Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Robin. Biografia Robina Williamsa ebook

Dave Itzkoff  

3 (2)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 893

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Robin. Biografia Robina Williamsa - Dave Itzkoff

Robin Williams był wyjątkowo utalentowanym aktorem, znanym i podziwianym za występy zarówno w komediowych stand-upach, jak i w bijących rekordy popularności filmach fabularnych. Jego kariera zaczęła się przełomową rolą w serialu „Mork i Mindy”. Serca widzów skradł występami w takich produkcjach, jak chociażby „Stowarzyszenie umarłych poetów”, „Pani Doubtfire” czy „Good morning, Vietnam”. Rola w „Buntowniku z wyboru” przyniosła mu Oscara. Choć był postrzegany przez kinomanów jako jeden z bardziej radosnych ludzi świata, popełnił samobójstwo. Mało kto wiedział, że aktor zmagał się z depresją i uzależnieniem alkoholowym oraz z postępującymi chorobą Parkinsona i demencją.
Dave Itzkoff, reporter „New York Timesa”, pokazuje zarówno komiczny blask Williamsa, jak i skrzętnie zamaskowaną głęboką studnię sprzecznych emocji i zwątpienia. Kreśli pełnokrwisty portret, będący świeżym i oryginalnym spojrzeniem na człowieka, którego twórczość poruszała miliony ludzi na całym świecie.

„Ta książka jest jak spojrzenie przyjacielowi w oczy: to wtedy zaczyna się rozumieć znaną i kochaną osobę. W tak lubianym przez wszystkich «śmieszkowaniu» dostrzec można smutek, lęk, a czasem też cierpienie. I choć śmiech zamiera nam wtedy na ustach, nie tylko nie przestajemy kochać, lecz także kochamy więcej” – TOMASZ RACZEK

„Poruszająca biografia pokazująca człowieka skrywającego się za maską klauna i dowcipnisia. Niezwykle samotnego i smutnego człowieka, któremu w życiu daleko było do pani Doubtfire, a nawet Johna Keatinga. Ot, kawał prawdziwego życia ukrytego za hitami z Hollywood” – ROBERT ZIĘBIŃSKI, REDAKTOR NACZELNY „PLAYBOYA”

„Robin Williams kochał rozśmieszać ludzi, o czym sam miałem okazje się przekonać. Miał niezwykłą inteligencję połączoną z genialnym poczuciem humoru. Zabójcza kompilacja, której nie jeden komik mu zazdrościł. Ta książka pozwoli Wam poznać go jako człowieka, a nie jedynie gwiazdę ze szklanego ekranu” –
DAWID MUSZYŃSKI, REDAKTOR NACZELNY NAEKRANIE.PL

Opinie o ebooku Robin. Biografia Robina Williamsa - Dave Itzkoff

Fragment ebooka Robin. Biografia Robina Williamsa - Dave Itzkoff

Tytuł oryginału:Robin

Redakcja: Karolina Oponowicz

Korekta: DMC ProMedia

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Zdjęcie na okładce: © Harry Borden/Contour by Getty Images

Źródła zdjęć (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): str. 231: Seth Poppel/Yearbook Library; str. 232: góra: dzięki uprzejmości Mclaurin Smith-Williams, dół: Christie Platt; str. 233: góra: The estate of Diane Gorodnitzki, środek: Daniel S. Sorine, dół: Ron Galella/Wireimage; str. 234: góra: Wynn Miller/The Life Images Collection/Getty Images, dół: Sonya Sones; str. 235: góra: ze zbiorów Everett Collection, dół: ABC Photo Archives/ABC Via Getty Images; str. 236: góra: © Paramount Pictures/Courtesy Everett Collection, środek, dół: Sonya Sones; str. 237: góra: Al Levine/NBC/NBCU Photo Bank, dół: HBO/Getty Images; str. 238: góra: dzięki uprzejmości Mclaurin Smith-Williams, dół: Alan Singer/NBCU Photo Bank; str. 421: góra: Buena Vista/Getty Images, dół: Touchstone Pictures/Ronald Grant; str. 422: góra: © Columbia Pictures/Courtesy Everett Collection, dół: Columbia Pictures/Getty Images; str. 423: góra: The Life Picture Collection/Getty Images, dół: Alice S. Hall/NBCU Photo Bank; str. 424: góra: ©Buena Vista Pictures/Courtesy Everett Collection, dół: 20TH Century-Fox/Getty Images; str. 425: góra: Rex Features VIA AP Images, dół: Timothy A. Clary/AFP/Getty Images; str. 426: góra: Richard Corkery/NY Daily News Archive Via Getty Images, dół: Kevin Winter/Getty Images; str. 427: góra: Lisa M. Zunzanyika/U.S. Air Force Via Getty Images, środek: Jay Paul/„The New York Times”, dół: Jason Merritt/Getty Images

Projekt okładki: adaptacja na podstawie oryginalnej okładki projektu Kelly S. Too

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

ROBIN by Dave Itzkoff

Copyright © 2018 by Dave Itzkoff

Published by arrangement with Henry Holt and Company,

a division of Macmillan Publishing Group, LLC, New York

© copyright for polish edition by Agora SA 2018

© copyright for polish translation by Maciej Studencki

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2748-8 (epub), 978-83-268-2749-5 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dla Maksa, który otworzył mi oczy

Kreatywny dorosły to dziecko, które przetrwało

(źródło nieznane)

mama krzyknęła na niego: TY DZIKUSIE!

na co Max wrzasnął: ZJEM CIĘ!,

więc został wysłany do łóżka bez kolacji.

Tego samego wieczoru w pokoju Maxa zaczął rosnąć las.

Rósł

i rósł, aż z sufitu zwieszały się liany,

ściany zaś zmieniły się w bezkresny świat

(Maurice Sendak,

Tam, gdzie żyją dzikie stwory

w przekł. Jadwigi Jędryas)

PROLOG

Pod koniec lata 1977 roku w Great American Music Hall nikomu nie było do śmiechu. Ten stary, bogato zdobiony teatr w San Francisco, który nawet jego wielbicielom zdarzało się porównywać do berberyjskiego burdelu, od wielu godzin wypełniały kłęby papierosowego dymu[1]. Cuchnącą atmosferę podgrzewały gorące reflektory ustawione przez ekipę z kamerami. Tłum – około sześciuset okolicznych mieszkańców w sportowych garniturach i kwiecistych strojach – zgromadził się wokół dębowych stołów, na balkonach i pod jasno świecącymi żyrandolami. Widzowie siedzieli tu przez cały wieczór, zwabieni obietnicą darmowej rozrywki i wzięcia udziału w nagraniu spektaklu dla telewizji. Wśród nich przeważali poszukiwacze przygód kulturalnych w liberalnym mieście, które od niedawna przeżywało eksplozję talentów komicznych. Ta widownia widziała i słyszała już wielu stand-uperów – zarówno w ciągu paru ostatnich lat, jak i podczas tej imprezy. Występowali tu artyści znani z pobliskich klubów. Tymczasem z każdą kolejną chwilą tego wieczoru, pogrążonego w oparach dymu, napięcie słabło. Jednak nikomu nie wolno było opuszczać swoich miejsc, nawet po to, by udać się do toalety. W tym ogromnym pomieszczeniu bez okien już dawno przestało być duszno, a zrobiło się po prostu nie do zniesienia. Trudno wyobrazić sobie warunki, w których publiczność byłaby mniej życzliwa kolejnym komikom.

Wtedy na scenę wkroczył przystojny mężczyzna średniego wzrostu, w wieku dwudziestu sześciu lat, niespeszony ani duchotą, ani poirytowaną widownią. Miał na sobie brązowy garnitur, który dziwnie wyglądał na tle złotej, pluszowej kurtyny. Spod marynarki wystawał mu sprany biały T-shirt, ledwie zakrywający obfite owłosienie na klatce i rękach. Na głowie miał niewygodną, futrzaną, rosyjską czapkę, spod której pot lał mu się na twarz ozdobioną szerokim, szczerym uśmiechem. Widzowie zaczęli się zastanawiać, czy to przypadkiem nie  p r a w d z i w y  Rosjanin. Ich przypuszczenia się potwierdziły, kiedy facet odezwał się wreszcie wśród słabnących braw. „Dziękuję za gorącą owulację! Dziękuję bardzo!” – powiedział z silnym wschodnim akcentem. Nieco zdezorientowana publiczność wybuchła śmiechem. Występ jeszcze się nie zaczął na dobre, a komik już miał widzów w garści.

W czasie całego występu ten młody człowiek, Robin Williams, wcielił się w wiele postaci: w jednej chwili był nadgorliwym, podlizującym się publiczności sowieckim stand-uperem, w następnej – ujaranym Supermanem, który lata do tyłu i do góry nogami, a w kolejnej – powyginanym Quasimodo, podobnym do postaci granej przez Charlesa Laughtona w Dzwonniku z Notre Dame. Przerwał występ tylko na chwilę, by przemówić swoim naturalnym głosem – wydawał się on tak nienaturalnie oficjalny, jakby jego właściciel odgrywał jeszcze jedną rolę – i zapowiedział antrakt, a w nim „reklamę”, w której naśladował Jacques’a Cousteau. Robin zdjął marynarkę, a pod nią miał znoszone tęczowe szelki, i wtedy wszyscy zobaczyli, że po czterominutowym występie obficie spływa potem. Podobnie jak niepewny własnej wartości „Rosjanin”, który rozpoczął występ, Robin bardzo chciał, żeby publiczność go polubiła, i w związku z tym był gotów odegrać tyle ról, ile trzeba. Pod koniec widowiska okazało się, ze osiągnął swój cel z nawiązką: widzowie mimo duchoty i zmęczenia wstali z miejsc, klaszcząc, gwiżdżąc i gromko domagając się bisu. Wielu z nich zadawało sobie to samo pytanie, które kilka tygodni później dręczyło miliony widzów przed telewizorami oglądających na ekranach występ tego dziwnego, głupkowatego, spoconego faceta: „ K t o  t o  j e s t ?”.

Widzowie nie bardzo wiedzieli, jak opisać to, co właśnie zobaczyli. I nie zdołali znaleźć właściwych słów jeszcze przez wiele miesięcy. Pewnie, to był stand-up, ale jego wykonawca nie opowiadał zwyczajnych dowcipów z ekspozycją i puentą. Nie był typowym monologistą, szydercą, parodystą ani obserwatorem szczegółów życia codziennego. Wydawał się raczej kimś w rodzaju iluzjonisty, którego sztuczka polegała na tym, że widzowie zobaczyli to, co chciał im pokazać – występ, ale nie stojącego za nim artystę. Za wszystkimi zręcznymi trikami, za postaciami i ich sposobem mówienia, za wybuchami energii i ruchami tak szybkimi, że aż rozmazanymi, krył się jeden człowiek stojący naprzeciw tłumu. To on decydował, za jakie dźwignie pociągnąć i które guziki nacisnąć, jakim głosem przemówić i jaką przybrać maskę, ile ujawnić, a ile pozostawić w cieniu.

Ale  k i m  o n  b y ł ?  Poza jedną krótką chwilą, kiedy Robin nieśmiało wypowiedział kilka słów zaskakująco poważnym głosem, tuż zanim przeistoczył się we francuskiego badacza podmorskich głębin, nigdy nie ujawnił publiczności swojej prawdziwej tożsamości. Jej część była obecna w każdej roli i w każdym skeczu odgrywanych przez niego w ciągu następnych trzydziestu pięciu lat, ale nawet gdybyśmy dodali je do siebie, nie otrzymalibyśmy w sumie prawdziwego Robina Williamsa. Prawdziwy Robin był skromnym, niemal niepozornym człowiekiem, który nigdy nie uwierzył, że jest wart wszystkiego tego, co go w życiu spotkało, czyli ogromnej sławy, uwielbienia i nagród. Z najwyższą niechęcią ujawniał innym swoją prawdziwą osobowość, ale czuł się zobowiązany, by dać cząstkę siebie każdemu, kogo spotkał, choćby była to przelotna znajomość. Czuł się niekomfortowo na myśl, że mógłby popsuć komuś przyjemność spotkania ze słynnym Robinem Williamsem, a mimo to ukrywał jakąś ważną część siebie nawet przed tymi, którzy spędzili u jego boku wiele lat.

Wszystkim się wydawało, że go znają, nawet tym, którzy nie zawsze podziwiali jego dokonania. Miliony ludzi kochały go za wielkoduszność, refleks i zaraźliwy optymizm, mimo że z czasem uczucia niektórych z nich osłabły. Nawet gdy w późniejszych latach nie radził sobie tak dobrze, najwierniejsi wielbiciele wciąż mieli nadzieję, że odnajdą to coś – oryginalny pomysł, charakter, iskrę geniuszu – co uczyniło go tak wspaniałym artystą, który przebojem wdarł się do kultury masowej, by pozostać w niej na dłużej. A kiedy odszedł, wszyscy żałowaliśmy, że nie został z nami jeszcze przez chwilę.

– 1 –
URWIS I LORD WYKWINTNIŚ

Dom stojący na północno-wschodnim rogu Opdyke Road i Woodward Avenue różnił się od innych domów[1]. Olbrzymia stara rezydencja, licząca niemal siedemdziesiąt lat i wybudowana na asymetrycznym planie, wyglądała wspaniale: ku niebu wznosiły się kominy o rozmaitej wysokości i dachy, pod którymi kryły się strychy. Tu, w Bloomfield Hills, na zamożnym północnym przedmieściu Detroit, grube ryby przemysłu samochodowego spędzały w wiejskim otoczeniu wieczory i weekendy z żonami, dziećmi i służącymi. Niezwykła posiadłość była czymś więcej niż domem jednorodzinnym. Stała na działce o powierzchni ponad dwunastu hektarów i obejmowała teren dawnej farmy – ze stróżówką przy bramie, ogrodami, stodołami i ogromnym garażem, mogącym pomieścić ponad dwadzieścia samochodów. Posiadłość miała nawet własną nazwę, Stonycroft („kamienna zagroda”), zbyt surową i odstraszającą jak na tak spokojne, leżące na uboczu miejsce. W okolicy mieszkało niewielu sąsiadów, toteż prawie nic nie zakłócało spokoju mieszkańców rezydencji, może tylko czasem z pobliskiego klubu golfowego docierały tu odgłosy uderzeń kijów w piłeczki. Częściej jednak domostwo ziało pustką, ponieważ obecni najemcy nie zamieszkiwali i nie ogrzewali większości z czterdziestu pokojów. Pod samym dachem na całej szerokości budynku rozciągał się strych. A na strychu mieszkał chłopiec.

Rozległa posiadłość była jednym z kilku miejsc, w których mieszkał Robin Williams, zanim wkroczył w wiek nastoletni, i ostatnim przystankiem dzieciństwa spędzonego na walizkach między Michigan i Illinois. Jego ojciec piął się w górę korporacyjnej drabiny w Ford Motor Company, a niemal każda zmiana wiązała się z przeprowadzką i zmianą domu – na pewien czas, ale nigdy na stałe. Rodzina Williamsów po kilku latach wyprowadziła się ze Stonycroft, ale Robin w pewnym sensie nigdy nie opuścił tamtejszego strychu. To było jego królestwo, gdzie spędzał w samotności całe godziny[2]. Zaludniał tę przestrzeń urojonymi przyjaciółmi i toczył w niej wielkie bitwy, ustawiając naprzeciwko siebie żołnierzyki ze swojej kolekcji liczącej ponad tysiąc sztuk. Każdemu z nich wymyślił własną tożsamość, każdego obdarzył własnym głosem. Robin wykorzystywał też strych jako prywatną przestrzeń do prób teatralnych. Podczas nich osiągnął mistrzostwo, naśladując występy ulubionych komików nagrane na taśmie magnetofonu podłączonego do telewizora.

To tutaj ćwiczył wyobraźnię; na strychu mógł schować się przed światem, który stąd bezpiecznie obserwował, wchłaniając wszystko, co go interesowało. Tu, na wysokościach, nikt nie mógł go dosięgnąć. Było to jednak straszliwie odludne schronienie, a samotność, jaką tu odczuwał, towarzyszyła mu również poza ścianami strychu. Wychodził stąd w przedziwnym stanie ducha – komuś, kto obserwował go z boku, mógł się wydawać tajemniczy i trochę dziwny. I chyba rzeczywiście tak było, jeśli w pokoju pełnym nieznajomych Robin czuł się w obowiązku zabawiać i uszczęśliwiać wszystkich, a wśród tych, którzy kochali go najbardziej, czuł się przeraźliwie samotny.

Te cechy rodzice przekazali mu jeszcze na długo, zanim rodzina Williamsów wprowadziła się do Stonycroft. Jego ojciec Rob był skrupulatnym, prostolinijnym i praktycznym mieszkańcem Środkowego Zachodu USA, bohaterem wojennym wierzącym w wartość codziennej ciężkiej pracy. Aprobatę dla poczynań syna wyrażał niechętnie i nieregularnie, a Robin odczuwał brak ojcowskiego wsparcia nawet jako dorosły człowiek. Jego matka Laurie była pod wieloma względami przeciwieństwem Roba: niefrasobliwa, radosna i niezależna dziewczyna z Południa. Uwielbiała syna i poświęcała mu wiele uwagi. Jej lekkomyślności towarzyszyła pewna nieprzewidywalność, a Robinowi trudno było uzyskać z jej strony tak ważną dla niego akceptację.

Robin miał świadomość tego, że stanowi doskonałą mieszankę cech swoich rodziców, dwojga skrajnie różnych ludzi, którzy po wcześniejszych pomyłkach odnaleźli się i spędzili razem resztę życia. Jak sam później przyznał: „Wariactwo mam po matce, a zdyscyplinowanie – po ojcu”[3].

Ich cechy, wzorce zachowań, dziwactwa i wady zbudowały osobowość syna, którego życie pełne było paradoksów i sprzeczności. Dorosły Robin twierdził na przykład, że w dzieciństwie miał sporą nadwagę, tymczasem Laurie potrafiła to zdementować w ciągu kilku chwil, prezentując zdjęcia dowodzące czegoś wręcz przeciwnego[4]. Robin dorastał świadomy otaczającego go luksusu, który potem stał się nawet przedmiotem dowcipów. „Tatusiu, tatusiu, chodź na górę!” – żartował aktor wiele lat później – „Biffy i Muffy są nieszczęśliwi. Mamy tylko siedmioro służących, a inne rodziny mają po dziesięcioro!”[5]. Ale kiedy ktoś z jego otoczenia próbował rozwinąć temat, Robin nie zawsze potrafił przyznać, że jego rodzina była zamożna. Opisywał siebie jako jedynaka, a przecież miał dwóch przyrodnich braci, kochał ich i traktował jak rodzonych. Twierdził, że był odizolowany od rówieśników, tymczasem miał przyjaciół w każdej szkole, do której chodził, i w każdym mieście, do którego przeprowadzała się jego rodzina.

Mimo samotności, której Robin doświadczył jako dziecko, i trudnych emocji z dzieciństwa, które upłynęło pod znakiem wiecznych przeprowadzek (w ciągu ośmiu lat uczęszczał do sześciu szkół[6]) – doszedł do wniosku, że jego dorastanie było radośnie nieskomplikowane. Wiele lat później stwierdził: „Nic tu się nie zgadza z tym, co ludzie mówią o komizmie i cierpieniu. Moje dzieciństwo było całkiem fajne”[7]. Ponieważ całe życie spędził na nauce, mógł określać się tak, jak mu się podobało, wybierając ze swojej historii te fakty, które uznał za użyteczne, a resztę odrzucając. Sprzeczności nie zawsze muszą być przecież złe. Zdarza się, ze bywają pomocne.

Rob i Laurie Williamsowie wyglądają na zdjęciu portretowym, wykonanym na początku ich związku, na niezwykle kontrastową parę[8]. „Wyobraźcie sobie George’a Burnsa i Gracie Allen wyglądających jak Alistair Cooke i Audrey Hepburn – mniej więcej tak wyglądają moi rodzice”[9] – powiedział kiedyś Robin. Jego ojciec na fotografii wydaje się całkiem przystojnym facetem, choć rysy twarzy ma ostre, a minę surową. Jest gładko ogolony, a ciemne włosy są krótko przystrzyżone i starannie ułożone. Matka Robina ma okrągłą, przyjazną twarz. Nawet na tym czarno-białym zdjęciu widać łobuzerską iskrę w jej oczach. Odsłania w uśmiechu lśniące zęby, a na policzkach widać śliczne dołeczki. Ojciec Robina uśmiecha się lekko, z zamkniętymi ustami i miną, która nic nie zdradza. Obejmują się, a ramię mężczyzny najwyraźniej otacza kibić kobiety tuż poniżej dolnej krawędzi fotografii i – mimo że tak wiele ich różni – widać, że bardzo się kochają.

Robert Fitz-Gerrell Williams, znany jako Rob, pochodził z zamożnego domu[10]. Wychowano go w przekonaniu, że przeciwności losu można pokonać ciężką pracą i uporem. Urodził się w 1906 roku w dobrze sytuowanej rodzinie w Evansville, w stanie Indiana, gdzie jego ojciec, Robert Ross Williams, miał kopalnie odkrywkowe i firmy handlujące drewnem[11]. Młody Rob ukrywał skłonność do żartów, czasem jednak potrafił nabierać ludzi, wmawiając im, że jego matka jest indiańską księżniczką. Kiedy uczył się w prywatnej podstawówce, Robert senior pozwalał sobie na coś, co Laurie opisała później jako „okresowe wyskoki”[12]: wynajmował apartament w chicagowskim hotelu Blackstone, zapraszał do niego tancerkę rewiową albo dwie i „świetnie się bawił”. Czasem Rob, mając zaledwie dwanaście lat, musiał jechać z czarnym służącym ponad czterysta pięćdziesiąt kilometrów na północ do Chicago, otrzeźwić ojca i przywieźć go do domu. Rob dostał się później do Kenyon College w Ohio, ale gdy w 1926 roku załamanie giełdy niemal wykończyło rodzinny biznes Williamsów, musiał zrezygnować ze szkoły, wrócić do Evansville i zacząć pracę jako młodszy inżynier w kopalni. Kilka lat później, gdy Robert Ross poważnie zachorował, młody Rob bez wahania oddał krew do transfuzji. W pewnej chwili jego ojciec wyciągnął sobie igłę z ramienia i powiedział synowi: „Wystarczy. Nie chcę, żebyś to więcej robił”[13]. Niedługo potem zmarł.

W 1938 roku Robowi i jego pierwszej żonie, Susan Todd Laurent, urodził się syn[14]. Dali mu na imię Robert Todd Williams, a w rodzinie znany był on po prostu jako Todd. W 1941 roku Rob i Susan się rozeszli, a Todd zamieszkał z matką w Kentucky. Rob pracował dla Forda jako dyrektor fabryki, kiedy Stany Zjednoczone przystąpiły do II wojny światowej. Zaciągnął się do marynarki, gdzie awansował na komandora podporucznika, służąc na Pacyfiku, na lotniskowcu USS Ticonderoga[15]. 21 stycznia 1945 roku na morzu niedaleko Filipin jego okręt zaatakowali japońscy piloci samobójcy. Jeden z nich zdołał przebić pokład startowy i zdetonować ładunek w hangarze, niszcząc kilka samolotów. W tym ataku ponad stu marynarzy zostało zabitych lub rannych. Jednym z nich był Rob, który zasłonił przed wybuchem kapitana i oberwał odłamkami w plecy, ramię i nogi.

Rany uniemożliwiły mu udział w dalszych walkach, toteż z konieczności przyjął przydział do pracy za biurkiem w Waszyngtonie. Wkrótce jednak wrócił na stanowisko dyrektorskie u Forda, a nawet awansował do krajowego działu sprzedaży w chicagowskiej siedzibie marki Lincoln Mercury stanowiącej oddział Forda[16]. Właśnie tam w 1949 roku na podwójnej randce w ciemno w eleganckiej restauracji Rob poznał młodą, żywiołową rozwódkę, Laurie McLaurin Janin[17]. Laurie przyszła na nią w towarzystwie dziewczyny, która miała się spotkać z Robem, a on – razem z mężczyzną, który miał być parą dla Laurie. Szybko jednak stało się jasne, że Rob i Laurie są sobą poważnie zainteresowani. Rob powiedział swojej niedoszłej partnerce, żeby wzięła sobie coś na wynos z restauracji i poszła do domu, podczas gdy Laurie w podobny sposób odprawiła swojego absztyfikanta. Potem skomentowała to następująco: „Pomyślałam sobie, hej, teraz się zacznie niezła zabawa!”.

Rob pociągał Laurie nie tylko fizycznie, bardzo podobała jej się też jego pewność siebie. Ale jeszcze większe wrażenie robiła na niej jego charyzma. Laurie tak opisywała przyszłego męża:

Wchodził do jakiegoś pomieszczenia i ludzie niemalże stawali na baczność. Na przykład gdy pojawialiśmy się w najlepszej restauracji w mieście, od razu pojawiał się kelner z pytaniem: „Czy ma pan rezerwację?”. Rob odpowiadał uprzejmie: „Nie, nie mam”. „Proszę za mną” – odpowiadał kelner[18].

Zdaniem Laurie Rob był człowiekiem nieprzeciętnym: „Zdecydowanie miał to COŚ. Przez duże »C«, »O« oraz »Ś«”[19]. Czasem do głosu dochodziła również jego mroczna strona – kiedy pił alkohol. Gdy pewnego dnia na skutek nieporozumienia jego ukochana nie pojawiła się na randce, był zdruzgotany. Uznał, że wystawiła go do wiatru[20]. Powiedział jej potem: „Wyszedłem i nieźle się urżnąłem”, a ona odparła: „O czym ty mówisz? Przecież popijasz co wieczór”. Laurie wspominała, że być może największa sprzeczka między nimi się zdarzyła, gdy wypili trochę w restauracji, a Rob nachylił się do niej i powiedział: „Wiesz co? Mam lepszą wyobraźnię niż ty”. „O rany” – wzdychała Laurie po latach – „aleśmy się wtedy pokłócili!”.

Laurie urodziła się w 1922 roku w Jackson w Missisipi, a wychowywała w Nowym Orleanie, mieście, w którym nie brakowało uciech[21]. Brała tam udział w wystawnych przyjęciach organizowanych przez jej rodziców. Ich małżeństwo było traktowane w mieście, którego populacja składała się w większości z katolików, jako mezalians. Ojciec Laurie, Robert Armistead Janin, był katolikiem, natomiast jej matka, Laura McLaurin – protestantką[22]. Gdy Laurie miała pięć lat, jej rodzice zdecydowali się na separację, a wkrótce potem się rozwiedli[23]. Dziewczynka zamieszkała z matką, którą środowisko obciążało odpowiedzialnością za rozwód.

Rodzina McLaurinów wywodziła się ze szkockiego klanu MacLarenów[24]. Pradziadek Laurie, Anselm Joseph McLaurin, służył podczas wojny secesyjnej jako kapitan w armii konfederackiej, a później został wybrany na senatora i gubernatora Missisipi[25]. Dziewczynkę odcięto jednak od arystokratycznego dziedzictwa, gdy jej matka w 1929 roku ponownie wyszła za mąż[26]. Jej nowy małżonek, Robert Forest Smith, adoptował Laurie i ku jej konsternacji zaczął ją nazywać Punky („Urwisem”). „Drzwi, które były otwarte dla Laurie McLaurin Janin, zamykały się z trzaskiem przed Punky Smith” – przyznała później Laurie, która mimo to polubiła swoje przezwisko i nawet jako dorosła kobieta prosiła przyjaciół, by tak się do niej zwracali.

Gdyby Laurie spojrzała wstecz na historię swojej rodziny, dostrzegłaby, że przewijał się w niej problem alkoholizmu. Uzależnienie sprawiało, że zachowanie jej matki stało się nieprzewidywalne, a ich życie niestabilne. Po latach Laurie wspominała: „Nigdy nie wiedziałam, czy następnego dnia obudzę się jako rozpieszczana księżniczka, czy też zdana na siebie sierotka”[27]. Jej biologiczny ojciec także miał problem z alkoholem: „Dlatego zdałam sobie sprawę, że nie powinniśmy pić. W rodzinie mieliśmy ludzi, którzy zaszli naprawdę daleko, i nagle bum! Ot tak następował upadek, a wszystko przez ten nałóg. Jeżeli ktoś nie może sobie z nim poradzić, lepiej, żeby trzymał się z daleka od alkoholu. (...) Dla naszej rodziny to trucizna”[28].

Kiedy wielki kryzys niemal zrujnował Roberta Smitha, rodzina Laurie rozpoczęła wędrówkę, która trwała ponad dekadę[29]. W tym czasie kursowali między Nowym Orleanem a Crowley w Luizjanie. W pewnym momencie ojczym dziewczynki rozważał otwarcie lodziarni. Laurie opowiadała: „Po raz pierwszy w życiu nie mieliśmy czarnoskórej służby. Myślałam, że to koniec”[30]. Jako nastolatka przeprowadziła się do Pass Christian w Missisipi, a potem znów do Nowego Orleanu[31]. W 1941 roku Laurie zamieszkała w tamtejszym pensjonacie, podczas gdy jej rodzice przenieśli się do Mobile w Alabamie. Przez pewien czas występowała jako aktorka w Dzielnicy Francuskiej[32]. Na początku II wojny światowej pracowała dla nowoorleańskiego oddziału państwowego biura meteorologicznego, gdy z Pentagonu nadeszło zapytanie, czy mówi po francusku[33]. „Płynnie” – zełgała i niedługo potem została przeniesiona do biura w Georgetown. Tam, w Waszyngtonie, spotkała młodego oficera marynarki Williama Musgrave’a, którego poślubiła na krótko przed tym, gdy wysłano go na południowy Pacyfik[34].

Laurie McLaurin Musgrave spędziła część wojny w San Francisco, ucząc się litografii i – według własnej relacji – spotykając przypadkiem takie postacie, jak Frank Lloyd Wright czy Henry Miller[35]. Gdy wojna się skończyła i William Musgrave wrócił do domu, para na krótko zamieszkała w San Diego, a następnie przeniosła się do Chicago, gdzie maż Laurie znalazł pracę jako inżynier elektryk[36]. W 1947 roku pani Musgrave urodziła syna, Laurina McLaurina Musgrave’a, później znanego w rodzinie jako McLaurin[37]. W niemowlęctwie nabawił się on zapalenia płuc, a jego matka obawiała się wpływu, jaki mogła mieć na jego zdrowie ostra chicagowska zima. Dlatego wysłała małego McLaurina do swojej matki i ojczyma, do Mobile. Wkrótce potem Laurie rozwiodła się z Williamem i została sama. Nie rozpaczała jednak, wręcz przeciwnie – czuła ekscytację na myśl o tym, co jeszcze czeka ją w życiu. Dużo później wyjaśniała: „Po prostu wyszłam za mąż zbyt wcześnie. Pomyślałam, że chcę spróbować jeszcze raz rozwinąć skrzydła”.

Dwa lata później, gdy Laurie pracowała jako modelka w domu towarowym Marshall Field’s, podczas zaaranżowanej podwójnej randki spotkała Roba Williamsa. Wywarł na niej tak potężne wrażenie, że to  o n a  kupiła  d l a  n i e g o  pierścionek zaręczynowy i zaproponowała małżeństwo[38]. 3 czerwca 1950 roku pobrali się więc przed sędzią pokoju w Omaha, w Nebrasce, a miesiąc miodowy spędzili w domku dla wędkarzy w Hayward, w Wisconsin[39]. Potem Laurie powiedziała Robowi: „To był najbardziej parszywy miesiąc miodowy w moim życiu”.

Nowożeńcy wprowadzili się do apartamentu w północnej dzielnicy Chicago, a 21 lipca 1951 roku Laurie urodziła w szpitalu Wesley Memorial ich syna, Robina McLaurina Williamsa[40]. Robin żartował później, iż jego matka uważała, że naturalny poród to „poród bez makijażu”. Laurie wspominała z kolei, że jej syn urodził się bez przeszkód, chociaż niewiele brakowało, by przyszedł na świat na izbie przyjęć[41]. Gdy po przyjeździe do szpitala personel medyczny zarzucił przyszłą matkę pytaniami i formularzami, Rob postawił ich do pionu: „Zabierzcie tę kobietę na porodówkę, bo zaraz zacznie rodzić tutaj, jak stoi!”[42]. Podobno od razu po tym zabrano ją na salę porodową, zrobiono zastrzyk znieczulający, a kiedy się obudziła, usłyszała: „Urodziła pani ślicznego chłopczyka!”.

O ile jej starszy syn, McLaurin, jako niemowlę miał kłopoty ze zdrowiem, to Robin był radosnym i zdrowym dzieckiem. Zajmowała się nim przede wszystkim czarna pielęgniarka imieniem Susie. (Dziesiątki lat później Laurie nadal określała ją jako „kolorową”[43]). Robin opowiadał: „Nie znosiła żadnego sprzeciwu – nie przyjmowała go do wiadomości. Jeżeli próbowałem jej się postawić, mówiąc: »Nie, nie zrobię tego!«, słyszałem w odpowiedzi: »Aha, a ja myślę, że jednak tak. Myślę, że szanowny pan powędruje NA GÓRĘ!«. Susie miała naprawdę silną osobowość”[44].

Wkrótce po narodzinach Robina Williamsowie przenieśli się z Chicago do wynajmowanego domu w Lake Forest, na przedmieście położone mniej więcej pięćdziesiąt kilometrów na północ od centrum. Zaczęli w ten sposób migrację według wzoru, który powtarzał się potem przez wiele lat[45]. Rob, wytrawny negocjator, zwykle znajdował i wynajmował nowy dom, a Laurie była odpowiedzialna za jego wystrój i zapewnienie gościom rozrywki[46]. Wbrew pozorom były to ważne umiejętności: Rob był zatrudniony w firmie Forda, która wciąż uważała się za rodzinny interes, toteż od pracowników oczekiwano, że będą regularnie zapraszać przełożonych do swoich domów na kolacje.

Laurie, która spędzała całe dnie na zakupach i spotkaniach towarzyskich, uważała imprezy dla współpracowników męża za okazję do wykazania się kreatywnością. Wymagały one bowiem starannego zaplanowania menu i usadzenia osób przy stole, a także wynajęcia licznych służących, między innymi szwaczki, która na każde przyjęcie przygotowywała nowe obrusy i serwetki. Laurie poświęcała się tym bankietom bez reszty, podczas gdy Roba pochłaniała praca. Rodzina prawie nigdy nie jeździła na wakacje, a Rob pozwalał sobie tylko na okazjonalną rundkę golfa lub wypad wędkarski[47]. Najwyraźniej małżeństwu nie pozostawało wiele czasu na zajmowanie się dzieckiem.

Robin wyrósł na chłopca zafascynowanego swoimi rodzicami, zależnego od ich nastrojów i głodnego ich zainteresowania. Z rodzinnych fotografii z tego okresu biją skromność i delikatność chłopca. Na zdjęciach widać chłopczyka często z fryzurą na jeża, rumianymi policzkami, wydatnymi rysami twarzy swojego ojca i błyszczącymi błękitnymi oczyma matki. (Nieprzypadkowo jedno z jego dziecięcych przezwisk to Leprechaun – karzełek[48]). Jeśli na zdjęciu znajduje się również Laurie, zwykle uśmiecha się promiennie do swojego dziecka, a jej mina przypomina uśmiech syna niczym lustrzane odbicie. Na jednym ze zdjęć stoi jednak naprzeciw niego, udając, że chce go uderzyć, a Robin – w stroju do sztuk walki – wygląda tak, jakby zaraz miał zadać jej decydujący cios[49].

Robin był zakochany w matce, w jej łotrzykowskich opowieściach z Nowego Orleanu i mało subtelnym poczuciu humoru, którego najbardziej wymownym przejawem był popisowy numer Laurie: bez słów przecinała szeroką gumkę, wpychała sobie jeden jej koniec do dziurki od nosa, udawała, że kicha, po czym pozwalała, by luźna końcówka zwisała jej niczym glut[50]. Uwielbiała również opowiadać synowi o książce, rzekomo napisanej w XIX wieku przez angielską księżniczkę, traktującej o organizowanych przez nią przyjęciach, a zatytułowanej Bale, które wyprawiłam[51]. Laurie dzieliła z Robinem zamiłowanie do dziwnych wierszyków, które nie zawsze się rymowały i niekoniecznie były żartobliwe, ale za to prowokowały go do myślenia i odszyfrowania tajemnicy ich humoru. Jeden z nich brzmiał tak:

O, pająku tam na ścianie

Gdzie twój rozum, drogi panie?

Przecież ta ściana jest otynkowana

Niezbyt to dobrze dla drogiego pana[52].

A inny:

Na górze róże

Na dole fiołki

A ja cię kocham

Jak róże na górze[53].

Robin rozumiał, że te wierszyki wywołują śmiech u jego matki, nawet jeśli nie wiedział, z jakiej przyczyny. Właśnie wtedy zdecydował, że chce nauczyć się ją rozweselać. Po latach opowiadał: „W tym momencie powiedziałem sobie »No dobra!«. A potem próbowałem znajdować rzeczy, które ją bawiły. Naśladowałem głosy i robiłem różne inne rzeczy, byle wywołać u niej jakąś reakcję”[54].

Później zaś wyjaśnił: „Motywacją do występów może być właśnie potrzeba pierwotnego kontaktu. Mama starała się mnie rozbawić, więc ja też chciałem być przy niej zabawny i czarujący. Nauczyłem się wtedy, że zachowując się w ten sposób, nawiązuję bliski kontakt z innym człowiekiem”[55].

Robin postrzegał Laurie jako osobę towarzyską i z gruntu optymistyczną – wspominał potem, że niemal każdy, kogo spotkała, z miejsca zostawał jej znajomym. Rob z kolei był ojcem enigmatycznym i nieprzeniknionym[56], Robin uważał go za uczciwego, lecz sztywnego. Przezwiska, jakie mu nadawał za plecami – Lord Stokesbury, wicekról Indii[57], Lord Posh (Lord Wykwintniś)[58] lub po prostu Pasza[59] – odzwierciedlały szacunek chłopca do ojca i władzy rodzicielskiej, otaczającej Roberta aury nieomylności, lecz zarazem dystans między nimi. Nie trzeba chyba dodawać, że Robin nigdy nie zwracał się do ojca w ten sposób.

Aktor opowiadał pewną historię ze swojego dzieciństwa, która doskonale oddaje relacje ojca z synem. Pewnego dnia mały Robin wrócił ze szkoły i wręczył tacie kopertę[60]. Ten zapytał: „A cóż to takiego, mój chłopcze?”. „Moje świadectwo, ojcze” – odparł Robin.

Rob otworzył kopertę i przebiegł wzrokiem równy rządek ocen bardzo dobrych, od góry do dołu. Uśmiechnął się i powiedział: „Dobra robota, synu. A teraz chodźmy na kolację”. Robin miał wtedy osiem lat.

Według Todda, starszego syna z pierwszego małżeństwa, powściągliwość Roba była kamuflażem umożliwiającym mu uważną obserwację otoczenia, w tym również ludzi wokół siebie. Rob zapamiętywał każde wypowiedziane przez nich słowo. Przyrodni brat Robina wspominał: „Co usłyszał, to zapamiętał. Nic mu nigdy nie umknęło, chyba że sam postanawiał o czymś zapomnieć”[61]. Todd znał jeszcze jedną równie skromną osobę, która umiała zrobić to samo, co ojciec: Robina. Opowiadał o nim: „Potrafił stać na środku pokoju pełnego ludzi toczących dziesięć różnych rozmów, gadać z jednym z nich, skupiając na nim całą uwagę, ale i tak zapamiętywał wszystko, co działo się wokoło”. Todd twierdził, że Robin zachował tę umiejętność również jako dorosły: „Jest bardzo cichy, wręcz nieśmiały. Mnóstwo ludzi nie może w to uwierzyć, ale od czasu do czasu taki człowiek musi naładować akumulator, inaczej skończy w wariatkowie”[62].

Robin jeszcze w dzieciństwie zauważył, że jego ojciec po alkoholu zdejmował swoją skorupę: „Po kilku drinkach zaczynał być wesolutki. Stawał się wylewny i szczodry, potrafił na przykład zaproponować: »Co byś chciał dostać? Może samochód?«. A ja miałem wtedy pięć lat”[63].

Sztywny i oficjalny na co dzień Rob, zmieniał się jeszcze przy jednej okazji. Śmiał się wtedy z całego serca, pozwalając Robinowi dzielić z nim tę uciechę. W tygodniu, późnymi wieczorami, chcąc się zrelaksować, włączał telewizor i oglądał Tonight Show Jacka Paara. A kiedy do gospodarza programu, zabawnego oryginała, dołączał Jonathan Winters, pyzaty, śmiertelnie poważny komik, który umiał stroić niebywałe miny, ojciec pozwalał Robinowi siedzieć do późna w uspokajającym blasku czarno-białego telewizora i oglądać razem z nim najnowszy numer nieobliczalnego Wintersa[64].

Najwcześniejsze wspomnienie Robina z tych seansów to skecz, w którym Winters wchodzi na scenę w korkowym hełmie i ogłasza, że jest wielkim białym myśliwym, po czym dodaje: „Poluję głównie na wiewiórki”. „Jak to robisz?” – pyta go Paar. „Celuję prosto w orzeszki” – pada odpowiedź.

Wówczas Rob i Robin w rzadkim momencie pełnej ojcowsko-synowskiej harmonii jednocześnie ryknęli śmiechem. Wywarło to na Robinie ogromne wrażenie. Później wyjaśnił: „Mój ojciec był przemiłym człowiekiem, ale niełatwo go było rozbawić. Zobaczyłem, jak się śmieje, i zacząłem się zastanawiać: »Co to za facet w telewizji? Co on właściwie pokazuje?«”[65].

Robin wspominał, że oglądał Paara także kilka miesięcy później, podczas legendarnego występu Wintersa. Gospodarz wręczył mu wówczas patyk (trzepnąwszy nim go najpierw w goleń), a Winters przez następne cztery minuty improwizował, polegając wyłącznie na swoim instynkcie komicznym i przeistaczając się z wędkarza w cyrkowego tresera, a potem w austriackiego skrzypka. Patyk stawał się wiosłem w garści tubylca płynącego kanoe z pieśnią na ustach, włócznią w piersi nieszczęsnego przedstawiciela ONZ i kijem golfowym w dłoniach Binga Crosby’ego, którego charakterystyczny wokal Winters podrabiał doprawdy popisowo[66].

Robina zachwycali również inni telewizyjni komicy, tacy jak Danny Kaye, mistrzowski wykonawca miliona absurdalnych piosenek, który potrafił naśladować jeszcze większą liczbę głosów z zagranicznym akcentem. Żaden z nich jednak nie rozpalał jego wyobraźni tak jak Winters, który za konserwatywną powierzchownością ukrywał szelmowską wrażliwość. Komik ten nie próbował usprawiedliwiać swojego staroświeckiego wizerunku, wręcz przeciwnie – czynił z niego element scenicznej osobowości (żartował na przykład: „Uwielbiam wędkować, to jedno z moich ulubionych hobby. O całej reszcie nie wypada mi wspominać”). Podobnie jak Rob podczas II wojny światowej walczył na Pacyfiku. Kiedy Winters, służący w piechocie morskiej, wrócił z wojny, odkrył, że jego matka oddała w dobre ręce cenną kolekcję zabawek ciężarówek[67]. „Myślałam, że już nie wrócisz” – wyjaśniła.

Inaczej niż większość stand-uperów, którzy chcieli się wyróżnić, przyjmując wyrazisty wizerunek i operując określonym humorem lub sztuczkami, Winters był rzadkim okazem artysty uniwersalnego. Robin uważał go za mistrza komedii wykorzystującego na dowolnej scenie tylko mikrofon i swoją nieograniczoną pomysłowość. Jak podsumował: „Jego występy skrzyły się prawdziwą komiczną alchemią, a jego laboratorium był cały świat”[68].

Przed Bloomfield Hills i Stonycroft Williamsowie mieszkali na Washington Road w Lake Forest[69] niedaleko jeziora Michigan, w „wielkim domu stojącym w sąsiedztwie innych wielkich domów”[70]. Jeff Hodgen, jeden ze szkolnych przyjaciół Robina, opowiadał: „Dom był nieco cofnięty wspólnego podjazdu, więc wyglądał dość tajemniczo. Żeby się tam dostać, trzeba było przejść między drzewami, a wtedy człowiek stawał jak wryty. »Rany, to tutaj mieszkasz?!«”.

Robin już wówczas wykazywał właściwą sobie skłonność do psot. Zasłynął w sąsiedztwie z budzącej zazdrość kolekcji żołnierzyków – nie tanich, plastikowych figurek, ale droższych, wykonanych z ołowiu. Był też znany z wymyślnych metod ich niszczenia. Jon Welsh, kolega z klasy, wspominał: „Wdrapywaliśmy się na dach garażu z zapałkami i trzymaliśmy takiego żołnierzyka nad płomieniem, aż metal się topił i zaczynał spływać. Aż dziw, że żaden z nas nie spadł z tego dachu i nie złamał sobie ręki lub nogi ani nie podpalił garażu”[71].

W rękach Robina zabawkami stawały się również prawdziwe elementy wojskowego wyposażenia, takie jak jedwabny spadochron, który jego ojciec przywiózł jako pamiątkę z wojny. Welsh opowiadał: „Wynosiliśmy go na trawnik i właziliśmy pod spód. Był z jedwabiu, więc miękko spływał wokół nas. Zaczynaliśmy od przeciwnych końców spadochronu i próbowaliśmy się znaleźć albo bawiliśmy się w berka czy chowanego. Tkanina zupełnie nas przykrywała, nie widzieliśmy ani świata naokoło, ani siebie nawzajem. Ktoś, kto ma klaustrofobię, całkowicie by oszalał”[72].

W obecności rodziców Robin powściągał jednak swoje buntownicze zapędy. Welsh przypominał sobie, że kiedy Rob i Laurie przebywali w domu, ich syn „przyjmował nienaturalną postawę – kanciasta sylwetka, wyprostowane ramiona. I od razu zaczynało się »Tak, proszę pana!« i »Tak, proszę pani!«. O ile wiem, jego rodzice nie zachowywali się sztywno, zawsze byli bardzo mili i towarzyscy. Ale w domu stosowali rygorystyczną, staroświecką zasadę, że należy się do nich zwracać właśnie per pan i pani, więc Robin tak do nich mówił – »Tak, proszę pana!« i »Tak, proszę pani!«. Wyprostuj się, łopatki razem, synu”[73].

Gdy Robin miał jakieś dziesięć lat, przedstawiono mu przyrodnich braci. Każdy z nich wychował się w całkiem innym środowisku i mimo że widywali się z Robinem raczej nieregularnie, mieli przemożny wpływ na to, jak chłopiec rozumiał pojęcie rodziny. Todd, starszy syn Roba, miał teraz dwadzieścia trzy lata i mieszkał w okolicach Chicago. Przedtem wiele lat spędził z matką w Versailles, w Kentucky, lecz gdy miał piętnaście lat, uciekł z domu do Naples na Florydzie, gdzie przez pewien czas pracował jako pomocnik kelnera (później wyjaśniał: „Ależ był ze mnie głupi dzieciak”)[74]. Wrócił do Versailles, by skończyć szkołę średnią, ale jego awanturnicze skłonności nie wygasły, toteż wyniósł się stamtąd do Chicago, żeby być bliżej ojca. Zapisał się do koledżu w Lake Forest, ale nauka mu nie szła. Todd wyjaśnił: „Za dużo grałem. I tyle zostało z mojego wyższego wykształcenia”[75].

W stosunkach Todda i Roba mogło panować pewne napięcie, lecz okazało się, że chłopak nieoczekiwanie nawiązał nić porozumienia z Laurie, nową żoną ojca. Todd opowiadał: „Nie chciałem jej polubić, bo czułem się lojalny wobec swojej mamy. Laurie wyszła za mojego tatę. Za kogo ona się właściwie uważała? Ale dość szybko zostaliśmy niezłymi kumplami”[76]. Kiedy chłopak źle się zachowywał – co zdarzało się dość często – Laurie brała jego stronę. Todd przyznał: „Robiłem coś złego i wtedy tatko się wściekał, ale ona zawsze dawała radę nas rozdzielić i ochronić mnie przed kłopotami”[77].

Starszy brat widział, że stawia się go za przykład młodszemu, z tym że za przykład negatywny: na jakiego człowieka Robin nie powinien wyrosnąć. Todd wspominał: „To był dość powściągliwy dzieciak. Ja byłem całkiem inny, w głowie miałem piekło i szatanów. Ojciec wychowywał Robina, przestrzegając go: »Nie rób tego. Twój brat tak postąpił. Zobacz, jak to się dla niego skończyło!«”[78].

Mimo to Todd stał się dla Robina wzorem starszego brata, którego do tej pory Robinowi brakowało. Był awanturnikiem pokazującym, jak może wyglądać dorosłość, a czasem również dręczycielem. Aktor opowiadał: „Todd zawsze wymuszał ode mnie pieniądze. Przychodził do mojego pokoju i mówił, że potrzebuje pieniędzy na piwo, a ja na to: »O rany, tak, weź wszystko, co mam!«. Mama strasznie się wściekała, bo Todd potrafił włamać się do mojej świnki-skarbonki i uciec z łupem – czterdziestoma dolarami w drobniakach”[79].

W tym samym czasie McLaurin, starszy syn Laurie, mieszkał w Alabamie z jej matką i ojcem, myśląc, że są oni jego prawdziwymi rodzicami. Kiedy Laurie od czasu do czasu ich odwiedzała, mówili mu, że to jego kuzynka. Gdy jednak chłopak skończył trzynaście czy czternaście lat, ujawnili mu zaskakującą prawdę. Wspominał: „Powiedzieli mi, że moja przepiękna, absolutnie zachwycająca kuzynka Punky nie jest moją kuzynką. Jest ich córką, a moją matką”[80]. McLaurin został postawiony przed wyborem: przenieść się na północ i mieszkać z Laurie, Robem i Robinem lub zostać w Alabamie i pozwolić, aby dziadkowie go adoptowali[81]. Rob zaprosił go, żeby spędził trochę czasu z rodziną Williamsów i dopiero wtedy zdecydował, co woli.

Pojawienie się Robina w jego życiu było dla McLaurina – jak się okazało – upragnionym wydarzeniem. Chłopak relacjonował, że przedtem dorastał „jako jedynak, który zawsze chciał mieć rodzeństwo. W pewnej chwili nagle się okazało, że je mam! Mam braci, ale fajnie! Wydawało się, że całkiem nieźle do siebie pasujemy”[82].

McLaurin identyfikował się z Robinem, zwłaszcza pod pewnym szczególnym względem: „Obaj byliśmy samotnikami ceniącymi sobie prywatność. Obaj lubiliśmy schować się czasami we własne głowy, on nawet bardziej. Był zawsze bardzo grzeczny i uprzejmy, prawdziwy słodziak”. Przyrodni brat był zauroczony także bujną wyobraźnią Robina i tym, jak brat dawał jej upust podczas zabawy kolekcją żołnierzyków.

McLaurin przyznawał także, że czasem między nim a matką panowała napięta atmosfera, ponieważ zostali wychowywani przez tych samych ludzi – rodziców Laurie. Był jednak zafascynowany swoim ojczymem Robem, raczącym go opowieściami o osławionych chicagowskich gangsterach, którzy swego czasu przyszli do jego salonu Lincolna i kupili nowy samochód, płacąc w całości gotówką. Rob twierdził także, że dwa tygodnie później wyłowiono to auto z rzeki, podziurawione kulami jak sito. Inni uważali Roba za chłodnego i niekomunikatywnego, lecz McLaurin był pod wrażeniem surowych, lecz uczciwych metod, jakie mąż matki stosował, by wpoić dzieciom dyscyplinę. Opowiadał: „Rob miał silny charakter i lubił, jak wszystko szło po jego myśli, ale gdy coś schrzaniłem, następnego dnia słyszałem »No, chłopie...«. O, nie! Dobra, co zrobiłem nie tak? A on zawsze mi wyjaśniał, z jakiego powodu to czy tamto powinno być zrobione inaczej. Był dżentelmenem i wspaniałym człowiekiem”. W końcu McLaurin zdecydował się pozostać w Alabamie z dziadkami, którzy go potem adoptowali. Wyjaśniał swój wybór następująco: „Chodziło o to, że lepszy znany diabeł niż nieznany. Mimo że naprawdę uwielbiałem Roba”[83].

Todd i McLaurin również się spotkali i wraz z Robinem zaakceptowali się nawzajem jako bracia. McLaurin wspominał: „Rob strasznie się temu dziwił. Mawiał: »Nie rozumiem, jakim cudem tak dobrze się dogadują«. A ja na to: »No wiesz, to dlatego, że nie dorastaliśmy razem«”[84].

Mimo że relacje między chłopcami układały się tak dobrze, Robin był niekonsekwentny: czasem uznawał istnienie braci, a czasem nie. Wiele lat później Frankie Williams, żona Todda, powiedziała: „Robinowi zdarzało się twierdzić, że dorastał jako jedynak. Oczywiście natychmiast pojawiali się ludzie, którzy mówili nam: »Och, Todd, ale słyszeliśmy, że Robin jest jedynakiem«. Musieliśmy wtedy wyjaśniać, że nie, że ma dwóch przyrodnich braci, a Todd spędzał z nim, ojcem i macochą sporo czasu w wakacje, święta, i tak dalej”[85].

Jako nastolatek Robin nie miał problemów z wyrażaniem swojego zainteresowania dziewczynami – na szczęście odwzajemnianym – chociaż jego najwcześniejsze związki wyglądały dość niewinnie. Jedną z jego pierwszych dziewczyn była Christie Platt, sąsiadka z Lake Forest. Ona miała wtedy trzynaście lat, on – dwanaście. Zapamiętała go jako zdecydowanie przystojnego chłopaka. Christie opowiadała: „Zawsze myślałam, że wygląda trochę jak Brytyjczyk. Miał bujną, gęstą czuprynę, długie nogi i krzepkie ciało”[86].

Ich uczucie w tym wieku wyrażało się w wymianie naklejek. Christie śmiała się: „Właśnie tak wtedy robiliśmy... albo zapisywaliśmy cały zeszyt linijka za linijką imieniem tej drugiej osoby. Jestem pewna, że nigdy się nie pocałowaliśmy ani nie zrobiliśmy niczego podobnego. O ile pamiętam, tylko staliśmy i nieśmiało rozmawialiśmy, a potem wracaliśmy do domu”. Wieczorami i w weekendy mogli jeździć razem na rowerach do lasu albo kopać puszkę czy bawić się z przyjaciółmi w zdobywanie flagi. Czasami Christie widziała, jak Robin bawi się swoimi żołnierzykami z innymi chłopcami, lecz trzymała się od tego z daleka. Jak sama przyznała: „Wyglądało to bardzo poważnie, ale ja uważałam to za wyjątkowo nudne”.

Zaraz potem ich krótki związek się zakończył. Robin chodził do szóstej klasy w Gorton School, ale Christie, rok starsza, uczęszczała do pierwszej klasy gimnazjalnej w Deer Path School. Wiedziała, że jako gimnazjalistka ryzykowała ostracyzm, gdyby przyznała się do chodzenia z młodszym chłopakiem z podstawówki. Wyjaśniała potem: „Trochę się tego wstydziłam. Niektórzy mówili: »Nie znam go. Czy chodzi do Deer Path?«. A ja na to: »Nnnie, do Gorton«. Próbowałam mówić to tak, żeby zabrzmiało luzacko, ale nigdy mi się nie udawało. Nie było w tym nic luzackiego”.

Gdy Robin chodził jeszcze do piątej klasy, jego kolegów zaczęli dręczyć starsi chłopcy. Zwykle działo się to na placu zabaw. Robin jednak potrafił z powodzeniem uciec przed atakami. Jego przyjaciel Jeff Hodgen wspominał: „Dręczyciele chcieli mi pokazać, gdzie jest moje miejsce, bo byłem taki duży jak większość szóstoklasistów, jeżeli nie większy. Łapali mnie więc i bili w brzuch tak, żebym stracił oddech. A Robin powtarzał mi: »Zaraz po gwizdku uciekaj do klasy«. Myślę, że to było cwane z jego strony. »Chcesz uniknąć bólu? Zabieraj się stąd, i to szybko«”[87].

Między piątą a szóstą klasą przyjaciele zaczęli dostrzegać u Robina subtelną zmianę. Hodgen oceniał: „Minął zaledwie rok, a on zaczął wyglądać całkiem inaczej: widziało się u niego dojrzałość, miał też inny wyraz twarzy. W piątej klasie uśmiechał się albo zachowywał nieśmiało, a potem – nie, nie pogardliwie, ale trochę tak, jakby w każdej chwili był gotów coś powiedzieć”.

Jako pierwszoklasista w gimnazjum Deer Path Robin poczuł potrzebę publicznych wystąpień, mimo że najczęściej robił to po to, by ocalić skórę przed prześladowcami. Wspominał: „W pierwszej gimnazjalnej zacząłem opowiadać dowcipy, dzięki czemu udawało mi się uniknąć kopniaków. Teraz wiele dzieciaków ze szkoły było większych niż ja i chciało mi to udowodnić, rzucając mną o ścianę. Do równoległych i wyższych klas chodziło wtedy sporo krzepkich kolesiów z farmerskich rodzin i synów robotników z fabryki samochodów. Kiedy szedłem do szkoły, zastanawiałem się, czy nie ma jakiegoś nowego wejścia, czasami nawet żałowałem, że nie mogę dostać się do środka przez dach, bo łapali mnie natychmiast, jak tylko przekroczyłem próg”[88]. Robin zaprzeczał domysłom, jakoby dręczyciele wyróżniali go w związku z tym, że pochodził z zamożnej rodziny: „A skąd mieliby wiedzieć, że byłem bogaty? Czy podchodziłem do nich i pytałem: »Hej, chłopaki, może któryś z ma ochotę na partyjkę krokieta?«. Pomyśleliby, że zapraszam ich na obiad!”.

Robin nie miał jednak zbyt wiele czasu, by szlifować swoje umiejętności towarzyskie. Kilka miesięcy po rozpoczęciu roku szkolnego Williamsowie przenieśli się z Lake Forest do Bloomfield Hills. Przyjaciele Robina nie przypominali sobie, żeby ktokolwiek uprzedził ich o przeprowadzce. Pewnego dnia, jak powiedział Jon Welsh, „Robin po prostu nie przyszedł do szkoły. Gdzie on się podział? Ach tak, jego rodzina się wyprowadziła. Zniknął, ot tak, po prostu. Przywykliśmy do tego, bo w tamtych czasach ludzie przychodzili i odchodzili, tak jak wszędzie”[89].

Christie Platt skomentowała: „Wyjechał, nie zostawiając po sobie ani śladu”[90].

Welsh zastanawiał się również, czy czasem dzieci dyrektorów najwyższego szczebla nie przystosowują się do tymczasowego trybu życia i nie unikają przywiązywania się do miejsc i ludzi, „tak jak dzieci trepów – dzieciaki, które przeprowadzają się z jednej jednostki wojskowej do drugiej. To byłoby prawie jak oswajanie się od dzieciństwa ze śmiercią. Dziś jestem, a jutro mnie nie ma. Wszyscy przyzwyczajamy się do tej myśli, prędzej czy później”[91].

W rzeczywistości Robin nie cierpiał tych przenosin i musiał świadomie wypracować w sobie gotowość do przeprowadzki w każdej chwili. Za każdym razem, kiedy przybywał do nowego miasta czy nowej szkoły, czuł się niezręcznie, tak jakby znajdował się na świeczniku. Kiedyś powiedział: „Zawsze byłem tym nowym. To zmienia człowieka”[92].

Ostatnia przeprowadzka do Bloomfield Hills i osobliwej, ustronnej rezydencji Stonycroft była dla Robina szczególnie trudna. Oznaczała ona początek dziwnego okresu, jakby wygnania, które dawało mu jednak szczególną wolność. Spędzał wiele czasu na strychu, próbując nasycić swoją zachłanną wyobraźnię. Nie chodziło o to, że nie był popularny wśród dzieci z sąsiedztwa – jak sam powiedział: „W sąsiedztwie  n i e  b y ł o  innych dzieciaków. Wymyślałem sobie własnych małych przyjaciół. »Mogę wyjść się pobawić?«. »Nie wiem, muszę zapytać samego siebie«”[93]. Spędzał wówczas wiele czasu z Susie, nianią i służącą, która opiekowała się nim w Chicago, kiedy był jeszcze mały, i dalej pracowała dla Williamsów w Stonycroft. Poza tym byli też John i Johnnie Etchenowie, małżeństwo Afroamerykanów pracujące w rezydencji jako służba, a także ich syn Alfred, o kilka lat starszy od Robina, który czasem się z nim bawił[94].

Robin znosił jakoś długie, smutne okresy, kiedy Rob podróżował w interesach lub dla przyjemności, a Laurie mu towarzyszyła. Rodzice nie uświadamiali sobie, jak ta rozłąka wpływała na ich syna. Wiele lat później Laurie opowiadała: „Nie wiedziałam, jak samotny czuł się wtedy Robin, ale musiałam jeździć z Robem, bo mu nie ufałam. Dlaczego? Nie bądź głupi. Ale Robin przy tym cierpiał, a ja nie zdawałam sobie z tego sprawy. Spędził w ten sposób kilka samotnych lat. Czasem myślisz, że jesteś cudowną matką, ale może jednak tak nie jest”[95].

Robin nie był jednak całkowicie samotny na swoim strychu. Jego wielka kolekcja żołnierzyków przeprowadziła się do Stonycroft razem z nim, a teraz zyskał nową przestrzeń, w której mógł ich rozstawiać, i nikt go nie oceniał ani nie dyktował mu, jak ma ich użyć. Dzięki temu jego fantastyczne bitwy stały się jeszcze bardziej skomplikowane i bogate w szczegóły. Teraz na strychu generałowie Konfederacji mogli werbować żołnierzy z bronią automatyczną, a konni rycerze toczyli potyczki z nazistami. Robin opowiadał: „Mój świat ograniczał się do tysięcy żołnierzyków, którymi odgrywałem bitwy z II wojny światowej. Miałem całą dywizję pancerną, sto pięćdziesiąt czołgów i deskę trzy metry na metr, na którą sypałem piasek, a ona stawała się Guadalcanal”[96].

Chronił się również przed rzeczywistością, oglądając wieczorne występy swoich ulubionych komików. Stały się one dla niego czymś więcej niż tylko źródłem rozrywki dzielonej z ojcem. Robin znalazł dość prymitywny sposób, by zapisać dźwięk z tych programów, a potem móc odtwarzać go na życzenie: nagrywał go przez mikrofon na magnetofon kasetowy trzymany przy telewizorze. Potem cierpliwie słuchał taśm z nagraniami, zwracając uwagę nie tylko na treść monologów, lecz także na ton i tempo, intonację oraz modulację głosu, i w ten sposób uczył się naśladować komików. Komedia była nauką wymagającą starannego studiowania, tak jak chemia. Łącząc język i technikę w pewien ściśle określony sposób, można było uzyskać rezultat gwarantujący wybuch śmiechu na widowni. Wprawdzie Robin nie miał się z kim dzielić tymi spostrzeżeniami i płynącą z nich satysfakcją, ale też nikogo w tym celu nie potrzebował. Jak sam powiedział: „Moim jedynym towarzyszem i przyjacielem była wyobraźnia”[97].

W dzień Robin uczęszczał do Detroit Country Day School, elitarnej instytucji edukacyjnej założonej w 1914 roku. Panowały tam najbardziej rygorystyczne zasady ze wszystkich szkół, do jakich w życiu chodził. Wymagano od uczniów, żeby nosili sportowe marynarki, swetry, krawaty i spodnie w szkolnych kolorach: granatowym i złotym[98]. Szkoła miała surowe łacińskie motto: Mens sana in corpore sano, czyli „W zdrowym ciele zdrowy duch”.

W Country Day dopuszczano do nauki w wyższych klasach wyłącznie mężczyzn, co sprawiało, że wśród starszych chłopaków panowała dość napięta atmosfera. Robin wspominał, jak w celu złagodzenia napięcia powodowanego przez nadmiar testosteronu „pewnego razu przywieźli nam na tańce pełen autobus dziewcząt ze szkoły żeńskiej. Zakołysano nam nimi przed nosem, a kiedy pytaliśmy się już nawzajem: »Co się tak ślinisz?«, zapakowali dziewczyny z powrotem do autobusu. Popędziłem za nim, wrzeszcząc: »Czekajcie! Wracajcie! Co to było? Do czego się ich używa?«”[99].

Program szkoły przygotowywał uczniów do nauki w prestiżowych koledżach, a w dalszej przyszłości – do objęcia ról kierowniczych. Robinowi bardzo się podobał tamtejszy rygor. Zaczął nawet nosić na zajęcia aktówkę. Miał dobre stopnie i znakomicie sobie radził jako sportowiec. Przez tydzień próbował swoich sił w futbolu amerykańskim, lecz potem zwrócił się ku piłce nożnej i zapasom. Ze swoim nabitym, krzepkim, owłosionym ciałem okazał się szczególnie wprawnym zapaśnikiem. Na pierwszym roku był niepokonany, lecz sytuacja się zmieniła, gdy dotarł do mistrzostw stanu Michigan, gdzie – według własnej relacji – postawiono go naprzeciwko „jakiegoś dzieciaka z północnej części stanu, który wyglądał, jakby miał dwadzieścia trzy lata i zaczynał łysieć”[100].

Wywichnięte ramię w końcu zmusiło Robina do wycofania się z drużyny, ale opuścił ją odmieniony nowym doświadczeniem. Jak sam to ujął, ostatecznie dano mu szansę na rozładowanie agresji na kimś w jego rozmiarze[101]. Był także usatysfakcjonowany współpracą z trenerem drużyny, Johnem Campbellem, wygadanym obrazoburcą z Detroit Country Day, który był także kierownikiem wydziału historycznego oraz doradcą zespołów Modelu ONZ i Symulacji Politycznych. Sue, córka Campbella, opisywała go jako liberała bez poczucia winy – „prawdziwego idealistę, prawdziwego lewicowca, naprawdę wierzącego w demokrację”[102] – który lubił stawać w intelektualne szranki ze studentami i zmuszać ich, by bacznie przyjrzeli się swoim poglądom.

Sue wspominała: „Lubił to robić zwłaszcza z republikanami. Mnóstwo jego studentów pochodziło z nader konserwatywnych rodzin, a on uwielbiał ich drażnić i podpuszczać. »Ej, to twoje poglądy czy twoich rodziców?«”. Campbell miał na Robina ogromny wpływ, chociaż idee przekazywane przez tego wykładowcę – oraz konfrontacyjny sposób, w jaki były wpajane – ujawniły się dopiero po latach.

W Detroit Country Day Robinowi nadal zdarzało się wplatać zgrabne żarciki do całkiem poważnych przemówień, do których wygłaszania studenci byli zobowiązani w porze lunchu[103]. Strategia ta sprawdzała się doskonale, dopóki nie pozwolił sobie w ramach jednego z wystąpień na Polish joke. Dowcip na temat „Polaczków” raczej nie przypadł do gustu zastępcy dyrektora, Amerykaninowi polskiego pochodzenia. W tym samym okresie Robin – niespecjalnie gorliwy członek jednego z kościołów protestanckich – uczestniczył w co najmniej czternastu bar micwach na rok i zaprzyjaźnił się z kilkoma Żydami. Ich charakterystyczne zwyczaje i fatalistyczne nastawienie do życia miały na niego niezaprzeczalny wpływ. Potem przez wiele lat wykorzystywał podłapane od nich trzeszczące, pełne flegmy, zabawnie brzmiące w jego ustach żydowskie słowa. Kiedyś zażartował nawet: „Moi przyjaciele zrobili ze mnie honorowego Żyda i wmawiali ludziom, że uczestniczyłem w ceremoniach religijnych w synagodze... ale w Dublinie”.

Pod koniec pierwszego roku w szkole Detroit Country Day wiosną 1968 roku Robin radził sobie znakomicie. Należał do grona najlepszych uczniów i pełnił ważną funkcję w Radzie Prefektów, czyli uczniowskim samorządzie[104]. Do tego został przewodniczącym klasy na następny rok. Wspominał potem: „Niecierpliwie oczekiwałem kolejnego roku szkolnego; przyszłość rysowała się przede mną jasno. Planowałem, że zdam albo do jakiegoś małego koledżu na Środkowym Zachodzie, albo – jeżeli miałbym szczęście – do jednego z uniwerków Ivy League”[105]. Żaden z tych planów nie doszedł jednak do skutku.

Kariera Roba Williamsa w firmie Forda rozwijała się pomyślnie przez wiele lat. Ojciec Robina był weteranem wojennym ze świadectwem ukończenia szkoły średniej, który umiejętnie skorzystał z szansy, by dorównać innym członkom kierownictwa, znacznie młodszym, lepiej wykształconym, lecz mniej doświadczonym niż on. Kiedyś powiedział swojemu pierworodnemu Toddowi: „Gdy podjeżdżam do tego budynku na wschodnich przedmieściach i parkuję, patrzę w górę na okna i wiem, że siedzi tam piętnastu chłopaków, wszyscy z dyplomami MBA, każdy z nich to prawdziwy pistolet i każdy chciałby wysadzić mnie z siodła. A ja jestem wielkim szefem. Wiedzą, że nie mam dyplomu wyższej uczelni i naprawdę chcą mi narobić wstydu. Kiedy otwieram drzwi, biorę głęboki oddech i czuję się tak, jakbym wchodził na arenę w Koloseum”[106].

W drugiej połowie lat sześćdziesiątych Rob nie mógł już dłużej opierać się pokoleniowej zmianie w szeregach osób zarządzających firmą. Według niego Ford ignorował jego rekomendacje dotyczące najważniejszych linii produktów, więc Rob uznał, że czas odejść. Pożegnał się z firmą w 1967 roku w wieku sześćdziesięciu jeden lat i zaczął pobierać świadczenia emerytalne[107]. Robin później określał odejście ojca z Forda jako wcześniejszą emeryturę, lecz Laurie twierdziła, że byłaby ona bardziej korzystna, gdyby Rob popracował jeszcze przez kilka lat. Ojciec Robina chciał przeprowadzić się na Florydę, lecz Laurie stanowczo zaoponowała – nie chciała mieszkać na „cmentarzysku słoni” z „całą masą bogatych staruchów”[108]. Zamiast tego tak pokierowała rodziną, że wkrótce wszyscy przenieśli się do Kalifornii, do miasteczka Tiburon nad Zatoką San Francisco. Rob przyjął ofertę pracy w First National Bank, banku z Detroit, i został jego przedstawicielem w zachodniej części USA[109].

Po raz kolejny praca Roba wpłynęła na losy całej rodziny, Williamsowie zostali zmuszeni do przeniesienia się w inne miejsce i zapuszczania korzeni od nowa. W związku z tym Robin opuścił szkołę, którą już poznał, przyjaciół, których zyskał, i znów zmienił tożsamość. Czekała go daleka podróż do innej części kraju, o tysiące mil od poprzedniego domu. W jednej chwili stracił relacje, które zaczął nawiązywać, osiągnięcia szkolne, sposoby funkcjonowania w środowisku, a także poczucie własnej wartości, które stworzył przez lata w Michigan. Na Zachodnim Wybrzeżu musiał budować swoje życie od zera, tak jak poprzednio. Nadszedł czas, by jeszcze raz wystartować.

– 2 –
MISTRZ UCIECZEK

Latem 1968 roku Rob i Laurie Williamsowie zbliżali się do Kalifornii. Jechali tam autem, jak przystało na rodzinę związaną z branżą samochodową. Ich siedemnastoletni syn wyglądał przez okno, oglądając pejzaże, które uznał za przerażające. Szare kłęby spływające ze wzgórz i unoszące się nad Zatoką San Francisco spowijały rodzinę Williamsów. Była to tylko mgła, ale Robin widział ją pierwszy raz w życiu i był przekonany, że otacza go trujący gaz. Jak powiedział później: „Ze strachu o mało nie zlałem się w gacie”[1].

Gdy mgła się wreszcie rozproszyła, Robin zobaczył panoramę zatoki i hrabstwa Marin, z lasami potężnych sekwoi i siecią zacisznych podmiejskich dzielnic. Tiburon, zamożne miasteczko, ku któremu zmierzali Williamsowie, leżało bezpiecznie na półwyspie po północnej stronie mostu Golden Gate, nieco dalej od San Francisco. Pstrokaty cyrk, zwany Latem Miłości, właśnie zwinął namiot i opuścił to miasto. Rob i Laurie szybko się tu zaaklimatyzowali. Wynajęli dom przy Paradise Drive, krętej ulicy wijącej się wzdłuż wybrzeża. Rob pracował nie tylko dla banku, założył także firmę konsultingową. W wolnym czasie z przyjemnością brał udział w wycieczkach wędkarskich. Kupił nawet parę łodzi rybackich typu Monterey Clipper, jedną z nich napędzaną hałaśliwym silnikiem Hicksa, którego warkot tak polubił, że nagrywał ten dźwięk, by upajać się nim również na lądzie. Laurie zaczęła odwiedzać kościół protestancki Christian Science (Stowarzyszenia Nauki Chrześcijańskiej) w położonym na wyspie miasteczku Belvedere. Potem wspominała: „Chodziłam do kościoła w środowe wieczory, a kiedy wracałam do domu, mąż pytał: »I jak tam dzisiaj ta twoja wiecznie uśmiechnięta wspólnota?«”[2]. Jedną z ważnych zasad obowiązujących w jej kościele było to, że wierni mają polegać bardziej na modlitwie niż na nowoczesnej medycynie. Szczęśliwie Laurie nie zrezygnowała z korzystania od czasu do czasu z usług lekarzy ani też ze zrobienia sobie liftingu wiele lat później. Robin już jako dorosły określał matkę czule jako Christian Dior Scientist[3].

Jako nastolatek wszakże czuł się zdumiony przejściem od zdyscyplinowanego i konserwatywnego systemu wychowawczego rodem ze Środkowego Zachodu do spokojnej przystani na wybrzeżu, gdzie wszystko wydawało się dozwolone. Wspominał później: „Prawdopodobnie łatwiej by mi było znieść przeprowadzkę do Meksyku. Przeżyłem totalny szok kulturowy!”[4]. Najbardziej uderzające różnice napotkał w Redwood High School, liceum, do którego zapisano go tej jesieni. Redwood na pierwszy rzut oka mogło się wydawać podobne do Detroit Country Day: uczniowie tej szkoły w większości pochodzili z zamożnych białych rodzin[5], jej zespoły sportowe były znakomicie dofinansowane, a wielu absolwentom udawało się dostać do najlepszych koledżów. (Jedna znacząca różnica polegała na tym, że Redwood było placówką koedukacyjną). Choć na pozór szkoła funkcjonowała sprawnie, jej uczniowie, podobnie jak ich rówieśnicy z całego kraju, byli wewnętrznie skonfliktowani. Walczyli o prawo do decydowania o sobie, a jednocześnie poszukiwali pomysłu na siebie.

Kiedy Robin został uczniem Redwood, zjawiał się każdego dnia w szkole w marynarce, krawacie i z aktówką, tak jak w Detroit Country Day. Tyle że tu jego sztywniacki sposób bycia i wygląd zwracały uwagę koleżanek i kolegów. Rzecz jasna rodziły też nieprzychylne komentarze: inni uczniowie nazywali go kujonem i zarzucali mu, że „promieniuje negatywną energią”[6]. Minęło kilka tygodni, zanim zrezygnował z uniformu, do którego przyzwyczaiła go poprzednia szkoła, i pozwolił sobie na dżinsy. Wkrótce potem ktoś podarował mu pierwszą hawajską koszulę – ten strój odmienił jego życie[7]. Robin skomentował po latach: „W tamtej chwili przepadłem. W moim życiu zaczął się burzliwy okres – nauczyłem się totalnie sobie odpuszczać”.

Inaczej niż poprzednia konserwatywna szkoła Redwood proponowało zajęcia z psychologii, produkcji filmów na taśmie 16 mm i kultury afroamerykańskiej, mimo że w starszych klasach nie było żadnych czarnych uczniów[8]. Na sposób prowadzenia zajęć w Redwood wciąż miały wpływ techniki pracy w grupie terapeutycznej, przeżywające rozkwit nieco wcześniej, w latach sześćdziesiątych. Robin wspominał, że niektóre zajęcia zdarzało mu się kończyć, obejmując wszystkich kolegów z klasy, ale na porządku dziennym były jeszcze bardziej niekonwencjonalne zachowania: „Jeden nauczyciel czasem przerywał wykład w pół zdania, a wtedy kilkoro dzieciaków zaczynało wybijać rytm, po czym wszyscy wstawali i tańczyli naokoło sali”.

Robin nie stał się klasowym żartownisiem, takim jak w Detroit Country Day, ale nie był również zupełnym wyrzutkiem. Mimo że inni uczniowie słabo go znali, śmiało zgłosił swoją kandydaturę na przewodniczącego samorządu starszych klas. Otrzymał sześćdziesiąt jeden głosów, dzięki czemu uzyskał przyzwoite drugie miejsce[9]. Nadal uprawiał sport: grał w reprezentacyjnej drużynie piłkarskiej i brał udział w biegach przełajowych. Sporty były „jedną z nielicznych dziedzin, która pozwalała mu się zintegrować z grupą”[10], twierdził Douglas Basham, jeden z trenerów Robina i nauczyciel matematyki w Redwood.

Robin – podobnie jak jego rówieśnicy – zaczął eksperymentować z narkotykami. Chociaż z początku wzdragał się przed spróbowaniem trawki z obawy, że obniży ona jego wyniki sportowe, to w końcu zapalił. Według jego relacji było to podczas „poszukiwania astrologicznych skarbów, kiedy ludzie spod tego samego znaku zodiaku ładowali się do autobusu i jeździli po kraju, szukając różnych rzeczy, takich jak zaginione mandale”[11]. Później przyznał, że marihuana wywoływała u niego senność, więc „nie wkręcił się”, chociaż zdarzało mu się popalać skręty rekreacyjnie, czasem nawet podczas trenowania biegów przełajowych. Gdy kiedyś biegał, będąc pod wpływem trawki, wydało mu się, że widzi na ścieżce sępa, którego próbował przegonić: „Kiedy się zbliżyłem, zaczął syczeć i rozpostarł skrzydła, a wtedy odwróciłem się do reszty i powiedziałem: »Jezu,  w i e d z i a ł e m,  że tak będzie, jak się upalę. Nie wytrzymam tego!«”.

Trenowanie w grupie biegów przełajowych było dla Robina ważną częścią życia towarzyskiego, czuł się wtedy częścią zespołu. Razem z przyjacielem z drużyny, Philem Russellem, udawali czasami, że są długodystansowcami, olimpijczykami Frankiem Shorterem i Jackiem Bachelerem. Ćwiczenia w terenie wzmacniały u Robina poczucie przynależności do grupy, a piękna przyroda, która go otaczała, wpływała na jego dobre samopoczucie. Podczas jednego z treningów wspięli się na górę Tamalpais, skąd można było dostrzec plażę Stinsona, znów okrytą mgłą. Tym razem widok był mu już dobrze znany, więc nie przeraził go jak niegdyś, ale wypełnił „przepięknym uczuciem zbliżonym do znanego z zen satori, oświecenia”. Pod jego wpływem zbiegł ze zbocza aż między fale Pacyfiku[12].

Sportowcy z Redwood dali się ponieść wyjątkowej atmosferze, która zapanowała w całej szkole. W tym samym roku główny trener biegania, Gary Shaw, wprowadził zasadę, w myśl której biegacze musieli mieć włosy „rozsądnej długości”, w przeciwnym razie wylatywali z zespołu[13]. Douglas Basham, który nie zgadzał się z nakazem Shawa, wspominał: „Każdy, kto miał konserwatywne poglądy, myślał: »To wszystko przez komunistów, którzy chcą nam zaszkodzić«. Nie mam pojęcia, jak to się miało do długości włosów”[14]. Tej arbitralnej decyzji sprzeciwiało się wielu uczniów, w tym Robin – nieważne, że i tak nosił krótkie włosy. Wszyscy biegacze przełajowi ze szkolnej drużyny podpisali petycję przeciwko tej zasadzie. Dyskusja na ten temat toczyła się w Redwood przez wiele miesięcy. Basham opowiadał: „W pewnym okresie ludzie rzucali różnymi przedmiotami w dzieciaki biegające po torze i wrzeszczeli: »Wywalić stąd tych hipisów!«. Paru chłopaków z zespołu piłkarskiego przylało biegaczom. Złapali ich po tańcach i nieźle im przywalili. Często tak bywało i trudno było sobie z tym poradzić”.

Robin nie był stereotypowym sportowcem-mięśniakiem. Pilnie się uczył, do tego stopnia, że został członkiem stowarzyszenia najlepszych absolwentów szkoły[15], a nawet wystąpił w satyrycznym przedstawieniu pożegnalnym swojego rocznika[16]. Poza tym był indywidualistą mającym grono rozmaitych przyjaciół, a także wrażliwym młodzieńcem, któremu ciążył panujący w szkole niepokój. Kolega z klasy, Phillip Culver, twierdził: „Robin nie był ekstrawertykiem. Wydawał się dość nieśmiały, a w tłumie wyraźnie czuł się nieswojo”.

Culver spędzał sporo czasu w suterenie domu Williamsów przy Paradise Drive z Robinem i jego wspaniałą kolekcją żołnierzyków. Wspominał później: „Robin powtarzał mi rozmowy, jakie toczyli mali żołnierze w każdym zakątku pola bitwy, tak jakby je słyszał. Ja widziałem tylko zabawki na wielkiej desce. Pomyślałem wtedy: »Ten koleś jest naprawdę interesujący«”[17].

W tym okresie w życiu Robina ponownie pojawił się jego przyrodni brat Todd. Niedawno zdemobilizowano go z lotnictwa, gdzie spędził cztery lata, przenosząc się między jednostkami z Grenlandii do Panamy, Oklahomy i Missisipi[18]. Potem pracował jako gleboznawca w Ohio, a teraz przybył do Kalifornii, by zarządzać siecią barów i restauracji. Jak sam wyjaśniał: „Ostro wtedy piłem, a mając do dyspozycji bar, mogłem sobie używać”.

Kiedy Todd wskrzesił w San Francisco nocny lokal Mother Fletcher’s, pomagał mu w tym siedemnastoletni Robin, który za niewielką opłatą razem z bratem przeprowadził remont wnętrza, a potem urządził je na nowo[19]. Po skończeniu liceum Robin spędził także część wakacji, pracując w Trident, restauracji i klubie muzycznym w Sausalito, które były własnością członków zespołu Kingston Trio. Ściany klubu zdobiły murale jak z kalejdoskopu, a o gości dbała obsługa równie dziwaczna jak menu, które zawierało potrawy... kuchni ekologicznej. Robin opowiadał, że kelnerki „nosiły natryskiwane dwuczęściowe stroje, które wyglądały jak pończochy zrobione z makramy. Kiedyś szepnąłem jednej z nich: »Sonja, wystaje ci sutek«. A ona mi na to: »Wiem. Próbuję naciągnąć klientów na napiwki!«”.

Tej jesieni Robin zaczął naukę na pierwszym roku w Claremont Men’s College na wschodnim krańcu hrabstwa Los Angeles. Planował ukończyć tam studia przygotowujące do zawodu urzędnika służby dyplomatycznej[20]. Sądził, że w ten sposób gładko połączy własne pragnienie, by zajmować się w życiu czymś egzotycznym, z ambicjami ojca, który chciał, by syn wybrał powszechnie szanowany zawód. W Claremont oczekiwano, że studenci po ukończeniu koledżu rozpoczną typowe kariery urzędnicze[21].

Dick Gale, przyjaciel Robina studiujący dwa lata wyżej, wyjaśniał: „Jeżeli ktoś szedł do Claremont, to zwykle zostawał biznesmenem, prawnikiem lub politykiem. Na tym polegała racja bytu Claremont Men’s College. Spodziewano się, że potraktujesz to gówno poważnie i coś z niego wyciśniesz. Jeżeli ktoś nie studiował nauk politycznych albo ekonomii, to oznaczało, że przegapił okazję”. Niewielu kolegów uważało Robina za typowego kandydata do Claremont. Nikt nie wierzył, by miał on kiedykolwiek trafić do firmy prawniczej, gabinetu prezesa czy też rezydencji gubernatora. Znajomi ze studiów podejrzewali, że Robin nie ma odwagi powiedzieć ojcu o swoich prawdziwych ambicjach. „W tamtym czasie wszystkim powtarzano: »Kwestionujcie autorytety!«” – relacjonowała Mary Alette Davis, która poznała Robina w Claremont, gdy sama studiowała w Scripps College, stowarzyszonej uczelni. „Wszyscy płynęli na tej fali, ale on się nie buntował”[22].

W głowie Robina dojrzewała jednak niewidzialna rewolucja, dzięki której dostrzegł, chyba pierwszy raz w życiu, że może wybrać własną drogę. Później wspominał Claremont: „W tej szkole przeżyłem przedziwne katharsis. Całkowita wolność. Jakbym wyprowadził się z Sing Sing na obóz nudystów przechodzących terapię Gestalt. Wszystko się otworzyło. W ciągu tego roku zmienił się cały mój świat”[23].

W Claremont Robin grał w piłkę nożną i mieszkał w Berger Hall, którego rezydenci dumnie określali się mianem Synów Bergera – co z rozmysłem skracano do Bergersynów. Trafił tam między rubasznych, podobnie myślących młodych ludzi, którzy potrafili docenić dobry sprośny dowcip. Naprzeciwko mieszkał jego kumpel Bob Davis, drugoroczniak i jeden z kilku członków wewnętrznego zespołu, który nadał sobie nazwę Nady. W ten sposób, jak objaśniał Davis, podczas różnych zawodów sportowych mogli wrzeszczeć: „Bierzcie go, Nady!”[24].

W trakcie nauki w Claremont Robin spotkał także ponownie Christie Platt, swoją byłą dziewczynę z gimnazjum, która teraz była na drugim roku Pitzer College, innej z uczelni stowarzyszonych w Claremont Colleges. Christie opowiadała: „Zobaczyłam tego przecudnego chłopaka na klatce schodowej. Miał blond brwi, wypłowiałe od słońca, i był nieźle opalony, bo w liceum sporo biegał na świeżym powietrzu. Poznał mnie i mówi: »Christie!«. A ja: „Tak?”. Na to on: »Nie pamiętasz mnie?«. Aż wreszcie załapałam: »O mój Boże – to Robin!«”[25].

Christie i Robin znowu zostali parą, ale on nigdy nie przyrzekł jej wierności. Właśnie odkrywał, jak bardzo podoba mu się płeć przeciwna oraz jak bardzo on sam podoba się kobietom. Korzystał z możliwości, które się przed nim otwierały. Później wyjaśniał: „W liceum miałem jedną czy dwie stałe dziewczyny, ale w koledżu – trzy albo cztery, no i oszalałem. W pewnym momencie chodziłem z trzema różnymi dziewczynami naraz i latałem jak kot z pęcherzem: »Kochajmy się w samochodzie! Muszę sobie sprawić łóżko z dźwignią zmiany biegów w tym miejscu«”. Stwierdził też, że „kobiety to zadziwiające stworzenia. Nie da się ich poznać wystarczająco dobrze! Można się od nich niebywale uzależnić”[26].

Robin podjął w Claremont być może najważniejszą decyzję w życiu bez dłuższego namysłu, niemal impulsywnie. Na pierwszym roku wybrał jako jeden z ośmiu przedmiotów fakultatywnych do zaliczenia zajęcia teatralne w Scripps College. Opowiadał potem: „Po pierwszym dniu złapałem bakcyla”[27]. Nie było to tradycyjne seminarium sceniczno-aktorskie, na które – jak sądził – się zapisał, lecz kurs improwizacji teatralnej. Wykładała ją Dale Morse, niegdyś ćwicząca w najlepszych grupach improwizacyjnych, których okres świetności przypadał na lata sześćdziesiąte, w tym w The Committee, która wyrosła w San Francisco z chicagowskiej trupy The Second City[28].

Studenci Morse czuli, że dzięki niej zyskują coś więcej niż tylko nowe spojrzenie na scenę; uczyła ich, jak angażować się w sztukę całym życiem. Według Boba Davisa jej lekcje „dotyczyły nie tylko metody tworzenia teatru, lecz także sposobu kierunkowania własnej energii i myślenia o wszechświecie”[29].

Wśród podstawowych zasad wprowadzanych przez Morse, z których korzystano zarówno przy budowaniu scenek komicznych, jak i dramatycznych, była improwizacyjna reguła „tak i”. Nakazywała ona zawsze potwierdzać wybór podejmowany przez partnerów scenicznych i budować kolejne elementy w oparciu o ten wybór, a nie negować go. Jak objaśnił Paul Tepper, inny przyjaciel, który chodził z Robinem na te zajęcia: „Właściwie to także dobra zasada do stosowania w życiu. Kiedy ktoś mówi do ciebie: »Kiedy wróciłeś z Marsa?«, nie ripostujesz: »Nie wiem, o czym gadasz. Nigdy nie byłem na Marsie«. Odpowiadasz: »Tak i...«, co w tym przypadku może oznaczać na przykład: »O rany, wróciłem trzy dni temu. Od tamtej pory chodzę urżnięty w trupa«”[30].

W końcu Morse powiedziała swoim studentom, że jej zajęcia nie powinny być tylko akademickim ćwiczeniem, muszą sformować własną trupę teatralną i zacząć występować przed publicznością. W ten sposób Robin wraz osiemnaściorgiem koleżanek i kolegów stworzyli pierwszą w historii Claremont grupę improwizacyjną znaną jako Karma Pie[31]. Dwa razy w tygodniu spotykali się w Strut and Fret Theatre na kampusie Scripps College i dawali darmowe przedstawienia, których treść nie była ujęta w żaden scenariusz, ale powstawała w trakcie prostych improwizowanych gier.

Bob Davis relacjonował: „Staliśmy w szeregu z tyłu sceny. Osoba, która miała jakiś pomysł, występowała naprzód i zaczynała, a jeżeli się zacięła, ktoś inny podchwytywał wątek i ratował poprzednika. Dzięki temu panowało między nami poczucie koleżeństwa, każde z nas wychodziło na scenę, polegając nie tylko na sobie, lecz także na innych członkach zespołu. To był teatr wysokiego ryzyka. Różniliśmy się od innych trup teatralnych, które opracowywały jakiś śmieszny numer, a potem go powtarzały. Mogliśmy grać przez dwadzieścia minut, bazując tylko na pytaniu z widowni lub zadanym temacie. Gardziliśmy śmiesznymi kawałkami, powtarzając z wyższością: »Uprawiamy tutaj sztukę!«”.

W styczniu 1970 roku krytyk z lokalnej gazety obserwował jeden z występów trupy, lecz ich gra bawiła go raczej średnio[32]. Opisał on aktorów jako „stadko utalentowanych i pełnych wyobraźni dzieciaków, z zapałem rozwiązujących problem, który można sformułować jako pytanie: »Co zrobimy, kiedy kurtyna pójdzie w górę, a my nie będziemy pamiętać naszych ról?«”. Recenzja utrzymana w posępnym tonie zauważała, że „aktorzy wydają się bawić lepiej niż widownia”, i porównywała doświadczenie do „oglądania treningu piłkarskiego”.

Mimo to dla kilku członków trupy wkrótce stało się jasne, że Robin jest zabawniejszy – i dużo lepiej wypada na scenie – niż reszta członków Karma Pie. Bob Davis opowiadał: „Grał dokładnie tak jak wszyscy pozostali. Nie szukał miejsca, w którym mógłby wypróbować swój komediowy materiał. Nie sądzę, by uważał te występy za początek kariery scenicznej”[33]. Jednak doświadczenie to najwyraźniej uzmysłowiło Robinowi, że dysponuje czymś, z czego wcześniej nie zdawał sobie sprawy. Davis kontynuował: „Odkrył, że może wykorzystać swoją energię – a miał jej  m n ó s t w o.  Mawiałem, że znałem go przez pół roku, zanim się dowiedziałem, jak naprawdę potrafi brzmieć jego głos”.

Talent Robina nie zawsze przystawał do wspólnych przedsięwzięć w teatrze improwizowanym. Jak wspominała Mary Alette Davis: „Pamiętam, że Dale powiedziała kiedyś: »Myślicie pewnie, że Robin jest świetny, ale muszę zaznaczyć, że na dobrą sprawę nie przestrzega reguł improwizacji. Na scenie nie zawsze wspiera innych«”[34]. Według Davis podstawowa korzyść z udziału Robina w czyjejś scenie polegała na tym, że „zabierał nas w miejsca, których sami nie potrafiliśmy sobie wyobrazić. Jeżeli jednak komuś nie odpowiadała taka podróż, mógł tylko usiąść z tyłu i kombinować, jak się do niej dopasować”.

Wkrótce na kampusach Claremont Robin zaczął cieszyć się sławą lokalnego celebryty, znanego z poczucia humoru i błyskawicznego refleksu scenicznego. Niektórzy przyjaciele zaczęli przezywać go Ralph Williams: stacje telewizyjne w Południowej Kalifornii puszczały wówczas na okrągło reklamy z udziałem Ralpha – sprzedawcy używanych samochodów, podejrzanego typa, mówiącego tak szybko, że niemal niezrozumiale[35]. (Ralph Williams z reklam prowadził salon Forda – jakże by inaczej!). Christie Platt opowiadała, że gdy przychodziła z Robinem na przyjęcia, „ludzie zaczynali klaskać w chwili, kiedy stawaliśmy w drzwiach. Na pewno nie oklaskiwali mnie – to on miał charyzmę i oryginalne poczucie humoru”[36]. Czasem jednak Robin przeginał z uroczą paplaniną. Christie mówiła: „Kiedy przychodziliśmy do mojego akademika, ludzie się wkurzali. Pytali: »Jak go można uciszyć?«. Zwykle brałam wtedy koc i zarzucałam mu go na głowę, dając do zrozumienia, żeby przestał gadać, ale jego nie dało się zatrzymać. Koc nic nie pomagał”.

Robin szlifował swoje sceniczne umiejętności również poza Karma Pie[37]. Występował na kampusie w inscenizacji Pod mlecznym lasem, grając niewidomego marynarza, Kapitana Cata, w dramacie Dylana Thomasa o fikcyjnym rybackim miasteczku w Walii, a także w Alicji w krainie czarów w roli palącego fajkę Pana Gąsienicy. Zwrócił na siebie uwagę studentów wyższych roczników, w tym Ala Daubera, który zakładał właśnie w koledżu zespół komediowy. Dauber i Dick Gale spędzili kilka tygodni, przygotowując program premierowy, lecz Gale czuł, że przedstawienie znacznie by zyskało, gdyby dołączył do niego wyjątkowo zabawny pierwszoroczniak, którego znał z zajęć improwizacji teatralnej. Gale, który wraz z Dauberem brał przedtem udział w kilku wiecach antywojennych na kampusie, opowiadał: „Próbowaliśmy zgromadzić jak największą widownię. Robin przyprowadził paru znajomych, ale co ważniejsze, wniósł do zespołu autentyczny talent, którego Alowi i mnie prawdopodobnie brakowało”[38].

Pewnego razu Dauber i Gale spotkali się z Robinem w ich akademiku. Wieczór upłynął im – jak to opisał Gale – na „libacjach, inhalacjach i konwersacjach”[39]