Wydawca: Goneta Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 180 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rocznica - Zofia Kaliska

Rocznica” to powieść obyczajowa. Autorka bawi nas opisem zdarzenia, jakie zdawałoby się całkowicie niemożliwym. A jednak... Jest Wiktor Turski i Wiktor Goździk. Obaj mają córki Beaty i synów Adamów. Różnią się życiem w innym środowisku i z innymi żonami. Ale czy na pewno są dwoma różnymi mężczyznami?

Zofia Kaliska — rocznik 1978. Mieszka w Gnieźnie. W 2003 roku ukończyła Wydział Historyczny UAM w Poznaniu. Po studiach pracowała dorywczo przez krótki czas jako bibliotekarz, a później w gnieźnieńskim Archiwum Archidiecezjalnym. Jak twierdzi autorka, prawdziwym powołaniem i pasją dla niej jest jednak pisarstwo. W 2006 roku wydała powieść dla młodzieży. Wkrótce ukaże się druga jej część. Pisze zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych.

Opinie o ebooku Rocznica - Zofia Kaliska

Fragment ebooka Rocznica - Zofia Kaliska

Rocznica

Zofia Kaliska

Copyrights to:

Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera

www.goneta.net

ul. Archiwalna 9 m 45

02-103 Warszawa

Korekta i redakcja: Eliza Galon

berenika1106@gmail.com

Okładka: Agnieszka Korfanty

info@korfanoart.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ISBN: 978-83-62041-04-6

 

 

 

 

 

Wydanie I

 

 

 

 

 

 

Warszawa, wrzesień 2009

 

Tekst w całości ani we fragmentach nie może być powielany ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cyfrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody wydawnictwa „Goneta” Aneta Gonera.

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Po dniu słonecznym i raczej upalnym — zwłaszcza jak na połowę maja — noc wydawała się dość chłodna. Ale jednocześnie była to noc wyjątkowo piękna. Bezchmurne gwieździste niebo wisiało nad podmiejską drogą, wokół której rozciągała się mozaika pól i łąk. Ów malowniczy krajobraz szpeciły tylko miejscami wystające znad ziemi wyniosłe słupy latarni i sterczące przy krawędziach znaki drogowe. Wzdłuż szosy jechał samochód...

Nagle na środek jezdni wybiegł człowiek i stanął naprzeciwko pędzącego pojazdu, który zdążył zatrzymać się w ostatnim momencie. Głuchy jęk gwałtownie hamujących opon przerwał monotonną nocną ciszę. Drzwi auta otworzyły się, kierowca wyskoczył zirytowany.

— Panie, oszalałeś, pan?! Do cholery! Ślepy pan jesteś, czy co? Niewiele brakowało, a byś pan tu leżał w kawałkach.

Człowiek podszedł bliżej. Przednie światła samochodu rzuciły jaskrawy blask na nieco zgarbioną, barczystą postać, krótko ostrzyżoną, szpakowatą głowę, twarz okrytą bujnym zarostem. Kierowca poznał go.

— Aaa… to pan, panie Zygmuncie... Co panu, do licha, strzeliło do łba, żeby leźć mi pod koła? I skąd pan tu się wziął o tej porze? Nie dalej jak przed godziną widzieliśmy się przecież. Jak miał pan do mnie jakąś sprawę, trzeba było wtedy mówić.

Brodaty mężczyzna milczał, uparcie spoglądając na kierowcę. Ten zniecierpliwił się jeszcze bardziej.

— Co jest, do diabła? Tak pan tu stoi jak kołek... Coś się stało? Kiedy wyjeżdżałem od państwa, wszystko było w porządku. I z klaczą, i ze źrebakiem.

— I... z... moją... córką... — urywany zbiór pojedynczych słów wydobywał się powoli z zaciśniętych warg.

Kierowca odruchowo cofnął się. Teraz on też z napiętą uwagą patrzył na człowieka z brodą. Obaj wzajemnie mierzyli się przeszywającym wzrokiem.

— Co pan robi, do cholery?

Brodaty bez zbytniego pośpiechu sięgnął do kieszeni bawełnianej kamizelki. Srebrzyste ostrze długiego kuchennego noża zalśniło w wyciągniętej ręce.

— Z moją córką, doktorku... Ty... z nią... wasz bękart...

Chwilę później samochód znów mknął po jezdni. Za kierownicą siedział brodaty człowiek z ukrytym w kieszeni nożem. Drugi mężczyzna, zamknięty w bagażniku, rozpaczliwie wzywał pomocy. Nikt go nie słyszał...

Minęły cztery lata…

I

Jedenastoletnia Wiktoria zerknęła na otwarty zeszyt, po czym z widoczną determinacją podsunęła go wchodzącemu do pokoju ojcu.

— Tato! Nie wiem, jak napisać zadanie domowe. Pomóż mi.

Adam wiedział, że „pomóż mi” w tym wypadku oznaczało „napisz za mnie”. Zazwyczaj do takiej „pomocy” Wiktoria zaprzęgała jego siostrę, ale ona akurat teraz znajdowała się poza zasięgiem.

— Spieszę się — odpowiedział, stając przed wiszącym na ścianie lustrem i mozolnie wiążąc krawat. Musiał to robić w tym pokoju, nazywanym przez jego matkę „salonem”. W dziesięciometrowej klitce, którą zajmował z żoną i dzieckiem, lustra nie było, podobnie zresztą jak wielu innych przydatnych rzeczy.

Córka podeszła do niego i zadarłszy głowę do góry, uważnie przyjrzała się mu ze swojej wysokości osóbki mierzącej niecałe półtora metra.

— Ale tato, jak ty możesz się spieszyć, kiedy jesteś bezrobotny. Babcia mówi, że jak ktoś nie pracuje, to zawsze ma mnóstwo czasu.

Oglądana w lustrze twarz okryła się szkarłatem, usta zacisnęły, mięśnie żuchwy skurczyły. Trwało to kilka sekund. Potem odwrócił się spokojnie, głos miał opanowany.

— Pokaż, czego znowu nie umiesz?

Szare oczy dziewczynki, ocienione firanką złotawych rzęs, zalśniły triumfalnie.

— Pani kazała nam napisać wypracowanie o tym, skąd się wzięła nazwa naszego miasta.

Uśmiechnął się, mimowolnie przypominając sobie odległe szkolne czasy. Wiktorię uczyła ta sama nauczycielka, co jego dwadzieścia lat temu. Kolejnym pokoleniom uczniów, edukowanym przez ową ekscentryczną damę, przypadała w udziale wątpliwa przyjemność zmagania się z jej nietypową obsesją na punkcie dziejów ich miasta. Co ciekawe, była to matematyczka. Wiedzę o lokalnej historii przemycała na swoich lekcjach między programowymi zadaniami z algebry i geometrii.

— Nazwa naszego miasta... — machinalnie powtórzył Adam. — Pani wam nie tłumaczyła, skąd się wzięła?

Wiktoria namyślała się przez chwilę.

— Coś tam mówiła... Zresztą seniora w ogóle ciągle o tym nawija.

— Kto taki?

— Seniora. Tak ją przezywamy, bo senior to znaczy stary, a ona jest najstarsza w całej szkole. Starsza nawet od pani dyrektorki i pana woźnego. Wprawdzie nikt nie wie, ile ma lat, ale to przecież widać.

Adam roześmiał się.

— Za moich czasów przezywaliśmy ją „Wielka”.

— „Wielka”? — zdziwiła się jego córka. — Przecież ona jest prawie niższa ode mnie. Niedługo wszyscy w klasie ją przerośniemy.

— Nazywaliśmy ją tak, bo stale, jak to określiłaś, „nawijała” o królu Kazimierzu Wielkim... — Tu Adam pobieżnie rzucił okiem na do połowy zapisaną stronę zeszytu . — Na pewno wam mówiła, że to Kazimierz Wielki, przynajmniej tak głosi legenda, nazwał nasze miasto Giedymin?

— Coś tam mówiła — bez entuzjazmu przyznała Wiktoria.

— A że nazwał je tak na cześć swojego teścia, ojca swojej pierwszej żony Aldony, który właśnie miał na imię Giedymin, też mówiła?

— Tak...

— Noo… więc to napisz.

Wiktoria niechętnie wróciła do opuszczonego miejsca przy stoliku, zajętego częściowo przez jej szkolne przybory, a częściowo przez nie uprzątnięte naczynia z niedawno skończonego śniadania.

— Gotowe! — oświadczyła po kilku minutach.

Ojciec powtórnie przerwał niewdzięczną czynność wiązania krawata i wziąwszy zeszyt, przebiegł wzrokiem po świeżo naniesionych znakach.

— Może być — ocenił. — Wprawdzie wypracowania na ogół mają nieco więcej niż trzy zdania. I „król” pisze się przez u kreskowane... a „żona” przez zwykłe ż. Ale poza tym nie jest źle, zwłaszcza jak na zadanie z matematyki...

Niewysoka, tęga kobieta, z ufarbowaną na ognisto-rudy kolor fryzurą, sztucznie zakręconą i gdzieniegdzie urozmaiconą szczątkami siwych odrostów, zjawiła się w progu i szybkim spojrzeniem zlustrowała cały pokój.

— Adaś! — zaskrzeczała piskliwie. — Jeszcze nie gotowy? Idziesz w sprawie pracy, nie możesz się spóźnić!

Zaczerwienił się, jak nieletni wyrostek przyłapany na wagarach.

— Już kończę, mamo...

Para wyblakłych źrenic spoczęła na siedzącej nad zeszytem Wiktorii.

— A to co? Dopiero teraz dziecko odrabia lekcje?

— Już skończyłam, babciu...

— Już? Chyba dopiero. Adaś! Dziecko powinno wychodzić do szkoły. Mógłbyś tego dopilnować, skoro ona nie dopilnowała!

„Ona” to Martyna, żona Adama. Tak teściowa ją nazywała, a na swoją wnuczkę mówiła „dziecko”.

Postawny trzydziestoletni mężczyzna bezradnie tkwił naprzeciwko lustra, z nerwowym pośpiechem zaciskając wokół szyi kawałek połyskliwej tkaniny.

— Od wiązania krawatów są żony — wygłosiła jego matka i gwałtownym ruchem wyrwała mu krawat z trzęsącej się dłoni. — Daj, zawiążę ci, skoro ona się nie pofatygowała.

Wiktoria szeroko otwartymi oczami patrzyła, jak babcia ubierała tatę — wiązała mu krawat, wkładała marynarkę, zapinała wszystkie guziki, poprawiała mankiety. Jakby był małym dzieckiem... Zresztą tak wtedy wyglądał, gdy stał z biernie opuszczonymi rękami, nieruchomy i bezwolny.

II

Elżbieta Turska nigdy na swój los nie narzekała, bo to nie po chrześcijańsku narzekać na coś, co Bóg zsyła. Nawet jeśli zsyła męża, który po równo trzech dekadach mniej lub bardziej udanego pożycia nagle ginie bez śladu, by ostatecznie wrócić w postaci odnalezionych zwłok ofiary wypadku samochodowego. Albo córkę, która w wieku trzydziestu trzech lat wcale nie myśli o zmianie stanu cywilnego. Albo syna, który z kolei o takiej zmianie pomyślał od razu po maturze... Nie tylko pomyślał, lecz ową myśl wprowadził w czyn, fundując osłupiałym ze zdumienia domownikom dwójkę nowych lokatorów — ciężarną koleżankę z klasy, połączoną z nim sekretnie nierozerwalnym sakramentem, a wkrótce potem — niefortunny efekt ich wspólnej nocy, kończącej pewną szkolną imprezę. Imię Wiktoria nadano wnuczce po dziadku. To był jego pomysł. Wiktor nieraz mawiał, że w posiadaniu dzieci najmilszą rzeczą jest wymyślanie dla nich imion. Córkę nazwał Beata, czyli „szczęśliwa”, lub „błogosławiona”.

„Trafił jak kulą w płot” — osądziła jego żona. — „Szczęśliwa? Czy może być szczęśliwa po trzydziestce bez męża? I do stanu błogosławionego jakoś jej nie pilno”.

Adamowi na drugie imię dał Feliks. Też „szczęśliwy”... „Szczęście” tu chyba jedynie w tym, że to drugie imię, a nie pierwsze. Ale i tak w szkole przezywali go „Felek”.

Właśnie upłynął czwarty rok od śmierci Wiktora, a raczej nie tyle od jego śmierci, ile od momentu, w którym rodzina o niej się dowiedziała. Parę dni wcześniej wezwano go do pobliskiej wsi. Był jedynym weterynarzem w okolicy, pacjentów mu nie brakowało. Wtedy podobno chodziło o jakąś rodzącą klacz, której źrebak nie spieszył się na ten świat, przez co jego matce groziła nieplanowana podróż na tamten. Późnym wieczorem Wiktor zadzwonił do domu, informując, że poród się udał, klacz i źrebak żyją, za to on jest śmiertelnie zmęczony i natychmiast przyjeżdża z powrotem. Nie przyjechał. Ani na noc, ani następnego dnia. Gdy minęła druga doba, Elżbieta powiadomiła policję. Spisali protokół i zapewnili, że uczynią wszystko, co w ich mocy... Może i czynili, ale Wiktor nadal nie wracał. W końcu Elżbieta odebrała z komisariatu telefon z „zaproszeniem” do kostnicy. Prosili ją, żeby spróbowała zidentyfikować ciało... Właściwie nie było czego identyfikować. Zmasakrowane szczątki kilkudniowego trupa nie przypominały człowieka, z którym przeżyła trzydzieści lat. W ogóle nie przypominały żadnego człowieka. Jednak samochód Wiktora — kupiony niedawno nowy model fiata — zachował się prawie w całości. I jego dokumenty w środku — też.

III

Redakcja lokalnej gazety o intrygującym tytule „Naga prawda” znajdowała się w dość ponurym zaułku, w jednym z niepozornych kanciastych budynków na wąskiej uliczce, która nawet pogodnego majowego poranka sprawiała smętne wrażenie. Pojedyncze promienie wiosennego słońca z trudem przedostawały się przez mury, oświetlając zaśmiecony chodnik i owianą samochodowymi spalinami jezdnię. Przy zdewastowanym przystanku autobusowym zatrzymał się zatłoczony pojazd. Wyszedł tylko jeden pasażer. Młody mężczyzna w znoszonym garniturze, z widoczną pod rozpiętą marynarką białą koszulą i starannie zawiązanym krawatem, bez pośpiechu przemierzył kilkunastometrowy odcinek betonowego bruku, by na koniec zniknąć za drzwiami redakcyjnej siedziby.

Tego dnia Martyna była zawalona robotą, jak nigdy dotąd. Wszystko spadło na nią. Siedziała w redakcji praktycznie sama, oprócz kolegi Janusza, który zajmował gabinet nieobecnej szefowej i zdawał się zbyt pochłonięty faktem bycia „prawie szefem”, by jeszcze mieć czas na cokolwiek innego. Redaktor naczelna Bożena od tygodnia znów przebywała na urlopie macierzyńskim, niewiadomo już którym z kolei. Do tej pory Martyna zawsze mogła liczyć na pomoc Beaty, swojej szwagierki, z którą pracowała od ponad roku. To dzięki niej zdobyła posadę redakcyjnej korektorki i dzięki niej po upływie okresu próbnego jakimś cudem nie wyleciała z pracy, chociaż redaktor naczelna, sporadycznie pojawiająca się w firmie w przerwach między jednym a drugim urlopem, napomykała coś o konieczności redukcji etatów.

Teraz Beata wyjechała do pewnej wioski, robić wywiad z pewną sędziwą parą, obchodzącą siedemdziesięciolecie wspólnego pożycia. Miał z tego powstać reportaż do najbliższego numeru. „Naga prawda” specjalizowała się w tematach obyczajowych. Gdy brakowało miejscowych skandali, w rodzaju pijackich wyczynów pana burmistrza lub przypadkowo odkrytego pozamałżeńskiego dziecka którejś z pań z Rady Miasta, ratowano się bardziej prozaicznymi artykułami — o nietypowych ślubach, rozwodach, zgonach, narodzinach, czy jubileuszach.

„Nietrudno trafić do gazety” — rozmyślała Martyna, nie odrywając oczu od wyświetlonego na komputerze tekstu i dłoni od klawiatury. — „Wystarczy siedemdziesiąt lat z tym samym facetem... Ciekawe, czy my z Adamem tyle razem przeżyjemy...”.

Zaśmiała się głośno. Perspektywa spędzenia z mężem kolejnych dziesięcioleci, choćby nawet i siedmiu, wprawiła ją w świetny humor. Była szczęśliwa z Adamem — w ogóle zresztą była szczęśliwa. Jej znajomi wydziwiali, dlaczego ona godzi się na wegetację w ciasnym pokoiku pod jednym dachem z teściową i szwagierką. Czy nie lepiej byłoby im na swoim? „Pewnie, że byłoby lepiej...” — odpowiadała Martyna i z niezmąconą pogodą dokonywała rzeczowego zestawienia swoich dochodów z rynkowymi cenami mieszkań. Nie marzyła o wyprowadzce na przysłowiowe własne śmieci, życie na cudzych w zupełności jej wystarczało. Kochała męża, przyjaźniła się z jego siostrą i tolerowała jego matkę. Tak jak toleruje się objawy kaca po dobrej zabawie albo lżejszy portfel po wizycie w centrum handlowym podczas wyprzedaży. „Teściowa to skutek uboczny małżeństwa” — mawiała nieraz.

Adam wszedł ostrożnie i dopiero zobaczywszy żonę samą, pilnie ślęczącą przy monitorze, odetchnął głęboko, jakby spadł mu z barków niewidoczny ciężar. Martyna uśmiechnęła się radośnie.

— O, cześć kochanie! Już po rozmowie kwalifikacyjnej? I jak poszło?

Podsunęła mu krzesło obok siebie przy biurku. Opadł na nie, niczym mdlejąca arystokratka w tandetnym serialu kostiumowym.

— Jak poszło? — powtórzył grobowym tonem. — Lepiej nie pytaj. Jak zawsze. „Dziękujemy panu”. „Proszę zostawić papiery w sekretariacie”. „Jeśli zwolni się etat, zadzwonimy do pana”...

Z masochistyczną przyjemnością parodiował nadętego osobnika, w którym jeszcze przed godziną spodziewał się mieć przyszłego szefa. Martyna taktownie milczała. To najlepsza rzecz, jaką mogła robić w tej chwili. Żadne słowa nie byłyby na miejscu. Ani zdawkowa formułka: „Następnym razem się uda”, ani mimowolnie cisnący się jej na usta niezbyt odkrywczy wykład o tym, że łatwiej byłoby znaleźć pracę, gdyby skończyło się choć jeden z kierunków studiów, które w swoim czasie się zaczynało i że dzisiejszy rynek raczej nie dysponuje nadmiarem ofert dla niedoszłych prawników, niedoszłych ekonomistów, niedoszłych architektów i niedoszłych teologów.

Więc Martyna nic nie mówiła i cierpliwie słuchała kilkunastominutowego monologu o bezrobociu, które podobno według statystyk spada, ale jakoś tego nie widać, o cynicznym sztywniaku, który radzi „człowiekowi” zostawiać papiery w sekretariacie, chyba tylko po to, żeby sekretarka miała co zanosić do skupu makulatury, o skandalicznych korkach na ulicy, w których „człowiek” stał prawie pół godziny, o sfiksowanej nauczycielce matematyki, która każe Wiktorii pisać zadania z historii, a Wiktoria to samo każe robić „człowiekowi” ledwie żywemu z pośpiechu i zdenerwowania przed ważną rozmową, o Beacie, która bez uprzedzenia zabrała samochód i „człowiek” musiał tłuc się autobusem, przez co niemal się spóźnił, a w dodatku wyjechała do pracy wcześniej niż zwykle, zamiast wyręczyć „człowieka” w układaniu wypracowania o teściu Kazimierza Wielkiego...

IV

Trochę łysiejący, ale dość przystojny blondyn o wysokiej, choć nie atletycznej sylwetce, inteligentnym wyrazie twarzy i przenikliwym spojrzeniu, rzucił na biurko Martyny kilka zapisanych kartek.

— Kotku, przepisz mi to i prześlij na moją skrzynkę. Tylko migiem!

Skrzywiła się i zmarszczyła brwi, bez powodzenia usiłując wyglądać na oburzoną.

— Przede wszystkim, nie „kotku”! A poza tym, mam gościa, jeśli jeszcze nie zauważyłeś.

Zauważył.

— Cześć, Adaś! Miło cię widzieć, nawet kiedy mi odrywasz personel od pracy. Może o tym nie wiecie, ale teraz jesteśmy w redakcji, a nie w łożu małżeńskim.

Martyna roześmiała się, Adam odwrotnie — zasępił jeszcze bardziej.

— Ja właściwie przyszedłem do ciebie, Janusz...

— Do mnie? — Janusz kokieteryjnie zatrzepotał prawie bezrzęsymi powiekami. — Nie wiedziałem, że jestem w twoim typie. Cóż, masz dobry gust.

Martyna, nie przestając się śmiać, cisnęła w niego zmiętym kawałkiem papieru.

— Nie wygłupiaj się. Adam ma do ciebie jakąś sprawę.

— Zamieniam się w słuch — odpowiedział Janusz i z błazeńskim uśmiechem wpatrzył się w jej męża. Ten z kolei wyczekująco spojrzał na swoją żonę.

— Ach! — zawołała domyślnie. — Już wiem! Adam chce ubiegać się o posadę gońca u nas w redakcji.

— Ubiegać się? — wolno powtórzył Janusz i nagle spoważniał. — Laleczko, z tego co widzę, to ty ubiegasz się za niego. Czy on nie umie mówić?

Adam poczuł, że zaczyna się czerwienić.

— Podobno teraz… zastępujesz szefową... — wyjąkał niepewnie. — Martyna niedawno wspominała, że wasza naczelna mówiła, że chce zatrudnić gońca...

— Niezupełnie, kochanie — poprawiła Martyna. — To ja zagadnęłam Bożenę, czy nie przydałby się goniec, a ona powiedziała, że myśli, że chyba tak.

− Myśli? – Janusz wzruszył ramionami . – Jak nasza naczelna myśli, że tak, to potem zawsze wymyśli, że nie.

Adam wstał, powoli przenosząc zniechęcony wzrok z żony na jej kolegę.

— Więc nie?

— Nie — potwierdził Janusz i porozumiewawczo mrugnął do Martyny. — Kotku, te teksty, które ci przyniosłem, to wywiad z jednym bufonem z samorządu. Za godzinę chcę to mieć w moim folderze. Wyrzuć wszystko, co niegramatyczne, nieortograficzne i niecenzuralne, resztę przepisz i wyślij mi.

Martyna zerknęła na leżące przed nią kartki.

— Chyba większość z tego będę musiała wyrzucić.

— Co wyrzucisz, to wyrzucisz, aniołku. A czego nie wyrzucisz, to mi wyślesz.

— Nie pamiętam twojego adresu.

— Jak to nie pamiętasz? Mój adres powinnaś znać jak pacierz: janusz@nagaprawda.pl!

— No tak. Jakże mogłam zapomnieć! Janusz małpa. Twoje imię i imię twojego przodka.

— Naszego, kotku. Oboje mamy pradziadka szympansa. Albo dwóch różnych pradziadków, ale na pewno obaj razem schodzili z drzewa.

— Nie wiem, Januszku. Wydaje mi się, że twój raczej zszedł trochę później. Jeśli w ogóle...

Adam, stojąc już przy drzwiach, z posępną miną obserwował biurowe zaloty. Jego żona zdawała się doskonale bawić. Szafirowe oczy radośnie błyszczały zza gęstej otoczki pomalowanych czarnym tuszem rzęs, opalona wskutek wizyt w solarium twarz promieniała, głowa przechylała się na różne strony, długie platynowe włosy swawolnie tańczyły wokół wydekoltowanej szyi, spadając z jednego ramienia na drugie.

— Już idziesz, kochanie? — przypomniała sobie o jego obecności. Odwrócił się, nie zdejmując lewej dłoni z klamki.

— Widzę, że jesteś zajęta. Nie chcę przeszkadzać.

— To cześć, kochanie. Nie zapomnij odebrać Wiktorii ze szkoły. Dzisiaj wrócę później. Mam mnóstwo roboty, a potem jeszcze chcę wstąpić do fryzjera.

— Do fryzjera? — Adam nerwowo zacisnął prawą rękę, którą trzymał w kieszeni marynarki. — Koniecznie chcesz tam iść? Wiesz, że moja mama nie lubi, kiedy...

Janusz wydał nieokreślony dźwięk — coś pośredniego między szyderczym śmiechem a żałosnym skowytem. Martyna uśmiechnęła się powściągliwie.

— Wiem, kochanie. Twoja mama nie lubi, kiedy chodzę do fryzjera... I kiedy chodzę do kosmetyczki, do solarium, do sklepu odzieżowego i obuwniczego, do kina, do parku na spacer...

V

Wieś nazywała się Stolica.

„Ktokolwiek tak nazwał tę prymitywną jaskinię, musiał mieć idiotyczne poczucie humoru” — stwierdziła Beata, rozglądając się wokoło przez uchyloną szybę samochodu.

Jechała tak wolno, jak tylko się dało, próbując wyśledzić w miarę przyzwoite miejsce do zaparkowania.

„Chyba w końcu stanę pod pierwszą lepszą chałupą... Co za nora! Żeby tu dotrzeć, przejechałam kilkadziesiąt kilometrów, a teraz mam wrażenie, że cofnęłam się o kilkadziesiąt lat. Albo kilkaset ”.

Wlokąc się w labiryncie wąskich ścieżek, nierównych i błotnistych po niedawnym ulewnym deszczu, obserwowała przechodzących tubylców. Mieli na sobie stroje jakby żywcem wyjęte z peerelowskiego filmu dokumentalnego o wiejskich przodownikach pracy. Kobiety paradowały w chustkach i fartuchach, mężczyźni w gumiakach.

Beata roześmiała się, przypomniawszy sobie, że przed wyjazdem szwagierka udzieliła jej profesjonalnych wskazówek w kwestii doboru garderoby, makijażu i fryzury. Gdyby posłuchała choćby części tych fachowych porad, wzięliby ją tutaj za przybysza z innej planety. I tak musiała wyglądać co najmniej dziwnie w ubraniach wprawdzie nie najmodniejszych i nie specjalnie eleganckich, ale w każdym razie współczesnych.

Wiejski pejzaż z bujnie rozkwitłą zielenią, przepełniony czystym wiosennym powietrzem i ożywionym gwarem zdawał się zupełnie nie naruszony dotykiem cywilizacji... Nie licząc kilku anten satelitarnych, gdzieniegdzie sterczących nad spadzistymi dachami podniszczonych domków, otoczonych walącymi się płotami. Niekiedy wzdłuż zachwaszczonej dróżki przemykał ryczący motocykl albo ociężale toczył się traktor, a w paru gospodarstwach, obok kurnika czy obory, dumnie prezentowało się jakieś leciwe auto z odrapanym lakierem lub nadtłuczonym zderzakiem.

W pewnym momencie Beata prawie przejechała stadko pasących się na środku drogi gęsi. Wystraszone ptaki rozbiegły się na różne strony, a ona w końcu zatrzymała samochód. Spojrzała na zegarek, dochodziło południe. Z rezygnacją oparła głowę o poręcz fotela i wyciągnąwszy z torebki zabrane z redakcji notatki, zaczęła je przeglądać. Były to materiały do wywiadu, który miała przeprowadzić z parą wiekowych jubilatów.

„Jak ten Janusz skombinował tyle szczegółów o ludziach z takiej zapadłej dziury?” — zastanawiała się. — „Mam nadzieję, że to prawdziwe dane. Żebym później nie musiała pisać sprostowania... Rozalia i Zygmunt Goździk... Nieźle się dobrali. Ona — róża, on — goździk. I ten bukiet już siedemdziesiąt lat stoi w wazonie. On ma dziewięćdziesiąt dziewięć lat, ona dziewięćdziesiąt osiem. Choćby z powodu wieku powinni trafić do gazety. Albo z powodu nazwiska. Goździk i Goździkowa — jak w reklamie. Od razu wiadomo, co biorą na ból głowy... Przeżyli jedynego syna, mieszkają z wnuczką, jej mężem i dwójką prawnuków... Tylko gdzie dokładnie mieszkają? Trzeba kogoś zapytać, tu na pewno wszyscy się znają... Chyba jakoś się dogadamy, o ile ci autochtoni nie mówią gwarą albo wymarłą polszczyzną sprzed kilku wieków, co by nawet mnie nie zdziwiło...”.

Zadzwoniła komórka ukryta na dnie torebki. Beata wygrzebała ją ze stosu zużytych biletów autobusowych i podręcznych przyborów kosmetycznych.

— Beata, jesteś tam? — usłyszała głos brata.

— O, cześć Adam.

— Cześć. Chciałem ci przypomnieć, że u nas jest tylko jeden samochód na całą rodzinę.

— Co? — nie zrozumiała.

— Beata, wiedziałaś, że ja dzisiaj rano potrzebowałem samochód, żeby jechać na rozmowę kwalifikacyjną? Tak? I zabrałaś go sobie! Przez ciebie prawie się spóźniłem!

Beata omal nie wyrzuciła Bogu ducha winnego telefonu przez okno.

— Przeze mnie? Może to jeszcze przeze mnie nie zatrudnili cię w tej firmie?

— Skąd wiesz, że mi nie poszło na tej rozmowie?

— Nietrudno się domyślić. Gdyby ci się udało, nie dzwoniłbyś, żeby się na mnie wyładować i robić mi awanturę z powodu samochodu, który mi dzisiaj jest potrzebny w pracy.

— Wcale się nie wyładowuję. I właściwie nie dzwonię w sprawie samochodu, tylko w sprawie Wiktorii. Czy nie mogłabyś jej więcej pomagać w lekcjach? Dzisiaj rano zawracała mi głowę jakimś historycznym zadaniem z matematyki, kiedy akurat się spieszyłem...

— Cześć! — powiedziała Beata i rozłączyła się.

Przez chwilę nie wiedziała, czy śmiać się, czy wściekać. Wybrała pierwszą opcję. Zanosząc się tłumionym śmiechem, schowała do torebki telefon, a wyjęła z niej lusterko i grzebień. Niepokorna gęstwina miedzianych loków, potarganych od szybkiej jazdy przy otwartym oknie, jak zawsze nie dawała się rozczesać. Po kilkuminutowym daremnym wysiłku, Beata skapitulowała.

— Nieważne — rzekła do siebie półgłosem. — Mam robić wywiad, a nie prezentować idealną fryzurę. Zresztą państwo starsi pewnie i tak niedowidzą...

VI

— Hej! Panienko, tu nie parking!

Czerwona, wąsata twarz zbliżyła się do szyby. Beata odemknęła drzwi i nie bez ulgi wydostała się na zewnątrz. Od ponad godziny nie ruszała się z samochodu i już zaczynała czuć, że wszystkie mięśnie jej sztywnieją.

Stojący przed nią mężczyzna był dobrze po pięćdziesiątce, mierzył chyba ze dwa metry i ważył na oko co najmniej sto kilo.

— To teren prywatny, że tak powiem. Stanęła mi pani pod chałupą. To naruszenie własności, że tak powiem.

Beata zdobyła się na coś w rodzaju syntetycznej imitacji uprzejmego uśmiechu.

— Przepraszam pana. Nie wiedziałam, gdzie tu można zaparkować.

Wielkolud z oburzeniem przekręcił masywną szyję w stronę swojej „chałupy”.

— Gdyby tak każdy sobie parkował, gdzie popadnie... Prawie mi pani w płot wjechała!

Beata, rzuciwszy okiem na płot, o który istotnie jej samochód niemal się opierał, chciała odpowiedzieć, że nawet po rozjechaniu ciężarówką ta prowizoryczna rudera nie mogłaby wyglądać gorzej. Zanim jednak zdążyła otworzyć usta, na schodach ukazała się miniaturowa kobiecina i wrzasnęła cienkim głosikiem:

− Mietek! Ogłuchłeś, czy co? Wołam cię i wołam, a ty nic! Obiad stygnie! Do domu! W tej chwili!

Beata z trudem pohamowała gwałtowny atak śmiechu, widząc, jak potężny osobnik z uległą miną grzecznego dziecka bez słowa wypełnia rozkaz.

— Mietek! — zapiszczała kobietka, wskazując ruchem głowy na samochód i jego właścicielkę. — Co to za jedna?

Mietek wzruszył muskularnym ramieniem.

— A kto ją tam wie? Wjeżdża tu sobie taka, jak do siebie i mówi, że nie ma gdzie parkować...

Kobieta nie zdejmowała wzroku z tkwiącej przed płotem Beaty.

— Widać, że to jakaś miastowa dziewucha... Może przyjechała tu do kogoś i nie wie, jak trafić.

— Ale w płot prawie trafiła! — rezolutnie zauważył Mietek.

Drobna istota sfrunęła ze schodów niby kura z grzędy i szybko przydreptała do Beaty. Zamieniwszy z nią parę zdań, wydarła się donośnie:

— Mietek! Chodź tu! W tej chwili!

Zaledwie wykrzyczała ostatnią sylabę, olbrzym był już przy niej.

— Ta pani jest z gazety — powiadomiła go.

— Z gazety... — powtórzył, miarowo kiwając dużą czaszką, jakby dzięki temu umieszczony w niej mózg łatwiej przyswajał usłyszaną informację.

— Przyjechała do Goździków.

— Do Goździków...

— I nie może do nich dojechać, bo samochód się zaklinował. Wczoraj tyle deszczu napadało, że ziemia nam przy płocie zmieniła się w błoto i koło w nim ugrzęzło. Mietek! Spróbuj jakoś wydostać ten samochód z tego błota!

Mietek spróbował, ale bez powodzenia.

— Sam tego nie ruszę. Może we dwóch jakoś by poszło. Trzeba Jaśka zawołać.

— Jasiek! — zakomenderowała kobieta. — Chodź tu! W tej chwili!

Z