Wydawca: Prószyński Media Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 541 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rok Potopu - Margaret Atwood

Czasy i gatunki błyskawicznie się zmieniają, zgoda społeczna chyli się ku upadkowi, 
równowaga ekologiczna ulega zachwianiu. Adam Pierwszy, dobrotliwy przywódca Bożych Ogrodników – sekty religijnej dążącej do połączenia nauki z religią oraz ocalenia światowej flory i fauny – od dawna przepowiada nadejście katastrofy, która odmieni Ziemię nie do poznania. I oto spełnia się jego przepowiednia. Ginie prawie cała ludzkość. Z życiem uchodzą dwie kobiety: Ren, młoda tancerka trapezowa zamknięta w ekskluzywnym klubie ze striptizem, i Toby, Boża Ogrodniczka zabarykadowana w luksusowym spa, w którym wiele produktów kosmetycznych jest jadalnych.
Czy przeżył ktoś jeszcze? Przyjaciółka Ren, bioartystka Amanda? Ekowojownik Zeb, jej ojczym? Dawny kochanek Ren, Jimmy? A może krwiożerczy paintbólowcy? Nie wspominając o KorpuSOKorpie, tajemniczej, skorumpowanej służbie bezpieczeństwa strzegącej interesów władzy…
W czasie gdy Adam Pierwszy i jego zwolennicy przemierzają zmieniony świat, Ren i Toby szukają z niego ucieczki, co prowadzi do niespodziewanego, poruszającego zakończenia powieści. 
Rok Potopu” to powieść mroczna, subtelna, brutalna, dająca do myślenia i pełna posępnego humoru. Margaret Atwood w najwyższej formie.


Rok Potopu” to książka pasjonująca, na czasie. Atwood kreuje w pełni wiarygodny futurystyczny świat, w którym to przede wszystkim ludzie są zwierzętami.
Susan Kelly, „USA Today”

Margaret Atwood, zasługująca na Nagrodę Nobla, u szczytu swoich przeogromnych możliwości twórczych.
„Elle”

Margaret Atwood ma nadzwyczajny dar proroczy… z pietyzmem konstruuje dystopijny świat, ilustrowany czternastoma hymnami w stylu Blake’a, tylko o kilka kroków oddalony od naszego własnego.
„Vogue”

Jedna z moich ulubionych książek w tym roku… Atwood jest geniuszem, a ta powieść zawiera w sobie nieprzebrane skarby.
Jamie Byng, list do Amazona

Nowy Nieznany Świat. Atwood wspaniale opowiada na nowo historię znaną z „Oryks i Derkacza”, ustami innych postaci i skupiając się na innych szczegółach.
„The New York Times”

Przewrotna, trzymająca w napięciu i mądra powieść dystopijna Atwood z głęboką troską i sowizdrzalskim humorem ukazuje tragedię, do jakiej doprowadzić mogą współczesne zaniedbania w ochronie środowiska.
Donna Seaman, Booklist

Odważna powieść, pełna pomysłów i wymysłów, ogólnie bardziej optymistyczna od „Oryks i Derkacza”.
„Publishers Weekly”


Rok Potopu” – powieść o wartkiej fabule thrillera […] przepojona ironią [Atwood], jej darem do wymyślania nazw i zabawy słowami, oraz zjadliwą, osadzoną w realizmie inwencją.
„The Times”

Jedna z najważniejszych współczesnych pisarek.
„Guardian”

Jest zaangażowaną, pełną pomysłów powieściopisarką, ale i poetką z obsesją na punkcie języka i jego magicznych mocy.
Elaine Showalter, „London Review of Books”

W jej dynamicznej, suchej, a zarazem pełnej namiętności prozie nie ma chyba ani jednego zdania, które nie pełniłoby ważnej funkcji, nie dokładałoby kolejnego elementu do obrazu, który rozrasta się do ogromnych rozmiarów.
John Updike, „The New Yorker”

Thriller przyprawiający o szybsze bicie serca.
„The Washington Post Book World”

Któż inny jak nie Atwood potrafiłby znaleźć humor w postapokaliptycznym świecie, jednocześnie dyskretnie i błyskotliwie poszukując odpowiedzi na pytanie, jak żyć na zagrożonej planecie.
„Kansas City Star”

Atwood jest zabawna i pomysłowa, to wybitna pisarka i prawdziwa myślicielka… „Rok Potopu” to nie proroctwo, ale niepokojąco realistyczna wizja.
„The New York Times Book Review”


Margaret Atwood to światowej sławy powieściopisarka, poetka, krytyczka literacka, feministka i aktywistka polityczna, wymieniana wśród najpoważniejszych kandydatów do literackiej Nagrody Nobla. Jej książki ukazały się w ponad trzydziestu językach. Do jej dorobku literackiego należą między innymi „Opowieść podręcznej”, na kanwie której nakręcono film pod tym samym tytułem; „Ślepy zabójca”, powieść nagrodzona Booker Prize; i „Oryks i Derkacz”, nominowana do Booker Prize i Orange Prize w dziedzinie literatury.

Opinie o ebooku Rok Potopu - Margaret Atwood

Fragment ebooka Rok Potopu - Margaret Atwood

Tytuł oryginału

THE YEAR OF THE FLOOD

Copyright © O.W. Toad, 2009

Projekt okładki

Wojtek Świerdzewski

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Maria Talar

Korekta

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8097-953-6

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Graeme’a i Jess

Ogród

Kto pielęgnuje Ogród,

Ten Ogród tak zielony?

Był to cudowny Ogród,

W krasie nieprześcigniony.

W nim Bóg umieścił wszystko,

Co fruwa, biega i pływa,

Lecz Jego Stworzenia wybiła

Szkodników ręka chciwa.

I wszystkie darzące nas niegdyś

Kwieciem i owocem drzewa

Z pniami, z gałęźmi, z listowiem

Dziś piasek suchy zawiewa.

I wszystkie lśniące wody

Są dzisiaj mułem i błotem,

A piękne pierzaste ptaki

Zniknęły ze swym szczebiotem.

Ogrodzie mój, potąd będzie

Los twój boleśnie mnie smucić,

Aż Ogrodnicy zdołają

Dawne Życie ci wrócić.

Z Niepisanego śpiewnika Bożych Ogrodników

ROK POTOPU

1

Rok dwudziesty piąty, Rok Potopu

Toby

Wczesnym rankiem Toby wspina się schodami na taras na dachu, żeby obejrzeć wschód słońca. Kij od mopa służy jej do utrzymywania równowagi. Winda nie działa już od dłuższego czasu. Schody są wilgotne i śliskie, a jeśli Toby się poślizgnie i upadnie, nikt jej nie podniesie.

Z pierwszymi promieniami ciepła ponad pasem drzew dzielącym ją od opustoszałego miasta wznoszą się mgły. W powietrzu czuć lekki zapach spalenizny, karmelu, smoły i zjełczałego grilla, popielisty, tłusty swąd tlącego się wysypiska zlanego deszczem. Opuszczone wieże w oddali wyglądają jak szkielety dawnej rafy – wyblakłe, bezbarwne, bez życia.

Życie jednak istnieje. Ćwierkają ptaki, na pewno wróble. Ich głosy brzmią czysto i ostro, jak paznokcie stukające w szkło, nie toną już jak dawniej w zgiełku samochodów. Czy ptaki zauważają tę ciszę, brak silników? Jeśli tak, to czy są szczęśliwsze? Toby nie ma o tym pojęcia. W odróżnieniu od kilku innych Ogrodników – tych z pewnym obłędem w oczach, tych, co chyba przedawkowali – nigdy nie miała złudzenia, że może rozmawiać z ptakami.

Na wschodzie coraz mocniej jaśnieje słońce, czerwieniąc siną mgiełkę nad odległym oceanem. Rozsiadłe po słupach hydroelektrycznych sępy suszą skrzydła, wachlując nimi i otwierając je niczym czarne parasole. Jeden po drugim szybują w górę unoszone prądami powietrza. Kiedy z nagła nurkują w dół, to znak, że wypatrzyły padlinę.

Sępy są naszymi przyjaciółmi – tak nauczali niegdyś Ogrodnicy. – Oczyszczają ziemię. To niezbędne mroczne Boże Anioły cielesnego rozkładu. Pomyśl, jak byłoby strasznie, gdyby nie było śmierci!

Czy ja w to jeszcze wierzę? – zastanawia się Toby.

Jeśli się przyjrzeć z bliska, wszystko wygląda inaczej.

Na dachu stoi kilka kwietników ze zdziczałymi roślinami ozdobnymi, kilka ławek ze sztucznego drewna. Niegdyś było tu zadaszenie chroniące przed słońcem, rozkładane późnymi popołudniami, ale porwał je wiatr. Toby siedzi na ławce, obserwując teren. Podnosi lornetkę do oczu, lustruje okolicę z lewa na prawo. Droga obsadzona po bokach różoświetlikami, zaniedbanymi i przypominającymi wystrzępione szczotki do włosów, ich fioletowe lśnienie blednie we wzmagającym się świetle dnia. Wjazd od zachodu spowity w różową powłokę solarną imitującą suszoną cegłę. Za bramą bezładna plątanina samochodów.

Grządki kwiatowe stłamszone przez mlecz i łopian, nad którymi fruwają ogromne akwamarynowe ćmy kudzu. Fontanny z basenami w formie muszli świętego Jakuba wypełnionymi stojącą deszczówką. Parking z różowym wózkiem golfowym i dwoma różowymi minivanami z NowyTy, na każdym z nich logo w kształcie mrugającego oka. W oddali na drodze kolejny minivan – po zderzeniu z drzewem. Kiedyś z jego okna zwieszało się ludzkie ramię, ale zniknęło.

Na szerokich trawnikach wybujało zielsko. Niskie nieregularne kopczyki porosły trojeścią, przymiotnem i szczawiem. Tu i ówdzie strzęp tkaniny, połysk kości. To miejsca, gdzie padli ludzie, jedni przecinając trawnik w biegu, inni powoli, słaniając się. Toby patrzyła wówczas z dachu przykucnięta za kwietnikiem, ale nie obserwowała ich długo. Niektórzy z tych ludzi wzywali pomocy, jakby wiedzieli, że ona tam jest. Jak jednak mogła im pomóc?

Basen kąpielowy pokrywa plamisty kożuch glonów. Pojawiły się już żaby. Na płytszym końcu polują na nie siwe i białe czaple oraz pawiaple. Przez chwilę Toby próbuje wyłowić drobne zwierzęta, które wpadły do wody i utonęły. Świetliste zielone króliki, szczury, szopunksy z pasiastymi ogonami i złodziejskimi maskami szopów praczy. Ostatecznie decyduje się je zostawić. Może dzięki nim jakoś zalęgną się ryby, ale to kiedy basen się bardziej zabagni.

Czy zamierza zjeść te przyszłe ryby? Na pewno nie.

Na pewno jeszcze nie teraz.

Obraca się ku wznoszącej się dokoła ciemnej ścianie drzew, pnączy, liściastych i krzaczastych zarośli i lustruje ją przez lornetkę. To tam może się czaić zagrożenie. Jakie zagrożenie? Tego nie potrafi powiedzieć.

Nocą słychać zwyczajne dźwięki: psy szczekają w oddali, chichoczą myszy, świerszcze grają jak nargile, z rzadka skrzeknie żaba. Krew huczy Toby w uszach: tu-tusz! tu-tusz! tu-tusz! Ciężka miotła zmiatająca suche liście.

„Idź spać” – mówi na głos. Nie sypia jednak dobrze, od kiedy została w tym budynku sama. Czasem słyszy głosy – ludzkie głosy, wołające do niej w bólu. Albo głos kobiet – tych, które niegdyś tu pracowały, i tych, które przyjeżdżały tu, spragnione odpoczynku i odmłodnienia. Pluskających się w basenie, spacerujących po trawnikach. Słyszy te ich różowo brzmiące głosy, kojone i kojące.

Słyszy też głosy Ogrodników, nucących coś lub śpiewających, głosy śmiejących się dzieci w Ogrodzie na budynku Edencliff. Głos Adama Pierwszego, Nuali, Burta. Starej Pilar, otoczonej obłokiem swoich pszczół. I Zeba. Jeśli ktokolwiek z nich pozostał przy życiu, to na pewno Zeb. Zjawi się lada dzień, nadejdzie ścieżką lub wyłoni się spomiędzy drzew.

Pewnie jednak już nie żyje. Lepiej się z tym pogodzić i nie łudzić się na próżno.

Ktoś jeszcze musiał jednak ocaleć. Niemożliwe, żeby została sama jedna na świecie. Muszą być jeszcze inni. Czy będą przyjaciółmi, czy wrogami? Jeśli kogoś zobaczy, po czym to pozna?

Przygotowała się. Drzwi pozamykała na klucz, okna zabiła gwoźdźmi. Ale takie blokady nie stanowią dostatecznego zabezpieczenia. Każda szczelina kusi intruza.

Nawet śpiąc, nasłuchuje niczym zwierzę, czy nie odkryje czegoś odbiegającego od normy, nieznanego dźwięku lub ciszy, która otworzy się jak rozpadlina w skale.

Adam Pierwszy mawiał, że gdy małe stworzonka przerywają swój śpiew, to znak, że się boją. Trzeba szukać dźwięku, który je przeraził.

2

Rok dwudziesty piąty, Rok Potopu

Ren

Strzeż się słów. Uważaj, co piszesz. Nie pozostawiaj po sobie śladów.

Tak uczyli nas Ogrodnicy, kiedy mieszkałam z nimi jako dziecko. Mówili, że powinniśmy polegać na pamięci, bo nic, co zapisane, nie jest wiarygodne. Duch przechodzi z ust do ust, nie z rzeczy do rzeczy. Książki można spalić, papier kruszeje, komputery można zniszczyć. Tylko Duch żyje wiecznie, a Duch nie jest rzeczą.

Pismo, jak mówili Adamowie i Ewy, jest niebezpieczne, bo po nim piszącego mogą wyśledzić wrogowie, mogą go wytropić i skazać na podstawie jego słów.

Teraz jednak, gdy przez świat przetoczył się Bezwodny Potop, cokolwiek napiszę, nie może mi zagrozić, bo ci, co mogliby użyć tego przeciwko mnie, najprawdopodobniej nie żyją. Mogę pisać, co mi się podoba.

Kredką do brwi na ścianie obok lustra piszę swoje imię, „Ren”. Pisałam je wiele razy, „Renrenren”, jak pieśń. Kiedy za długo jest się samym, można zapomnieć, kim się jest. Tak powiedziała mi Amanda.

Nie mogę wyjrzeć przez okno, bo jest z luksferów. Nie mogę wyjść na dwór, bo drzwi są zamknięte od zewnątrz. Ale dopóki nie wysiądzie bateria słoneczna, mam jeszcze powietrze i wodę. Mam jeszcze co jeść.

Miałam szczęście. Miałam naprawdę niesamowite szczęście. Amanda zawsze mówiła: „Pamiętaj o szczęściu, które cię spotkało”. Tak też robię. Miałam szczęście między innymi dlatego, że kiedy zaczął się Potop, pracowałam tutaj, w Łuskach. A jeszcze większym szczęściem było to, że znalazłam się w bezpiecznym miejscu, bo zamknęli mnie w Śliskiej Strefie. Pękł mi ciałochron z biofilmu – jednego klienta poniosło i ugryzł mnie tak, że przebił się przez zielone cekiny – zrobili mi więc test i czekałam na wyniki. To nie było pęknięcie na mokro, takie z wydzielinami i błonami. Zwykłe suche pęknięcie pod łokciem, więc niczym się nie przejmowałam. Ale w Łuskach sprawdzali wszystko. Dbali o swoją reputację, bo w kwestii czystości byłyśmy znane jako najprzyzwoitsze z nieprzyzwoitych dziewczynek w mieście.

Jeśli dziewczyna miała talent, dostawała w Łuskach i Ogonach dobrą opiekę. Były tu dobre jedzenie, lekarz, jeśli zaszła potrzeba, i ogromne napiwki, gdyż do Łusek przychodzili mężczyźni z najpotężniejszych Korporacji. Klub był dobrze zarządzany, choć jak wszystkie inne znajdował się w dosyć zakazanej okolicy. Chodziło o image. Jak mawiał Mordis, szemrany klimat służy temu interesowi, bo bez czegoś ostrzejszego, czegoś krzykliwego albo sprośnego, bez odrobiny obleśności cóż różniłoby nas od przeciętnego produktu, jaki każdy facet może dostać w domu, z kremem do twarzy i białymi majtkami z bawełny?

Mordis wyrażał się bez ozdobników. Był w branży od dziecka, a kiedy zdelegalizowano stręczycielstwo i szukanie klienta na ulicy – rzekomo w trosce o zdrowie publiczne i bezpieczeństwo kobiet – i wszystko podpięto pod EroTarg kontrolowany przez KorpuSOKorp, dzięki doświadczeniu awansował. „Wszystko zależy od tego, jakich zna się ludzi – mówił – i co się o nich wie”. Zwykle później wyszczerzał się i klepał nas po tyłku. Ale to były tylko przyjacielskie klepnięcia. Nigdy nie brał od nas gratisów. Miał zasady.

Był żylastym facetem z wygoloną głową i czarnymi, błyszczącymi, ruchliwymi oczami, podobnymi do mrówczych łebków. Dopóki wszystko było okej, był wyluzowany. Ale gdy klient stawał się nachalny, zawsze się za nami wstawiał. „Nie pozwolę krzywdzić moich najlepszych dziewczyn” – mówił. Traktował to jako punkt honoru.

Nie lubił też marnotrawstwa. Mówił, że jesteśmy drogocennym skarbem, śmietanką towarzystwa. Od kiedy wszystko podłączono pod EroTarg, każdy, kto został poza systemem, nie tylko łamał prawo, lecz był także pośmiewiskiem – jak te kilka wyniszczonych, chorych staruch, które włóczyły się alejami, wprost żebrząc. Żaden mężczyzna, któremu została choćby odrobina mózgu, nawet by do nich nie podszedł. My, dziewczyny z Łusek, mówiłyśmy na nie „niebezpieczne odpady”. Nie powinnyśmy były tak nimi gardzić, należało im raczej współczuć. Jednak żeby umieć współczuć, trzeba się napracować, a my byłyśmy jeszcze młode.

Tamtej nocy, kiedy uderzył Bezwodny Potop, czekałam na wyniki testu. Dziewczyny w sytuacji takiej jak moja przez parę tygodni trzymano pod kluczem w Śliskiej Strefie, gdyż istniało podejrzenie, że mogły złapać coś zaraźliwego. Jedzenie dostarczano przez szczelnie izolowane podajniki, a oprócz tego była jeszcze minilodówka z przekąskami. Płyny, przychodzące i wychodzące, filtrowano. Było tam wszystko, co potrzebne, ale doskwierała mi nuda. Miałam do dyspozycji przyrządy gimnastyczne i bardzo często na nich ćwiczyłam, wszak tancerka trapezowa nie powinna wyjść z wprawy.

Można też było oglądać telewizję, stare filmy, słuchać własnej muzyki, rozmawiać przez telefon albo odwiedzać inne pokoje w Łuskach na ekranie interkomu. Czasami, kiedy wykonywałyśmy numer z bzykankiem, puszczałyśmy oko do kamer w samym środku pojękiwań, żeby dodać otuchy tym, które siedziały w Śliskiej Strefie. Wiedziałyśmy, że w wężowej skórze i w piórach pod sufitem ukryte są kamery. W Łuskach wszyscy byliśmy jedną wielką rodziną i Mordis życzył sobie, żeby nawet gdy któraś trafiała do Śliskiej Strefy, zachowywała się tak, jakby wciąż we wszystkim brała udział.

Dzięki Mordisowi czułam się bezpieczna. Wiedziałam, że jeśli znajdę się w poważnych tarapatach, mogę na niego liczyć. W moim życiu było tylko kilkoro takich ludzi: Amanda – przez większość czasu, Zeb – czasami. I Toby. Nie sądziłam, że będę wymieniać pośród nich Toby, która była tak ostra i surowa. Jednak kiedy człowiek tonie, nie powinien się chwytać czegoś, co miękkie i rozmamłane. Wtedy potrzebuje czegoś twardszego.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI