Rok na Kwiatowej. Tom 5. Zapach bzu - Karolina Wilczyńska - ebook

Rok na Kwiatowej. Tom 5. Zapach bzu ebook

Karolina Wilczyńska

4,1

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Z nowym sezonem na Kwiatowej rozkwitają nowe przyjaźnie!

Jeśli nie mieliście jeszcze okazji poznać lokatorek z bloku przy ulicy Kwiatowej – nie szkodzi! Poznajcie ich nowych sąsiadów, których ścieżki połączył nieoczekiwany prezent od losu znaleziony w podziemnym garażu...

Julia jest młodą i sympatyczną studentką, lecz niestety nie ma zbyt wielu przyjaciół, bo nie czuje się pewnie wśród ludzi. Brak jej przebojowości – również w relacjach z rodzicami, którzy są wobec niej zanadto wymagający i nadopiekuńczy. Czy Julia znajdzie w sobie dość sił i odwagi, by choć raz postawić na swoim? I czy spotka wreszcie kogoś, komu będzie mogła zwierzyć się ze skrzętnie skrywanego przed światem smutku?

Nowi bohaterowie i nowe historie zawitają tej wiosny na Kwiatową!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 372

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność



Podobne


Dotychczas w serii „Rok na Kwiatowej” ukazały się:

Wędrowne ptaki

Zamarznięte serca

Dotyk słońca

Owoce miłości

Copyright © Karolina Wilczyńska, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Katarzyna Smardzewska | panbook.pl

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Maciej Majchrzak

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Damasiewicz

Fotografie na okładce: © Timonko | stock.adobe.com

© Marina Andrejchenko | stock.adobe.com

© Varvara Kurakina | Depositphotos.com

© Pavlo Vakhrushev | Depositphotos.com

© Slavetskaya Natalia | Depositphotos.com

Fotografia autorki: Studio Fot Molly Polly

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN978-83-7976-192-0

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Mglisty marcowy poranek sprawił, że trudno było dojrzeć coś więcej niż zarys postaci, która z dużym tekturowym pudłem w dłoniach zmierzała w stronę najwyższego bloku na Kwiatowej. Wzrost i szerokość pleców wskazywały raczej na mężczyznę. Tajemnicza osoba z pewnością nie chciała być rozpoznana, bo nasunęła na głowę kaptur ciemnej kurtki.

Człowiek zwolnił przy altanie śmietnikowej i pochylił się, żeby postawić przy metalowych drzwiach swój bagaż. Odgłos podnoszącej się bramy podziemnego garażu nieoczekiwanie przerwał ciszę. Nieznajomy drgnął, na powrót chwycił pudło i skrył się wraz z nim za pobliskim krzewem.

Kiedy samochód wyjechał, zakapturzona postać rzuciła kilka spojrzeń na boki i upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu, biegiem ruszyła w stronę wjazdu. Choć paczka wyglądała na dosyć ciężką, to zanim brama opadła, przechodniowi udało się zniknąć w ciemnym wnętrzu podziemnego garażu.

Kilka minut później drzwi prowadzące na klatkę schodową otworzyły się i nieznajomy opuścił budynek. Rozejrzał się raz jeszcze, upewnił, że nikt go nie widzi, wbił ręce w kieszenie kurtki i ruszył Nowym Światem w kierunku urzędu wojewódzkiego.

– Jeżeli natychmiast nie wstaniesz, spóźnisz się do szkoły. – Danuta stanęła w drzwiach pokoju syna i z dezaprobatą spojrzała na wystającą spod kołdry stopę.

Miała po dziurki w nosie powtarzania codziennie tego samego. Doskonale wiedziała, jaka będzie odpowiedź.

– Już wstaję. – Mruknięcie chłopaka było ledwie słyszalne, bo kiedy dziesięć minut wcześniej podniosła rolety, nakrył głowę granatowym pledem.

– Słyszę to już trzeci raz. – Kobieta westchnęła z rezygnacją. – Zaraz muszę wychodzić, nie mam czasu na takie zabawy – dodała z rozdrażnieniem.

– Dobra, dobra, już…

Tym razem nie uwierzyła w jego zapewnienia i nie wyszła z pokoju. Stała oparta o framugę drzwi, bacznie obserwując poczynania syna. Dopiero kiedy usiadł na brzegu łóżka i przetarł oczy, pokręciła głową, a następnie opuściła pomieszczenie.

Jak to możliwe, że prawie dorosły chłopak nie potrafi wstać o umówionej porze? – zastanawiała się, pakując dokumenty do plastikowej teczki. W tym wieku powinien już chyba umieć się zorganizować.

– Jest coś do zjedzenia? – Chłopak stanął w drzwiach kuchni i przeciągnął się.

– Śniadanie stoi na stole – poinformowała. – Tylko schowaj do lodówki to, co zostanie, dobrze?

Mruknięcie dobiegające od strony stołu miało chyba oznaczać odpowiedź, jednak Danuta wiedziała, że po powrocie z pracy zastanie na stole przyschnięte resztki. Zawsze tak było i nie mogła zdecydować, czy naprawdę o tym zapominał, czy raczej robił jej na złość.

Michał, nazywany przez nią Misiem, jej jedyne dziecko, ukochany synek, budził w niej czasami bardzo sprzeczne emocje. Coraz częściej odnosiła wrażenie, że kiedy miał mniej lat, łatwiej mogła wyegzekwować od niego pewne rzeczy i lepiej wywiązywał się ze swoich obowiązków niż teraz, gdy był prawie dorosły.

– Jutro po południu spotykam się z klientem. – Otworzyła kalendarz w telefonie i spojrzała na plan najbliższych pięciu dni. – Musisz sam pojechać na angielski, ale odbiorę cię po zajęciach.

To był ich rytuał. W każdy poniedziałek rano informowała syna o swoich planach i ustalała ewentualne zmiany lub wprowadzała poprawki. Znała rozkład zajęć Michała, więc była to właściwie formalność, ale wprowadzała w ich życie porządek. Dzięki temu każdy wiedział, co ma robić, tak przynajmniej uważała Danuta.

– Wtorek i środa bez zmian – kontynuowała, marszcząc brwi w skupieniu. – W czwartek masz kontrolę u ortodonty, pamiętasz?

– Tak – potwierdził syn. – Ale chciałem iść do Mikołaja. Mieliśmy się z chłopakami pouczyć matmy.

– Wizyta została umówiona dwa miesiące temu, wiedziałeś o tym. Do kolegi możesz pójść później.

– Ale wszyscy przyjdą wcześniej.

– W takim razie pouczysz się sam, w domu – ucięła krótko. – Nie po to wydałam pieniądze na twój aparat, żeby teraz to zmarnować. Równe, zdrowe zęby to ważna rzecz. Mój syn nie będzie wyglądał jak jakiś zaniedbany przez rodziców dzieciak. A wracając do tematu: piątek bez zmian. – Zamknęła klapkę telefonicznego etui. – No, to wszystko ustalone.

Włożyła smartfon do kieszonki bordowej skórzanej torebki i starannie zasunęła suwak.

– Masz dzisiaj jakiś sprawdzian? – zapytała, podnosząc ostrożnie filiżankę z kawą. Jeszcze tego brakowało, żeby oblała żakiet albo bluzkę. Nie miała czasu na przebieranie się, rano każda minuta była cenna. Już to, że musiała tyle razy budzić syna, zabrało jej chwilę na spokojne wypicie kawy i powtórzenie w myślach zaplanowanych na ten dzień zajęć.

– Chyba nie. – Chłopak wzruszył ramionami.

– Jak to: chyba? Nie wiesz? – W głosie Danuty zadźwięczały ostrzejsze nuty.

– Wydaje mi się, że nie, ale mogłem o czymś zapomnieć. – Nie wyglądał na przejętego.

– Drażnisz się ze mną? Chcesz mnie zdenerwować?

– A po co? – Spojrzał na matkę ze szczerym zdziwieniem.

– Właśnie nie wiem. Ale trudno mi uwierzyć, że tak spokojnie przyjmujesz możliwość niepamiętania o obowiązkach.

– Jak zapomniałem, to chyba niepokój nic mi nie pomoże, prawda?

Nie sposób było odmówić logiki temu stwierdzeniu, ale Danuta miała wrażenie, że podszywało je lekceważenie. Niby odpowiedział grzeczne, ale prowokacyjne. Postanowiła nie dać mu się wyprowadzić z równowagi. Nie znosiła kłótni i awantur. Według niej kulturalni ludzie inaczej powinni rozwiązywać problemy.

– Wolałabym, żeby twój spokój wynikał raczej z poczucia dobrego przygotowania do zajęć i pamiętania o wszystkim.

– Jestem człowiekiem, a nie maszyną. – Wbił zęby w kanapkę z żółtym serem. – Mogę czegoś nie pamiętać – dodał z pełnymi ustami.

– Najpierw przełknij, potem mów – odruchowo zwróciła mu uwagę. – A jeśli nie ufasz swojej pamięci, używaj notesu lub kalendarza. Odpowiedzialni ludzie tak robią. Rozumiemy się?

Syn pokiwał głową, ale ona nie wiedziała, czy na znak akceptacji, czy raczej z politowaniem.

– Mógłbyś odpowiedzieć. – Odstawiła filiżankę odrobinę zbyt mocno i brzęk naczynia zdradził, że ledwie panuje nad sobą.

Chłopak wskazał na wypchane chlebem usta i rozłożył ręce.

Pobił mnie moją własną bronią – pomyślała, po czym zacisnęła wargi i zgarnęła ze stołu teczki z dokumentami.

– Obiad będzie o szesnastej trzydzieści – oznajmiła chłodno. – Nie spóźnij się.

Już nawet nie spojrzała na syna, bo nie chciała się bardziej denerwować.

Stanęła przed dużym lustrem w przedpokoju i popatrzyła na swoje odbicie. Poprawiła apaszkę, a fałdę na spódnicy rozprostowała stanowczym ruchem. Teraz jest idealnie – pomyślała z satysfakcją. – Profesjonalnie, elegancko, na poziomie.

Te trzy określenia – idealnie, elegancko, na poziomie – stanowiły jej dewizę życiową. Jeżeli coś zasługiwało na takie miano, było dla Danuty dobre. Cała reszta, która nie spełniała tych standardów, wymagała albo poprawy, albo odrzucenia. Dotyczyło to wszystkiego, włącznie z nią samą, jej domem i rodziną. Tak, wysoko stawiała poprzeczkę.

Gdyby nie ambitne cele, nie byłabym tu, gdzie jestem – lubiła mawiać w chwilach, gdy ktoś chwalił jej osiągnięcia zawodowe, piękne mieszkanie bez śladu kurzu albo sukcesy syna.

Teraz, o siódmej piętnaście, w ciepły marcowy poranek, powtórzyła w myślach to samo. Tyle że zamiast pełnych podziwu oczu rozmówcy zobaczyła smutny wzrok kobiety ubranej w granatowy żakiet i kremową bluzkę.

No właśnie – pomyślała. – Jestem tu, gdzie jestem. Tylko chyba nie tak miało być…

Natychmiast jednak odrzuciła tę niewesołą refleksję. Nie mogła sobie pozwolić na rozczulanie się nad swoim losem. Trudne chwile są sprawdzianem dla naszych wartości – tak też zwykła mawiać. Co nas nie zabije, to nas wzmocni – dodawała. Zazwyczaj wtedy, gdy ktoś narzekał. Teraz musiała powiedzieć tę mądrość samej sobie. Nie było to takie proste i oczywiste, jak się wydawało, gdy dotyczyło innych, ale Danuta nie zamierzała się poddawać. Zawsze na pierwszym miejscu stawiała ambicje, a to wykluczało okazywanie słabości czy przyznanie się do porażki. Jej życie ma być idealne, eleganckie i na poziomie. I nie pozwoli, żeby ktokolwiek pomyślał inaczej. Już ona o to zadba.

Może zacznę od tego, że nie spóźnię się do pracy – upomniała się w myślach. Zerknęła na zegarek i natychmiast sięgnęła po płaszcz.

– Misiu! – podniosła głos, starając się przekrzyczeć szum wody dobiegający z łazienki. – Wychodzę!

Odpowiedź do niej nie dotarła i znowu nie wiedziała, czy syn nie usłyszał, czy po prostu nie chciało mu się pożegnać.

Wieczorem z nim porozmawiam – zdecydowała. – Tak nie może być. To niedopuszczalne, żeby syn lekceważył matkę. Może w jakichś patologicznych rodzinach tak jest, ale na pewno nie w porządnym domu.

Idealnym i na poziomie – chciałoby się dodać.

Norbert lubił wspólne śniadania. Zresztą obiady i kolacje również. Dlatego jego zdaniem najważniejszym meblem w domu był stół. Kiedy oglądał mieszkanie do wynajęcia, zawsze zwracał uwagę na to, czy jest w nim odpowiednie miejsce na ustawienie ulubionego mebla. I w każdym dotychczasowym lokum takie miejsce znajdował. Tak było i tutaj, na Kwiatowej. Wystarczyłyby im dwa pokoje, ale Norbert zdecydował się na to mieszkanie z trzema, bo salon wyglądał na idealny do celebrowania wspólnych posiłków.

Pomyśleć, że miał wylądować na wysypisku śmieci. – Mężczyzna pogładził dłonią drewniany blat.

Doskonale pamiętał dzień, kiedy znalazł go przy kontenerach na śmieci. Stary stół leżał przygnieciony frontami mebli na wysoki połysk i wyblakłymi poduchami od pamiętającej lepsze czasy kanapy. Gdyby nie rzeźbione nogi, pewnie nie zwróciłby na niego uwagi. W tej okolicy często można było napotkać podobne widoki. Osiedle wybudowano ponad pięćdziesiąt lat temu i pierwsze mieszkające tu pokolenie osiągnęło już podeszły wiek. Nekrologi na drzwiach klatek schodowych przestały być czymś niespodziewanym, a dzieci i wnuki po śmierci lokatorów pozbywały się niemodnych i zużytych mebli. Zbieracze surowców wtórnych natychmiast przywłaszczali sobie metalowe części, ubrania, czasami krzesła albo niewielkie szafki. Reszta, zwłaszcza ciężkie meblościanki czy sfatygowane tapczany, zostawała pod śmietnikową altaną, czekając na przyjazd śmieciarki zabierającej odpady o większych gabarytach.

Norbert zwykle omijał te cmentarze minionych czasów bez większego zainteresowania, ale tamtego popołudnia rzeźbiona noga przykuła jego uwagę. Podszedł bliżej i odkrył kolejne trzy, a nad nimi gruby drewniany blat. Nie znał się na tym, nie wiedział, czy mebel ma jakąś wartość, ale nie to go w nim pociągało. Przesuwając dłonią po sfatygowanym blacie, pomyślał o tych wszystkich ludziach, którzy przy nim siedzieli. Od razu przed oczami stanęła mu rodzina, taka wielopokoleniowa, w której starsi odchodzili, młodzi dorastali i cały czas towarzyszył im ten stół, przy którym jedli. I zdecydował, że nie pozwoli mu skończyć na wysypisku czy w jakimś piecu.

Nie było łatwo. Musiał znaleźć miejsce, w którym mebel poczekałby na jego pierwsze samodzielne mieszkanie. W akademiku nie ustawiłby takiego sprzętu, zresztą nie chciał się nikomu tłumaczyć. Wątpił, żeby koledzy zrozumieli takie sentymentalne podejście do jakiegoś starego rupiecia. Nawet Dominik uznał, że to przesada.

– Po co nam taki grat? – powiedział. – Kupimy sobie coś nowoczesnego.

Ale Norbert był nieugięty i taszczył mebel do każdego mieszkania, które wynajmowali w ciągu ostatnich pięciu lat. Nie pozwolił też go odnowić, bo za każdym razem, gdy przesuwał dłonią po nierównościach blatu, miał wrażenie, jakby to jego przodkowie jadali przy tym stole.

Teraz też to poczuł. Na szczęście Dominik był w łazience, bo z pewnością rzuciłby jakąś ironiczną uwagę.

Norbert rozstawił talerze, koszyczek z pieczywem i dzbanek z herbatą. Przy nakryciu Dominika postawił jego ulubiony kubek, przy swoim zwyczajną szklankę z uszkiem. Każdy czuje do czegoś sentyment – pomyślał, patrząc na kwiatuszek namalowany na kubku. – Dominik nie wyobraża sobie picia z innego naczynia, ja mam swój stół.

– Jestem głodny jak wilk.

Głos Dominika wyrwał go z zamyślenia. Spojrzał na mężczyznę owiniętego w pasie ręcznikiem i uśmiechnął się.

– Nie zauważyłem, jak wszedłeś.

– Powinienem się obrazić. – Mężczyzna wydął usta. – Ale ci wybaczę, jeśli powiesz, że dobrze wyglądam.

– Wyglądasz doskonale.

– I nie zamierzam tego zmieniać. – Dominik przeczesał palcami mokre włosy. – Dlatego skoczę dziś na siłownię. Naprawdę, ten nowy trener jest doskonały. Powiedziałem mu o problemie z kręgosłupem i tak ustawił mi trening, że nie tylko nic mnie już nie boli, ale jeszcze cała moja sylwetka wygląda o wiele lepiej. – Roześmiał się głośno, zerkając na swoje odbicie w okiennej szybie.

– Zjesz jajecznicę? – zapytał Norbert.

Usiłował zrozumieć Dominika, ale jego przesadna dbałość o wygląd bywała irytująca. Zawsze rano okupował łazienkę tak długo, że tylko zdalna praca Norberta z domu chroniła go przed codziennym spóźnianiem się. Czasami jednak, tak jak dzisiaj, musiał spotkać się z klientem w biurze i wtedy bywało ciężko.

Dlatego właśnie wstał bladym świtem, zanim Dominik zdecydował się wyjść spod kołdry. Norbert zdążył wziąć prysznic, ogolić się i jeszcze poszedł do pobliskiej Żabki po świeże pieczywo. Może przez wczesną pobudkę był mniej wyspany, ale za to uniknął nerwów. I nie musiał po raz kolejny słuchać wywodu Dominika o tym, że współczesny mężczyzna powinien o siebie dbać.

Norbert nie miał nic przeciwko dbaniu o siebie i oczywiście to robił. W swoim mniemaniu wystarczająco. Miał dobrą wodę po goleniu, raz w miesiącu odwiedzał fryzjera, generalnie starał się być czysty, schludny i pachnący. Nadążał też za trendami w modzie. I to mu wystarczało. Unikał więc dyskusji na ten temat i przestał dopytywać, co Dominik robi tak długo w łazience i co zawierają buteleczki oraz pudełeczka, których cały rząd stał na jego półce w łazience.

– Hej, pytałem o coś! – powiedział głośniej.

– Tak? – Dominik oderwał wzrok od swojego odbicia.

– Zjesz jajecznicę?

– Przecież wiesz, że po jajkach boli mnie żołądek.

– W takim razie usmażę porcję tylko dla siebie – zdecydował.

– A wiesz, to może dorzuć dla mnie jedno. Odrobina mi nie zaszkodzi, jak myślisz? – Spojrzał na niego pytająco.

– Na pewno nie – zapewnił Norbert i wbił na patelnię dwa dodatkowe jajka.

Już przywykł do podobnych scenariuszy. Dominik bardzo troszczył się o swoje zdrowie. Może dlatego, że w dzieciństwie często chorował? Norbert starał się o niego dbać, ale też znał go już na tyle dobrze, by wiedzieć, że chłopak czasami przesadza. Nigdy nie zrobiłby nic, co mogłoby mu zaszkodzić, czuł się za niego odpowiedzialny. Jednak w tym wypadku daleko posunięta ostrożność Dominika była przesadą. Norbert przerabiał takie sytuacje już nie raz.

– Smacznego – powiedział, stawiając na ceramicznej podstawce patelnię z jajecznicą.

Sam usiadł po przeciwnej stronie stołu i patrzył, jak Dominik nakłada sobie solidną porcję.

– Zrobisz zakupy, gdy będziesz wracał z siłowni? – zapytał, nalewając herbatę.

– Jeżeli muszę. – Skrzywił się. – Wiesz, będę rozgrzany po treningu, nie chciałbym się przeziębić… – Sięgnął po bułkę. – A ty nie możesz wyskoczyć? Zrobisz sobie przerwę, wstaniesz od tej deski…

– Dzisiaj mam spotkanie w biurze – wyjaśnił Norbert. – Nie wiem, jak długo potrwa.

– A, to dlatego jesteś już ubrany i pachniesz jak tester w drogerii – zażartował Dominik, ale spojrzał na niego uważnie. – Ale to klient czy klientka?

– Nie wiem. – Norbert wzruszył ramionami. – Jakaś firma chce zobaczyć projekt biurowca. Pojęcia nie mam, kto przyjdzie.

– Ale prosto po spotkaniu wracasz?

– Jasne. Zamówimy coś na obiad i zjemy razem – obiecał.

– Byle nie chińszczyznę, bo ostatnio sajgonki były takie tłuste, że czułem, jak mi się wątroba powiększa.

– W takim razie pomyśl, co chcesz. Mnie to obojętne.

Norbert otarł usta serwetką i wstał od stołu.

– Muszę lecieć, rano zawsze są korki, a nie mogę się spóźnić. Uważaj na siebie. – Popatrzył z troską na Dominika.

– Cześć – pożegnał go z uśmiechem, a Norbert pomyślał, że dzień, w którym się spotkali, był jednym z najszczęśliwszych dni jego życia.

Wyszedł z domu i w ramach dbania o kondycję postanowił zrezygnować z windy i zejść do garażu po schodach.

– Dzień dobry, mamo.

– Witaj, córeczko. Coś się stało, że tak wcześnie dzwonisz? – W głosie kobiety zabrzmiał niepokój.

– Nie, nie, wszystko w porządku – wyjaśniła Julia pospiesznie. – Chciałam tylko zapytać, czy nie zostawiłam u was wczoraj tego łososiowego szaliczka.

– Poczekaj, zaraz sprawdzę – odpowiedziała matka.

Julia usłyszała szuranie. Widocznie matka odłożyła telefon. Mimo to całkiem wyraźnie dobiegła do jej uszu rozmowa rodziców.

– Haniu, kto dzwonił?

– Julia. Pyta, czy nie zostawiła szaliczka. Nie widziałeś go może? Taki łososiowy, w drobne kwiatuszki…

– Kobieto, czy ja mam czas zwracać uwagę na wasze fatałaszki? Zresztą nawet nie wiem, co to za kolor.

– Dobrze, dobrze, sama poszukam…

– Swoją drogą, to ona kiedyś własną głowę zgubi. – W głosie ojca wybrzmiała wyraźna nagana. – Chirurg powinien być skoncentrowany i odpowiedzialny. Jak ona ma zamiar odpowiadać za ludzkie życie, jeśli szalika nie potrafi upilnować?

Julia westchnęła, słysząc te słowa. Pewnie ojciec miał rację, w końcu był najlepszym chirurgiem w województwie i jednym z lepszych w kraju. A nie znała bardziej odpowiedzialnego i skoncentrowanego człowieka niż on. Nie sądziła nawet przez chwilę, że mogłaby mu dorównać, ale miała nadzieję zasłużyć kiedyś na jego pochwałę. Na razie jednak nie zanosiło się na to.

– Halo, Julio, jesteś tam? – Głos matki ponownie zabrzmiał wyraźnie.

– Tak?

– Niestety, nie ma go. Jesteś pewna, że wczoraj go miałaś?

– Oczywiście – zapewniła.

– Szkoda by było, gdyby zginął…

– Pewnie zostawiłam go w samochodzie. – Julia już pożałowała, że zadzwoniła do rodziców.

Powinnam najpierw sprawdzić auto, a najlepiej w ogóle się nie odzywać – pomyślała. – Teraz będę musiała wysłuchać, jaki był ładny.

– Taki był ładny – powiedziała matka, jakby czytała w jej myślach. – I tak ci pasował do tej jasnej kurteczki.

– Spokojnie, na pewno się znajdzie. Zaraz zejdę do garażu i sprawdzę.

– Jak to możliwe, że tam został?

– Włączyłam ogrzewanie, zrobiło się gorąco, więc zdjęłam szalik i pewnie zapomniałam go wziąć, kiedy wysiadałam – wyjaśniła, by uspokoić matkę.

Niestety, jej tłumaczenia odniosły odwrotny do zamierzonego skutek.

– Jak to?! Wysiadłaś z ogrzanego samochodu na zimno z gołą szyją? To przeziębienie gotowe! Przecież wiesz, jaka jesteś delikatna! Tak łatwo łapiesz infekcje…

– Pewnie, niech się rozchoruje, to ją na zajęcia kliniczne nie wpuszczą i ciekawe, jak uzyska zaliczenie. – Usłyszała głos ojca.

Nie no, zaraz oszaleję! – pomyślała.

– Powiedz tacie, że jestem zdrowa i wszystko zaliczę, niech się nie martwi – starała się tłumaczyć spokojnie.

– Mówi, że zaliczy – przekazała matka.

– Mam nadzieję. – Ojciec odebrał żonie telefon i Julia usłyszała jego stanowczy głos tak wyraźnie, jakby stał tuż obok. – Wiesz, że moje nazwisko coś znaczy. Nie chciałbym żadnych niespodzianek…

– Oczywiście, wiem. – Odruchowo wyprostowała plecy, jakby ojciec mógł ją widzieć. Zawsze w jego obecności starała się wyglądać bez zarzutu.

– To dobrze. A teraz oddaję ci matkę, bo muszę wychodzić. Mam pierwszą operację o ósmej.

– Córeczko, to znowu ja. – Matka odzyskała telefon. – Jak ty się czujesz? Nie drapie cię w gardle? Głowa czasami cię nie boli?

– Mamo, naprawdę wszystko w porządku – zapewniła, starając się, by jej głos brzmiał przekonująco. – Jestem zdrowa, nic mnie nie boli, ale muszę kończyć, bo spóźnię się na zajęcia, a czeka mnie wykład z profesorem Śliwką i wolałabym, żeby nie miał do mnie żadnych uwag.

Ten argument powinien podziałać na matkę, tym bardziej że profesor słynął z tego, jak bardzo był wymagający. Tak naprawdę zaczynała zajęcia dopiero o dziesiątej, ale chciała już zakończyć tę rozmowę. Poprzedniego wieczora siedziała długo nad notatkami, właściwie to zarwała spory kawałek nocy i miała nadzieję jeszcze coś doczytać przed zajęciami. Czekało ją kolokwium, które chciała zaliczyć przy pierwszym podejściu. Zależało jej, bo zajęcia prowadził znajomy ojca, więc gdyby miała poprawkę, tata z pewnością dowiedziałby się o tym. A tego wolała uniknąć.

– Dobrze, córeczko. – Matka zareagowała na ten argument zgodnie z oczekiwaniem Julii. – Ale jak tylko zejdziesz do samochodu, od razu zadzwoń i powiedz, czy znalazłaś szaliczek. Tylko nie zapomnij, bo będę się denerwowała.

– Oczywiście, mamo, zadzwonię.

– I koniecznie weź coś innego na szyję… Bo jakby tamtego jednak nie było…

– Tak zrobię – obiecała i rozłączyła się.

Z westchnieniem opadła na krzesło. Miała nadzieję, że jeszcze przez godzinę poleży w szlafroku, przeglądając podręcznik, a teraz, przez swoją głupotę, będzie musiała się ubrać i zejść do garażu.

Co mnie podkusiło, żeby pytać o ten szalik o wpół do ósmej rano? – robiła sobie wyrzuty, patrząc na stertę notatek. – Ojciec ma rację, kiedy mówi, że powinnam być opanowana i najpierw myśleć, a potem działać. Staram się, ale czasami jeszcze mi to nie wychodzi. No i widać, jakie są tego efekty.

Niechętnie odstawiła kubek z kawą i szurając kapciami, poszła do łazienki. Łóżko kusiło, ale matka czekała na telefon. Gdyby do niej nie zadzwoniła, nie mogłaby się skupić, więc wolała załatwić sprawę jak najszybciej.

Ledwie otworzyła oczy, od razu sięgnęła po telefon. Zaczęła od przejrzenia Facebooka, sprawdziła Messengera, potem zalogowała się na forum swojego ośrodka, a na koniec zerknęła jeszcze, czy nie ma jakiegoś nieodebranego SMS-a. Bardzo myliłby się ten, kto sądziłby, że Kaja jest uzależniona od mediów społecznościowych i nie może żyć bez łączności z globalną siecią. Przeciwnie, ograniczała korzystanie z internetu do niezbędnego minimum.

Dlaczego więc najpierw po prostu nie wstała? Dlaczego nie zjadła śniadania, nie wzięła prysznica, nie poszła pobiegać? Przecież ludzie, którzy nie mają potrzeby ciągłego przebywania w wirtualnym świecie, robią wiele ciekawych rzeczy w realnym życiu. Owszem, Kaja też mogła robić to wszystko. Co więcej – jeszcze nie tak dawno robiła. Aż do owego feralnego czwartku.

Nigdy nie zapomni tamtego dnia. Zaczął się październik, ale jesień przez cały czas wyglądała tak, jakby dopiero kończyło się lato. Kaję obudziły słoneczne promienie, które łaskotały ją w nos.

Czeka mnie fajny dzień – pomyślała.

Wtedy jeszcze nie wiedziała, w jak wielkim błędzie była.

Zrobiła to, co robiła każdego dnia. Zjadła płatki z mlekiem, wypiła zieloną herbatę, pośpiewała pod prysznicem i włożyła, sama nie wiedziała, dlaczego tak dokładnie to zapamiętała, ulubione czerwone jeansy. A potem postanowiła skorzystać z pięknej pogody i pójść do pracy pieszo. Zachwycała się kolorowymi liśćmi, uśmiechała do przechodniów, po drodze kupiła sobie babeczkę z rodzynkami i myślała o tym, jakie życie jest piękne.

Z taką konkluzją przekroczyła próg ośrodka, w którym pracowała, i z uśmiechem na ustach weszła do rejestracji, żeby podpisać listę obecności.

– Cześć, dziewczyny! – rzuciła radośnie w kierunku recepcjonistek. – Pięknie jest, co?

Popatrzyły na nią ze zdziwieniem i w ogóle jakoś tak, że od razu uśmiech zniknął z jej twarzy.

– Co się stało? – zapytała.

– Jeszcze nie wiesz – bardziej stwierdziła niż zapytała Kinga.

– No nie wiem. O co chodzi?

– Dzwoniła matka tego Krzyśka, co przychodził do świetlicy. Pytała, czy będziesz…

– Dlaczego powiedziałaś „przychodził”? – Kaja przerwała koleżance i spojrzała na nią pytająco.

Kiedy myślała o tym później, stwierdziła, że znała odpowiedź. Miała jednak nadzieję usłyszeć coś innego. Nie usłyszała.

– On… nie żyje. – Kinga miała łzy w oczach. – Powiesił się rano.

Kaja odniosła wrażenie, jakby świat zamarł na chwilę porażony ogromem tej tragedii. Szesnastoletni Krzysiek, ten pyskaty, pierwszy do bitki, krnąbrny i lekceważący wszystkie autorytety – ten Krzysiek nie żył. I chociaż wiedziała, że oficjalna poza chłopaka przykrywała coś zupełnie innego, to i tak nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Czy on mógł zdobyć się na taki czyn?

Spotkała się potem z jego matką – zmęczoną, zastraszoną przez męża alkoholika kobietą, która kochała syna, ale nie potrafiła ochronić ani jego, ani siebie. Krzysiek próbował, ale nie miał szans z dużo silniejszym, agresywnym mężczyzną i frustrowało go to.

Kaja wiele razy rozmawiała z nim o sytuacji w domu, starała się wesprzeć chłopaka i pomóc mu przetrwać do czasu, aż będzie mógł się usamodzielnić. Starali się też tu, w ośrodku, znaleźć sposób, by skierować jego ojca na przymusowe leczenie, ale matka Krzyśka nie potrafiła podjąć zdecydowanych działań przeciwko swojemu dręczycielowi i sprawa się przeciągała. A Krzysiek nie wytrzymał. Po kolejnej kłótni z ojcem, po całonocnej szarpaninie i patrzeniu na jęczącą z bólu matkę, powiedział rano, że idzie do szkoły, a potem po prostu zszedł do piwnicy i…

Bardzo poruszyła ją śmierć tego chłopaka. Lubiła go i liczyła, że uda mu się poukładać sobie życie. Robiła, co mogła, żeby pomóc Krzyśkowi, i nie miałaby wyrzutów sumienia, gdyby po tej tragedii nie zajrzała na jego facebookowy profil. Nie trzeba było wielkiego fachowca, żeby stwierdzić, że chłopak wcale nie radził sobie tak dobrze, jak sądziła. Na dodatek ostatni post umieścił chyba chwilę przed podjęciem ostatecznej decyzji. Do dziś, gdy tylko o nim pomyśli, widzi to czarne tło i na nim biały napis: „Jest tam ktoś?”.

Nikt nie odpowiedział. A ona w tym czasie śpiewała pod prysznicem. Gdyby rano zajrzała na Facebooka, może mogłaby coś zrobić. Może wystarczyłoby napisać kilka słów? Może zadzwonić?

Owszem, Kaja wiedziała, że nie uda jej się zapobiec wszystkim nieszczęściom. Nie powinna robić sobie wyrzutów czy obwiniać się. Podopieczni przecież znali numer jej telefonu i wiedzieli, że mogą dzwonić, gdy dzieje się coś złego. Ale miała świadomość, jak często jest to dla nich trudne, bo niewielu miało zaufanie do dorosłych, a rzadko którego spotykało z ich strony coś dobrego. Powinna była zachować większą czujność.

Tamtego dnia postanowiła mieć w nosie szacunek do prywatności. Wcześniej nie śledziła profili podopiecznych w mediach społecznościowych, ale teraz stwierdziła, że jeżeli umieszczają coś publicznie, to ma prawo to oglądać. A nawet obowiązek. Kazała młodzieży nie tylko dzwonić do siebie, ale też pisać SMS-y czy wiadomości za pośrednictwem Messengera. I właśnie dlatego każdego ranka najpierw sprawdzała, czy nic się nie wydarzyło. Dopiero kiedy miała poczucie, że wie o wszystkim, mogła śpiewać w łazience. Gdyby tego nie zrobiła, żaden dźwięk nie przeszedłby jej przez gardło.

A najbardziej ucieszyła się z tego, że młodzież ze świetlicy stworzyła na Facebooku tajną grupę, gdzie każdy z nich co rano wpisywał krótki komunikat. „Jestem” – pisali. Albo: „U mnie OK”. Czasami: „Mogłoby być lepiej”. Kiedy jej o tym powiedzieli i zaproponowali, że dodadzą ją do grupy, była naprawdę poruszona. Tym, że mają do niej zaufanie, tym, że dostrzegli, jak bardzo przeżyła śmierć Krzyśka, ale przede wszystkim tym, że zaczęli się wzajemnie wspierać i pilnować. To było coś!

I właśnie teraz napisała na grupie nowy post.

Cieszę się, że wszyscy jesteście. Widzimy się po południu.

A potem wstała i otulając się granatowym męskim szlafrokiem, poszła do kuchni, żeby zaparzyć sobie kubek zielonej herbaty. Musiała się pospieszyć, bo na ósmą umówiła się z panią pedagog w jednym z gimnazjów.

Mało brakowało, a wpadłby na duże kartonowe pudło. Zauważył je w ostatniej chwili i musiał przytrzymać się samochodu, żeby nie stracić równowagi.

– A to co? – powiedział głośno, zaskoczony niespodziewaną przeszkodą.

Pochylił się nad pudełkiem, ale nie dostrzegł żadnej naklejki ani niczego, co mogłoby wskazywać na właściciela lub adresata przesyłki.

Może ktoś wyjął z bagażnika i zapomniał zabrać? – pomyślał, choć wydawało mu się nieprawdopodobne nie zauważyć czegoś o takich gabarytach. Rękawiczki, czapka czy teczka na dachu auta – to się zdarzało, ale coś takiego?

Rozejrzał się dookoła, ale nikogo nie dostrzegł.

Pewnie ktoś przywiózł kilka większych rzeczy, część wnosi na górę, a po to zaraz wróci – stwierdził w końcu. Innego logicznego wyjaśnienia nie potrafił znaleźć.

Ominął pudełko i otworzył drzwiczki swojego seata. Zerknął w boczne lusterko, żeby sprawdzić, czy widzi zapomniany karton i nie najedzie na niego, cofając. Dam radę – stwierdził.

– Proszę pana!

Nieznajoma kobieta energicznie stukała w samochodowe okno. Odsunął szybę i spojrzał na nią pytająco.

– Słucham?

– Czy mógłby pan przesunąć swoje rzeczy? Nie będę mogła wyjechać – niby poprosiła, ale takim tonem, że zabrzmiało to jak rozkaz. – I tylko proszę mi nie mówić, że za chwilę, bo bardzo się spieszę. O tej porze każda minuta jest cenna. Nie wiem jak pan, ale ja pracuję i nie mam zamiaru się spóźnić – dodała, patrząc na niego wyczekująco.

– Nie wiem, o czym pani mówi…

– Jak to o czym? O tamtym kartonie. Bardzo proszę, niech pan wyjdzie i zobaczy, jak on stoi. Tuż za moim kołem.

Otworzyła drzwi jego samochodu i stanowczym gestem wskazała na tył czarnego bmw. Zrozumiał, że kobieta nie odpuści, więc wyciągnął kluczyk ze stacyjki i posłusznie wysiadł.

– Sądziłem, że to pani własność – stwierdził, gdy oboje stanęli przy kłopotliwym przedmiocie.

– Moja? – zdziwiła się kobieta. – A skąd to panu przyszło do głowy?

– Może stąd, że stoi na pani miejscu parkingowym. – Norbert westchnął, myśląc o czekających na niego klientach.

– Na moim? Raczej na pańskim. – Zrobiła krok w tył i popatrzyła uważnie. – A ściśle mówiąc, to dokładnie pośrodku.

– Ale nie jest moje, więc…

– Moje też nie.

– W takim razie trzeba je przesunąć i już – zdecydował.

– Chyba nie ja mam to robić? – Kobieta spojrzała na niego z dezaprobatą. – Naprawdę sądziłam, że młodzi mężczyźni mają jednak trochę więcej kultury…

– Przecież nie powiedziałem, że pani. – Norberta nieco oburzyła ta niesprawiedliwa ocena. – Oczywiście, zaraz to zrobię, nie musi się pani denerwować.

Pochylił się i dotknął pudełka. W środku coś się poruszyło i do ich uszu dobiegł cichy pisk.

Norbert odruchowo cofnął ręce, a kobieta szybko się odsunęła.

– Tam jest coś żywego. – Mężczyzna był nieco zdezorientowany i zaskoczony.

– Może myszy? – Kobieta wzdrygnęła się. – Albo szczury.

– Raczej nie. Chyba poruszałyby się szybciej… – stwierdził bez przekonania.

– Wszystko jedno, lepiej tego nie otwierać.

– Jak to?

– Niech pan to po prostu przeniesie. Bez zaglądania do środka.

Norbert zawahał się. Jeżeli w kartonowym pudle była jakaś żywa istota, to chyba nie można jej tak upchnąć gdzieś w kącie i zostawić w zamknięciu.

Wyprostował się i podrapał po głowie.

– Na co pan czeka? Przez pana naprawdę się spóźnię – ponaglała kobieta.

Mężczyzna popatrzył nieco bezradnie dookoła i dostrzegł stojącą kawałek dalej dziewczynę. Otulała się połami ciepłego swetra i obserwowała ich poczynania.

– Czy to pani pudełko? – krzyknął z nadzieją, że problem sam się rozwiąże.

Pokręciła głową przecząco, ale podeszła bliżej.

– Ktoś to zostawił i nie bardzo wiemy, co robić – opisał krótko sytuację.

– Jak to nie wiemy? Trzeba usunąć tę przeszkodę – wtrąciła kobieta, poprawiając nerwowym gestem kosmyk rudych włosów, który wysunął się z ciasno spiętego koka.

Z pudełka po raz kolejny dobiegł cichy pisk. Tym razem zabrzmiał jednak rozpaczliwej. Jakby to coś, co było w środku, wiedziało, o czym mówią, i chciało zwrócić na siebie uwagę.

– Tam jest jakieś zwierzę? – Dziewczyna popatrzyła pytająco na Norberta.

– Na to wygląda.

– Mam wrażenie, że już o tym rozmawialiśmy. – Rudowłosa była coraz bardziej zniecierpliwiona. – Odsuwa to pan wreszcie, czy nie? Niech pan postawi pudło gdzieś pod ścianą i już.

– Ale tak nie można – oburzyła się dziewczyna. – A jeżeli to coś, co tam jest, potrzebuje pomocy? A jeśli umrze…

Norbert spojrzał na nią z wdzięcznością, czując, że znalazł sojusznika. Zmierzył wzrokiem filigranową postać i trochę się zawstydził. Ta drobna, młoda dziewczyna potrafiła przeciwstawić się tamtej kobiecie. Przecież to on powinien w ten sposób zareagować.

– Zgadzam się. Nie możemy tak tego zostawić – powiedział zachęcony odwagą dziewczyny.

– Jak państwu tak bardzo zależy, przecież możecie tam zaglądać do woli, chociaż ja jestem przekonana, że to piwniczne szczury albo jakieś inne paskudztwo. Ale nie zamierzam państwu psuć zabawy. Proszę jedynie, by zabrał pan swoje pudło i umożliwił mi wyjazd z parkingu.

– To nie jest moje pudło.

– Wszystko jedno! – zdenerwowała się kobieta. – Zadeklarował pan, że je zabierze, tak?! To proszę to zrobić i zakończmy tę wymianę zdań, która do niczego, oprócz mojego spóźnienia, nie prowadzi!

– Coś się stało?

Cała trójka spojrzała w stronę, z której dobiegł kolejny kobiecy głos. Zajęci dyskusją i wpatrzeni w pudełko nawet nie zauważyli, kiedy stanęła przy nich następna osoba.

– Przepraszam, że się wtrącam, ale usłyszałam podniesiony głos i podeszłam, żeby sprawdzić, co się dzieje. To chyba pani krzyczała? – zwróciła się do rudowłosej. – Mogę jakoś pomóc?

– Zacznijmy od tego, że ja nie krzyczę, a jedynie dobitnie wyrażam swoje zdanie. – Kobieta zmierzyła wzrokiem nowo przybyłą i wyraźnie widać było, że nie spodobały jej się ani włosy z różowymi pasemkami, ani kolczyk w nosie, ani tatuaże wychodzące spod rękawów kurtki. – A jeżeli naprawdę chce pani pomóc, to proszę zabrać tę zawalidrogę. – Wskazała czerwonym paznokciem na pudło.

– A co to jest?

– Właśnie się zastanawiamy – powiedział Norbert.

– Jakieś stworzenie – dodała dziewczyna w swetrze. – Ale nie wiemy jakie. Piszczy…

– No to chyba nie ma nic prostszego, jak sprawdzić, co? – Dziewczyna z tatuażami uśmiechnęła się pod nosem.

I zanim ktokolwiek z pozostałej trójki zdążył zaprotestować, kucnęła obok kartonu i rozerwała zaklejone szarą taśmą wieko.

– Tadam! – oznajmiła, rozchylając kawałki tektury.

– Jakie piękne! – Dziewczyna w swetrze aż klasnęła w ręce.

– No to mamy przykład ludzkiej nieodpowiedzialności. – Rudowłosa z dezaprobatą pokręciła głową. – A tyle się pisze o sterylizacji…

– I co teraz? – zapytał rzeczowo Norbert.

W pudełku siedziały wtulone w siebie pieski. Młodsze kobiety już pochyliły się nad szczeniakami i gładziły delikatne główki.

– Słodziaki – skomentowała dziewczyna z różowymi pasemkami. – A jakie malutkie. Trzeba być bez serca, żeby je tak trzymać w pudełku. Przecież jest zimno. O, proszę, jak się trzęsą! – Spojrzała z wyrzutem na pozostałą trójkę.

– Skąd mogliśmy wiedzieć… – Norbert poczuł się winny. Też żal mu było psiaków.

– Trzeba się nimi zaopiekować – powiedziała cicho dziewczyna w swetrze. – Ogrzać, pewnie nakarmić…

– Zrobisz to? – Norbert spojrzał na nią z nadzieją.

– Nie mogę… Nie znam się na tym… Zresztą mam zajęcia… – Wbiła wzrok w betonową ścianę.

– To może pani? – Mężczyzna spojrzał na drugą z dziewczyn.

– Ja? Z moim trybem życia? Wykluczone. – Długie kolczyki zadźwięczały, gdy pokręciła głową. – A dlaczego nie pan?

– Nie mam zielonego pojęcia o opiece nad zwierzętami. Zresztą one są takie małe, że boję się nawet ich dotknąć…

– Szkoda czasu – zdecydowała rudowłosa. – Niech pan zapakuje pudło do samochodu i odwiezie je do schroniska. Tam będą wiedzieli, co z nimi zrobić.

– Do schroniska? – Dziewczyna w swetrze wyglądała na przerażoną. – Takie maleństwa?

– To chyba nie jest dobry pomysł – potwierdziła ta z tatuażami.

Norbert pokiwał głową na znak, że się z nimi zgadza. Zostawienie tych puchatych kuleczek w klatce wydawało mu się jakieś… nieludzkie.

Sądząc po wyrazie twarzy rudowłosej, kolejna awantura wisiała w powietrzu. Kobieta już otwierała usta, ale nieoczekiwanie tuż obok nich rozległo się jazgotliwe szczekanie.

Odwrócili głowy i zobaczyli, że zza filaru wychodzi elegancka czarnowłosa kobieta prowadząca na smyczy yorka. Właściwie lepiej byłoby powiedzieć, że to pies ciągnął właścicielkę, bo ze wszystkich sił parł w stronę kartonowego pudełka. Kobieta ledwie za nim nadążała, zwłaszcza że wąska spódnica i wysokie szpilki nie ułatwiały jej zadania.

– Bardzo przepraszam, ale Kubuś, kiedy coś wyczuje, nie daje za wygraną. Yorki już takie są – powiedziała głębokim, melodyjnym głosem. – A tu musiało go coś bardzo zainteresować, bo w żaden sposób nie udało mi się go powstrzymać.

– Może wyczuł pieski? – podpowiedziała dziewczyna w swetrze.

– Ach, macie państwo szczeniaki? – zainteresowała się właścicielka yorka. – Jaka rasa?

– Rasa? – parsknęła rudowłosa. – Chyba podwórkowa. Ktoś podrzucił je w nocy i postawił akurat na moim miejscu parkingowym. Znaleźliśmy je, ale nikt z państwa – wskazała ruchem głowy na pozostałych – nie chce się nimi zająć, a moja rozsądna propozycja odwiezienia ich do schroniska nie spotkała się z aprobatą. No i stoimy tu uziemieni od trzydziestu minut. – Westchnęła, zerkając na zegarek.

Czarnowłosa schyliła się i wzięła swojego psa na ręce. Potem zajrzała do pudła i spokojnie, zupełnie bez emocji powiodła wzrokiem po twarzach zebranych.

– Proponuję najprostsze i sprawiedliwe rozwiązanie. Państwa jest czwórka, szczeniaki też, jak widzę, są cztery. Niech każdy weźmie na razie jednego, a potem spotkacie się i zdecydujecie, co z nimi zrobić.

– Ale… – próbowała protestować rudowłosa.

– Oczywiście możecie państwo nadal tu stać i się zastanawiać – przerwała jej czarnowłosa spokojnie, ale w jej postawie i tonie głosu było coś, co sprawiało, że nikt nie potrafiłby się jej przeciwstawić. – Nie będę przeszkadzać, tym bardziej że trochę się spieszę. Do widzenia państwu.

Odeszła. Jeszcze przez chwilę stukot jej obcasów rozbrzmiewał w przestrzeni podziemnego garażu, a czworo ludzi zebranych nad tekturowym pudełkiem patrzyło na siebie w milczeniu.

– To nawet sensowne – stwierdził w końcu Norbert.

– Jeżeli jeden i na chwilę, to ja chyba mogę wziąć… – powiedziała nieco niepewnie dziewczyna w swetrze.

– Przecież to jakiś absurd! – sprzeciwiła się rudowłosa. – Z jakiej racji mam brać szczeniaka, którego wcale nie chciałam?!

– Widocznie los chciał. – Dziewczyna z tatuażami podniosła się znad pudełka z jednym z piesków na rękach. – Ja też nie miałam takich planów, ale podobno, co nam przeznaczone, to nas nie minie. Znaleźliśmy się tutaj akurat dziś, odkryliśmy te biedy i trudno, stało się, jesteśmy wspólnie za nie odpowiedzialni.

– Ja się nie zgadzam! – protestowała nadal ruda.

– Woli pani tutaj stać?

Na twarzy kobiety przez chwilę pojawiło się wahanie. Wreszcie machnęła ręką.

– Dobrze, niech będzie. Ale, żebym potem nie została sama z tym kłopotem…

– To ja spiszę nasze numery i zadzwonię do wszystkich wieczorem – zdecydowała dziewczyna z różowymi pasemkami. – Umówimy jakieś spotkanie i postanowimy, co robić.

Pozostali przystali na ten plan. Telefony zostały zapisane, a dziewczyna pokiwała z aprobatą głową.

– Okej, będę dzwoniła. A, jakby co, to jestem Kaja. Do usłyszenia!

Owinęła szczeniaka w zdjętą z szyi arafatkę i wsiadła do zaparkowanego po przeciwnej stronie alejki volkswagena.

Drugi szczeniak znalazł miejsce w miękkich połach ciepłego swetra.

– Do widzenia państwu – powiedziała na odchodne dziewczyna.

– Dobrze, że trzymam w bagażniku jakiś stary ręcznik. – Rudowłosa kobieta westchnęła. – Naprawdę nie mam zamiaru dokładać do tego interesu i płacić za pranie tapicerki.

Norbert popatrzył na ostatniego szczeniaka, który wciąż pozostawał w pudle. Wyjął go delikatnie i przesunął pusty karton nogą. Poczekał, aż kobieta odjedzie, a potem wsiadł do swojego auta.

– No i co ja mam z tobą zrobić? – powiedział do psa, a zwierzę pisnęło cicho w odpowiedzi.

Z ulgą dostrzegł zimową czapkę, którą Dominik zostawił na tylnym siedzeniu. Włożył do niej psiaka i położył na siedzeniu obok.

Zerknął na elektroniczny zegarek wyświetlający się na tablicy rozdzielczej.

– Szef mnie zabije – mruknął, przekręcając kluczyk w stacyjce.

Tymczasem Liliana weszła do swojego apartamentu i postawiła yorka na podłodze.

– Widzisz, Kubusiu – powiedziała. – Jak to ludzie nie potrafią rozwiązywać problemów. Ale twoja pani potrafi. I dlatego robi dobre interesy.

Przeszła do kuchni, wyjęła z szafki porcelanową filiżankę, postawiła ją na metalowej podstawce ekspresu i włączyła urządzenie.

– Swoją drogą, to nie rozumiem, jak można zostawić szczeniaki w nocy w zimnym garażu. Gdybym złapała tego bydlaka, który to zrobił, to…

Julia

Jesteś zaskoczona? Wcale się nie dziwię. Teraz, kiedy mam ci o wszystkim opowiedzieć, sama zastanawiam się, jak to w ogóle możliwe. Gdybym tylko chociaż przez chwilę odłożyła na bok emocje i pomyślała logicznie, z pewnością odmówiłabym udziału w tym dziwacznym planie.

Nadal mam do siebie samej o to pretensje. Tyle razy powtarzałam sobie, że powinnam kierować się rozumem, a nie uczuciami. I co z tego wychodzi w praktyce? No właśnie, niewiele.

Pociesza mnie trochę myśl, że ta rudowłosa kobieta też w końcu uległa. A wyglądała na taką, która nie da się łatwo wmanewrować w coś, na co nie ma ochoty. Broniła się do ostatniej chwili…

Jejku, ależ ja znowu chaotycznie mówię! Tata na pewno popatrzyłby na mnie z politowaniem, gdybym mu coś w ten sposób próbowała opowiedzieć. Zawsze powtarza, że w rozmowie trzeba się skupić na meritum sprawy, polegać tylko na faktach i pomijać nic niewnoszące szczegóły. Tak, znam to na pamięć, bo słyszałam tę śpiewkę chyba milion razy. I naprawdę staram się stosować do jego zasad, ale nadal nie zawsze mi to wychodzi. Widzisz, tak jak teraz – znowu odbiegam od tematu. Bo przecież co ciebie mogą obchodzić opinie mojego ojca? Miałam opowiedzieć o czymś zupełnie innym.

Dobra, postaram się skoncentrować. Trzymać się faktów, tak? No to proszę bardzo, oto fakt: mam w domu szczeniaka. Przyniosłam go z podziemnego garażu, bo nie potrafiłam pogodzić się z tym, że mógłby, razem z trzema innymi, zostać odwieziony do schroniska. Pewnie ktoś rozsądny powiedziałby, że to nie byłoby złe rozwiązanie, bo w takim miejscu miałby fachową opiekę, zajęliby się nim ludzie, którzy znają się na zwierzętach i tak dalej… Może i tak, ale popatrz na to maleństwo i powiedz, czy można je zostawić? Ja nie mogłam.

Pomyśleć, że zeszłam do garażu, by sprawdzić, czy nie zostawiłam w samochodzie szalika. Przypadek, naprawdę. W ogóle nie powinnam tam być, miałam jeszcze mnóstwo czasu do zajęć i zamierzałam się uczyć. Gdyby nie poranna rozmowa z mamą, to na pewno nie wystawiłabym nosa z domu i nie miałabym teraz tego psiaka.

Oczywiście rodzice na razie o niczym nie wiedzą. Ale mało brakowało. Kiedy wróciłam do mieszkania z puchatą kuleczką owiniętą w łososiowy szalik, który odnalazłam w aucie, od razu zadzwoniłam do mamy.

– Znalazł się – powiedziałam. – Tak jak myślałam, był w aucie, ale zsunął się za siedzenie i dlatego zapomniałam o nim przy wysiadaniu.

– No, to kamień spadł mi z serca. Dobrze, że jest. Ale swoją drogą, powinnaś bardziej dbać o rzeczy. – W głosie mamy wyczułam lekką urazę. To pewnie dlatego, że szaliczek dostałam od niej na imieniny.

– Przepraszam, mamo. Przecież nie zrobiłam tego specjalnie. Wiesz, jak bardzo go lubię… – Przypuszczałam, że takie słowa ją trochę udobruchają.

– Dobrze już, dobrze. – Mogłam sobie bez trudu wyobrazić, jak macha ręką. – Tylko teraz go wypierz. Skoro leżał na podłodze za siedzeniem, to z pewnością mocno się zakurzył. Pamiętaj, że masz alergię…

– Mamo! Nie mam żadnej alergii – zaprotestowałam odruchowo i natychmiast ugryzłam się w język.

Takie stwierdzenie podziałało na mamę jak płachta na byka.

– Tak, oczywiście. Zaraz usłyszę, że coś sobie wymyśliłam.

– Nic takiego nie powiedziałam – próbowałam załagodzić sytuację.

– Ale pomyślałaś! – Wyrzut w głosie matki wybrzmiał całkiem wyraźnie. – A przecież doskonale pamiętam, jakie mieliśmy problemy, kiedy byłaś mała. Ciągłe łzawienie oczu, wyglądałaś jak królik…

No tak, musiałam tego wysłuchać. To nic, że nie przeprowadzono żadnych konkretnych badań na potwierdzenie jej teorii, a czerwone oczy miałam z zupełnie innego powodu. Mama wiedziała swoje. Nie było sensu z nią dyskutować.

– Dobrze, mamo, upiorę szalik – powiedziałam i popatrzyłam na szczeniaka, który właśnie próbował się wydostać ze zwojów łososiowej tkaniny. Chyba zrobiło mu się ciepło i nabrał energii. Rozglądał się z zaciekawieniem dookoła i kiedy mnie zobaczył, kilka razy pisnął prosząco.

Ciekawe, co mama powiedziałaby, gdyby wiedziała, że szalik miał styczność nie tylko z odrobiną kurzu, ale też z psią sierścią? Pewnie dostałaby zawału. Nie śmiej się, proszę! Ona już taka jest. Natychmiast lamentowałaby, jak to z pewnością się uduszę. Dlatego lepiej, żeby o niczym nie wiedziała.

– Mamo, muszę kończyć, bo zaraz wychodzę na zajęcia. Zadzwonię wieczorem, dobrze?

– Tylko pamiętaj, żeby nie wrzucać go do pralki. Jest zbyt delikatny. Pierz wyłącznie ręcznie, słyszysz?

– Tak, tak. Ręcznie – potwierdziłam szybko, bo piesek właśnie rozpoczął wędrówkę po moim łóżku. – Pa, mamo!

Problem zaginionego szalika miałam z głowy i mogłam zająć się poważniejszą sprawą. Delikatnie położyłam szczeniaka na podłodze, a sama przysiadłam na brzegu łóżka i zaczęłam go obserwować. Powiem ci szczerze, że zupełnie nie wiedziałam, co mam robić. Moje kontakty ze zwierzętami były właściwie żadne. Mama, napędzana wizją rozległej alergii, nie pozwalała mi nawet zbyt często głaskać psów czy kotów. Owszem, zdarzało mi się łamać te zasady, szczególnie, gdy bywałam u koleżanek i nie mogła tego widzieć, ale nie miałam pojęcia o opiece nad jakimkolwiek zwierzęciem, a szczególnie takim maleństwem.

Domyślałam się, że jest głodny. I chyba próbował mi o tym powiedzieć, bo popiskiwał coraz częściej i coraz przenikliwiej. Tylko czym powinnam go nakarmić? Z tego co kojarzyłam, psy jadły zazwyczaj jakieś mięso, czasami suchą karmę, wiedziałam też, że są puszki z psim jedzeniem. Ale czy takiemu małemu też mogłam to dać? Czy on nie powinien jeszcze ssać mleka matki?

– Hej! Co byś zjadł? – zapytałam malucha, jakby mógł mi odpowiedzieć.

Na dźwięk mojego głosu piesek na chwilę znieruchomiał.

– Nie bój się. Nie zrobię ci nic złego.

Starałam się, żeby mój głos brzmiał spokojnie. Chyba mi się udało, bo zwierzątko zaczęło kręcić głową i nasłuchiwać.

Znowu ostrożnie go podniosłam i położyłam sobie na kolanach. Popatrzył na mnie wielkimi brązowymi oczami, a ja poczułam w sercu taką dziwną czułość. Biedactwo! Zostawione w kartonie na pastwę losu.

– Pokaż pyszczek – poprosiłam i najdelikatniej jak umiałam, dotknęłam linii pod czarnym wilgotnym noskiem. – Chciałabym zobaczyć, czy ty w ogóle masz zęby.

Miał. Poczułam je na swoim palcu. Wiesz, że to wcale nie było nieprzyjemne. Tylko takie delikatne ukłucie. A zaraz potem z małego pyszczka wysunął się różowy języczek i maluch polizał moją rękę.

Miałaś kiedyś małego pieska? Jeśli tak, to wiesz, o czym mówię. Sama słodycz i tyle. Nie wiem jak ciebie, ale mnie to strasznie rozczuliło.

– Cudny jesteś, wiesz? – Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.

Jednak kolejny proszący pisk uświadomił mi, że nie pora na zachwyty, bo trzeba działać. Zostawiłam szczeniaka na podłodze przy łóżku i poszłam do kuchni w poszukiwaniu czegoś, co nadawałoby się na śniadanie dla mojej znajdy.

Wielkiego wyboru nie miałam, bo rzadko gotuję. Zwykle stołuję się w jadłodajni niedaleko uczelni, czasami w drodze do domu wpadam do Wegemanii, bo chociaż nie jestem wegetarianką, to uważam, że pysznie tam gotują. W niedziele zawsze chodzę na obiady do rodziców. Wiesz, to nie tak, że mi się nie chce stać przy garach. Po prostu mam mnóstwo zajęć i nauki, więc nie bardzo znajduję czas na kulinarne szaleństwa.