Rodzina - Louise Jensen - ebook

27 osób właśnie czyta

Opis

Louise Jensen, mistrzyni thrillerów psychologicznych, zabiera czytelników w mroczną podróż do zamkniętej społeczności, w której nic nie jest takie, jak się wydaje.

Czy nowe więzy w ramach wspólnoty okażą się silniejsze niż więzy krwi?

Po tragicznej śmierci męża cały świat Laury legł w gruzach. I to dosłownie. Rodzina Gavana nie chce jej znać. Długi rosną w oszałamiającym tempie. Firma ubezpieczeniowa odmawia wypłaty odszkodowania, a właściciel domu, który wynajmują, grozi eksmisją. A jakby tego było mało, jej nastoletnia córka Tilly oddala się od niej...

Tilly też nie brakuje problemów. Przez całą tę sprawę z ojcem staje się w swojej klasie wyrzutkiem. Katie – jej naczelna prześladowczyni – odbija jej chłopaka. Odwraca się od niej nawet ukochana kuzynka Rhiannon.

Gdy swoją pomoc oferuje im Alex – właściciel biofarmy za miastem i charyzmatyczny przywódca tamtejszej wspólnoty – Laura jest w siódmym niebie. Nie może jej nie przyjąć. Zresztą trudno odmówić, gdy wszyscy mieszkańcy farmy otaczają je takim wsparciem i troską. Z dnia na dzień stają się im coraz bliżsi, zupełnie jak Rodzina.

Laura i Tilly jeszcze nie wiedzą, że na tej farmie nie można ufać nikomu. I że ich piekło dopiero się rozpoczyna...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 408

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Tima. Ta musiała być dla Ciebie! Z

Ja bowiem znam zamiary, jakie mam wobec was.

Księga Jeremiasza 29:11

Prolog

Teraz

LAURA

Wszystko rozgrywa się jak na filmie – wystrzał, krzyk. Każdy szczegół jest jaskrawy i ostry. Czas zwalnia bieg, gdy ona wzrokiem błaga mnie o pomoc. Wyobrażam sobie, jak osłaniam ją własnym ciałem, ale w rzeczywistości jest za daleko i wiem, że nie zdążę do niej dotrzeć.

Mimo wszystko próbuję.

Rzucam się do biegu, jednak strach sprawia, że nogi mam jak z ołowiu, a wokół mego serca zaciska się pięść.

Drugi wystrzał.

Kolana się pod nią uginają. Pada na ziemię jak szmaciana lalka.

Sama tracę grunt pod nogami i zaczynam się czołgać w jej stronę jak zwierzę, którym się stałam. Wnętrze moich dłoni pokrywa się lepką krwią, która plami podłogę czerwienią. Mówią, że krew jest gęstsza niż woda, ale jej jest wodnista i jaskrawa jak światło latarni morskiej. Fala adrenaliny przelewa się przeze mnie i pozostawia po sobie odrętwienie, podczas gdy dociskam palce do jej nadgarstka, rozpaczliwie szukając pulsu. Palce drugiej dłoni splatam z jej palcami, tak jak robiłam to kiedyś, nim sprowadziłam nas do tego miejsca, które stało się naszą zgubą. Wspomnienia całego życia pulsują ostro w mojej głowie: to, jak przytulałam ją na oddziale położniczym, jak wielkanocne jaja wypadły jej z wiklinowego koszyka przewieszonego przez pulchne ramię, jak pobiegła na plac zabaw pierwszego dnia szkoły z kucykami przewiązanymi wstążkami, które kołysały się w rytm jej kroków.

To niemożliwe, żeby zginęła.

Prawda?

Ogarnia mnie panika. Wszystko wokół traci kolory i pogrążam się w odcieniach czerni i bieli. Mocniej ściskam jej dłoń, bojąc się, że zaraz stracę przytomność. Że pozwolę jej odejść.

Ale wtedy.

Drżenie powiek. Ruch warg. Szept.

Kładę się obok, delikatnie przytulając ją do siebie. Nie mogę, nie opuszczę jej. Rodzina powinna trzymać się razem. Chronić się nawzajem. Tymczasem ja postanowiłam przyjechać tutaj.

To wszystko moja wina.

Dudnienie w mojej głowie narasta – słyszę odgłos kroków. Nie muszę podnosić wzroku, żeby wyczuć ich gniew, twardy i nieporuszony.

Gryzący odór prochu wisi w powietrzu razem z moim strachem.

Patrzę na broń, z której padł strzał, i czuję ból przeszywający mój brzuch. Nie jestem już pewna, czy to jej krew.

Czy może wypływa ze mnie.

Jej koszulka jest przesiąknięta szkarłatem, podobnie jak moja.

Ból narasta.

Przerażona, szarpię ubrania jej i własne, szukając rany. Modląc się. Niech nic jej nie będzie. Siedemnaście lat to żaden wiek. Niech to będę ja.

W końcu znajduję ranę od kuli, ale zanim zdążę ją ucisnąć, żeby zatamować krwotok, czuję dłonie na ramionach. Na łokciach. Ciągną mnie. Odciągają od niej.

Mrok czai się w kącikach moich oczu, ale wciąż z nim walczę. Walczę z nimi.

Kopię, gryzę, ale to na nic. Słabnę coraz bardziej.

Jej palce drgają. Raz. Drugi.

Nic.

– Tilly! – krzyczę rozdzierająco, podczas gdy dźwigają mnie z ziemi. – Tilly! – Wiję się, próbuję stanąć na nogach, każdą komórką ciała wyrywam się do córki.

Nie mogę.

Wciąż się z nimi mocuję i staram się uwolnić, podczas gdy wywlekają mnie z pomieszczenia. Moje stopy szurają po ziemi.

Wiem, że teraz już nigdy nie pozwolą nam opuścić tego miejsca.

W każdym razie nie za życia.

Część pierwsza

Przyczyna

1.

Wcześniej

LAURA

Lęki. Każdy jakieś ma. Ten pełzający niepokój. Uczucie wstrętu wobec czegoś. W moim przypadku chodziło o pająki. Wiele lat temu oglądałam dokument przyrodniczy na temat sidlisza piwnicznego, matryfagicznego gatunku, którego samica wyzwala w potomstwie instynkt kanibalistyczny i zachęca młode, by ją pożarły. Nie byłam w stanie oderwać wzroku od ekranu i patrzyłam przez palce na matkę siedzącą w gnieździe, wprawiającą sieć w wibracje i stymulującą potomstwo, które w końcu atakowało ją szaleńczą chmarą. Setki truchtających odnóży. Kły zatapiające się w ciele. Odgłos trawienia samicy przez substancję, która rozpuszcza ją od środka. To wszystko ze mną pozostało. Co takiego musiało opętywać matkę, by poświęcała się w taki sposób? Jak jej młode mogły się zwracać przeciwko niej? Oczywiście było to na długo, zanim sama urodziłam dziecko.

W chwili, gdy ujrzałam Tilly z malutkimi rączkami zaciśniętymi w piąstki i zmrużonymi, nieprzywykłymi do światła oczami, bez zastanowienia pogrążyłam się w miłości absolutnej. Poczułam gwałtowne pragnienie, by chronić ją przed światem na wszelkie możliwe sposoby. A potrzebowała ochrony. Wiedziałam, ilu krzywd można doznać na tym świecie.

Sama zostałam skrzywdzona.

Jednak tamtego ranka nie miałam pojęcia, jak mogłabym ją ochronić przed zawartością pisma, które właśnie otrzymałam. Odwoziłam ją do szkoły, zaciskając palce na kierownicy, jakby to mogło powstrzymać uczucie, że wszystko wymyka mi się spod kontroli. Bezskutecznie.

„Co robić?”

Wcisnęłam swoje rdzewiejące volvo pomiędzy dwa lśniące auta z napędem na cztery koła. Hordy nastolatków z plecami ugiętymi pod ciężarem książek mijały nas, wlokąc się noga za nogą w stronę czarnej bramy z kutego żelaza. Potarłam skronie, by stłumić ból pulsujący za oczami.

– Czy muszę wracać do szkoły, mamo?

Usłyszałam smutek w jej głosie. Usłyszałam go we własnym, gdy powiedziałam:

– Minęło sześć tygodni, Tilly. – Jakby tyle czasu wystarczyło, żeby wszystko naprawić.

Nie wystarczyło.

Tilly nie radziła sobie za dobrze. Ja też nie, ale ze względu na nią udawałam, że wszystko będzie okej. Że jakoś przez to przejdziemy. Nawet jeśli nie wiedziałam jak.

– Rozmawiałyśmy o tym – przypomniałam jej łagodnie. – To był twój pomysł, żeby wrócić do szkoły w piątek. Powoli się wdrożyć. To tylko jeden dzień, Tilly.

Zatknęła niesforne ciemne włosy za uszy i z niepokojem wyjrzała przez okno. Jej twarz jakby się skurczyła, skórę miała bladą, a pod przekrwionymi oczami zagnieździły się cienie. Nie chciała pomocy psychologa i spędzała większość czasu zamknięta w swoim pokoju. Przebywanie poza domem ją przytłaczało, było to wyraźnie wyczuwalne.

– Masz już tyle materiału do nadrobienia… ale jeśli naprawdę nie jesteś w stanie stawić temu czoła, nie będę cię zmuszać. Możesz pojechać ze mną i pomóc mi w sklepie. Pora spróbować znowu dołączyć do świata – mówiłam powoli i wyraźnie, a jednak każde słowo wydawało się szorstkie i raniło mi język.

Funkcjonariuszka przydzielona do opieki nad naszą rodziną powiedziała, że najlepiej tworzyć pozory normalności, ale czy naprawdę miała rację? Czasami bycie rodzicem przypominało torturę, kręcenie się w kółko jak ptak ze złamanym skrzydłem. Ale to był ważny rok dla Tilly, czekały ją egzaminy końcowe. Poza tym w szkole będzie w towarzystwie Rhianon i chociaż wiedziałam, że kuzynki nie były już tak nierozłączne jak kiedyś, miałam nadzieję, że z dala od rodzinnych dramatów rany mojej córki zaczną się goić.

Bóg jeden wie, że wszyscy tego potrzebowaliśmy.

– W porządku, pójdę – warknęła Tilly.

To, jak szybko jej smutek przeszedł w gniew, przyprawiało o zawrót głowy, ale wiedziałam, że to po prostu część twardej kuli żałoby, która odbijała się rykoszetem wewnątrz niej.

Gwałtownie otworzyła drzwi samochodu. Z jej ust, które od tak dawna się nie uśmiechały, wyrwało się głębokie westchnienie.

– Czekaj – zawołałam, sięgając po jej lunch leżący na tylnym siedzeniu. – Jeśli za bardzo cię to wszystko przytłoczy, zawsze możesz po mnie zadzwonić.

Wyrwała mi pudełko z rąk, a minę miała równie twardą jak plastik.

– Spróbuj spędzić miły… – Trzask drzwi przeciął moje zdanie na dwie części. – …dzień – dokończyłam.

Ucisk w gardle powstrzymał mnie przed przywołaniem jej z powrotem. Co mogłabym powiedzieć, żeby wszystko naprawić? Odeszła, nie oglądając się za siebie, okutana w czarny zimowy płaszcz, który trzepotał wokół jej kostek. Bardzo schudła. Znowu znalazłam jej niedojedzone śniadanie w koszu. Brązowiejąca skórka banana, pokryta płatkami Rice Krispies, zmiażdżonymi łyżką na pył. Nigdy nie znosiła mleka.

Zgarbiła się, przechodząc przez ulicę bez czekania na zielone światło, z ciężarem plecaka i całego świata na barkach. Zastanawiałam się, czy jej nie zawołać, ale wiedziałam, że nie może się ukrywać bez końca. Jeśli do mnie zadzwoni, przyjadę po nią w ciągu kwadransa, błyskawicznie, chociaż wiedziałam, że czasami nawet sześćdziesiąt sekund potrafi się ciągnąć jak cała wieczność. Ogarnęło mnie gwałtowne, dojmujące pragnienie, żeby ochronić ją tak, jak ja nie byłam chroniona w jej wieku, zabrać ją stąd i zapewnić nowy początek, ale po wieściach, jakie otrzymałam tego ranka, wydawało się to jeszcze bardziej niemożliwe niż wcześniej.

Tilly dołączyła do tłumu uczniów brodzących z chrzęstem przez pomarańczowe jesienne liście zaściełające chodnik. Przypomniałam sobie, jak z Gavanem chodziliśmy po lesie i szukaliśmy lśniących kasztanów. Odziana w kalosze Tilly dreptała między nami z małymi rączkami w rękawiczkach zamkniętymi w naszych. Zapach mchu i ziemi. Radość tamtej chwili wciąż była dla mnie tak wyraźna.

„Raz, dwa, trzy, do góry!” Trzymała się nas jak mała małpka i bujała się w tę i z powrotem, a jej zaraźliwy chichot sprawiał, że Gavan i ja też się śmialiśmy. Nawet gdy była już za wysoka i za ciężka, wciąż przyciągała kolana do piersi, żeby nie szorować stopami po ziemi, gdy podrywaliśmy ją do góry. Nie mogła do końca zaakceptować, jak bardzo wyrosła. Teraz patrzyłam, jak ociężale pokonuje szare schody, i trudno mi było uwierzyć, że tamto beztroskie, uśmiechnięte dziecko, jakim dopiero co była, i ta poważna siedemnastolatka to ta sama osoba. Była już młodą kobietą, niemal ją straciłam. Czasy, gdy mogłam naprawić wszystko co złe w jej świecie za pomocą kubka gorącej czekolady i przytulenia, dawno już minęły i tęskniłam za nimi.

Policjant o nierównym zaroście i potarganym kucyku, patrolujący teren liceum o 8:45 i 15:15 każdego dnia z zaciekłością, która zawstydziłaby lwicę strzegącą młodych, zaczął biec w moją stronę. Rozsądek podpowiadał mi, że po prostu zamierza mnie zrugać za złe parkowanie, mimo to ręce mi się trzęsły, gdy zwalniałam hamulec ręczny. Widok policyjnego munduru za każdym razem wywoływał we mnie fizyczną reakcję, mdłości narastające w żołądku. Odjechałam, zanim zdążył do mnie dotrzeć, i dopiero gdy zniknął mi z oczu w lusterku wstecznym, oddech nieco mi się uspokoił.

Już zawsze będę kojarzyć policję ze złymi wieściami.

Z niekończącymi się pytaniami.

Czasami wszystko zlewało się w jedną wirującą masę. Przeszłość. Teraźniejszość. Niemożliwe do rozdzielenia.

Lęk nigdy tak naprawdę mnie nie opuścił. Czaił się pod skórą i czekał cierpliwie, aż coś go znowu wyzwoli. Czekał na okazję, żeby zaatakować.

„Nie pamiętam”.

I czasami, świadomie, nie pamiętałam. Kłamstwo stało się moją prawdą. Ciśnienie w głowie było nieznośne.

Potem, w mroku nocy, kościste palce przeszłości wciągały mnie z powrotem. Kopałam i krzyczałam, zanim się obudziłam. Z wymiętą kołdrą leżącą na podłodze. Z piżamą przesiąkniętą potem. I samotna.

Zawsze samotna.

Blizna na moim czole pulsowała, przypominając o mojej bezsilności.

W drodze do pracy znowu zaczęłam rozmyślać o tamtym piśmie.

„Co robić?”

2.

LAURA

Świadomość, że już wkrótce będę otwierać te drzwi po raz ostatni, zapiekła mnie jak środek dezynfekujący wylany na otwartą ranę.

Chłonęłam wszystko. Światło odbijające się od szyb, w miarę jak dzień przybierał na sile. Szyld z napisem „Kwiaty Laury”, skrzypiący z zachwytem w podmuchach wiatru. To, jak klucz niemal stapiał się z moimi palcami, jakby powinien być mój na zawsze. Wkrótce będzie należał do kogoś innego. To wszystko będzie marzeniem kogoś innego.

Drzwi były ubrudzone zaschniętym żółtkiem jaja. Powiedziałam sobie, że to pewnie sprawka dzieciaków, które biegały wczoraj po ulicach i wyłudzały słodycze pod groźbą psikusów; plastikowe kły wystające z ust poplamionych krwią. Naprawdę nie powinnam doszukiwać się podtekstów we wszystkim.

Ale chociaż dodający otuchy zapach kwiatów otulił mnie, gdy tylko weszłam do środka, nerwy nie zniknęły.

Nie mogłam uwierzyć, że to już koniec.

Gdy otworzyłam tę kwiaciarnię dziesięć lat wcześniej, myślałam, że kiedyś przekażę biznes w ręce Tilly albo Rhianon, która spędzała u nas w domu równie dużo czasu, co Tilly u niej. Obie uwielbiały ogrodnictwo i godzinami klęczały obok siebie z łopatkami w dłoniach i błotem pod paznokciami, przekopując małą rabatkę, którą wydzieliłam dla nich w kącie naszego ogrodu. Pielęgnowały mlecze i jaskry, bo były żółte jak słońce; wyrywały anemony i astry, które jeszcze nie zakwitły; uśmiechały się do mnie szczerbatym uśmiechem, gdy dawałam im wiśniowe lodowe lizaki. Gdy weszły w wiek nastoletni, ich kąt ogrodu zarósł chwastami i zdziczał. Straciły zainteresowanie kwiatami. Po raz pierwszy byłam wdzięczna, że nie chcą pójść w moje ślady i wkroczyć na pełną zmartwień ścieżkę jednoosobowych przedsiębiorców nieustannie zmagających się ze zbyt wieloma rachunkami i groźbą upadku.

Kucnęłam i zebrałam z wycieraczki garść brązowych kopert. Zobaczyłam czerwony stempel z napisem „Ostateczne wezwanie do zapłaty”. Rzuciłam pocztę na niegdyś wypolerowany blat, teraz pokryty cienką warstewką kurzu. W ciągu ostatnich sześciu tygodni siedziałam w domu więcej niż tutaj. Chciałam wspierać Tilly, ale sama nie wiedziałam, jak zachowywać się w jej obecności, gdy mówiła, że potrzebuje przestrzeni. Snułam się po domu jak duch. Przytłoczona żałobą, nie mogłam usiedzieć w spokoju. Dotykałam rzeczy Gavana, tak jak kiedyś dotykałam jego twarzy, i zastanawiałam się, kim jestem, skoro przestałam być czyjąś żoną. Bo dawno nie byłam już czyjąkolwiek córką.

Całymi tygodniami towarzyszyły mi mdłości, jakbym siedziała w łódce targanej gwałtownymi falami, i tylko w kwiaciarni znajdowałam chwile wytchnienia, spokój po burzy. W tej przestrzeni mogłam otwarcie ronić łzy i nie martwić się, że powinnam być silna ze względu na Tilly.

Tutaj mogłam odczuwać.

Jak co rano zajrzałam do kalendarza, chociaż wiedziałam, że jest pusty. Pulsowanie bólu za oczami się wzmogło. To nie tylko moja nieobecność w ostatnich tygodniach negatywnie wpłynęła na biznes. Gdy dziesięć miesięcy temu wybuchł ten skandal, lokalne gazety zaczęły pluć jadem ostrożnie ubranym w słowa, powalając moją rodzinę na kolana swoimi „domniemaniami” i „prawdopodobieństwami”. Napisano, że chociaż Gavan był rodowitym Walijczykiem, moja matka była Angielką; jakby to robiło jakąś różnicę. Dano mi do zrozumienia, że nie ma dla mnie miejsca w Portgellech, niegdyś tętniącym życiem rybackim miasteczku, gdzie obecnie rybacy stanowili równie rzadki widok jak czerwone latawce, które dawniej szybowały nad szarym jałowym nabrzeżem. Społeczność zwarła szyki, niektórzy nawet zaczęli mnie nazywać „tą Angielką”, chociaż przemieszkałam tu całe życie. Kupowali kwiaty w Tesco, na stacjach benzynowych, wszędzie – zdawałoby się – byle nie u mnie.

Ale nie byłam do końca sprawiedliwa. Gdyby zrzucić grubą warstwę samoużalania się, którą nosiłam już jak drugą skórę, potrafiłam przyznać, że nie mogłam konkurować cenowo z supermarketami ani zapewniać równie wygodnych i szybkich dostaw jak kwiaciarnie internetowe. Może upadek był nieunikniony, a Gavan tylko przyspieszył ten proces. Z drugiej strony może to też nadmiernie analizowałam. Ostatecznie w tym okresie ruch zawsze malał. Sezon ślubny się skończył i biznes miał się rozkręcić na nowo dopiero w grudniu.

„Ale wtedy mnie już tu nie będzie”.

Zaczęłam przetrząsać szuflady pełne wstążek i celofanu w kropki w poszukiwaniu proszków przeciwbólowych. Dzwonek nad drzwiami zabrzęczał, gdy ktoś wszedł do środka. Podniosłam wzrok, ale mój optymizm szybko się rozwiał, gdy zobaczyłam, że to nie klientka, tylko Saffron, po raz trzeci w tym tygodniu.

– Tak mi przykro – powiedziałam, wyciskając dwie tabletki z paracetamolem z foliowego kokonu. – Nie sprzedałam wiele.

Prawdę mówiąc, nie sprzedałam ani jednej torby organicznych warzyw z farmy Oak Leaf Organics, które Saffron przyniosła mi na próbę, proponując dwadzieścia procent od sprzedaży, ale z poczucia winy sama znowu kupiłam dwie. Szuflada w mojej lodówce była pełna więdnących marchewek i brązowiejącego pasternaku.

– To nic. Chyba mało kto zagląda do kwiaciarni, żeby kupić jedzenie. – Kąciki jej ust uniosły się przelotnie, gdy uśmiechnęła się uśmiechem pełnym napięcia.

– Ostatnio mało kto zagląda też, żeby kupić kwiaty. – Skrzywiłam się, połykając tabletki bez popicia.

– Damy radę, dopóki Amazon nie zacznie sprzedawać świeżych warzyw i bukietów.

– Kwiaty już sprzedają.

– No to masz przerąbane. – Masa czarnych loczków na jej głowie zatrzęsła się, gdy wybuchła śmiechem, który zabrzmiał jakoś pusto.

Wyglądała na tak zmęczoną, jak ja się czułam, i wiedziałam, że chociaż sobie żartuje, naprawdę martwi się tak samo jak ja. Prowadzenie małego biznesu było trudne.

– Nie ma nadziei dla niezależnych detalistów, prawda?

– Nie, gdy klienci chcą, żeby wszystko było dostępne dwadzieścia cztery godziny na dobę – zauważyłam.

– A jeszcze nie jest? – Zadarła głowę i przesłoniła oczy dłonią, udając, że szuka czegoś na niebie. – Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to dron dostawczy.

Nie zaśmiałam się.

– Dzięki za radę, której udzieliłaś mi w zeszłym tygodniu, Lauro. – Wyjęła białą różę z wiaderka koło lady i wciągnęła jej zapach. Płatki wydały się blade w kontraście z jej ciemną skórą. – Ta nowa kawiarnia za rogiem złożyła stałe zamówienie na ziemniaki. Uwielbiam ziemniaki w mundurkach. – Poklepała się po niemożliwie płaskim brzuchu.

Jeszcze dziesięć lat, a węglowodany zaczną się gromadzić wokół jej talii, tak jak zaczęły wokół mojej, gdy skończyłam trzydziestkę.

Saffron dalej trajkotała, a ja próbowałam nie zgubić wątku. Normalnie. Mogłam zachowywać się normalnie. Ale myślami wciąż wracałam do tamtego pisma. Fale adrenaliny zalewały mnie i się cofały. Słowa Saffron docierały do mnie urywkami. Inne odpływały w niebyt.

– Lauro? – Sposób, w jaki wymówiła moje imię, uświadomił mi, że zadała pytanie, a ja nie odpowiedziałam.

Jej głos wydawał mi się taki daleki. Próbowałam się skupić, ale jej postać nabrała dziwnego zabarwienia. Mimo wszystko złożyłam swój stan na karb stresu. Na żałobę. Dopiero gdy słodki, mdlący zapach uderzył mnie w nozdrza, przeszło mi przez myśl, że to znowu się dzieje, ale nie mogłam uwierzyć, że to możliwe. Minęło już tyle czasu. A jednak pojęłam, że owszem, gdy zaczęło mi się kręcić w głowie. Ręce i nogi odmówiły posłuszeństwa. Nie wiem, w którym momencie osunęłam się na ziemię i wpadłam w czarną otchłań. Czas stał się nieistotny. Mogły minąć sekundy, minuty, nawet godziny, nim dotarł do mnie odległy dźwięk głosu. W uszach słyszałam dziwne rzężenie – własny przepełniony paniką oddech. Ujrzałam anioła, rozmazane jaskrawe białe światło. Myślałam, że umieram.

Myślałam, że znowu umieram.

Ale w końcu odzyskałam ostrość widzenia i zobaczyłam Saffron w białych dżinsach i bluzie. Patrzyła na mnie z troską.

– Dobrze się czujesz? – Położyła mi dłoń na ramieniu.

Próbowałam się odezwać, ale usta wypełniał mi miedziany smak krwi. Przygryzłam sobie język.

– Dzwonię po karetkę. – Panika w jej głosie jakoś mnie uspokoiła.

– Nie. – Usiadłam. – Proszę, nie rób tego. – Ostrożnie dotknęłam potylicy, którą uderzyłam o ziemię. Wiedziałam z doświadczenia, że później będę obolała i pokryta siniakami, ale teraz, gdy z trudem podnosiłam się na nogi, czułam głównie zażenowanie. – To napad. Miewałam je już wcześniej.

Ale to było lata temu, jeszcze zanim rodzice się mnie wyrzekli. Zupełnie jakby po tym, gdy mnie wyrzucili, moje ciało doznało niemal odwrotnego szoku i zamiast dalej się rozpadać, pozbierało się do kupy. Być może to sprawa z Gavanem sprawiła, że napady powróciły. To było przyczyną tak wielu rzeczy. Znowu pomyślałam o piśmie i miarka się przebrała. Zaczęłam płakać.

– Tak mi przykro. – Saffron wyglądała na spanikowaną. – To wyglądało okropnie. Nie wiedziałam, czy najpierw dzwonić na pogotowie, czy próbować ci pomóc. Wszystko wydarzyło się tak szybko.

Chociaż byłam otumaniona i zdezorientowana i miałam wrażenie, jakbym straciła przytomność na wiele godzin, w rzeczywistości wszystko trwało pewnie krócej niż minutę.

– Jak się czujesz? – zapytała dziewczyna z powątpiewaniem, wciąż ściskając w dłoni telefon.

Chora. Wyczerpana. Przerażona.

– W porządku – zapewniłam ją.

Poczułam gorzki smak kłamstwa i krwi na języku.

– Nie wygląda na to. Jesteś pewna, że nie powinien cię obejrzeć lekarz?

– Nie. Serio, w szpitalu i tak nie mogliby nic dla mnie zrobić. – Bałam się, że zacznie nalegać na wezwanie lekarza, i pomyślałam o wszystkich implikacjach. – Ale mogłabyś mi przynieść trochę wody. – Usiadłam na stołku, opierając łokcie o blat i kryjąc twarz w dłoniach. Po chwili Saffron postawiła przede mną szklankę, która wydała mi się wyjątkowo ciężka, gdy uniosłam ją do spierzchniętych ust i wzięłam łyk. Otarłam rękawem strużkę, która pociekła mi po podbródku. – Możesz już iść. Zaraz zamknę i wrócę do domu.

Byłam wyzuta z energii, jakby nagle odłączono mnie od źródła zasilania.

– Mogłabym cię podwieźć? – zaproponowała Saffron niepewnie.

Zawahałam się. W tej chwili stanowiłabym zagrożenie na drodze, ale nie znałyśmy się z Saffron aż tak dobrze; nie chciałam zawracać jej głowy.

– Zadzwonię do przyjaciółki i poproszę, żeby mnie odebrała.

Przejrzenie listy kontaktów w telefonie nie zajęło mi dużo czasu. Nawet gdyby nie ostatnie wydarzenia, Gavan i ja byliśmy jedną z tych par, które spędzały cały czas razem, więc nie miałam za wielu przyjaciół. Zatrzymałam się nad imieniem Anwyn. Żona brata Gavana i ja byłyśmy sobie kiedyś tak bliskie, ale teraz nasze skłócone rodziny ledwie ze sobą rozmawiały. Mimo wszystko zadzwoniłam. Sygnał rozbrzmiewał długo, nim włączyła się poczta głosowa. Wyobraziłam sobie, jak Anwyn widzi moje imię na ekranie i postanawia nie odbierać.

Nie zostawiłam wiadomości.

Znowu rozbrzmiał dzwonek. Uniosłam ociężałą głowę. To Saffron uchyliła drzwi. Niemal zapomniałam, że wciąż tu jest.

– Jesteś pewna, że dobrze się czujesz? Mogłabym poprowadzić twój samochód, a swój odebrać później. Nie masz nic przeciwko?

Czułam się tak źle, że nie mogłam znieść myśli o jeździe autobusem, a z pewnością nie było mnie stać na taksówkę.

– Nie, jasne, że nie – powiedziałam. – Byłoby miło.

Ale nie było w tym nic miłego.

Trzy to potężna liczba i chociaż nie wiedziałam o tym w tamtym czasie, dowiedziałam się tego później. Potrzeba było trzech mężczyzn – Noego, Daniela i Hioba – by doświadczyć trzech rzeczy: stworzenia, zniszczenia i odnowienia. Potrzeba było trzech decyzji, żeby zniszczyć moje życie.

Czasami, gdy dzieje się coś okropnego, człowiek już po fakcie przesiewa wspomnienia i rozpaczliwie próbuje ustalić dokładny moment, w którym sprawy potoczyły się nie tak.

To, że się zgodziłam. To był pierwszy błąd, jaki popełniłam.

Zostały mi jeszcze dwa.

3.

TILLY

W ciągu tych sześciu tygodni, gdy mnie nie było, pozamieniali sale. Zanim zdążyłam odszukać moją grupę angielskiego, byłam już spóźniona.

– Przepraszam – wymamrotałam do pana Cranforda.

A on, zamiast naskoczyć na mnie, jak by to normalnie zrobił, ziejąc oddechem nieświeżym od kawy, powiedział tylko:

– Nic się nie stało, Tilly. Dobrze cię znowu widzieć. – Jego słowa były przesiąknięte współczuciem i jakoś było mi to trudniej znieść niż wrzaski.

Wszystkie dobre miejsca były już zajęte. Rhianon siedziała z tyłu z Ashleigh, a Katie z Kieronem. Katie i Kieron pochylali się ku sobie i od razu zrozumiałam, że nie są już tylko przyjaciółmi. Myśl o jego ustach całujących jej usta sprawiła, że poczułam, jakby serce złamało mi się raz jeszcze. Zaledwie dwa miesiące temu powiedział, że mnie kocha, wsuwając palce pod moją bluzkę i stanik.

„Na litość boską, Tilly. Weź się w garść”.

Rzuciłam plecak na ziemię koło pustej ławki na samym przodzie. Noga krzesła zaszurała głośno po podłodze, gdy je przesuwałam. Pan Cranford poczekał z markerem do tablicy suchościeralnej w dłoni, aż się usadowię, zanim podjął przerwany wątek.

– W najbliższych tygodniach będziemy studiować Otella.

Po klasie przetoczył się zbiorowy jęk.

– Nie ma co tak reagować. Sztuki teatralne to jedna z najstarszych form rozrywki. – Marker skrzypiał, podczas gdy nauczyciel wypisywał na tablicy nazwisko „Shakespeare”. – Nie ma nic lepszego niż dobra tragedia… – zamarł. Napotkał mój wzrok. W jego oczach dostrzegłam przeprosiny. Poczułam, jak w moich wzbierają łzy. Szybko zaczął mówić dalej: – Przedstawienia były przystępne, tanie…

Wyłączyłam się. Pomyślałam o „teatrze”, który tata zbudował kiedyś dla mnie i Rhianon. Wyciął przód z dużego kartonowego pudła i pomalował je na czerwono. Mama zawiesiła na druciku dwa kawałki żółknącej firanki. Nasza widownia składała się z wujka Iwana, cioci Anwyn, mamy i taty. Ustawiali się w kolejce przy drzwiach, a Rhianon zbierała od nich lśniące pięćdziesięciopensówki. Gwiazdami przedstawienia były małpki ze skarpetek, które nazwałyśmy Dick i Dom – moja była w turkusowo-białe paski, a ta Rhianon w czerwone groszki. Poruszałyśmy nimi z boku na bok, podczas gdy wygłaszały mądrości, które uważałyśmy za przezabawne. Nigdy nie miałyśmy gotowego scenariusza.

Zerknęłam przez ramię. Byłam pewna, że Rhianon myśli o tym samym, ale zobaczyłam tylko tył jej głowy, długie jedwabiste blond włosy spływające po ramionach. Szeptała coś do Katie i Kierona siedzących za nią. Żołądek przewrócił mi się do góry nogami, gdy pomyślałam, że rozmawiają o mnie.

Trudno było uchwycić moment, w którym oddaliłyśmy się od siebie. Ostatnio nas nie odwiedzała, ale nawet w miesiącach poprzedzających to wszystko, gdy przychodziła, spędzała więcej czasu w kuchni z moją mamą niż ze mną. Jeśli zdarzało mi się warknąć na mamę przy kolacji, gdy bez końca wypytywała o to, jak mi minął dzień, Rhianon przewracała oczami. Raz powiedziała nawet: „Nie zwracaj się do swojej mamy w taki sposób”. Wiedziałam, że ma nie najlepszą sytuację w domu. Jej rodzice cały czas się kłócili. U nas było spokojniej. Moja mama słuchała Rhianon. Zawsze znajdowała czas, żeby każdego cierpliwie wysłuchać. Niekiedy miałam wrażenie, że Rhianon jest zazdrosna o to, co łączy mnie z mamą. Jej relacje z ciocią Anwyn były napięte i nadwątlone, ale z drugiej strony nastolatki rzadko czują bliską więź z matkami, prawda? Ale nawet ja widziałam, jak bardzo ciocia Anwyn się zmieniła. Chodziła zagniewana, urażona. To chyba zaczęło się od tego całego gówna z firmą budowlaną taty i wujka Iwana. Wszystko wciąż sprowadzało się do tego. Nie znałam szczegółów, bo rodzice przekazywali mi tylko okruchy informacji, które ich zdaniem musiałam znać. W każdym razie rodzice Ashleigh kupili dom na jednym z nowych osiedli. Problem polegał na tym, że zbudowano go na dawnym wysypisku śmieci. Ashleigh zachorowała. To nie było przeziębienie czy katar, ale prawdziwa choroba. Białaczka. To wtedy wszystko się zaczęło. Minęło już wiele miesięcy, ale wspomnienie wciąż piekło; to jak Katie stanęła na swoim krześle i uniosła jednocześnie głos i wyskubane brwi.

– Słuchajcie. Ashleigh jest w szpitalu, bo tata Tilly wybudował jej dom na skażonym gruncie. To jego wina, że Ashleigh jest chora. Ona dosłownie może umrzeć.

Wszyscy zaczęli rzucać obelgami. Uniosłam ręce w obronnym geście.

– Serio, to nie był skażony grunt. Zanim zacznie się budowa, teren przechodzi mnóstwo kontroli bezpieczeństwa, prawda, Rhianon? – zwróciłam się do kuzynki.

Ostatecznie nasi ojcowie prowadzili ten biznes razem.

– Nie wiem. Mój tata nie miał pojęcia o historii tego terenu. On zajmuje się tylko finansami. – Chyba tylko ja wyczułam strach w jej głosie. Drżenie jej słów.

Ale to przesądziło sprawę. Zostałam wykluczona. Pozbawiona przyjaciół. Zignorowana. Jak na ironię odrzucili mnie niemal wszyscy poza Ashleigh, która może nie traktowała mnie jakoś wyjątkowo przyjaźnie, gdy wróciła do szkoły po leczeniu, ale nie była też wrogo nastawiona. Biorąc pod uwagę jej chorobę oraz to, że razem z rodzicami gnieździła się w domu dziadków, podczas gdy badano teren pod jej własnym, to ona miała najwięcej powodów, żeby mnie nienawidzić. A jednak traktowała mnie dokładnie tak samo jak wcześniej. Okazjonalne „cześć”, jeśli stanęłyśmy obok siebie przy szafkach, przelotne skinienie głowy, gdy wpadałyśmy na siebie na mieście. To jej rodzice byli rozwścieczeni i potrzebowali kogoś, na kogo mogliby zrzucić winę, rozumiałam to. Lokalne gazety musiały o czymś pisać, to też rozumiałam. Trudniej było mi pojąć zachowanie ludzi, których uważałam za przyjaciół, zachowanie ich rodziców, całej społeczności organizującej strajki okupacyjne na budowie i piszącej te wszystkie petycje. Na lekcji wiedzy o społeczeństwie analizowaliśmy kiedyś psychologię jednostek uczestniczących w protestach. Bardzo często byli to ludzie, którzy czuli, że czegoś ich pozbawiono, doświadczyli niesprawiedliwości i nierówności i to nawet nie musiało mieć związku z protestem, w którym brali udział. Jednoczyły ich podobne emocje, współczucie i oburzenie. Przekonanie, że są częścią czegoś większego i mogą zrobić różnicę. A może byli po prostu cholernie wściekli. Albo, w przypadku dzieciaków z naszej szkoły, bali się Katie. Ale przede wszystkim nie potrafiłam zrozumieć rozłamu, do jakiego doszło w naszej rodzinie. Ciocia Anwyn i wujek Iwan obwiniali mamę i tatę o to, że zdecydowali się kupić tę ziemię, jakby oni sami nie mieli na ten temat nic do powiedzenia.

– Ja zajmuję się tylko kwestiami finansowymi – bronił się wujek Iwan. – To ty wyszukujesz działki, ja sporządzam kosztorysy.

Biznes ucierpiał, a wraz z nim my wszyscy. Nikt już nie chciał kupować od taty gotowych domów ani sprzedawać mu terenów, a prace na placach budowy ustały. Wujek Iwan znalazł zatrudnienie w konkurencyjnej firmie. Przepaść między nami pogłębiała się coraz bardziej, aż w końcu wyglądało to tak, jakbyśmy byli już tylko ja, mama i tata przeciwko całemu światu. Sama zwątpiłam w tatę, ale nie straciłam do niego szacunku. W każdym razie jeszcze nie wtedy.

Dzwonek obwieścił przerwę na lunch. Zdałam sobie sprawę, że w ogóle nie skupiałam się na lekcji. Udawałam zajętą – zapięłam, a potem rozpięłam plecak, czekając, aż Rhianon będzie przechodzić koło mojej ławki.

– Cześć. – Dołączyłam do niej.

Nigdy do końca mnie nie odrzuciła i miałam nadzieję, że teraz nie zacznie mnie ignorować.

– Tilly – zawołał za mną pan Cranford. – Pozwól, że szybko omówię z tobą materiał, który musisz nadrobić.

Ruszyłam w stronę jego biurka z nadzieją, że Rhianon na mnie poczeka, ale ona szybko wyślizgnęła się na korytarz z nową paczką. Katie uśmiechnęła się złośliwie, splatając palce z palcami Kierona. Drugą dłonią wykonała gest imitujący podcinanie gardła i dokładnie zrozumiałam, na czym stoję.

Byłam sama.

4.

LAURA

W trakcie jazdy żadna z nas się nie odzywała. Wyczerpanie sprawiło, że zapomniałam o uprzejmościach, więc gdy Saffron weszła ze mną do domu i zaproponowała, że wstawi wodę, nie protestowałam. Powinnam czuć się dziwnie, że ktoś obcy krząta się po mojej kuchni, zagląda do szafek, otwiera puszkę z kawą, ale szczerze mówiąc, pocieszało mnie, że inna dorosła osoba przejęła inicjatywę. Saffron wypełniła moją przestrzeń ciężkimi jaśminowymi perfumami i normalnością. Nigdy nie radziłam sobie dobrze sama. Marzyłam o tym, by całkowicie oddać komuś kontrolę.

Miałam wrażenie, że grunt kołysze się pod moimi stopami, gdy chwiejnym krokiem ruszyłam do salonu, wciąż w płaszczu i butach. Opadłam na sofę i chociaż byłam świadoma cichego westchnienia, jakie wydała, gdy moje ciało zagłębiło się w ciastowatych poduszkach, wciąż nie czułam się w pełni obecna – ani fizycznie, ani mentalnie. Zapomniałam, jaką dezorientację czuło się tuż po napadzie. Jak bardzo odbierał on siły.

– Nie byłam pewna, czy słodzisz? – Saffron weszła do salonu z kubkami w dłoniach i torebką ciasteczek imbirowych pod pachą. – I nie mogłam znaleźć mleka, ale ja i tak piję czarną. Chcesz ciasteczko? Nie wiem, czy jedzenie pomaga w takiej sytuacji? Wiem, że to pewnie raczej przy cukrzycy, ale… Czujesz się chociaż trochę lepiej? Co się stało?

– Miałam napad. – Nie chciałam użyć słowa epilepsja.

Byłam wolna od tej etykietki przez niemal siedemnaście lat. Żyłam bez leków przez ostatnie dziesięć. Lekarz uprzedził mnie, że istnieje możliwość nawrotu. Jedna na dwadzieścia sześć osób doświadczy napadu w ciągu życia, a przy ponad czterdziestu różnych rodzajach nie da się ich przewidzieć.

– Co go wywołało? – Troska malująca się na jej twarzy sprawiła, że wyglądała na młodszą niż zazwyczaj, i to obudziło we mnie instynkt macierzyński.

To nie ona powinna się zajmować mną.

Przyczyną prawdopodobnie był stres, ale nie powiedziałam jej tego. Zamknęłam tylko oczy i policzyłam do dziesięciu – teraz ty się chowasz – w nadziei, że gdy je otworzę, zobaczę siebie sprzed kilku tygodni, zdrową i w dobrej formie.

I kochaną.

W zamian ujrzałam zabłąkany promień słońca, który przeniknął przez żaluzje i padł na pusty fotel Gavana. Okrągła plama na ciemnopomarańczowym podłokietniku, w miejscu gdzie zawsze stawiał poobiednią kawę, chociaż co wieczór zostawiałam dla niego podkładkę na stoliku obok. Teraz przyjęłabym z otwartymi ramionami wszystkie te drobiazgi, które tak mnie irytowały; tubkę pasty do zębów porzuconą na parapecie i wyciśniętą od środka, podniesioną deskę sedesową, moją maszynkę do golenia, stępioną i zatkaną pianą z grubymi czarnymi włoskami. Czy za bardzo zrzędziłam? Próbowałam sobie przypomnieć ostatni raz, gdy powiedziałam mu, że go doceniam. On niemal codziennie okazywał mi dobroć; to, jak obierał dla mnie pomarańcze, żeby sok nie szczypał odstających skórek wokół moich paznokci, jak wracał do domu z ogromnym batonikiem Galaxy, zawsze gdy zaczynał mi się okres, jak zeskrobywał lód z przedniej szyby mojego auta, podczas gdy ja rozkoszowałam się kłującymi igiełkami gorąca pod prysznicem, jego cierpliwość wobec Tilly, gdy hormony zamieniły ją w wybuchową i małomówną nastolatkę.

A to były tylko drobiazgi. Prawda jest taka, że on ocalił mnie wiele lat wcześniej, po tym jak rodzice się mnie wyrzekli. Serce by się mu złamało, gdyby wiedział, że znowu zaczęłam tonąć, ale tym razem to była jego wina. Pismo leżące na kredensie przyciągnęło mój wzrok. Teraz sama musiałam ocalić siebie i Tilly. Ale jak? Tyle rzeczy było nie tak, że nie miałam pojęcia, od czego zacząć.

– Lauro? – zwróciła się do mnie Saffron łagodnym głosem.

To było stwierdzenie, pytanie i zaproszenie do zwierzeń jednocześnie, wszystko to i wiele więcej. Fakt, że ta dziewczyna zobaczyła mnie w najgorszym możliwym momencie, sprawił, że towarzyskie subtelności przestały mieć znaczenie i nagle poczułam ochotę, żeby zaszlochać do swojej kawy. Zerknęłam na Saffron i już chciałam się przed nią otworzyć, ale przestraszyłam się, co mogłaby sobie o mnie pomyśleć.

– Co się dzieje? – Jej troska delikatnie przeciągnęła mnie przez krawędź i wreszcie skoczyłam na główkę wprost w nagą prawdę.

– Jestem bez grosza. Stracę dom. Kwiaciarnię. A muszę wspierać córkę. Tilly zdaje w tym roku egzaminy końcowe, a i tak już tyle rzeczy przeszkodziło jej w nauce w ostatnich miesiącach. – Nie wdawałam się w szczegóły.

Miałam nadzieję, że jeśli wyrzucę z siebie te słowa, nieustanne mdłości targające moim żołądkiem się uspokoją. Ale tak się nie stało.

– Och, Lauro, tak mi przykro. – Zamilka na moment.

Jej wzrok powędrował do ogromnego kolażu zdjęć wiszących nad kominkiem, w ramie ze słowami „Live, Laugh, Love”. Uśmiechnięte twarze na tle ściany pociągniętej zielonkawoniebieską farbą. Ja i Gavan wznoszący toast z okazji piętnastej rocznicy ślubu; Tilly i Rhianon pierwszego dnia w szkole, z takimi samymi różowymi pudełkami na lunch i szczerbatymi uśmiechami. Gavan pochylony nad kołyską Tilly, patrzący z zachwytem na córkę, która już miała na głowie burzę czarnych loków; moja ślubna sukienka zbyt mocno opinająca brzuch. Chcieliśmy wziąć ślub, zanim Tilly się urodzi, ale nie było nas na to stać. Minęło siedemnaście lat, a ja wciąż nie wróciłam do wagi sprzed ciąży. Zdjęcia były pomieszane, nie pokazywały nas w porządku chronologicznym, skakały od dorosłości do lat nastoletnich, od przedszkolaka do noworodka i z powrotem.

– Wygląda na to, że masz kochającą rodzinę? Jestem pewna…

– Mój mąż zginął sześć tygodni temu. – Zadrżałam i ciaśniej owinęłam się płaszczem.

– Chryste, Lauro, tak mi przykro. A ja ci ględziłam o owocach i warzywach. – Zamilkła, jej pytanie zaiskrzyło w powietrzu, zanim ubrała je w słowa. – Jak to się stało? Jeśli mogę zapytać…

Wyszukałam jedyną odpowiedź, jaka miała dla mnie sens, i powiedziałam:

– To był wypadek.

– Tak mi przykro. – Żal w jej głosie był szczery.

Jeszcze nigdy nie widziałam jej takiej poważnej. To zachęciło mnie do dalszych zwierzeń.

– Spadł z rusztowania w pracy. Koroner odroczył dochodzenie w sprawie śmierci i wystawił tymczasowy akt zgonu. Wysłałam ten dokument do towarzystwa ubezpieczeniowego, ale dziś dostałam od nich pismo z informacją, że nie wypłacą odszkodowania, dopóki nie przedstawię im ostatecznego aktu zgonu.

– Dlaczego? Przecież jeśli… – urwała. – Skoro mają dowód, że umarł?

– Najwyraźniej muszą znać dokładną przyczynę śmierci. To niedorzeczne. On spadł. To był wypadek.

„Był. Musiał być”.

– A ile to potrwa, zanim dostaniesz oficjalny akt zgonu?

– Nie wiem. Koroner powiedział, że starają się zamykać dochodzenia w ciągu pół roku.

Kolejna rozprawa sądowa. Tym razem nie powinnam być taka przerażona – byłam już dorosła – a jednak się bałam.

Przysięgam mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, tak mi dopomóż Bóg.

Ale Bóg nie ochronił mnie wtedy i nie zamierzał ochronić mnie teraz.

– Potrzebuję tych pieniędzy… – Głos mi się załamał. – Nie mam z czego zapłacić czynszu. I tak mieliśmy już zaległości w opłatach i właściciel grozi, że nas eksmituje. Mam debet na koncie i wyczyściłam wszystkie karty kredytowe. Kwiaciarnia już nie przynosi dochodów. Kilka miesięcy temu doszło do incydentu… – Stłumiłam szloch. – Wszystko się pomieszało. Liczyłam na to, że dzięki tym pieniądzom z ubezpieczenia będę mogła wszystko naprawić.

– Ale chyba możesz się odwołać od ich decyzji? Może wypłacą ci chociaż część odszkodowania, żebyś jakoś przetrwała ten okres?

Odchyliłam głowę i zapatrzyłam się na zdjęcie Gavana, próbując odzyskać ducha walki. Gdy Tilly była mała, miała obsesję na punkcie Czarnoksiężnika z Krainy Oz. Zaciskała malutkie rączki w pięści i przeskakiwała z nogi na nogę jak bokser, wołając „Załóż trzewiki”. Ostatecznie Tchórzliwy Lew odnalazł swoją odwagę. Gdzie podziała się moja?

– Masz rację. Musi tak być. Dowiedziałam się dopiero dziś rano. Bycie samemu jest takie trudne. Wszystko zdaje się dziesięć razy trudniejsze niż normalnie.

– Może mogłabym ci pomóc? Mężczyzna, z którym mieszkam, był kiedyś adwokatem…

– To miłe z twojej strony, ale nie sądzę, żeby twój chłopak…

– To nie jest mój chłopak. To… – Tym razem to ona się zawahała, jakby bała się, że ją osądzę. Zaczęła się bawić wystrzępionym rąbkiem bluzy. Wyglądała na bezbronną bez muru żartów, za którym zazwyczaj się chroniła. – Oboje mieszkamy w Gorphwysfa. Na farmie przy Oak Leaf Lane.

– Oczywiście.

Owoce i warzywa, które mi przynosiła, pochodziły prosto z farmy za miastem. Mieszkała tam mała społeczność – „banda cholernych hipisów”, jak nazywali ich niektórzy z lokalnych mieszkańców – ale nie wiedziałam o niej zbyt wiele.

– W każdym razie Alex… – Jej rysy złagodniały, gdy tylko zaczęła o nim mówić. Pomyślałam wtedy, że może są kimś więcej niż przyjaciółmi, a może ona by tego chciała. – On mógłby ci pomóc z tym towarzystwem ubezpieczeniowym. Z całym tym prawniczym żargonem.

– Nie stać mnie na adwokata.

– Nie wziąłby od ciebie zapłaty. My na farmie nie tylko mieszkamy razem, my… współpracujemy, chyba tak można to nazwać. Dzielimy się środkami. Zawsze jest pod ręką ktoś, kto ma potrzebne umiejętności. Człowiek nigdy nie jest samotny.

„Samotny”. To było tylko słowo, a jednak tych siedem liter sprawiło, że poczułam ból w sercu.

– Ale ja tam nie mieszkam.

– To nie ma znaczenia. Będziesz mogła się jakoś odwdzięczyć. Pomóc w uprawie warzyw.

To była szansa. Możliwość. Jasno świecąca gwiazda na ciemnym niebie rozpaczy, ale chociaż otworzyłam usta, nie mogłam wydusić z siebie słowa „tak”, które przykleiło mi się do podniebienia. Proszenie o przysługi odzierało mnie z kolejnych warstw, pozostawiało bezbronną i obnażoną. Raz jeszcze naraziłabym się na odrzucenie.

– Po prostu się nad tym zastanów. Słuchaj, zbliża się pora lunchu, lepiej już pójdę. Pozwolę ci wypocząć. – Saffron wstała i wygładziła bluzę.

Gardło i usta miałam wysuszone od słów, które się ze mnie wylały. Byłam przyzwyczajona do ciszy, która raz jeszcze wypełniła pomieszczenie. Wyobraziłam sobie, jak Tilly siedzi w szkolnej stołówce i podważa wieczko pudełka z lunchem, i poczułam ukłucie gorąca w piersi. To, co wydawało się dobrym pomysłem o szóstej trzydzieści dziś rano, teraz wyglądało na okropny błąd. Miałam wrażenie, że gdy wróci ze szkoły, będzie na mnie wściekła. Znowu.

Zagubiona w myślach, nie poruszyłam się, żeby odprowadzić Saffron do drzwi, więc powiedziała:

– Wszystko będzie dobrze.

Ale ja nie byłam tego taka pewna. Targały mną lęki i wątpliwości, a uczucie przytłoczenia groziło, że wkrótce całkowicie mnie zatopi.

– Nie możesz tego wiedzieć, chyba że potrafisz przepowiadać przyszłość. – Mimo wszystko błagałam w duchu, żeby jej słowa okazały się przepowiednią. Obietnicą.

Zobaczyłam w jej spojrzeniu przebłysk czegoś, czego nie zrozumiałam. Badawczo przyjrzałam się jej twarzy, ale nie widziałam już niczego poza dobrocią i zrozumieniem.

– Lauro, ja byłam… – Zerknęła na podłogę. – Byłam w naprawdę złym miejscu w życiu. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie Alex.

Naciągnęła swój szkarłatny płaszcz, a jego kolor tak kontrastował z białym strojem, że przypomniało mi to o innym czasie. Innym miejscu. O smugach krwi na dziewiczym białym śniegu.

– Zapiszę ci swój numer. – Pogrzebała w torbie. – Jeśli zmienisz zdanie, po prostu zadzwoń.

Mała karteczka, którą wcisnęła mi do ręki, na moment powstrzymała przypływ beznadziei. Wystarczyła, abym stanęła mocniej na nogach.

Schowałam ją do torebki leżącej w przedpokoju, podczas gdy Saffron wkładała masywne niezawodne buty, i powiedziałam sobie, że mogę jej zaufać. Otworzyła drzwi. Lodowaty podmuch wiatru wpadł przez szparę. Dreszcz musnął palcami moją szyję. Teraz już wiem, że to nie lodowate powietrze sprawiło, że włoski zjeżyły mi się na karku. To była moja intuicja. Przeczucie ostrzegające mnie, żebym trzymała się z daleka od Gorphwysfa.

Gdybym go tylko wtedy nie zignorowała.

5.

TILLY

Pan Cranford ględził o pracach domowych do nadrobienia przez całą wieczność. Gdy dotarłam na stołówkę, kolejka po jedzenie była już długa. Nie, żeby to miało dla mnie jakieś znaczenie, skoro i tak miałam ze sobą jedzenie przyniesione z domu. Mama powiedziała, że już nie stać nas na to, żebym kupowała lunch w szkole, jakby dwa i pół funta naprawdę mogło zrobić różnicę.

Zapach pikantnego pepperoni i stopionego sera sprawił, że zaburczało mi w brzuchu. Zawsze byłam fanką dnia pizzy. Zajęłam miejsce przy pustej ławie i rzuciłam plecak na ziemię. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Rhianon właśnie płaciła za lunch. Napotkała mój wzrok. Niewidzialne pasmo utkane z lat przyjaźni zawisło między nami, postrzępione i przetarte. Byłyśmy o wiele więcej niż kuzynkami.

Uniosłam rękę i bezgłośnie powiedziałam: „Cześć”.

Ręka zwisająca u jej boku drgnęła i próbowałam ją zmusić siłą spojrzenia, żeby mi odmachała. Ale ona tylko rozejrzała się dyskretnie, żeby sprawdzić, gdzie jest Katie, po czym posłała mi blady uśmiech i ledwie zauważalnie skinęła głową. Rozmawiałam z nią tylko raz od śmierci taty. Po tym, jak mama powiedziała, że przeprowadzono sekcję i już możemy go pochować.

– Nie mogę znieść myśli, że go pocięli – szlochałam w słuchawkę.

Rhianon też się rozpłakała i przez chwilę znowu byłyśmy sobie bliskie.

Teraz poklepałam miejsce obok siebie, zachęcając ją, żeby się do mnie dosiadła. Przygryzła wargę, jak to ona, gdy nie mogła zdecydować, co zrobić.

Ale wtedy Katie zaszła jej drogę i po chwili wszyscy ruszyli w moją stronę. Poczułam, jak żołądek związuje mi się w supeł. Próbowałam wyglądać na zajętą, więc otworzyłam pudełko i wyciągnęłam kanapkę. Zbyt późno zrozumiałam swój błąd.

– O. Mój. Boże. – Katie stanęła jak wryta. – Tilly! – Zamilkła teatralnie, żeby się upewnić, że wszyscy patrzą. – Mamusia przygotowała ci kanapeczki w kształcie serc? Jak słodko!

Myślałam, że spłonę ze wstydu. Co mama sobie myślała?

– Zupełnie jakbyś miała siedem lat, a nie siedemnaście. Nic dziwnego, że Kieron cię rzucił.

Kieron wlepił wzrok w swoje buty. Kiedyś mówił mi, że mam piękne oczy. Teraz nie potrafił w nie spojrzeć.

Katie zaczęła śpiewać stary przebój Don’t go breaking my heart, ale urwała, gdy zdała sobie sprawę, że nikt się do niej nie przyłączył. Rhianon gapiła się w ziemię z dziwną miną i zastanawiałam się, czy wspomina to samo co ja. To, jak jej mama i moja zawsze śpiewały właśnie tę piosenkę, gdy razem przygotowywały kolację. W czasach, gdy jeszcze wszyscy dobrze ze sobą żyliśmy.

– Spadaj, Katie – mruknęłam.

– Tak samo jak twój tata?

Powietrze gwałtownie opuściło moje płuca. Starałam się powstrzymać wizję taty leżącego na ziemi, połamanego i zakrwawionego, ale ten obraz wypalił się na wieki w moim umyśle.

– Katie, przestań – powiedziała Rhianon cicho.

– Bronisz jej? – Katie uniosła idealnie zarysowane brwi.

– On był moim wujkiem.

Tak mocno ścisnęłam w dłoni kanapkę, że tuńczyk i majonez rozprysły się na rękawie mojej czarnej bluzki.

– Ojej, nie przejmuj się – skomentowała Katie. – Jestem pewna, że mamusia ci to wypierze. – Odeszła dumnym krokiem.

Patrzyłam, jak Rhianon i Kieron ruszają za nią i zajmują miejsca przy niemal pełnym stole po drugiej stronie stołówki. Potarłam plamy palcami, ale to tylko pogorszyło sprawę.

Kiedyś na lekcji historii uczyliśmy się o greckiej kolonii trędowatych i gdy tak siedziałam sama, otoczona przez puste krzesła, zdałam sobie sprawę, że nie jestem po prostu trędowata. Byłam całą tamtą wyspą.

Ze złością strząsnęłam ziarno kukurydzy na ziemię, ale po chwili poczułam wyrzuty sumienia. Mama tak bardzo się starała. A ja ostatnio zachowywałam się wobec niej jak suka. Chciałabym móc powiedzieć jej wszystko. O tym, jaka jestem samotna. Jak przestraszona. Czasami słyszałam, jak płacze w nocy. Chowałam wtedy głowę pod poduszkę. Na co dzień starałam się jej unikać. Bałam się, że gdy tylko zacznę z nią rozmawiać, prawda po prostu wyjdzie na jaw. Nie chciałam zrobić ani powiedzieć niczego, co mogłoby zniszczyć jej wspomnienia o tacie; i tak miała już za dużo zmartwień. Nie chciałam, żeby pomyślała o mnie źle, ale zastanawiałam się, czy gdyby się dowiedziała, znienawidziłaby go i tęskniła za nim mniej? Nie miałam pojęcia, jak powinnam postąpić.

Gdy pomyślałam o tym, jak zignorowałam ją dziś rano i trzasnęłam drzwiami samochodu, zaczęłam panikować. Była dosłownie wszystkim, co mi zostało, i nie wiedziałam, co bym zrobiła, gdyby ona też się ode mnie odwróciła. Zacisnęłam dłonie w pięści i zagryzłam wargę, żeby powstrzymać się od płaczu. Kurczyłam się jak Alicja po wypiciu tajemniczego napoju w Krainie Czarów. Deszcz łomotał o dach z blachy falistej. Ten hałas w połączeniu z gwarem, śmiechem i trzaskaniem tac stał się nieznośny.

We’re off to see the wizard…, wypełniłam myśli łagodnym głosem mamy śpiewającej jedną z naszych ulubionych piosenek.

Odetchnęłam swobodniej i poczułam potrzebę pogodzenia się z mamą. Gdy tylko wyciągnęłam komórkę z plecaka, zobaczyłam wiadomość od Rhianon.

Sądząc po uroczych kanapeczkach, WCIĄŻ nie powiedziałaś mamie prawdy na temat twojego taty?

Lęk wypełnił mój pusty żołądek. Jak długo jeszcze uda mi się to zachować w tajemnicy?

Dłonie taty ujmujące moją buzię.

Obiecaj, że nie powiesz, Tilly.

6.

LAURA

Mocniej ścisnęłam poduszkę, aż przyjęła kształt mojego ciała. Ciała, które Gavan całował w sobotnie poranki, podczas gdy ja zagrzebywałam się pod kołdrę, protestując, że jest za jasno, że słońce wpada przez cienkie zasłony, bezlitośnie obnażając wszelkie moje niedoskonałości.

– Lauro, zjadałem pianki cukrowe z twojego brzucha, zlizywałem czekoladową farbkę do ciała z twoich ud, wysysałem bitą śmietanę zewsząd. – Przyszpilał mi nadgarstki nad głową. – Jesteś piękna. Nie ukrywaj się.

Gdyby teraz był tutaj, stanęłabym przed nim w całej mojej nagiej chwale, z cellulitem i rozstępami, i pozwoliłabym, żeby kochał mnie tak, jak chciał. Żeby kochał mnie tak, jak tego potrzebowałam. Wtuliłam twarz w poduszkę i zrobiłam głęboki wdech. Każdego wieczoru spryskiwałam jego stronę łóżka płynem po goleniu marki Boss. Pościel pachniała nim, a jednak nie. Woda kolońska pochodziła z jego buteleczki, tej, którą kupiłam mu pod choinkę, a jednak to nie było to samo. Brakowało zapachu jego ciała, ten zapach zniknął i po prostu nie mogłam go odtworzyć.

Ryknęła muzyka. Dudnienie basu zatrzęsło ścianą dzielącą moją sypialnię od pokoju Tilly, ale nie krzyknęłam, żeby przyciszyła. Hałas przypomniał mi, że pomimo pustki, jaką czułam w piersi, nie jestem sama. Tilly wstała wcześnie jak na sobotę. Drzwi jej pokoju otworzyły się z hukiem, a po chwili zatrzasnęły się za nią drzwi łazienki. Siedemnastolatka z ambicjami uniwersyteckimi, a jednak wciąż nie potrafiła używać klamki. Podniosłam się z mojego zbyt-dużego-dla-jednej-osoby łóżka, wsunęłam stopy w kapcie i narzuciłam szlafrok. Było zimno.

– Dzień dobry – zawołałam z podestu schodów. – Robię tosty. Chcesz?

– Ale nie wykroisz ich w kształt serc, co? – odkrzyknęła.

Zawahałam się. Chciałam jej powiedzieć tak wiele, ale nie wiedziałam, od czego zacząć, więc ugryzłam się w język, wepchnęłam ręce do kieszeni i zeszłam na dół, żeby włączyć ogrzewanie.

Stary bojler zaczął powoli budzić się do życia, podczas gdy jadłam przy stole śniadanie. Gęsta jak syrop kawa i lepka marmolada odpędziły resztki snu. Raz jeszcze przeczytałam pismo z towarzystwa ubezpieczeniowego: „Droga pani Evans, po starannym rozpatrzeniu sprawy z żalem informujemy, że w obliczu braku…”.

Słowa umykały i drgały za zasłoną łez, które stanęły mi w oczach, aż w końcu ułożyły się w coś innego. Coś lepszego. W przyszłość. Zajrzałam do koperty, jakbym mogła tam znaleźć jakąś nadzieję. Szukałam drugiego arkusza taniego białego papieru, informującego mnie, że to pomyłka. Że oczywiście wypłacą mi odszkodowanie. Spełnią obietnice ze swojej kampanii reklamowej, w której przedstawiali niemożliwie pięknych aktorów z odpowiednią ilością napięcia malującego się na zbyt idealnej skórze, powoli przywołujących uśmiech na twarzy, podczas gdy Ironstone Insurance zapewniało: „My się martwimy, żebyś ty nie musiał”.

Pieprzeni, pieprzeni kłamcy.

Nie mogłam czekać kilka tygodni, a tym bardziej miesięcy, aż dochodzenie dotyczące przyczyny zgonu zostanie wreszcie przeprowadzone. A co, jeśli koroner uzna, że to nie był wypadek?

Prawdę, całą prawdę i tylko prawdę.

Już raz kiedyś zostałam niemal zdruzgotana. Nie mogłam znowu na to pozwolić. Teraz miałam Tilly.

– Mamo?

Otarłam łzy z policzków rękawem i próbowałam się uśmiechnąć. Tilly wyglądała na młodą i zagubioną, ubrana w piżamę w misie polarne i kapcie w pingwiny, bez grubych czarnych kresek, które zazwyczaj rysowała sobie pod oczami.

– Nic mi nie jest. Zamierzam dziś zajrzeć do cioci Anwyn i wujka Iwana. Chcesz pojechać ze mną?

Na jej twarzy odmalowała się mieszanina emocji – zawsze tak łatwo było ją przejrzeć. Zaskoczenie, obawa, pragnienie, by wszystko było dobrze. By wszystko było znowu tak jak kiedyś; nocowanie u Rhianon i rodzinne lunche. Martwiło mnie, że dziewczynki oddaliły się od siebie. Potrafiłam zrozumieć lojalność Rhianon wobec Anwyn i Iwana, którzy niesprawiedliwie obwiniali Gavana za cały ten bałagan, ale miałam nadzieję, że po śmierci Gavana Rhianon będzie wspierać kuzynkę. Kieron zerwał z nią jeszcze przed pogrzebem. Całe szczęście, że byli razem tylko przez kilka tygodni. Nie sądzę, by bardzo ją to obeszło przy tym wszystkim, co się działo, ale byłam na niego wściekła, że ją zawiódł. Z drugiej strony wiedziałam z doświadczenia, jak niekomfortowo czują się dorośli w obliczu śmierci – unikali kontaktu wzrokowego, wymawiania imienia Gavana – więc może to było niesprawiedliwe z mojej strony, oczekiwać od siedemnastoletniego chłopaka, że będzie wiedział, jak odnaleźć się w takiej sytuacji. Ale teraz, gdy Tilly wróciła do szkoły, byłam pewna, że Rhianon postąpi właściwie. To była naprawdę dobra dziewczyna.

– Byłoby miło, gdybyś się ze mną wybrała. – Zgarnęłam na pusty talerz okruszki zaściełające stół.

Jeśli Tilly będzie mi towarzyszyć, z pewnością nie powtórzy się ostatnia scena, do jakiej doszło, gdy znalazłyśmy się z Anwyn w tym samym pomieszczeniu. Obelgi ostre jak błyskawice, grzmiący gniew, oskarżenia rzucane niczym grad łomoczący o okienną szybę. Ku mojemu zaskoczeniu i uldze Tilly się zgodziła.

Wykąpałam się, ubrałam, wyszorowałam kuchenny blat do czysta cytrynowym środkiem do czyszczenia i z brzękiem wyniosłam za-wiele-jak-dla-jednej-osoby pustych butelek po winie do kosza na szklane odpady, a Tilly wciąż nie była gotowa. Poszłam na górę, zapukałam do niej i powiedziałam, żeby się pospieszyła. Zanim stracę odwagę. Upłynęło kolejne pół godziny, nim z dudnieniem zbiegła po schodach w chmurze duszących perfum, ubrana w koszulkę kompletnie niedopasowaną do spodni. Wyglądała, jakby włożyła na siebie pierwsze lepsze rzeczy, które znalazła na podłodze – co ona tam robiła tyle czasu?