Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 167 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rodzina naszych czasów -

Mamy coraz większe domy i coraz mniejsze rodziny. Coraz częściej rozbite i niepełne albo aternatywne związki partnerskie zamiast małżeństw z dziećmi. W „Focusie” często piszemy o przemianach, jakim podlegają współczesne rodziny zmienione przez nową rzeczywistość i nowoczesne technologie. W tej książce znajdziesz odpowiedzi na pytania: – Kto tak naprawdę wychowuje Twoje dziecko? – Jak się dogadać z niemowlakiem? – Co się stało z bajkami? – W jaki sposób technologia zmienia mózgi dzieci? – Czy zwierzę potrafi wychować człowieka?

Opinie o ebooku Rodzina naszych czasów -

Fragment ebooka Rodzina naszych czasów -

Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Domowa rewolucja (fragment) Tomasz Szlendak
Lubię robić dzieci (fragment) Magdalena Godlewska
Piętno urodzenia Monika Florek-Moskal
Taniec wokół pralki Tomasz Szlendak
Uwaga! Dziecko! Barbara Chybalska-Cichoń
Pogadaj z maluchem Patrycja Nocoń
Stringi Królewny Śnieżki Monika Maciejewska
iMózgi w e-szkole Joanna Nikodemska
Kto wychowuje twoje dziecko? Tomasz Szlendak
Dzika adopcja Zuzanna Kisielewska
Dzieci władzy Kazimierz Pytko
Przeklęte nazwiska Max Suski
Czułość się opłaca Magdalena Tilszer
Rodzinka z nadciśnieniem Małgorzata Brączyk
Koniec niewinności Tomasz Szlendak
Okładka

Copyright for the Polish edition © 2011 G+J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa

G+J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. (48 22) 360 38 38 fax (48 22) 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. (48 22) 360 37 77

Korekta: Maria TalarProjekt graficzny okładki: Paweł RafaZdjęcia na I stronie okładki: Matt Henry Gunther/Stone+/ Getty Images/Flash Press Media

Redakcja techniczna: Mariusz TelerProjekt i skład: IT WORKS, Warszawa

Redaktor prowadzący: Joanna Nikodemska

ISBN: 978-83-7778-096-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Konwersja do formatu epub: pan@drewnianyrower.com

Domowa rewolucja

Rodzina przeżywa dziś kryzys i zmierza ku zatraceniu – grzmią politycy. Socjolodzy odpowiadają optymistycznie: dzisiejsza rodzina nie jest gorsza, jest inna. Lepsza!

autor Tomasz Szlendak

N a zjeździe jankeskich socjologów w 1991 roku wybrano prezesa Amerykańskiego Towarzystwa Socjologicznego. Został nim James Samuel Coleman, miłośnik realnego socjalizmu i mąż Polki, Zdzisławy Walaszek. Wiele razy odwiedzał nasz kraj w czasach PRL-u, jako że uznaniem darzył centralne zarządzanie. Odpryski tej miłości ujawniły się w tradycyjnym słowie od prezesa w trakcie owej konferencji. Zaczął mocno: rodzina niszczeje, psuje się, jest coraz mniej skuteczna i właściwie to należałoby ją czymś zastąpić. Rodzina w tradycyjnym kształcie, mówił, to „organizacja pierwotna”, która nie spełnia już swoich funkcji, a z całą pewnością nie spełnia tej najważniejszej – nie wychowuje należycie dzieci. Rodzicom nie zależy już na dzieciach. Oboje biegają do pracy i siedzą w niej cały dzień. Potem się kłócą, są zaabsorbowani sobą i często się rozwodzą. Komu zatem powinno zależeć na dobrze wychowanych dzieciach?

To państwo powinno przejąć obowiązki wychowawcze i realizować je poprzez „celowo skonstruowane organizacje społeczne”. Innymi słowy, powinniśmy dać sobie spokój z odrestaurowywaniem rodziny przeszłości. Tradycyjna rodzina „dziadzieje” i nie warto jej odnawiać, uporczywie do niej wracać, trąbić w polityce o jej odnowie. Lepiej wydajniej i mniejszym kosztem zbudować instytucje, które będą wychowywały dzieci na światłych, mądrych i odpowiedzialnych obywateli, potrzebnych państwu do skutecznego funkcjonowania.

Współcześnie nowe formy związków oparte są na samodzielności i niezależności partnerów.

A co w momencie przejściowym, w którym obecnie jesteśmy? Państwo powinno po prostu płacić rodzicom, którzy zrezygnują z pracy zawodowej i podejmą się porządnego wychowywania dzieci. Podpisywać z takimi rodzicami rodzaj kontraktu i kontrolować, czy umowa jest wypełniania. Z dzieci mają wyrosnąć inżynierowie, pisarze, uczeni, lekarze i inni szanowani obywatele, bo jeśli nie, to państwo każe zwracać pieniądze.

Pachnie to może stalinowskimi pomysłami, jednak zastanówmy się: czy pierwsza część odczytu Colemana – diagnoza stanu dzisiejszej rodziny – nie jest choć w części prawdziwa? Jest! Czy zatem powinniśmy tradycyjną rodzinę odbudowywać, a innych układów rodzinnych, w których ludzie żyją, po prostu nie dostrzegać? Nie jest to takie oczywiste. Dziś jesteśmy świadkami (i uczestnikami) przeobrażania struktury rodziny. Nie mamy więc do czynienia z kryzysem „podstawowej komórki społecznej” i fakt, że coraz rzadziej składa się ona z mamy, taty i trójki dzieci, oznacza tylko tyle, że ludzie dostosowują swoje układy rodzinne do wymagań nowych czasów.

Konserwatywni politycy nie mają racji, mówiąc, że warto podtrzymywać tradycyjny model rodziny. Nie ma powrotu do świata, w którym kobieta nie pracowała. Nieodłącznym prawem człowieka w naszej kulturze jest samorealizacja. A właśnie rezygnacji ze swoich zawodowych aspiracji wymagał tradycyjny model rodziny.

Nawet w naszym katolickim kraju 44 procent gospodarstw domowych stanowią alternatywne układy rodzinne: ludzie samotni, sami wychowujący dzieci, grupy przyjaciół, których nie spajają żadne więzi krewniacze ani prawne, konkubinaty...

Nawet formalne małżeństwa wiodą niekonwencjonalny żywot. Mamy zatem rodziny wspólnotowe – kilka par monogamicznych prowadzących jedno gospodarstwo domowe. Są też rodziny, w których małżonkowie pracują, priorytetem dla nich jest zaś kariera i nie chcą mieć dzieci, choć udzielają sobie wsparcia. W innych rodzinach przeciwnie – oboje pracują i chcą mieć dzieci, tyle że opiekuje się nimi niania bądź babcia.

Istnieją też związki (kohabitanty), które w ogóle nie są oparte na formalnej więzi małżeńskiej, a jednak są rodzinami. Po pierwsze, udzielają sobie stałego wsparcia społecznego i ekonomicznego, a po drugie, mimo że nie formalizują związku, pojawiają się w nich dzieci.

W życiu na kocią łapę celują mieszkańcy krajów skandynawskich. Wśród ludzi w wieku 25–29 lat ponad 70 procent żyje tam w nieformalnym związku. W Polsce liczba par żyjących na kocią łapę powiększyła się z 250 tysięcy w 1988 roku do ponad 310 tysięcy w 2001 roku i stale wzrasta.

Pech Edyty

Nie można nie zauważyć rodzin osób homoseksualnych, które coraz częściej wychowują dzieci. Lesbijki, pragnące dziecka, zgłaszają się do banków spermy. Pary gejowskie z kolei „dziedziczą” dzieci po swoich wcześniejszych heteroseksualnych związkach albo umawiają się z parą lesbijską, w której jedna z kobiet rodzi dzieci, korzystając z ich nasienia. Dziecko ma wtedy dwie mamy i dwóch ojców. Wbrew pozorom i utartemu przekonaniu, dziecko w takich układach wychowuje się normalnie i wyrasta na całkiem zwyczajną osobę, tyle tylko że znacznie łatwiej akceptuje różnorodność i odmienność. Przemysław Tomalski w Nietypowych rodzinach dowodzi, że jedyne problemy, jakie się w takich układach pojawiają, biorą się z otoczenia nieakceptującego takich związków.

Tradycyjna rodzina patriarchalna, na którą zarabiał i w której rządził ojciec, żona zaś zajmowała się domem i dziećmi, szybko odchodzi do lamusa. Zdaje się, że wkrótce taki model odnajdziemy w książkach, filmach historycznych albo w socjologicznych muzeach, jeśli takie powstaną, a nie w realnym życiu.

W coraz mniejszym stopniu rodzina opiera się na prawnym kontrakcie mężczyzny i kobiety, a coraz mocniej na luźniejszych, niesformalizowanych więziach między ludźmi, niekoniecznie między jedną kobietą i jednym mężczyzną. Coraz częściej ludzie nauczeni przykrym doświadczeniem innych, nie chcą zakładać rodzin. Nie chcą podejmować decyzji o małżeństwie. Nie chcą mieć dzieci.

Na pozór ten proces wcale nie wygląda sympatycznie, ponieważ dzisiejsza różnorodność i elastyczność powodują chaos wśród osób przyzwyczajonych do starego, poukładanego świata. Tęsknią za nim zwłaszcza osoby, które – paradoksalnie – takiego tradycyjnego stylu życia nie mogą z różnych powodów prowadzić. Tak jak Edyta.

Polka pracująca w Szwajcarii związała się z trzydziestoparoletnim mężczyzną. Ich związek był nieformalny, ale – wydawało się – bardzo szczęśliwy. Edyta marzyła o dziecku. Kiedy zapytała swojego Szwajcara, czy i on planuje w przyszłości potomstwo, odpowiedział, że owszem, w jego życiowych planach są dzieci. Szczęście Edyty nie miało granic. Jak na Polkę przystało, planowała małżeństwo i rodzinę, kiedy tylko ustabilizuje się jej kariera. Dwa tygodnie po decydującej o dalszym życiu rozmowie, niczego jej nie mówiąc ani jej nie uprzedzając, ukochany Szwajcar wysterylizował się. Edyta, jak bardzo wielu Europejczyków, żyje teraz w niezobowiązujących związkach i o żadnej rodzinnej stabilizacji nie ma mowy.

Siła więzi alternatywnych

Życie we współczesnym społeczeństwie to ciągłe zrywanie starych i budowanie nowych więzi. Ułatwia to Internet, telefon komórkowy i jego modyfikacje. Ułatwiają radykalne przemiany w zakresie stosowania się ludzi do norm religijnych, które gwarantowały trwałość małżeństwa. Dzisiaj żadne normy religijne już tej trwałości nie zapewniają. Nawet w konserwatywnej pod tym względem Polsce ten trend jest aż nadto widoczny. W 2002 roku rozpadało się 200 małżeństw na 1000 zawartych. Dzisiaj niemal 300. Za sprawą „epidemii” rozwodów małżeństwo stało się „płynne”, tak jak zresztą wiele innych „starych” instytucji. Często tę płynność małżeństwa i rodziny myli się z izolacją społeczną. Tymczasem izolacja (rozumiana jako coraz rzadsze i coraz krótsze wchodzenie w realne, fizyczne kontakty między ludźmi) wcale się dzisiaj nie zwiększa. Zmienia się, owszem, charakter więzi społecznej, ale nie oznacza to, że ta więź słabnie. Siła więzi w tzw. alternatywnych modelach rodziny może być bardzo mocna, wydatnie pomagając w wychowywaniu dzieci.

Jak dowodzi socjolożka Karen V. Hansen w książce Not-so-nuclear families, więź między członkami alternatywnych modeli rodzinnych jest często silniejsza od więzi spajającej tradycyjne rodziny, zwłaszcza w sytuacjach kryzysów, takich jak poważna choroba jednego z jej członków. Rodzinne „patch-worki” powstałe po rozbiciu i ponownym związaniu dwóch rodzin i dzieci pochodzących z różnych, poprzednich związków, wieloosobowe „rodziny” przyjaciół zawierające w sobie po kilka związków o charakterze intymnym, w tym związki homoseksualne bądź lesbijskie, albo samotni rodzice, którzy jednak utrzymują wiele kontaktów z rozmaitymi ludźmi (partnerami seksualnymi, innymi samotnymi rodzicami, dziadkami, przyjaciółmi), są skuteczniejsze od rodzin tradycyjnych choćby z jednego powodu: większy jest tutaj zasięg społecznej sieci, która umożliwia znalezienie rozwiązań dla najtrudniejszych nawet problemów.

Tradycyjna mała rodzina zmierza w kierunku modelu 2+1 albo nawet 2+0, a przez to jest słabsza i mniej skuteczna od rozszerzonych rodzin alternatywnych. Te ostatnie nie są oparte na tradycyjnych więziach spajających krewnych i muszą być bardziej przemyślane, a emocje łączące w nich ludzi muszą być bardzo silne, aby takie rodziny działały skutecznie w sytuacjach kryzysowych, kiedy trzeba chociażby zapewnić paliatywną opiekę komuś nieuleczalnie choremu. Tak dzieje się na przykład w rodzinach homoseksualnych kobiet. Wsparcie udzielane w nich przez szeroką lesbijską społeczność socjolożka Jane Aronson nazywa „siecią opieki”. Ta sieć jest – jak się okazuje – bardzo skuteczna.

Model jednego słusznego związku, jaki współczesność próbowała narzucić, ustępuje wreszcie miejsca różnorodności relacji.

Nie oznacza to, że w nowych rodzinach nie ma problemów. Pojawiają się one jednak w trakcie kontaktu tych ze starym, skostniałym systemem społecznym, który za rodziny ich nie uznaje. Homoseksualiści mają więc utrudniony dostęp do szpitali i wszelkich innych instytucji świadczących opiekę, jeśli nie są krewnymi chorego. W związku z tym muszą sobie jakoś radzić poza takimi instytucjami. Dlatego być może nowe rodziny są tak skuteczne w niesieniu pomocy i opieki – państwo ich w tym nie wyręczy, bo nie chce ich zauważać.

Cud Internetu

Czy w obliczu zmian zachodzących dzisiaj w życiu rodzinnym będzie jeszcze w przyszłości miejsce na tradycyjną, małą rodzinę? Czy znikną rodziny składające się z taty, mamy i dzieci? Raczej nie, a przetrwać pomoże im… Internet, dlatego że zamazuje podział na miejsce pracy i miejsce do mieszkania.

Życie codzienne moich znajomych stanowi idealną ilustrację tej idei. Nie mają w domu telewizora, mają za to laptop cały czas podłączony do sieci, który stanowi ich okno na świat. Ona jest nauczycielką, on wykładowcą akademickim, mają roczną córeczkę. Nie ma w ich przypadku takiej formy aktywności rodzinnej, która nie wiązałaby się w jakiś sposób z Internetem. W sieci kupują zabawki dla dziecka. Przez Internet komunikują się ze znajomymi. Wirtualnie poznali, rozlokowanych po całym świecie miłośników psów rzadkiej rasy, której przedstawiciela mają w domu i uczestniczą w bardzo zwartej wspólnocie, wielokroć silniejszej niż związki, które łączą ich na przykład z sąsiadami. Nic w tym dziwnego, ponieważ w Internecie bez trudu można znaleźć tych, którzy podzielają nasze, choćby bardzo egzotyczne, pasje. Kiedy ich pies zachorował, dostali zza Atlantyku drogie leki, które u nas były po prostu nieosiągalne.

Jest pewne, podzielane powszechnie przekonanie na temat szkodliwości Internetu, z którym warto się zmierzyć. Dowodzi się, że sieć zamazuje różnicę między domem a pracą. Skutkuje to tym, że pracuje się dziś więcej niż kiedyś, przenosząc pracę do domu. Życie skupia się wokół elektronicznego medium. Bez wątpienia akurat ta cecha Internetu nie wpływa na rodzinę pozytywnie. Ale przeniesienie pracy do domu może mieć dobry wpływ na dzieci i na odradzanie się nadwątlonych stosunków rodzinnych.

W społeczeństwie przemysłowym, kiedy Internet był jedynie mrzonką, rodzice większość czasu spędzali w pracy, przez co wydłużał się pobyt dzieci w żłobku, przedszkolu albo szkole. Teraz, kiedy praca przenosi się w przestrzeń wirtualną, rodzice mogą częściej i dłużej przebywać w domu.

Jak zauważają socjolożki Mirosława Marody i Anna Giza-Poleszczuk, autorki książki Przemiany więzi społecznych, w społeczeństwie przemysłowym dom rodzinny był miejscem, w którym się odpoczywało, to znaczy nic się nie robiło. Dlatego dom – dosłownie i w przenośni – pustoszał. Teraz, dzięki Internetowi dom ma szansę znowu się zapełnić.

Korzyści są znaczne

Ludzie nie lubią zmian, zwłaszcza w obrębie życia intymnego, które zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Trudno pogodzić się z tym, że coś, co powinno być naszą ostoją, podlega przemianom. A życie rodzinne dziś, tak jak tempo życia, zmienia się gwałtownie na naszych oczach. Nic dziwnego, że się boimy. Takie zmiany towarzyszą nam jednak od wieków i niekoniecznie muszą wychodzić rodzinie bokiem.

Weźmy dla przykładu spadek liczebności rodziny, nad którym tak ubolewają politycy. Spowoduje on, że dzieci będą lepiej wychowane, a rodzice będą się nimi skrupulatniej opiekowali. W niedalekiej przyszłości w rodzinie wychowywane będzie jedno dziecko i będzie je otaczało wielu dorosłych – niekoniecznie dwoje rodziców. Częściej będzie to jeden rodzic, dziadkowie, przyjaciele, znajomi. Dzieci w takiej sytuacji będą się szybciej rozwijały i składniej mówiły, ponieważ będą miały więcej bodźców. Im środowisko bogatsze, tym dzieci lepiej ukształtowane. Przesiadująca w domu matka i wiecznie pracujący ojciec to środowisko bardziej jałowe. Aż dziw, że właśnie taki model uwielbiają niektórzy politycy.

Nawet ludzie mniej majętni będą mogli pozwolić sobie na wykształcenie dziecka, a ono samo nie będzie dziełem przypadku, lecz owocem namysłu. Potomstwo będą posiadali – w dowolnych układach rodzinnych – ludzie dojrzali, którzy tego pragną. Mniej będzie dzieci opuszczonych i niewykształconych. Piekło dzieci maltretowanych rozgrywa się bowiem często w pełnych rodzinach, które są ze sobą na siłę. W wielu związkach spajanych tradycją dzieci bywają nieszczęśliwe – ich rodzice męczą się dla dobra dziecka lub walczą ze sobą zamiast się rozwieść. W świecie wolnych, rozmaicie zbudowanych związków takie sytuacje będą rzadsze. Ludzie nie będą pozostawali w układach, które są wymuszane przez okoliczności. Ani przez religię, ani przez rodzinę, ani przez sąsiadów. Będą mieli więcej wolności przy wyborze stylu życia. Nie wszyscy też nadają się do związków, dlatego twórcza samotność będzie często wybieraną opcją – z korzyścią dla zdrowia psychicznego tej osoby i jej rodziny.

Dzisiaj podstawą małżeństwa i rodziny jest miłość erotyczna, która w latach 50. XX wieku zastąpiła swatkę. To stosunkowo nowy wynalazek naszej kultury. I choć piękny, to niedoskonały. Jak pisze socjolog Chaumier, w naszych czasach romantyzm z lekka blednie, a obyczaje skłaniają się ku większej dojrzałości. Coraz więcej osób, wiernych idei miłości romantycznej, która wciąż uważana jest za wzorzec pozytywny, dokonuje przemiany jej znaczenia. W świecie alternatywnych związków miłość nie będzie już koniecznym warunkiem założenia rodziny. Nowe formy związków będą oparte na samodzielności i niezależności kochanków. Dla osób usposobionych romantycznie brzmi to nieciekawie, jednak proszę sobie wyobrazić trwałe układy rodzinne oparte na racjonalnych podstawach, przemyślane. Mniej będzie rozczarowań, rozstań, pomyłek, a więcej przyjemności, ładu, osobistej wolności w ramach życia intymnego.

Nie oznacza to, że związki partnerskie znikną. Będzie ich tylko więcej niż jeden w ciągu życia, bo przestaną obowiązywać więzi instytucjonalnego małżeństwa. Tym bardziej że jako gatunek nie jesteśmy stworzeni do kultywowania jednej miłości aż po grób. Możliwe, że historia zatoczy koło i powrócimy do zasad rządzących życiem społeczności zbieracko-łowieckich, takich jak Kung-San z Kalahari, gdzie kobiety i mężczyźni wchodzą w cztery, pięć związków partnerskich w ciągu życia, a dzieci od czwartego roku życia włączają się w rytm życia grupy, przez co dorośli mają więcej czasu dla siebie...

Tomasz Szlendak

Autor jest doktorem socjologii, profesorem Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Lubię robić dzieci

Doskonałe imitacje niemowląt do złudzenia przypominają żywe dzieci. Ich twórcy i kolekcjonerzy ze swoim hobby niechętnie się obnoszą, bo budzi niezdrowe skojarzenia.

autorka Magdalena Godlewska

Pierwsza mama Jasia regularnie dostaje zdjęcia od rodziców adopcyjnych. Uśmiecha się na nich ubrany w sukienkę, bo nowa mama wolała dziewczynkę. Ma nadzieję, że jej bobas jest w dobrych rękach. Zdecydowała przecież o całym jego wyglądzie: rysach twarzy, kolorze oczu, skóry i włosów, wzroście i wadze. Nie, nie jest genetykiem.

Mariola Majwat-Skrzydelska mieszka we Wrocławiu, a Jaś to stworzony przez nią reborn – lalka, którą łatwo pomylić z prawdziwym dzieckiem. Mariola jest jedną z niewielu osób w Polsce, które kolekcjonują reborny i jedną z kilku, jeśli nie jedyną, które je przekształcają. Tylko ją udało nam się namówić na zdjęcia i rozmowę. Inni kolekcjonerzy wolą się nie ujawniać, a w prasie próżno szukać artykułów na ten temat. Trochę lepiej jest w Internecie.

„Wszyscy są zaszokowani, że lalki mogą wyglądać jak żywe dzieci” – przyznaje internautka, która pod nickiem yeterllen wystawia reborny na aukcjach internetowych. „Kobiety są zachwycone, mężczyźni mówią, że to małe trupki, a dzieci, szczególnie te małe, boją się brać je do rąk”.

Czytając opisy na aukcjach, trudno czasem rozróżnić, czy mowa o lalce, czy o dziecku. Artystki nazywają siebie pierwszymi mamami, sprzedaż lalki „adopcją”, pracownię „żłobkiem”, a certyfikat unikalności – „aktem urodzenia”. Emocjonalne opisy typu „Addie jest takim dobrym dzieckiem. Lubi przytulanie i swój smoczek, dzięki któremu łatwo zasypia” mieszają z suchymi uwagami na temat tworzywa, z którego wykonana jest lalka.

Ceny na Allegro wahają się od 800 do 1500 zł za sztukę, ale jak zapewniają osoby zajmujące się ich sprzedażą, to niewiele w porównaniu z cenami na świecie i możliwościami kolekcjonerów, którzy na amerykańskim eBayu płacą czasem za reborny po kilka tysięcy dolarów.

Lalki wykonane są perfekcyjnie, ale to nie oznacza, że śliczne. Im lepszy reborn, tym bardziej przypomina niemowlę, łącznie z niedoskonałościami, takimi jak naczynkowa cera, zmarszczki, białe krostki na nosku lub cieknąca ślinka.

Jedyny w swoim rodzaju

Ciało lalki jest wykonane najczęściej z silikonu lub soft-winylu. I tak jak z wyglądu dobrze wykonaną lalkę można pomylić z niemowlęciem, to już w dotyku czuć plastik. Duże firmy, takie jak JC Toys Salvadora Berenguera, robią kolekcjonerskie lalki ręcznie, od kilku do kilkuset sztuk (z seryjnym numerem i certyfikatem). Sprzedają również zestawy do newborningu, czyli „ożywiania”. W skład każdego z nich wchodzi: główka, kończyny, silikonowy lub materiałowy tułów, na który można nałożyć plastikowe nakładki brzuszka z pępkiem lub pośladków.

Natomiast reborning to proces „odradzania”, czyli przekształcania gotowej lalki, którą trzeba rozłożyć na części, oczyścić z farby, zeszlifować sztuczne wypukłości. Na wykonanie jednego egzemplarza trzeba czasem poświęcić kilka dni. Farbę nakłada się wewnątrz lalki, by nadać jej odpowiedni kolor. Jeśli zrobi się to nieumiejętnie, będzie miała trupi odcień skóry. Potem maluje się lalkę na zewnątrz: zmatowia farbami skórę i urealistycznia ją, domalowując żyłki i plamki, trzeba też pomalować paznokcie i usta.

PODEJRZANY ROZMIAR

Na stronie internetowej www.real dolldoctor.com, należącej do „lekarza” naprawiającego sekslalki zbyt intensywnie eksploatowane, możemy znaleźć erotyczne albumy dwóch niewielkich prototypów. Ponoć były to pierwsze lalki i chciano uniknąć w razie błędów dużej straty materiału. Bitsy i Ariel mają 80 i 100 cm, ale ich ciała są ciałami dorosłych kobiet odwzorowanymi ze wszystkimi anatomicznymi detalami – co sugeruje, że można uprawiać z nimi seks. Jakuba Spiewaka, prezesa fundacji kidpro tect.pl, zajmującej się bezpieczeństwem dzieci w Internecie, zwalczaniem pornografii dziecięcej i pedofilii w sieci, argumenty „oszczędności” nie przekonują: „Tam gdzie jest nisza rynkowa od razu ktoś próbuje ją zapełnić”. Zapytany, czy sekslalki o wyglądzie niemowląt i dzieci powinny być legalnie produkowane i sprzedawane, odpowiada: „Były takie teorie, że pedofil poogląda pornografię dziecięcą, pomasturbuje się i dzięki temu nie będzie molestował dzieci. Badania jednak pokazują, że obiekt zastępczy wyostrza apetyt na realizację fantazji. Mówiąc wprost: zaczyna się na lalkach, a kończy na dzieciach”.

Jeśli reborn ma otwarte oczy, dokleja się plastikowe gałki oczne, jeśli są zamknięte – tylko rzęsy. Najtrudniejszy moment to aplikowanie pojedynczych moherowych włosków. Potrzeba nie tylko cierpliwości, ale i zdolności, żeby wyglądały naturalnie. Na koniec wypełnia się wszystkie części lalki, by ważyła tyle, ile prawdziwe dziecko i główka „leciała” jej do tyłu. Nosy przekłuwa się rebornom symbolicznie, „żeby mogły oddychać”. Efekt końcowy to OARB – z ang. One of A Reborn Baby, czyli jedyny w swoim rodzaju reborn.

Ja ich nie tulę

Na swoich stronach internetowych mamy rebornów przyznają, że nabywały umiejętności latami, a pierwsze ich dzieci były pokraczne. W Niemczech i Stanach Zjednoczonych organizuje się wystawy i konkursy rebornów. W Polsce zainteresowanie jest na razie niewielkie. To hobby drogie, bo ceny kolekcjonerskich zestawów i farb są niemal równie wysokie jak gotowych lalek. Do tego dochodzą opłaty celne, ponieważ wszystko trzeba sprowadzać z zagranicy.

Roma z Bydgoszczy zbiera lalki od lat, w swojej kolekcji ma już 50 egzemplarzy, w tym wiele rebornów. Każda lalka dostała ubranko i maskotkę, każda jest wyeksponowana w innej części mieszkania. „Kiedyś nie było takich cudeniek i nadrabiam braki z dzieciństwa. Jednak niektóre panie, które mają dzieci, a czasem nawet wnuki, okazują rebornom uczucia. Ja je traktuję jak lalki – nie całuję, nie tulę”.

Również yeterllen przyznaje, że reborny kupują albo „panie, które już odchowały swoje dzieci, a zapragnęły potulić w ramionach maleństwo, albo panienki czternasto-, piętnastoletnie, których instynkt macierzyński już się obudził”.

Lalki są też kupowane do szkół rodzenia lub dla żartu, żeby kogoś nabrać. W niektórych szkołach pomagają nastolatkom w nauce macierzyństwa. „Miałam takie plastikowe maleństwo. Ten czas wiele mnie nauczył” – przyznaje jedna z uczestniczek szkolnej akcji, podczas której reborny można było zabrać na weekend do domu.

Gumowy trupek

Kilku artystów oferuje wprawdzie reborny wykonane na podobieństwo zmarłego dziecka lub według wyobrażenia rodzica (jak by wyglądało, gdyby urodziło się żywe), jednak psycholog Izabela Barton-Smoczyńska prowadząca badania nad kobietami po poronieniach twierdzi, że po stracie dziecka matki zazwyczaj unikają kontaktu z ciążą i wszystkim, co się z nią wiąże (w tym z realistycznymi lalkami). Ewentualnie skupiają się na zajściu w kolejną ciążę. Chcą prawdziwego dziecka, a nie jego substytutu. „Trudno mi sobie wyobrazić kobietę, która w ten sposób chciałaby sobie poradzić. Nie w naszej kulturze”.

Ile kosztuje dziecko?

Reborn zestaw – 69,95

Szmaciany tułów – 12,95

Wypełnienie ciała – 6,95

Oczy – 3,95

Klej do oczu i rzęs – 4,95

Rzęsy – 11,95

Pisak do malowania brwi – 5,95

Moher – 8,95

Igły do wbijania moheru – 8,50

Brzytwa do skracania moheru – 11,95

Żel do włosów – 6,95

Przyrząd do umieszczania gałek ocznych i rzęs – 4,95

Szpikulec do dziurek w nosie – 7,95

Farba matująca do ciała – 49,95

Lakier 3D do ust, paznokci – 6,95

Smoczek magnetyczny – 5,95

Razem: 228,75 dolara (595 zł) + cło

Zdarzają się jednak takie klientki zagranicą, które nawet proszą o wszczepienie lalce włosów zmarłego dziecka i ubierają je w jego ubranka. „Lalka nie jest dobrym pomysłem na poradzenie sobie z bólem, nie pozwala przeżyć żałoby do końca. Matka musi pozwolić dziecku odejść” – tłumaczy Izabela Barton-Smoczyńska.

Mimo krążącej w Internecie plotki, że reborny to maskotki dla pedofili, pod ubrankiem lalki kryje się zwykle mało realistyczny szmaciany tułów, a brzuszek w wersji silikonowej nie jest przystosowany do uprawiania seksu. „Jeśli komuś lalka bobas kojarzy się z pedofilią... to sam powinien chyba iść do seksuologa” – pisze Black_Zebra na forum internetowym poświęconym rebornom. Inna osoba dodaje: „Tylko u nas różni ludzie doszukują się w nich dziwnych pobudek. Tym, którzy mają głupie skojarzenia, odpowiem: głodnemu chleb na myśli. Niech o tym pomyślą, zanim zaczną obrażać tych, którzy zajmują się reborningiem, i tych, co takie lalki kupują”.

Ciało dla androida

Lalki imitujące dzieci istniały zawsze. Najpierw szmaciane i gipsowe, potem porcelanowe, teraz plastikowe. Różnica polega jedynie na stopniu podobieństwa. Producenci idą wciąż naprzód i dziś można już kupić lalki, które „oddychają”. W przyszłości reborn stanie się być może powłoką dla dziecka androida, który powie mama, zrobi kupkę i zacznie wrzeszczeć w środku nocy.

Magdalena Godlewska

Z wykształcenia psycholog kliniczny i dziennikarka. Prowadzi studio fotograficzne „Chwile Ulotne" specjalizujące się w fotografii dzieci i kobiet w ciąży.