Rok próby - Kim Liggett - ebook
BESTSELLER

Rok próby ebook

Kim Liggett

4,3

31 osób interesuje się tą książką

Opis

O tym się nie rozmawia… To zabronione.

W hrabstwie Garner wszystkie szesnastoletnie dziewczyny muszą na rok opuścić rodzinną osadę. Ponoć ich tajemnicza moc odbiera rozum mężczyznom, a kobiety doprowadza do szału zazdrości… W dziczy mają się wyzbyć owej magii, by powrócić do domu czyste i gotowe do małżeństwa. Tyle że nie każda zdoła przeżyć…

Tierney James już niedługo sama pozna całą prawdę o roku próby. Będzie musiała stawić czoła bezwzględnej naturze i brutalnym kłusownikom czyhającym w lesie. przede wszystkim demonom, które czają się w mrokach dziewczęcych dusz…

Młodzieżowa odsłona OPOWIEŚCI PODRĘCZNEJ. Bustle

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 449

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
martyna_pam

Nie oderwiesz się od lektury

Niesamowicie mądra i wartościowa historia, budzi emocje, chwilami chcialam wyrwać niektórych bohaterow z telefonu i nimi potrząsnąć Serdecznie polecam nie tylko młodzieży
20
Lonley

Dobrze spędzony czas

Przerażająca. Pełna różnych emocji, w tym wielu negatywnych. Autorka podjęła kilka fabularnych decyzji, które w moje opinii były nieodpowiednie, bądź zbędne, mam tutaj na myśli, że były zbyt oczywiste, bądź sztampowe. Polecam, jest to wartościowa lektura.
00
Olacze333

Nie oderwiesz się od lektury

Nie pamiętam kiedy czytając książkę przeżyłam tyle emocji. Szok, złość wręcz chęć zemsty,a im dalej tym więcej zrozumienia i miłości. Jest tu moc Igrzysk śmierci i zmiany Testamentów ale do tego mnóstwo zrozumienia i delikatności oraz uronionych łez. Polecam każdej i każdemu szukającym nadzieji
00

Popularność




Zapraszamy na www.publicat.pl
Tytuł oryginałuThe Grace Year
Projekt okładki NATALIA TWARDY
Koordynacja projektuSYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK
RedakcjaURSZULA ŚMIETANA
KorektaBOGUSŁAWA OTFINOWSKA
Redakcja technicznaKRZYSZTOF CHODOROWSKI
Copyright © 2019 by Kim Liggett
Polish edition © Publicat S.A. MMXXI (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
ISBN 978-83-271-6095-9
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: [email protected]

Dla wszystkich córek tego świata

oraz tych, którzy je szanują

Szczur może się swobodnie poruszać w labiryncie,

pod warunkiem że go nie opuszcza[1].

MARGARET ATWOOD, Opowieść Podręcznej

Może zwierz naprawdę jest... może to tylko my sami[2].

WILLIAM GOLDING, Władca much

Nikt nie rozmawia o roku próby.

To zabronione.

Mówi się, że nasza moc wyciąga dorosłych mężczyzn z łóżek, chłopcom odbiera rozum, a u żon wywołuje szał zazdrości. Podobno nasza skóra wydziela potężny afrodyzjak, kwintesencję młodości, zapach dziewczyny na krawędzi kobiecości. To dlatego cały szesnasty rok życia musimy spędzić na wygnaniu. Mamy uwolnić swoją magię w dziczy, dopiero wtedy będziemy mogły powrócić do cywilizacji.

Ja jednak nie czuję w sobie mocy.

Nie wyczuwam żadnej magii.

Rozmowy o roku próby są zakazane, ale to nie powstrzymało mnie przed szukaniem odpowiedzi. Słówko, które wymknęło się kochankom na łące, przerażająca bajka na dobranoc, która wcale nie brzmi jak fikcja, porozumiewawcze spojrzenia kobiet na targu, krzyżujące się pomiędzy zwyczajowymi uprzejmościami. Tyle że trudno wyczytać z tego coś konkretnego.

Prawda o roku próby, o tym, co się dzieje podczas tych tajemniczych dwunastu miesięcy, kryje się w tych mikroprzekazach wymienianych między kobietami, przekonanymi, iż nikt tego nie zauważy. Ale ja zawsze zauważam.

Szal zsuwający się z ramienia w świetle księżyca, ukazujący ramię pokryte bliznami.

Udręczone palce muskające wodę w stawie, czekające aż zmarszczona powierzchnia wygładzi się w czarną taflę.

Wzrok wędrujący gdzieś daleko. Ze zdumieniem. Z przerażeniem.

Kiedyś sądziłam, że to moja magia – umiejętność widzenia tego, co pozostaje niewidzialne dla innych – pozwala mi ujrzeć rzeczy, do których żadna z nas woli się nie przyznawać nawet przed sobą. Wystarczy jednak mieć szeroko otwarte oczy.

Moje są ciągle otwarte.

.

Idę za nią przez las, wydeptaną ścieżką, którą widziałam już tysiąc razy. Paprocie, orchidee, osty, tajemnicze czerwone kwiatki porastające trawę. Pięć idealnie uformowanych płatków, zupełnie jakby zostały stworzone dla nas. Jeden dla dziewczyn z roku próby, drugi dla żon, trzeci dla robotnic, czwarty dla kobiet wygnanych z miasta, a piąty – piąty jest dla niej.

Dziewczynka odwraca się, zerka na mnie przez ramię i posyła mi szeroki uśmiech. Przypomina mi kogoś, ale nie potrafię przypisać do niej żadnego imienia ani twarzy. Może to ktoś z zapomnianych zakamarków pamięci, z dawnego życia. Może to moja młodsza siostra, której nigdy nie poznałam. Buzia w kształcie serca, maleńkie czerwone znamię pod prawym okiem. Delikatne rysy, jak moje, tyle że nie ma w niej nic delikatnego. W jej stalowoszarych oczach czai się dzikość. Włosy ma zgolone blisko głowy – czy to kara, czy wyraz buntu? Nie wiem. Nie znam jej, ale co dziwne, wiem, że ją kocham. I nie jest to miłość taka, jaką darzy ojciec moją matkę, lecz troskliwa i czysta. Coś podobnego czułam do rudzików, którymi opiekowałam się zeszłej zimy.

Wchodzimy na polanę, na której zebrały się kobiety o najróżniejszym pochodzeniu. Każda ma niewielki czerwony kwiatek przypięty tuż nad sercem. Nie ma fochów ani złowrogich spojrzeń, wszystkie przyszłyśmy tu pokojowo nastawione. Zjednoczone. Jesteśmy siostrami, córkami, matkami i babkami, przyświeca nam wspólny cel, wyższy niż nasze własne.

– Jesteśmy słabszą płcią, która już nie jest słabsza – mówi dziewczynka. Kobiety odpowiadają chóralnym pierwotnym rykiem.

Nie boję się. Czuję wyłącznie dumę. Dziewczynka jest tą jedyną. To ona wszystko zmieni, a ja – jakimś cudem – stanowię część tego wszystkiego.

– Ta ścieżka jest naznaczona naszą własną krwią, ale nie została ona przelana na próżno. Dzisiaj powiemy „nie” rokowi próby.

Wypuszczam powietrze z płuc i uświadamiam sobie, że nie jestem wcale w lesie z tamtą dziewczynką, ale w swoim dusznym pokoju, w łóżku, z siostrami, łypiącymi na mnie groźnie.

– Co ona powiedziała? – pyta moja starsza siostra Ivy, której policzki zarumieniły się z wściekłości.

– Nic – odpowiada June, ściskając jej nadgarstek. – Nic nie słyszałyśmy.

Gdy mama wchodzi do pokoju, moje młodsze siostrzyczki, Clara i Penny, wypychają mnie z łóżka. Zerkam na June, by podziękować jej za uratowanie sytuacji, ale ona na mnie nie patrzy. Nie chce lub nie może – nie wiem, co gorsze.

Nie wolno nam śnić. Mężczyźni uważają, że w snach ukrywamy naszą magię. Już samo śnienie wystarczyłoby, żeby zostać ukaraną – a gdyby ktokolwiek poznał treść moich snów, czekałaby mnie szubienica. Siostry prowadzą mnie do szwalni, krążą dookoła niczym stado wrzaskliwych wróbli. Pchają. Ciągną.

– Przestańcie – jęczę, gdy Clara i Penny zbyt energicznie szarpią za sznurki gorsetu. Wierzą, że to wszystko dobra zabawa, nie są świadome tego, że już za kilka krótkich lat przyjdzie kolej i na nie. Odganiam się od nich jak od much. – Nie możecie męczyć kogoś innego?

– Nie marudź – napomina mnie mama, która wyładowuje swoją frustrację na mojej głowie, zaplatając mi warkocz. – Twój ojciec tak ci pobłażał przez lata, tolerował ubłocone suknie, brud za paznokciami. Chociaż raz poczujesz się jak dama.

– Po co to wszystko? – Ivy dumnie prezentuje swój rosnący brzuch. – Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie podaruje Tierney welonu.

– Jak będzie, tak będzie – odpowiada mama, ciągnąc jeszcze mocniej za sznurki gorsetu. – Ale ona jest mi to winna.

Byłam krnąbrnym dzieckiem, zbyt ciekawskim, wiecznie z głową w chmurach, niestosującym się do konwenansów... długo można by wymieniać. I będę pierwszą dziewczyną w naszej rodzinie, która rozpoczęła rok próby, nie otrzymując od nikogo welonu.

Matka nie musi wcale o tym wspominać, wystarczy, że na mnie spojrzy, a widzę w jej oczach odrazę. Cichą wściekłość.

– Proszę bardzo. – Do pokoju wchodzi z powrotem moja najstarsza siostra, June, wnosząc niebieską suknię z czystego jedwabiu. Kołnierzowy dekolt ozdabiają perły rzeczne. Właśnie tę suknię miała na sobie cztery lata temu, podczas własnego dnia welonów. Materiał pachnie bzem i strachem. Bez był kwiatem wybranym dla niej przez jej adoratora, symbolem wczesnej miłości i niewinności. To miłe, że pożycza mi tę suknię, ale to June. Nawet rok próby nie zmienił jej charakteru.

Wszystkie moje rówieśniczki będą miały na sobie nowe sukienki, z najmodniejszymi falbanami i haftami, jednak moi rodzice wykazali się roztropnością i postanowili nie tracić na mnie pieniędzy. Jestem bez szans. Zrobiłam wszystko, żeby do tego doprowadzić.

W tym roku w hrabstwie Garner mamy dwunastu chłopców kwalifikujących się do małżeństwa. Chłopców, którzy przyszli na świat w liczących się rodach. Oraz trzydzieści trzy dziewczyny.

Oczekuje się od nas, że przejdziemy przez miasto, ukazując swoje wdzięki, a chłopcy dołączą do mężczyzn w głównej stodole, gdzie będzie się odbywał handel naszym losem – zupełnie jak na targu bydła. Zresztą podobieństwo jest uderzające, w końcu zaraz po narodzinach każdej z nas wypalono na pięcie pieczęć naszych ojców. Kiedy chłopcy dokonają swoich wyborów, nasi ojcowie przyniosą welony. Będziemy czekać w kościele, aż w milczeniu nałożą te zwiewne szkaradztwa na głowy wybranek. Jutro rano, gdy zbierzemy się na głównym placu miasta, przed wyruszeniem na nasz rok próby każdy chłopak podniesie welon swojej oblubienicy w geście obietnicy małżeństwa. Pozostałe dziewczyny staną się zupełnie zbyteczne.

– Wiedziałam, że pod tymi wszystkimi luźnymi strojami masz piękną figurę. – Matka wydyma wargi, przez co pogłębiają się jej bruzdy wokół ust. Gdyby zdawała sobie sprawę, że to ją postarza, pewnie przestałaby stroić te miny. Jedyne, co jest gorsze od starości w hrabstwie Garner, to bezpłodność. – Nigdy nie zrozumiem, dlaczego postanowiłaś ukryć swoją urodę i zaprzepaścić szansę na założenie własnego domostwa – mówi, wkładając mi suknię przez głowę.

Ręce mi zaplątują w zwojach materiału, próbuję się z nich wydostać.

– Przestań tak szarpać, bo...

Na dźwięk drącego się materiału na szyję matki wpełza zauważalny rumieniec i dociera aż do szczęki.

– Igłę z nitką! – warczy na moje siostry, które od razu pędzą po przybornik.

Próbuję się powstrzymać od śmiechu, jednak im usilniej to robię, tym jest gorzej. W końcu parskam głośno. Nawet sukienki nie umiem włożyć jak trzeba.

– Śmiej się, śmiej. Ale nie będzie ci tak wesoło, kiedy nikt ci nie da jutro welonu, a za rok wrócisz do domu prosto do fabryki i będziesz harować, aż ci skóra popęka na dłoniach.

– I tak to lepsze niż bycie czyjąś żoną – mamroczę.

– Nigdy tak nie mów. – Matka ujmuje moją twarz, a siostry rozpierzchają się nerwowo. – Chcesz, żeby cię wzięli za zdrajczynię? Wygnali z miasta? Kłusownicy z chęcią położyliby na tobie łapę. – Ścisza głos. – Nie wolno ci przynieść hańby naszej rodzinie!

– Co się dzieje? – Ojciec wsuwa fajkę do kieszeni na piersi i – co dla niego nietypowe – wchodzi do szwalni. Matka natychmiast się reflektuje i zaczyna zaszywać rozdarcie.

– Ciężka praca to nie hańba – stwierdza tata. Schyla się pod belką i całuje matkę w policzek. Śmierdzi jodyną i słodką tabaką. – Gdy wróci, może przecież pracować w mleczarni albo we młynie. To szanowane posady. Wiesz przecież, że nasza Tierney od zawsze jest buntowniczym duchem – dodaje i mruga konspiracyjnie jednym okiem.

Odwracam wzrok, udając, że zafascynowały mnie punkciki zamglonego światła sączącego się przez ażurowe firany. Kiedyś byliśmy z tatą nierozłączni. Podobno gdy o mnie mówił, w jego oku pojawiała się iskra.

Przypuszczam, że spośród pięciu córek byłam najbliższa idei wymarzonego syna. W tajemnicy nauczył mnie łowić ryby, operować nożem i dawać sobie radę. Wszystko to jednak się skończyło. Zmienił się w moich oczach po tym, jak przyłapałam go u aptekarza na czymś niewyobrażalnym. Jak się okazuje, nadal stara się o syna, chociaż sądziłam, że jest ponad to. Niestety, wychodzi na to, że jest dokładnie taki sam jak wszyscy inni.

– Spójrz tylko na siebie... – Ojciec próbuje zwrócić moją uwagę. – Może jednak dostaniesz welon.

Trzymam buzię zamkniętą na kłódkę, choć wewnątrz wszystko we mnie krzyczy. Małżeństwo to dla mnie żaden przywilej. Bliskość nie daje mi otuchy. To wyściełane miękką tkaniną okowy, ale nadal okowy. Gdy zostanę robotnicą, przynajmniej moje życie będzie nadal do mnie należało. A także moje ciało. Tyle że takie myśli oznaczają dla mnie kłopoty, nawet jeśli nie wypowiadam ich na głos. Gdy byłam mała, każda myśl zapisywała się wyraźnie na mojej twarzy. Nauczyłam się ukrywać je za miłym uśmiechem, jednak czasami, gdy przechodzę obok lustra, dostrzegam w swoich oczach płonący ogień. Im bliżej do roku próby, tym płomienie są większe. Niekiedy boję się, że wystrzelą mi z czaszki.

Matka sięga po pasek czerwonego jedwabiu, żeby związać mi warkocz, a ja czuję narastającą panikę. Oto moment, w którym zostanę naznaczona kolorem... grzechu.

Wszystkie kobiety w hrabstwie Garner muszą nosić takie same fryzury: włosy zaczesane do tyłu i zaplecione w warkocz na plecach. Mężczyźni wierzą, że dzięki temu kobiety niczego przed nimi nie ukryją – pogardliwego lub nieobecnego spojrzenia, przebłysku magii. Białe wstążki są przeznaczone dla młodych dziewcząt, czerwone – dla tych z roku próby, a czarne – dla żon.

Niewinność. Krew. Śmierć.

– Idealnie – stwierdza matka, poprawiając kokardę.

Co prawda nie widzę czerwonej wstążki, ale czuję jej ciężar i wszystko to, co ze sobą niesie. Jest niczym kotwica przytwierdzająca mnie do tego świata.

– Czy mogę już odejść? – pytam, odsuwając się od jej ruchliwych dłoni.

– Bez eskorty?

– Nie potrzebuję żadnej – odpowiadam, wciskając swoje masywne stopy w delikatne skórzane pantofelki. – Dam sobie radę.

– A handlarze skór z terytoriów ościennych? Im też dasz radę?

– To była tylko jedna dziewczyna i to wieki temu – wzdycham.

– Pamiętam to wszystko tak, jakby zdarzyło się wczoraj – odpowiada moja matka i jej oczy zachodzą mgłą. – Anna Berglund. To był nasz dzień welonów. Szła przez miasto, kiedy nagle on zjawił się znikąd, przerzucił ją przez grzbiet konia i popędził w dzicz. Nikt więcej o nich nie słyszał.

Co dziwne, z tej historii zapamiętałam jedną rzecz. Chociaż dziewczyna płakała i krzyczała na całe miasto, mężczyźni uznali, że opierała się zbyt słabo, i dlatego ukarali jej młodszą siostrę – w jej imieniu. Skazali ją na wygnanie, na prostytucję. O tej części historii nikt jednak nie ośmieli się wspomnieć.

– Pozwól jej iść. To jej ostatni dzień – prosi ojciec. Udaje, że to matka ostatecznie decyduje. – Ona jest przyzwyczajona do samotności. Poza tym chciałbym spędzić ten dzień ze swoją cudowną żoną. Tylko ty i ja.

Moi rodzice pozornie wydają się zakochaną parą. W ciągu ostatnich kilku lat ojciec wiele czasu spędzał poza miastem, ale dzięki temu mogłam cieszyć się względną wolnością. Choćby za to powinnam być wdzięczna.

Matka uśmiecha się do niego.

– Pewnie masz rację... o ile Tierney nie zamierza zakraść się do lasu na spotkanie z Michaelem Welkiem.

Próbuję to zbagatelizować, ale w gardle mi zasycha. Nie miałam pojęcia, że ona o tym wie.

Ciągnie za gorset mojej sukni, żeby ją wygładzić.

– Jutro, kiedy Michael podniesie welon Kiersten Jenkins, zrozumiesz, jaka to była głupota.

– Przecież to nie... nie dlatego... my się tylko przyjaźnimy – wyrzucam z siebie.

Kącik jej ust unosi się w cieniu uśmiechu.

– Skoro jesteś taka chętna, żeby uciec z domu, możesz przy okazji kupić owoce na targu.

Matka doskonale wie, że nienawidzę chodzić na targ, zwłaszcza podczas dnia welonów, gdy będą tam wszyscy mieszkańcy hrabstwa. Zapewne właśnie o to chodzi. Matka chce ugrać swoje.

Gdy zdejmuje naparstek i wyjmuje monetę ze skórzanej sakiewki, udaje mi się dojrzeć ucięty koniuszek jej kciuka. Nigdy o tym nie mówiła, ale wiem, że to pamiątka po roku próby. Przyłapuje mnie na podglądaniu i natychmiast wsuwa z powrotem naparstek.

– Wybacz mi, matko – mówię, wbijając wzrok w zniszczone deski podłogowe pod moimi stopami. – Przyniosę owoce. – Zgodziłabym się na wszystko, byle móc wyjść z domu.

Ojciec, jak gdyby wyczuwając moją desperację, kiwa dyskretnie głową w kierunku drzwi. Wyskakuję na zewnątrz, jakby się paliło.

– Tylko nie zbaczaj z miejskich dróg! – woła matka za mną.

Biegnę slalomem pomiędzy stosami książek, pończochami suszącymi się na poręczach, torbą lekarską ojca i koszem nieskończonych robótek matki. Pędzę w dół po schodach, ignorując pełne dezaprobaty cmokanie pokojówek, i wydostaję się na świeże powietrze. Jednak chłodny jesienny wiatr wydaje się taki obcy na mojej skórze – szyi, obojczyku, klatce piersiowej, łydkach i kolanach. To tylko skóra, tłumaczę sobie. Każdy widział skórę. Lecz i tak czuję się naga... bezbronna.

Mija mnie moja rówieśniczka. Gertrude Fenton, idąca w towarzystwie swojej matki. Nie mogę się powstrzymać i spoglądam na dłonie koleżanki – są zakryte delikatnymi koronkowymi rękawiczkami. Niemal zapominam przez to, co się jej przydarzyło. Niemal. Pomimo nieszczęścia Gertrude nadal marzy o welonie, własnym domu i błogosławieństwie w postaci synów.

Też chciałabym tego pragnąć. Chciałabym, żeby to wszystko było takie proste.

– Miłego dnia welonów! – Pani Barton mierzy mnie wzrokiem, przywierając do ramienia swojego małżonka.

– Kto to? – pyta on.

– Córka Jamesa – odpowiada kobieta przez zaciśnięte zęby. – Środkowa.

Mężczyzna lustruje moją skórę.

– Widzę, że jej magia w końcu się ujawniła.

– Albo wcześniej ją ukrywała. – Pani Barton mruży oczy i patrzy na mnie tak jak sęp na padlinę.

Marzę o tym, żeby zejść im z oczu, ale nie zamierzam wracać do domu.

Napominam siebie: suknie, czerwone wstążki, welony i ceremonie – to wszystko ma odciągnąć naszą uwagę od tego, co najważniejsze. Od roku próby.

Podbródek zaczyna mi drżeć, gdy myślę o tym, co mnie czeka. O wielkiej niewiadomej. Przyklejam jednak uśmiech do twarzy, jakbym odgrywała swoją rolę z przyjemnością. Jakbym chciała wrócić, wyjść za mąż, rozmnożyć się, umrzeć.

Tyle że nie wszystkie z nas wrócą... a przynajmniej nie w jednym kawałku.

Próbując zapanować nad zdenerwowaniem, przemierzam plac, na którym jutro staną wszystkie moje rówieśniczki. Niepotrzebna mi magia ani nawet szczególna spostrzegawczość, by zauważyć, że w czasie roku próby wydarza się coś fundamentalnego. Co roku patrzyłam, jak odchodzą. Chociaż niektóre miały twarze schowane za welonem, ich dłonie mówiły mi wszystko. Skórki pogryzione do krwi ze stresu, nerwowe drżenie zmarzniętych palców. A jednak dziewczęta przepełniała nadzieja... no i młode życie. A kiedy wróciły – te, którym się to udało – były wychudzone, wyczerpane, zalęknione... złamane.

Młodsze dzieci zwykle dla zabawy przyjmowały zakłady, która wróci. Jednak im bardziej zbliżałam się do roku próby, tym mniej mnie to wszystko bawiło.

– Udanego dnia welonów. – Pan Fallow uchyla kapelusza w uprzejmym geście, a jego wzrok zatrzymuje się na mojej skórze i czerwonej wstążce wplecionej w warkocz – odrobinę zbyt długo. Zgred Fallow – tak go nazywają za jego plecami. Nikt nie wie dokładnie, ile on ma lat, ale najwyraźniej nie jest zbyt stary, żeby mnie taksować spojrzeniem.

Nazywają nas słabszą płcią. Wmawiają nam to co niedzielę w kościele, tłumaczą, że wszystko jest winą Ewy, bo nie pozbyła się swojej magii, gdy miała ku temu sposobność. W porządku, tylko nadal nie rozumiem, dlaczego nie mamy nic do powiedzenia. Oczywiście, są tajne układy, szepty w ciemności, jednak dlaczego to mężczyźni o wszystkim decydują? Przecież wszyscy mamy serca. Wszyscy mamy mózgi. Istnieją tylko nieznaczne różnice pomiędzy nami, ale jak widać, większość mężczyzn myśli tylko tą jedną częścią swojego ciała.

Wydaje im się, że roszczenie sobie pretensji do nas, uniesienie naszych welonów nada nam sens życia w czasie roku próby – zabawne! Gdybym wiedziała, że muszę wrócić i spędzić resztę swoich dni z kimś takim jak Tommy Pearson, być może z otwartymi ramionami przywitałabym kłusownika i jego ostrą broń.

Na gałęzi stojącego na środku placu drzewa kary przycupnął kos. Jego pazury drapią o metal tak, że ciarki przechodzą mi po plecach. Podobno kiedyś rosło tu prawdziwe drzewo, ale gdy palono Ewę za herezje, drzewo spłonęło razem z nią. Potem wzniesiono nowe, ze stali: wieczny znak naszego grzechu.

Mija mnie grupka mężczyzn pogrążonych w szeptach.

Od miesięcy pośród społeczności miasta krążą plotki... pogłoski o zdrajcy. Ponoć strażnicy trafili na ślady tajnych zebrań w lesie. Z gałęzi zwisały męskie ubrania, przypominające ludzką kukłę. Początkowo sądzono, że to może jakiś traper, który próbuje wzniecić konflikt, albo porzucona kobieta spoza miasta chce się zemścić, jednak tego rodzaju teorie szybko ustąpiły pola innym podejrzeniom. Trudno sobie wyobrazić, że stoi za tym ktoś z nas, jednak hrabstwo Garner jest pełne sekretów. Niektóre, choć są tajemnicą poliszynela, stanowią społeczne tabu. Nigdy tego nie zrozumiem. Wolałabym prawdę, choćby najbardziej bolesną.

– Na litość boską, Tierney, wyprostuj się! – syczy mijająca mnie kobieta. Ciotka Linny. – I jeszcze bez eskorty. Co za nieszczęśnik z tego mojego brata – szepcze do swoich córek, ale na tyle głośno, żebym słyszała każde słowo. – Jaka matka, taka córka.

Przykłada gałązkę ostrokrzewu do zadartego nosa. Według dawnych legend to roślina ochronna. Rękaw jej sukni odchyla się od nadgarstka, ukazując połać różowej pomarszczonej skóry. Moja siostra Ivy, gdy była u ciotki z ojcem, z wizytą lekarską, widziała kiedyś całą tę wielką bliznę biegnącą od nadgarstka aż do łopatki.

Ciotka Linny naciąga rękaw i już nic więcej nie mogę dostrzec.

– Biega jak dzikus po lesie. Tam zresztą powinno być jej miejsce.

Musiała mnie szpiegować, w przeciwnym razie skąd wiedziałaby, co robię? Od czasu pierwszego krwawienia zarzuca mnie niechcianymi poradami – większość jest idiotyczna, ale tym razem to czysta złośliwość.

Ciotka Linny patrzy na mnie z niechęcią, po czym upuszcza gałązkę i idzie dalej.

– Jak już mówiłam, zanim da się welon dziewczynie, trzeba rozważyć tyle czynników. Czy jest miła? Posłuszna? Urodzi synów? Czy okaże się na tyle wytrzymała, by przetrwać rok próby? Nie zazdroszczę mężczyznom, to dla nich bardzo trudny dzień.

Ach, gdyby tylko znała prawdę. Obcasem buta wciskam gałązkę w ziemię.

Kobiety są święcie przekonane, że zgromadzenie mężczyzn przed wręczeniem welonów to poważna i czcigodna tradycja. Nie ma w nim jednak nic poważnego i czcigodnego – wiem o tym, bo przez sześć kolejnych lat ukrywałam się na strychu za workami ze zbożem i podsłuchiwałam. Przez cały ten czas żłopią piwo, przerzucają się wulgarnościami, od czasu do czasu kłócą o jakąś dziewczynę, ale – co zaskakujące – nie pada ani słowo na temat naszej „niebezpiecznej magii”.

W rzeczywistości mężczyźni poruszają kwestię magii tylko wtedy, gdy jest im tak wygodnie. Na przykład po śmierci męża pani Pinter pan Coffey ni z tego, ni z owego oskarżył swoją żonę, z którą żył dwadzieścia pięć lat, o to, że ukradkiem stosuje magię i lewituje we śnie. Pani Coffey, łagodna, miła osoba, z całą pewnością niemająca pojęcia o lewitacji, została skazana na wygnanie. Bez prawa do obrony. A potem – niespodzianka, następnego dnia pan Coffey ożenił się z panią Pinter.

Jeśli kiedykolwiek wypowiem na głos oskarżenie albo wrócę z mojego roku próby bez złamanej duszy, to mnie wyrzucą z miasta i skażą na życie wśród prostytutek.

– Proszę, proszę. Tierney. – Kiersten podchodzi do mnie, a za nią sznurkiem ciągną się jej naśladowczynie. Ma na sobie najpiękniejszą suknię, jaką kiedykolwiek widziałam – kremowy jedwab z wplecioną złotą nicią, która połyskuje w słońcu zupełnie jak jej włosy. Kiersten wyciąga rękę i muska palcami perły na moim dekolcie w geście sugerującym bliskość, która jednak nie jest nam dana. – Ta sukienka lepiej wygląda na tobie niż na June – mówi, spoglądając na mnie spod jedwabistych rzęs. – Ale nie powtarzaj jej tego – dodaje, a dziewczyny za jej plecami z trudem powstrzymują złośliwy chichot.

Matka byłaby zapewne przerażona na wieść, że w mojej sukience rozpoznano używany strój po starszej siostrze. Dziewczęta z hrabstwa Garner nigdy nie przepuszczają okazji, by sobie dogryźć, i to w niezbyt zawoalowany sposób.

Próbuję zbagatelizować to śmiechem, jednak gorset tak mnie ściska, że brakuje mi powietrza. Ale to i tak nie ma znaczenia. Kiersten zwraca na mnie uwagę wyłącznie ze względu na Michaela Welka, z którym przyjaźnię się od dziecka. Kiedyś razem szpiegowaliśmy ludzi i próbowaliśmy odszyfrować wskazówki dotyczące roku próby, później jednak jemu ta zabawa się znudziła. Tyle że dla mnie to nigdy nie była zabawa.

W okolicach dziesiątych urodzin dziewczynki kończą naukę i większość z nich odsuwa się od chłopców. Jednak my jakimś cudem pozostaliśmy przyjaciółmi. Być może dlatego, że ja nigdy niczego nie chciałam od niego, a on ode mnie. Łączyły nas proste relacje. Oczywiście, nie mogliśmy już biegać po mieście jak wcześniej, ale znaleźliśmy inny punkt wspólny. Kiersten zapewne sądzi, że Michael mi się zwierza – w rzeczywistości zupełnie się nie angażuję w jego życie miłosne. Nasze wieczorne spotkania polegają zazwyczaj na tym, że leżymy na polanie, wpatrujemy się w gwiazdy, a każde z nas jest zatopione we własnym świecie. I to jakoś nam wystarcza.

Kiersten ucisza swoje naśladowniczki.

– Będę trzymała kciuki, żebyś dostała dzisiaj welon, Tierney – mówi z uśmiechem, od którego ciarki przechodzą mi po plecach.

Znam ten rodzaj uśmiechu. Takim samym obdarzyła w zeszłą niedzielę ojca Edmondsa, gdy zauważyła, jak trzęsą mu się dłonie, kiedy kładł opłatek komunijny na jej różowym języku. Magia Kiersten przyszła wcześnie, a Kiersten była tego w pełni świadoma. Za jej wystudiowaną miną i świetnie skrojonymi ubraniami podkreślającymi sylwetkę kryje się okrucieństwo. Byłam kiedyś świadkiem, jak utopiła motyla, bawiąc się przy tym jego skrzydełkami. Ale mimo tkwiącej w niej podłości będzie idealną żoną dla przyszłego przywódcy rady miasta. Oddana Michaelowi, będzie troszczyła się o swoich synów i rodziła okrutne, ale za to piękne córki.

Przyglądam się jej towarzyszkom, które idą po chodniku w idealnym szyku, niczym stadko żółtych os. Zastanawiam się, jak się będą zachowywać z dala od domu. Co się stanie z ich kokieterią i fałszywymi uśmiechami? Czy będą biegać jak dzikuski, tarzać się w błocie i wyć do księżyca? Ciekawe, czy można zobaczyć moment, w którym magia opuszcza ciało. Czy ucieka szybko, jak uderzenie pioruna, czy raczej sączy się niczym trucizna? Inna myśl wślizguje się pomiędzy te rozważania: a co, jeśli nic zupełnie się nie dzieje?

Wbijam świeżo wypolerowane paznokcie w skórę dłoni i powtarzam sobie szeptem:

– Ta dziewczynka... to zgromadzenie... to tylko sen. – Nie mogę pozwalać sobie na myślenie o takich rzeczach. Nie mogę ulegać dziecinnym fantazjom, bo nawet jeśli magia nie istnieje, pozostaje kłamstwem i wymysłem, to jednak kłusownicy są bardzo realni. Bękarty zrodzone z kobiet wygnanych za miasto – napiętnowanych. Wszyscy doskonale wiedzą, iż tylko czekają, by schwytać którąś z dziewczyn podczas roku próby, gdy ich magia jest podobno najpotężniejsza – a potem sprzedać sporządzoną z niej esencję na czarnym rynku jako afrodyzjak albo serum młodości.

Wpatruję się w wielką drewnianą bramę oddzielającą nas od tego, co czai się poza granicami miasta. Zastanawiam się, czy oni już tam są. Czy na nas czekają.

Jakby w odpowiedzi wiatr omiata moją gołą skórę. Natychmiast przyspieszam.

Wokół zielonego budynku zebrali się ludzie, próbują odgadnąć, która dziewczyna otrzyma dany kwiat. Z ulgą przyjmuję fakt, że mojego imienia nikt nie wypowiada.

Gdy osiedliły się tu już wszystkie rodziny, w hrabstwie Garner zapanowało tyle języków, że jedynym powszechnie zrozumiałym kodem pozostała mowa kwiatów. Sposób na przeprosiny, życzenie szczęścia, przekazanie swojego zaufania, sympatii, a nawet pokazanie, że się komuś źle życzy. Niemal każde uczucie ma swój kwiat. Można by pomyśleć, że teraz, gdy wszyscy posługujemy się tym samym językiem, popyt na kwiaty zmaleje. A jednak trzymamy się tradycji. Przez to zaczynam wątpić, że cokolwiek się tu zmieni... kiedykolwiek.

– Na który ma panienka nadzieję? – pyta robotnica, ocierając pot dłonią pokrytą odciskami.

– Ja... nie... nie dla mnie – odpowiadam z zakłopotaniem. – Patrzę tylko, co kwitnie. – Zauważam nagle schowany pod ławką mały koszyk i czerwone płatki przezierające przez szczeliny. – A te? – pytam. – Jak się nazywają?

– To tylko chwasty. Kiedyś rosły wszędzie. Nie dało się wyjść z domu, żeby na nie nie nadepnąć. Pozbyli się ich, ale z zielskiem to nie tak prosto. Można wyrywać je z korzeniami, spalić ziemię, na której rosły, mogą leżeć uśpione przez lata, lecz i tak znajdą sposób, by się odrodzić.

Przysuwam się bliżej, by na nie spojrzeć, a wtedy kobieta mówi:

– Nie martw się, jeśli nie dostaniesz welonu, Tierney.

– Skąd pani zna moje imię? – dukam.

Uśmiecha się z sympatią.

– Kiedyś i ty dostaniesz kwiatek. Może będzie lekko przywiędnięty na brzegach, ale jego znaczenie pozostanie takie samo. Miłość nie jest zarezerwowana wyłącznie dla par małżeńskich. Jest dostępna dla wszystkich – dodaje, po czym wsuwa mi kwiatek w dłoń.

Czerwienię się, obracam się na pięcie i pędzę na targ.

Gdy otwieram pięść, moim oczom ukazuje się fioletowy irys o idealnie ukształtowanych płatkach.

– Nadzieja – szepczę. Oczy nabiegają mi łzami. Nie marzę o tym, by dostać kwiat od chłopaka, ale żywię nadzieję na lepsze życie. Życie w prawdzie. Nie jestem zbyt sentymentalna, jednak odczytuję to wszystko jako znak. Coś w rodzaju magii.

Wsuwam właśnie irysa w dekolt, żeby moje serce miało nad nim pieczę, gdy mijam rząd strażników. Na mój widok próbują za wszelką cenę odwrócić wzrok.

Z kolei handlarze futrami, świeżo przybyli do miasta, cmokają, kiedy przechodzę obok. Są plugawi i ordynarni, ale ich zachowanie wydaje mi się bardziej szczere. Chętnie popatrzyłabym im w oczy, postarała się wyczytać z nich jakieś przygody, odkryć przepastne pustkowia północy na ich ogorzałych twarzach. Jednakże nie znajduję w sobie tyle śmiałości.

Mam tylko kupić owoce. Im szybciej to zrobię, tym prędzej będę mogła spotkać się z Michaelem.

Wchodzę na zadaszony targ i odnoszę wrażenie, że w powietrzu wisi coś niepokojącego. Zwykle mijam stragany niezauważona przez nikogo, przemykam pomiędzy sznurami czosnku i plastrami bekonu niczym niewidzialny wiatr, jednak dzisiaj żony patrzą na mnie z nieukrywaną złością, a ich mężowie uśmiechają się do mnie w taki sposób, że mam ochotę schować się w mysią dziurę.

– To córka Jamesa – szepcze jakaś kobieta.

– Ta chłopczyca?

– Dałbym jej welon. I nie tylko welon. – Jakiś mężczyzna szturcha łokciem swojego syna.

Policzki wzbierają mi gorącem. Czuję wstyd, chociaż nie wiem dlaczego. Jestem przecież tą samą osobą co wczoraj, tyle że świeżo wykąpana, oznaczona czerwoną wstążką i wciśnięta w tę idiotyczną suknię staję się stuprocentowo widoczna dla wszystkich mieszkańców hrabstwa Garner, niczym jakieś egzotyczne zwierzę na wystawie.

Ich oczy i szepty są jak ostrze noża ocierającego mi się o skórę.

Jedna z par tych oczu sprawia, że przyspieszam kroku. Tommy Pearson. Mam poczucie, że mnie śledzi, nie muszę nawet go widzieć, by wiedzieć, że to on. Słyszę trzepot skrzydeł ptaka, który siedzi na jego ramieniu. Tommy ma słabość do drapieżników. Tak, brzmi to imponująco, jednak nie ma w tym żadnego talentu z jego strony. Nie zdobywa zaufania tych majestatycznych stworzeń, nie zaskarbia sobie ich szacunku. Łamie ich wolę.

Z trudem prostuję palce spoconej dłoni, w której trzymam monetę. Wrzucam ją do słoja i chwytam najbliższy koszyk z owocami.

Manewruję pośród tłumu ze spuszczoną głową. W uszach słyszę szmer ich szeptów. Już prawie wychodzę spod markiz, kiedy nagle wpadam prosto na ojca Edmondsa. Morwy rozsypują się dookoła. Ksiądz zaczyna mamrotać coś ze złością, ale milknie, gdy mnie dostrzega.

– Panno James, skąd ten pośpiech?

– To naprawdę ona? – woła gdzieś z tyłu Tommy Pearson. – Straszliwa Tierney?

– Nadal potrafię mocno kopać – zapewniam, zbierając rozsypane owoce.

– Na to właśnie liczę – odpowiada, wbijając we mnie spojrzenie swoich bladych oczu. – Lubię ostre dziewczyny.

Spoglądam na ojca Edmondsa i widzę, że utkwił wzrok w moim dekolcie.

– Jeśli potrzebujesz czegokolwiek... czegokolwiek, moje dziecko. – Sięgam po kosz, a wtedy on gładzi wierzch mojej dłoni. – Masz taką miękką skórę – szepcze.

Porzucam owoce, puszczam się biegiem. Za plecami słyszę śmiech, przyspieszony oddech księdza i wściekły trzepot skrzydeł trzymanego na postronku orła.

Chowam się za dębem, by złapać oddech, i wyjmuję spod sukienki fioletowego irysa. Mój gorset zgniótł mu płatki. Zaciskam zniszczony kwiat w dłoni.

Oblewa mnie znajoma fala gorąca, ale zamiast stłamsić w sobie pragnienie, wdycham je i się nim napawam. Och, jak bardzo w tym momencie chciałabym być pełna niebezpiecznej magii!

Najchętniej popędziłabym prosto do Michaela, do naszej tajnej kryjówki, ale najpierw muszę ochłonąć. Nie mogę mu pokazać, że tak się tym przejęłam. Wyciągam ze stogu słomkę, mijając sad, przesuwam nią po słupkach ogrodzenia. Z każdym kolejnym rytmicznym krokiem mój oddech zwalnia. Kiedyś mogłam powiedzieć Michaelowi wszystko, teraz jesteśmy ostrożniejsi wobec siebie.

Zeszłego lata, wściekła po przyłapaniu ojca w aptece, pozwoliłam sobie na szyderczy komentarz pod adresem ojca Michaela, który prowadzi aptekę i jest przewodniczącym rady miasta. Rozpętało się piekło. Usłyszałam, że mam uważać na to, co mówię, bo jeszcze ktoś uzna mnie za zdrajczynię. I że spalą mnie żywcem, jeśli się dowiedzą o moich snach.

Chyba nie miała to być groźba, jednak tak właśnie odebrałam jego słowa.

Nasza przyjaźń mogła się skończyć w tamtym momencie, jednak następnego dnia spotkaliśmy się znowu, jak gdyby nigdy nic. Przypuszczam, że już dawno wyrośliśmy z tej znajomości, ale oboje chcieliśmy jak najdłużej zatrzymać naszą młodość i niewinność. Dzisiaj spotkamy się w tej formule po raz ostatni.

Gdy wrócę z roku próby – jeśli wrócę – on będzie miał żonę, a ja zostanę przydzielona do jednej z fabryk. Praca zajmie mi każdą wolną chwilę, on zaś nie będzie narzekał na nudę, z Kiersten u boku i wieczornymi obradami rady miasta. Być może odwiedzi mnie raz czy drugi pod jakimś pretekstem, z czasem jednak jego wizyty ustaną. Zostaną nam już tylko ukłony w kościele w Boże Narodzenie.

Opieram się o rachityczny płotek i patrzę na fabryki. Mam zamiar nie wychylać się, przetrwać jakoś ten rok, a po powrocie znaleźć sobie miejsce do pracy na roli. Większość dziewczyn, które nie dostały welonu, wybiera pracę pokojówki u jakiejś szanowanej rodziny albo chociaż zatrudnienie w mleczarni lub we młynie. Mnie jednak pociąga wkładanie rąk w ziemię, odczuwanie więzi z czymś realnym. Moja najstarsza siostra, June, uwielbiała ogrodnictwo. Wieczorami opowiadała nam do snu bajki o roślinach. Teraz, kiedy ma męża, nie wolno jej się zajmować ogrodem, ale czasami przyłapuję ją na tym, jak się schyla, by dotknąć ziemi albo usuwa z rąbka sukni wczepiony w nią rzep. Uznałam, że skoro jej to pasowało, to i dla mnie będzie odpowiednie. Rolnictwo to jedyny zawód, w którym mężczyźni i kobiety mogą pracować ramię w ramię. Uważam, że dam sobie radę lepiej niż inni. Może i jestem drobna, ale za to silna.

Potrafię wspinać się na drzewa i z łatwością dogonię Michaela.

Zmierzam ku ustronnemu laskowi za młynem i nagle słyszę kroki strażników. Nie wiem, co tu robią. Wolę nie wpakować się w żadne kłopoty, więc chowam się w zaroślach.

Pełznę pośród jeżyn i moim oczom ukazuje się twarz Michaela z drugiej strony – i jego szeroki uśmiech.

– Wyglądasz...

– Nie zaczynaj... – Próbuję się wyplątać z gałęzi, ale zahaczam o nie perłą. Odrywa się od sukni i toczy się po ziemi.

– Jaka wytworność. – Wybucha śmiechem, przeczesując dłonią włosy w kolorze pszenicy. – Jeszcze trochę, a będziesz dzisiaj rozchwytywana.

– Bardzo zabawne – odpowiadam i dalej idę na czworakach. – To i tak nie ma znaczenia, bo jeśli nie znajdę perły, matka mnie udusi.

Michael opada na kolana i zaczyna się rozglądać.

– A co, jeśli trafi się ktoś miły... ktoś, kto dałby ci prawdziwy dom? Życie?

– Na przykład Tommy Pearson? – Zawiązuję sobie na szyi niewidzialną linę i udaję, że się na niej wieszam.

– On wcale nie jest taki zły – śmieje się Michael.

– Nie jest wcale taki zły? Mówimy o chłopaku, który dla zabawy torturuje majestatyczne ptaki!

– Ma do nich niezłą rękę.

– Już o tym rozmawialiśmy. – Przeczesuję czerwone opadłe liście klonu. – To nie jest życie dla mnie.

Przykuca na piętach, niemal słyszę, jak pracuje jego mózg. Uważam, że on za dużo myśli.

– Chodzi o tę małą dziewczynkę? Z twoich snów?

Zastygam.

– Śniłaś jeszcze o niej?

– Nie. – Zmuszam się do rozluźnienia ramion. – Mówiłam ci już, koniec z tym.

Szukamy dalej perły, obserwuję go kątem oka. Nie powinnam była mu się zwierzać ze swoich snów. Nie powinnam w ogóle śnić. Muszę wytrzymać jeszcze tylko jeden dzień, a potem pozbędę się tej magii raz na zawsze.

– Widziałam strażników na ścieżce – Próbuję dyskretnie wybadać sytuację. – Ciekawe, co tu robią.

Przysuwa się bliżej, muska ręką moje przedramię.

– Prawie złapali zdrajcę – szepcze.

– Jak? – Staram się ukryć swoją nadmierną ekscytację. – Ale nie musisz mi mówić, jeśli...

– Zainstalowali wczoraj w lesie pułapkę na niedźwiedzia – niedaleko granic hrabstwa. Zdrajca uciekł, jednak znaleźli fragment błękitnej wełny... i mnóstwo krwi.

– Skąd wiesz? – pytam, maskując zainteresowanie.

– Strażnicy przyszli dzisiaj rano do mojego ojca. Wypytywali, czy ktoś zgłosił się do apteki po lekarstwa i środki opatrunkowe. Twojego też chyba odwiedzili, chcieli sprawdzić, czy udzielał pomocy rannemu. Ale twój ojciec był... niedysponowany.

Wiem, co ma na myśli. To uprzejmy sposób przekazania mi, że mój ojciec znowu przebywał poza miastem.

– Przeszukują hrabstwo. Wiedzą, że ranny nie pociągnie długo bez pomocy medycznej. Te pułapki to paskudna sprawa. – Jego wzrok przesuwa się w dół moich nóg i zatrzymuje na kostkach. Automatycznie chowam je pod suknią. Czyżby sądził, że to mogę być ja? Czyżby dlatego właśnie wypytywał mnie o moje sny?

– Znalazłem – mówi, podnosząc perłę z mchu.

Otrzepuję ziemię z dłoni.

– Oczywiście nie dyskredytuję małżeństwa. – Próbuję zmienić temat. – Jestem pewna, że Kiersten będzie cię uwielbiać i da ci wielu synów. – Kpię. Wyciągam rękę po perłę, ale on cofa dłoń.

– Dlaczego tak mówisz?

– Proszę. Przecież wszyscy wiedzą. Poza tym widziałam was na łące.

Głęboki rumieniec oblewa jego szyję. Michael udaje, że czyści perłę rąbkiem koszuli. Jest poddenerwowany, nigdy wcześniej go takim nie widziałam.

– Nasi ojcowie zaplanowali wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Ile będziemy mieć dzieci... nawet ich imiona.

Patrzę na niego i nie mogę powstrzymać uśmiechu. Sądziłam, że dziwnie mi będzie wyobrazić go sobie w takiej roli, a jednak obraz wydaje się trafiony. Tak właśnie powinno być. Zapewne spotykał się ze mną tylko dla zabawy – dla zabicia czasu, oderwania się od rodziny. Dla mnie jednak to zawsze było coś więcej. Nie winię go za to, że stał się tym, kim miał się stać. W sumie ma szczęście. Życie niezgodne z własną naturą, dla spełniania oczekiwań innych – to nieustanna walka.

– Cieszę się twoim szczęściem – mówię, odrywając czerwony listek przyklejony do kolana. – Naprawdę.

Podnosi liść, muska palcem jego żyłki.

– Nie zastanawiasz się nigdy, czy nie ma czegoś więcej... niż to, co dokoła?

Patrzę na niego, próbując wybadać, co ma na myśli, ale nie – nie mogę znowu się w to mieszać. To zbyt niebezpieczne.

– Zawsze możesz wyjść poza miasto. – Trącam go w ramię.

– Wiesz, o co mi chodzi. – Bierze głęboki wdech. – Musisz wiedzieć.

Wyrywam mu perłę i wsuwam ją w zakładkę na rękawie.

– Nie próbuj mnie przekabacać, Michael – mówię, wstając. – Wkrótce zajmiesz najbardziej pożądane stanowisko w całym hrabstwie: poprowadzisz aptekę, zostaniesz przewodniczącym rady miasta. Ludzie będą cię słuchać, staniesz się wpływowym człowiekiem. – Uśmiecham się blado. – No właśnie, jest mała przysługa, o którą chciałabym cię prosić.

– Cokolwiek zechcesz – odpowiada i też się podnosi.

– Jeśli wrócę żywa...

– Oczywiście, że wrócisz. Jesteś inteligentna, twarda i...

– Jeśli wrócę – przerywam mu, otrzepując suknię. – Zdecydowałam, że chciałabym pracować na roli. Może mógłbyś wykorzystać swoją pozycję w radzie miasta i mi to załatwić.

– Dlaczego pragniesz czegoś takiego? – Unosi brwi ze zdumienia. – To najbardziej podrzędna praca ze wszystkich.

– To dobre, uczciwe zajęcie. No i w każdej chwili będę mogła patrzeć w niebo. A ty, jedząc kolację, spojrzysz na swój talerz, dojdziesz do wniosku, że ho, ho, to naprawdę ładna marchewka, i pomyślisz o mnie.

– Nie chcę myśleć o tobie, patrząc na cholerną marchewkę!

– Co w ciebie wstąpiło?

– Nikt tam cię nie ochroni. – Zaczyna chodzić w tę i we w tę. – Będziesz narażona na wiatr, deszcz i ziąb. Słyszałem różne historie. Tam jest pełno mężczyzn... bękartów, którzy są o krok od kłusownictwa. Mogą cię wziąć, gdy tylko zechcą.

– Niech tylko spróbują. – Śmieję się i wymachuję podniesionym kijem.

– Mówię poważnie. – Chwyta mnie za nadgarstek i trzyma. Upuszczam kijek. – Martwię się o ciebie – dodaje cicho.

– To się nie martw! – Wyrywam rękę. Dziwnie, gdy mnie dotyka w taki sposób. W dzieciństwie tłukliśmy się do nieprzytomności, turlaliśmy w błocie, wrzucaliśmy do rzeki, a jednak to coś innego. Budziłam w nim litość.

– Nie myślisz rozsądnie – odpowiada, patrząc na kijek, linię dzielącą nas od siebie, i potrząsa głową. – Nie słuchasz tego, co próbuję ci powiedzieć. Chcę ci pomóc...

– Dlaczego? – Kopię patyk. – Ponieważ jestem głupia... jestem dziewczyną... zapewne sama nie wiem, czego chcę... ze względu na czerwoną wstążkę w moich włosach... moją niebezpieczną magię?

– Nie – szepcze. – Ponieważ Tierney, którą znam, nigdy by tak o mnie nie pomyślała... nie prosiłaby nie... nie teraz... kiedy ja... – Nerwowym ruchem odgarnia włosy z twarzy. – Chcę dla ciebie wyłącznie tego, co najlepsze – wyznaje, po czym odsuwa się i rzuca biegiem w las.

Przez chwilę chcę za nim popędzić, przeprosić za to, że go w jakiś sposób obraziłam, wycofać swoją prośbę. Dzięki temu moglibyśmy rozstać się w przyjaźni. Ale może tak jest lepiej? Jak należy się żegnać ze swoim dzieciństwem?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYPISY

[1] M. Atwood, Opowieść Podręcznej, tłum. Zofia Uhrynowska-Hanasz, Poznań 1989 [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].
[2] W. Golding, Władca much, tłum. Wacław Niepokólczycki, Warszawa 1992.