wnętrz, swoją choinkę dekorowała zawsze na jeden odcień, pasujący do wystroju mieszkania. Lampki i bombki w tysiącach kolorów uważała za dziecinne i kiczowate. Ale cóż – skoro prezes chce mieć pensjonat jak z pocztówki…

Wpisała rezerwacje, zaparzyła sobie kawy i przez godzinę siedziała w recepcji, przeglądając strony w intrenecie. Kupiła kilka gwiazdkowych prezentów, po czym wyszła na zewnątrz, bo pod pensjonat zajechał samochód firmy kurierskiej. Dwaj krzepko wyglądający panowie wynosili właśnie ogromną jodłę na wymyślnym stojaku.

– Gdzie postawić? – wysapali.

Agata wskazała im recepcję, więc podreptali z ciężarem do środka. Drugą jodłę zanieśli do jadalni, po czym, ciężko dysząc, odjechali, życząc jej wesołych świąt. Nie zdążyła jeszcze wrócić do środka, gdy pojawiła się kolejna furgonetka. Kurier, jęcząc i mrucząc pod nosem, wyładował na podjazd dwadzieścia pięć drzewek w ładnych, ozdobnych donicach, podał Agacie formularz do podpisania i odjechał, zostawiając ją z całym tym ładunkiem. Pani Wandzia, która właśnie skończyła sprzątać, wyszła na zewnątrz i aż klasnęła w dłonie.

– Ile drzewek! To chyba w każdym pokoju staną? Pomóc pani to pownosić?

Przez kolejne dwie godziny wnosiły do pokojów donice, które okazały się całkiem sporo ważyć. Przezornie zaczęły od strychu, żeby najgorszą pracę mieć za sobą. Kiedy skończyły, obie były zlane potem. Usiadły na fotelach w holu i ciężko oddychały, przyglądając się strzelistej jodle.

– Trzeba jej odwiązać gałęzie… – sapnęła pani Wandzia. – Ale to chyba może poczekać do jutra…

Ogromne pudła z dekoracjami, które przywiózł kolejny kurier, także pozostały w recepcji nierozpakowane do następnego ranka, bo wyczerpana Agata marzyła już tylko o tym, żeby położyć się do łóżka.

Rano obudziła się z zakwasami w całym ciele i z wściekłością pomyślała o radosnym tonie prezesa.

– Tak, panie prezesie, naprawdę świetnie się bawię! Wręcz wyśmienicie! – wycedziła przez zaciśnięte usta i zmobilizowała się do wstania z łóżka.

Po śniadaniu zabrała się za rozpakowywanie dekoracji. Postanowiła, że na pierwszy ogień pójdą dwumetrowe jodły, bo z nimi będzie najwięcej pracy. Rozcięła sznurki oplatające gałęzie drzewka, przy okazji zaliczając cios w oko, po czym sięgnęła po ozdoby. Choinkę z recepcji udekorowała lampkami w kształcie lodowych sopli, pomiędzy nimi wieszając białe szyszki. Efekt był imponujący, a przy tym – bardzo elegancki. Podobnie ubrała więc drzewko w jadalni, wywołując zachwyt na twarzy właścicielki małego pieska, która zeszła właśnie na spóźnione śniadanie.

– Mój Boże, jakie piękne drzewko! – westchnęła. – Prześlicznie to pani udekorowała! Od razu czuje się świąteczną atmosferę!

Dekorowanie choinek z pokoi zajęło Agacie cały dzień. Najpierw posortowała ozdoby, dobierając je kolorystycznie (chciała, żeby każde drzewko ubrane było w bombki w jednym kolorze, co nie udało się z ostatnimi czterema drzewkami, bo zostało jej tylko po kilka sztuk ozdób w jednym odcieniu, musiała więc pogodzić się z wielobarwnymi wersjami), później przemieszczała się z pokoju do pokoju, wieszając gwiazdki, pajacyki, szyszki i sople na pachnących lasem gałązkach. Czynność, która w domu sprawiała jej zawsze dużą przyjemność, po udekorowaniu szóstego drzewka stała się denerwująca i żmudna. Kiedy skończyła, bolał ją kark i pokłute igiełkami dłonie.

– Pieprzony prezes – warczała, zupełnie nie w duchu Bożego Narodzenia.

Ostatnią dekoracją była ultranowoczesna choinka, a właściwie instalacja złożona z chromowanych prętów ułożonych w trójkąt, z wbudowanymi światłami ledowymi. Wokół prętów opleciono girlandę ze sztucznych gałązek choinkowych, wykonanych tak starannie, że Agata w pierwszej chwili była pewna, że to żywy świerk. Tę choinkę ustawiła w nowoczesnym apartamencie – świetnie do niego pasowała, a po zapaleniu światełek ożywiała wnętrze.

Wieczorem Agata, siedząc w łóżku, połączyła się przez Skype’a z mężem, Grzegorzem. Jak co dzień opowiedziała mu o wrażeniach z kierowania pensjonatem, nie szczędząc przy tym przekleństw pod adresem prezesa.

– Ho ho! Widzę, że to dekorowanie wzbudziło w tobie prawdziwie świąteczny nastrój! – zaśmiał się Grzegorz, rozbrajając tym zły humor i zmęczenie Agaty. Wstała z łóżka i przeniosła laptop do recepcji, żeby mógł zobaczyć jej dzieło.

– Świetnie to wygląda! – powiedział z uznaniem. – Nie mogę się już doczekać, kiedy do ciebie dołączę.

– Ja też…

Umówili się, że Grzegorz przyjedzie dzień przed Wigilią, wraz ze swoimi rodzicami. Rodzice Agaty planowali przyjazd w samą Wigilię. Po raz pierwszy mieli spędzić te święta wszyscy razem, bo dotąd dzielili tę uroczystość – raz spędzając ją u rodziców Grzegorza, a w kolejnym roku – u rodziców Agaty. Miała lekką tremę przed tym wspólnym spotkaniem, na dodatek jej mama narzekała, że przyjdzie im spędzać tak wspaniałe święta w towarzystwie obcych ludzi, ale udało jej się wszystkich namówić, roztaczając przed nimi dramatyczną wizję siebie, samotnie siedzącej wśród szczęśliwych rodzin, które przybędą tu na wypoczynek.

– Miłych snów!

Pożegnała się z Grzegorzem i położyła do łóżka. Włączyła telewizor, by obejrzeć ulubiony serial, ale trzy razy przerwał jej telefon od gości pragnących zarezerwować miejsce w pensjonacie. Wyglądało na to, że w święta będzie pełne obłożenie. Ta myśl sprawiła, że Agacie mocniej zabiło serce. Nawet sama przed sobą nie chciała przyznać, jak bardzo boi się tego zadania. Wiedziała, że większość spoczywa na barkach pracowników kuchni, ale czuła ogromną presję i odpowiedzialność za to, żeby wszyscy ci ludzie, którzy przyjadą do Drzewia, spędzili tutaj wspaniałe Boże Narodzenie.

Rozdział 5

Do dziesiątego grudnia Agacie udało się udekorować światłami całą werandę, a także balkon pensjonatu. W efekcie budynek wyglądał tak, jak wymarzył sobie prezes – jak z bożonarodzeniowej pocztówki.

„Co za kicz!” – stwierdziła Agata, patrząc na swoje dzieło i krzywiąc się z niesmakiem. Jednak goście pensjonatu byli zachwyceni dekoracjami.

– Wyczarowała pani prawdziwie świąteczną atmosferę! Już czuć Gwiazdkę w powietrzu, nawet brak śniegu nie przeszkadza!

Ustalenie menu na święta oraz zaplanowanie zabawy sylwestrowej okazały się tak trudnymi logistycznie przedsięwzięciami, że już w tej chwili czuła się wyczerpana swoim zadaniem, chociaż musiała przyznać, że pomysły kulinarne kucharza Janka były znakomite i właściwie jej pozostało tylko wyrażenie zgody na proponowane przez niego dania. Ale najgorsze było dopiero przed nią…

Wczesnym przedpołudniem drzwi do recepcji otworzyły się gwałtownie i z takim rozmachem, że skrzydło odbiło się od ściany i wróciło do poprzedniej pozycji, napotykając po drodze na przeszkodę w postaci kilkuletniego brzdąca, który pędził właśnie w stronę choinki, nie zważając na nic. Uderzony drzwiami zamarł na moment, rozejrzał się, czy wszyscy ten dramat widzieli, a gdy upewnił się, że ma wystarczająco dużą widownię, wybuchnął rozdzierającym płaczem. Drzwi wielkiej krzywdy mu nie zrobiły, bo malec biegł z wyciągniętymi przed siebie rękami, które przyjęły na siebie impet uderzenia, ale nie chciał marnować okazji do znalezienia się w centrum zainteresowania rodziców.

– Antosiu, biedactwo moje! – Dość pulchna, obcięta na krótko brunetka o pomarańczowej od solarium twarzy chwyciła chłopca na ręce i obsypała go pocałunkami. Zza jej pleców do holu wbiegło pięcioro dzieci w różnym wieku, zupełnie nie zwracając uwagi na matkę i łkającego braciszka.

– Ale wielka choinka! – wrzasnęła rudowłosa sześciolatka i szarpnęła gałęzie jodły, aż drzewko zachwiało się niebezpiecznie, a jedna z białych szyszek spadła na posadzkę.

Tata czeredy małpoludów, jak nazwała ich w myślach Agata, podszedł do recepcji i przedstawił się, podając jej rękę.

– Tomasz Andrzejewski. Jestem bratem żony prezesa Wojtanowskiego, a to moja żona Patrycja i nasze dzieci: Antoś, Pawełek, Rafałek, Gabrysia, Adaś i Zuzia.

– Witamy. – Agata wręczyła mu formularz meldunkowy, nawet nie próbując udawać zachwyconej tym spotkaniem.