Rok na Kwiatowej. Tom 6. Kwitnące lilie - Karolina Wilczyńska - ebook

36 osób właśnie czyta

Opis

Bestsellerowa seria „Rok na Kwiatowej” zaskoczyła czytelniczki w drugim sezonie! Czy właściciele uroczych piesków będą pielęgnować znajomość i dalej się wspierać? Jak potoczą się ich losy?

Kaja musi stawić czoła problemom ze zdrowiem, a obawa o przyszłość skłoni ją do zmierzenia się z przeszłością, od której chciała uciec. Czy uda jej się wybaczyć? I kim jest mała dziewczynka, którą Kaja spotyka na szpitalnych korytarzach?
Sąsiedzkie więzi powoli się zacieśniają, nie tylko za sprawą słodkiej czwórki szczeniąt. Danuta musi zmierzyć się z właścicielem konkurencyjnej kancelarii, Julia wciąż stara się odnaleźć swoją życiową drogę, a Norbert podejmuje decyzje, które nie podobają się Dominikowi.
W tej części cyklu nie zabraknie też przyjaciółek znanych z pierwszego sezonu. Co u nich słychać i jak sobie radzą? Odwiedźcie Kwiatową!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 345

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Dotychczas w serii „Rok na Kwiatowej” ukazały się:

Wędrowne ptaki

Zamarznięte serca

Dotyk słońca

Owoce miłości

Zapach bzu

Copyright © Karolina Wilczyńska, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Agnieszka Czapczyk | panbook.pl

Projekt typograficzny: Maciej Majchrzak

Łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Damasiewicz

Fotografie na okładce:

© Maridav | stock.adobe.com,

© Olga Yastremska | Depositphotos.com,

© Oksana Vakhlakova | Depositphotos.com

Fotografia autorki: Studio Fot Molly Polly

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

eISBN978-83-66278-99-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Kaja

Za każdym razem, kiedy wychodzę z jakiegoś zebrania, utwierdzam się w przekonaniu, że nie znoszę takich posiadówek. Po prostu wolałabym działać, robić coś konkretnego. Jasne, rozumiem, od czasu do czasu trzeba coś uporządkować, ustalić, zaplanować. Proszę bardzo, ja chętnie wezmę w tym udział, ale niech to się dzieje szybko i sprawnie, bez dzielenia włosa na czworo albo szukania problemów tam, gdzie ich nie ma. A uwierz mi, mamy w ośrodku kilka specjalistek od takich rzeczy. Naprawdę trudno mi pojąć, jak dorosłe kobiety mogą tak postępować. Uważają się za specjalistki od ludzkich kłopotów. Sama powiedz, czy to nie jest denerwujące, gdy podczas spotkania zespołu następuje taka wymiana zdań:

– Chciałabym prosić o oficjalne ustalenie, by każdy korzystał z własnego kubka w pokoju socjalnym – mówi poważnym tonem jedna z koleżanek. – Bo już drugi raz się zdarza, że przychodzę rano i widzę mój kubek brudny w zlewie. Musiał zatem używać go ktoś z drugiej zmiany. I nawet nie zadał sobie trudu, żeby po sobie umyć – kończy z oburzeniem i toczy oskarżycielskim wzrokiem po zebranych, jakby szukając winnego tej strasznej zbrodni.

– Ja swój kubek zamykam w biurku, w moim gabinecie – podpowiada druga. – W szafce na kluczyk.

– Nie po to jest pokój socjalny, żebym biegała z kubkiem w tę i z powrotem! – Ta pierwsza się nakręca. – Trzeba coś z tym zrobić!

– Proszę o spokój – wtrąca się dyrektor. – Na wniosek pani Ani zwracam się z prośbą do zespołu o używanie wyłącznie swoich kubków.

– Lub zacieranie śladów – dodaje szeptem Jacek od arteterapii.

Kilka osób parska, kilka innych zaciska szczęki, starając się powstrzymać śmiech.

Szef ma kamienną twarz. Jak widać, lata praktyki w zawodzie terapeuty przydają się także w zarządzaniu. I powiem ci, że to nawet mogłoby brzmieć śmieszne, gdyby nie było takie żenujące. Podobnie jak problem z nieodpowiednim parkowaniem czy prośba o zakaz używania odświeżaczy powietrza w toalecie, bo podobno są szkodliwe dla zdrowia. Naprawdę czasami się zastanawiam, czy niektórzy nie mają poważniejszych problemów. Wolę się jednak nie odzywać, zresztą moje słowa i tak by niczego nie zmieniły. Na szczęście większość pracujących w ośrodku ludzi jest w porządku, a tych kilka wyjątków muszę jakoś znosić. Zresztą, jak ci już mówiłam, wolałabym unikać tych zebrań. Niestety, nie zawsze mogę, bo bywa, że poruszane sprawy dotyczą bezpośrednio mojej „działki”. I dlatego właśnie musiałam uczestniczyć we wczorajszym spotkaniu.

Na szczęście dyrektor, po rozwiązaniu palących spraw organizacyjnych zgłoszonych przez koleżanki, szybko przeszedł do konkretów. Pewnie nie bez znaczenia było to, że sala, w której się zbieramy, ma okna wychodzące na południe. W tak upalny czerwcowy dzień jak wczoraj szybko robi się w niej gorąco i duszno niczym w szklarni. Mnie to osobiście nie przeszkadza, nawet lubię takie tropikalne klimaty, ale szef chyba niezbyt dobrze znosi upały, bo raz po raz ocierał czoło z potu i dojrzałam w jego oczach tęsknotę za chłodnym zaciszem dyrektorskiego gabinetu, który jako jedyny w ośrodku jest wyposażony w klimatyzator.

– Drodzy państwo, najwyższa pora ustalić wakacyjny plan pracy.

– Urlopy są już rozpisane – wtrąciła szybko jego sekretarka. – Rano położyłam harmonogram na pana biurku.

– Tak, widziałem, przejrzałem go nawet. – Pokiwał głową. – I nie mam uwag. Wiadomo, że musimy zapewnić ciągłość pracy z pacjentami, ale tego państwu, jako doświadczonym terapeutom, tłumaczyć nie trzeba. Każdy wie, jakiego rodzaju osoby ma pod opieką, i wierzę, że zapewnicie im maksimum komfortu. – Sięgnął po stojącą obok krzesła butelkę z wodą i upił z niej kilka łyków. – Dyżury i zastępstwa w rejestracji ustalicie państwo między sobą, w ubiegłym roku nie było większych problemów, więc tym razem też ich nie przewiduję. Właściwie do ustalenia mamy tylko sprawy związane z zajęciami i wyjazdami dla młodzieży.

– To może niech zostaną socjoterapeuci, a reszta mogłaby już pójść? – zaproponowała Ania od kubka, patrząc z wyższością na tych od młodzieży. – Strasznie tutaj duszno, aż się słabo robi…

– Tak, nie widzę problemu. Ci, których temat nie dotyczy, mogą wracać do swoich zajęć – zgodził się szef.

– Ale, dyrektorze! – rzuciła scenicznym szeptem sekretarka. – Ogłoszenie jeszcze…

Spojrzał na nią, marszcząc brwi. Chyba nie rozumiał, o co chodzi.

– No, te badania… – podpowiedziała dziewczyna.

– A, rzeczywiście! Dziękuję. – Uśmiechnął się do sekretarki. – Zupełnie wyleciało mi z głowy. Otóż, w ramach profilaktyki zdrowotnej i troski o personel samorząd kieruje wszystkie panie na badania. – Otworzył swój kalendarz. – Zapobieganie i wczesne wykrywanie nowotworów piersi – przeczytał. – W przypadku wszystkich pań pracujących w naszym ośrodku będzie to USG. Proszę ustalać konkretne terminy w sekretariacie. To wszystko w tej sprawie. – Zatrzasnął okładkę plannera. – A teraz, jak już zdecydowaliśmy, zostają ci, którzy pracują z młodzieżą.

Po krótkim zamieszaniu, które dyrektor przeczekał ze spokojem, w sali zostało sześć osób.

– Co tam macie? – Powachlował się kalendarzem.

Odniosłam wrażenie, że się rozluźnił i zaczął być dużo mniej oficjalny. Wiesz, nie rozumiem, jak to się dzieje, ale przy ekipie od młodzieży ludzie zwykle wrzucają na luz. Jakby podświadomie sądzili, że jesteśmy bardziej wyrozumiali czy co? A może bardziej tolerancyjni i mniej oceniający? Tak jakoś to czuję. No, w każdym razie nawet dyrektor temu uległ.

– Tym razem jednak morze – powiedziałam. – Dzieciaki właściwie jednogłośnie wybrały. Zresztą w ubiegłym roku jechaliśmy w góry, to nawet logicznie, by teraz zaproponować plażę.

– Dobrze, niech będzie – zgodził się szef. – Proszę zebrać oferty, sprawdzić ewentualne atrakcje i nie zapomnieć o kulturze i sztuce. Zresztą, co ja będę pani tłumaczył. – Machnął ręką. – Przecież pani doskonale wie, co robić.

– W porządku – zgodziłam się. – Potrzebuję kilku dni na zgłębienie tematu i wtedy przyjdę do pana już z konkretnymi z propozycjami.

– A jaka kadra jedzie w tym roku? Robert, ty będziesz kierownikiem? – zwrócił się do najstarszego stażem socjoterapeuty dyrektor.

– Sorry, ale ja nie dam rady. – Mężczyzna pokręcił głową. – Obiecałem żonie Chorwację, od trzech lat odkładamy na jej wymarzony hotel. No i jeżdżę z młodymi od zawsze, więc rok przerwy chyba nie będzie problemem?

Wszyscy wiedzieliśmy, że Robert ma rację, i nikt nie odmówiłby mu prawa do urlopu z rodziną. Zresztą nigdy nie unikał ani popołudniowych zajęć, ani weekendowych wycieczek. Dlatego dyrektor od razu popatrzył pytająco na pozostałych.

– Kto w takim razie?

– Ja.

Zgłosiłam się bez wahania. I tak przecież zawsze jeździłam. Mieliśmy taki układ, że Robert pełnił funkcję kierownika, a ja wychowawczyni. Dobieraliśmy sobie jeszcze dwie osoby spośród wolontariuszy, najczęściej studentów resocjalizacji, którzy współpracowali na stałe z naszym ośrodkiem.

– Kurs kierownika masz – bardziej stwierdził niż zapytał szef. Przecież świetnie znał moje kwalifikacje. – Nie widzę więc przeszkód. Dobierz sobie wychowawców, a Robert może spokojnie moczyć nogi w ciepłym morzu. No i fajnie – zakończył cytatem z popularnej reklamy, po czym mrugnął porozumiewawczo okiem. – Wygląda na to, że wszystko załatwione. Chyba że coś jeszcze zostało do omówienia? – Spojrzał na nas pytająco, ale w jego tonie pobrzmiewała nadzieja na zakończenie zebrania.

Niestety, musiałam go rozczarować.

– Szefie, ja mam pytanie – powiedziałam.

Dyrektor już podnosił się z krzesła i moje słowa wyraźnie go zaskoczyły.

– Słucham?

– Czy te badania, o których była mowa, są obowiązkowe?

– Tak – odparł krótko. – Koniec zebrania, wracamy do pracy. – Uciął dalszą dyskusję.

Cóż, chyba źle wybrałam czas na negocjacje. Ale przecież raczej nikt nie będzie mnie siłą ciągnął do lekarza. Wystarczy przeczekać, a sprawa umrze śmiercią naturalną.

Prawdę powiedziawszy, sama szybko zapomniałam o tych nieszczęsnych badaniach. Mam taką zasadę, że zawsze wyrzucam z pamięci to, co zbędne. Dzięki temu nie umykają mi sprawy istotne i takie, które naprawdę muszę załatwić, w dodatku jak najszybciej. Mówiąc krótko – nie zawracam sobie głowy bzdurami. A teraz najpilniejszym zadaniem była organizacja obozu.

W pracy nie miałam czasu, żeby się tym zająć. Najpierw przyjęłam siedmiu pacjentów, a potem jeszcze, w ramach zastępstwa za chorą koleżankę, pomogłam poprowadzić zajęcia dla dzieci w ramach naszej Akademii Malucha. Czy ty wiesz, że już sześcio- czy siedmiolatki mają problemy z uzależnieniem od internetu? Czasami niesie to za sobą naprawdę straszne konsekwencje, a brak koncentracji czy niechęć do robienia czegokolwiek innego niż gapienie się w ekran to naprawdę mniejsze z problemów z tym związanych. Mamy kilka dramatycznych wprost przypadków, gdzie w momencie ograniczenia dostępu do sieci dochodzi u dzieciaków do wybuchów agresji czy nawet samookaleczeń. Dlatego oprócz pracy indywidualnej moje koleżanki prowadzą zajęcia grupowe, które pomagają w socjalizacji, pobudzają kreatywność i pokazują aktywne sposoby spędzania wolnego czasu. A tak mówiąc wprost, to trzeba te dzieci na nowo uczyć kontaktów z rówieśnikami, funkcjonowania w grupie i życia poza wirtualną rzeczywistością.

W każdym razie miałam bardzo intensywny dzień. Wyszłam z ośrodka dopiero po osiemnastej, zmęczona, a w dodatku głodna. Martwiłam się o Atosa, bo rzadko zostawał w domu sam na tak długo. I chociaż naprawdę marzyłam o tym, by przez chwilę odpocząć, to obiecałam sobie, że najpierw zafunduję mojemu psiakowi długi spacer.

– Chodź, wariacie! – powiedziałam, starając się zapiąć obrożę na szyi obskakującego mnie psa. – Przejdziemy się do sklepu, a potem na Doliny. Jesteś dzielny i grzeczny. – Poklepałam zwierzę po grzbiecie. – Wytrzymałeś cały dzień i nawet nie zostawiłeś nigdzie mokrej niespodzianki.

Zmęczenie zmęczeniem, ale kiedy widzi się psią radość z obwąchiwania krzaków, merdający ogon i węszący mokry nos, to naprawdę nie czuje się żalu, że swoje potrzeby trzeba odłożyć na później.

Zrobiłam po drodze zakupy, bo w mojej lodówce można było znaleźć głównie światło. Akurat do spraw domowych mam luźny stosunek i jakoś nie potrafię zaplanować takich rzeczy jak sprawunki czy regularne ścieranie kurzu. Jakieś wady trzeba mieć, prawda?

Zawsze jednak używam płóciennych toreb na zakupy. To taki mój ukłon w stronę ochrony naszego cudownego świata. Staram się nie kupować foliówek. Odkąd zobaczyłam zdjęcia śmieciowych wysp na oceanie i zwierząt z brzuchami pełnymi plastiku, to jakoś mi głupio z tego powodu. A jak z tym u ciebie? Bo ja nie chcę myśleć, że może jakaś biedna istota właśnie umiera tylko dlatego, że mnie zachciało się zapakować dwa pomidory do plastikowego woreczka. Tak mam i już.

Ale nie o zakupach miałam ci przecież opowiadać. Pomijając fakt, że powinnam zrobić to w odwrotnej kolejności, czyli najpierw spacer, a potem zakupy, to mimo wszystko udało nam się w końcu wrócić do domu. Atos od razu rzucił się do miski z wodą, a ja właściwie zrobiłam to samo, tyle że piłam ze szklanki. Czerwiec w tym roku naprawdę pokazuje, co potrafi – jest gorąco jak w pełni lata.

Kiedy wreszcie zjadłam i wzięłam chłodny prysznic, z radością wyciągnęłam się na łóżku. Nie ma to jak satysfakcja z dobrze spędzonego dnia! Uwielbiam czuć ten rodzaj zmęczenia połączonego z radością. Nie mogłam jednak jeszcze powiedzieć, że zrobiłam wszystko, co zaplanowałam. Teraz przyszedł czas na tak zwaną pracę biurową.

Otworzyłam laptopa i wyszukałam pięć ośrodków wypoczynkowych w nadmorskich miejscowościach. Wyglądały nieźle, ceny też były na akceptowalnym poziomie. Załatwione? O, tak ci się tylko wydaje! W przypadku naszych wyjazdów to nie jest takie proste.

Nie chciałabym cię zanudzać, więc tylko krótko opowiem, w czym rzecz. Wiadomo, zależy nam, żeby zabrać na wakacyjny wyjazd jak najwięcej podopiecznych. Te dzieciaki nigdzie indziej nie pojadą, taka prawda. A budżet mamy ograniczony. Nie mówiąc o tym, że chcemy, żeby młodzież przy okazji jak najwięcej zobaczyła. No i powstaje dylemat: więcej atrakcji czy większa liczba uczestników? Trudny wybór, co? Właśnie. I dlatego liczy się dosłownie każda złotówka. Trzeba myśleć, prosić, negocjować.

Weźmy pierwszy z brzegu przykład. Zwykle na każdych piętnastu uczestników ośrodki oferują jedno bezpłatne miejsce dla wychowawcy. Nasza młodzież jest jednak specyficzna, wymaga dodatkowej opieki i szczególnego nadzoru. Dlatego musimy mieć jednego wychowawcę na dziesięć osób. Należy rozmawiać z kierownictwem, by ośrodek wyraził zgodę na takie rozwiązanie. Jeśli się nie dojdzie do porozumienia i trzeba będzie płacić za dodatkowych opiekunów, to pojedzie mniej dzieciaków. Proste, prawda? Na szczęście do tej pory znajdowaliśmy życzliwych właścicieli, którzy szli nam na rękę i na dodatek nie odmawiali od razu, gdy tylko usłyszeli, o jaką młodzież chodzi. Tak, to też bywa problemem. Już podanie nazwy naszego ośrodka czasami wystarczy, by nie zgodzono się na goszczenie nas. Sama więc widzisz, że nie tak łatwo znaleźć odpowiednie miejsce.

Wysłałam w końcu zapytania do trzech domów wypoczynkowych. Za dwa dni będę do nich dzwonić i rozmawiać. Pytasz, czy nie za późno wszystko organizuję? O, widzisz, to też element strategii. Bo jeżeli ośrodek nie ma w połowie czerwca jeszcze zapewnionych klientów, jest większa szansa, że właściciele będą skłonni do negocjacji i rabatów. Uwierz, już przerabiałam takie sytuacje i mam doświadczenie.

Wyłączyłam komputer i odłożyłam go obok łóżka. Atos natychmiast znalazł się przy mnie.

– Skąd ty wiesz, mądralo, że skończyłam? – Roześmiałam się.

Był bardzo grzeczny, więc nie żałowałam mu pieszczot. Gumowa piłeczka i sznurkowa zabawka zawsze wzbudzały zachwyt u mojego psiaka. Jednak nawet podczas zabawy nie przestałam myśleć o swoim zadaniu. Było przecież jeszcze coś, co musiałam ogarnąć – sponsorzy. Korzystaliśmy z pomocy zaprzyjaźnionych firm, żeby dzieciaki mogły nie tylko leżeć na plaży, ale i odwiedzać muzea czy pojechać na wycieczkę do teatru. Wiadomo – im więcej, tym lepiej, dlatego wciąż szukałam kolejnych darczyńców. Niektórzy pomagali nam przez cały rok, przy różnych przedsięwzięciach, dlatego na letnie wyjazdy starałam się zawsze znaleźć kogoś nowego.

I właśnie o tym myślałam podczas zabawy z Atosem. Co więcej, powiem ci, że coś wymyśliłam. Otóż przyszła mi do głowy koleżanka. Ta, od której wynajmowałam mieszkanie i która bez problemu zgodziła się na obecność psa.

– Przecież nie zje mi ścian – powiedziała, kiedy ją o to zapytałam. – Zresztą skoro był ci pisany, to ja nie zamierzam walczyć z przeznaczeniem.

Taka właśnie była Malwina. Znałyśmy się od lat, miałyśmy za sobą wiele wspólnych imprez i koncertów. Znasz ją? A, no to nie muszę ci wiele tłumaczyć. Nie wiem jak tobie, ale mnie naprawdę zaimponowała swoją przemianą. Ciężko jej było po śmierci ojca, ale dała radę. I teraz prowadzi firmę razem z mężem, Czubem, też moim kumplem. Z tego, co wiem, świetnie im idzie, więc pomyślałam, że może znajdą parę groszy na zagubione dzieciaki.

Wiesz, że ja nie lubię czekać, więc zadzwoniłam do niej od razu i wyłuszczyłam sprawę.

– Cel jest w porządku – powiedziała. – Bardzo chciałabym pomóc, ale muszę to skonsultować z Markiem.

Czy ty wiesz, że Czub ma na imię Marek? Tak? A ja jakoś nie wiedziałam i w pierwszej chwili nie zrozumiałam, o kim mówi. W każdym razie nie odmówiła.

– Zadzwoń do mnie za kilka dni, postaramy się coś znaleźć – obiecała.

– Super! – Ucieszyłam się. – Będziemy w kontakcie.

Dopiero teraz mogłam uznać, że zasłużyłam na odpoczynek. W dodatku Atos już zasnął. Na mojej poduszce, wyobrażasz sobie?

Kilka kolejnych dni minęło nie wiadomo kiedy. Ciągle wypadało coś niespodziewanego. Dwa razy byłam w szkole u moich podopiecznych, bo zawsze, gdy zbliżał się koniec roku szkolnego, potrzebowali dodatkowych interwencji. Nie, w żadnym wypadku nie prosiłam o podciąganie ocen, jedynie o kolejną szansę na udowodnienie wiedzy. Wiesz, te dzieciaki naprawdę nie mają lekko i czasami trzeba docenić, że chcą próbować. Na szczęście nauczyciele zwykle to rozumieją, a w szczególnie trudnych przypadkach staram się ich przekonać. Bo sama powiedz – czy nie należy wziąć pod uwagę faktu, że przez sytuację w domu ich szanse są na starcie mniejsze? Czasami trudno im się nawet spokojnie wyspać, a co tu mówić o nauce. Jeżeli im zależy, to warto wykorzystać ich dobre chęci.

Na szczęście w obu przypadkach nauczyciele w końcu podzielili mój punkt widzenia i obiecali dodatkowe odpytanie. Istniało spore prawdopodobieństwo, że wszystko pójdzie dobrze, więc miałam doskonały humor. Rano odwiedziłam znajomą właścicielkę sklepu sportowego, która podarowała mi kilka piłek z logo ostatnich mistrzostw.

– Zabierz, ja i tak już tego nie sprzedam – powiedziała. – A ty będziesz wiedziała, co z tym zrobić, żeby ktoś skorzystał.

Oczywiście, że wzięłam podarunek. Zawiozłam piłki do świetlicy socjoterapeutycznej, a jedną zostawiłam na nasz obóz. Chłopakom się przyda.

Przed pracą wpadłam do domu tylko na moment, żeby wziąć Atosa. Miałam tego dnia spotkanie z młodzieżą, a oni już nie wyobrażali sobie zajęć bez towarzystwa psiaka. Zresztą on też ich polubił, a po dwóch godzinach w towarzystwie moich dzieciaków był tak wygłaskany i zmęczony, że miałam z głowy wieczorne zabawy. Dlatego bez wahania zapakowałam go do samochodu i pojechaliśmy do ośrodka.

– Atos, idziemy – popędzałam psa, który wyczuł coś szczególnie interesującego przy krawężniku tuż obok miejsca, gdzie zaparkowałam, i zaparł się, odmawiając pójścia dalej. – Potem to sprawdzisz dokładnie – tłumaczyłam, ale zupełnie lekceważył moje słowa.

– O, Kaja! – Usłyszałam za plecami.

To Marlena, zwana z racji swojego zamiłowania do modnych ciuchów i nienagannego makijażu Lalą. Specjalizuje się w systemowej terapii rodzin, często też prowadzi szkolenia dla nauczycieli. Jest dobrym fachowcem, tego nie można jej było odmówić, chociaż powiem ci szczerze, że prywatnie niezbyt lubię z nią rozmawiać. Dlaczego? Zaraz sama zrozumiesz.

– Cześć, Marlenko – odpowiedziałam z uśmiechem. – Ty już do domu?

– Tak, dzisiaj pracowałam przed południem. – Popatrzyła z dezaprobatą na Atosa. – Że też ci się chce użerać z tym szczeniakiem. – Pokręciła głową.

– Jest miły. Bardzo go lubię – odparłam, ciągnąc smycz.

Niestety, Atos ani myślał zaprezentować się od tej lepszej i grzeczniejszej strony.

– Nie wygląda. – Marlena nie ukrywała swojej dezaprobaty. – No, ale jak lubisz…

– A co to za zapach? – Postanowiłam zmienić temat. – Jakieś nowe perfumy na lato?

Trafiłam. Bo koleżanka o niczym tak bardzo nie lubiła rozmawiać jak o ciuchach i perfumach. No i o sobie. A ja połączyłam te dwa tematy.

– A nie, to nic nowego. – Machnęła ręką, niby od niechcenia. – Mam je już dwa tygodnie. Tylko może teraz zapach jest bardziej intensywny, bo musiałam się odświeżyć. Prosto stąd jadę do lekarza, więc…

– Coś się stało?

– Nie, skąd. – Pokręciła głową. – To te badania profilaktyczne, wiesz… Ty już byłaś? – zainteresowała się.

Że też musiała mi o tym przypomnieć – pomyślałam ze złością.

– Nie byłam i się nie wybieram. – Pociągnęłam mocniej smycz, żeby wreszcie skłonić psa do oderwania się od krawężnika.

– Ale przecież dyrektor kazał. – Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.

Tak, Marlena była służbistką. Nie mówię, że to źle, po prostu stwierdzam fakt. Polecenia przełożonego były dla niej świętością.

– Nie kazał, tylko poinformował o nich – sprostowałam, chociaż akurat ja doskonale wiedziałam, że uznał je za obowiązkowe. – Brzmiało jak zaproszenie dla chętnych, a że ja chętna nie jestem, to raczej nie skorzystam.

– Ja zupełnie inaczej zrozumiałam słowa szefa. – Marlena zatrzepotała doprawionymi rzęsami. – Mam wrażenie, że każda musi iść. Bo gdyby nie, to…

Nie chciałam kontynuować tego tematu, więc milczałam. Niestety, koleżanka nie zamierzała odpuścić.

– Powiem ci, tak między nami – zniżyła głos, jakby powierzała mi jakąś tajemnicę – że nie mam za bardzo ochoty iść. Moja manicurzystka opowiadała, jak jej koleżanka poszła na takie badania i wykryli u niej guz w piersi. Okazało się, że to nowotwór, i musiała brać chemię. Zupełnie wyłysiała, dosłownie wszystkie włosy jej wypadły, wyobrażasz sobie?! – Uniosła wzrok. – A i tak umarła! – dodała na zakończenie tej zasłyszanej historii.

Po prostu rozwaliła mnie ta opowieść.

– Przecież jakby nie poszła na badania, i tak miałaby tego raka, a finalnie umarłaby – skwitowałam jej wywód. – Bo chyba nie sądzisz, że to przez USG?

– No co ty! Przecież nie jestem głupia! – oburzyła się Marlena. – Ale wiesz, tak jakoś się boję…

– To nie idź. – Wzruszyłam ramionami.

– Przecież dyrektor kazał – powtórzyła to, co już raz słyszałam.

Na szczęście Atos wreszcie postanowił ruszyć z miejsca.

– Nie martw się – pocieszyłam koleżankę. – Na pewno wszystko będzie dobrze.

– Tak myślisz?

Nie odpowiedziałam. Udałam, że już nie słyszę. Bo co miałam jej powiedzieć? Że każdemu tak się mówi? Nawet tym, którzy już umierają. To tylko taka formułka, w dodatku powtarzana, jakby miała magiczną moc. Bardziej chyba podnosi na duchu tych, którzy ją wypowiadają. Daje im nadzieję, że jeszcze coś się zmieni. Zresztą nieważne. Ja w każdym razie nigdzie się nie wybierałam i niczego nie zamierzałam sprawdzać.

Odrzuciłam szybko myśl o badaniach i starałam się skoncentrować na nadchodzących zajęciach. Moi podopieczni na pewno już czekali, a ja nie powinnam się spóźniać. W końcu mam być dla nich przykładem, prawda?

Kiedyś przeczytałam, że nie ma ludzi zadowolonych ze swojego życia. Zastanawiałam się nad tym długo i doszłam do wniosku, że jednak są. Na przykład ja. Mieszkam wygodnie, na jedzenie mi nie brakuje, robię to, co lubię. Mam fajną pracę, mnóstwo znajomych, sporo wolnych chwil i siłę, żeby poimprezować od czasu do czasu. Jestem zdrowa, nie zaciągnęłam kredytu we frankach, przygarnęłam psa. Wiedzie mi się całkiem nieźle, sama przyznaj.

I powiem ci, że nikomu nie zazdroszczę. Nie zamieniłabym się z nikim, nawet z bogatszym czy sławnym. Niby dlaczego miałabym chcieć? Mają więcej niż ja? Nie sądzę. Dawno doszłam do wniosku, że popularność albo duże pieniądze raczej ograniczają życie, niż dają wolność.

O, choćby taka Danuta. Widać, że kasy jej nie brakuje. Ale cóż z tego, skoro musi każdego dnia paradować w zapiętej pod szyję bluzce i dopasowanej garsonce? Jasne, domyślam się, że jej to odpowiada, ale ja z pewnością udusiłabym się w tym. W sensie psychicznym, rzecz jasna. Widzisz, ja na przykład bardzo lubię swoje tatuaże i nie wyrzekłabym się ich za żadną cenę. Na szczęście w mojej pracy one nie przeszkadzają, a szef też nie robi problemów. Mogę wyglądać, jak mi się podoba.

A skoro już wspomniałam o Danucie, to wczoraj ją spotkałam. Może nawet nie zauważyłabym, że idzie, ale Atos z daleka wyczuł Milady i pociągnął mnie w odpowiednią stronę.

– Cześć – przywitałam sąsiadkę.

– Dzień dobry – odpowiedziała, jakby luźniejsze powitanie nie mogło jej przejść przez gardło.

– Widzę, że wracacie ze spaceru. – Nie bardzo wiedziałam o co, oprócz psa, mogłabym zagadnąć. – Byłyście nad zalewem?

– A, nie… to znaczy tak. – Danuta wyraźnie się zawahała. – Nie miałyśmy jakiegoś konkretnego celu – mówiła szybko i nie patrzyła mi w oczy. – Chciałam, żeby Milady poznała okolicę.

– Dobry pomysł. – Nie zamierzałam drążyć tematu, chociaż wiedziałam, że coś kręci. – Mój był już w wielu miejscach i mam wrażenie, że dzięki temu jest mniej strachliwy i bardziej przyjaźnie nastawiony do ludzi.

– Milady wcale nie jest strachliwa – zaprotestowała Danuta.

– Nie to chciałam powiedzieć. – Trochę zaskoczyło mnie to, z jakim zapałem broni suczki. Dotychczas raczej dawała do zrozumienia, że niezbyt przejmuje się zwierzakiem i traktuje go raczej jako zobowiązanie, którego musi dotrzymać. – Po prostu socjalizacja zwierzęcia jest lepsza i szybsza, kiedy oswaja się z nowymi miejscami i ludźmi.

– A, tak, w tym sensie to zgadzam się w zupełności – przytaknęła. – Chociaż wydaje mi się, że wszystko zależy od człowieka. Niektórzy mają wspaniałe podejście do zwierząt…

Zerknęłam na nią nieco zdziwiona, bo urwała jakby w połowie zdania. Chciała coś powiedzieć i nie dokończyła? Miała kogoś konkretnego na myśli?

– Kontakt z takimi osobami na pewno dobrze Milady zrobi – powiedziałam pierwsze, co mi przyszło do głowy.

Spojrzała na mnie lekko spłoszona, ale natychmiast znowu przybrała kamienny wyraz twarzy.

– Mam nadzieję, że uda mi się kogoś takiego spotkać – odparła chłodno. – Niestety, nie mogę zabierać Milady do pracy. Zresztą nie w każdym zawodzie podobna ekscentryczność jest dobrze widziana.

Tym ostatnim zdaniem lekko mnie wkurzyła. Bo co niby miała na myśli? Że mój zawód jest niepoważny? A może to, że ona robi coś ważniejszego? Zresztą co by to nie było – czułam, że kryje się w tym raczej złośliwość.

– Na szczęście w mojej pracy nieszablonowe myślenie bardzo pomaga – odparowałam.

– Nie musisz się obrażać. – Chyba wyczuła, że mnie rozzłościła. – Po prostu chciałam powiedzieć, że kancelaria prawna to nieodpowiednie miejsce dla psa. Milady z pewnością nudziłaby się tam, a moi klienci częściej przychodzą zdenerwowani i spięci, niż w nastroju do zabawy ze zwierzakiem. Tylko tyle.

Zabrzmiało to jakoś normalniej, bardziej po ludzku. A że ja nie jestem pamiętliwa i nie lubię chować do nikogo urazy, więc przyjęłam jej słowa jako coś w rodzaju przeprosin.

– Fakt, pewnie więcej tam warczących istot niż tych gotowych do zabawy.

– Niezłe porównanie. – Danuta się uśmiechnęła. – I muszę przyznać, że całkiem trafne. Mam nadzieję, że w twojej pracy jest więcej tych drugich.

– Powiedziałabym, jeśli już trzymamy się tej analogii, że raczej przeważają takie podobne do naszych zwierzaków – porzucone, niechciane, samotne…

Spojrzała na mnie pytająco.

– Pracuję z młodzieżą. Taką, którą ludzie nazywają trudną. Ja wolę myśleć o nich jako o zranionych i rozczarowanych dorosłymi.

Danuta wyglądała na zdziwioną.

– Jesteś psychologiem?

– Owszem. Socjoterapeutą, czasami streetworkerem, a czasami po prostu jedyną osobą, do której te dzieciaki mogą przyjść.

– To bardzo odpowiedzialna praca – powiedziała to takim tonem, jakby nie spodziewała się, że mogę robić coś podobnego.

Obserwowałam ją z lekkim rozbawieniem. Nie była pierwszą, która tak reagowała. Cóż, świat jest pełen stereotypów, ludziom nie mieści się w głowie, że z wytatuowanymi rękami i różowymi włosami mogę robić coś sensownego. A jednak.

Dlatego mam zawsze sporo satysfakcji i odrobinę zabawy, gdy widzę, jak w kimś pokroju Danuty dokonuje się mała rewolucja w postrzeganiu świata i ludzi.

– Staram się robić to najlepiej, jak potrafię. – Skróciłam jej cierpienia, bo widziałam, że nie wie, jak się powinna zachować. – No i lubię swoją pracę. A pies czasami nawet pomaga przełamać lody, więc nie przeszkadza.

Danuta pokiwała głową.

– Idziecie gdzieś jeszcze? – zapytałam. – Bo my dopiero wyszliśmy…

– Nie, nie – zaprzeczyła. – Wracamy do domu. Mamy dość przygód na dziś – dodała, a ja odniosłam wrażenie, że znowu się zmieszała.

Nie wiem, co miała na myśli, przecież nie jestem jasnowidzem, zresztą aż tak bardzo nie interesuje mnie jej życie. Jednak nie trzeba było wielkiego psychologa, żeby zauważyć, że coś się musiało wydarzyć podczas tego spaceru. Samo wspomnienie wprawiało Danutę w zakłopotanie.

– W takim razie do zobaczenia następnym razem. – Pozwoliłam odejść sąsiadce, bez rozwikłania jej tajemnicy.

Czy mnie to zaintrygowało? Niespecjalnie. Biorąc pod uwagę to, jak bardzo jest zazwyczaj spięta, możliwe, że po prostu zamieniła z kimś spontanicznie kilka zdań. Zresztą nauczyłam się niczego sobie nie wyobrażać. Pozory często mylą. A jeśli ktoś chce mi coś powiedzieć, to powie w odpowiednim czasie. Nic na siłę. Takie zboczenie zawodowe, rozumiesz?

Fajnie, że wpadłaś, bo muszę ci koniecznie opowiedzieć o tym, co się zdarzyło wczoraj. Uwierz mi, miałam naprawdę ciężki dzień. Z tego wszystkiego oczywiście zapomniałam o większych zakupach i mogę ci zaproponować jedynie herbatę i kanapkę z żółtym serem. Zrobiłam przed chwilą, ale częstuj się śmiało, bo ja niczego nie przełknę. Też tak masz, gdy jesteś zdenerwowana? Bo zauważyłam, że jeśli chodzi o jedzenie w trudnych chwilach, to ludzi można podzielić na tych, którzy stres zajadają, i tych, którym z nerwów zaciska się gardło. Ja należę do tych drugich. Kanapki przygotowałam, bo rozsądek mi podpowiadał, że powinnam zjeść, ale co z tego, jak na samą myśl robi mi się niedobrze.

Herbatę chętnie z tobą wypiję. Nawet z cukrem, chociaż generalnie staram się nie słodzić. Tak po prostu, nie kryje się za tym żadna ideologia. Po prostu lubię smak herbaty jako takiej, bez dodatków. Jednak dziś mam ochotę na dwie łyżeczki cukru. Dlaczego? Sama nie wiem.

Widzisz, co ja plotę? Zupełnie chaotycznie i bez sensu. Chyba to też z nerwów. Zaraz ci wszystko po kolei opowiem.

Zaczęło się już rano. Pierwszego pacjenta miałam mieć dopiero o jedenastej, więc pomyślałam, że rano pojadę do kumpla, który jest grafikiem i obiecał zrobić dla nas, jak co roku, projekt logo i hasła na koszulki. Mamy taki zwyczaj, że uczestnicy obozu dostają T-shirty na pamiątkę wyjazdu. Wcześniej sami wymyślają hasło. To doskonale integruje i powiem ci w sekrecie, że potem też dyscyplinuje. Chyba wspólna praca buduje w nich współodpowiedzialność za wizerunek grupy, tak mi się przynajmniej wydaje. No, w każdym razie uzgodniliśmy już hasło i teraz Jurek nam je odpowiednio przygotuje. A potem, mam nadzieję, znajdę firmę, która zgodzi się dla nas zrobić te koszulki.

Zadzwoniłam zaraz po ósmej do rejestracji, by powiedzieć dziewczynom, że będę później, i wyjaśnić dlaczego.

– O, dobrze, że dzwonisz. – Usłyszałam. – Sekretariat cię szukał.

– Dlaczego? Coś się stało?

– Pojęcia nie mam.

– W takim razie przełącz mnie tam.

Poczekałam chwilę, aż sekretarka odbierze.

– Hej, podobno mnie szukałaś?

– Tak, wejdź do mnie na górę, dobrze? – Głos miała poważny.

– Nie ma mnie jeszcze w ośrodku – wyjaśniłam.

– Jak to? Jest piętnaście po ósmej.

– Wiem, właśnie w tej sprawie dzwonię. Chciałam uprzedzić, że będę później. Muszę załatwić kilka spraw związanych z obozem. Przekaż, proszę, szefowi, że przyjdę, jak tylko wszystko ogarnę.

– Powiem mu – obiecała. – Ale pamiętaj, żeby wejść do sekretariatu, gdy tylko będziesz na miejscu.

Czułam, że czeka, aż zapytam, o co chodzi, ale nie zamierzałam tego robić. Jeśli dyrektor czegoś ode mnie chce, to wolę usłyszeć to bezpośrednio od niego. Zresztą nie podejrzewałam, by to było coś złego, bo nie miałam nic na sumieniu.

Na wszelki wypadek zadzwoniłam do Reni, mojej najbliższej koleżanki z pracy. Razem zaczynałyśmy, mamy podobne podejście do pracy i dobrze się rozumiemy. Ona pracuje z trochę młodszymi dzieciakami, tymi z gimnazjum, ale czasami jeździmy na wspólne wycieczki.

– Reniu, jakaś afera na szczycie? – zapytałam bez zbędnych wstępów.

– Nic nie słyszałam. A co się dzieje?

– Właśnie nie wiem. Sekretariat mnie wzywa – wyjaśniłam.

– Trzęsienia ziemi nie było, więc pewnie nie masz się czego obawiać. – Roześmiała się. – Najwyżej mały opiernicz o jakąś błahostkę. Pomyśl, może używałaś czyjegoś kubka?

Też parsknęłam śmiechem. Renia jest naprawdę w porządku.

Po takiej informacji spokojnie załatwiłam to, co zaplanowałam, i dopiero pół godziny przed pierwszym pacjentem dotarłam do ośrodka.

– Jestem – oznajmiłam, wchodząc do sekretariatu. – Mogę do szefa?

– A po co?

– Przecież chciał mnie widzieć – przypomniałam.

– Nie on.

– A kto?

– Ja. – Anka wyprostowała się na swoim biurowym fotelu. – Mam do ciebie pytanie.

– I nie mogłaś go zadać przez telefon? – Zdziwiłam się, przekonana, że chodzi o jakieś dane do kolejnych sprawozdań albo uzupełnienie braku w dokumentacji.

– Nie mogłam, bo zaraz byś się wykręciła – odpowiedziała szczerze. – A ja muszę wiedzieć.

– Dobra, to mów, o co chodzi, bo za chwilę mam pacjenta. – Usiadłam na krzesełku z drugiej strony biurka.

– Kiedy mam cię umówić na badania?

No tak! Okazuje się, że nie zapomnieli o mnie, na co w duchu liczyłam. Czyli musiałam grać w otwarte karty.

– Nie będę brała w tym udziału.

– To niemożliwe. – Anka pokręciła głową. – Wszystkie muszą. Dyrektor wyraźnie powiedział. Podobno ci z gminy zlecili dopilnowanie tego. Pewnie chcą sobie poprawić jakieś wskaźniki czy coś. No wiesz, że dbają o personel – dodała konfidencjonalnym szeptem. – Naciskają na szefa, a ty jesteś ostatnia.

– Przecież nie można nikogo zmuszać do czegoś takiego – zaprotestowałam.

– Jasne, że nie można. Tylko wiesz, jak jest. Gmina nas finansuje, a jak tam się na nas obrażą, to szef też nie będzie zadowolony. – Popatrzyła na mnie i zmarszczyła brwi. – Serio chce ci się kłócić o jakieś tam USG? Opłaca ci się?

Wiedziałam, że ma rację, Po pierwsze: wolałam nie złapać minusa u dyrektora, zwłaszcza że nie raz szedł mi na rękę. Po drugie: mogłam się postawić, ale czy nie będzie rzeczy, o które będę chciała zawalczyć dla moich dzieciaków? A jak teraz wyczerpię cierpliwość szefa, to potem już trudniej będzie coś uzyskać. Fakt, nie opłacało mi się.

Ale po trzecie: ja nie chciałam iść na te badania. Naprawdę. Nie patrz tak na mnie, dobrze? Nie chciałam i już.

Przez chwilę ważyłam w myślach wszystkie za i przeciw.

– To na kiedy cię umówić? – Anka przerwała walkę toczącą się w mojej głowie.

– Wszystko jedno. – Machnęłam ręką i zacisnęłam z wściekłości zęby.

– To może miejmy to wszyscy jak najszybciej za sobą – zaproponowała. – Pojutrze jest wolny termin. Może być?

Pokiwałam głową.

– Poczekaj, zadzwonię i potwierdzę.

Co miałam robić? Zrezygnowana patrzyłam, jak wybiera numer przychodni, i słuchałam krótkiej wymiany zdań.

– Dobrze, rozumiem, pojutrze na szesnastą trzydzieści.

Odłożyła słuchawkę i spojrzała na mnie pytająco.

– Słyszałaś?

– Tak.

– Tu masz adres. – Podała mi wizytówkę. – Tam jest taka lista. Nie zapomnij się podpisać, jak będziesz już po badaniu.

Wzięłam kartonik i bez słowa wyszłam z sekretariatu. Do tej pory czuję wściekłość. Bo sama powiedz, czy to nie jest zwyczajne nękanie? Jakim prawem ktoś czepia się moich cycków i mówi mi, co mam z nimi robić? Owszem, jestem mało delikatna, ale naprawdę mnie to wkurza. Nawet nie wiesz, jak bardzo.

Domyślasz się, że wróciłam do domu w kiepskim nastroju. Po tej akcji w sekretariacie nie mogłam się skupić i chociaż zawsze w kontakcie z pacjentami staram się odłożyć na bok własne sprawy, żeby całą uwagę poświęcić ich problemom, to wczoraj udawało mi się to z trudem. Po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę, gdy za ostatnim z nich zamknęły się drzwi.

– A co ty? Chora jesteś? – Usłyszałam w rejestracji, gdy oddawałam klucz od gabinetu.

– Nie, wszystko okej – odpowiedziałam i miałam nadzieję, że brzmi to przekonująco.

Musiałam chyba nie wyglądać zbyt dobrze. No i nie miałam ochoty na żadne pogawędki, a zwykle zatrzymywałam się u dziewczyn chociaż na chwilę. To pewnie dlatego zainteresowały się moim samopoczuciem. Jednak nie zamierzałam o tym rozmawiać.

– Pa, do jutra! – Pomachałam ręką i szybko wyszłam.

Całe popołudnie nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Z jednej strony nie miałam ochoty, by cokolwiek robić, z drugiej, kiedy się kładłam, to od razu myśli kłębiły mi się w głowie i nie pozwalały na reset. Z tego wszystkiego zaczęłam sprzątać. Popatrz, jak wszystko błyszczy! Naprawdę dawno nie było tu tak czysto. Zajrzałam w każdy kąt, bo powierzchnia jest przecież niewielka, a ja musiałam czymś zapełnić całe popołudnie. Przynajmniej takie korzyści przyniosło to wszystko.

Miałam nadzieję, że po sprzątaniu będę już na tyle zmęczona, że bez problemu zasnę. Wizja przewracania się z boku na bok przez pół nocy wcale mnie nie zachwycała. Zwykle zasypiałam bez problemu, ale czułam, że tym razem może być inaczej.

W sumie mogłam gdzieś wyjść, ale na spotkania z ludźmi też wyjątkowo nie miałam ochoty. Przecież nie zdołałabym prowadzić niezobowiązujących rozmów, więc nie byłabym dobrym partnerem do spędzenia wesołego wieczoru. Poza tym chciałam uniknąć kolejnych pytań o samopoczucie, zdrowie i tak dalej. Uznałam, że lepiej zostać w domu, nawet jeżeli przyjdzie mi się męczyć z samą sobą.

Jesteś zdziwiona? Dlaczego? A, tak, bo zawsze tryskam dobrym humorem i kipię energią. Wiem, wiem, wciąż ktoś mi to powtarza. Owszem, staram się i generalnie mam pozytywne nastawienie do świata i ludzi. Tak, nieczęsto zdarzają mi się takie psychiczne dołki. Tylko że każdego czasami dopada zły nastrój. Człowiek ma w sobie różne emocje i trzeba je przyjmować. Nie da się odciąć od tych mniej miłych, a odczuwać tylko te, które są przyjemne. Jeżeli chcemy odczuwać radość i szczęście, trzeba też przyjmować smutek i złość. Dlatego próbowałam, jak przystało na specjalistę od ludzkich problemów, zaakceptować targające mną emocje. Chociaż przed tobą nie będę ukrywać, że to nie takie proste. Bo teoria teorią, ale w praktyce nie zawsze bywa łatwo. Zwłaszcza gdy trzeba się mierzyć z czymś, co naprawdę jest dla człowieka trudne.

Dobra, dość tego filozofowania, wracam do faktów. Kiedy już skończyłam porządki i miałam nadzieję na szybki finał tego niezbyt udanego dnia, usłyszałam pukanie do drzwi. Prawdę mówiąc, nie zamierzałam otwierać. Na nikogo nie czekałam i z nikim nie chciałam się widzieć.

I wtedy wyszło na jaw, że posiadanie psa ma też swoje minusy. Atos zareagował natychmiast. Podbiegł do drzwi i zaczął piszczeć. A ogon mało mu się nie urwał, tak nim machał. Po jego zachowaniu zorientowałam się, że za drzwiami najpewniej stał ktoś, kogo pies znał. Jasne, to wcale nie znaczyło, że muszę otwierać, ale kiedy piszczenie przerodziło się w szczekanie i skoki na drzwi, nie wytrzymałam.

– Cześć! – Julia wyraźnie się ucieszyła, widząc mnie w progu. – Już myślałam, że cię nie ma.

Mogłam wytrzymać jeszcze chwilę – pomyślałam.

– Wpadłam zapytać, czy jesteście już po wieczornym spacerze? Bo my właśnie wychodzimy. – Wskazała wzrokiem na Portosa. – Pomyślałam, że może pójdziemy razem? Bracia się dawno nie widzieli i chyba są stęsknieni swojego towarzystwa. – Uśmiechnęła się.

Rzeczywiście, oba psy usiłowały wsadzić głowy przez szparę w drzwiach. Popiskiwały przy tym radośnie.

W pierwszej chwili chciałam odmówić, ale pomyślałam, że właściwie od powrotu z pracy prawie wcale nie poświęciłam czasu Atosowi. Zajęta swoimi rozmyślaniami, trochę zapomniałam o czworonożnym przyjacielu. Należało mu się jakieś zadośćuczynienie, a przecież na spacer i tak musiałam z nim wyjść.

– Niech będzie – zdecydowałam. – Już idziemy.

Sięgnęłam po smycz. Pies nie posiadał się ze szczęścia. Ja nie podzielałam jego zachwytu, ale starałam się nie dać tego po sobie poznać.

Na szczęście Julia chyba nie zauważyła mojego nastroju. Za to ja od razu wyczułam, że ma mi coś do powiedzenia i już nie może wytrzymać, by to zrobić.

Miałam rację. Gdy tylko wyszłyśmy z bloku, od razu zaczęła mówić.

– Wiesz, według mnie ta terapeutka, do której chodzę, to doskonały fachowiec.

– Cieszę się, że ci odpowiada – odparłam.

Nigdy nie reaguję emocjonalnie na opinie wyrażane przez ludzi o terapeutach. Wiem doskonale, że ich wykształcenie i kompetencje są bardzo ważne, ale tak naprawdę pacjenci nie o tym mówią, gdy chwalą lub krytykują. Niejednokrotnie słyszałam, jak ktoś krytykował moich kolegów po fachu i zarzucał im brak umiejętności, a w gruncie rzeczy chodziło o zupełnie inne rzeczy. Bywa, że pacjent nie jest tak naprawdę gotowy na terapię albo nadal próbuje uniknąć niewygodnych dla siebie tematów. Jest jeszcze mnóstwo zupełnie nieracjonalnych czynników mogących wpływać na ocenę naszej pracy. Czasem wystarczy, by terapeuta był podobny do kogoś nielubianego albo jakiś szczegół skojarzył się pacjentowi z trudnym wydarzeniem, i już trudno o nić porozumienia w czasie sesji.

Skoro jednak Julia twierdziła, że jej terapeutka jest wspaniała, to oznaczało, że udało im się nawiązać dobry kontakt. Tylko i aż tyle. Na początek wystarczy.

– Bardzo mi odpowiada – kontynuowała tymczasem Julia. – Nie wiem, jak ci dziękować, że zasugerowałaś mi ten rodzaj pomocy w rozwiązaniu moich spraw. Naprawdę jest mi o wiele łatwiej niż wtedy, gdy próbowałam sama wszystko załatwić.

To mnie akurat nie dziwiło.

– Dużo więcej teraz rozumiem, na wiele spraw spojrzałam inaczej. To trochę tak, jakbym zaczęła oglądać swoje życie z zewnątrz. Niesamowite, naprawdę! – Była bardzo podekscytowana całą sytuacją. – Tylko widzisz, nadal nie mogę się zdecydować, co robić dalej. To chyba największy mój problem. Cały czas o tym rozmawiamy, ale nie potrafię jeszcze podjąć racjonalnej decyzji. Mam wrażenie, że wciąż działam pod wpływem emocji, a niektórych nawet jeszcze sobie nie uświadamiam…

Mówiła dużo i szybko, ale nie przeszkadzało mi to. Rozumiem ludzi, którzy muszą się wygadać, choć ja akurat do takich nie należę. Ale polubiłam tę młodą dziewczynę i naprawdę życzyłam jej jak najlepiej. Normalnie pewnie bardziej bym się zaangażowała, ale trafiła na słaby moment. Na szczęście zdawało jej się to nie przeszkadzać.

Spacerowałyśmy chyba z godzinę. Psiaki były już tak zmęczone wspólnymi gonitwami, że ziajały głośno, a różowe języki zwisały im z pysków.

– Chyba pora wracać do wodopoju – stwierdziłam.

– Fajnie, że mnie wysłuchałaś – powiedziała Julia, gdy się rozstawałyśmy. – Nie wiem, jak ci się za wszystko odwdzięczę.

– Po prostu bądź szczęśliwa – odparłam. – To mi wystarczy.

I powiem ci, że ten spacer połączony ze zwierzeniami był chyba tym, co sprawiło, że gdy tylko umyłam się i położyłam, od razu zapadłam w głęboki sen.

A dzisiaj? Cóż, mam nadzieję, że rozmowa z tobą też mi dobrze zrobi i jakoś przetrwam noc. Jutro te cholerne badania. Ale powiedziałam sobie: trudno, nie mam wyjścia. Zrobię je i niech mi już nikt więcej głowy nie zawraca niczym podobnym.

Nawet nie wiem, jak mam ci to wszystko opowiedzieć. Tak z ręką na sercu, to wolałabym wymazać ostatni czas z pamięci. Wydawało mi się, że już doszłam do takiej zgody z samą sobą, że nie potrzebuję niczego wypierać, nie muszę udawać, że się nie zdarzyło. Owszem, wszystko ma jakiś sens, jest częścią historii, która nas kształtuje, ale okazuje się, że nadal z wieloma rzeczami sobie nie poradziłam. I właśnie one wypełzły z zakamarków mojej pamięci.

Podświadomie czułam, jak się ta historia potoczy. Usiłowałam oponować, ale w sumie potem sama poszłam wprost w paszczę lwa. Z głupią nadzieją na szczęśliwe zakończenie. A tymczasem nie dosyć, że wszystko, co tak długo układałam i porządkowałam, znowu rozsypało się jak domek z kart, to jeszcze na domiar złego zaczęło mnie to dotyczyć jeszcze bardziej niż kiedyś. O ile to w ogóle możliwe. Ale tak właśnie czuję.

Gdybym nie poszła na te badania…

Cóż, poszłam. Już tego nie cofnę.

Od tego czasu minęło zaledwie kilkadziesiąt godzin, a ja mam wrażenie, jakby to się działo bardzo dawno temu. A raczej jakby to był film, który oglądałam i którego fabułę pamiętam jak przez mgłę, bez szczegółów.

Nie pytaj mnie, proszę, o wygląd gabinetu i czy lekarz miał brodę. Serio, nie pamiętam. Zresztą nie zwracałam na to uwagi. Chyba było zwyczajnie, przeciętnie, jak wszędzie.

Weszłam, podałam swoje dane, rozebrałam się i położyłam na leżance.

– Proszę się rozluźnić – powiedział lekarz.

Ten moment pamiętam, bo mnie zirytował. Obcy facet dotyka moich piersi, a ja mam się rozluźnić? A co to, spontaniczna randka? Co ty, nie jestem pruderyjna, rozumiem, że lekarz ma swoje obowiązki i tak dalej, ale to jego stwierdzenie wydało mi się nie na miejscu. Może dlatego, że w ogóle byłam podenerwowana? Sama nie wiem…

Co dalej? Właściwie nie ma o czym opowiadać. Badanie trwało chwilę, nie wiem, czy tyle, co wszystkie, bo brakuje mi możliwości dokonania porównania. Doktor patrzył w monitor, a ja w białą świetlówkę na suficie. Pamiętam, że myślałam cały czas o tym, kiedy skończy i będę mogła stamtąd wyjść.

– Dziękuję, skończyłem, proszę się wytrzeć. – Podał mi rolkę papierowych ręczników. – A potem może się pani ubrać.

Odetchnęłam z ulgą. Otarłam bezbarwny żel ze skóry i włożyłam bluzkę. Z torebką przewieszoną przez przedramię stanęłam przy drzwiach gabinetu.

– Dziękuję i do widzenia – powiedziałam, sięgając do klamki.

– Proszę poczekać. – Zatrzymał mnie i wskazał krzesełko po drugiej stronie biurka.

– Powiedział pan, że już po badaniu.

– Owszem, ale chciałbym omówić wynik…

– Nie interesuje mnie to. – Pokręciłam głową. – Przyszłam tu, bo musiałam. Miałam zrobić USG. Zrobiłam. Reszta mnie już nie dotyczy.

– A jednak dotyczy – powiedział spokojnie, ale stanowczo. – Bardziej, niż się pani wydaje. Proszę usiąść i posłuchać.

No, to