Opis

Szkoła Robinsonów (inna wersja tytułu polskiego tłumaczenia: Robinzon amerykański, fr. L’École des Robinsons, 1882) – jednotomowa powieść Juliusza Verne'a z cyklu Niezwykłe podróże złożona z 22 rozdziałów. (http://pl.wikipedia.org/wiki/Szkoła_Robinsonów).

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej. Version bilingue: polonaise et française.

Godfrey, jeune homme désœuvré de 22 ans, vit chez son oncle, le richissime Lord William W. Kolderup. Avant de se marier avec la jeune et jolie Phina, il demande à entreprendre un voyage en mer de deux ans. Accédant à son désir, son oncle l'envoie visiter la Nouvelle-Zélande à bord du Dream, commandé par le capitaine Turcotte, en compagnie de son mentor et professeur de maintien et de danse, le professeur T. Artelett. Malheureusement, le navire sombre à quelques encablures d'une île où Godfrey, naufragé malgré lui, devra apprendre à survivre, organiser sa vie et affronter les sauvages. Accompagné de T. Artelett, le seul autre rescapé du naufrage, le jeune homme blasé est confronté à l'école de la vie et découvrira la valeur de l'effort et la tâche virile d'acquérir sang-froid et courage. (http://fr.wikipedia.org/wiki/L'École_des_Robinsons)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 577

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jules Verne

Robinson amerykański (Szkoła Robinsonów) L’École des Robinsons

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej Version bilingue: polonaise et française

Na język polski przełożyłanonimowy tłumacz

Armoryka Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Léon Benett (1838–1917), Ilustracja powieści Juliusza Verne'a "Robinson amerykański" (1882),

(licencja public domain), źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:'Propeller_Island'_by_Léon_Benett_57.jpg (This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights).

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:[email protected]

http://www.armoryka.pl/

Robinson amerykański (Szkoła Robinsonów)

Rozdział I. W którym czytelnikowi, o ile ma ochotę, nastręcza się sposobność zakupienia wyspy na Oceanie Spokojnym.

Wyspa do sprzedania! Za gotówkę! Koszta osobno! Kupi ten, kto da więcej! – bezustannie, nie pozwalając sobie nawet na złapanie tchu, wywoływał licytator Dean Felporg w lokalu, w którym odbywała się ta osobliwa sprzedaż. 

– Wyspa do sprzedania! Wyspa do sprzedania! – jeszcze głośniej krzyczał wywoływacz Gingras, kroczący tam i napowrót wśród bardzo podnieconego tłumu. 

Istotnie, w wielkiej hali licytacyjnej przy ulicy Sacramento 10 tłok był niesłychany. Zgromadził się tam nietylko pokaźny zastęp Amerykanów z Kalifornji, Oregonu i Utah, lecz także wielu Francuzów, stanowiących blisko szóstą część ludności, Meksykanów w krótkich płaszczach, zwanych serapa, Chińczyków w tunikach z szerokiemi rękawami, szpiczastych pantoflach i stożkowatych kapeluszach, Kanaków z Oceanji, a nawet kilku czarnonogich i płaskogłowych, przybyłych z nad brzegów rzeki Trinidad. 

Scena ta rozgrywała się w stolicy Kalifornji San Francisco, jednakowoż nie w latach 1849-1852, kiedy to eksploatacja nowych pól piaskowych zwabiała poszukiwaczy złota obydwóch półkuli. San Francisco nie było już tem, czem było początkowo: serajem dla karawan, miejscem wylądowania, oberżą, w której na jedną noc zatrzymywali się awanturnicy, spieszący na poszukiwanie złota ku wschodnim zboczom Sierra Nevada. Od lat dwudziestu, miejsce starego nieznanego Yerba Buena zajmowało miasto, jedyne w swym rodzaju, liczące 100.000 mieszkańców. Z powodu braku miejsca na płaskiem wybrzeżu, miasto to rozsiadło się na grzbietach dwóch pagórków; wszystko jednak przemawiało za tem, że rychło rozbuduje się aż do najdalszych krańców pogórza. Niebawem też zdetronizowało ono takie miasta jak Lima, Santiago, Valparaiso i wszystkie inne rywalki Zachodu, i przez Amerykanów zostało wyniesione do godności królowej Oceanu Spokojnego, a równocześnie królowej wybrzeża zachodniego. 

Owego dnia, a było to 15 maja, panował jeszcze chłód dotkliwy. 

W kraju tym, wystawionym na oddziaływanie prądów podbiegunowych, pierwsza połowa maja przypomina aurę drugiej połowy marca w Europie. W publicznej hali licytacyjnej nie odczuwano jednak niskiej temperatury. Nieustające dzwonienie ściągało tłumy publiczności, to też w lokalu panowała atmosfera tak upalna, że czoła obecnych okryły się kroplami potu, które na dworze byłyby odrazu zamarzły. 

Nie należy jednak sądzić, że te liczne pożądliwe rzesze, zapełniające halę licytacyjną, przybyły tu w zamiarze kupowania. Śmiem nawet twierdzić, że wszyscy obecni kierowali się jedynie ciekawością. Bo i któż, będąc dość bogatym, byłby tak niemądrym, by kupować wyspę na Oceanie Spokojnym, wskutek dziwacznego pomysłu rządu wystawioną na sprzedaż? Mówiono sobie tedy, że nikt nie wniesie odpowiedniej oferty, bo wogóle nie znajdzie się amator na licytowany objekt. I prawdziwie, nie było w tem winy wywoływacza, który wołaniem, gestykulacją, posługiwaniem się najbardziej wabiącemi przenośniami jarmarcznej reklamy starał się podniecić klijentów. 

Odpowiadano śmiechem, ale nikt nie przedkładał oferty. 

– Wyspa do sprzedania! Wyspa do sprzedania! – raz po raz wołał Gingras. 

– Ktoby się też pozwolił na to złapać! – zawołał jakiś Irlandczyk, w którego kieszeniach nie znalezionoby złamanego szeląga. 

– Wyspa, która przy osiągnięciu ceny licytacyjnej, nie kosztowałaby ani po sześć dolarów za mórg! – wołał licytator Dean Felporg. 

– I któraby nie przynosiła ani 1/8 procentu! – dorzucił właściciel dużej farmy, doskonale się rozumiejący na rentowności gruntu. 

– Wyspa, mająca pełnych 120 kilometrów obwodu i 90.000 hektarów powierzchni. 

– A czy jest tam przynajmniej kawałek stałego lądu? – zagadnął pewien Meksykanin, stały gość szynkowniany, który, wnosząc z jego osobistej, bardzo niepewnej pozycji, czuł snać potrzebę silnego gruntu pod nogami. 

– Wyspa o młodem zalesieniu – sławił wywoływacz – z łąkami, wzgórzami, wodospadami… 

– Zagwarantowane? – zaśmiał się jakiś Francuz, wcale nie kwapiący się, widać, do tego interesu. 

– Tak, zagwarantowane! – odrzekł licytator Felporg, mający za sobą zbyt długie doświadczenie, by złośliwe docinki publiczności miały go wyprowadzić z równowagi. 

– Na dwa lata? 

– Do końca świata! 

– A może jeszcze dłużej? 

– Wyspa na wyłączną własność! – krzyczał wywoływacz. – Wyspa bez jednego drapieżnego zwierzęcia, bez płazów i gadów jadowitych. 

– Czy też bez ptaków? – krzyknął jakiś żartowniś. 

– I bez owadów? – dorzucił inny. 

– Wyspa temu, kto da najwięcej! – wołał niezrażony Dean Folperg. – Dalej-że obywatele! Trochę odwagi i sięgnąć do trzosa! Kto chce mieć wyspę w dobrym stanie, która dotychczas prawie że nie miała właściciela. Wyspę na Oceanie Spokojnym, tem morzu mórz! Do nabycia za bezcen! Za jeden miljon i sto tysięcy dolarów! Czy ktoś da miljon sto tysięcy dolarów?… Kto tam coś mówi?… Czy pan? Ten pan, co tam w głębi sali kiwa głową, jak mandaryn z porcelany?… Mam wyspę!… Wyspę do sprzedania!… Kto chce kupić wyspę? 

– Precz z tem! – krzyknął jakiś głos, jak gdyby chodziło o usunięcie obrazu lub wazy wystawionych na licytację. 

Cała sala wybuchnęła śmiechem, lecz wciąż jeszcze nikt nie ofiarowywał ani pół dolara. Jakkolwiek przedmiot licytowany nie mógł przechodzić z ręki do ręki, by go dokładniej obejrzano, to jednak istniał plan wyspy. Amatorzy mogli się w ten sposób dowiedzieć, jak wogóle wyglądał kątek ziemi, wystawiony na licytację. Nie należało się przeto obawiać rozczarowania, czy innej przykrości. Z łatwością można się było poinformować co do położenia, sytuacji, terenu, jakości ziemi, sieci wodnej, warunków klimatycznych i komunikacyjnych. Nie kupowano kota we worku, a oszustwo co do przedmiotu sprzedaży z góry było wykluczone. Zresztą już od szeregu miesięcy, niezliczone czasopisma Stanów Zjednoczonych i Kalifornji, dzienniki, tygodniki, dwutygodniki, miesięczniki, ustawicznie zwracały uwagę na tę wyspę, której sprzedaż postanowiono na mocy uchwały kongresu. 

Była to wyspa Spencera, leżąca w południowo-zachodniej części zatoki San Francisco, w odległości mniej więcej 460 mil morskich od wybrzeża Kalifornji, pod 32 stopniem 15 min. północnej szerokości, a 142 st. 18 min. zachodniej długości od południka Greenwich. 

Trudno byłoby zaiste wymyśleć miejscowość bardziej samotną. Jakkolwiek wyspa Spencera nie była tak bardzo odległą i znajdowała się w obrębie wód amerykańskich, to jednak leżała poza wszelkim ruchem okrętowym i handlowym. A regularne prądy, przepływające poprzecznie na północ lub na południe, wytworzyły tu rodzaj jeziora w wodach stojących, nazywanego niekiedy „Tournant de Fleurieu”. 

W pośrodku tego ogromu spokojnych wód, nie mających określonego kierunku, leży wyspa Spencera. Niewiele tylko okrętów tędy przejeżdża. Wielkie drogi Oceanu Spokojnego, łączące Świat Nowy ze Starym, czy to wiodące do Japonji, czy do Chin, biegną wszystkie w kierunku więcej południowym. Żaglowce byłyby tu narażone na długotrwałe cisze, a parowce, na małej tylko przestrzeni krążące po Pacyfiku, nie miałyby żadnej korzyści, odbywając po nim drogę dalszą. Wobec tego ani jedne, ani drugie, nie zaznajamiają się z wyspą Spencera, wznoszącą się tam niby samotny szczyt góry podwodnej, jakich nie brak na Oceanie Spokojnym. 

Dla człowieka, unikającego gwaru świata, pragnącego spokoju i samotności, czyż mogło istnieć coś lepszego od tej wyspy opuszczonej, o jakie 100 mil oddalonej od stałego lądu? Dla dobrowolnego Robinsona byłoby to miejsce pobytu wprost wymarzone. Tylko, że należało za nie uiścić żądaną kwotę. 

Dlaczego jednak Stany Zjednoczone pozbywały się tej wyspy? Czyżby przez kaprys? Nie. Wielki naród nie może pozwalać sobie na kaprysy, jak to czynią rozmaite jednostki. Sprawa przedstawiała się tak, że z powodu swego położenia, wyspa Spencera była już od dłuższego czasu stacją zgoła bezużyteczną. Kolonizacja nie dałaby żadnych rezultatów dodatnich. Dla celów wojskowych się nie nadawała, jako dominująca zaledwie nad zupełnie opuszczoną częścią Oceanu. A z punktu widzenia interesów handlowych również nie posiadała znaczenia, gdyż wytwórczość nie pokryłaby żadną miarą kosztów transportu. Kolonji dla przestępców również nie można było tu założyć, ze względu na bliskość wybrzeża. Zużytkowanie jej do jakichkolwiek celów byłoby przeto zabawką zbyt kosztowną. Od niepamiętnych czasów leżała przeto odłogiem, a kongres, złożony z ludzi wybitnie praktycznych, postanowił wystawić ją na licytację, z tem jednem tylko zastrzeżeniem, że nabywca ma być bezwarunkowo obywatelem wolnej Ameryki. 

Zadarmo jednakowoż wyspy tej oddać nie chciano. Ustanowiono zatem cenę w wysokości 1.100.000 dolarów. Dla przedsiębiorstwa, któreby obszar ten zakupiło i w jakikolwiek sposób zużytkowało, cena ta byłaby drobnostką, o ile by można było liczyć na pewne korzyści; należy jednak podkreślić raz jeszcze, że interes ten nie przedstawiał żadnych korzyści. Fachowcy nie przywiązywali do tego skrawka Stanów Zjednoczonych większej wagi, niż do jakiejkolwiek nieznanej wysepki w strefie podbiegunowej. A dla jednostki cena była bądź co bądź poważna. Musiałby to już być człowiek bogaty, aby sobie pozwolić na taką fantazję, nie dającą ani centa procentu. Musiałby nawet być ogromnie bogatym, gdyż trzeba było odrazu złożyć całą gotówkę, a nawet w Stanach Zjednoczonych nie łatwo znaleźć obywatela, noszącego przy sobie 1.100.000 dolarów i w dodatku chcącego je niejako wrzucić do wody, bo bez wszelkich widoków odzyskania bodaj części wkładu. 

A jednak kongres postanowił nie oddać wyspy poniżej 1.100.000 dolarów. Jeśli się ceny tej nie osiągnie, wyspa Spencera pozostanie własnością Stanów Zjednoczonych. 

Należało tedy przypuszczać, że nie znajdzie się kupiec dość niemądry, by złożyć podobną kwotę. Pozatem było też wyraźne zastrzeżenie, że nabywca, o ile się taki znajdzie, nie może nosić tytułu króla wyspy, lecz tylko prezydenta republiki. Nie będzie mu przysługiwać prawo posiadania poddanych, lecz tylko współwłaścicieli, wybierających go co pewien czas, lecz mogących też wybrać go ponownie na czas nieograniczony. W każdym razie nie było mu wolno stać się założycielem dynastji panującej. Stany nie pozwoliłyby przenigdy na powstanie królestwa, chociażby minjaturowego, w obrębie wód amerykańskich. 

Zastrzeżenie to miało prawdopodobnie powstrzymać od kupna jakiegoś ambitnego miljonera lub trochę zrujnowanego naboba, pragnących współzawodniczyć z królami dzikich szczepów wysp Sandwich, czy innych, rozrzuconych po Pacyfiku. 

Jednem słowem, jakikolwiek mógł być powód, dość, że nie zjawiał się żaden amator. Była godzina dość późna, wywoływacz nie mógł już złapać tchu od ustawicznego wykrzykiwania, licytator ochrypł, zużywszy cały dar swej wymowy, a znikąd nie pojawiło się owo kiwnięcie głową, z niesłychaną bystrością zauważane przez szanownych agentów. Ba, nie zaczęto się nawet targować o cenę. 

Należy zresztą przyznać, że podobnie jak młotek niezmordowanie uderzał w stół, tak samo też niezmordowanie wyczekiwała publiczność. Dowcipy padały to z tej, to z owej strony, żarty mniej czy więcej udane, obiegały salę. Jedni ofiarowali za wyspę dwa dolary wraz z kosztami, inni żądali, by im jeszcze coś wydano z tej kwoty. 

A wywoływacz wołał ciągle: 

– Wyspa do sprzedania! Wyspa do sprzedania! 

Nikt się nie zgłaszał. 

– Czy daje się gwarancję, że są tam złote piaski? – zapytał kupiec towarów tekstylnych z Merchant-Street. 

– Nie – odparł licytator. – Gwarancji się nie daje, ale nie jest wykluczone, że istnieją, a państwo odstępuje nabywcy wszystkie prawa do tych kopalń złota. 

– To może znajdzie się tam przynajmniej jakiś wulkan? – rzucił sklepikarz z ulicy Montgomery. 

– Nie, niema wulkanu! – odparł Dean Felperg. – Z wulkanem kosztowałoby więcej. 

Słowa te wywołały głośny śmiech. 

– Wyspa do sprzedania! Wyspa do sprzedania! – ryczał Gingras, napróżno zdzierając sobie płuca. 

– Ani dolara, ani pół dolara, ani centa poniżej ceny ustanowionej! – zawołał po raz ostatni licytator. – Po raz pierwszy! Po raz drugi!… 

Milczenie. 

– Jeśli się nikt nie zgłosi, zamykam licytację!… Po raz pierwszy! Po raz drugi!… 

– Daję 1,200.000 dolarów! 

Słowa te zagrzmiały w sali niby strzał z rewolweru. 

Całe zgromadzenie umilkło na chwilę, a wszystkie głowy zwróciły się ku szaleńcowi, który rzucił te słowa. 

Był nim William W. Kolderup ze San Francisco. 

Rozdział II. Jak William W. Kolderup ze san Francisco i J. R. Taskinar ze Stockton wzajem się przelicytowują.

Był raz człowiek ogromnie bogaty, który liczył miljony dolarów, jak inni liczą tysiące. Nazywał się William W. Kolderup. 

Uchodził za bogatszego od księcia Westminster, którego dochody wynoszą 800.000 funtów i który może wydawać dziennie 50.000 franków, a na minutę 38 franków – za bogatszego od senatora Jonesa z Nevady, mającego 35 miljonów renty – za bogatszego nawet od M. Mackay’a, który mając rocznie 2,750.000 lirów procentów, może na godzinę wydawać 7.800 franków, czyli 2 franki i kilka centymów na sekundę. 

Nie mówię o mniejszych miljonerach, jak Rotszyld, Vanderbilt, książęta Northumberland lub Stewart, ani też o dyrektorach potężnego banku Kalifornijskiego i innych „dobrze oprocentowanych” figurach Starego i Nowego Świata, którym William W. Kolderup mógłby był dawać jałmużnę. Zgoła się nie krępując, mógłby wydać miljon dolarów, jak ktoś z nas wydaje sto groszy. 

Eksploatacją pierwszych kopalń złota w Kalifornji, szanowny ten spekulant położył podwaliny dla swej niezmierzonej fortuny. Był on głównym wspólnikiem szwajcarskiego kapitana Suttera, na którego gruntach natrafiono w r. 1848 na pierwszą żyłę kruszcu. Od tego czasu, przy sprzyjającem szczęściu, w inteligentny sposób bierze udział we wszyskich ekspoatacyjnych przedsiębiorstwach na obu półkulach. Pełen śmiałości rzucał się na wszystkie spekulacje handlowe i przemysłowe. Jego niewyczerpane źródła utrzymywały w ruchu setki hut, jego okręty rozwoziły ich produkty po całym świecie. Bogactwa jego mnożyły się nietylko w stosunku arytmetycznym, lecz także geometrycznym. Mówiono o nim, co się zwykle mówi o takich miljarderach, że nie zna nawet dokładnej sumy swego majątku. W rzeczywistości znał ją najdokładniej, ale się nią nie chełpił. 

W chwili przedstawienia czytelnikom Williama W. Kolderupa z całą skrupulatnością, należną człowiekowi tak „pokaźnemu”, posiadał on 2.000 kantorów rozrzuconych po całej kuli ziemskiej; w rozmaitych biurach Ameryki, Australji i Europy pracowało 80.000 jego urzędników, 300.000 korespondentów; rozporządzał flotą, złożoną z 500 okrętów, krążących po wszystkich morzach ku jego korzyści, a na same tylko stemple i znaczki pocztowe wydawał rocznie cały miljon. Jednem słowem, był on chlubą i sławą bogatego Frisco – jak to pieszczotliwie Amerykanie przezwali stolicę Kalifornji. 

Oferty Williama W. Kolderupa niepodobna było traktować niepoważnie. Gdy przeto publiczność zgromadzona w hali poznała człowieka, ofiarującego jeszcze 100 tysięcy dolarów ponad żądaną cenę, wszczął się ruch mimowolny, ucichły żarty, a zamiast kiepskich dowcipów ozwały się wykrzyki zdumienia. Zaczęto nawet krzyczeć: hurra!! 

Po zgiełku zapadła głęboka cisza. Obecni szeroko otwierali oczy i nadstawiali uszu. Gdybyśmy tam byli, również bylibyśmy powstrzymali oddech, by nie uronić żadnego szczegółu z dramatycznej sceny, jaka by się rozegrała, w razie pojawienia się nowego amatora na wyspę, stającego do współzawodnictwa z Williamem W. Kolderupem. 

Czy można się jednak było spodziewać czegoś podobnego? Czyżby to było możliwe? Nie! Wystarczyło się przyjrzeć Williamowi W. Kolderup, by dojść do przekonania, że człowiek ten nigdy się nie cofnie, jeśli w grę wchodzić będzie jego sława finansowa. 

Był to rosły, tęgi mężczyzna, o potężnej czaszce, szerokich ramionach, proporcjonalnej budowie ciała, jakby ze spiżu odlany. Oczu dobrodusznych, ale patrzących stanowczo, nie zwykł był spuszczać. Włosy szpakowate, bujne i kędzierzawe okalały mu głowę jak w latach dzieciństwa. Proste linje nosa tworzyły geometrycznie regularny trójkąt równoboczny. Nie nosił wąsów. Broda na sposób amerykański, również szpakowata, gęsta na podbródku, pięła się powyżej warg, dosięgając skroni. Białe zęby w symetrycznych szeregach błyszczały z delikatnie zarysowanych wąskich ust. Prawdziwie, głowa dowódcy, dumnie wzniesiona podczas burzy, stawiająca czoło orkanom. Żaden orkan nie zdołałby jej pochylić, tak silnie rozsiadła się na potężnym karku, służącym jej za główny filar. 

Tu nie mogło być mowy o współzawodnictwie. 

– Miljon dwieście tysięcy dolarów! Miljon dwieście tysięcy dolarów! – wołał licytator ze specjalną intonacją agenta, mogącego się wreszcie spodziewać zysku ze swej ciężkiej pracy. 

– Jest kupiec, ofiarowujący 1.200.000! – powtarzał bez przerwy wywoływacz. 

– W takim razie bez obawy można ofiarować więcej! – mruknął sklepikarz Oakhurst. – William Kolderup się nie cofnie! 

– Wie doskonale, że nikt nie zaryzykuje! – dodał kupiec towarów tekstylnych z Merchant-Street. 

Głośne: „pst!” przyzwało obu czcigodnych sklepikarzy do porządku. Publiczność chciała słyszeć każde słowo. Wszystkie serca biły przyspieszonem tętnem. Czy ośmieli się podnieść jakiś głos, w odpowiedzi na głos Williama W. Kolderupa? Stał niewzruszony, budzący uczucie dumy. Stał tak spokojnie, jak gdyby go ta cała sprawa wcale nie obchodziła. Najbliżej stojący zauważyli jednak, że oczy jego niby dwa dolarami nabite pistolety, lada chwila gotowe wystrzelić. 

– Czy nikt się nie odezwie? – spytał Dean Felporg. 

Milczenie. 

– Po raz pierwszy!… Po raz drugi!… 

– Po raz pierwszy!… Po raz drugi!… – powtórzył Gingras, przyzwyczajony do tego małego djalogu z licytatorem. 

– Zamykam licytację! 

– Zamykam licytację! 

– Za 1,200.000 dolarów wyspę Spencera w stanie obecnym! 

– Za 1,200.000 dolarów! 

– Czy wszyscy zrozumieli? Czy zrozumieli dokładnie? 

– Czy nikt nie żałuje? 

– Za 1,200.000 dolarów wyspę Spencera! 

Pierś każdego ze słuchaczy gorączkowo się podnosiła i opadała. Czy wreszcie w ostatniej sekundzie zaofiaruje ktoś wyższą cenę? 

Licytator Felporg w prawej ręce nad stołkiem trzymał młotek ze słoniowej kości. Jedno jedyne uderzenie i kupno byłoby dokonane. Nawet przed samorzutnem wykonaniem sprawiedliwości w formie lynchu, publiczność nie mogła być bardziej zdenerwowana. 

Młotek opuszczał się powoli, niemal już dotykał stołu, znów się podnosił, drżał przez chwilę w powietrzu i szybko opadł. Zanim jednak ozwał się suchy dźwięk, w sali padły cztery słowa: 

– Miljon trzysta tysięcy dolarów! 

Najpierw przeciągłe: „ach!” oszołomienia, następnie przeciągłe: „ach!” zadowolenia. Znalazł się ktoś podbijający cenę. Dojdzie więc do walki. 

Kto jednak był tym zuchwalcem, ośmielającym się wszcząć walkę na dolary z Williamem W. Kolderupem ze San Francisco? 

Był nim J. R. Taskinar ze Stocktonu. 

J. R. Taskinar odznaczał się nietylko majątkiem, lecz także olbrzymią swą tuszą. Ważył 490 funtów. Że na konkursie tłuściochów w Chicago nie zdobył drugiej nagrody, stało się to dlatego, że nie pozwolono mu spokojnie spożyć obiadu wskutek czego ważył o 10 funtów mniej. 

Kolos ten, dla którego musiano sporządzać specjalne siedzenia, na których mógłby ulokować swą olbrzymią osobę, mieszkał w Stocktonie przy San Joachimo. Jest to jedno z najpierwszych miast Kalifornji, jedno z głównych ognisk handlowych dla produktów górniczych Południa, rywalizujące z Sacramento, centrum handlowem kopalń Północy. Stąd wysyłają też statki, wiozące w świat największą ilość zboża kalifornijskiego. 

Nietylko eksploatacja kopalń i handel płodami rolnemi dostarczyły J. R. Taskinarowi sposobności do zdobycia olbrzymiego majątku, gdyż także nafta przepływała przez jego kasę, niby owa złotodajna rzeka Paktolos, znana w starożytności. Pozatem był graczem, któremu stale sprzyjało szczęście. „Poker”, będący niejako ruletką Ameryki zachodniej, obdarzał go niezmienną swą łaską. Ale mimo całego majątku, był to człowiek pospolity, którego niechętnie tytułowano „szanownym”, jakkolwiek Amerykanie tak chętnie tytułem tym szafują. Odznaczał się zresztą temperamentem bojowym, co go nieraz narażało na przygody niezbyt miłe. Przeważało też mniemanie, że w razie potrzeby nie wahałby się użyć rewolweru. 

W każdym razie J. R. Taskinar żywił specjalną nienawiść do Williama W. Kolderupa. Zazdrościł mu fortuny, stanowiska, szacunku, jakiego zażywał. Gardził nim, jak człowiek opasły gardzi człowiekiem, którego z całą słusznością uważać może za chudego. Nie po raz to pierwszy się zdarzało, że przemysłowiec ze Stocktonu przez rywalizację usiłował podstawić nogę przemysłowcowi ze San Francisco. William W. Kolderup znał go i przenikał nawskróś, przy każdem zetknięciu nie omieszkał mu też okazać pełnej swej pogardy, co tamtego doprowadzało do wściekłości… 

Ostatnim sukcesem, którego J. R. Taskinar nie mógł wybaczyć swemu przeciwnikowi był ten, że przy ostatnich wyborach został przez niego całkowicie pobity. Pomimo starań, gróźb, oszczerstw, nie licząc już tysięcy dolarów, napróżno roztrwonionych przez jego agitatorów wyborczych, przepadł był z kretesem, a miejsce jego w Radzie zajął William W. Kolderup. 

J. R. Taskinar, niewiadomo jakim sposobem dowiedział się, że William W. Kolderup zamierza nabyć wyspę Spencera. Wyspa ta byłaby dla niego niewątpliwie tak samo bezwartościową jak dla jego współzawodnika. To jednak było kwestją obojętną. Natomiast nastrzęczała mu się nowa sposobność podjęcia z nim walki – może zwycięskiej. Czegoś takiego J. R. Taskinar nie mógł sobie odmówić. 

Dlatego J. R. Taskinar przybył do hali licytacyjnej, zmieszawszy się z tłumem ciekawych, nie mogącym się domyślić jego zamiaru. Dlatego to przygotowywał się do walki, dlatego czekał chwili sposobnej, kiedy przeciwnik ofiarował cenę tak bardzo już wygórowaną. 

Nareszcie William W. Kolderup wniósł swą ofertę: 

– Miljon dwieście tysięcy dolarów! 

W chwili, gdy William W. Kolderup liczył z całą pewnością, że wyspa zostanie mu przydzielona, J. R. Taskinar rzucił głosem donośnym: 

– Miljon trzysta tysięcy! 

Wszyscy się obejrzeli. 

– Tłusty Taskinar! 

Nazwisko to przechodziło z ust do ust. Tak! Tłusty Taskinar! Wszyscy go znali. Tuszę jego niejednokrotnie omawiała prasa. W tej chwili jednak, nie fizyczna istota J. R. Taskinara skupiała na sobie uwagę publiczności zebranej w hali licytacyjnej. W znacznie wyższym stopniu podniecał fakt, że oto całkiem jawnie wstępuje w szranki przeciw Williamowi W. Kolderup. Zapowiadała się heroiczna walka na dolary. Dwaj śmiertelni wrogowie, tak kolosalnie bogaci! Zachodzi więc tylko pytanie, u którego z nich miłość własna bardziej jest rozwinięta. Po pierwszem wzburzeniu, które rychło minęło, nastała głęboka cisza. Możnaby w niej było słyszeć pająka, snującego swą sieć. Milczenie przerwało głos Deana Felporga: 

– Za 1,300.000 dolarów wyspa Spencera! – zawołał i wstał z krzesła, by lepiej móc obserwować kolejność wnoszonych ofert. 

William W. Kolderup odwrócił głowę w stronę J. R. Taskinara, a obecni rozstąpili się, by dwom przeciwnikom zrobić miejsce. Człowiek ze San Francisco i człowiek ze Stockton mogli sobie spojrzeć w oczy i oglądać się wzajem dowoli. Prawdę mówiąc, nie omieszkali też z tego korzystać. Nigdy by jeden nie spuścił wzroku przed drugim. 

– Miljon czterysta tysięcy! – zawołał William W. Kolderup. 

– Miljon pięćset! – odrzucił J. R. Taskinar. 

– Miljon sześćset! 

– Miljon siedmset! 

Czyż to nie przypomina owych dwóch przemysłowców z Glasgowa, co na wyścigi wznosili coraz wyżej kominy swych hut, bez względu na niebezpieczeństwo runięcia? Tu piętrzono tylko stosy złota. 

Po ofercie J. R. Taskinara, William W. Kolderup zastanawiał się przez chwilę, zanim się dalej posunął. Natomast J. R. Taskinar, bez sekundy zastanowienia, wybuchał raz po raz jak bomba. 

– Miljon siedmset tysięcy dolarów! – zawołał licytator. – Dalej, panowie! To nie jest jeszcze żadna cena! Jak darowane! 

Można było przypuszczać, że siłą przyzwyczajenia szanowny licytator doda: – Same ramy obrazu więcej są warte! 

– Miljon siedmset tysięcy! – ryczał wywoływacz Gingras. 

– Miljon ośmset! – zawołał William W. Kolderup. 

– Miljon dziewięćset! – podbił J. R. Taskinar. 

– Dwa miljony! – tym razem całkiem bez namysłu odparł William W. Kolderup. 

Twarz jego trochę przybladła przy tych słowach, ale całe zachowanie świadczyło, że nie myśli ustąpić z placu. 

J. R. Taskinar był cały rozpłomieniony. Olbrzymia jego twarz przypominała czerwono pomalowaną tarczę, którą urzędnik ruchu daje pociągowi sygnał zatrzymania się. Przeciwnik jednak nie zwracał uwagi na ów sygnał, pełną parą biegnąc dalej. J. R. Taskinar czuł to doskonale. 

Krew mu uderzała do twarzy, drgającej jak w ataku apopleksji. Grubemi palcami, błyszczącemi od najkosztowniejszych brylantów, przesuwał po ciężkim złotym łańcuchu, na którym nosił zegarek. Przez chwilę przyglądał się swemu przeciwnikowi, poczem przymknął oczy, by je natychmiast otworzyć, gorejące jeszcze większą nienawiścią. 

– Dwa miljony pięćset! – krzyknął wreszcie, przekonany, że tą nadmierną wygórowaną ofertą położy koniec dalszej walce. 

– Dwa miljony siedmset! – bardzo spokojnie rzucił William W. Kolderup. 

– Dwa miljony dziewięćset tysięcy! 

– Trzy miljony! 

Tak! William W. Kolderup ze San Francisco podbił na trzy miljony! 

Entuzjastyczne oklaski! Ucichły jednak, gdy licytator powtórzył ofertę, a młotek jego wskutek bezwiednego ruchu muszkułów, opuścił się szybko ku stołowi. Zdawało się, że nawet Dean Felporg, jakkolwiek całkowicie znieczulony na niespodzianki publicznych licytacji, nie umiał się już dłużej hamować. 

Oczy wszystkich skierowały się na J. R. Taskinara. Okazały osobnik czuł na sobie te wszystkie spojrzenia, ale jeszcze dotkliwiej czuł ciężar trzech miljonów dolarów, pod którym zdawał się uginać. Chciał przemówić, ale nie mógł. Chciał potrząsnąć głowa, ale i tego nie był w stanie wykonać. 

Nareszcie wydobył głos z krtani, cichy wprawdzie lecz dostatecznie głośny, by usłyszano ofertę. 

– Trzy miljony pięćset tysięcy! 

– Cztery miljony! – brzmiała odpowiedź Williama W. Kolderupa. 

Było to ostatnie uderzenie maczugą. J. R. Taskinar uległ. Młotek opadł na marmurowy blat stołu. Wyspę Spencera przydzielono Williamowi W. Kolderup ze San Francisco za kwotę czterech miljonów. 

– Ja się zemszczę! – mruknął J. R. Taskinar. 

Rzuciwszy jeszcze jedno nienawistne spojrzenie na zwycięzcę, wrócił do hotelu. 

W uszach Williama W. Kolderupa rozbrzmiewał tymczasem trzykrotny okrzyk: hip! hip! hurra!! Okrzyki te towarzyszyły mu aż do ulicy Montgomery, a entuzjastyczny zachwyt Amerykanów był tak wielki, że całkiem zapomnieli o odśpiewaniu swego Yankee-doodle. 

Rozdział III. Rozmowa Finy Hollaney i Godfreya Morgana przy akompanjamencie fortepianu.

William W. Kolderup wrócił do swego pałacu przy ul. Montgomery. 

Była to najbardziej ożywiona ulica w San Francisco, gdzie koncentruje się cały ruch, gdyż przecina ona równolegle miasto wraz z jego portami. Niezliczone mnóstwo tramwajów, bryk, zaprzężonych w konie lub muły, gromady spieszących się ludzi, tłumy innych, wystających przed bogatemi i licznie zwiedzanemi magazynami, a jeszcze liczniejsze przed drzwiami restauracyj i szynków, sprzedających napoje, które nawet w Kalifornji uchodzą za pierwszorzędne – oto w przybliżeniu obraz ulicy Montgomery. 

Zbytecznem byłoby opisywać pałac naboba z Frisco. Rozporządzając nadmiarem miljonów, rozwijał też w swej siedzibie nadmiar przepychu, przytem większy nacisk kładziono na komfort, niż na stronę estetyczną, a względy praktyczne przeważały nad artystycznemi. Wszystkiego było zresztą poddostatkiem. Wystarczy jednak powiedzieć czytelnikowi, że był tu również wspaniały salon, a w chwili, gdy bogaty Kolderup wchodził, poprzez duszną atmosferę dobiegły go dźwięki fortepianu. 

– Dobrze! – rzekł do siebie. – Ona i on są tutaj. Słówko tylko z kasjerem i zaraz będziemy mogli porozmawiać. 

Wszedł do swego gabinetu, by załatwić sprawę dotyczącą kupna wyspy i odrazu pozbyć się jej z głowy. Do załatwiena wystarczyło napisać parę czeków, celem pokrycia należytości gotówką. Wystarczyły cztery słowa do kasjera, poczem William W. Kolderup miał się zająć inną „kombinacją” bardzo mu leżącą na sercu. 

Tak! Ona i on są w salonie. Ona przy fortepianie, on w pozycji nawpół leżącej na sofie, rozmarzony i zasłuchany w świetne arpeggia, wybiegające z pod palców tej uroczej istoty. 

– Czy słuchasz? – spytała. 

– Naturalnie! 

– Czy mnie jednak rozumiesz? 

– Czy ja cię rozumiem? Fino, nigdy jeszcze tak znakomicie nie odegrałaś warjacyj Auld Robin Gray’a. 

– Ależ Godfreyu, ja wcale nie gram Auld Robin Gray'a, lecz „Happy moment”. 

– Zdawało mi się – odparł Godfrey tonem wyraźnej obojętności. 

Młoda dziewczyna podniosła ręce i przez chwilę trzymała palce rozpostarte nad klawjaturą, jak gdyby miała zamiar je opuścić i wydobyć akord. Następnie odwróciła nawpół swój taburet i przez chwilę przyglądała się Godfrey’owi, starającemu się uniknąć jej spojrzenia. 

Fina Hollaney była chrzestną córką Williama W. Kolderupa. Wychował ją jako sierotę, darząc prawem uważania się za jego córkę, oraz obowiązkiem kochania go jak ojca. Wywiązywała się z tego należycie. Ryła młodą i miłą, ale też bardzo ładną szesnastoletnią blondyną, mającą też w sobie coś z brunetki, a mianowicie oczy tak czarne, że aż miały odcień fjołkowy. Nie omieszkamy ją porównać z lilją, gdyż w lepszem towarzystwie porównania tego często się używa na określenie piękności amerykańskiej. Była tedy lilją, lecz lilją zaszczepioną na głogu silnym, wytrzymałym. Niewątpliwie młoda ta miss miała dużo serca, ale obok serca miała dużo praktycznego rozumu i samodzielności, to też nie więcej, niż sama chciała, ulegała czarowi złudzeń i marzeń, właściwym jej płci i wiekowi. 

– Godfreyu? – rzekła. 

– Fino? – brzmiała odpowiedź. 

– Gdzie jesteś w tej chwili? 

– Przy tobie… w salonie. 

– Nie przy mnie, Godfreyu! Nie w tym salonie… lecz daleko, bardzo daleko… po drugiej stronie Oceanu, nieprawdaż? 

Ręka Finy mechanicznie błądząc po klawiaturze, wydobywała szereg akordów septimowych, których melancholijnego brzmienia nie rozumiał może siostrzeniec Williama W. Kolderupa. 

W tym bowiem stosunku pokrewieństwa pozostawał młody człowiek do bogatego pana domu. Jako syn siostry nabywcy wyspy, wcześnie osierocony, Godfrey Morgan od szeregu lat wychowywał się tak samo jak Fina w domu wuja, który w ciągłej gorączce interesów, nigdy nie miał czasu pomyśleć o ożenku. 

Godfrey liczył teraz 22 lata. Ukończywszy studja, oddawał się zupełnej bezczynności. Mimo dyplomu uniwersyteckiego, nie był ani odrobinę rozsądniejszy. Wszystkie drogi życia stały dlań otworem, mógł się zwrócić na prawo i na lewo, jak mu się żywnie podobało, a ostatecznie zawsze dokądś zajdzie, gdzie mu nie będzie zbywać na szczęściu. 

Pozatem prezentował się Godfrey bardzo elegancko i wytwornie. Nigdy nie spinał swego krawatu pierścieniem i nigdy też nie ozdabiał swych palców, mankietów i gorsu koszuli owemi fantastycznemi klejnotami, mającemi takie powodzenie u jego współobywateli. 

Nikt się nie zdziwi wiadomością, że Godfrey Morgan i Fina Hollaney mieli się pobrać. Czy mogło być inaczej? Wszystko składało się doskonale. A przedewszystkiem William W. Kolderup życzył sobie tego małżeństwa. W ten sposób zapewniał swój majątek tym dwojgu, których najbardziej kochał na świecie; pomijając już fakt, że Fina podobała się Godfreyowi, a Godfrey nie był Finie niesympatycznym. Zaraz po urodzeniu, młody człowiek i dziewczynka mieli otwarte konto, które należało tylko wyrównać i przenieść na nowe konto pary małżeńskiej. Czcigodny kupiec miał nadzieję, że wszystko to da się ostatecznie przeprowadzić i załatwić, bez żadnego błędu i przeoczenia. 

A jednak zdarzyło się przeoczenie, czy może nawet błąd, jak się zaraz okaże. 

Błąd ten, że Godfrey nie czuł się jeszcze dojrzałym do małżeństwa, a przeoczenie na tem znów polegało, że nie zawiadomiono go o tym projekcie. 

Po ukończeniu studjów, Godfrey uczuł przedwczesny przesyt światem i życiem, w którem mu nic nie miało zbraknąć, w którem nie mógł żywić żadnego pragnienia, w którem wogóle nie miał nic do roboty. Wtedy opanowała go myśl podróżowania po świecie; powiedział sobie, że wszystkiego już zaznał, prócz podróży. Bo istotnie, ze Starego i Nowego Świata znał zaledwie San Francisco, gdzie się urodził i którego nigdy nie opuszczał, chyba we śnie. Co to zresztą za młody człowiek, zwłaszcza Amerykanin, który nie odbył parokrotnej podróży dokoło świata? Czyż nie należało do dobrego wychowania młodego człowieka, by przebył kilka tysięcy mil, by coś zobaczył na świecie i czegoś się nauczył? 

Tak doszło do tego, że od roku Godfrey rozczytywał się w tak licznych w naszych czasach opisach podróży, a lektura ta wprawiała go w zachwyt. Zbadał więc państwo środka w towarzystwie Marco Polo, Amerykę z Kolumbem, Ocean Spokojny z Cookiem, Biegun południowy z Dumontem d’Urville. I postanowił udać się tam, gdzie sławni ci podróżnicy byli bez niego. Jego zdaniem warto było podróż kilkuletnią w celu badań opłacić paru napadami malajskich piratów, zatonięciem okrętów na pełnem morzu i wyrzuceniem rozbitków na jakiemś opuszczonem wybrzeżu, gdzie musieliby wieść życie Selkirka lub Robinsona. 

Robinzon! Zostać Robinzonem! Któryż młodzieniec nie oddawał się marzeniom, czytając o przygodach, jakich doświadczyć mieli wymarzeni bohaterowie Daniela Defoe. 

Taki był stan duszy Godfreya; kiedy wuj jego, William W. Kolderup postanowił mu nałożyć jarzmo małżeńskie. Podróżować z Finą, któraby wtedy nazywała się panią Morgan, było niepodobieństwem. To należało zrobić samemu, lub wcale nie. Czy zresztą po urzeczywistnieniu swej ulubionej myśli, Godfrey nie byłby w najodpowiedniejszym nastroju dla podpisania kontraktu? Czy kobieta może być szczęśliwą z człowiekiem, który nie zwiedził ani Chin, ani Japonji, nie mówiąc już o Europie? Napewno nie! 

Dlatego właśnie Godfrey był w towarzystwie Finy roztargniony, obojętny, gdy do niego mówiła, rozdrażniony, gdy mu grała melodje, które go zwykle wprawiały w zachwyt. Fina, będąc dziewczyną poważną i bystrą, odrazu to zauważyła. Gdyby ktoś powiedział, że nie była z tego powodu trochę zgnębiona i zirytowana, oczerniałby ją bezpodstawnie. Będąc jednak przyzwyczajoną do patrzenia na sprawy w sposób pozytywny, powiedziała sobie: – Skoro absolutnie musi odbyć podróż, to lepiej, by to uczynił przed ślubem, niż później. 

Dlatego to wyrzekła do Godfreya słowa proste, a tak bardzo trafne: „Nie!… W tej chwili nie jesteś przy mnie, lecz po drugiej stronie Oceanu”. 

Godfrey wstał. Zrobił w salonie parę kroków, nie patrząc na Finę, a wskazujący jego palec bezwiednie uderzył w klawisz. Ozwało się wysokie „D”, ton żałosny, odpowiadający jego usposobieniu. 

Fina zrozumiała i nie tracąc słów, przyparła niejako swego narzeczonego do muru, chcąc mu pomóc do uczynienia wyłomu, którym mógłby wyfrunąć, dokąd go parła fantazja – gdy w tejże chwili otwarły się drzwi salonu. Wszedł William W. Kolderup, trochę zajęty swemi myślami, jak zwykle. Jako kupiec ukończył był właśnie interes, a teraz zabierał się do drugiego. 

– Chodzi już tylko o oznaczenie dnia – oświadczył. 

– Dnia? – powtórzył Godfrey z lekkim dreszczem. – Jakiego dnia, wuju, jeśli wolno spytać? 

– Dnia waszego ślubu! – odrzekł Willam W. Kolderup. – Bo chyba nie mojego! 

– Czy to jednak nie zbyt pospiesznie? – zauważyła Fina. 

– Co? Co to ma znaczyć? – spytał wuj. – Wszak to postanowione! 

– Kochany chrzestny ojcze – odezwała się dziewczyna – teraz chodzi o ustanowienie nie dnia ślubu, lecz dnia wyjazdu. 

– Wyjazdu? 

– Tak, wyjazdu Godfreya – potwierdziła miss Fina. – Przed ślubem chciałby trochę podróżować po świecie. 

– Ty chcesz podróżować… ty? – wykrzyknął William W. Kolderup, podchodząc do młodego człowieka i chwytając go za ramię, jak gdyby się obawiał, że ten gałgan gotów mu drapnąć z miejsca. 

– Tak, wuju! – dzielnie potwierdził Godfrey. 

– Na jak długo? 

– Na ośmnaście miesięcy, lub na dwa lata, o ile wuj i Fina zechcą na mnie czekać do tego czasu. 

– Czekać na ciebie! Patrzcie na tego pana młodego, któremu się zachciewa czmychnąć! – wykrzyknął William W. Kolderup. 

– Niech Godrey postąpi według swych chęci – rzekła Fina. – Kochany ojcze chrzestny, ja to już wszystko rozważyłam. Ja jestem młoda, ale w rzeczywistości, to Godfrey jest jeszcze młodszy. W podróży szybko dojrzeje, dlatego myślę, że nie powinniśmy mu przeszkadzać. Skoro chce podróżować, to niech podróżuje. Już on uczuje potrzebę spokoju, a po powrocie zastanie mnie taką, jak dziś… 

– Co? – wykrzyknął William W. Kolderup. – Ty się zgadzasz na wypuszczenie tego wartogłowa? 

– Tak, na dwa lata, jak tego żąda. 

– I będziesz na niego czekać? 

– Wuju, gdybym nie mogła na niego czekać, to bym go nie kochała! 

To rzekłszy, Fina znów usiadła do fortepianu, a palce jej nawpół bezwiednie zagrały bardzo modną kompozycję: „Pożegnanie narzeczonego” bardzo w tej chwili odpowiednią. Godfrey był pomieszany i nic nie mówił. Wuj ujął jego głowę w obydwie ręce, zwrócił ją do światła i uważnie przyglądał się jego twarzy. W ten sposób, nie potrzebując mówić, zadał mu pytanie, a Godfrey na nie odpowiedział, również nie rzekłszy słowa. 

Wciąż jeszcze brzmiały melancholijne dźwięki „Pożegnania narzeczonego”. Nareszcie William W. Kolderup. przebiegający salon tam i z powrotem, zatrzymał się przed Godfreyem, który stał przed nim niby winowajca przed sędzią. 

– Czy żądasz tego całkiem poważnie? – zapytał. 

– Całkiem poważnie – odpowiedziała Fina, gdy Godfrey wykonał tylko potakujący ruch głową. 

– All right! – rzekł William W. Kolderup, dziwne spojrzeniem rzuciwszy w stronę siostrzeńca. – Chcesz zakosztować życia na obczyźnie, zanim się ożenisz z Finą! – mruknął przez zęby. – Zgoda, będziesz miał tę przyjemność. 

Przeszedł się jeszcze trochę po salonie, poczem stanął przed Godfreyem, skrzyżowawszy ręce na piersiach. 

– Dokąd chcesz jechać? – spytał. 

– W świat! 

– A kiedy? 

– Kiedy wuj pozwoli. 

– Zgoda! Więc możliwie najrychlej. 

Przy ostatnich tych słowach Fina nagle przestała grać. Mały palec lewej ręki dotknął właśnie „gis”, a czwarty palec uderzał „g”. Przystanęła na półtonie, jak Raul w „Hugenotach”, kiedy przy końcu duetu z Walentyną, ucieka. Może serce Finy ścisnęło się żalem, mimo to postanowiła nie rzec słowa. 

Wtedy William W. Kolderup nie patrząc na Godfreya, zbliżył się do fortepianu. 

– Fino, – ozwał się poważnie, – nie można urwać półtonem. 

I grube swe palce zbliżywszy do klawiszy, wydobył pełne „a”. 

Rozdział IV. W którym T. Artelett, mów Tartelett, najformalniej zostaje czytelnikowi przedstawiony.

Gdyby T. Artelett był Francuzem, ziomkowie jego byliby mu niewątpliwie nadali żartobliwe miano Tartelett. A że to miano jest dla mego bardzo odpowiednie, więc nie wahamy się go tak nazwać. Zresztą, jakkolwiek Tartelett nie był Francuzem, to jednak godzien był nim być. 

W swem dziele: „Dziennik podróży z Paryża do Jerozolimy”. Chateaubriand mówi o jakimś człowieku upudrowanym i ufryzowanym podług dawnej mody, w zielonawej kurtce, wełnianej kamizelce, w muszlinowym żabocie i mankietach, który rzempoli na swych skrzypeczkach i mieszkańców Iraku ćwiczy w kunszcie tańców. 

Kalifornijczycy nie są wprawdzie Irakami, ale Tartelett był nauczycielem tańców i dobrych manjer w stolicy Kalifornji. Nie płacono mu za lekcje jak jego poprzednikowi, bobrowemi futrami i szynkami niedźwiedzi, ale płacono mu dolarami. Jeżeli o uczniach swych nie mówił: „Ci dzicy panowie i dzikie damy”, to właśnie dlatego, że uczniowie jego byli bardzo cywilizowani, a w pewnej mierze on sam przyczynił się był do tej cywilizacji. 

Tartelett, stary kawaler, liczył lat 45 w chwili zapoznania go z naszymi czytelnikami. Jednak przed mniej więcej dziesięciu laty, niewiele tylko brakowało, a byłby się ożenił z dziewicą, będącą właśnie w najlepszych latach. 

W owym to czasie i w związku z jego planem matrymonjalnym, pytano go o jego wiek, powierzchowność i pozycję, na co podał odpowiedź wyczerpującą, która zwalnia nas od określenia jego sylwetki duchowej i fizycznej. Ta jego odpowiedź brzmi: 

„Urodzony 17 lipca 1835 r. o godzinie pół do czwartej rano. Wzrost 5 stóp, 2 cale. Objętość w biodrach, dokładnie 2 stopy, 3 cale. Waga, która zeszłego roku powiększyła się o 6 funtów, wynosi 151 funtów, 2 gramy. Głowa podłużna. Włosy rzadkie, rozdzielone nad czołem, kasztanowate, lekko przyprószone siwizna. Czoło wysokie, twarz owalna, cera różowa. Oczy, niezwykle wyraziste, szarawe. Brwi i rzęsy kasztanowate. Powieki nieco wgłębione w jamy oczne, pod łukowatemi brwiami. Nos średniej wielkości, na lewem skrzydle przecięty. Skronie i policzki płaskie, bez zarostu. Usta średnie i całkiem wolne od zepsutych zębów. Wargi szpiczaste, wąskie, okryte gęstym zarostem, okrągły podbródek również ocieniony różnokolorową brodą. Mięsistą szyję zdobi brunatna plama. Gdy się kąpię, można widzieć, że mam skórę białą, bardzo słabo owłosioną. 

„Tryb życia spokojny i uregulowany. Nie będąc zbyt silnego zdrowia, dzięki wielkiej wstrzemięźliwości, od chwili urodzenia ani razu nie był chory. Ma płuca bardzo wrażliwe, dlatego nie hołduje niemiłemu zwyczajowi palenia. Nie pije też żadnych alkoholi, ani kawy, ani likieru, ani niefałszowanego wina. Jednem słowem, z djety jego wykreślone wszystko, cokolwiek mogłoby ujemnie wpływać na jego system nerwowy. Słabe piwo i limoniada – oto jedyne napoje, których może używać, bez narażenia zdrowia. Dzięki temu systemowi, nigdy jeszcze nie był zmuszony zwracać się o poradę lekarską. 

„Postawa zgrabna, chód żywy, zachowanie szczere i swobodne. Jego delikatność nie zna granic i tylko przez obawę unieszczęśliwienia jakiejś kobiety, wahał się wstąpić w święty stan małżeński”. 

Tak brzmiał fizyczny i duchowy rysopis Tarteletta, przez niego samego sporządzony; ale jakkolwiek wabiący mógł on być dla dziewicy w pewnym wieku, to jednak planowany związek małżeński nie doszedł do skutku. Tedy profesor został starym kawalerem i w dalszym ciągu udzielał lekcyj tańców i dobrych manjer. 

W tym czasie i pod tym swoim tytułem został wprowadzony do pałacu Kolderupów. Gdy z biegiem lat wszyscy uczniowie go porzucili, mistrz tańców został jednym z członków personalu bogatego domu. 

Mimo swych śmiesznostek, był człowiekiem uczciwym. Wszyscy go też lubili. Kochał Godfreya i Finę, odwzajemniających zresztą jego uczucia. Jedna go też tylko ożywiała ambicja: wyuczenia ich wszystkich subtelności swego kunsztu i o ile to dotyczy form salonowych, uczynienia z nich istot doskonałych. 

Jego, profesora Tartelett, wybrał William W. Kolderup za towarzysza zamierzonej podróży swego siostrzeńca. Tak! Nie bez słuszności uważał on Tarteletta za tego, który po części rozbudził w Godfreyu tę chęć podróżowania, dla gruntowniejszego poznania świata i ludzi. William W. Kolderup postanowił zatem, by obaj wyruszyli w podróż. Dnia 16 kwietnia zawiadomił profesora, że pragnie się z nim rozmówić w swym gabinecie. 

Życzenie naboba było dla profesora rozkazem. Opuścił tedy swój pokój, uzbrojony w kieszonkowe skrzypeczki, by na wszelki wypadek być gotowym. Szerokiemi schodami wchodził na piętro, stawiając nogi w sposób klasyczny, jak przystało mistrzowi tańców. Zapukał, wszedł lekko przechylony naprzód, ze zgiętemi kolanami i uśmiechniętą twarzą i czekał w „trzeciej pozycji”, wysunąwszy jedną nogę o pół stopy przed drugą, w ten sposób, że kostki się dotykały, a palce skierowane były na bok. Każdy inny, prócz profesora Tarteletta, musiałby tę balansującą pozycję co rychlej zmienić na siedzącą, on jednak potrafił stać prosto i pewnie. 

– Panie Tartelett – ozwał się William W. Kolderup, – poprosiłem pana do siebie, by zakomunikować wiadomość, która pana zapewne zdziwi. 

– Do usług – odpowiedział profesor. 

– Ślub mego siostrzeńca został odroczony na dwa lata, albo na ośmnaście miesięcy – oświadczył wuj – a na skutek swej prośby Godfrey wyrusza w podróż do rozmaitych krajów starego i nowego świata. 

– Panie szanowny – odparł Tartelett – mój uczeń Godfrey przyniesie zaszczyt krajowi, którego jest synem. 

– A także profesorowi dobrego tonu, który go obznajomił z wytwornemi formami towarzyskiemi – odpowiedział przemysłowiec tonem, w którym naiwny Tartelett nie pochwycił akcentu ironji. 

Uważał, że z „trzeciej pozycji” może już teraz wykonać pierwszy krok taneczny, więc rozsunął nogi na bok, lekko i elegancko zgiął kolano, składając ukłon Williamowi W. Kolderup. 

– Sądziłem, że byłoby panu przykro rozstawać się ze swym wychowankiem. 

– Tak, byłoby to dla mnie dość wielką przykrością – odparł Tartelett – jeśli jednak być musi… 

– Nie musi być! – odparł William W. Kolderup, marszcząc krzaczaste brwi. 

– Ach! – wybiegło z ust Tarteletta. 

Nieco zaniepokojony, wykonał jeden krok w tył, zamieniając trzecią pozycję na czwartą; następnie rozstawił nogi na szerokość stopy, czyniąc to może całkiem bezwiednie. 

– Tak – odrzekł bogacz tonem stanowczym, wykluczającym bodaj cień odpowiedzi – sądziłem, że byłoby to okrutnem rozdzielać profesora i ucznia, tak dobrze się wzajem rozumiejących! 

– Oczywista… a podróże… – bąkał Tartelett, zdający się nie rozumieć, o co chodzi. 

– Oczywista! – potwierdził William W. Kolderup, – podróż taka pozwoli nietylko memu siostrzeńcowi godnie zużytkować swe zdolności, lecz także profesorowi, któremu zawdzięcza swe poprawne manjery 

Temu wielkiemu dziecku nigdy nie przyszło na myśl, że któregoś dnia miałby opuścić San Francisco, Kalifornję i Amerykę, by wyruszyć za Ocean. Myśl taka nigdy nie nawiedziła mózgownicy człowieka, więcej obeznanego ze sztuką tańców, niż podróżowania. Jego znajomość świata nie przekraczała 10 mil poza obrębem stolicy. I teraz oto stawia mu się propozycję… nie! daje mu się wręcz do poznania, że nolens volens ma opuścić swą ojczyznę, by się narażać na wszystkie te trudy i przykrości, nieodłączne od podróży, do której zachęcał był swego wychowanka. To wystarczało do zaniepokojenia umysłu, tak bardzo nieodpornego. Nieszczęśliwy Tartelett po raz pierwszy w życiu uczuł mimowolnie drżenie muszkułów nóg, które dzięki 35-letnim ćwiczeniom stały się tak elastyczne. 

– A może – zaczął, usiłując znów przywołać na usta stereotypowy uśmiech tancerza, – może ja się nie nadaję… 

– Więc się pan przerób! – przerwał William W. Kolderup tonem, wykluczającym dalszą dyskusję. 

Niepodobna było się sprzeciwiać. Tartelettowi ani to na myśl nie przyszło. Bo i czemże on był w tym domu? Sprzętem, pakietem, który można było wysłać dokądkolwiek się podobało. Ale ten zamiar wysłania mocno go jednak niepokoił. 

– A kiedy ma nastąpić wyjazd? – spytał, starając się znów zająć pozycję klasyczną. 

– Za miesiąc. 

– A na które burzliwe morze ma według postanowienia pana Williama W. Kolderupa wypłynąć okręt, wiozący mego ucznia i mnie? 

– Przedewszystkiem na Ocean Spokojny. 

– A na którym punkcie kuli ziemskiej stanę znów na stałym lądzie? 

– Na Nowej Zelandji – odparł William W. Kolderup. – Zauważyłem, że mieszkańcy Nowej Zelandji nie umieją jeszcze należycie kręcić łokciami. Będziesz pan mógł ich kształcić. 

W ten sposób profesor Tartelett został przeznaczony na towarzysza podróży Godfreya Morgana. 

Gest przemysłowca dał mu do zrozumienia, że audjencja skończona. Cofnął się przeto mocno poruszony, a odejście i specjalny wdzięk, jaki przy podobnej sposobności zwykł był rozwijać, tym razem pozostawiały wiele do życzenia. 

Istotnie, po raz pierwszy w życiu profesor Tartelett przez roztargnienie zapomniał o elementarnej zasadzie swego kunsztu i wyszedł, stawiając nogi równolegle, a nie odchylone od siebie. 

Rozdział V. W którym czyni się przygotowania do podróży, a nakoniec się wyjeżdża.

Rzecz była postanowiona. Przed wielką podróżą przez życie we dwoje, zwaną małżeństwem, Godfrey chciał odbyć podróż dokoła świata – co niekiedy bywa bardziej niebezpieczne. Mniemał jednak, że powróci zahartowany i wyrobiony, że wyjeżdżając młodzieńcem, powróci mężczyzną w każdym calu. Zobaczy coś, pozna, będzie miał pewną skalę porównawczą. I zaspokoi swą ciekawość. Wtedy nie będzie go już nęcić żadna nowość, a od spokojnego uregulowanego życia przy domowem ognisku żadna pokusa nie zdoła go już odciągnąć. Miał rację, czy nie? Czy chciał teraz wziąć porządną lekcję życiową, by z niej wyciągnąć korzyść? Odpowiedź tę pozostawiamy jego losom. 

Jednem słowem, Godfrey był niezmiernie szczęśliwy. 

Fina, nie dając po sobie poznać dręczącej ją troski, zgodziła się na tę próbę. 

Natomiast profesor Tartelett, który z przyzwyczajenia doskonale się trzymał na nogach, a przez najrozmaitsze sztuczki balansowania w tańcu zdobył elastyczność członków, utracił dotychczasową pewność postawy i napróżno usiłował ją odzyskać. Nawet na gładkiej posadzce swego pokoju chwiał się i zataczał, jak gdyby już był na pokładzie, lub w kajucie okrętu, kołyszącego się na wzburzonych falach. 

William W. Kolderup od chwili postanowienia podróży, stał się małomowny, zwłaszcza wobec swego siostrzeńca. Zaciśnięte usta, oczy nawpół ukryte pod powiekami, świadczyły, że jakaś myśl stale krąży po tej głowie, zajętej zazwyczaj jedynie wielkiemi spekulacjami handlowemi. 

– Ach! Podróży ci się zachciewa – mruczał do siebie półgłosem. – Podróżować chce, zamiast się ożenić, zamiast pozostać w domu, zamiast być najszczęśliwszym człowiekiem! Dobrze, będziesz podróżował! 

Odrazu zabrano się do przygotowań. Przedewszystkiem należało omówić sprawę marszruty. Czy Godfrey miał wyruszyć na południe, wschód czy zachód? To należało rozstrzygnąć w pierwszym rzędzie. Gdyby miał wyruszyć na południe, to trzebaby się zwrócić do Towarzystwa „Panama-Kalifornja-Kolumbja”, a jeśli do Europy, to musiałby się porozumieć z „Towarzystwem okrętowem Southampton-Rio de Janeiro”. Gdyby jechał na wschód, musiałby wyruszyć koleją Pacyfiku, za kilka dni byłby w Nowym Yorku, by następnie linją Cunard, Inman, White Star, Hamburg-Ameryka, albo transatlantycką dostać się do Starego Świata. Gdyby miał ruszyć drogą zachodnią, to „Steam-Transoceanic Golden-Age” przewiozłaby go do Melbourne, skąd statkami „Peninsular-Oriental-Steam-Compagnie dojechałby do Kanału Suezkiego. 

Nie zbywało na rozmaitych kombinacjach podróży, a dzięki dokładnym połączeniom pociągów, taka podróż naokoło świata nie jest niczem innem, jak tylko dalszą przejażdżką. 

Nie w taki jednak sposób miał podróżować spadkobierca naboba z Frisco. 

Nie! William W. Kolderup posiadał dla swych celów handlowych całą flotę żaglowców i parowców. Postanowił przeto, że jeden z tych statków odda do użytku Godfreya Morgana, jak gdyby chodziło o jakiego księcia krwi, dla swej przyjemności jeżdżącego po świecie, na koszt ojca. 

Stosownie do jego zlecenia, solidny parowiec „Marzenie” zaczął się odrazu sposobić do podróży. Komendę miał nad nim objąć kapitan Turcotte, stary marynarz, który żeglował po wszystkich morzach, bez względu na szerokość geograficzną. Dzielny, doświadczony żeglarz, osiwiały w walce z tajfunami, tornadami i cyklonami, licząc pięćdziesiąt lat życia, od lat czterdziestu był na morzu. Zmaganie się z orkanem, było dla tego wilka morskiego dziecinną igraszką, a jedną tylko znał chorobę, zwaną „chorobą lądowa”, której ulegał, ilekroć na dłuższy czas musiał zawijać do portu. Przyzwyczajony do życia na pokładzie, na którym bezustannie chwiał się to w jedną, to w drugą stronę, Turcotte także w domu ciągle się przeginał i kołysał na prawo i na lewo, naprzód i w tył – do tego stopnia chwianie i kołysanie stało się drugą jego naturą. 

Porucznik, mechanik, czterech palaczy, dwunastu majtków, razem ośmnastu ludzi miało tworzyć załogę „Marzenia”, któremu nie zbywało na zdolnościach pływackich, jakkolwiek musiał poprzestawać na ośmiu milach drogi na godzinę przy jeździe spokojnej. Nie był wprawdzie dostatecznie ciężki, by podczas burzy móc pruć fale, ale też i fale nie mogły go zalać – korzyść, równoważąca mniejszą szybkość jezdy, zwłaszcza, gdy nie zależy zbytnio na pośpiechu. 

Nie trzeba też przypuszczać, że podróż „Marzenia” miała być tylko podróżą dla przyjemności. William W. Kolderup był zbyt praktycznym, by nie skorzystać należycie z podróży na przestrzeni 15.000-16.000 mil po wszystkich morzach świata. Statek jego miał wprawdzie odpłynąć bez ładunku, jednakowoż dla zabezpieczenia sobie spokojniejszej jazdy, zabrać miał znaczny balast wody, by w razie potrzeby mógł się zanurzyć aż do brzegów pokładu. Pozatem „Marzenie” miało po drodze zabierać ładunek, odwiedzając rozmaite kantory bogatego kupca. Kapitan Turcotte potrafi już pokryć koszta podróży. Kaprys Godfreya Morgana ani jednym dolarem nie obciąży kasy jego wuja. Tak się to robi w wielkich domach handlowych. 

Wszystko to zostało ułożone i postanowione w długich, tajnych rozmowach Williama W. Kolderupa z kapitanem Turcotte. Widocznie jednak uregulowanie tych spraw nie szło całkiem gładko, gdyż kapitan bardzo często musiał się stawiać w gabinecie swego chlebodawcy. A obserwatorzy bystrzejsi od mieszkańców pałacu Kolderup byliby niechybnie zauważyli, że wychodząc z gabinetu, stary marynarz miał włosy rozwiane, jak gdyby zmierzwione wzburzoną ręką, jednem słowem, cała jego postać gwałtowniej się chwiała i kołysała, niż zwykle. Słychać było zresztą podniesione głosy, które świadczyły, że obrady były dość burzliwe. Tak, kapitan Turcotte, nie krępujący się w swych słowach, umiał się przeciwstawiać Williamowi W. Kolderup, który go zresztą nazbyt cenił i kochał, by mu się sprzeciwiać. 

Nakoniec wszystko zdawało się być uporządkowane. Kto też ustąpił – William W. Kolderup, czy kapitan Turcotte? Tego na pewno wiedzieć nie można, gdyż nikt nie wiedział, nad czem dysputowali. Jabym się jednak oświadczył raczej za kapitanem. 

Tak, czy owak, po obradach całotygodniowych, kupiec i marynarz doszli do jakiegoś porozumienia. Jakkolwiek Turcotte wciąż jeszcze mruczał do siebie: 

– Do stu kroć tysiący djabłów! Kto by mi był powiedział, że mi kiedyś poruczą podobną sprawę! 

Wyekwipowanie „Marzenia” postępowało zresztą bardzo szybko, a kapitan robił wszystko, co mógł, by w pierwszej połowie czerwca wyruszyć w drogę. Dokładnie zbadano statek, a jego czerwono pomalowany kadłub ostro się odcinał od czarnych ścian zewnętrznych. 

Do portu San Francisco zawija mnóstwo wielkich okrętów rozmaitego rodzaju i z różnych krajów. Dawno by też wybrzeże przeznaczone do wylądowania i ładowania towarów, nie zdołało ich pomieścić, gdyby inżynierzy nie byli stworzyli kilku stucznych platform. Dokonano tego w ten sposób, że zanurzono we wodzie olbrzymie pnie, a na nich z desek potężnych zrobiono olbrzymie place, stale zarzucone skrzyniami i pakunkami. Na tych właśnie placach mogły wygodnie rozkładać swój ładunek okręty, przybywające z dwóch oceanów, parowce z Kalifornji, statki ze wszystkich krajów świata, a także statki, krążące wzdłuż wybrzeży Ameryki. 

Przy jednym z tych sztucznych placów, u wylotu Wharf-Mission-Street, spoczęło na kotwicy „Marzenie”. Nie zaniedbano niczego, by statek, mający służyć Godfreyowi wyposażyć jak najlepiej. Zapasy, urządzenie rezerwowe, wszystko najbardziej szczegółowo zbadano i wypróbowano. Liny, kocioł,, maszynerja, były doskonałe. Dla ułatwienia, na wszelki wypadek, komunikacji z lądem, umieszczono nawet na pokładzie zgrabną, nie mogącą zatonąć szalupę, która w podróży mogła oddać niejedną przysługę. 

Jednem słowem, na 10 czerwca wszystko było gotowe. Pozostawało tylko odbić od brzegu. Ludzie wynajęci przez kapitana Turcotte do obsługiwania maszyn i żagli, tworzyli załogę pierwszorzędną i trudno byłoby o lepszą. Załadowano też mnóstwo zwierząt domowych: owiec, kóz, królików, kur i kogutów, a także najrozmaitsze artykuły żywności w konserwach, najprzedniejszych gatunków. 

Co do marszruty „Marzenia”, to kwestja ta była niewątpliwie przedmiotem długich obrad między Williamem W. Kolderupem a kapitanem Turcotte. Wiedziano tylko tyle, że piewszą miejscowością, gdzie miano wylądować i spocząć, była stolica Zelandji o ile by nieprzewidziane przedłużenie podróży wskutek nieprzyjaznych wiatrów, nie zmusiło do wcześniejszego przybicia do któregoś z portów chińskich, lub jakiejś wyspy na Oceanie Spokojnym, gdzie możnaby się zaopatrzyć w węgiel. 

O wszystkie te szczegóły zgoła nie troszczył się Godfrey, od chwili postanowienia podróży, a taksamo nie obchodziły one Tarteletta, którego wzburzona wyobraźnia ustawicznie zajęta była najrozmaitszymi wypadkami, jakimi zagrażała daleka podróż morska. 

Pozostawała do spełnienia drobna tylko formalność: wystaranie się o parę fotografji. 

Narzeczony nie mógł wszak wyjeżdżać w daleką podróż naokoło świata, nie zabierając ze sobą fotografji swej ukochanej i nie pozostawiając jej swojej. 

Tedy Godfrey w kostjumie turystycznym oddał się w ręce Stephensona & Co., fotografów przy Montgomery-Street, a Fina w kostjumie ulicznym powierzała promieniom słonecznym utrwalenie na płycie zręcznych fotografów swej uroczej, jakkolwiek trochę zatroskanej twarzy. 

W ten sposób można było ruszyć w podróż, nie rozłączając się całkowicie. Podobizna Finy miała swe oznaczone miejsce w kajucie Godfreya, a obraz Godfreya w pokoju młodej dziewczyny. 

Tartelette nie był wprawdzie zaręczony i nie miał też zamiaru nim zostać, jednakowoż uważano za stosowne także jego rysy uwiecznić na fotografji. Ale jakkolwiek zadanie to powierzono fotografom pierwszorzędnym, niemniej rezultat okazał się bardzo niezadowalający. Na płycie ukazały się tylko jakieś mgliste zarysy, żadną miarą nie dające wyobrażenia o wyglądzie sławnego profesora tańców i dobrego tonu. 

Powód był ten, że mistrz ani na sekundę nie potrafił wytrwać spokojnie w jednej pozycji, pomimo że jak we wszystkich zakładach fotograficznych, tak i w tym wyraźnie go o to proszono. Napróżno, Tartelett naprzód już chwiał się i kołysał na wszystkie strony, jakby był kapitanem „Marzenia”. Ostatecznie musiano się wyrzec utrwalenia oblicza tego osobliwego męża. Strata niepowetowana dla potomności, na wypadek – nie oddajmy się jednak tej smutnej myśli – gdyby Tartelett, wyruszający wprawdzie tylko do Starego Świata, miał niespodzianie dostać się do tego, z którego żaden podróżny nie wraca. 

Dnia 9 czerwca wszystko było gotowe. „Marzenie” mogło każdej chwili odbić od brzegów. Jego papiery: list przewozowy, polica asekuracyjna, były w największym porządku, a przed dwoma dniami agent Domu handlowego Williama W. Kolderupa nadesłał ostatnie podpisy. 

Tego dnia urządzono w pałacu przy Montgomery-Street wielkie śniadanie pożegnalne. Wychylano kieliszki za szczęśliwą podróż i szczęśliwy powrót Godfreya. 

Godfrey był bardzo wzruszony i wcale tego nie ukrywał. Fina okazała się silniejszą od niego. Co do Tarteletta, to niepokój swój topił dzielnie w szklanicach szampana, którego działanie trwało aż do chwili odjazdu. Zapomniał nawet o swych kieszonkowych skrzypcach, które przyniesiono mu w ostatniej chwili, kiedy już podniesiono kotwicę „Marzenia”. 

Na pokładzie żegnano się po raz ostatni, ściskając sobie dłonie, poczem maszyna zaczęła warczeć i statek odbił od brzegu. 

– Do widzenia Fino! 

– Do widzenia, Godfreyu! 

– Niech Bóg prowadzi! – zawołał wuj. 

– A przedewszystkiem, niech nas szczęśliwie odprowadzi z powrotem! – mruknął Tartelett. 

– A nie zapominaj – dodał William W. Kolderup – dewizy, widniejącej na sztandarze „Marzenia”: Confide, recte agens! 

– Nigdy jej nie zapomnę, wuju! Do widzenia, Fino! 

– Do widzenia, Godfreyu! 

Parowiec wypłynął na morze. Dopóki go widać było, z brzegu powiewano chusteczkami. 

Niebawem przebył zatokę San Francisco, największą na świecie, poczem „Marzenie” przecięło wąską „Golden Gate” (Złotą Bramę) i dumnie zaczęło pruć fale Pacyfiku. 

Zdawało się, jak gdyby się za niem zamknęła owa „Złota Brama”. 

Rozdział VI. W którym wzywa się czytelnika do zapoznania się z nową osobistością.

Rozpoczęła się podróż. I każdy przyzna, że bez wszelkich trudności. Profesor Tartelett nie przestawał jednak z żelazną logiką powtarzać: 

– Każda podróż musi się zawsze rozpocząć, niewiadomo tylko, jak i gdzie się zakończy. 

Z kajuty Godfreya wychodziło się w tylnej części pokładu na czworobok, służący za jadalnię. Młody nasz podróżny miał tu wspaniałe pomieszczenie. Obraz Finy zawiesił na najlepszem miejscu, przeznaczywszy mu najlepiej oświetloną ścianę. Łóżko, umywalnia, kilka szaf na garderobę i bieliznę, stół do pracy, fotel do siedzenia – czegóż więcej potrzeba pasażerowi, liczącemu 22 lata? W takich warunkach mógłby doskonale odbyć 22 razy podróż naokoło ziemi. Czyż nie był w epoce filozofji praktycznej, opierającej się na dobrem zdrowiu i dobrym humorze? O tak, młodzieńcy, podróżujcie, jeśli możecie, a jeśli nie możecie, to mimo to podróżujcie! 

Tartelett jednak stracił swój dobry humor. 

Jego kabina, mieszcząca się tuż obok kabiny ucznia, wydawała mu się ogromnie ciasną, łóżko twardem, a przestrzeń, wynosząca sześć łokci kwadratowych, nie pozwalała na wykonywanie kroków tanecznych i rytmicznych ruchów. Czy w charakterze podróżującego nie zdoła w sobie pokonać nauczyciela tańców? Nie! to już było w jego krwi. A gdy dla Tarteletta nadejdzie godzina, kiedy się będzie musiał ułożyć do snu wiecznego, to i wtedy jeszcze nogi jego w pozycji poziomej, znajdą się piętą przy pięcie, jak wymaga pierwsza pozycja. 

Posiłki spożywano wspólnie, a urządzono to w ten sposób, że Godfrey i Tartelett siedzieli naprzeciw siebie, a kapitan i porucznik zajmowali miejsca skrajne przy kołyszącym się stole. Ta jego chwiejność z góry kazała się domyślać, że miejsce profesora nieraz będzie puste. 

Przy odjeździe w pięknym miesiącu czerwcu, powiewał lekki wietrzyk północno-wschodni. Kapitan Turcotte kazał rozpiąć żagle dla zwiększenia szybkości parowca, który dzięki temu nie chybotał się tak bardzo na obie strony. A ponieważ fala parła go z tyłu, więc nie kołysał się też zbytnio naprzód. Nie była to więc jazda, przy której pasażerom krew ucieka z twarzy, oczy się zapadają, a czoła bledną śmiertelnie. Było wcale znośnie. Okręt na spokojnem morzu zmierzał w kierunku południowo-zachodnim, słabo się tylko kołysząc. Szybko zniknęły z oczu wybrzeża Ameryki. 

W ciągu dwóch dni nie zdarzyło się nic takiego, coby godnem było wzmianki. „Marzenie” miało podróż pomyślną. Początek był całkiem dobry – mimo to jednak kapitan Turcotte od czasu do czasu zdradzał niepokój, który napróżno kryć usiłował. Każdego dnia, gdy słonce przechodziło przez Południk, konstatował dokładnie położenie statku. Można też było zauważyć, że za każdym razem zabierał do swej kajuty porucznika i obaj prowadzili tam tajne rozmowy, jakby się naradzali nad jakimś ważnym wypadkiem, którego oczekiwali. Godfrey, nie mający wyobrażenia o żegludze, nie zwracał na to uwagi, natomiast sternik i kilku majtków mocno się temu dziwili. 

A zdziwienie ich było tem większe, że w ciągu pierwszego tygodnia nocną porą dwa lub trzy razy bez żadnego powodu zmieniono kierunek drogi i dopiero we dnie „Marzenie” znów płynęło w dawnym kierunku. Dało się to wprawdzie wytłumaczyć przy żaglowcu, podlegającemu zmiennym warunkom atmosferycznym, ale przy parowcu było czemś zagadkowem, gdyż w razie niepomyślnego wiatru, zawsze przecie może zwinąć żagle. 

Dwunastego czerwca rano zdarzyło się na pokładzie coś nieoczekiwanego. 

Kapitan Turcotte, porucznik i Godfrey mieli właśnie zabrać się do śniadania, gdy z pokładu dobiegły krzyki. Niebawem sternik pchnął gwałtownie drzwi i zjawił się w kajucie. 

– Panie kapitanie! – zaczął. 

– Cóż takiego? – żywo spytał Turcotte, gdyż żeglarz zawsze musi być na wszystko przygotowany. 

– Jest tu Chińczyk! – rzekł sternik. 

– Chińczyk? 

– Tak! Chińczyk, którego przypadkiem odkryliśmy w dolnej części pokładu. 

– W dolnej części pokładu! – wykrzyknął kapitan. – Do kroćset piorunów, do wody z nim! 

– All right! – odparł sternik. 

Wobec głębokiej pogardy, z jaką każdy Kalifornijczyk odnosi się do mieszkańca państwa słońca, poczciwiec ten uznał ów rozkaz za całkiem naturalny i ani przez chwilę nie zawahał się przed jego spełnieniem. 

Kapitan Turcotte wstał i w towarzystwie porucznika i Godfreya skierował się ku przedniej części pokładu. 

Tam istotnie kilku majtków pochwyciło Chińczyka, nie szczędząc mu kułaków. Był to człowiek, mogący liczyć lat 35 do 40, o twarzy inteligentnej. Dobrze zbudowany, bez zarostu, czynił wrażenie nieco wyczerpanego 60-godzinnym pobytem w źle wietrzonej, ciemnej kryjówce na dnie okrętu, gdzie dostrzeżono go przypadkiem. 

Kapitan dał znak, by puścili nieszczęśliwego intruza. 

– Kto jesteś? – spytał. 

– Syn słońca. 

– Nazwisko? 

– Seng-Wu – odparł Chińczyk. W mowie państwa słońca imię to znaczy: „nieżyjący”. 

– A co tu robisz na pokładzie? 

– Jadę – spokojnie odpowiedział Seng-Wu, – nie przysparzam wam jednak żadnego kłopotu. 

– To prawda! Najmniejszego! W chwili odjazdu byłeś ukryty w dolnej części statku? 

– Tak, panie kapitanie. 

– By bezpłatnie dostać się z Ameryki do Chin, na drugą stronę Pacyfiku? 

– Gdyby pan kapitan zechciał być tak dobrym! 

– A jeśli nie zechcę być tak dobrym, żółtoskóry złodzieju i poproszę cię, byś sobie sam popłynął do Chin? 

– To spróbuję – z uśmiechem odparł Chińczyk – ale wiem, że po drodze utonę. 

– Przeklęty Johnie! – krzyknął kapitan. – Ja ci dam nauczkę, jak się to jeździ bezpłatnie. (Johnem nazywają Kalifornijczycy wszystkich Chińczyków, w ten sposób wyrażając im swą pogardę). 

Kapitan Turcotte udawał bardziej rozgniewanego, niż tego wymagała sprawa i byłby może wykonał swą groźbę, gdyby w tej chwili nie był się wmieszał Godfrey. 

– Kapitanie – rzekł – jeden Chińczyk na pokładzie „Marzenia”, to znaczy o jednego Chińczyka mniej w Kalifornji, gdzie ich przecież tak wielu. 

– Gdzie ich za wielu! – odparł kapitan. 

– Za wielu, oczywista! – potwierdził Godfrey. – Otóż to, że ten nieborak uznał za stosowne uwolnić Kalifornię od swej osoby, powinno mu zjednać trochę naszego współczucia. Phi! Gdy dojedziemy do brzegów Szanghaju, wyrzucimy go na ląd i obejdzie się bez hałasu. 

Zgadzają się na twierdzenie kapitana, że w Kalifornji jest za wielu Chińczyków. Godfrey wyrażał pogląd prawdziwego Kalifornijczyka. To prawda, że emigracja synów państwa słońca – Chiny liczą 333 miljonów mieszkańców, a Stany Zjednoczone 80 miljonów Amerykanów – stanowi poważne niebezpieczeństwo dla prowincyj dalekiego Zachodu. Ustawodawstwo tych państw: Kalifornji, Oregonu, Utahu, Newady, zajmowało się tą nową odmianą epidemji, przez jankesów zwanej „żółtą zarazą”. 

Obecnie w samej Kalifornji żyje przeszło 50.000 Chińczyków. Są oni bardzo pracowici przy płukaniu złotego piasku, przytem nadzwyczaj cierpliwi i skromni, gdyż poprzestają na garści ryżu, kilku łykach herbaty i odrobinie opjum. Tem spowodowali obniżenie płac robotników krajowych. Wbrew amerykańskiej konstytucji, zastosowano do nich ustawy wyjątkowe, regulujące ich imigrację i odmawiające im prawa obywatelstwa, gdyż obawiano się, by wkońcu nie zdobyli też większości w kongresie. Obchodzą się tam z nimi tak samo źle, jak z Murzynami, a dla uzasadnienia przydanego im miana „roznosicieli zarazy” zamyka się ich do pewnego rodzaju ghetta, gdzie z całą ścisłością zachowują zwyczaje i obyczaje państwa słońca. 

W stolicy Kalifornji odgraniczono ich od ludności tubylczej, wtłaczając ich do ulicy Sacramento, ozdobionej chińskimi napisami i latarniami. Tu widuje się ich tysiącami w kabatach o szerokch rękawach, w stożkowatych kapeluszach i spiczastych butach. Tu żyją jako kramarze, ogrodnicy lub pracze – o ile nie są kucharzami i nie należą do trup aktorskich, we francuskim teatrze grających sztuki chińskie. 

Seng-Wu – niema potrzeby robić z tego tajemnicy – należał właśnie do jednej z takich trup, w której zajmował stanowisko pierwszego komika – o ile określenie europejskie da się zastosować do artysty chińskiego. Są oni bowiem zawsze tak poważni, nawet kiedy żartują, że kalifornijski powieściopisarz Bret Harte z całą słusznością mógł był powiedzieć, że nigdy nie widział śmiejącego się chińskiego aktora i nigdy też nie potrafił rozróżnić, czy grana przez nich sztuka była tragedją, czy też farsą. 

Jednem słowem, Seng-Wu był komikiem. Po skończonym sezonie, który mu przyniósł więcej sławy, niż brzęczącej monety, zapragnął ojczyznę swą ujrzeć wcześniej, niż jako trup. Z tego powodu na los szczęścia, ukrył się na międzypomoście „Marzenia”. 

Mając zapasy żywności, spodziewał się, że incognito uda mu się przebyć tę parotygodniową podróż i niespostrzeżenie umknąć gdzieś na wybrzeżu chińskiem. 

Wszystko to wydawało się dość prawdopodobnem. A w każdym razie pomysł był wcale niezły. 

Godfrey miał rację, ujmując się za intruzem, a kapitan Turcotte, udający bardziej rozgniewanego, niż był w istocie, bez wielkiego żalu wyrzekł się przyjemności pogrążenia Seng-Wu w odmętach Oceanu Spokojnego. 

Seng-Wu nie wrócił już wprawdzie do swej kryjówki na spód okrętu, ale i na pokładzie nie miał nikomu zawadzać. Flegmatyczny, małomowny, unikał zetknięcia z majtkami, chętnie częstujących go kułakami. Żywił się własnemi prowiantami. Był zresztą tak chudy, że jego ciężar, doliczony do wagi ładunku, niezbyt obciążał „Marzenie”. Jakkolwiek więc Seng-Wu podróżował bezpłatnie, to podróż ta nie kosztowała Williama W. Kolderupa ani jednego centa. 

Jego obecność na pokładzie skłoniła jednak kapitana do uwagi, której sens mógł być zrozumiałym jedynie dla porucznika. 

– Ten przeklęty Chińczyk może się stać dla nas wielką przeszkodą! W takim razie, tem gorzej dla niego! 

– Poco