Opis

Rowland Mallet, zamożny bostoński kawaler i koneser, jedzie w odwiedziny do swojej kuzynki Cecilii, u której poznaje Rodericka Hudsona, młodego, przystojnego studenta prawa, w wolnym czasie trudniącego się rzeźbiarstwem. Mallet – wielbiciel sztuki, sam pozbawiony talentu, nad czym ubolewa – dostrzega szansę, aby pomóc w spełnieniu ambicji Roderica. Proponuje mu zaliczkę na poczet przyszłych zleceń i wspólny dwuletni wyjazd do Rzymu: wierzy, że tam, w otoczeniu zabytków, chłopak będzie miał szansę rozwinąć swój talent i zaistnieć w świecie sztuki. Po trudnych początkach jego nadzieje się spełniają: artystyczna kariera Rodericka nabiera rozmachu, a on sam zyskuje coraz większą sławę, budzi kontrowersje i staje się sensacją. Któregoś dnia na swoje nieszczęście zakochuje się w nieosiągalnej kobiecie i traci natchnienie. Mallet próbuje ratować przyjaciela za wszelką cenę...

Roderick Hudson” (1876), pierwsza powieść Henry'ego Jamesa, to zmysłowa historia o starciu kultury europejskiej i amerykańskiej, a także o moralnej i artystycznej dezintegracji człowieka w obliczu namiętności, która bierze górę nad zdrowym rozsądkiem.

Henry James (1843–1916) – wybitny amerykański pisarz, krytyk i teoretyk literatury, reprezentant realizmu psychologicznego. W swoich znakomitych powieściach zgłębiał mentalność Amerykanów, zderzając ją z kulturą europejską.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 514

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

RODERICK HUDSON

Projekt okładki:

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce:

© Lee Avison/Trevillion Images

Redaktor prowadzący: Katarzyna Rudzka

Redakcja: Lucyna Łuczyńska

Korekta: Sylwia Kozak-Śmiech

ISBN 978-83-8069-955-7

Warszawa 2015

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

I

ROWLAND

Rowland Mallet miał wypłynąć do Europy piątego września, a że do tego czasu pozostały jeszcze dwa tygodnie, postanowił spędzić je u swojej kuzynki Cecilii, wdowy po bratanku jego ojca. Stwierdził, iż być może to uwolni go od zarzutu zaniedbania, często stawianego mu przez tę damę. Nie, żeby jej nie lubił; przeciwnie, darzył czułym podziwem i nie zapomniał, że na widok świeżo upieczonej małżonki kuzyna poczuł, jakby sprzątnięto mu sprzed nosa nie lada okazję; wówczas sobie poprzysiągł, że nigdy się nie ożeni. Prawda wyglądała tak, że Rowlanda Malleta, co okaże się w toku niniejszej opowieści, cechowało nad wyraz wrażliwe sumienie, a rzadkie odwiedziny paradoksalnie wynikały z tego, iż Cecilia oraz nieszczęścia, jakich doświadczyła, zajmowały nader często jego myśli. Nieszczęścia były trzy: po pierwsze, straciła męża; po drugie, straciła pieniądze, a przynajmniej lwią ich część; a po trzecie, mieszkała w Northampton w stanie Massachusetts. Niepotrzebnie go to trapiło, gdyż Cecilia była bardzo mądrą kobietą, która nie poddawała się przeciwnościom losu. Uwiła sobie czarujące gniazdko, brak pieniędzy nie spędzał jej snu z oczu, a humor na ogół dopisywał. Świadomość tego wszystkiego zdumiewała Malleta, ilekroć nachodziła go pokusa, aby się wtrącić. Dysponował czasem i środkami, ale nigdy nie miał pewności, w jaki sposób złożyć te dary na użytek Cecilii. Nie miał już ochoty poślubić kuzynki – ta zachcianka umarła śmiercią naturalną w ciągu minionych ośmiu lat – lecz niebywała bystrość jej umysłu utrudniała mu dobroczynność i udaremniała wszelkie litościwe porywy. Prędzej uciąłby sobie rękę, aniżeli wręczył Cecilii czek, mebel albo czarną jedwabną sukienkę, choć ściskało go w gardle na widok skromnych warunków, w jakich przyszło żyć kobiecie tak dumnej i obdarzonej godną podziwu pogodą ducha. Cecilia nie stroniła od sarkazmu, a jej piękny uśmiech stawał się wręcz promienny, gdy kryła w zanadrzu ostrą szpilkę. Rowland miał na uwadze, że przy nim zawsze rozpływała się w uśmiechach, i doskwierało mu niemiłe podejrzenie, że jego osoba podsyca w niej poczucie ironii losu. No cóż, czego właściwie dokonał? Uważał się za obiboka, podczas gdy ona sama szyła sobie odzież i osobiście zapewniała córeczce wykształcenie na miarę księżniczki.

Tym razem jednak zjawił się dość odważnie, gdyż podróż do Europy i chęć spędzenia zimy w Rzymie stwarzały przynajmniej pozory, że wreszcie robi coś ze swoim życiem. Przybył o zmierzchu, Cecilia czekała na niego przy furtce do niewielkiego ogrodu, pośród upojnych zapachów roślinności. Widok ślicznej dwudziestoośmioletniej wdowy, na poły gospodyni, na poły kuzynki, zapraszającej go do małego domku w ów letni wieczór, niezmiernie młodzieńca rozradował. Cecilia zawsze była przemiła, lecz wówczas przechodziła wręcz samą siebie. Tryskała dobrym humorem i Mallet przypuszczał, że ma ku temu swój powód, niekoniecznie związany z wizytą krewniaka. Schlebiał sobie, że odkryje go następnego dnia.

Tymczasem jednak, kiedy usiedli po podwieczorku na porośniętej różanym pnączem werandzie, Rowland z młodszą kuzyneczką na kolanach, wyczekującą bojaźliwie nieuchronnej godziny pójścia spać, Cecilia uparła się rozmawiać o nim, nie o sobie.

– Co pan będzie porabiał w Europie? – rzuciła lekkim tonem, targając falbankę rękawa, a Malletowi się zdało, iż w geście tym zawarła całą utajoną trudność owego pytania.

– Mniej więcej to samo, co tutaj – odparł. – Nic złego!

– Zatem twierdzi pan, że nie robi tutaj nic złego. A czy ktoś taki jak pan nie postępuje przypadkiem źle, nie robiąc nic dobrego?

– Nie nazwałbym tego pochwałą – stwierdził.

– Proszę się nie gniewać. Wie pan, co myślę na jego temat. Uważam, że ma pan smykałkę do dobrych uczynków i przyzwoitych zachowań. Taka już pańska natura. Ma pan, pozwolę sobie zauważyć, niezwykle dobre chęci. Proszę zapytać Bessie, czy pańskie kolana nie są wygodniejsze od kolan innych wielbicieli.

– Na pewno wygodniejsze od kolan pana Hudsona – zapewniła Bessie skwapliwie.

Rowland, nie znając pana Hudsona, połowicznie docenił komplement, a Cecilia mówiła dalej.

– Pańskie położenie z kolei wskazywałoby na pewną użyteczność społeczną. Jest pan bystry i oczytany, a pańska życzliwość, jeśli mogę tak się wyrazić, zasługuje na miano ponadprzeciętnej. Jakby tego było mało, bogaty i wolnego stanu. Dlatego śmiem twierdzić, że mógłby pan coś przedsięwziąć na dużą skalę. Niechże się pan ruszy, drogi Rowlandzie, inaczej pomyślimy, że Cnota we własnej osobie daje zły przykład do naśladowania.

– Boże uchowaj – zawołał Rowland – abym miał świecić komuś przykładem! Lubię jednak za nim podążać, a jeśli nie dokonałem nic na większą skalę, świadczy to jedynie, że mój geniusz jest dość marny i nie napotkałem ostatnio żadnych ideałów, które posłużyłyby mi za wzór. Co takiego miałbym uczynić? Założyć przytułek dla sierot czy wybudować bursę przy Uniwersytecie Harvarda? Nie dysponuję wystarczającymi środkami, żeby dokonać tego z należytym rozmachem, i muszę wyznać, iż czuję się za młody, by powiedzieć ostatnie słowo. Czekam na wenę i nie tracę nadziei na coś, co przemówi mi do wyobraźni w sposób nieodparty. Jeśli natchnienie przychodzi w wieku lat czterdziestu, żal byłoby roztrwonić swoje zasoby dziesięć lat wcześniej.

– Naturalnie, że daję panu dość czasu – oznajmiła Cecilia. – Mówię tylko ku przestrodze, aby nie przyszło panu do głowy zmarnować danego mu czasu, nie wyświadczywszy żadnej przysługi współbraciom.

Wybiła dziewiąta i z każdym uderzeniem zegara Bessie coraz bardziej lgnęła do gościa. Ale wystarczyło tylko jedno słowo matki, aby ucałowała kuzyna na dobranoc i uroniła łzę na jego wąsy. Następnie poszła i odmówiła modlitwę z matką – nie ulegało wątpliwości, iż jest wychowywana w sposób godny najwyższego podziwu. Za zgodą gospodyni Rowland zapalił cygaro i w ciszy się nim delektował. Zainteresowanie Cecilii jego poczynaniami bardzo mu schlebiało. Spieszę zapewnić, iż nie popadał w zarozumiałość, lecz bywały chwile, że kiedy bez szemrania wysłuchiwał rad jeszcze bardziej obcesowych niż udzielone przed chwilą, mogło to rodzić pytania o jego dumę. Teraz, pod rozgwieżdżonym niebem, z lubością wsłuchał się w siebie. Otóż z jego wyjazdem wiązał się pewien zamysł, o którym chętnie opowiedziałby kuzynce. Nie dotyczył burs ani przytułków, z pewnością jednak wydałby się bardzo wspaniałomyślny, lecz biedny Mallet przemilczał go z zupełnie innych względów. Owszem, mógł uchodzić za pożyteczny, dowodził jednak niezbicie, co za takowe uchodziło w oczach Rowlanda. Był on wielbicielem sztuki wszelakiej, a w szczególności malarstwa. Oglądał w życiu wiele obrazów i umiał je należycie ocenić. Niedawno przyszło mu do głowy, że spełniłby obywatelski obowiązek, gdyby wyjechał za granicę i kupił w tajemnicy kilka cennych dzieł włoskiej i flamandzkiej szkoły, które mu zaproponowano, a następnie ofiarował te skarby amerykańskiemu miastu o kulturalnych aspiracjach, gdzie nie powstało jeszcze muzeum. Widział oczami wyobraźni, jak stoi w sali podupadłego florenckiego pałacu i ogląda pod światło lekko spłowiałego Ghirlandaio albo Botticellego, a zdesperowany gospodarz zwraca jego uwagę na mistrzowskie ujęcie postaci. Zataił jednakże te wizje przed Cecilią i oddalił je, tknięty nagłym przekonaniem, że jest człowiekiem bezużytecznym i wyjazd nic w tej materii nie zmieni.

– Tam przynajmniej będę stwarzał pozory, że coś robię – oświadczył. – Skuteczniej zamydlę sobie oczy i zyskam dzięki temu większe zadowolenie z życia. Zapewne powie mi pani, że człowiek bezużyteczny winien wystrzegać się go jak ognia, kosztem pokory i przygnębienia. Podczas ostatniego pobytu w Europie nie brakowało mi zajęć, nigdy jednak nie spędziłem zimy w Rzymie. Słyszę zewsząd, iż stanowi to źródło szczególnej rozkoszy; musiała pani zauważyć euforię, w jaką wpadają ci, którym tak się poszczęściło. To w pewnym sensie pochwała nieróbstwa: jakość oraz mnogość doznań nadają próżniaczemu życiu wszelkie pozory wzmożonego działania. Chciałoby się rzec, iż gołąbki same lecą do gąbki, tyle że człek siedzi przy stole i dostaje gołąbki na porcelanowej zastawie. Bardzo pięknie, ale mam przeczucie, że jeśli rzymskie życie nie uszczęśliwia człowieka w sposób konkretny i namacalny, nieubłaganie go rozstraja i wyprowadza z równowagi. Zdaje mi się pochopne wystawiać na próbę swoją wrażliwość zbyt częstymi przechadzkami w ruinach Palatynu bądź przejażdżkami w cieniu sypiących się akweduktów. Napina to nerwy jak struny i sprawia, iż stają się przewrażliwione na dotyk.

– Śmiem twierdzić, drogi Rowlandzie, że pańskim nerwom nic nie zagraża: są mocne jak postronki! – oświadczyła ze śmiechem Cecilia.

– A bezmyślność da mi poczucie zadowolenia, czy to chciała pani zaznaczyć? Aż taki zadowolony nie jestem, słowo honoru! Wystarcza mi bystrości umysłu, żebym pragnął więcej, niż posiadam. Mam dosyć siebie, swoich spraw i myśli oraz własnego nieustannego towarzystwa. Ponoć prawdziwe szczęście polega na wyjściu poza ograniczenia własnej osoby, lecz sęk w tym, aby nie tylko wyjść, ale pozostać z dala od siebie, do tego zaś niezbędne jest absorbujące zajęcie. Ja niestety nie posiadam takowego, a nikt nie chce mi go powierzyć. Pragnę tylko zająć się czymś lub kimś. I proszę zauważyć, pragnę czynić to z werwą, żeby nie powiedzieć, pasją. Przytułek czy bursa żadną miarą we mnie takich uczuć nie wzbudzą. Czy pani wie, że czasem uważam się za człowieka o połowicznym geniuszu? Brak mi siły wyrazu; chciałbym coś zdziałać, lecz tylko błądzę jak ślepiec po omacku.

– A czy nie może pan powiedzieć wprost, że chciałby się zakochać? – zapytała Cecilia po chwili. – Nie wątpię, że na to wystarczy panu geniuszu, jeżeli tylko zechce pan mu zaufać.

– Naturalnie, że o tym myślałem, i mogę zapewnić panią, że jestem gotowy. Ale wygląda, że nie jestem łatwopalny. Czy w Northampton nie znalazłoby się przypadkiem jakieś doskonałe uosobienie kobiecego wdzięku?

– Wdzięku? – Cecilia uniosła brwi, skrzętnie tając przekonanie, że sama się za takowe uważa. – Prędzej bogini domowego ogniska. Znalazłoby się kilka wspaniałych młodych kobiet oraz dwie lub trzy ślicznotki. Zaproszę je wszystkie na podwieczorek, po kolei, jeśli pan sobie życzy.

– Jak najbardziej. Choćby po to, by rozwiać pani wątpliwości, że jeśli nie jestem szczęśliwy, to wcale nie z braku starań.

Cecilia milczała chwilę.

– W zasadzie nie ma potrzeby narażać pana na ewentualne napięcia. Myślę, że widział pan tu wszystko, co było warte obejrzenia.

– Czy aby na pewno? – zapytał młodzieniec, po czym wstał i wyrzucił niedopałek.

– Pomyślałby kto, że chcę pana zatrzymać dla siebie! – zawołała Cecilia. – Oczywiście, że na pewno. Niemniej jednak, w ramach kary za pańskie insynuacje, zaproszę najbrzydszą, najbardziej pospolitą z panien – a tych mamy pod dostatkiem! – i zostawię was samych.

Rowland się uśmiechnął.

– Ona także może liczyć na moją niepodzielną uwagę.

Ów mały przejaw kurtuazji (który zamknął rozmowę) nie powinien w jego ustach dziwić tak, jak dziwiłby w przypadku innego mężczyzny, o czym niech zaświadczy poniższy krótki wgląd w jego życiorys, gdzie trudne wspomnienia podążały ramię w ramię z sielskimi. Wywodził się z rodziny zatwardziałych purytanów i wychowano go w duchu większego nacisku na obowiązki naszej ziemskiej pielgrzymki aniżeli jej wygody i przyjemności. Liberalne wpływy współczesności złagodziły nieco dogmatyczną teologię jego przodków, ale mimo że nie zaznał widma długiej kary za drobne potknięcie, od dziecka wpajano mu poczucie dobra i zła, tak dalece różnych od siebie, jak niedziela i dzień powszedni. Jego ojciec, purytanin z dziada pradziada, był człowiekiem o kamiennym marsie i lodowatym uśmiechu. Syna z zasady traktował chłodno, to zaś, że Rowland nie wyrósł na istotę z kamienia, zawdzięczał głębokim pokładom wrodzonego ciepła. Pani Mallet była panną Rowland, córką emerytowanego kapitana, który zasłynął niegdyś na statkach kursujących z Salem i Newburyport. Sprowadził do kraju wiele towarów będących ukoronowaniem wielkich już wówczas fortun, lecz sam też parał się handlem na własny rachunek i uciułał sumkę, dzięki której mógł przejść na wcześniejszą emeryturę. Przez rok widywano go na nabrzeżach Salem, palącego najlepszy tytoń ze wzrokiem utkwionym w horyzont, z uporem interpretowanym przez co bardziej powierzchowne umysły jako przejaw skruchy. Ale któregoś wieczoru odpłynął w dal, jak to niegdyś miał w zwyczaju, tym razem jednak nie jako dowódca wynajętej jednostki, lecz jako pasażer, który zapewne uprzykrzy życie kapitanowi. Po pięciu miesiącach wrócił w towarzystwie ładnej młodej cudzoziemki o jasnej karnacji i krągłej figurze. Język, którym się posługiwała, okazał się po wielu sprzecznych doniesieniach gwarą Amsterdamu, młoda kobieta zaś, ku jeszcze większemu zdziwieniu, żoną kapitana Rowlanda. Dlaczego wyjechał tak nagle, żeby ją poślubić, co zaszło między nimi w przeszłości i czy nie dawałoby mu spokoju sumienie, gdyby pozostał nieodpowiedzialnym kawalerem, bez względu na tajemnicze i zgoła dyskusyjne pochodzenie pulchnej wybranki, która zaplatała włosy w cienkie warkoczyki – te oraz wiele innych pytań pozostały bez odpowiedzi, a dociekania nie stanowią przedmiotu niniejszej opowieści.

Pani Rowland, jak na kogoś o tak nieprzeciętnej urodzie, okazała się spokojną sąsiadką, a dom prowadziła wzorowo. Jej porcelanowe oblicze zawsze mącił jednak wyraz dojmującej tęsknoty za ojczyzną, a rola, którą odegrała w społeczeństwie amerykańskim, polegała głównie na polerowaniu kostki brukowej u drzwi wejściowych, w celu upodobnienia jej do holenderskich kafli. Rowland Mallet pamiętał ją z dzieciństwa – ogromną kobietę o bladej cerze i w wysokim czepku, która mówiła po angielsku ze strasznym akcentem i cierpiała na puchlinę wodną. Kapitan Rowland był ogorzałym, zasuszonym człowieczkiem, mającym szalone pomysły. Postulował stworzenie promenady publicznej wzdłuż morza, z altanami i zielonymi stolikami dla piwoszy oraz estradą do tańca w otoczeniu chińskich lampionów. Domagał się otwarcia biblioteki publicznej w niedzielę, co – jako że nigdy nie chodził tam w dni powszednie – wzbudziło powszechną drwinę. Jeśli więc pani Mallet była osobą o nieposzlakowanej moralności, raczej nie zawdzięczała tego przodkom z pociągiem do kazuistyki. W chwili ożenku Jonas Mallet był mrukliwym, zaradnym właścicielem małego, niezbyt obiecującego interesu. Zarówno jego mrukliwość, jak i zaradność nasiliły się z czasem, toteż u schyłku życia stał się niebywale wytwornym, zadbanym dżentelmenem o lodowatym spojrzeniu, który prawie do nikogo się nie odzywał, lecz o którym wszyscy mówili, że dorobił się nader przyzwoitego majątku. Nie był sentymentalnym ojcem, więc – jak wspomniałem – Rowland twardo stał na ziemi już od najmłodszych lat. Pan Mallet, ilekroć spojrzał na syna, miał dotkliwe skrupuły, iż tyle w życiu osiągnął. Dobrze pamiętał, że manna nie spadała mu z nieba, i postanowił, że jeśli chłopiec ma być zepsuty przez dobrobyt, on nie przyłoży do tego ręki. Tym sposobem Rowland, nie licząc kosztownej nauki języków obcych i zawiłych przedmiotów, odebrał wykształcenie dziecka z nizin społecznych. Jadł niezbyt wyszukane potrawy, chodził w łatanych portkach i często obrywał za psoty, a chowano go w duchu prostoty podtrzymywanej niebagatelnym kosztem. Spędzał na wsi całe miesiące, jedynie w towarzystwie służby, która miała za zadanie strzec go jak oka w głowie, ale nie wyręczać w żadnej czynności. Z braku szkoły stawiającej dość rygorystyczne wymogi wynajęto nauczyciela, który za wysoką – dla Jonasa Malleta – cenę miał nauczyć chłopca wagi prostoty, ale przede wszystkim sam świecić godnym przykładem.

Rowland nie wyróżniał się niczym szczególnym i mógł uchodzić za chłopca, jakich wielu – zgoła wyzbytego cech, które odróżniałyby go z daleka. Był podatny na wpływy, bierny i szczery, wolno przyswajał wiedzę i uwielbiał łowić ryby. Jego włosy, świadectwo niderlandzkich korzeni, nosiły odcień najjaśniejszej żółci, a do tego miał różową karnację i był w wieku lat dziesięciu niepokojąco szeroki w pasie. Stanowiło to jednakże zaledwie krótki epizod, gdyż wyrósł wprawdzie na rumianego i żółtobrodego mężczyznę, ale nikt nie powiedziałby o nim, że jest nadmiernej tuszy, tylko co najwyżej słusznej postury. Stał się krzepkim, prostym chłopakiem, któremu nawet nie zaświtało, że szczęście można osiągnąć drogą mniej okrężną, lecz towarzyszyło mu mgliste poczucie, iż jego przypadek nie wyznacza wzorca ludzkiej swobody i czeka go jeszcze wiele odkryć. Pierwszego, przełomowego, dokonał w wieku lat piętnastu, utwierdziwszy się w przekonaniu, że jego matka jest świętą. Zawsze istniała w jego życiu, jej obecność była jednak tak oczywista, cicha i przytłumiona, iż w pełni otworzył się na nią dopiero w obliczu groźby jej utraty. Zapadła na chorobę, która na wiele miesięcy kazała jej stanąć nad grobem, a w czasie długiej rekonwalescencji nareszcie zdjęła maskę, noszoną latami na mężowskie życzenie. Rowland przesiadywał z nią całymi dniami i niebawem nabrał pewności, że zawarł nową przyjaźń. W przyszłości często roztrząsał wrażenia z tego okresu i dopiero wtedy zrozumiał, że przez piętnaście długich lat jego matka trwała w głębokim dołku, mierząc się z życiowym błędem, jakim był jej ślub z takim, a nie innym człowiekiem. W świetle jego uporu i bezkompromisowej postawy nie pozostawało jej nic prócz pozorów kapitulacji; porzuciła resztki odwagi i żyła jakby w duchowym letargu. Wreszcie jednak, gdy jej dziecko zaczęło dorastać, odnalazła swoisty urok w cierpliwości i odkryła w sobie pomysłowość, dzięki której odzyskała część władzy nad własnym losem. Dało jej to namiastkę niezależnego myślenia, i do tejże właśnie prywatnej sfery dała przed śmiercią Rowlandowi klucz. Jego pensja na studiach ledwo starczała na pilne potrzeby, mimo to zdołał je ukończyć i trafił do ojcowskiej firmy buchalterskiej, gdzie podjął mrówczą pracę za wprost proporcjonalne wynagrodzenie. Przez trzy lata zarabiał na życie tak regularnie jak nieszczęśnik, który tam sprzątał. Pan Mallet był konsekwentny, ale jego konsekwencja przejawiała się jedynie dopóty, dopóki nie umarł. Zapisał synowi tylko jedną trzecią swego majątku, przekazując resztę instytucjom publicznym różnego rodzaju i stowarzyszeniom dobroczynnym. Jedna trzecia wystarczyłaby Rowlandowi aż nadto, i nigdy nie dręczyła go zazdrość o pozostałych beneficjentów, ale gdy najhojniej obdarowany okazał się mniej potrzebujący, niż powszechnie sądzono, młody człowiek odczuł nagłą potrzebę dochodzenia swoich praw drogą sądową. Doszło do ostrego starcia, lecz postawił na swoim, a po upływie krótkiego czasu przeznaczył wygraną kwotę na szczytne cele. Nie dbał o pieniądze, tylko działał pod wpływem uzasadnionej potrzeby, aby rzucić wyzwanie gwieździe, która zawzięła się go nie rozpieszczać. Stwierdził, że trochę rozpieszczania byłoby jednak wskazane. Ale nie pozwolił sobie na jego nadmiar, i gdy w tysiąc osiemset sześćdziesiątym pierwszym roku rozpoczęto masową mobilizację, poddał się jej bez szemrania. Po wybuchu wojny domowej zaciągnął się od razu i służył przez pierwsze trzy długie lata, co wiele go kosztowało. Zakres jego służby pozostał niejasny, jednak Rowland nadal czerpał ciche zadowolenie z faktu, że przy dwu lub trzech okazjach wypełnił ją, jeśli nie chlubnie, to przynajmniej w sposób godny uznania. Zarzucił prowadzenie interesu, a po wojnie nie kwapił się podjąć go na nowo. Nie myślał o zarabianiu pieniędzy, miał ich dosyć, i choć wiedział – często mu przypominano – że młodzieniec winien mieć stałe zajęcie, w lukratywnej działalności handlowej nie dostrzegał żadnych korzyści dla duszy. Jednak niewielu zamożnych, bezrobotnych młodzieńców mniej obnosiło się z bezczynnością, i mało kto zarzuciłby bezczynność osobie, która brała życie w tak samo świadomy, poważny i niespokojny sposób jak nasz przyjaciel. Często zdawało się Malletowi, że całkowicie brak mu zasadniczej cechy wytrawnego flanera1 – mianowicie zwykłego, zmysłowego upodobania do przyjemności. Popadał często w melancholię, wówczas dochodził do wniosku, że do niczego się nie nadaje. Nie miał ani lekkomyślnie kontemplacyjnej, ani na wskroś praktycznej natury, i wciąż bezowocnie szukał zastosowania dla rzeczy pięknych oraz powabu w tych czysto użytecznych. Stanowił osobliwą mieszankę ciekawości moralnej i estetycznej, a zarazem kiepski byłby z niego artysta i reformator. Wychodził z założenia, iż szczęście bierze się z gorliwego działania na rzecz jakiejś idei bądź też stworzenia arcydzieła w określonej dziedzinie sztuki. Najczęściej być może nie mógł sobie darować, iż nie jest żywiołowym młodym geniuszem bez grosza przy duszy. Mógł jedynie kupować obrazy, zamiast je malować, a w sferze działania musiał zadowolić się rzetelną oceną cudzych osiągnięć. Z grubsza rzecz ujmując, cechowała go niezwykła skromność. Ból istnienia doskwierał mu bardziej, aniżeli wskazywałaby na to jego czerstwa karnacja i poczciwe spojrzenie szarych oczu, nie narzekał jednak na swój los, uważając, iż ma za co dziękować Bogu i nie wypada mu mieć o nic pretensji. Kobiety uważał za z gruntu szlachetne, mężczyzn za bohaterskich, a świat za idylliczny przedsionek życia wiecznego, dopóki nikt nie dostarczy jednoznacznych dowodów, iż jest wręcz przeciwnie.

Kwitnący ogród Cecilii i zacieniony ganek odpowiadały mu tak dalece, iż następnego ranka usłyszał zarzut o niechęć do schludnego saloniku kuzynki, będącego zarazem hołdem dla jej nienagannego gustu.

– A poza tym – dodała, kiedy wchodził za nią do domu – jeśli wczoraj odmówiłam pokazania panu ładnej dziewczyny, pokażę chociaż ładnego chłopca.

Otworzywszy okno, wskazała posążek ustawiony na honorowym miejscu wśród innych ozdób. Rowland chwilę się w niego wpatrywał, po czym przeniósł na nią wzrok z wyrazem wielkiego zdziwienia. Zerknęła na niego przelotnie i utwierdziwszy się w przekonaniu, że posążek wzbudził żywą reakcję, uśmiechnęła się wymownie, jakby dokładnie tego oczekiwała.

– Czyje to dzieło i jak się u pani znalazło? – Rowland nie krył, że wywarło na nim wrażenie.

– Ach. – Cecilia odsunęła zasłonę, by do środka wpadło więcej światła. – To drobiazg biednego pana Hudsona.

– A kim, u licha, jest biedny pan Hudson? – spytał. Był tak przejęty, że odpowiedź w pierwszej chwili mu umknęła. Posążek z brązu, wysoki na nieco ponad dwie stopy, przedstawiał nagiego młodzieńca pijącego z tykwy. Ułożenie postaci uderzało doskonałą prostotą: stał w lekkim rozkroku, z nieco wklęsłymi plecami i odchyloną głową, podtrzymując oburącz rustykalne naczynie. Na głowie miał luźny wieniec z polnych kwiatów i patrzył spod wpółprzymkniętych powiek w głąb tykwy. U dołu wyryto greckie słowo Δίϣα, Pragnienie. Figurka mogła przedstawiać pięknego młodzieńca ze starożytnej opowieści – Hylasa albo Narcyza, Parysa bądź Endymiona. Jej piękno polegało na realizmie: chodziło jedynie o oddanie pozy w całej jej doskonałości, co uczyniono z urzekającą precyzją oraz dbałością o szczegóły. Rowland poprosił o więcej światła, przechylał głowę na prawo i lewo, wydając pełne niedowierzania okrzyki.

– Ależ z nas, szpetnych śmiertelników, piękne istoty! – mruknął pod nosem, jak wielokrotnie zdarzało mu się w Luwrze bądź Watykanie. Od dawna nic nie sprawiło mu takiej przyjemności. – Hudson, Hudson – powtórzył. – Któż to taki?

– Pewien młody człowiek, tutaj mieszka – odpowiedziała Cecilia.

– Młody? To znaczy?

– Zdaje się, że ma dwadzieścia trzy lub cztery lata.

– Tutaj, czyli w Northampton w stanie Massachusetts?

– Owszem, ale pochodzi z Wirginii.

– Jest z zawodu rzeźbiarzem?

– O nie, studiuje prawo.

Rowland wybuchnął śmiechem.

– Zatem dostrzegł w Blackstonie2 coś, co nie było mi dane. A więc rzeźbi dla własnej przyjemności?

Cecilia z uśmiechem lekko potrząsnęła głową.

– Dla mojej, czasami!

– Winszuję pani tak hojnego darczyńcy. Ciekawe, czy dałby się namówić na zrobienie czegoś dla zwykłego śmiertelnika.

– Dla pana? Ach, to był gest przyjaźni. Zobaczyłam model z gliny i rzecz jasna wyraziłam swój zachwyt. Przyjął to bez słowa, ale przed tygodniem, w dniu moich urodzin, przyjechał powozem ze swoim skarbem zawiniętym w kocyk. Kazał go odlać z brązu w odlewni w Chicopee. Ubłagał mnie, abym go przyjęła, jak gdyby nigdy nic.

– Ładne mi nic! – Rowland znów przypatrywał się z zachwytem posążkowi.

– Aż tak się panu podoba?

– Droga kuzynko, ten pan Hudson z Wirginii jest doprawdy niezwykłym... – Nagle urwał i dodał: – Jesteście zaprzyjaźnieni?

– Zaprzyjaźnieni? – powtórzyła Cecilia z wahaniem. – Traktuję go prawie jak syna.

– Jak syna! Który zdaje się nad wiek rozwinięty! Proszę coś o nim opowiedzieć. Chętnie bym go poznał.

Cecilia musiała udać się z córką na lekcję muzyki, ale zapewniła Rowlanda, że przedstawi mu młodego rzeźbiarza. Często u niej bywał, a że nie zaglądał od kilku dni, istniało duże prawdopodobieństwo, że wieczorem się zjawi. Po jej wyjściu Rowland raz jeszcze obejrzał posążek, po czym w ciągu dnia kilkakrotnie wracał do salonu, by ponownie nacieszyć nim wzrok. Dostrzegł słabe strony, ale nie potrafił mu odmówić nieodpartego uroku, który mógł być tylko dziełem geniuszu. Z całego serca zazdrościł szczęściarzowi; aż trudno uwierzyć, że w małej miejscowości, bez pomocy i zachęty z niczyjej strony, bez wzorców ani modeli, z łatwością stworzył arcydzieło.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

1 Włóczęga, spacerowicz. Rodzaj XIX-wiecznej subkultury polegającej na kontemplowaniu i komentowaniu miejskiego życia (franc. Flâneur).

2 Sir William Blackstone (1723–1780) – angielski polityk, prawnik i filozof prawa, autor dzieła Commentaries on the Law of England, które wywarło ogromny wpływ na amerykańskie prawo i amerykańską edukację prawniczą.

PEŁNY SPIS TREŚCI:

I. ROWLAND

II. RODERICK

III. RZYM

IV. DOŚWIADCZENIE

V. CHRISTINA

VI. FRASCATI

VII. U ŚWIĘTEJ CECYLII

VIII. WYZWANIE

IX. MARY GARLAND

X. CAVALIERE

XI. PANI HUDSON

XII. KSIĘŻNA CASAMASSIMA

XIII. SZWAJCARIA