Rodzeństwo Willoughby - Lois Lowry - ebook

Rodzeństwo Willoughby ebook

Lois Lowry

0,0
23,90 zł

lub
Opis

NETFLIX POLECA FILM ANIMOWANY NA PODSTAWIE KSIĄŻKI!

„Powinniśmy chyba być sierotami, prawda?” – zasugerowało pewnego dnia jedno z rodzeństwa Willoughby. Wszyscy czworo należą do rodziny w staroświeckim stylu, a ich rodzice… no cóż, pozostawiają bardzo wiele do życzenia. Dzieci, przypominając sobie bohaterów i bohaterki książek takich jak „Ania z Zielonego Wzgórza” czy „Pollyanna”, zawiązują diaboliczny spisek, aby móc się zmienić w szlachetne i ujmujące sieroty. Nie wiedzą jeszcze, że pan i pani Willoughby sami zaczęli już pracować nad swoim do cna nikczemnym planem, zainspirowanym inną znaną i lubianą bajką na dobranoc: opowieścią o Jasiu i Małgosi…

W tej niezwykłej książce pojawiają się złoczyńcy, dobroczyńcy, rzeczowe nianie, porzucone niemowlęta, dawno zaginieni spadkobiercy i miłość w jesieni życia. Autorka składa hołd klasyce literatury tą przezabawną i zdecydowanie „staroświecką” parodią.

W 2009 roku książka ukazała się pod tytułem „Nikczemny spisek”. W niniejszym wydaniu zmieniono tylko tytuł oraz kilka nazw w tekście, dostosowując je do filmu animowanego wyprodukowanego przez Netflix.

Lois Lowry jest znana z ogromnej wyobraźni, w swoich książkach często porusza temat więzi między ludźmi. Urodziła się na Hawajach, dorastała w Nowym Jorku, Pensylwanii i Japonii. Po studiach założyła rodzinę i zajęła się pisaniem. Jest autorką ponad trzydziestu powieści dla młodych czytelników, za które otrzymała liczne nagrody, m.in.: Boston Globe-Horn Book Award, Dorothy Canfield Fisher Award, California Young Reader’s Medal oraz Mark Twain Award.

Dwukrotnie została wyróżniona prestiżowym Newbery Medal – za książki „Number the Stars” i „Dawca”. Obecnie mieszka na zmianę w Cambridge oraz bardzo starym wiejskim domu w stanie Maine.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 111




Zajrzyj na strony:

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebookuwww.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

für meine deutschen Mädchen,Nadine und Annika

1.

STAROŚWIECKA RODZINA I PASKUDNE NIEMOWLĘ

Żyła sobie kiedyś pewna rodzina o nazwisku Willoughby: prawdziwie staroświecka z czworgiem dzieci.

Najstarszy z nich, chłopiec o imieniu Timothy, miał dwanaście lat. Dziesięcioletni Barnaba i Barnaba byli bliźniakami. Nikt nie potrafił ich odróżnić, a w dodatku nosili to samo imię; nazywano ich więc Barnabą A i Barnabą B. Większość ludzi, włączając rodziców owych chłopców, skracała imiona do A i B, a wiele osób nawet nie wiedziało, że bliźniaki w ogóle miały jakieś imiona. Najmłodsza z rodzeństwa – nieśmiała śliczna istotka w okularach i z grzywką – liczyła sześć i pół roku, a nosiła imię Jane.

Wszyscy razem mieszkali w zwyczajnym, wysokim, wąskim domu w zwyczajnym miasteczku i robili rzeczy, które zazwyczaj robią dzieci w staroświeckich opowieściach. Chodzili do sklepu i na plażę. Uroczyście obchodzili urodziny. Czasem zabierano ich do cyrku lub do zoo, chociaż ani jedno, ani drugie zbytnio ich nie interesowało, poza słoniami.

Ich ojciec, niecierpliwy i popędliwy1 człowiek, codziennie wyruszał do pracy w banku z teczką i nieodłącznym parasolem – nawet gdy nie padało. Ich matka, kobieta leniwa i kłótliwa, nie chodziła do pracy. W naszyjniku z pereł z wyraźną niechęcią przyrządzała posiłki. Kiedyś przeczytała jakąś książkę, ale uznała ją za obrzydliwą, ponieważ zawierała przymiotniki. Od czasu do czasu przeglądała kolorowe pisma.

Państwo Willoughby często zapominali o swych dzieciach i drażniło ich, gdy im o nich przypominano.

Tim, najstarszy z rodzeństwa, miał złote serce, jak wielu staroświeckich chłopców, lecz ukrywał je pod dość despotycznym usposobieniem. To on decydował, co reszta będzie robić: w co będą się bawić („Zagramy teraz w szachy – zarządzał na przykład. – Zasada mówi, że mogą grać tylko chłopcy, a dziewczyna przynosi ciasteczka za każdym razem, kiedy ktoś zbije pionek”), jak mają się zachowywać w kościele („Uklęknijcie ładnie i zróbcie pobożne miny, ale myślcie tylko o słoniach” – powiedział im kiedyś), czy mają zjeść to, co ugotowała ich matka, czy nie („Nie smakuje nam to” – oznajmiał czasem, więc wszyscy odkładali widelce i nie otwierali ust, nawet jeśli byli bardzo, bardzo głodni).

Raz jego siostrzyczka szepnęła mu na ucho, po kolacji, której zjedzenia odmówili:

– Ale mnie smakowało.

Tim spojrzał wtedy na nią i odparł:

– To były gołąbki. Nie wolno ci lubić gołąbków.

– No dobra – westchnęła Jane. Poszła spać głodna i śniła, jak się jej to często zdarzało, o chwili, gdy będzie już starsza i bardziej pewna siebie, kiedy będzie bawiła się w to, co sama wybierze, i jadła to, co lubi.

Ich życie biegło dokładnie tak, jak biegło życie w staroświeckich opowieściach.

Pewnego razu znaleźli nawet pod drzwiami niemowlę. Zdarza się to dość często w staroświeckich opowieściach. Na przykład bliźnięta Bobbsey2 znalazły raz niemowlę pod drzwiami. Ale nigdy przedtem nie przydarzyło się to rodzinie Willoughbych. Jak to w podobnych sytuacjach bywa, dziecko leżało w wiklinowym koszyku i miało na sobie różowy sweterek, do którego agrafką przypięta została kartka.

– Ciekawe, dlaczego ojciec go nie zauważył, wychodząc do pracy – powiedział Barnaba A, spoglądając na koszyk, który tarasował schody do ich domu, gdy we czworo wybierali się pewnego ranka na spacer do pobliskiego parku.

– Przecież wiesz, że ojciec niepomny tego, co się wokół niego dzieje, przechodzi nad wszelkimi przeszkodami – zauważył Tim. – Przypuszczam, że całkiem nieświadomie odsunął koszyk na bok. – Wszyscy spojrzeli na koszyk i smacznie śpiące w nim niemowlę.

Wyobrazili sobie ojca przechodzącego nad koszykiem po usunięciu go z drogi złożonym czarnym parasolem.

– Moglibyśmy wystawić koszyk dla śmieciarza – zasugerował Barnaba B. – Jeśli chwycisz za jeden uchwyt, A, a ja chwycę za drugi, powinniśmy znieść go po schodach bez większego problemu. Czy niemowlęta są ciężkie?

– Proszę, czy moglibyśmy najpierw przeczytać tę kartkę? – zapytała Jane, próbując użyć przekonującego tonu, który ćwiczyła w tajemnicy.

Kartkę złożono tak, że nie widać było, co jest na niej napisane.

– Moim zdaniem to niekonieczne – odparł Tim.

– Uważam, że powinniśmy przeczytać – sprzeciwił się Barnaba B. – Warto sprawdzić, czy nie zawiera ważnych informacji.

– Może wyznaczono jakąś nagrodę za znalezienie dziecka – zasugerował Barnaba A. – Albo to żądanie okupu.

– Ty półgłówku! – powiedział Tim. – Żądanie okupu wysyłają ci, którzy zabrali dziecko, a nie ci, co je podrzucają.

– W takim razie może sami moglibyśmy je wysłać – zastanowił się Barnaba A.

– A jeśli ktoś zapisał na niej imię dziecka? – zaciekawiła się Jane. Bardzo interesowała się imionami, ponieważ od zawsze żywiła przekonanie, że jej imię jest nieodpowiednie, bo ma za mało sylab. – Chciałabym się dowiedzieć, jak mu na imię.

Niemowlę poruszyło się i otworzyło oczy.

– Sądzę, że na takich kartkach najprawdopodobniej znajdują się instrukcje dotyczące dzieci – stwierdził Tim, przyglądając się niemowlęciu. – Może więc dowiemy się, gdzie je odstawić po znalezieniu.

Niemowlę zaczęło kwilić, a kwilenie bardzo szybko przerodziło się w rozdzierający wrzask.

– Albo – powiedział Barnaba B, zatykając uszy – co zrobić, żeby przestały piszczeć.

– Jeśli na kartce nie będzie jego imienia, czy mogę je nazwać? – spytała Jane.

– A jak? – zaciekawił się Barnaba A.

Jane zmarszczyła czoło.

– Musi to być jakieś trzysylabowe imię – oznajmiła. – Dzieci zasługują na trzy sylaby.

– Brittany? – zapytał Barnaba A.

– Może – odparła Jane.

– Madonna? – zaproponował Barnaba B.

– Nie – odpowiedziała Jane. – Chyba Taffeta będzie dobre.

Teraz niemowlę machało już piąstkami i kopało pulchnymi nóżkami, płacząc coraz głośniej. W drzwiach pojawiła się kotka Willoughbych. Zerknęła na koszyk, poruszyła wąsami i uciekła do środka, jakby dźwięk ją denerwował. Niemowlę rzeczywiście brzmiało trochę jak miauczący kociak; może to było powodem.

Tim w końcu wsunął dłoń pomiędzy wymachujące piąstki i odpiął kartkę. Przeczytał ją po cichu.

– Jak zwykle – oznajmił rodzeństwu. – Żałosne. Dokładnie to, czego się spodziewałem.

Następnie odczytał na głos:

– „Wybrałam ten dom, ponieważ wydaje mi się, że mieszka w nim szczęśliwa, kochająca się rodzina, dość zamożna, aby wykarmić jeszcze jedno dziecko. Niestety, jestem bardzo biedna. Przechodzę przez ciężki okres w życiu i nie mogę zaopiekować się moim ukochanym maleństwem. Proszę, bądźcie dla niej dobrzy”.

– Bliźniaki, chwyćcie jeden uchwyt koszyka – polecił Tim braciom. Sam sięgnął po drugi. – Jane, weź kartkę. Zabierzemy to całe paskudztwo do środka.

Jane, trzymając w ręku złożoną kartkę, poszła za braćmi, którzy nieśli koszyk. Postawili go w przedpokoju na perskim dywaniku. Wrzasku, jaki robiło niemowlę, nie dało się nie zauważyć.

Na końcu długiego przedpokoju otworzyły się drzwi i stanęła w nich matka Willoughbych.

– Co to za hałas? – spytała, marszcząc brwi. – Próbuję przypomnieć sobie przepis na klopsy, ale nie słyszę własnych myśli.

– Och, ktoś zostawił jakieś paskudne niemowlę na schodach przed domem – wyjaśnił Tim.

– Na litość boską! Nie chcemy żadnego niemowlęcia! – odparła matka i podeszła, aby spojrzeć na nie z bliska. – Nie podoba mi się to wszystko.

– Chciałabym je zatrzymać – powiedziała Jane cichutko. – Myślę, że jest urocze.

– Nie jest urocze – sprzeciwił się Barnaba A, przyglądając się dziecku.

– Ani trochę – zgodził się z nim Barnaba B.

– Ma loczki – zauważyła Jane.

Pani Willoughby wpatrywała się w niemowlę przez chwilę, po czym sięgnęła do koszyczka z beżową włóczką, który stał na stoliku w przedpokoju. Wyjęła małe pozłacane nożyczki i kilka razy z namysłem ciachnęła nimi w powietrzu. Następnie pochyliła się nad koszykiem i użyła ich.

– Już nie ma loczków – oznajmiła i odłożyła nożyczki.

Jane spojrzała na niemowlę. Nagle przestało płakać i wpatrywało się w nią szeroko otwartymi oczami.

– Ojej. Bez loczków nie jest takie urocze – stwierdziła Jane. – Chyba już go nie chcę.

– Zabierzcie je stąd, dzieci – poleciła pani Willoughby, wracając do kuchni. – Pozbądźcie się go. Muszę się zająć klopsami.

Dzieci wyniosły koszyk na zewnątrz i oddały się rozmyślaniom. Długo omawiały problem. To Barnaba A podsunął plan, który następnie przekazał Timowi, jako że to on podejmował decyzje za wszystkich.

– Idźcie po wózek – rozkazał Tim.

Bliźniaki wyciągnęły wózek spod schodów, gdzie stał razem z rowerami. Chłopcy włożyli do niego koszyk, a ich siostrzyczka lustrowała ich z boku. Następnie, ciągnąc wózek na zmianę, przewieźli niemowlę do następnego skrzyżowania, gdzie przeszli przez jezdnię (czekając ostrożnie, aż zapali się zielone światło), kolejne dwie ulice dalej skręcili na zachód, aż dotarli do celu. Zatrzymali się przed posępnym budynkiem, znanym jako rezydencja Melanoffa. Dżentelmen, który tam mieszkał, był milionerem. Może nawet miliarderem. Ale nigdy nie opuszczał swego domostwa. Siedział w środku, za zaciągniętymi stęchłymi zasłonami, licząc pieniądze i emanując wrogością. Podobnie jak w przypadku Scrooge’a z innej staroświeckiej opowieści, tragiczne wydarzenia z przeszłości sprawiły, że stracił zainteresowanie życiem.

Rezydencja była o wiele większa od pozostałych domów w okolicy, ale bardzo zaniedbana. Ogrodzenie z kutego żelaza wokół podwórza, miejscami powyginane, pochylało się ku ziemi, ogród zaśmiecały stare meble. Budynek straszył gdzieniegdzie powybijanymi i zabitymi deskami oknami, a na werandzie siedział wychudzony kot, drapiąc się i pomiaukując.

– Zaczekaj, A – powiedział Tim, gdy jego brat ruszył ku furtce. – Muszę coś dopisać. – Wyciągnął rękę do Jane, która wcześniej ostrożnie schowała złożoną starannie kartkę do kieszonki plisowanej sukienki, a teraz wręczyła ją bratu.

– Ołówek – zażądał Tim, a jeden z bliźniaków (ponieważ wszystkie dzieci były przyzwyczajone do spełniania potrzeb i zachcianek Tima) podał mu ołówek.

Barnaba B odwrócił się, żeby starszy brat mógł skorzystać z jego pleców jako blatu.

– Wiesz, co napisałem, B? – spytał Tim, gdy skończył.

– Nie. Czułem, jakbyś po prostu bazgrał.

– Musisz się podszkolić – polecił Tim. – Gdyby ktoś coś pisał na moich plecach, potrafiłbym odtworzyć każde słowo, a nawet znaki interpunkcyjne. Ćwicz, gdy będziesz miał okazję. – Barnaba B posłusznie skinął głową. – Ty również, A – dodał Tim, patrząc na drugiego bliźniaka.

– Ja też się postaram – obiecała Jane.

– Nie. Ty nie musisz, bo jesteś dziewczyną. Nikt nigdy nie wezwie cię do żadnego ważnego zadania – wyjaśnił jej Tim.

Jane zaczęła płakać, ale bardzo cichutko, tak żeby nikt nie zauważył. Poprzysięgła, przełykając łzy, że pewnego dnia udowodni Timowi, jak bardzo się mylił.

– Posłuchajcie, co napisałem – powiedział Tim, unosząc kartkę. Odczytał na głos: – „PS Jeśli za to paskudne niemowlę należy się jakakolwiek nagroda, powinna otrzymać ją rodzina Willoughbych”.

Pozostałe dzieci przytaknęły. Uznały, że „PS” to dobry pomysł.

– Może powinieneś napisać „musi” zamiast „powinna” – zaproponował Barnaba B.

– Słuszna uwaga, B. Odwróć się.

Barnaba B znów użyczył bratu pleców jako blatu. Tim wytarł gumką jedno słowo, zastąpił je innym, które następnie, co Barnaba wyraźnie poczuł, podkreślił, i odczytał całość: „PS Jeśli za to paskudne niemowlę należy się jakakolwiek nagroda, musi otrzymać ją rodzina Willoughbych”.

Ponownie złożył kartkę i pochylił się nad koszykiem. Zawahał się.

– Odwróć się jeszcze raz, B – rozkazał.

Tim dopisał kolejne zdanie. Złożył kartkę i przypiął do sweterka niemowlęcia.

– Otwórz furtkę, Jane – polecił, co dziewczynka natychmiast zrobiła. – I teraz… Raz, dwa, trzy… i do góry! – Chłopcy wspólnymi siłami wyjęli koszyk z wózka. Wnieśli go na rozpadającą się, zakurzoną werandę i tam zostawili.

Dzieci ruszyły z powrotem w stronę domu.

– Co dopisałeś na końcu, Tim? – spytał Barnaba A.

– Kolejne „PS”.

– Ale co w nim było? – dopytywał Barnaba B.

– Dodałem, że ma na imię Ruta.

Jane wydęła usteczka.

– A dlaczego akurat ty mogłeś nadać jej imię? – zapytała.

– Dlatego – odparł Tim z przebiegłym uśmiechem – że jestem bezwzględnym despotą.

2.

RODZICIELSKIE KNOWANIA

Państwo Willoughby usiedli po kolacji przy kominku. On czytał gazetę, a ona dziergała coś z beżowej włóczki.

Czworo dzieci we flanelowych piżamach weszło do pokoju.

– Robię sweter dla kotki – oznajmiła im pani Willoughby, podnosząc robótkę, z której wyłaniał się już jeden mały, cienki rękawek.

– Miałem nadzieję, że może robisz drugi sweter dla mnie i B – powiedział Barnaba A. – Trudno się nosi sweter na zmianę.

– Przecież już tyle razy wam to tłumaczyłam – zirytowała się ich matka. – A, ty nosisz sweter w poniedziałki, środy i piątki. B, tobie przypadają wtorki, czwartki i soboty. W niedziele możecie się o niego bić.

Odwróciła się do męża.

– To skandal, że w dzisiejszych czasach każde dziecko chciałoby mieć własny sweter – stwierdziła i pracowicie wydziergała kolejnych kilka oczek.

– Dzieci – odezwał się pan Willoughby zniecierpliwionym tonem, odkładając gazetę – chciałyście czegoś?

– Mieliśmy nadzieję, że może poczytacie nam na dobranoc – odparł Tim. – W książkach rodzice zawsze czytają dzieciom na dobranoc.

– Moim zdaniem zwykle robi to matka – powiedział pan Willoughby, zerkając na żonę.

– Jestem zajęta. Kotka potrzebuje swetra – rzuciła pani Willoughby i pospiesznie wydziergała kolejne oczko.

Pan Willoughby się skrzywił.

– Podajcie mi książkę – polecił.

Tim podszedł do regału i zaczął przebierać palcami po grzbietach tomów stojących na półce.

– Pospiesz się – ponaglił go ojciec. – Czytam właśnie artykuł o stopach procentowych.

Tim szybko podał mu zbiór bajek. Ojciec otworzył w środku, a dzieci usiadły w półkolu u jego stóp. Wyglądali jak żywcem wyjęci z bożonarodzeniowej karty.

– Wesołych świąt! – mruknął Barnaba A, ale Tim go szturchnął. Pan Willoughby zaczął czytać na głos:

Na skraju wielkiego lasu mieszkał biedny drwal z żoną i dwojgiem dzieci. Chłopczyk nazywał się Jaś, a dziewczynka – Małgosia. Drwal nie miał wiele, choć pracował bez wytchnienia, a gdy w kraju zapanowała wielka bieda, nie mógł zapewnić rodzinie nawet codziennego chleba. Przez całą noc rozmyślał o tym w łóżku, przewracając się z boku na bok w niepokoju. Nagle jęknął i powiedział do swej żony:

– Co z nami będzie? Jak wykarmimy nasze biedne dzieci, skoro nie mamy już nic nawet dla siebie?

– Powiem ci, co zrobimy, mężu – odparła kobieta. – Jutro z samego rana zabierzemy dzieci do lasu, do najgęstszego zagajnika, rozpalimy im ognisko i damy po pajdzie chleba, a potem wrócimy do pracy i zostawimy je same. Nie znajdą drogi do domu, a my będziemy mieli spokój na zawsze.

Dolna warga Jane zadrżała i dziewczynka załkała cicho. Barnaba A i Barnaba B wyglądali na bardzo zdenerwowanych. Tim się nachmurzył.

– Koniec – oznajmił im ojciec, zamykając książkę z trzaskiem. – Spać.

Bez słowa, choć Jane wciąż pociągała nosem, dzieci pobiegły po schodach do łóżek. Pani Willoughby wróciła do drutów i zaczęła kolejny rządek. Pan Willoughby wziął do ręki gazetę, ale nie zabrał się do czytania. Zamiast tego przez dłuższą chwilę wpatrywał się w przestrzeń. Następnie odezwał się:

– Najdroższa?

– Tak, najdroższy?

– Muszę cię o coś spytać. – Zagryzł wargę.

– Słucham, najdroższy?

– Lubisz nasze dzieci?

– Och, nie – odparła pani Willoughby, odcinając pozłacanymi nożyczkami kawałek włóczki, gdzie powstał supełek. – Nigdy ich nie lubiłam. Zwłaszcza tego wysokiego. Jak on ma na imię?

– Timothy Anthony Malachy.

– Tak, właśnie o nim mówię. Jego lubię najmniej. Ale reszta też jest okropna. Dziewczynka bez przerwy beczy, a dwa dni temu próbowała mnie zmusić do adopcji jakiegoś paskudnego niemowlęcia.

Jej mąż się wzdrygnął.

– I jeszcze ci dwaj, których nie potrafię odróżnić – ciągnęła pani Willoughby. – Ci od swetra.

– Bliźniaki.

– Właśnie. Dlaczego, u licha, muszą być tacy podobni? To wprowadza ludzi w błąd i jest nieuczciwe.

– Mam pewien plan – powiedział pan Willoughby, odkładając gazetę. Pogładził brew w geście zadowolenia. – Do cna nikczemny.

– Cudownie – odparła jego żona. – A czego on dotyczy?

– Pozbycia się dzieci.

– Och, czy musimy odprowadzić je do ciemnego zagajnika? Nie mam odpowiednich butów na tę okazję.

– Nie, mój plan jest lepszy. To właściwie biznesplan.

– Hm, cudnie. Zamieniam się w słuch – oznajmiła pani Willoughby z podłym uśmiechem, skrupulatnie opuszczając kilka oczek, aby pozostawić otwór na koci ogonek.

3.

DELIBERACJA SIEROCTWA

Powinniśmy chyba być sierotami, prawda? – odezwał się Barnaba B.

Mali Willoughby siedzieli na schodach przed domem, grając w skomplikowaną grę, której reguły znał tylko Tim.

– Dlaczego? – zdziwił się Barnaba A, przesiadając się o stopień w dół, ponieważ zasady mówiły, że musi to zrobić, jeśli zada pytanie, a oczywiście „Dlaczego?” było pytaniem.

– Ponieważ – wyjaśnił Barnaba B – przypominamy dzieci ze staroświeckich opowieści. A one…

– Przeważnie są sierotami – dokończyła Jane. Przesiadła się o dwa stopnie w dół, ponieważ przerwała komuś, a to było wbrew zasadom, i teraz siedziała najniżej z całej czwórki.

– Szlachetnymi i godnymi wsparcia sierotami – dodał Barnaba B.

– I ujmującymi – uzupełniła Jane.

Troje młodszych dzieci przesiadło się o schodek w dół, ot tak, dla zasady. Jedynie Tim, który wymyślił zabawę i jej reguły, pozostał u szczytu krótkich schodów prowadzących do frontowych drzwi.

– Wygrałem – oznajmił. – Zagrajmy jeszcze raz.

Wszyscy przesiedli się na środkowy stopień.

– Dziewczynka, którą zostawiliśmy w rezydencji, to sierota – zauważyła Jane – ale nie była ani godna wsparcia, ani szlachetna, ani nawet ujmująca.

– Nie bądź głąbem, Jane – powiedział Tim. – Musisz przesiąść się o schodek w dół. Ruta nie jest sierotą.

Jane westchnęła i się przesiadła.

– Ale… – zaczęła.

– Przecież ma matkę, głąbie. Okropną matkę, która podrzuciła ją tu w koszyku. Prawdziwa sierota, jak Mary Lennox z Tajemniczego ogrodu, ma martwego ojca i matkę, która na przykład umarła na cholerę w Indiach.

– Och, tak! – przypomniała sobie z entuzjazmem Jane. – Albo Pollyanna! Jej rodzice nie żyli, więc mogła sama pojechać w długą podróż pociągiem! I Ania z Zielonego Wzgórza, pamiętacie? Przyjechała prosto z sierocińca! Ale to wszystko były dziewczyny – dodała. – Ciekawe, czy są jacyś chłopcy sieroty.

– No jasne, na przykład Jakubek. Ten od ogromnej brzoskwini. Jego rodziców zjadł hipek, który uciekł z zoo – zauważył Barnaba B.

– Schodek w dół, B – rozkazał Tim.

– Dlaczego?

– Bo nie powiedziałeś „hipopotam”. Willoughby nie używają kretyńskich skrótów.

– Z tego, co pamiętam, to był nosorożec – kontynuował Barnaba A, wciąż myśląc o Jakubku. – No przecież dobrze powiedziałem – obruszył się, kiedy Tim na niego spojrzał.

– Hm. Ty naprawdę nazywasz się Timothy Anthony Malachy – ciągnął Barnaba B. – Czy w takim razie „Tim” jest kretyńskim skrótem?

Tim bez słowa wskazał na stopień niżej. Barnaba B się przesiadł. Brat bliźniak dołączył do niego.

– Podoba mi się pomysł, żebyśmy zostali sierotami – powiedział Tim. – Pozwolę ci przesiąść się o schodek w górę w nagrodę za to, że to wymyśliłeś, B. I ja też się przesiądę o jeden w górę.

Przesiedli się.

– Chyba musimy jakoś pozbyć się rodziców – stwierdził Tim. – Przesiadam się wyżej za tę genialną myśl. – Usiadł na przedostatnim stopniu od szczytu.

– I tak za nimi nie przepadam – zauważył Barnaba B. – Matka zmusza nas do noszenia tego beżowego swetra. Jest obrzydliwy i ma za długie rękawy. – Podniósł rękę i pokazał im. – Zdecydowanie jej nie lubię. Ojca też.

– Ani ja – dodał Barnaba A. – Ojciec o nas nie dba, a matka koszmarnie gotuje.

– Jane? – Tim spojrzał na siostrę pytająco.

Dziewczynka wzruszyła ramionami.

– Siedzę na ostatnim schodku – odparła ze smutkiem. – Nie mogę już zejść niżej.

– Możemy cię wsadzić do pojemnika na węgiel w piwnicy – zauważył Tim – i zrobimy to, jeśli powiesz, że lubisz naszych rodziców.

Jane się zastanowiła.

– Nie – odparła. – Nie lubię. Niespecjalnie.

– Dobra odpowiedź – oznajmił Tim. – Przesiadam się na najwyższy schodek w nagrodę za to, że wymusiłem na Jane właściwą odpowiedź.

Przesiadł się wyżej.

– Wygrałem – stwierdził. – Znowu. W ogóle się nie staracie.

– Mogę coś powiedzieć? – zapytał Barnaba A ze stopnia poniżej. Tim skinął głową przyzwalająco. – Morskie podróże czasem prowadzą do osierocenia dzieci – zauważył Barnaba A. – Często trafiają się piraci. Albo góry lodowe.

– Albo morskie węże – dodał jego brat bliźniak – chociaż sam nie do końca w nie wierzę.

– Ja wierzę w kałamarnice olbrzymie – powiedziała Jane i się wzdrygnęła.

– Cenna uwaga – przyznał Tim. – I piranie. Czy nasi rodzice przypadkiem nie planują jakiegoś urlopu? Podróży statkiem?

– Nie wiem.

– Nie wiem.

– Nie wiem.

Młodsze dzieci odezwały się jednocześnie i zostały zdegradowane o stopień za monotonię i brzmienie jak echo, mimo że gra się już skończyła.

– A teraz – oznajmił Tim, wstając, aby wystawić rower spod schodów – udam się na chwilę do biura podróży Słoneczna Karramba po foldery. Wymyśliłem absolutnie nikczemny plan pozbycia się naszych rodziców.

– Naprawdę jesteś bezwzględny, Tim – stwierdził radośnie Barnaba A.

– Owszem. A już niedługo będę także sierotą.

4.

ZBLIŻAJĄCY SIĘ URLOP

Posłuchajcie, kochani – powiedziała pani Willoughby przy kolacji, krojąc przepieczony jagnięcy udziec małą piłą. – Ojciec i ja postanowiliśmy wybrać się na urlop.

– W morską podróż? – spytał Tim, polewając kleistym sosem szary plaster mięsa, który mu podała.

– Owszem, skąd wiedziałeś? – odparła matka. – Wybieramy się w długi rejs, a po drodze zatrzymamy się w wielu interesujących miejscach. W skrzynce na listy znaleźliśmy cudownie kolorowy folder z… Zobaczmy, jak się nazywa to biuro? – Wzięła do ręki błyszczący papier i spojrzała na niego.

– Słoneczna Karramba? – podpowiedział usłużnie Tim.

– Właśnie tak! – Matka spojrzała na niego rozpromienionym wzrokiem. – Aleś ty bystry, synu. Mam nadzieję, że intelekt pomoże ci zdobyć stypendium, żebyś mógł pójść na studia.

– A co z B i ze mną? – zaciekawił się Barnaba A. – My nie jesteśmy bystrzy.

– A Jane? Jest kompletnym głąbem – dodał Barnaba B. – Czy to znaczy, że nie będziemy mogli pójść na studia?

Ojciec spiorunował ich wzrokiem.

– Potraficie czytać, prawda? – spytał.

– Oczywiście, że potrafimy – odparły bliźniaki.

– Nawet ja umiem czytać – oświadczyła Jane – a jestem kompletnym głąbem.

– Wobec tego powinniście uważać się za szczęściarzy. Na świecie jest wiele osób, które nie mają tyle szczęścia. Słyszałem o ludziach w krajach Trzeciego Świata, którzy nie potrafią czytać. Proszę – powiedział, biorąc folder od żony i podając go Barnabie B. – To sprawdzian. Przeczytaj albo nie dostaniesz deseru.

Barnaba B spojrzał z zaciekawieniem na błyszczącą pierwszą stronę.

– „Odwiedź egzotyczne miejsca” – zaczął.

– Teraz twój brat – zakomenderował pan Willoughby i podał folder Barnabie A, który przeczytał na głos:

– „Wybuchające wulkany. Agresywne dzikie zwierzęta. Powodzie, głód i…”

– A teraz dziewczynka. – Pan Willoughby odebrał mu folder i wręczył go Jane.

Wymówiła słowa bardzo starannie:

– „Trzęsienia ziemi. Zamieszki. Wojny”.

– Dobrze. Wszyscy potraficie czytać. Deser dla wszystkich i żadnych studiów. Nie potrzebujecie wyższego wykształcenia. – Pan Willoughby odłożył widelec. – Najdroższa? – Spojrzał pytająco na żonę. – Powiemy im o naszych planach?

– Powiedz, proszę – zgodziła się.

– Po zapoznaniu się z błyszczącym folderem biura podróży Słoneczna Karramba postanowiliśmy wybrać się na urlop – oświadczył pan Willoughby.

– Już to mówiliście – zauważyła Jane.

– Nie przerywaj.

– Przepraszam – powiedziała Jane, patrząc na swoje kolana.

– Dlatego też – ciągnął – ponieważ zostawienie was samych byłoby niezgodne z prawem…

– Naprawdę? – zaciekawił się Barnaba A.

– Nie mamy nic przeciwko temu, żebyśmy zostali sami – dodał Tim. – Właściwie nawet to wolelibyśmy.

Pan Willoughby spojrzał na dzieci z wściekłością.

– Mógłbym dokończyć? – spytał uszczypliwie.

Dzieci grzecznie skinęły głowami.

– Przepraszamy – mruknęły, a Tim, któremu właśnie pokrzyżowano plany, kopnął kota pod stołem.

– Dlatego też – ciągnął ich ojciec – postanowiliśmy zatrudnić nianię.

5.

PRZYBYCIE OBMIERZŁEJ NIANI

Następna przyszła – obwieścił Barnaba A, wyglądając przez okno po tym, jak na dole zadzwonił dzwonek.

Mali Willoughby siedzieli na czwartym piętrze wysokiego, wąskiego domu, gdzie zatęchły, pokryty pajęczynami strych przekształcono w zatęchły, pokryty pajęczynami pokój do zabawy.

– A ta jak wygląda? – zapytał Barnaba B, zerkając znad stołu, gdzie rysował obrazek przedstawiający wieżowiec, na długiej kartce, którą rozłożył na blacie. – Osiemdziesiąt dziewięć, dziewięćdziesiąt – mruknął, dorysowując kolejne dwa okna. Barnaba B był pedantycznym chłopcem. Postanowił, że jego wieżowiec będzie miał trzysta trzydzieści sześć okien, po dwanaście na każdym piętrze, a każde musi być identyczne jak pozostałe. Wymierzał je więc najpierw linijką, potem szkicował ledwie widocznymi liniami ołówkiem, a następnie poprawiał każdą z linii tuszem.

– Potężna – opisał jego brat bliźniak – i ma na głowie kapelusz.

– Odejmuję cztery punkty od twojej dziennej sumy, A – oświadczył Tim – ponieważ nie podałeś żadnych przydatnych szczegółów. – Odłożył książkę, podszedł do okna z lornetką i spojrzał przez nią na schody przed domem. – Duże stopy w zamszowych wiązanych butach – oznajmił – torebka z imitacji skóry aligatora, brak rękawiczek, męski zegarek na lewym nadgarstku, kapelusz ma wyblakły różowy kwiatek po lewej stronie, a kobieta trzyma wydarty kawałek gazety, pewnie ogłoszenie o pracy dla niani.

Jane, pracowicie pisząca wiadomość, którą zamierzała przypiąć do sweterka starej lalki, przerwała i podeszła do okna.

– Mogę spojrzeć? – zwróciła się do Tima.

– Nie – odparł. – I tracisz dwa punkty za pytanie. Zaraz zadzwoni drugi raz. Wycelowała prawy palec wskazujący.

Dzwonek znów się odezwał.

– Otrzymuję czterdzieści punktów za przewidzenie sytuacji – powiedział Tim.

– Myślisz, że wygląda na kryminalistkę, jak ta, co przyszła wczoraj? – zastanawiał się Barnaba B. – Dziewięćdziesiąt dwa – mruknął, pociągając tuszem kolejne okno.

– Nie. Ta wczoraj miała broń w torebce – odparł Tim. – Byłem tego prawie pewny. Nic dziwnego, że ojciec kazał jej wyjść, zanim nawet z nią porozmawiał. Ojciec nie toleruje jakiejkolwiek broni.

– Tak, patrzy podejrzliwie nawet na matki nożyczki do robótek – zauważył Barnaba B. – Uważa, że wojny należy prowadzić za pomocą drwin, docinków i zjadliwych plotek.

– A co z tą z przedwczoraj? – spytała Jane, wciąż myśląc o niani. – Tą w okularach, która smarkała w chusteczkę?

– Smętna – odparł Tim. – Smarkała przez całą rozmowę, a na końcu się rozpłakała, opowiadając o swojej poprzedniej pracy.

– Dlaczego się rozpłakała? – zdziwiła się Jane.

– Dziecko zmarło z głodu – wyjaśnił Tim. – Opisywała, jakie było chude, i zaczęła płakać.

– Dlaczego go nie nakarmiła?

– Zapomniała.

– Jakie to smutne – stwierdziła Jane.

– Ojciec prawie ją zatrudnił. Ale potem opowiedziała mu o pogrzebie tamtego dziecka. Mówiła z nabożną czcią. Ojciec nie znosi nabożnej czci. Poza tym ocierała oczy chustką. Ojciec tego nie cierpi.

– Zerknij jeszcze raz, Tim, jeśli możesz, i powiedz, czy wpuścili tę nową po drugim dzwonku – zasugerował Barnaba A.

Tim wyjrzał przez okno.

– Tak – odparł. – Weszła. Zejdę do mojej szpiegowskiej kryjówki. – Rozejrzał się po pokoju. – Jane? Możesz kontynuować zabawę z lalką.

Jane posłusznie wzięła do ręki ołówek i wróciła do pisania wiadomości. „NIE MOGĘ ZAJĄĆ SIĘ MOIM BIEDNYM BRZYDKIM DZIECKIEM” – głosiła ona.

– A, przeczytaj moją książkę, kiedy mnie nie będzie, i przygotuj się do streszczenia. Rozdział jedenasty – polecił Tim.

Barnaba A westchnął.

– Ale to jest o termodynamice – odparł żałośnie. – Za trudne.

Tim spiorunował go wzrokiem.

– Czyżbyś marudził? – spytał. – Minus sześć punktów za marudzenie. – Zwrócił się do drugiego bliźniaka: – Ty zostań przy oknach wieżowca, B – polecił. – Obrysuj je tuszem. Kiedy dojdziesz do stu dwunastu, przyjrzymy się im dokładnie i ocenimy, czy mają właściwe wymiary. Jeśli nie, oczywiście…

Barnaba B zwiesił głowę.

– Wiem. Będziemy musieli zmiąć kartkę. – Zerknął w kąt, gdzie leżało kilka zgniecionych poprzednich wieżowców. Jeden z nich był prawie ukończony.

– Niedługo dam znać, co się dzieje – oznajmił Tim i wyszedł.

Wrócił po pięciu minutach, a dzieci spojrzały na niego zdziwione.

– Szybko to załatwiłeś – stwierdził Barnaba A, podnosząc wzrok znad książki. – Nie miałem czasu, żeby dowiedzieć się czegokolwiek o termodynamice.

– A ja dotarłem dopiero do dziewięćdziesiątego siódmego okna – powiedział Barnaba B. – Wróciłeś tak nagle, że mnie przestraszyłeś i nabazgrałem.

– Zgnieć – rozkazał Tim, a Barnaba B ze smutkiem zmiął wieżowiec. – Zatrudnił ją – obwieścił Tim. – Nie przeprowadził rozmowy. Myślę, że są zdesperowani. Ojciec powiedział: „Dostała pani pracę, oto pani pokój” i pokazał pokój gościnny. Ona się już wprowadza. Jej rzeczy przywiozą taksówką.

– W pokoju gościnnym śmierdzi – zauważył Barnaba A.

– I łażą po nim karaluchy – dodał Barnaba B.

– Nic nas to nie obchodzi – powiedział Tim. – My nie musimy tam spać.

– A co z rodzicami? – spytała Jane zaniepokojonym tonem. – Kiedy wyjeżdżają?

– Już wyjechali. Czekała na nich taksówka, pojechali na przystań, żeby wsiąść na statek.

– I nawet się z nami nie pożegnali? – szepnęła Jane z żałosnym drżeniem w głosie.

– Jane – zganił ją Tim – kasuję ci wszystkie punkty. Masz zero punktów za nierealne oczekiwania. Pamiętasz, co się dzieje z kimś bez punktów?

– Tak – odparła Jane. – Muszę stanąć w kącie ze splecionymi dłońmi. – Poszła do kąta i stanęła plecami do pokoju. Kąt był właściwie dobrym miejscem na rozważania, jak stać się silniejszą i bardziej przekonującą jednostką.

– Teraz opowiem wam o naszej nowej niani – oznajmił Tim.

– Mogę posłuchać? – spytał cienki głosik z kąta.

– Tak, oczywiście. Właściwie musisz posłuchać. To obowiązkowe. Później może być quiz.

Barnaba i Barnaba usiedli obok siebie i czekali w skupieniu. Jane przestępowała w kącie z nogi na nogę.

– Nie znam jej imienia – zaczął Tim. – Sądzę, że ma jakieś imię, ale nie znam go, a i tak nie będziemy go używać. Zrozumiano?

Bracia i siostrzyczka skinęli głowami.

– Jest potężna – powiedział Tim.

– Tak, widziałem to przez okno – mruknął Barnaba A. Tim spiorunował go wzrokiem.

– Zdjęła kapelusz. Ma wielkie uszy. I siwe włosy ułożone bardzo niedbale.

– O mój Boże – mruknęła Jane z kąta. Tim spiorunował ją wzrokiem.

– Nosi sznurowane buty i męski zegarek, który wydaje się spieszyć o trzy minuty. Ma nierówną skórę na łydkach, chyba ma żylaki. To dobrze. Nie będzie mogła się szybko przemieszczać.

– Broń? – spytał Barnaba A.

– Brak. Oczywiście nie wiemy, co będzie w walizkach, które przyjadą. Ale w jej torbie nie było nic poza złożonym fartuchem. Włożyła go już.

– Co to jest fartuch?

– To coś, co się wkłada, żeby nie poplamić ubrania. Fakt posiadania fartucha prawdopodobnie wskazuje na to, że jest niechlujna. I być może fatalnie gotuje.

– Matka była okropną kucharką – zauważył Barnaba B.

– To prawda. Nie będziemy zatem przejmować się jakością potraw. Wszystko będzie lepsze niż to, co gotowała nasza matka.

– Czym wobec tego mamy się przejmować? – spytała Jane, odwracając się lekko w kierunku pokoju.

– Muszę się nad tym zastanowić – powiedział Tim. – Jestem pewien, że coś się znajdzie.

– Nie jest kryminalistką? – spytał Barnaba A.

– Nie.

– Nie jest smętna? – spytał Barnaba B.

– Nie.

– To o co chodzi? – spytała Jane.

– Jest obmierzła – odparł Tim. – Jest obmierzłą nianią.

6.

NIANIA GOTUJE OWSIANKĘ

Z pokoju Niani obrzydliwie cuchnie – powiedziała przy śniadaniu Jane, mieszając owsiankę w miseczce i spoglądając na Nianię. – Czułam, kiedy schodziłam po schodach.

– Ja też to poczułem – dodał Barnaba A. – Musiałem użyć inhalatora, żeby nie dostać ataku astmy.

– Śmierdzi trucizną – zauważył Tim. – A tak w ogóle, to co to za ohydną owsiankę nam Niania podała? Czy nasi rodzice nie powiedzieli Niani, że na śniadanie dają nam tylko chrupiące bułeczki z jajkiem, serem i szynką? Albo naleśniki z borówkami i bitą śmietaną?

– Wcale nie – zaprzeczyła Jane, zadowolona z siły własnego głosu. – Zawsze dostajemy na śniadanie jajka na twardo. Czasem żółtko jest zielone.

Tim rzucił Jane piorunujące spojrzenie, więc znowu zaczęła mieszać w miseczce.

Niania się odwróciła. Stała przy kuchence w swoim fartuchu w kwiatki, patrząc na nich i mieszając owsiankę drewnianą łyżką.

– Odkaziłam pokój preparatem zwalczającym insekty – wyjaśniła. – Na trzy zatkajcie nosy. W ten sposób. – Zatkała nos lewą ręką, nie przestając mieszać prawą. – Raz… Dwa… Trzy!

Dzieci, zaskoczone poleceniem, zatkały nosy.

Spojrzała na nie.

– Dobrze – oceniła. – Teraz róbcie to zawsze, gdy będziecie przechodzili obok mojego pokoju. W przeciwnym wypadku nawdychacie się fenylometylokarbaminianu i umrzecie straszliwą śmiercią. Wijąc się w męczarniach. Możecie już odetkać nosy – dodała, widząc, że wciąż je ściskają. Nałożyła chłopcom owsiankę i postawiła miseczki na stole. – Nie mam ochoty powiadamiać waszych rodziców o waszej śmierci. A teraz zjedzcie owsiankę. Zawiera mnóstwo rozpuszczalnego błonnika.

– Gardzimy owsianką – oświadczył jej Tim.

– Wobec tego możecie głodować – odparła Niania.

– Lubię owsiankę z rodzynkami – wyznała Jane cicho, odwracając wzrok, aby uniknąć spojrzenia Tima.

– Jutro dodam rodzynek – obiecała Niania. – Dziękuję, że mi o tym powiedziałaś. Cenię sugestie.

– Rodzynki to tak naprawdę gówienka – oznajmił Tim. Co zaskakujące, pozostałe dzieci nie zwróciły na to uwagi.

– Może odrobinę posypki z brązowego cukru? – zaproponował Barnaba A, gdy skosztował owsianki.

– Może. Zastanowię się – odparła.

– Brązowy cukier to… – zaczął Tim.

– Przymknij się i jedz – rzuciła Niania.

– O mój Boże, Nianiu, Niania przerwała! – powiedziała zdenerwowana Jane. – Tim odbierze Niani punkty.

– Punkty? – Niania nie rozumiała. – Jakie punkty?

Dzieci umilkły. Zerknęły z obawą na Tima, który nadąsany mieszał w miseczce z owsianką.

– No cóż – odezwał się Barnaba A – rano każde z nas zaczyna z pięćdziesięcioma punktami. Potem Tim odbiera nam punkty, jeśli przerywamy…

– Albo marudzimy – dodała Jane.

– Albo się kłócimy, albo plączemy, albo guzdrzemy, albo… Nie pamiętam, co jeszcze – powiedział Barnaba B.

– Co się dzieje pod koniec dnia po podliczeniu punktów? – zainteresowała się Niania.

– Zwycięzca dostaje gorącą kąpiel w wannie – wyjaśniła Jane – a przegrani muszą się wykąpać w brudnej wodzie, która jest już wtedy zimna i ma brudną pianę z mydła. – Wzdrygnęła się z obrzydzeniem.

– Zwycięzca może nie iść spać tak długo, jak zechce – dodał Barnaba A. – Przegrani idą spać o siódmej.

– I nie mogą czytać w łóżku – uzupełnił ze smutkiem Barnaba B.

– A poza tym – zaczęła Jane – zwycięzca…

Niania uniosła dłoń w geście, który kazał im przerwać.

– Wiem już wszystko, co powinnam wiedzieć – oznajmiła. – Każdy z was zaczął dziś z pięćdziesięcioma punktami, zgadza się?

Dzieci przytaknęły.

– Straciliście już jakieś?

– Tak – odparła Jane. – Ja straciłam cztery za ziewanie po przebudzeniu. To było nieeleganckie.

– Ja straciłem dziewięć za to, że okazałem się słabeuszem i użyłem inhalatora – przyznał się Barnaba A.

– Ja urwałem sznurówkę – dodał jego brat bliźniak. – Straciłem pięć punktów za niezdarność.

– Spójrzcie na swoje miseczki – poleciła im Niania. Wszyscy to zrobili. Zdziwili się, widząc, że trzy z nich były puste.

– Troje z was zjadło całą owsiankę, więc przyznam wam po dwadzieścia dodatkowych punktów. A ty – zmroziła Tima wzrokiem – tracisz dwadzieścia za to, że nawet nie spróbowałeś.

Tim szybko zjadł łyżkę owsianki.

Wzrok Niani trochę złagodniał.

– Dobrze – powiedziała mu. – Zwrócę ci pięć punktów. I resztę też, jeśli zjesz do końca.

Tim zmarszczył czoło i zabrał się do jedzenia.

7.

MELANCHOLIJNY MAGNAT

Skierujmy teraz naszą uwagę na rezydencję oddaloną nieco od zwyczajnego, wysokiego, wąskiego domu Willoughbych. To rezydencja Melanoffa, gdzie na werandzie dzieci państwa Willoughbych niedawno zostawiły w koszyku niemowlę.

Pan Melanoff – zwany „komandorem” Melanoffem bez żadnego szczególnego powodu, poza tym że podobało mu się brzmienie tego słowa – mieszkał w nędzy. Nędza to stan, gdy w lodówce zalega spleśniałe jedzenie, wszędzie leżą mysie bobki, z koszy na śmieci się wysypuje, ponieważ od tygodni nikt ich nie opróżniał, pralka wiele miesięcy temu przestała działać – a w środku spleśniały mokre ubrania – ale nigdy nie wezwano nikogo, kto by ją naprawił. Nędza ma bardzo nieładny zapach.

Nędza nie ma nic wspólnego z pieniędzmi. Nędza przydarza się, gdy ludzie są pogrążeni w rozpaczy. A komandor Melanoff był pogrążony w rozpaczy.

Dorobił się ogromnego majątku na produkcji słodyczy. Jego fabryka wciąż istniała, a pieniądze płynęły strumieniem, ponieważ ludzie tonami kupowali jego ogromnie popularne słodkości. Ale komandor Melanoff już nie chodził do biura. Siedział w swojej wynędzniałej rezydencji, gdzie rozczulał się nad sobą i dąsał.

Krzywił się, żując co rano grzanki z czerstwego chleba, i jęczał, przełykając zimną zupę z puszki, którą jadł na obiad. Co wieczór wylewał łzy na pizzę, którą zgodnie z wcześniejszym ustaleniem dostarczano mu na werandę, i co noc kładł się do łóżka do dawno niepranej pościeli i szlochał w poplamioną poduszkę. Jego wąsy, dawniej lśniące i gęste, nadające mu poważny wygląd, były teraz brudne i sztywne od zaschniętych glutów z nosa.

Komandor Melanoff smucił się, ponieważ stracił żonę. Prawdę mówiąc, nigdy za nią nie przepadał. Mimo to brak żony go trapił. Była nudną, ale porządną i skrupulatną kobietą, która utrzymywała dom w idealnym – niemal zbyt idealnym – porządku. Prawdziwa, głęboka, niekończąca się rozpacz komandora wynikała jednak z tego, że stracił on także swoje jedyne dziecko, małego chłopczyka. Żona z synkiem wyjechali raz bez niego na – wydawałoby się – urocze wakacje. Niestety ich prywatny wagon kolejowy zasypała lawina, niedaleko alpejskiej wioski. Od tamtej pory minęło sześć lat. Ekipy ratownicze przekopywały zwały śniegu, lecz nie znalazły wraku. Przez długi czas komandor Melanoff otrzymywał co dzień raporty o postępie poszukiwań.

„SIEDEM CALI DZISIAJ, ALE ŚNIEŻYCA NA RAZIE WSTRZYMAŁA PRACE” – mówiła jedna wiadomość.

„DZIŚ ODKOPANO JEDYNIE DWA CALE W ZWIĄZKU Z MGŁĄ I KILKOMA NIEPRZYJAZNYMI KOZICAMI GÓRSKIMI” – mówiła inna.

Wiadomości nadchodziły codziennie przez długi czas, potem coraz rzadziej, lecz nawet teraz, po sześciu latach, pojawiały się okazjonalnie w skrzynce na listy. Dawno przestał je czytać. Każdego ranka, gdy przychodziła jakaś korespondencja ze szwajcarskim znaczkiem pocztowym, jęczał, brał do ręki list i nie otwierając go, kładł na piętrzący się w kącie stos, który osiągnął już niepokojącą wysokość i w niektórych miejscach został pocięty na strzępy przez myszy moszczące gniazda. Czasem ze smutkiem spoglądał na te listy i myślał, że jego skrupulatna żona, gdyby nie zginęła w tak tragicznych okolicznościach, posegregowałaby je, ułożyła w porządku alfabetycznym, posortowała zgodnie z datą i rozmiarem, a może nawet kolorem znaczka. Z nostalgią pomyślał o tym, jak bardzo ona – złapał się na tym, że nie pamięta jej imienia – była zorganizowana.

Ale dość o rozpaczy.

Coś się wydarzyło. I teraz, co zaskakujące, życie komandora Melanoffa miało się odmienić.

Pewnego ranka, gdy z rezygnacją wlókł się do holu, aby odebrać korespondencję, usłyszał dobiegający z werandy dźwięk. Oczywiście często ze świata zewnętrznego dochodziły jakieś dźwięki. Ale tym razem nie był to zwykły chrobot wiewiórek obgryzających drewniane poręcze czy tupot gołębi drepczących po gnijącej podłodze. Znał dobrze te odgłosy i od lat je ignorował.

Ten dźwięk był inny. Było to żałosne kwilenie. Komandor Melanoff pochylił się i palcem wskazującym uchylił klapkę na pocztę w drzwiach. Zerknął przez otwór i zobaczył coś zadziwiającego. Niemowlę ze szczecinką na głowie, leżące w koszyku.

Zaskoczone stukotem otwierającej się mosiężnej klapki niemowlę przestało płakać i obróciło główkę w stronę drzwi. Zobaczyło gęste, brudne wąsy, a nad nimi pełne łez oczy, spoglądające na nie ze zdziwieniem.

Dziewczynka czknęła i się uśmiechnęła. Drzwi powoli się otworzyły.

8.

ZAGADKOWA KORESPONDENCJA

Tylko spójrzcie na to – zrzędził Tim. – Znowu przeżyli. – Przyglądał się pocztówce, która przyszła z poranną pocztą razem z kilkoma rachunkami i wzruszającą krótką wiadomością od dziadka, który miał nadzieję ujrzeć czworo wnucząt, zanim staną się dorosłe.

Tim wyrzucił pozostałą korespondencję, ale przyniósł pocztówkę do osnutego pajęczynami pokoju na strychu. Teraz patrzył na nią, krzywiąc się.

– Tysiące ludzi zginęło w trzęsieniu ziemi, a oni wyszli z niego z siniakami – jęknął. – W tym tempie nigdy się ich nie pozbędziemy.

– Mogę zobaczyć? – zagadnęła Jane uprzejmie.

– Nie. To zbyt przykre dla ciebie.

– A my? – spytały bliźniaki unisono. Skuliły się, wiedząc, że za mówienie unisono traci się punkty, ale Tim, zaabsorbowany pocztówką, niczego nie zauważył.

– Tylko się pospieszcie – powiedział Tim i podał im pocztówkę.

Barnaba A potrafił czytać niezwykle szybko. Chociaż Tim prawie od razu wyrwał mu pocztówkę, udało mu się ją przeczytać.

– Nie rozumiem, o co chodzi z tym pojemnikiem na węgiel – stwierdził.

– Jakim pojemnikiem na węgiel? – nie rozumiał Barnaba B. – Nie zdążyłem doczytać.

– Właśnie, o co chodzi z pojemnikiem na węgiel? – spytała Jane. – Bardzo się boję pojemnika na węgiel.

Tim spiorunował ją wzrokiem.

– Tracisz pięć punktów za bycie tchórzem – oznajmił. – Przeczytam tę kretyńską pocztówkę na głos.

– „Kochani! – zaczął Tim. – Chociaż jesteśmy lekko posiniaczeni, przeżyliśmy dość urocze trzęsienie ziemi (może widzieliście nagłówki: »TYSIĄCE ZABITYCH…«)”…

– Ojej – pisnęła Jane. – Pewnie małe kotki też zginęły. Jakie to smutne.

– Ćśś – uciszył ją Tim i czytał dalej – „…a teraz będziemy pływać kajakiem w rzece pełnej krokodyli. Szykuje się świetna ZABAWA!”.

– Nie potrafią pływać kajakiem! – wykrzyknął Barnaba A.

– Ani razu nie pływali kajakiem! – dodał jego brat bliźniak.

– I o to właśnie chodzi – powiedział Tim.

– Mogę o coś spytać? – odezwała się Jane nieśmiało. Tim, wciąż trzymając pocztówkę, skinął głową przyzwalająco. – Zastanawiam się – zaczęła Jane – czy krokodyl połyka człowieka na raz? Czy w kawałkach?

Trzej bracia myśleli przez minutę.

– W kawałkach – powiedział Barnaba A.

– W kawałkach – powiedział Barnaba B.

– Tak, w dużych kawałkach – potwierdził Tim tonem eksperta. – Połyka kawałki, żeby się pożywić, ale szybko, żeby nie poczuć smaku. Tak samo jak my jemy klopsy naszej matki.

– Jedliśmy – podkreśliła Jane. – Klopsy Niani są całkiem smaczne.

Tim rzucił siostrzyczce piorunujące spojrzenie.

– Kontynuując – oznajmił, podnosząc pocztówkę. – „Mamy nadzieję, że Niania zarabia na swoją pensję” – przeczytał. – Następnego fragmentu nie rozumiem – stwierdził. – „Schowajcie się, prosimy, w pojemniku na węgiel, jeśli potencjalni nabywcy przyjdą obejrzeć dom”.

– Kto to są „potencjalni nabywcy”? Boję się pojemnika na węgiel – powtórzyła Jane. – Pamiętacie, kiedy kazaliście mi się tam schować, bo marudziłam, i tam były szczury?

– Wiem! Wiem, co to znaczy! – krzyknął z podnieceniem Barnaba A, podnosząc rękę, żeby pozwolono mu mówić.

– Tak! Obaj wiemy! – potwierdził jego brat bliźniak. – Właśnie widzieliśmy szyld!

– Jaki szyld? – spytał Tim.

– Wyjrzyj przed dom! Wisi na skrzynce z kwiatami!

Tim podszedł do okna i spojrzał w dół na dwie skrzynki z pelargoniami, przymocowane do parapetów na pierwszym piętrze.

– Rzeczywiście, widzę tam jakiś szyld – przyznał. – Co jest na nim napisane?

– „NA SPRZEDAŻ!” – obwieściły bliźniaki.

– Jesteśmy na sprzedaż? – spytała zaskoczona Jane.

– Nie, głąbie – odparł Tim. – Ale najwyraźniej nasz dom jest.

– I jeszcze jest tam napisane: „TANIO!” – dodał Barnaba B.

– W takim razie – zadumał się Tim – kiedy my próbowaliśmy pozbyć się ich, oni próbowali pozbyć się nas.

– Skomplikowane – powiedział Barnaba A.

– Szatańskie – powiedział Barnaba B.

– Przerażające – powiedziała Jane.

– Nikczemne – powiedział Tim. – Absolutnie nikczemne.

9.

SPRYTNY KAMUFLAŻ

Kobieta stojąca na progu domu wręczyła Timowi wizytówkę ze swoim nazwiskiem i wyjaśniła, że jest agentką nieruchomości.

– Wrócę za godzinę z potencjalnym nabywcą – tłumaczyła mu – i o ile mi wiadomo, rodzice wyjaśnili wam, że macie zniknąć z oczu, kiedy będę pokazywała dom. Pamiętajcie o tym – dodała surowym tonem, kiwając palcem. – Za godzinę. Z oczu.

– Ojej! – załkała Jane, gdy im to przekazał. – Czy to oznacza pojemnik na węgiel? Nie cierpię pojemnika na węgiel!

Tim przemyślał to.

– Powiedziała tylko, że musimy zniknąć z oczu. Nie wymieniła konkretnie pojemnika na węgiel.

– Gdybyśmy tylko mogli stać się niewidzialni – rzucił Barnaba A.

– Tak, mamy taki komiks, Niewidzialny człowiek! – przypomniał mu jego brat bliźniak. – Gdybyśmy tylko mogli tak zrobić!

– Właściwie to wpadłem na lepszy pomysł – oznajmił Tim. – Kamuflaż.

– Co to jest? – spytała Jane. – Czy to boli?

– Nie, głąbie. To znaczy, że się zamaskujemy i wtopimy w tło, żeby nikt nas nie zauważył.

– Mamy żołnierzyki w kamuflażu! – przypomniał sobie Barnaba A. – Kot je pogryzł, więc są całkiem zniszczone – dodał ze smutkiem.

– Cisza. Czas nas goni. Minęło już pięć minut. – Tim spojrzał uważnie na pozostałe dzieci. – A – powiedział. – Z tobą będzie łatwo, bo dzisiaj masz na sobie sweter.

– Tak, jest środa. Zawsze noszę sweter w środy.

– Podnieś ręce – polecił mu Tim. – O, tak.

Tim pokazał mu, podnosząc ugięte w łokciach ręce, jakby ktoś celował do niego z broni. Barnaba A powtórzył jego gest. Za długie rękawy zwisały mu nad dłońmi.

– Dobrze – oświadczył Tim, przyglądając się jego postawie. – Teraz wyciągnij golf swetra nad głowę – polecił, a Barnaba A wykonał polecenie. – Wyśmienicie. Możesz chwilę odpocząć. Potem przynieś jakiś większy kosz na śmieci z gabinetu ojca i stań w nim w tej pozycji.

Barnaba A to zrobił. Wszyscy spojrzeli na niego, a Tim powiedział:

– Doskonale. Jesteś zamaskowany jako kaktus. Ustaw się w rogu jadalni, a gdy zadzwoni dzwonek, obwieszczając nadejście potencjalnego nabywcy, przyjmij tę pozycję. Wybierz miejsce przy słonecznym oknie. Kaktusy wolą słońce.

– A co będzie, jeśli ktoś spróbuje mnie podlać albo sprawdzić kolce? – dociekał Barnaba A stłumionym głosem.

– Nie zrobią tego – odparł Tim. – Powieszę kartkę: „NIE DOTYKAĆ. BARDZO TRUJĄCY KAKTUS, WYDZIELA TOKSYCZNE OPARY”.

– Czy ja też mogę być kaktusem? – spytała Jane, patrząca na Barnabę A, który w swetrze ze zwisającymi rękawami udał się do jadalni, niosąc kosz na śmieci.

– Nie, głąbie. Będziesz lampą. Poczekaj. Zajrzę do szafy… – Tim poszedł do szafy w przedpokoju i stanął na palcach, żeby znaleźć coś na najwyższej półce. – Dobra. Zostawiła go. Proszę, Jane. – Otworzył duże pudło i wręczył siostrze niedzielny kapelusz matki, z ciemnobrązowej słomki, w kształcie miski, w którym chodziła do kościoła.

– Uklęknij na stole, obok kanapy – polecił siostrzyczce Tim. Wdrapała się na stół i uklękła na blacie.

– Kolana mnie bolą – jęknęła.

Tim przemyślał to.

– Dobra – powiedział. – Kucnij. I przygarb się.

Jane kucnęła i się przygarbiła.

– Świetnie. Tu masz abażur – dodał Tim i włożył jej kapelusz na głowę, zakrywając twarz.

– Nic nie widzę! – zmartwiła się Jane.

– Lampy nie muszą nic widzieć – odparł Tim. – Gdy zadzwoni dzwonek, przyjmij tę pozycję i nie ruszaj się, kiedy wejdzie potencjalny nabywca.

Jane uniosła lekko abażur i wyjrzała spod ronda.

– A jeśli ktoś spróbuje mnie włączyć? – spytała zdenerwowana.

– Słuszna uwaga, Jane! – zgodził się Tim. – Dam ci dzisiaj dziesięć punktów za to, że o tym pomyślałaś! A sobie przyznam dwadzieścia punktów – dodał – za znalezienie rozwiązania. – Podszedł do biurka ojca, skorzystał z pióra i papieru i z kartką w dłoni wrócił do stołu, na którym kucała Jane.

„ELEKTRYCZNOŚĆ W TYM DOMU SZWANKUJE I WŁĄCZENIE TEJ LAMPY MOŻE SPOWODOWAĆ PORAŻENIE PRĄDEM” – głosił napis na kartce, którą Tim położył obok stóp Jane.

– Kiedy wejdą – przypomniał jej – nie ruszaj się. Uważaj, żeby abażur się nie chybotał. I postaraj się być jak najchudsza.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Znaczenie tego i innych staroświeckich słów, których używa Autorka, odnajdziesz w Glosariuszu znajdującym się na końcu tej książki [przyp. red.]. [wróć]

Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej o tej i innych staroświeckich opowieściach, do których odwołuje się Autorka, zajrzyj do Bibliografii znajdującej się na końcu tej książki [przyp. red.]. [wróć]

Tytuł oryginału angielskiego:

The Willoughbys

Copyright © 2008 by Lois Lowry

Published by special arrangement with Houghton Mifflin Harcourt Publishing Company. All rights reserved.

Cover © Netflix 2020. Used with permission

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2009

© Copyright for the Polish translation by Anna Klingofer-Szostakowska 2009

Redaktor prowadzący Anna Garbal

Opieka redakcyjna Magdalena Korobkiewicz

Redakcja Katarzyna Piętka

Korekta Zuzanna Laskowska

Korekta plików po konwersji Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-13650-3

Plik wyprodukowany na podstawie Rodzeństwo Willoughby, Warszawa 2020

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o. 05-075 Warszawa-Wesoła, ul. Apteczna 6 tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49, faks 22 643 70 28 e-mail: [email protected]

Konwersję wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.