Rok Szczura - Marta Guzowska - ebook

48 osób właśnie czyta

Opis

W świecie post-prawdy nie wiadomo, komu wierzyć.

W świecie nadciągającego kryzysu nie wiadomo, z której strony nadejdzie ostateczne zagrożenie.

W świecie złudzeń, karmimy się nadzieją, że wszystko może być takie, jak kiedyś.

Ale przecież nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki…

Czy przyjaciele, którzy spotykają się po dwudziestu latach niewidzenia, są dla siebie jeszcze przyjaciółmi? Czy dawni kochankowie nadal się kochają? Czy stare morderstwo ma coś wspólnego z tym, które popełniono niedawno? Dwadzieścia lat, to kawał czasu. Pewne rzeczy się zmieniły, inne pozostały takie same. Jak odróżnić te pierwsze od tych drugich?

Podczas ostatniego lata, jakie spędziła razem paczka przyjaciół ze studiów, zamordowana zostaje dziewczyna. Po dwudziestu latach w równie tajemniczych okolicznościach ginie żona jednego z nich. Dowody prowadzą do kręgu antyszczepionkowców. Czy tam ukrywa się morderca? Czy zbrodnia stanowi część bardziej misternego planu…?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 380

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


CZĘŚĆ PIERWSZA

TERAZ

Pogoda jest piękna, jak nie w lutym. Na pogrzebach zazwyczaj panuje mróz. A jak nie mróz, to leje, a jak nie leje, to przynajmniej wieje wiatr, aż żałobnicy muszą się trzymać nagrobków. A jeśli nie wiatr, deszcz i śnieg po kolana, to upał, taki, że nieutuleni w żalu rozglądają się, kto pierwszy padnie na serce i – w związku z tym – czyj pogrzeb będzie następny.

Ale nie dzisiaj. Dzisiaj niebo jest bezchmurne i świeci słońce, a temperatura dochodzi do jakichś piętnastu stopni, więc wszyscy dobrze wyglądają w odświętnych, czarnych ubraniach. Nawet ja, chociaż mój garnitur ma już ponad dwadzieścia lat, kupiłem go na obronę magisterki. Ale chyba powinienem spojrzeć na to z dobrej strony, na przykład: nie każdy ma taką figurę, że może nosić własny, ponaddwudziestoletni garnitur. Żadne z was nie wcisnęłoby się w ubrania z tamtych czasów. Niewielka pociecha, ale zawsze.

Więc na cmentarzu wszyscy wyglądają dobrze, chociaż najlepiej oczywiście ty. Zawsze wyglądasz najlepiej, w każdej sytuacji i w każdym gronie, od kiedy cię znam, od ponad dwudziestu lat, więc pewnie zdążyłaś się już do tego przyzwyczaić. Jesteś niewysoka i okrągła, ale tak w sam raz, masz jaskrawozielone oczy i jaskraworude włosy. Oczy wyglądają, jakbyś używała soczewek koloryzujących, ale znałem cię jeszcze w czasach, kiedy takie rzeczy ciężko było dostać, więc wiem, że kolor jest prawdziwy. Kolor włosów też jest prawdziwy, a przynajmniej był taki dwadzieścia parę lat temu, kiedy się poznaliśmy. Od tego czasu pewnie trochę mu pomogłaś, ale efekt i tak jest olśniewający. Jesteś jedyną osobą na cmentarzu, która w całej tej żałobnej czerni wygląda szykownie.

Bo wszyscy inni wyglądają raczej ponuro. Sobie przyjrzałem się w lustrze przed wyjściem i nie mam powodu, żeby się nad tym zastanawiać. Ale pozostałych nie widziałem od lat, więc zamiast słuchać tego, co mówi ksiądz, albo przynajmniej udawać, że słucham, gapię się na nich całkiem otwarcie. Zoja nabrała ciała, ale nie wygląda na taką, która się przejmuje. Płaszcz ma rozpięty i widzę, że dekolt jej czarnej sukienki sięga prawie mostka i wyraźnie pokazuje, że tusza ma swoje zalety. Poza tym Zoja farbuje teraz włosy na biało (kiedyś była mysią blondynką) i stawia je na sztorc, nosi awangardowe okulary i maluje usta czerwoną szminką. Wygląda na przejętą pogrzebem, ale już dwa razy wyciągnęła z kieszeni telefon i raz szybko odpisała na wiadomość. Kiedy widzi, że się jej przyglądam, uśmiecha się do mnie radośnie. A potem przypomina sobie, gdzie jest i poważnieje.

Karolka wygląda w zasadzie tak samo jak kiedyś. Nosi włosy upięte w kok, proste czarne spodnie i czarną marynarkę. Jest ucieleśnieniem idealnej pracownicy korporacji albo banku w dziale obsługi klienta. Co chwilę patrzy na zegarek i zaciska przy tym usta w wąską kreskę. Kiedyś też to robiła, jedno i drugie.

Za to Radzia bym nie poznał, nawet gdybym się z nim zderzył na ulicy. Co prawda jest czerwony na twarzy, jakby już z rana wypił kilka kolejek, zawsze tak miał, kiedy się wzruszył, i bez alkoholu. Ale kiedyś nosił to, co my wszyscy, czyli to, co aktualnie udało się dostać. Teraz ma na sobie garnitur bez przesady za parę tysiaków, koszulę za równowartość mojej pensji i krawat w cenie co najmniej butów, które miałem na nogach (a z okazji pogrzebu szarpnąłem się na nowe). To on rozpoznał mnie pierwszy i podszedł się przywitać, zanim odezwał się ksiądz.

No i jest jeszcze Jan. On jeden wtedy, dwadzieścia parę lat temu, nie dorobił się ksywki. Żadna do niego nie pasowała. Fizycznie się nie zmienił. Kiedyś był wysokim, zwalistym, świńskim blondynem, z tendencją do posiadania brzucha. Teraz brzuch już ma, a co do włosów to trudno z odległości stwierdzić, czy są jasnoblond, czy siwe. Ma głębokie zakola, tonsurę i garbi się. Stoi trochę z boku, z pochyloną głową i w skupieniu słucha modlitwy. Gdybym nie wiedział, pomyślałbym, że to jakiś uprzejmy, ale daleki krewny, a nie mąż zmarłej.

Brakuje Jacentego. Rozglądam się, ale nie widzę go wśród tych kilku osób, które przyszły pożegnać Irenę. A może widzę, tylko nie rozpoznaję?

Wieje lekki wiatr. Bezlistne jeszcze gałęzie cmentarnych topoli pocierają o siebie i skrzypią jak zawiasy drzwi w nawiedzonym domu. Jeszcze za wcześnie na alergeny w powietrzu, ale kilka osób pociera nosy i czerwone oczy. Więc to nie alergia, tylko żal po zmarłej. Chociaż jakoś trudno mi to sobie wyobrazić.

Ty też wycierasz nos i dwie łzy, które wypływają spod twoich przeciwsłonecznych okularów. Nie mogę oderwać od ciebie wzroku.

– Nie gap się! – syczy Karolka. – Mógłbyś się opanować przynajmniej na cmentarzu.

– Nie wiem, o co ci chodzi – odpowiadam szeptem.

Karolka spogląda na mnie i więcej się nie odzywa. A ja aż do końca pogrzebu nie spuszczam oczu z księdza.

Kiedy jest już po wszystkim, do Jana ustawia się kolejka z kondolencjami. Odchodzę na bok, do cienia, bo zaczyna się robić gorąco. Globalne ocieplenie, pełnia wiosny w lutym. Radzio też podchodzi bliżej, a chwilę po nim Karolka i Zoja. Ostatnia, jak zawsze, jesteś ty. Stoimy tak i staramy się na siebie nie patrzeć. Nikt się nie odzywa.

Kolejka z kondolencjami jest krótka i składa się z samych dorosłych. W zasięgu wzroku nie ma żadnych dzieci, z czego wnioskuję, że Jan i Irena też ich nie mają. Ale mogę się mylić, powodów, dla których mogłyby być nieobecne na pogrzebie matki, są tysiące.

Zoja znowu odpisuje na wiadomość, nie przejmuje się tym, że jest na cmentarzu chwilę po pogrzebie. Zagryza wargi i czerwona szminka trochę jej się rozmazuje. Radzio też wyjmuje z kieszeni telefon i odchodzi do sąsiedniego nagrobka. Przez chwilę podsłuchuję jego rozmowę, ale nic z niej nie rozumiem. Karolka mierzy Radzia ostrym spojrzeniem, ale Radzio chyba tego nie widzi. Stoi odwrócony do nas bokiem i rozmawiając, gestykuluje.

Podchodzisz do mnie bliżej. Przełykam ślinę.

– To niesamowite, że wszyscy… – zaczynasz, ale nie kończysz. Bo przy twoim boku materializuje się Jan. Nie zauważyłem, kiedy podszedł. Problem w tym, że kiedy stoisz obok mnie, nie zauważam wielu rzeczy.

– Co wy tu robicie? – pyta Jan. Żadnego „dzień dobry” albo „fajnie was zobaczyć po tylu latach”.

Odwracasz się i zadzierasz głowę. Sięgasz mu do ramienia. Czuję ukłucie w piersi. Kiedy rozmawiasz ze mną, nie musisz patrzeć do góry.

– Przyszliśmy na pogrzeb Ireny – odpowiadasz i wzruszasz ramionami. – A wygląda ci to na coś innego?

Jan rozgląda się i ja też to robię. Pozostali żałobnicy już się zmyli, ksiądz i grabarze również. Jesteśmy na cmentarzu sami. Gdzieś niedaleko śpiewa ptak. To też chyba nie jest normalne: śpiew ptaka w lutym.

– Po co tu przyszliście? – pyta znowu Jan, jakby nie dotarło do niego, co powiedziałaś.

– Jezu! – niecierpliwisz się. – Umarła ci żona, przyszliśmy na pogrzeb. Kiedyś byliśmy przyjaciółmi. Czy to wystarczające wytłumaczenie?

– Kiedyś by było. Ale już od dawna nie.

Znowu wzruszasz ramionami.

– Zawsze byłeś pedantyczny jak cholera. W każdym razie, moje kondolencje.

Zoja przepycha się bliżej i obejmuje Jana za szyję.

– Tak mi przykro – szlocha. – To była młoda kobieta.

– Miała tyle lat co ty – zauważam. – I co ja. I co my wszyscy. Jesteśmy z jednego rocznika.

Zoja nie zwraca na mnie uwagi. Całuje Jana w oba policzki i zostawia na nich ślady szminki. Karolka też podchodzi, ale tylko wyciąga rękę, jakby była na rozmowie z kontrahentem. Radzio dalej gada przez swoją komórkę.

– Nie cieszysz się, że nas widzisz? – pytasz.

Jan wbija obie ręce w kieszenie spodni od garnituru. Nie odpowiada i to w zupełności starcza za odpowiedź. Ale sam nie wiem, czy cieszyłbym się na jego miejscu. W końcu naprawdę minęło wiele lat.

Przyglądasz mu się przez chwilę, a potem mówisz powoli:

– Myślę, że powinniśmy skorzystać z okazji i pójść się czegoś napić.

– Ja nie mogę – odpowiada szybko Jan. Wyciąga rękę z kieszeni i ociera czoło. – Obiecałem… To znaczy, rodzice Ireny… Powiedziałem, że po pogrzebie do nich przyjdę…

– Ja chętnie – wchodzi mu w słowo Zoja.

Karolka ostrożnie kiwa głową.

– Skoro już się spotkaliśmy po tak długim czasie…

Radzio cały czas gada przez komórkę. Wyjmuje papierosa i wkłada w usta. Po chwili chyba się reflektuje, że jest na cmentarzu, i chowa fajkę. Ale co chwilę pstryka zapalniczką. Pod słońce słabo widzę, ale chyba to ta sama stara zippo, którą pstrykał dwadzieścia lat wcześniej. Tiki umierają ostatnie.

– No to dokąd? – pytam.

– Może tam, gdzie zawsze? – proponujesz.

Karolka unosi brwi.

– Myślisz, że ta knajpa jeszcze istnieje?

– Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać. – Kręcisz głową. – Ilu nas jest? Pięć osób. Super, zmieścimy się w moim samochodzie.

– Radzio na pewno przyjechał własnym – mruczę.

– Oczywiście. Myślicie, że gniótł taki garnitur w komunikacji miejskiej? – Zoja chichocze, a potem zasłania dłonią usta.

– No to poczekajmy, aż skończy rozmawiać. – Karolka podsumowuje to, co i tak mamy zamiar zrobić. Zawsze taka była.

Więc stoimy w cieniu topoli i czekamy. I nadal nie patrzymy sobie w oczy. Chociaż archeolodzy mają raczej luźny stosunek do śmierci.

WTEDY

Archeolodzy mają raczej luźny stosunek do śmierci. W końcu wszystko, co wykopujemy, należało do osób, które od dawna już nie żyją, włącznie z ich własnymi szkieletami. A wtedy, dwadzieścia lat temu z hakiem, na praktykach wykopaliskowych przy kościele Bożego Ciała w Gdańsku dosłownie siedzieliśmy na trupach i to nie jest żadna figura retoryczna: w średniowiecznym masowym grobie szkielety są tak ciasno upakowane w ziemnej jamie, że nie da się stanąć (ani usiąść) na czymś, co nie jest kością.

Ale śmierć sprzed kilkuset lat to jednak co innego. Wiem, że nie powinno tak być (to też ludzie, ze swoimi troskami, pragnieniami, bla, bla, bla), ale tak jest. Archeolog trzyma w ręku ludzka czaszkę i nie czuje nic. No, może zainteresowanie, jeśli czaszka ma ciekawie uformowaną wypukłość potyliczną albo niezrośnięty szew. Ale nie czuje żalu ani smutku, ani refleksji nad ulotnością życia. Archeolog to nie Hamlet, ja w każdym razie takiego nie spotkałem.

Ale ona… Wszyscy ją znaliśmy. Większość z nas wkurwiała do białości, ale jeszcze dobę wcześniej przysuwała się do mnie, zarzucała włosy na jedno ramię i narzekała na komary, których tamtego lata było zatrzęsienie, bo ciągle padało. Kiedy potem patrzyłem, jak wyciągano ją z wykopu… Sam nie wiem, co czułem. Nigdy wcześniej nie widziałem trupa.

Wy też mieliście niepewne miny. Karolka ściskała Jacentego za rękę, Radzio, czerwony na twarzy, pstrykał zapalniczką i ten dźwięk nigdy nie irytował mnie tak jak wtedy. Za to Zoja była blada, mimo opalenizny. Jan obejmował Irenę ramieniem, erupcja uczuć, która dla nich znaczyła mniej więcej tyle, co dla innych ludzi uprawianie seksu publicznie, w biały dzień. A ty wpatrywałaś się w martwe ciało i poruszałaś wargami. Całkiem, jakbyś się modliła, chociaż z was dwóch to Karolka była tą, która nosiła na szyi krzyżyk i ciągle latała na msze.

A potem, kiedy już było po wszystkim, po przesłuchaniu, zabraniu zwłok i po tym, jak zamknięto wykopaliska, kiedy siedzieliśmy na wilgotnym od deszczu piasku plaży, powiedziałaś:

– Myślę, że ktoś ją zabił.

Zapadła cisza, wyjąwszy skrzeczenie mew, szum fal i wrzaski ludzi. Tylko Zoja wyszeptała:

– O Boże!

TERAZ

– O Boże! – krzyczy Zoja. – To naprawdę niesamowite!

Ja też tak uważam, chociaż to nie powód, żeby się drzeć.

– Nie powinno się wzywać imienia Pana Boga nadaremno – mruczy Karolka, ale jakoś tak cicho i bez przekonania. Kiedyś opieprzyłaby Zoję z góry do dołu.

– Ciągle otwarta, po tylu latach, no, no. – Radzio kręci głową. Jest zgrzany, bo, jak twierdzi, nie mógł znaleźć miejsca do zaparkowania i musiał podejść spory kawałek piechotą. – Ciekawe, jaki mają model biznesowy, że tak długo to ciągną.

– Wątpię, czy ktokolwiek tutaj wie, co to znaczy model biznesowy – zwracam mu uwagę. – To miejsce powstało za głębokiej komuny i gdyby wiedzieli coś o modelach biznesowych, pewnie już dawno by się zamknęli.

Stoimy w wielkim holu z kolumnami, pomalowanymi na ten sam jasnożółty kolor, co za naszej młodości. Gdybym zamknął teraz oczy, i tak bym trafił. Prosto do końca, potem schodkami w dół, obok tabliczki z napisem „Klub NOR” i strzałką, a potem prosto, przez całą salę, do ostatniego stolika w rogu, który zawsze był nasz. Nigdy go nie rezerwowaliśmy, ale ani razu nie zdarzyło się, żebyśmy tu przyszli i ktoś przy nim siedział. Może kelnerki pilnowały? Chociaż to raczej mało prawdopodobne, to były komunistyczne kelnerki w świeżo upieczonym kapitalizmie, które do niedawna jeszcze pilnowały, żeby nie sprzedać nikomu alkoholu przed trzynastą, a potem musiały pilnować zer w cenach podczas galopującej inflacji. Tak czy inaczej, wystarczyłoby palców rąk u nas wszystkich, żeby policzyć dni, których nie spędziliśmy w NOR-ze podczas całych pięciu lat studiów.

W środku wystrój wciąż ten sam. Obity drewnianą boazerią bufet i kilkanaście okrągłych stolików przykrytych takimi samymi, a może nawet tymi samymi obrusami.

– Tylko nie można teraz palić – zauważa Karolka i pokazuje wielki znak zakazu zawieszony z tyłu za bufetem. – I bardzo dobrze. Pamiętacie jak strasznie wędziliśmy się tutaj?

– Ty sama wtedy podpalałaś – mówisz.

Radzio pstryka wyjętą z kieszeni zapalniczką. – Ja i tak wpadłem tylko na chwilę. Muszę wracać do roboty.

– Co chcecie? – Podnoszę się. – Piwo?

– Nie, jestem samochodem – mówisz równocześnie z Radziem, a Karolka krzywi się, jakbym zaproponował jej szklankę cykuty.

– Może herbatę – odpowiada po chwili. – Tylko nie czarną, bo ja takiej nie pijam. Zieloną. Albo owocową.

– A dla mnie lemoniadę – prosi Zoja. – Z plasterkiem cytryny. I jak mają, to ze świeżą miętą.

Tak, wiele się zmieniło przez tych dwadzieścia parę lat.

Zielonej herbaty nie ma, mięty też nie, więc biorę dla wszystkich wodę gazowaną i cytrynę w plasterkach, na talerzyku. To zresztą nie ma znaczenia. Wracam do stolika i słyszę, jak mówisz:

– Skoro się spieszycie, to musimy szybko nadrobić informacje z tych… – Szybko liczysz na palcach. – Boże, to już dwadzieścia trzy lata!

– Ja pracuję w takiej jednej korpo – wyrywa się Radzio. Kiedyś też był wyrywny. – Bardzo fajnej. Pnę się po szczeblach. Dobrze jest. Chociaż mieszkam w domu numer trzynaście, mieszkania też trzynaście. Ale za to na Powiślu, teraz to najmodniejsza dzielnica. – Wyjmuje paczkę papierosów, z powrotem chowa ją do kieszeni, obdarza nas uśmiechem osoby zadowolonej z życia.

– Żona? – pytasz. – Dzieci?

– Rozwiedziony – przyznaje Radzio. – Ale nadal się przyjaźnimy. Jeden syn, już w liceum. Mam z nim świetny kontakt. Uwielbiamy strzelanki.

– To tak jak moi – wtrąca Zoja. – Tylko ciągle się kłócą, kto ma być kim. Bo ja mam dwóch synów. I ciągle tego samego męża. – Chichocze. – I uczę w szkole. Historii.

– Co u ciebie, to i tak wszyscy wiemy – mówi do ciebie Karolka. – Z Pudelka i z „Vivy”.

– Jezu, daj spokój. – Machasz ręką, pociągasz łyk wody i natychmiast dostajesz czkawki. Tak jak kiedyś, kiedyś też nie mogłaś pić coli ani niczego gazowanego. Muszę poklepać cię po plecach, żeby przeszło. Też tak jak kiedyś.

– Co daj spokój, Magdalena Wilczur, królowa ludzkich serc – wtrąca Radzio. – Najlepiej sprzedająca się w Polsce pisarka romansów.

– Królową ludzkich serc to była księżna Diana – poucza go Karolka. – I, Duśka, nie mów „Jezu”.

– A co u ciebie? – pytam ją, bo nie wygląda na to, żeby ktoś inny zamierzał to zrobić.

– Pracuję w komendzie głównej.

– Na policji? – dziwimy się chórem, a ty dodajesz: – To trochę daleko od archeologii.

Karolka sztywnieje i zaczyna się tłumaczyć. Jak kiedyś.

– Tylko w sekretariacie. Do tego nie trzeba mieć pojęcia o przestępstwach. Nie patrzcie na mnie, tak wyszło. Trafiła się praca, a coś jeść trzeba, nie?

Tak, naprawdę ją rozumiem.

Jestem bibliotekarzem. Fakt, że nie pracuję w bibliotece osiedlowej, tylko w uniwersyteckiej, a konkretnie w bibliotece instytutu archeologii, niewiele zmienia. Plusem jest brak rozwrzeszczanych wycieczek szkolnych. Minusem – że naprawdę rzadko ktoś do mnie zagląda. Coraz więcej książek można znaleźć w internecie i coraz więcej studentów jest przekonanych, że czytanie to strata czasu. Kombinacja tych dwóch czynników sprawia, że często się nudzę. I że mam dużo czasu na własne lektury.

Jak sobie zapewne wyobrażacie, kariera bibliotekarza nie jest tym, o czym marzyłem od dziecka. Chciałem być archeologiem, jak Indiana Jones. Oczywiście wiedziałem, że obraz wykreowany w Hollywood nie może być prawdziwy i że archeolodzy nie stoją z biczem i w kapeluszu nad wykopem, tylko klęczą w tym wykopie na kolanach, że nie pracują łopatami, tylko szpachelkami. Ale i tak chciałem. Przygoda. Egzotyczne kraje. Intrygujące zagadki przeszłości.

A konkretnie to chciałem być antropologiem. Oglądać czaszki i szukać na nich śladów przemocy. Sprawdzać, czy zrosły się stare złamania. Wnioskować na podstawie startych kręgów kręgosłupa, jak ciężką pracę wykonywali kiedyś ludzie.

Wyszło inaczej. Więc uznałem, że wolę pracować w bibliotece na uniwersytecie niż w tej osiedlowej, o której już wspomniałem.

Co nie znaczy, że nie czuję czasem ukłucia w klatce piersiowej, kiedy widzę, jak Jan idzie na zajęcia albo na radę wydziału. Może gdybym pracował w bibliotece osiedlowej, nie czułbym zazdrości każdego dnia.

A Karolka kontynuuje:

– …i spłacić ratę za kredyt na mieszkanie. Jakoś sobie radzę. I, uprzedzając wasze pytania, mam córkę. Męża już nie. A miałam tylko jednego, a nie dwóch, jak nasza królowa.

– Trzech – poprawiasz ją. – Ale byłych. Aktualnie nie mam żadnego.

Czuję, że muszę przełknąć ślinę i jestem zadowolony, że wszyscy patrzą na ciebie.

A ty mówisz dalej:

– Znowu jesteśmy w komplecie. W naszej NOR-ze. Dziwnie się czuję. Jakbyśmy byli tu wczoraj.

– Dokładnie – przytakuje Zoja. – Jakby w ogóle nie upłynęło dwadzieścia lat z hakiem. Tylko wyglądamy trochę inaczej. Z wyjątkiem ciebie, Duśka…

– Dzięki, miła jesteś.

– …i Szczura. On też się w ogóle nie zmienił.

– W mojej łazience nad umywalką wisi lustro – zapewniam ją.

– No dobra, masz trochę zmarszczek, byłbyś mutantem, gdybyś nie miał. Ale kiedy na cmentarzu zobaczyłam cię od tyłu, miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie.

Pozostali milczą. Uznaję, że lepiej zmienię temat.

– Nie jesteśmy w komplecie. Jan nie przyszedł…

– I nie ma Jacentego – dorzuca szybko Karolka.

– No właśnie – podchwytujesz. – Ktoś wie, co się z nim dzieje?

Wszyscy kręcą głowami, tylko Karolka ogląda starannie paznokcie.

– Ty też nie? – pytasz ją. – Przecież byliście parą.

– Dawno temu – mruczy Karolka. Podnosi głowę. – Nie, nie wiem.

– Nie ma go na Facebooku, co już samo w sobie jest dziwne.

– Może to kwestia środowiskowa – zauważa Radzio. – W niektórych kręgach to nawet źle widziane, jak się ma profil na FB.

– No właśnie, moi synowie mówią, że to obciach – dodaje Zoja.

– Twoi synowie są nastolatkami – gasisz ją. – A wśród takich starych grzybów jak my prawie każdy jest na fejsie. I to nie jest kwestia środowiskowa, bo Jacenty pracował jako dziennikarz, przynajmniej póki miałam z nim kontakt. Dziennikarze chyba siedzą w sieci od rana do nocy.

– Wiesz to ze swoich książek? – wyzłośliwia się Karolka.

– Dziewczyny, przestańcie – rzuca Radzio.

Przypatrujesz się Karolce jeszcze przez chwilę, ale nie mówisz ani słowa. Kiedyś, dwadzieścia lat temu z okładem, byłyście najlepszymi przyjaciółkami, takimi, które nawet wysikać się nie pójdą jedna bez drugiej. Teraz najwyraźniej gracie sobie na nerwach. Tak, wiele się zmieniło.

Przez długą chwilę słychać tylko radio zza kontuaru kelnerek. Mówią coś o przygotowaniach do strajku pielęgniarek.

– A ten Jan – przerywa ciszę Zoja – też wygląda tak samo. Tylko trochę wyłysiał.

– I nadal ciężko się z nim dogadać – zgadza się Radzio. – A słyszeliście, że on podobno teraz kopie tam, gdzie… no wiecie… Czytałem w „Wyborczej”, był z nim wywiad.

Zapada cisza i trwa dobrą minutę.

– Biedna Irena – mówisz w końcu.

– Ty jej przecież nigdy nie lubiłaś – zauważa Karolka. – Zawsze mówiłaś, że się wciska między nas na siłę.

Otwierasz usta, w powietrzu wisi kłótnia, więc postanawiam zainterweniować.

– To był podobno wypadek samochodowy – mówię.

– Mamy najwyższą statystykę zgonów w wypadkach samochodowych w Europie – zauważa Karolka.

– Ziemia jest przeludniona – stwierdzam.

– Szczurze, jak ty możesz wygadywać takie rzeczy?! – Zoja aż podskakuje na krześle. – Nie można w ten sposób myśleć. Myślenie o cudzym nieszczęściu sprowadza złą karmę.

– Kto mówi o nieszczęściu…

– Dobra – ucinasz, jak zawsze, kiedy coś cię nudzi. – Ale co to ma wspólnego z Ireną?

– Nic – odpowiadam. – Nic.

– Jan nie wygląda na załamanego – mówi nagle Karolka.

– A skąd wiesz, jak powinien wyglądać człowiek, który niedawno stracił żonę? – pyta Zoja.

– Karolka ma rację. – Popierasz ją, chyba w drodze wyjątku. – Nie wygląda. Ja akurat wiem, jak to powinno być, ciągle to opisuję w moich książkach.

– Literatura sobie, a życie sobie – stwierdza filozoficznie Radzio.

Ciężko się nie zgodzić.

– Nie wierzę w to – mówisz nagle.

– Że literatura nie ma nic wspólnego z życiem? – dziwi się Zoja.

Machasz ręką.

– Że Irena zginęła w wypadku.

– Ale przecież w gazecie pisali… – rzuca Karolka.

Patrzysz na mnie uważnie, a potem przenosisz wzrok na Karolkę, Radzia i Zoję. Oglądasz nas, jakbyśmy widzieli się po raz pierwszy. Minęło tyle czasu od naszego ostatniego spotkania, że to, w pewnym sensie, jest prawdą.

– Co masz na myśli? – Zoja szeroko otwiera oczy. – Myślisz, że ona…

– Myślę, że ktoś ją zabił – powtarzasz.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

RedakcjaKarolina Macios

KorektaAnna Surendra

Projekt graficzny okładkiAgnieszka Kielak

Zdjęcie wykorzystane na okładce© Shaiith Nowak Jacek / fotolia.com

Zdjęcia autorkiBakcyl Studio

Skład i łamanieAgnieszka Kielak

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2019 © Copyright by Marta Guzowska Warszawa 2019

Wydanie pierwsze ISBN: 978-83-66195-50-9

Wydawca Agencja Wydawniczo-Reklamowa Skarpa Warszawska Sp. z o.o. ul. Borowskiego 2 lok. 24 03-475 Warszawa tel. 22 416 15 81 [email protected]

Dystrybutor Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: [email protected] www.dressler.com.pl