Rodzinka Hardych - Julian Clary - ebook + książka

Rodzinka Hardych ebook

Julian Clary

0,0
16,99 zł

lub
Opis

Hardzi są tacy jak ty i ja: mieszkają w domu, pracują i uwielbiają od czasu do czasu głośno chichotać. Jest jeden mały szczegół, który nas od nich różni: są hienami.

Jak dotąd utrzymali swoją prawdziwą tożsamość w sekrecie. Ale wścibski sąsiad, a także wycieczka do parku safari mogą wkrótce położyć kres skrywanej tajemnicy.

Co też sąsiedzi sobie pomyślą?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 94




Tytuł oryginału: The Bolds

Redaktor prowadzący: Justyna Zyśk

Przekład: Natalia Wiśniewska

Redakcja językowa: Justyna Zyśk

Korekta: Ewa Staszkiewicz

Redakcja techniczna: Dawid Żabiński

Projekt okładki: David Roberts

Adaptacja okładki: Dawid Żabiński

Opracowanie e-wydania:

Text copyright © Julian Clary, 2015

Illustrations copyright © David Roberts, 2015

Map copyright © Chris Williams, 2015

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Józef Częścik, 2017

Koedycja Wydawnictwa Józef Częścik i Wydawnictwa Adamada

Grupa Wydawnicza Harmonia Wydawnictwo Adamada

ul. Morenowa 109

80-172 Gdańsk

www.harmonia.edu.pl

al. Grunwaldzka 411

80-309 Gdańsk

www.adamada.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zarówno cała publikacja, jak i jakakolwiek jej część nie może być przedrukowywana ani reprodukowana – mechanicznie, elektronicznie lub w jakikolwiek inny sposób, z kserokopiowaniem i odtwarzaniem w środkach masowego przekazu włącznie – bez pisemnej zgody Grupy Wydawniczej Harmonia.

ISBN 978-83-8118-020-7 (epub)

ISBN 978-83-8118-021-4 (mobi)

Gdańsk 2017 – Wydanie I

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Dla moich wspaniałych siostrzeńców i siostrzenic: Nico, Jake’a, Dani, Mii, Alexa i Zaca

JC

Z kłamania NIGDY nie wynika nic dobrego. Powiedziałem kiedyś znajomym, że jestem hot dogiem. Upierałem się, że to prawda. I kiedy wreszcie zdołałem ich przekonać, oblali mnie ketchupem i ugryźli w nogę.

W końcu musiałem krzyknąć:

– Przestańcie! Nie jestem hot dogiem! Jestem człowiekiem!

Dostałem niezłą nauczkę, słowo daję. Nie opowiadam już kłamstw. Nigdy.

Dlatego uwierzcie, kiedy mówię, że opowieść, którą ode mnie usłyszycie, jest w stu procentach prawdziwa. Zależy mi, żebyście o tym wiedzieli, bo to naprawdę dość niezwykła historia. A do tego zabawna. I dziwaczna. W sumie to bardzo dziwaczna, jeśli mam być szczery.

Ale prawdziwa. Od początku do końca.

Zanim zacznę, musicie przede wszystkim zrozumieć, że z jakiegoś powodu istoty ludzkie mają o sobie wysokie mniemanie. I od pewnego czasu uważają się za znacznie mądrzejsze od innych stworzeń.

Nic bardziej mylnego. Ludzie uważają się za lepszych od innych zwierząt tylko dlatego, że potrafią czytać i pisać, a także posługiwać się nożem i widelcem oraz komputerem. Co za nonsens! Czy wiecie, że wiewiórka może ukryć w lesie dziesięć tysięcy orzechów i zapamiętać miejsce kryjówki każdego z nich? A czy wy bylibyście w stanie zapamiętać, gdzie schowaliście dziesięć tysięcy orzechów?

Żaby mogą spać z otwartymi oczami. A wy?

Kot potrafi wylizać sobie zadek. Prawda, że sprytnie?

W rzeczywistości zwierzęta są równie mądre jak ludzie, chociaż na swój wyjątkowy sposób. Czasami to one mają nas za półgłówków.

Kiedy następnym razem będziecie mijali pastwisko pełne owiec, zatrzymajcie się i popatrzcie na nie, a dostrzeżecie ich litościwe spojrzenia skierowane w waszą stronę. Jeśli przyjrzycie się uważniej, być może zauważycie nawet, jak potrząsają głowami – rozbawione faktem, że musimy nosić swetry i płaszcze zrobione z wełny, która całkiem naturalnie rośnie im na grzbietach. Toż to przecież istny absurd!

Ale wróćmy do mojej opowieści. Zaczyna się dziesięć lat temu w dalekiej Afryce. Afryka, jak może wiecie ze zdjęć i programów telewizyjnych, to bardzo gorące i piękne miejsce. Są tam lasy i busz, i rozległe równiny, gdzie żyje mnóstwo dzikich zwierząt: lwów, słoni i żyraf. Są tam też jaskrawo ubarwione ptaki, gnieżdżące się wśród drzew, małpy i goryle, jaszczurki, hieny, jeżozwierze i bawoły. Ta kraina tętni życiem w każdym rozmiarze i kształcie, jaki tylko możecie sobie wyobrazić.

I powiem wam, że dzikie zwierzęta zamieszkujące Afrykę także są bardzo mądre. Obserwują istoty ludzkie i śmieją się w duchu.

– Ludzie! Urządzają te ekstrawaganckie eskapady, upchani w swoich klimatyzowanych autobusach i samochodach, i jedzą nudne gotowane potrawy. I żaden z nich nie wygląda na zadowolonego!

– My, tak zwane dzikie zwierzęta, poruszamy się swobodnie – rozmawiają między sobą. – Cieszymy się świeżym powietrzem i świeżym jedzeniem, które dla siebie upolujemy, zerwiemy albo wyskubiemy. I tak jest znacznie lepiej, naszym skromnym zdaniem!

A co wam odpowiada bardziej?

Wszystkie zwierzęta w Afryce wiedzą, że najmądrzejsze spośród nich są hieny. Nie zaliczają się do grona najszybszych ani najgroźniejszych, ani też – powiedzmy to sobie szczerze – najpiękniejszych, jednak odznaczają się sprytem i determinacją, i potrafią współpracować, żeby osiągnąć cel. Poza tym to wytrawni padlinożercy.

Ale to, czym władają najlepiej i co inne zwierzęta doprowadza wprost do szału, to śmiech.

Właściwie słyną jako hieny chichotki. Chichrają się i rechoczą, długo i głośno.

Potrafią przechytrzyć stado lwów. Biegają wokół nich, śmiejąc się i prychając, żeby po chwili w całym tym zamieszaniu wykraść im kolację.

Szczerze mówiąc, hieny nie cieszą się zbytnią popularnością wśród zwierząt. Śpiew ptaków jest piękny, ryk lwów imponujący, ale bezustanny chichot mądrych hien tylko przyprawia o ból głowy.

Ale do rzeczy. Pewnego razu w Masai Mara, ogromnym afrykańskim parku narodowym, żył sobie duży klan hien. Hienchichotek oczywiście. I to takich, które śmiały się jeszcze częściej od większości sobie podobnych.

Mieszkały w norach nieopodal obozowiska safari, dokąd przybywali liczni turyści, żeby obserwować zwierzęta w ich naturalnym środowisku. Powoli hieny przyzwyczajały się do dziwnych gości. Podkradały się do obozowiska coraz bliżej, węsząc resztki jedzenia. Z czasem poczynały sobie śmielej i śmielej. Aż wreszcie zrozumiały, jak ludzie komunikują się między sobą, i nauczyły się ludzkiej mowy.

W tym konkretnym obozowisku safari pojawiało się wielu Anglików, dlatego po pewnym czasie hieny zaczęły ich naśladować i przemówiły po angielsku. Pierwsze zdanie, jakie wypowiedziały, brzmiało:

Pewnego dnia para nowożeńców nierozważnie wybrała się na przechadzkę po buszu, wyposażona jedynie w plecaki. Kiedy południowe afrykańskie słońce zaczęło dawać się im we znaki, wyskoczyli ze swoich strojów safari i zanurzyli się w stawie.

I to był duży błąd. Mieszkały tam bowiem głodne krokodyle, które schrupały tych niemądrych ludzi na obiad.

Dwie władające językiem angielskim hieny, o imionach Spot i Sue, które bardzo się kochały, widziały całe zdarzenie i przybiegły obwąchać porzucone rzeczy.

– Hej! – zwrócił się Spot do Sue. – Tylko spójrz na to! – I podał jej dwa paszporty, które wyciągnął z jednego z plecaków.

– Proszę, proszę! – wykrzyknęła Sue. – Biedacy nazywali się Fred i Amelia Hardzi. Niech spoczywają w spokoju. – Dwie hieny na moment zamarły bez ruchu ze zwieszonymi głowami, rozmyślając o biednych nieboszczykach.

Ale hieny znane są ze swojej oportunistycznej natury i wkrótce Sue zaświtała w głowie bardzo zuchwała myśl.

– Umiesz chodzić na tylnych łapach, mój drogi? – zapytała Spota.

– W takim razie posłuchaj – dodała podekscytowana Sue. – Wygląda na to, że te ubrania mogą na nas pasować. Włóżmy je zatem i udajmy się do obozowiska safari jako Fred i Amelia Hardzi!

– I co potem? – zapytał Spot, marszcząc czoło.

– Nie rozumiesz? – odparła Sue. – Możemy się stąd wydostać. Zawsze marzyłam o życiu w Anglii. Niewątpliwie nie jest tam tak gorąco jak w Afryce, a tamtejsi ludzie uwielbiają wystawać w kolejkach. To byłaby taka miła odmiana po nieustannych zmaganiach i walce o każdy ochłap mięsa z resztą klanu hien. To nasza szansa na nowe życie!

– O rajuśku! – zaśmiał się Spot z niedowierzaniem. – To zwariowanypomysł! Naprawdę sądzisz, że może nam się udać?

– Czemu nie? – odparła Sue, dalej przeglądając rzeczy zmarłej pary. – Spójrz tutaj. Mamy dwa bilety na samolot, prawo jazdy, klucze od domu, kluczyki od samochodu… i nasz nowy adres: ulica Fairfield 41, Teddington w Middlesex…

– Przyznaję, że to brzmi kusząco – odparł Spot, wciągając szorty w większym rozmiarze. – I muszę dodać, że te spodnie leżą jak ulał!

– Schowaj ogon, na litość boską! Wystaje przez nogawkę. Od razu byś nas zdemaskował.

Spot się roześmiał.

– Och, Sue, jak ja cię kocham! – zawołał, przymierzając duży kapelusz przeciwsłoneczny.

– Pamiętaj, że nie nazywam się już Sue – powiedziała z akcentem charakterystycznym dla wyższych sfer, zapinając guziki koszuli w kolorze khaki. – Od tej pory musisz się do mnie zwracać Amelia. A ty, mój mężu, nazywasz się Fred. Jesteśmy Fred i Amelia Hardzi!

I obojezaczęli tarzać się ze śmiechu. Potem stanęli na tylnych łapach i udali się do obozowiska safari na spotkanie swojego nowego życia.

Uprzedzałem was, że to bardzo niezwykła historia, czyż nie? No właśnie. I tak oto, ubrane w ludzkie stroje, poruszające się na tylnych łapach hieny trafiły do Anglii, gdzie rozpoczęły nowe życie jako Fred i Amelia Hardzi.

Nie było im łatwo. Ciągle musiały ukrywać swoje ogony. Generalnie ludzie nie mają ogonów, więc byłoby dużo gadania, gdyby przyłapano Hardych, jak merdają swoimi.

Poza tym zwierzęta odkryły, że bardziej przypominają ludzi, kiedy noszą kapelusze (podobnie jak ubrania). Fred (dawniej Spot) znalazł w „swoich” rzeczach zielony kapelusz przeciwsłoneczny, Amelia zaś (dawniej Sue) zrobiła sobie ze „swoich” apaszek zachwycający turban, który doskonale zakrywał jej duże uszy.

Szybko uświadomili sobie, że śmiech nie towarzyszył ludziom tak często jak hienom i nie pomagał im wtopić się w tłum. Właściwie podczas lotu do Anglii pewna stewardesa zganiła ich za to, że za dużo się podśmiechiwali, kiedy ona objaśniała zasady bezpieczeństwa.

Musieli więc nauczyć się tłumić śmiech. Kiedy przebywali poza domem, a nawet u siebie, często zakrywali mordki poduszkami, żeby nie wzbudzać podejrzeń sąsiadów.

– Nie możemy zwracać na siebie uwagi, moja droga – powiedział Fred. – Ludzie już i tak często się nam przyglądają.

Istotnie mieszkańcy Teddington uważali ich za niezwykły duet. Ale nikt nie wpadł na pomysł, że tak naprwdę to para hien. Ponieważ jednak oboje bez przerwy się śmiali, ludzie zakładali, że muszą być bardzo zabawni, i chętnie się z nimi zaprzyjaźniali.

Czasami trochę trudniej było oszukać dzieci, a to dlatego, że dzieci zwykle bywają znacznie mądrzejsze i bardziej spostrzegawcze od swoich rodziców. Pewnie sami to zauważyliście. Na przykład kiedy jedziecie autobusem, zwracacie uwagę na kogoś, kto wygląda inaczej lub w kim dostrzegacie coś intrygującego, i zaczynacie mówić: „Mamo, a dlaczego ten człowiek…?”, wszyscy dorośli w pobliżu zaczynają was uciszać i upominać, że to nieładnie się gapić. Można wtedy odnieść wrażenie, że nigdy nie zauważają ludzi o niezwykłym wyglądzie.

Coś podobnego przydarzyło się Amelii kilka razy na samym początku jej nowego ludzkiego wcielenia. Dzieci obserwowały ją z ciekawością, ciągnąc rodziców za rękawy. Szybko jednak przywoływano malców do porządku. I nie trwało długo, zanim Amelia się przekonała, że w okularach i kapeluszu z dużym rondem może ukryć swoje ostre zęby i pyszczek nawet przed dziećmi.

Nowy dom hien przy ulicy Fairfield pod numerem 41 okazał się bardzo ładny. Był to bliźniak z trzema sypialniami i ślicznym ogródkiem. A w garażu stała zaparkowana lśniąca, niebieska honda.

– W porównaniu z tym nasza dawna nora wydaje się bardzo brudna i obskurna. Jak to cudownie mieć okna, przez które można wyglądać! – zachwycała się Amelia zaraz po przyjeździe z Afryki.

– Ogromnie mnie kusi, żeby wykopać dół w ogrodzie – wyznał Fred, przygryzając wargę i energicznie przebierając łapami w powietrzu.

– Mnie również! – odparła Amelia. – Ale lepiej zaczekajmy, aż się ściemni.

Wielu rzeczy musieli się nauczyć, i to szybko. Na przykład przechodzenie przez ulicę okazało się nie lada wyzwaniem. Hardzi zgodnie uznali, że przypominało to trochę umykanie przed atakującym nosorożcem.

Robienie zakupów też wydało się im dziwaczne. Dopiero po zaobserwowaniu ludzkich zachowań domyślili się, że za wszystko trzeba płacić.

– Cóż to za niedogodność! – zwróciła się Amelia do Freda, kiedy krążyli po supermarkecie.

– Tak – przyznał z westchnieniem. – Mówią o tym „pieniądze”. Trzymasz je w portfelu. A żeby zabrać jedzenie do domu, musisz ustawić się w kolejce do kasy i przekazać w zamian za nie kilka skrawków papieru oraz okrągłych kawałków metalu.

– Co za bzik! – skomentowała Amelia, próbując nie śmiać się zbyt głośno.

Zrozumieli jednak, że te pieniądze stanowią niemały kłopot. W szafce nocnej znaleźli więcej skrawków papieru zwanych gotówką, ale wiedzieli, że ten zapas kiedyś się wyczerpie.

– Czytałam w gazecie, że ludzie mają takie zajęcia, które nazywają „robotą” – oświadczyła Amelia pewnego dnia.

– I nie chodzi ci o to, co załatwia się w toalecie? – zapytał Fred z miną niewiniątka. – O grubą robotę?

– Hahahaha hehehe! – zapiszczała Amelia. – Nie! Ludzie chodzą do pracy, na przykład w biurze. To jest ich robota.

– A niby po co mieliby to robić?

– No cóż, w ten sposób zdobywają pieniądze na jedzenie i ubranie. Otrzymują wynagrodzenie w zamian za swój trud.

– Czy to nie zwariowane?! – zdziwił się Fred, kiedy w końcu pojął, jak to działa.

– Zdecydowanie – przyznała Amelia, podnosząc plik kartek z blatu kuchennego. – Jednak pomoże nam uporać się z tym.

– A co to takiego? – zapytał Fred.

– Nazywają to