Rob Roy - Walter Scott - ebook
Opis

Rob Roy” to powieść historyczna Waltera Scotta wydana w 1818 roku. Akcja powieści toczy się na początku XVIII w. w Anglii i Szkocji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 573

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ROZDZIAŁ  I.

ROZDZIAŁ  II.

ROZDZIAŁ  III.

ROZDZIAŁ  IV.

ROZDZIAŁ  V.

ROZDZIAŁ  VI.

ROZDZIAŁ  VII.

ROZDZIAŁ  VIII.

ROZDZIAŁ  IX.

ROZDZIAŁ  X.

ROZDZIAŁ  XI.

ROZDZIAŁ  XII.

ROZDZIAŁ  XIII.

ROZDZIAŁ  XIV.

ROZDZIAŁ  XV.

ROZDZIAŁ  XVI.

ROZDZIAŁ  XVII.

ROZDZIAŁ  XVIII.

ROZDZIAŁ  XIX.

ROZDZIAŁ  XX.

ROZDZIAŁ  XXI.

ROZDZIAŁ  XXII.

ROZDZIAŁ  XXIII.

ROZDZIAŁ  XXIV.

ROZDZIAŁ  XXV.

ROZDZIAŁ  XXVI.

ROZDZIAŁ  XXVII.

ROZDZIAŁ  XXVIII.

ROZDZIAŁ  XXIX.

ROZDZIAŁ  XXX.

ROZDZIAŁ  XXXI.

ROZDZIAŁ  XXXII.

ROZDZIAŁ  XXXIII.

ROZDZIAŁ  XXXIV.

ROZDZIAŁ  XXXV.

ROZDZIAŁ  XXXVI.

ROZDZIAŁ  XXXVII.

ROZDZIAŁ  XXXVIII.

ROZDZIAŁ  XXXIX.

Walter Skott

ROB ROY

Projekt okładki: Avia Artis

W projekcie okładki wykorzystano portret Walter Skott'a.

Autor: Henry Raeburn.

Wydawnictwo Avia Artis

2017

ISBN 978-83-65810-99-1

ROZDZIAŁ  I.

Nie mam już synów, tego nawet tracę!

Czemże zgrzészyłem jaka moja wina?

Jakiémże temu przekleństwem odpłacę,

Kto tak odmienił, kto mi zepsuł syna!

Pan Tomasz.

Tyle razy prosiłeś mię kochany przyjacielu, abym korzystając ze swobody, jaką mi Opatrzność przy schyłku życia udzielić raczyła, skréślił obraz wydarzeń, które początek jego oznaczyły. Pamięć tych, jak nazywasz awantur, zostawiła na umyśle moim razem przyjemne i dotkliwe wrażenie, łączy się z niemi uczucie żywéj wdzięczności i czci ku Najwyższéj ludzkie losy ważącéj Istocie, któréj dobroczynna ręka przeprowadziła młodość moją pośród tylu przygód i niebezpieczeństw, jakby dla tego właśnie, abym mocniéj czuć i cenić umiał spokojność i szczęście, któremi mię w starości obdarza.

 Poświęcając drugiemuja moje pamiętniki, tę miedzy innemi odnoszę korzyść, że mogę opuścić wiele niepotrzebnych szczegółów, które zupełnie mi obcym wyłuszczaćbym musiał, tobie zaś opowiem tylko te, co albo nie były ci dokładnie znane, albo zatarły się w pamięci, a które przecież są niejako kamieniem węgielnym mego losu.

 Zapewne przypominasz sobie ojca mego; jako syn jego wspólnika w handlu, znałeś go w twojém dzieciństwie: lecz znałeś wtenczas, kiedy wiek i niedołężności wiekowi właściwe, nie dozwalały mu już oddawać się handlowym widokom z tym zapałem, który stanowił główną cechę jego charakteru. Byłby może szczęśliwszym, lubo mniéj bogatym, gdyby był zwrócił ku naukom tę niezmordowaną czynność i bystrość objęcia, które handlowi wyłącznie poświęcił; pojmuję jednak, że nietylko żądza bogactw przywiązuje doń śmiałych i przedsiębiorczych ludzi. — Ten który się puszcza na to burzliwe morze, łączyć powinien zręczność z nieustraszoném męztwem żeglarza; a jednak i przy tych przymiotach zginąć może, jeśli przyjazny powiew losu nie wprowadzi go do portu. To połączenie potrzebnéj przezorności i nieuniknionego trafu, ta przykra i ciągła niepewność, na którą stronę padnie zwycięstwo w walce ludzkiéj rachuby z wyrokami losu, zajmując nieustannie duszę, dają jéj razem bodziec rozwinięcia całéj swéj zdolności i władzy. — Słusznie przeto powiedziéćby można, że handel przedstawia te same co i gra powaby, nieulegając przecież moralnéj klątwie, jaka sprawiedliwie ściga tych, którzy w grze tylko losu szukają.

 W pierwszych latach ośmnastego wieku, kiedy właśnie kończyłem rok dwudziesty, nagły rozkaz ojca mego odwołał mię z Bordo do Londynu; nie zapomnę nigdy piérwszego z nim spotkania. — Wiész jak zwięźle i sucho wyrażał swoją wolę. Zdaje mi się, że mam jeszcze przed oczyma ową postawę prostą, chód prędki i śmiały, wejrzenie żywe i przenikające, twarz, którą trudy zawcześnie poorały zmarszczkami. Zdaje mi się, że słyszę głos, który nigdy nie wydał próżnego słowa, a objawiał niekiedy ostrość przytłumiającą wszelkie łagodne i rzewne wczucia.

 Zaledwiem zsiadł z konia, pobiegłem natychmiast do gabinetu ojca mego; przechodził się tu i owdzie; na zamyślonéj twarzy, nawet widok jedynego syna po cztéroletniéj niebytności nie zdołał sprawić najmniejszéj zmiany. Rzuciłem się w objęcie jego. — Był to czuły ojciec, lubo daleki od niepomiarkowanéj słabości; łza zajaśniała w jego ciemnem oku, lecz tylko na chwilę.

 — Duburg pisze mi, że był kontent z ciebie Franku.

 — Cieszy mię to...

 — Tak, ale ja wcale nie mam powodu cieszyć się, — rzekł usiadłszy za stolikiem.

 — Zasmucasz mię mój ojcze...

 — Cieszy, smuci, są słowa, do których ja nieprzywiązuję żadnego znaczenia. — Oto jest twój list ostatni.

 Wyciągnął ogromny stós papierów nawleczonych na czerwoną nitkę. — Tam to była nieszczęsna moja odezwa pisana w przedmiocie najżywiéj mię podówczas obchodzącym, i zdolna przynajmniéj wzruszyć serce, jeżeli niezupełnie przekonać; tam mówię spoczywała w pośród niezliczonego mnóstwa listów i rachunków handlowych. Trudno mi zaiste nieroześmiać się w duchu, kiedy sobie przypominam ile próżność moja obrażoną była na widok owych czułych peryjodów, które mię tyle pracy kosztowały, wyciągnionych z pomiędzy awizacyj, wekslów, kwitów i tym podobnych szczegółów korespondencyj kupieckiéj. — Czyliż, pomyślałem sobie natenczas, list tak ważny, (nieśmiałem dodać, tak mądrze napisany) nie zasługiwał na osobne miejsce? godziłoż się mieszać go w tę bazgraninę handlową?

 Ale ojciec mój wcale nie zwrócił uwagi na zasmucenie moje; a choćby je nawet dostrzegł, niewieleby go to obeszło zapewne.

 — Oto jest, — rzekł daléj trzymając list w ręku, — odezwa twoja z dnia 21 zeszłego miesiąca — czytajmy — mówisz mi, że się spodziewasz, iż w przedmiocie tak ważnym jak jest wybór powołania, dobroć ojcowska dozwoli ci mieć głos przeczący przynajmniéj, że czujesz w sobie wstręt nieprzezwyciężony... Tak; użyłeś tego wyrazu: nieprzezwyciężony, (radbym temczasem żebyś pisał wyraźniéj nieco, i żebyś się nazwyczaił t dobrze przekreślać, a s więcéj zaokrąglać). — Wstręt mówię nieprzezwyciężony do spełnienia układu, który ci przedstawiłem. — W dalszym ciągu listu powtarzasz zawsze toż samo i rozciągnąłeś na cztérech stronnicach to, co zastanowiwszy się nieco, mogłeś wyrazić w cztérech liniach; bo koniec końców panie Frank z całéj twojéj odezwy wynika, że wola twoja niezgodna jest z mojemi zamiarami i postanowieniem.

 — Szanuję twoją wolę mój ojcze, ale w téj okoliczności nie mogę.

 — Słowa niczém są dla mnie młokosie, — rzekł mój ojciec, którego nieugiętość ukrywała się zawsze pod zasłoną zimnéj krwi i spokojności. — Niemogę jest może grzeczniéj jak niechcę; ale oba te wyrazy są jednoznaczne, ilekroć niezachodzi moralne niepodobieństwo. Z tém wszystkiém nie chcę żebyś działał bez namysłu, pomówiemy jeszcze o tém po obiedzie. — Owenie!

 Owen wszedł, nie miał jeszcze podówczas owych białych włosów, które mu w oczach twoich tak szanowną nadawały postać, bo téż nie liczył więcéj nad lat pięćdziesiąt, ale miał na sobie ten sam orzechowy garnitur, w którym go poznałeś; téż same jedwabne popielate pończochy, i trzewiki ze srébrnemi sprzączkami, téż same batystowe mankietki starannie pomarszczone i spadające aż do pół dłoni, ilekroć bawił w gabinecie mego ojca, lecz gdy był w kantorze, zachowane z wszelką ostrożnością pod rękawy fraka dla ochrony od atramentu; na koniec tęż samą postać poważną, lecz pełną dobroci, która do ostatniéj chwil życia odznaczała piérwszego komissanta banku Osbaldyston i Tresham.

 — Owenie, — rzekł mój ojciec, skoro zacny starzec ścisnął mi przyjaźnie rękę, — zjemy dziś razem objad, usłyszysz nowiny, które nam Frank przywiózł o przyjaciołach naszych w Bordo.

 Owen uczynił dość niezgrabny ukłon, na znak pełnéj uszanowania wdzięczności; bo w owéj epoce, kiedy granicę oddzielającą rozmaite stany, strzeżono z niezwykłą dzisiaj ścisłością, zaproszenie pryncypała było wielkim dla komissanta zaszczytem.

 Nigdy nie zapomnę tego objadu, — niepewny względem przyszłego losu mego, lękąjęc się, abym nie został ofiarą osobistych widoków ojca, i cały zadęty wynalezieniem środków zachowania mojéj wolności, nie mogąc prowadzić rozmowy tak czynnie jak żądał mój ojciec, nieraz dawałem mniéj zaspakajające odpowiedzi na pytania któremi mię zarzucał. Owen pełen uszanowania dla ojca, ale niemniéj przywiązany do syna, którego nieraz w dzieciństwie bawił na kolanach, na wzór owego lękliwego sprzymierzeńca, co mimo bojaźni radby przecież dopomógł uciśnionéj stronie, wszelkie łożył usiłowania, aby błędy moich odpowiedzi prostować, niedostatek onych zapełnić i wolne wyjście oblężonemu zabezpieczyć. Te jego wybiegi powiększały jeszcze niechęć mego ojca, który jedném srogiém spojrzeniem zamykał usta poczciwemu starcowi. Podczas pobytu mego w domu p. Duburg postępowanie moje nie było wprawdzie takie jak owego komissanta

Który, gdy go szalona choroba napada,

Zamiast wekslów i kwitów, wiersze tylko składa!

jednak wyznać muszę, że tyle tylko przebywałem w kantorze, ile koniecznie było potrzeba, aby zjednać dobre świadectwo Francuza, który oddawna zostawał w stosunkach z naszym domem i z polecenia mego ojca miał mię oswoić z tajemnicami handlu: główném zatrudnieniem mojém były literatura i sztuki piękne, — a labo ojciec mój nie był nieprzyjacielem talentów, i czysty rozsądek jego niedozwalał mu powątpiéwać, że te są źródłem przyjemności ozdobą życia ludzkiego, żądał jednak przedewszystkiém, abym nietylko odziedziczył po nim majątek, ale i tego ducha spekulacyi, który mu dopomógł do jego zebrania.

 Ojciec mój uwielbiał stan swój z uniesieniem, i ten był prawdziwy powód jego żądania, abym się temuż zawodowi poświęcił. Równie biegły jak czynny, uposażony od natury wyobraźnią płodną i śmiałą, w każdém pomyślnie ukończoném przedsięwzięciu, znajdował nowy do następnych działań bodziec, nową do szczęśliwego ich wykonania sprężynę. Nieumiarkowany w zwycięztwach, przydawał jedne laury do drugich, nie czekając aż czas ustali nowe nabycia, i pozwoli spokojnie ich używać. — Przywykły spoglądać niestrwożoném okiem na szalę fortuny, na któréj ciągle zawieszał swoje skarby, obfity w sposoby przeważania jéj na swoją stronę, w miarę rosnących niebezpieczeństw podwajał czynność i męstwo. Słowem był to prawdziwy obraz żeglarza oswojonego z falą i nieprzyjacielem, którego zaufanie w własnych siłach nowéj nabywa mocy na widok nadchodzącéj burzy lub walki. Nieraz mu jednak przychodziło na myśl, że wiek i towarzyszące mu niedołężności, uczynią go wkrótce niezdolnym do dalszéj pracy, i że wzgląd na przyszłość, doradza wcześnie usposposobić zręcznego sternika, któryby ujął umiejętną, ręką opuszczony rudel okrętu, i kierował nim podług jego rad i przestróg. Lubo ojciec twój był w spółce z moim i cały swój majątek w domu naszym umieścił, wiesz jednak, że nigdy niechciał czynnie do handlu należeć; Owen zaś, który dla wierności swéj i głębokiéj znajomości arytmetyki, słusznie zajmował miejsce pierwszego komissanta, nie miał zaiste ani tyle wrodzonych zdolności ani usposobienia, żeby mu ster czynności mógł być powierzony. Jeśliby więc z wyroków Opatrzności ojciec mój miał nagle świat ten opuścić, cóżby się stało z owém mnóstwem osnowanych zamiarów, gdyby potomek jego nie był w stanie dźwigać ciężaru interesów, i jak nowy Herkules handlowy, wyręczyć zgrzybiałego Atlasa? — Cóżby się stało nawet z tym samym potomkiem, gdyby nagle ujrzał się w pośród labiryntu spekulacyi bez wybawczéj nici, to jest bez znajomości, któreby go ztamtąd wyprowadzić zdołały? Dla tych wszystkich powodów, w części tylko podówczas mi wiadomych, postanowił ojciec mój skłonić mię, abym obrał ten sam zawód, w którym oddawna z honorem pracował; a co raz postanowił, tego już nic w świecie zmienić nie mogło, na nieszczęście, i ja także miałem nieco uporu, a zamiary moje całkiem się z widokami ojca mego niezgadzały.

 Ta nieuległość moja tém się jednak usprawiedliwić daje, że niewiedziałem głównéj téj woli przyczyny, i nieczułem tego jak dalece posłuszeństwo moje ku niéj, dla szczęścia ojca mego było niezbędném. Sądząc się pewnym odziedziczenia zczasem znacznego majątku, ani pomyśleć mogłem, ażeby dla jego ustalenia potrzebna była jakakolwiek praca, lub nabycie wiadomości przeciwnych mojéj chęci i skłonnościom. W zamiarze ojca mego upatrywałem jedynie żądzę pomnożenia bogactw, które zebrał; a przekonanym będąc, że nikt lepiéj odemnie sądzić nie może, jaką drogą do szczęścia mam trafić, zdawało mi się, że samochcąc z niéj wyboczę, jeżeli starać się będę o powiększenie dostatków, które bez tego w rozumieniu mojem były już więcéj niż wystarczające na wszelkie, nawet najwymyślniejsze zachcianki.

 Wspominałem już, że czynności handlowe nie były jedyném mojém w czasie pobytu w Bordo zatrudnieniem; lekceważąc to, co ojciec mój uznawał za najważniejsze, byłbym może zupełnie o handlu zapomniał, gdybym się nie lękał zniechęcić korespondenta naszego p. Duburg; lubo ten znajdując wielkie korzyści ze stosunków swoich z domem mego ojca, nadto był bacznym na własny interes, ażeby miał mu donosić złe wieści o jedynym synu, i ściągnąć przez to na siebie z obu stron wymówki. Pod względem obyczajów postępowanie moje było nienaganne; i zapewniając o tém ojca mego, Duburg oddawał mi tylko zasłużoną sprawiedliwość; zdaje mi się jednak, że zręczny Francuz byłby równie pobłażającym, gdyby nawet mógł mię obwiniać o cóś więcéj, jak o niedbałość w handlowych naukach. Cóżkolwiek bądź, przestając na tém, że mię codziennie widział parę godzin w kantorze, nie wzbraniał mi poświęcać resztę czasu muzom, i nicby zapewne nie miał przeciw temu, gdybym Corneilla i Boalo nad Sawarego i Pestlethwajta przekładał.

 Ulubiona formuła, jaką zwykł był kończyć swe listy pan Duburg do swego korespondenta, była: „Syn wasz jest takim, jakim go tylko troskliwość ojca widzieć pragnie“. — Mój ojciec mniéj zważał na słowa, mogły być jak najczęściéj powtarzane, byleby dokładnie i jasno myśl przedstawiały. Pod tym względem sam nawet Adyssen niezdołałby wynaléźć przyjemniejszych dla niego wyrażeń nad te, których kupcy używają w listownym swoim wiecznie jednostajnym stylu.

 Chętniéj wierząc temu czego pragnął, pan Osbaldyston przestał nakoniec powątpiewać o prawdzie ulubionéj formuły Duburga, i już się cieszył, że życzenia jego pomyślny skutek uwieńczy, gdy nieszczęsny list mój otworzył mu oczy i wyprowadził z miłego błędu, przynosząc wymowne i uroczyste oświadczenie, że nie mogę zasiąść w ciemnym kantorze Krane-Allej na szrubowanym stołku, wyższym nad wszystkie inne, oprócz trójnoga mojego ojca. — Od téj chwili wszystko zmieniło postać. — Na Duburga padło mocne podejrzenie zdrady, listy jego straciły wiarę, jak gdyby przestał płacić w terminie. — Mnie wezwano do Londynu, — a przyjęto, jak wyżéj już opowiedziałem.

ROZDZIAŁ  II.

 Biedny młodzian, jeżeli poezyja zawróci mu

głowę, już nigdy nie wyjdzie na człowieka.

Ben Jonson.

Ojciec mój umiał tak dalece panować nad swemi namiętnościami, że rzadko kiedy wypowiadał swą niechęć słowami, ton tylko jego mowy stawał się nieco więcéj suchy i ostry niż zazwyczaj. — Wszystkie jego czynności były systematyczne i jednostajne; a za główne miał prawidło zmierzać prosto do celu i nie tracić czasu na próżnéj gadaninie. Z złośliwym przeto uśmiechem słuchał roztrzepanych moich odpowiedzi o stanie handlu we Francyi, dozwalał mi błąkać się i zagłębiać coraz daléj w tajnikach przemian, ceł i taryf, i ani razu nie przyszedł na pomoc; lecz jak tylko dostrzegł, że nie mogłem wytłomaczyć wpływu, jaki miało zniżenie ceny luidorów na czynności bankowe, nie mógł dłużéj wytrzymać, zimna krew go opuściła. — Jak to! najważniejszy wypadek jaki tylko pamięcią zasięgnąć mogę! — zawołał mój ojciec (a przecież widział rewolucyją, która dom Hannowerski osadziła na tronie). — Najważniejszy wypadek, a jegomość stoi osłupiały, pląta się jakby o niczém nie wiedział?

 — Pan Frank, — bojaźliwie odezwał się Owen, — przypomni sobie zapewne, że dekretem króla imci francuskiego dnia 1-go marca 1700 roku postanowiono, że w dni dziesięć po upływie terminu...

 — Pan Frank, — przerwał mój ojciec, — przypomni sobie niezawodnie wszystko co mu raczy powiedzieć. — Lecz na mój kredyt! jak Duburg mógł dozwolić?... — Powiedz mi Owen, czy kontent jesteś z synowca jego Klemensa Duburg, który od dawna pracuje w moim kantorze?

 Jest to młodzieniec prawdziwie niepospolitych zdolności, — odpowiedział Owen, — ujęty zręcznością młodego Francuza.

 — Tak, tak zapewne zna się nie źle na czynnościach bankowych. Duburg wiedział jak rzeczy nastroić, aby miał wiadomość o wszystkiem, co się u mnie dzieje, ale mu pokażę, żem przeniknął jego sztuki; Owen! zapłacisz Klemensowi za kwartał bieżący, i powiész mu, że sobie jutro wyjedzie do Bordeaux na okręcie swojego stryja.

 — Jakto! pan chce odprawić Klemensa Duburg? — rzekł Owen drżącym głosem.

 — Tak jest, i to natychmiast, albo mi nie dość tego nic nie umiejącego Anglika, którego synem swoim nazywam, mamże trzymać z nim razem przebiegłego Francuza, coby z jego błędów wyciągał korzyści.

 Choćby nawet zamiłowanie sprawiedliwości nie było od lat dziecinnych w sercu mojém zaszczepione, dość długi pobyt na ziemi Wielkiego monarchy wzmocnił we mnie wstręt niezwyciężony ku wszelkim czynom przemocy, usiłowałem więc wstawić się za niewinnym młodzieńcem, uwolnić od kary, którą miał ponieść, za to jedynie, że był więcéj odemnie handlowo wykształconym.

 — Kochany ojcze, — odezwałem się, jak tylko mówić przestał. — Zdaje mi się, że za opieszałość moją, ja sam tylko odpowiadać winienem; byłoby niesprawiedliwością, gdyby kto miał za mnie znosić nie zasłużoną karę. Nie mogę zaprzeczyć, że pan Duburg podawał mi wszelką łatwość nabycia potrzebnych wiadomości; lecz wyznaję, żem z tego korzystać nie umiał. Co do pana Klemensa Duburg...

 — Jak co do niego, tak i co do ciebie, — przerwał mój ojciec, — wiem jak mam postąpić. — Dobrze to jest Franku, że usiłujesz złożyć całą winę na siebie, bardzo dobrze, i oddaję ci sprawiedliwość, ale nie mogę przebaczyć staremu Duburgowi, — dodał, spoglądając na Owena, — że podając ci sposobność wydoskonalenia się w użytecznéj nauce, nie donosił ojcu, że syn żadnego nie uczynił postępu.

 — Pan Frank, — rzekł stary sługa, — schylając nieco głowę, a podnosząc nieznacznie rękę, jak gdyby podług zwyczaju chciał założyć pióro za ucho, przed daniem odpowiedzi. — „Pan Frank zna doskonale ową główną zasadę moralnego rachunku, wielką regułę trzech. Niech A będzie tém dlaB, czém chce żeby B było dla niego, a wypadek będzie prawidłem jak sobie ma postąpić.“

 Ojciec mój nie mógł się nierozśmiać, widząc najpiękniejszą zasadę moralności, podciągniętą pod algebraiczną formułę; lecz wkrótce przybrał poważną postać, a zwracając się ku mnie rzekł: — Nie dobrze panie Frank! zmarnowałeś czas twój jak nierozsądne dziecko, trzeba abyś teraz żył jak człowiek, — Owen będzie twoim przewodnikiem w handlowych czynnościach, spodziewam się, że jego nauki większą ci korzyść przyniosą.

 Miałem już odpowiedzieć, lecz Owen rzucił na mnie tak wymownym i pokornym wzrokiem, że mimowolnie zamilkłem.

 — Lecz dość już o tém, — rzekł daléj mój ojciec, — wracam do listu mego z d. 1-go zeszłego miesiąca, na który dałeś równie obrażającą jak nierozmyślną odpowiedź, ale wprzódy naléj sobie wina i podaj butelkę Owenowi.

 Bardzo mi to przykro, — odpowiedziałem bez wahania, — że odpowiedź moja, która była owocem głębokiéj rozwagi, tak obraziła mego ojca, — ale zaręczam, że z prawdziwym smutkiem uznałem niepodobieństwo przyjęcia jego propozycyi.

 Ojciec mój spojrzawszy na mnie srogo, natychmiast zwrok swój gdzieindziéj zwrócił: korzystając z milczenia, mówiłem daléj, lubo już nieco mniéj pewnym tonem, a ojciec mój przerywał mi niekiedy, rzucając ucinkowe słowa.

 — Żadnego stanu, — rzekłem, — niepoważam więcéj jak kupiecki, tém bardziéj, iż jest stanem mojego ojca.

 — To widać!

 — Rozumiem dobrze, iż handel jednoczy narody, ożywia przemysł, rozléwa dary swoje na całą ziemię, i jest tém dla ogólnego dobra świata, czem powietrze i żywność dla istot żyjących.

 — Cóż daléj?

 — Z tém wszystkiem jednak mój ojcze niepodobna mi poświęcić się zatrudnieniom, do których żadnéj nie czuję zdolności.

 — Postaram się, abyś jéj nabył, nie jesteś już uczniem Duburga.

 — Ale kochany ojcze; — ja nie narzekam na brak sposobności uczenia się, lecz jedynie na brak zdolności do handlu.

 — Bajki! czy pisałeś dziennik jak ci zaleciłem?

 — Pisałem mój ojcze.

 — Proszę pokazać.

 Książka, któréj żądał mój ojciec, była to ogólna agenda, utrzymywana na jego rozkaz, w któréj zalecił mi notować wszystko, co uznam za przydatne w ciągu moich nauk. Przewidując, że za powrotem moim zechce ją widziéć, starałem się zamieścić w niéj jak najwięcéj artykułów handlowych, wiedziałem bowiem, że tego rodzaju noty podobają się najlepiéj memu ojcu; — ale częstokroć pióro nie radząc się głowy, a znajdując księgę pod ręką, gryzmoliło wspomnienia wcale obce jéj celowi; prosiłem więc nieba, żeby przeglądając folijały, które rad nie rad musiałem mu przynieść, nie trafił na artykuły, któreby gniew jego bardziéj jeszcze rozjątrzyły. — Twarz Owena, na któréj z początku zapytanie ojca mego wznieciło wyraz obawy, wróciła do zwykłego stanu, skoro usłyszał zapewniającą odpowiedź z mojéj strony. — Wkrótce zabłysnął na niéj promyk nadziei, gdy ujrzał w ręku moim wolumin, zupełnie podobny do tych, jakie używają w handlu. — Format jego więcéj szeroki jak długi, spinki miedziane, oprawny w grubą skórę; wszystkie te powierzchowne znaki, zaspokajały przyjaciela mego względem wewnętrznych zalet; a radość zajaśniała w całym blasku na jego obliczu, kiedy ojciec mój rozpoczął czytanie, robiąc przytém swoje uwagi. Okowita. — Nantes, 29. — Rochelle, 27. — Bordeaux, 32. — Bardzo dobrze. — Cła, — Obacz tabelle Saxby. — Nie tak! — Należało wypinać całe urządzenie: tym sposobem łatwiéj się wbija w pamięć. — Kurs plastrów. — Dobrze! — Zboża z północy. — Bawełna wschodnia, — Bardzo dobrze! — Są to przedmioty, o których ważna jest pamiętać w stosunkach handlowych. — Ale cóż to jest to? — Bordeaux założone w roku....... — Zamek Trompette. — Pałac Galliena. — A! noty historyczne, — nie źle wiedziéć i o tém. — Jest to, jak uważam, zbiór wszelkiego rodzaju uwag, oraz dziennych czynności, jako to: kupna, opłat kwitów, poleceń, zawiadomień i t. d. — Słowem, powszechne memento.......

 — Wszystko to potém, — przerwał uradowany Owen, wpisywać się miało do dziennika, i zaciągać do wielkiéj księgi. — jakże mię to cieszy, że pan Frank jest tak metodyczny w swoich działaniach!

 Takie powodzenie wcale mię nie cieszyło. — lękałem się bowiem, żeby wola ojcowska względem przyszłego zawodu mego, tém większéj nie nabrała mocy, że zaś miałem najsilniejszy wstręt do handlowości, zacząłem już był żałować żem się wydał, jak powiedział Owen, tak metodycznym. Wkrótce jednak zniknęły wszelkie moje obawy. — Ćwiartka papieru, cała zapełniona mazaniną wypadła z książki. — Ojciec mój schylił się, chcąc ją podnieść z ziemi, a Owen rozpoczynał już uwagi swoje, że lepiéj byłoby przyklejać podobne kartki opłatkiem do księgi, gdy pierwszy zawołał znagła: — Cóż za bazgranina? — Wiersze..... — A! na mój kredyt Franku, więc już do tego stopnia rozum utraciłeś!

 Ojciec mój cały zatopiony w swoich spekulacyjach i rachunkach, ze wzgardą spoglądał na poetyczne utwory, a jako głęboki moralista uważał je za nikczemne, a nawet nie bardzo godziwe zatrudnienie. — Przekonania takie były naówczas bardzo rozpowszechnione, gdyż wielu poetów przy końcu siedmnastego wieku niegodnie używało pióra, i rozsiewało zgorszenia nie tylko pismami, ale nawet postępowaniem swojém! Sekta, do któréj należał mój ojciec, okazywała przynajmniéj na pozór największą pogardę ku lżejszym płodom literatury: tak więc wszystko się spiknęło, ażeby wrażenie jakie na nim sprawiło nieszczęśliwe wierszy moich odkrycie, uczynić tém większém i tém mniéj dla mnie przyjazném. — Co do biednego Owena; gdyby nagły przestrach mógł najeżyć włosy peruki, którą miał na głowie, pewny jestem, że praca, jaką zadał sobie układając ją starannie, w téj jednéj chwili wniwecz-by się obróciła. — Deficit w kassie, omyłka w dodawaniu rachunków, nie sprawiłyby mu tyle zmartwienia. — Ojciec mój zaczął czytać wiersze, już to udając, że ich nie rozumie, już deklamując je nadętym tonem, a zawsze z pełną goryczy ironią, i rażącą własną miłość autora.

Pamiątce księcia Edwarda.

— Echa Fontarabii, z swojego ukrycia,Gdy przy Roncevaux Roland bliski straty życiaDał słyszeć głośnéj trąbki swéj głosy rozdziercze;Co uwiadomiły Wielkiego Karola;Iż była Niebiosów wola,Zgubić Francuzy przez ciosy mordercze.

Echa Fontarabii....! mów mi raczéj o jarmarkach Fontarabii, ale nie o echach. Z twojego ukrycia uwiadomiły Karola... Piękna poezyja, nie ma co powiedzieć! — Głosy rozdziercze. — Cóż to za dziki wyraz? — Niebiosów; wola zgubić Francuzy! Kto tak mówi? — Przynajmniéj nie kaleczcie języka, kiedy już macie pisać głupstwa.

— Któż Anglii doniesie przez lądy i wody,Któż jéj powie o klęsce, tę nędzną przygodę,Że podobny bohatyr zginął, skończył życie!Ten co ojczyzny zostawał nadzieją,Ten, na którego imie i dzielni truchleją;Przed którym uciekały wrogi w swéj ohydzie.

Nędzną przygodę.... Wyrażenie prawdziwienędzne, godne takiego poety. — Zginął, skończył życie..... czemużeś nie dodał: i żyć przestał? — Ojczyzny zostawał nadzieją, — co za styl? — Życie w ohydzie, — ty nawet rymu dobrać nie umiész.

— Ale ten rycerz wielki jeszcze niezgasł cały:Anglija i Francyja pełne jego chwały,Nie zapomną odgłosu nigdy jego sławy....

 Śliczne wiérsze nie ma co mówić, — lada woziwoda lepszeby sklecił. — Podarł papier ze wzgardą i powtórzył raz jeszcze: — Na mój kredyt Franku, nie spodziewałem się, żebyś do tego stopnia rozum utracił!

 Cóż miałem począć! ze spuszczonemi w dół oczyma, znosiłem w sercu męczarnie upokorzenia, w tenczas kiedy ojciec mój spoglądał na mnie z gniewem i litością, a biédny Owen wzniósłszy ręce i oczy do góry, stał w osłupieniu, jak gdyby własne imię wyczytał na liście zmarłych, która codziennie połowę gazet naszych zapełnia. — Zebrawszy wszystkie siły, przerwałem nakoniec milczenie, starając się ukryć miotające moje uczucia.

 — Wiém mój ojcze, jak mało zdolny jestem grać na świecie tę wielką rolę, którąś dla mnie przeznaczył. — Nie czuję w sobie żądzy ubiegania się za bogactwem, i nie wątpię, że pan Owen będzie dla was daleko użyteczniejszym wspólnikiem. — Wyznać tu muszę, że chciałem zemścić się nieco na dobrym Owenie, bo mi się zdawało, że już przestał być moim obrońcą.

 — Owen! — zawołał mój ojciec, — tyś chyba zwarjował!.... — Ale pan, cóż zamyśla przedsięwziąć? — jakie są mądre jego zamiary?

 — Jeżeli mi pozwolisz kochany ojcze, udam się w podróż na lat parę, albo téż w Okswordzim lub Kembrydzkim uniwersytecie dokończę swéj edukacyi.

 — Widziano kiedy co podobnego? — Chciéć się zamknąć w murach szkolnych, pomiędzy pedantami i Jakóbitami, mając otwartą drogę do szczęścia. — Dobrze, idź więc do kollegijum, — idź nawet do infimy uczyć się syllabizować i brać w skórę, kiedy ci się tak podoba.

 — Jakkolwiek mam wielką chęć dalszego doskonalenia się w naukach, z tém wszystkiém, jeżeli to się nie zgadza z wolą ojca mego, wrócę znowu do Francyi.

 — Już i tak zanadto długo tam przebywałeś.

 — Pozwól mi więc zaciągnąć się do wojska.

 — A idź sobie do samego djabła, — przerwał z gniewem mój ojciec; — z tym chłopcem oszaleć trzeba. — Biédny Owen zwiesił głowę w milczeniu. — Słuchaj Franku, — rzekł znowu ojciec. — Krótko ci powiem. Byłem właśnie w twoim wieku, kiedy dziad twój wygnał mię z domu i wydziedziczył, przenosząc cały majątek na głowę młodszego syna. — Opuściłem Osbaldyston-Hall na nędznéj szkapie, nie mając nad dziesięć gwinéj w kieszeni. Odtąd nigdy noga moja nie postała w domu, i jak mi mój kredyt miły, nigdy nie postanie. — Nie wiem i wiedzieć nie chcę, czyli brat mój żyje jeszcze, lub czyli już kark skręcił, polując na lisy: ale ma on dzieci Franku; — jeżeli będziesz dłużéj opierać się woli mojéj, jedno z nich zajmie twoje miejsce.

 — Wolno ojcu, — odpowiedziałem z większą może obojętnością jak należało, — rozporządzać własnym majątkiem według upodobania.

 — Rozumié się, że mi wolno, i zrobię co mi się podoba. Sobie tylko winienem cały mój majątek; nabyłem go w pocie czoła staraniem i pracą, i nie ścierpię żeby leniwy truteń spożywał miód, który pszczółka z trudnością zebrała. — Rozważ dobrze, powiedziałem ci, jaki jest mój zamiar, jest on skutkiem namysłu, wykonam go niewątpliwie.

 — Panie! panie łaskawy! — zawołał Owen ze łzami, — nie zwykłeś nigdy załatwiać ważnych czynności tak skwapliwie. Niechciéj zamykać rachunku, nie dawszy panu Frankowi potrzebnego czasu do rozwagi. On was kocha; pewny jestem: a jak tylko zaciągnie w credit posłuszeństwo należne ojcu, mam przekonanie, że nie będzie się dłużéj opiérać twéj woli.

 — Więc mam się go prosić, — rzekł mój ojciec poważnym i groźnym tonem, — aby raczył być moim spólnikiem i przyjacielem? aby podzielał ze mną pracę i majątek? — Tego nigdy nie zrobię.

 Spojrzał na mnie raz jeszcze, jak gdyby chciał daléj mówić; lecz zmieniając nagle postanowienie, odwrócił się i wyszedł. — Ostatnie słowa ojca mego wzruszyły mię do gruntu; nie spodziewałem się, żeby do czułości mojéj przemówił; i gdyby był od niéj zaczął, nie miałby zapewne powodu obwiniać mię o nieposłuszeństwo.

 Ale już było zapóźno; charakter mój był również nieugięty jak jego, a przez zrządzenie nieba, w saméj winie mojéj znaleźć miałem ukaranie, lubo łagodniejsze jak zasłużyłem! — Skoro zostaliśmy sami, Owen zwrócił ku mnie łzą zalane oko, jak gdyby przed zaczęciem trudnego obowiązku pośrednika, chciał upatrzyć najsłabsze miejsce, do którego naprzód miał szturm przypuścić: zaczął nakoniec drżącym głosem, który westchnienia, co słowo przerywały: — Dla Boga panie Frank!.... możesz to być panie Osbaldyston?.... któżby temu uwierzył!.... tak dobre dziecko!.... Rzućcie tylko okiem na obie strony rachunku, i pomyślcie co utracacie..... tak ogromny majątek!.... Jeden z najpierwszych domów stolicy, znajomy już dawniéj pod imieniem Tresham i Trent, a dziś nierównie świetniejszy pod firmą, Osbaldysten i Tresham..... Spoczywałbyś na złocie panie Frank! a każdą w kantorze nudną robotę, jabym za was wykonał co miesiąc, co tydzień, co dzień nawet.... No, drogi mój Franku, przeproś ojca; pójdź za wolą jego, a Bóg ci pobłogosławi.

 — Dziękuję ci, kochany Owenie, dziękuję najmocniéj za twoje dobre chęci, — ale ojciec mój ma prawo rozrządzić majątkiem tak, jak sam chce: wspomniał o jednym z moich stryjecznych braci, niech mu odda wszystkie swoje skarby, ja zaś wolności mojéj nie sprzedam za złoto.

 — Za złoto! — zawołał Owen; — o gdybyś widział panie Frank rachunki z ostatniego kwartału! Pięć cyfer, — tak pięć cyfer dla każdego spólnika! Miałożby to wszystko zostać łupem jakiego chłystka, — papisty? I na toż ja całe życie, tak usilnie pracowałem dla dobra waszego domu? O! samo pomyślenie, serce mi rozdziera! Zastanów się pan tylko, co za piękna firma Osbaldyston, Tresham i Osbaldyston; a któż wie (dodał zniżonym głosem), może nawet Osbaldyston, Osbaldyston i Tresham; bo komuż nie wiadomo, że wola ojca pańskiego jest prawem dla wszystkich spólników?

 — Przecież mój kochany Owenie, i brat mój stryjeczny nazywa się także Osbaldyston; a więc ta piękna cyfra wcale się przez to nie odmieni.

 — Panie Frank, do czego te żarty, ja pana tak kocham. — Stryjeczny brat pana!.... papista zapewne, tak jak i jego ojciec; piękny mi dziedzic dla protestanta!

 — I między katolikami są równie godni ludzie, jak i między, protestantami.

 Owen miał już odpowiedzieć z niezwzkłą sobie żywością, gdy ojciec mój wszedł.

 — Masz słuszność Owenie, — rzekł, — niech się namyśli. Młokosie! daje ci miesiąc czasu do zastanowienia.

 Skłoniłem się w milczeniu, uradowany z niespodzianéj przewłoki, i nie wątpiąc, że ojciec mój zwolnił nieco ze swoich pogróżek.

 Upłynął i terminowy miesiąc, ale bez żadnéj zmiany w postanowieniu. — Nic nie krępowało mego postępowania, a ojciec ani razu nie zapytał mię w téj drażliwéj materyi. — Widywałem go tylko w objadowéj godzinie, a i wtenczas starannie unikał wszelkich sporów, których i ja, jak się łatwo domyślasz, nie chciałem wszczynać. Jedynym przedmiotem rozmów były nowiny dzienne i rzeczy zupełnie obojętne, jak to zwykle bywa między osobami zaledwo sobie znajomemi. Nikt obcy nie mógłby się domyślić dzielącego nas nieporozumienia, które jednak w samotności nieraz było przedmiotem moich głębokich rozmyślań. — Mógłżeby ojciec ściśle dotrzymać słowa, i wydziedziczyć jedynego syna? — wzbogacić synowca, którego nigdy nie widział, i o którego życiu nie miał zupełnéj pewności? Postępek dziada mego w podobnem zdarzeniu, powinien był mi dać odpowiedź: ale dobroć z jaką ojciec mój, nim wyjechałem do Francyi, ulegał wszelkim moim żądaniom, a nawet i wymysłom, nadała mi fałszywe o jego charakterze wyobrażenie; nie wiedziałem, że niekiedy rodzice zbyt pobłażający dziecinnemu wiekowi, przeto jedynie, że to ich bawi, są surowi dla dojrzałych młodzieńców, a przyzwyczajeni rozkazywać, wymagają zupełnego posłuszeństwa. Przekonany, że najgorszy wypadek, jaki mię spotkać może, będzie chwilowa niechęć ojca i kilka tygodni wygnania, cieszyłem się myślą, że w wiejskiem zaciszu znajdę sposobność poprawienia i przepisania na czysto pierwszych pieśni szalonego Rolanda, które zacząłem wierszem przekładać. W tém słodkiem marzeniu pozbierawszy raz moje szpargały, już miałem naznaczać miejsca potrzebujące poprawy, gdy po lekkiem we drzwi zapukaniu, wszedł Owen. Taka była jednostajność, taki porządek we wszelkich czynnościach tego zacnego starca; tak święcie zachowywał zwyczaj zmierzania prosto z pokoju swego do bióra bez najmniejszéj zwłoki, że podobno po raz pierwszy w życiu zdarzyło mu się zboczyć na drugie piętro domu pryncypała swego: nie wiem nawet jakim sposobem trafił do mojego pokoju.

 — Panie Frank, — rzekł do mnie, — kiedym mu wyraził zadziwienie moje i radość, że go oglądam; — nie wiem czy dobrze robię, przynosząc to, tom usłyszał: nie należałoby mówić za biórem, co się w biórze dzieje; a przysłowie niesie, że ściany kantoru wiedzieć nie powinny ile jest linii w dzienniku; ale nie mogę zataić przed wami, że młody Twinkall bawił gdzieś więcéj jak dwa tygodnie i dopiero zkądś powrócił.

 — Więc cóż z tego kochany Owenie? co ja mam wspólnego z podróżą Twinkalla, albo z jego powrotem?

 — Pozwólże mi dokończyć panie Frank. Ojciec pański dał mu jakieś tajne polecenie; nie był on w Falmouth, z powodu bankructwa Pilcharda, wiém o tém z pewnością: dług na Blackwellu i Kompanii opłacono nam niedawno; oddali podobnież co winni dzierżawcy min Kornwallskich, Treyanion i Treguilliam; co do innych interesów, musianoby wprzódy zajrzeć w moje księgi. Słowem, nie masz wątpliwości, że Twinkall wraca z północy od stryja pańskiego.

 — Czy to być może? — zawołałem z niespokojnością.

 — Prawi nam teraz ciągle o bótach do konnéj jazdy, ostrogach, i bitwie kogutów w Jork-Tak, — tak; to jest równie pewna, jak tablica Pitagoresa. Dałby Bóg moje dziecię, żebyś poszedł za wolą ojca, i jak on został uczciwym i zamożnym negocyjantem!

 Tak mię obeszła ta nagła wiadomość, że w téj chwili uczułem wielką chęć korzystania z dobréj rady i ucieszenia poczciwego Owena prośbą, aby uwiadomił ojca mego, że się jego woli poddaję; ale pycha, ta namiętność rzadko kiedy chwalebna, a najczęściéj występna, stanęła mi na przeszkodzie. Zezwolenie uwięzło mi w ustach; a nim je zdołałem wymówić, Owen usłyszał głos ojca mego i jakby zbrodnią ścigany, z wielkim pędem wyleciał, a z nim i jedyna sposobność pogodzenia się z ojcem.

 Kupiecka akuratność ojca mego malowała się w najdrobniejszych nawet szczegółach. Tego samego dnia, téj godziny, w tym samym pokoju, tym samym sposobem i tonem, jak miesiąc wprzódy, odnowił myśl przypuszczenia mię do spólnictwa banku i handlowych czynności; a nakoniec zapytał, jakie jest moje ostateczne postanowienie? — Nie tylko w tenczas, ale i dziś jeszcze zdaje mi się, że droga, którą obrał, nie była właściwą, że pewniéj by trafił do celu, postępując mniéj surowo. Ton suchy i srogie spojrzenie utwierdziły tém mocniéj mój upór i wyrzekłem nakoniec: — że spółki téj niepodobna mi przyjąć. — Zapewne, ustąpić na pierwsze wezwanie wydało mi się słabością, gdyby był silniéj na to nalegał, zmieniłbym może moje zamiary, nieściągając na siebie wyrzutu płochości. Ale zawiodłem się bardzo; bo ojciec mój obróciwszy się do Owena, — rzekł ozięble: — Powiedziałem ci, że tak będzie, — potem przystąpił do mnie i dodał: — Franku; — w twoim wieku zdolnym już jesteś sądzić o drodze, na któréj szczęście znaleźć możesz: nie będę cię więc dłużéj naglić; — a lubo nie chcąc cię już wcale zniewalać, żebyś się do moich zastosował zamiarów, nie mam obowiązku dopomagać twoim, radbym jednak wiedzieć, co zamyślasz przedsięwziąść, bo nie odmawiam ci mojéj pomocy.

 Zmieszało mię to zapytanie; — odpowiedziałem przeto z nieśmiałością, — że nie będąc usposobiony do żadnéj technicznéj pracy i nie posiadając własnego funduszu, nie mógłbym się utrzymać bez jego pomocy, — że jednak żądania moje są bardzo ograniczone, i że się spodziewam, iż wstręt mój ku powołaniu, które dla mnie przeznacza, niepozbawi mię jego opieki i łaski.

 — To się ma znaczyć Franku, że chcesz się wesprzéć na ramieniu mojém, a przeciéż iść tam, dokąd ci się podoba. — Trudno jednego z drugiém pogodzić; spodziewam się jednak, że będziesz posłuszny rozkazom moim, o ile te nie będą krzyżować własnych twoich zamiarów.

 Chciałem zrobić jakąś uwagę. — Chwilkę cierpliwości. — zawołał. — Jeżeli taki jest twój zamiar, — zechcesz się udać natychmiast na północ, odwiedzić stryja, i zabrać z rodziną znajomość. — Wybrałem jednego z pomiędzy jego synów (ma ich podobno siedmiu), zapewniają mię, że ten godniéjszy jest od innych zająć twe miejsce w domu moim; ale dla ostatecznego układu przytomność twoja w Osbaldyston-Hallu może być potrzebną. — Otrzymasz na miejscu szczegółową instrukcyją, i pozostaniesz tam do dalszych moich rozkazów. Jutro rano znajdziesz wszystko gotowe do podróży.

 Domówiwszy tych słów oddalił się z pokoju.

 — Więc już wszystko między mną a ojcem skończone, — kochany Owenie? — rzekłem do zacnego mego przyjaciela, na którego twarzy widać było głębokie zmartwienie.

 — Już po wszystkiem, panie Franku, samochcąc się zgubiłeś, — kiedy ojciec pański odezwie się tym spokojnym i stanowczym tonem, to tak jakby umowę podpisał: — słowo jego jest nieodmienne.

 — Prawdę mówił Owen, nazajutrz o piątéj rano byłem już w drodze do Jork, na dość dobrym koniu i z pięćdziesięciu gwineami w kieszeni: jechałem zaś w celu dopomożenia ojcu memu w wyborze jednego z mych stryjecznych braci, któryby zajął przy nim moje miejsce, i odziedziczył jego majątek, a może i przywiązanie rodzicielskie.

ROZDZIAŁ  III.

Niewprawnie wiosło kierowane pęka,

Rozdziéra żagle burza natarczywa,

Nie zwróci rudla przelękniona ręka,

Fala uderza, i już łódź zaléwa.

Gaj

Położenie moje było przerażające, kiedym się ujrzał bez wybawczéj igły wpośród oceanu ludzkiego życia. — Obojętność z jaką ojciec mój zerwał najściślejszy węzeł towarzystwa i wygnał mię z domu jakby jakiego wyrodka, odebrała mi wszelkie zaufanie w moje siły i zdolności. — Prettyman, raz książę, drugi raz syn rybaka, nie był w większém obłąkaniu, nie czuł się bardziéj upośledzonym nademnie. — Zaślepieni miłością własną, przyznajemy zwykle samym sobie wszystko, czem nas ślepe szczęście obdarza, i z utratą dopiero czułéj pomocy, przeświadczamy się o własnéj słabości.

 Już zgiełk wielkiego miasta coraz słabiéj dochodził moich ustu: odgłos dzwonów tylko zdawał się przemawiać do mnie jak niegdyś do lorda Majora, wróć się; a kiedy z wierzchołka Highgate spojrzałem raz jeszcze na niknącą we mgle okazałość Londynu, serce moje ogarnął smutek, jak gdybym zostawiał za sobą szczęście, dostatki, i wszelkie ponęty towarzyskiego życia. — Darmo! Kość już rzucona, żal poniewczasie nie wróciłby mi zapewne tego, co straciłem, a ojciec mój niezachwiany w swoich postanowieniach, ze wzgardą przyjąłbym spóźnioną uległość. — Wrodzony upór potakiwał rozumowaniu temu; a pycha przedstawiała mi obraz upokorzenia, któreby mię spotkało, gdyby czteromilowa przejażdżka zniweczyć miała owoc kilkutygodniowéj rozwagi: nadzieja także, która nigdy śmiałych nieopuszcza, rzuciła promyk światła na przyszłe moje widoki. — To być nie może, pomyślałem sobie, ażeby mój ojciec chciał mię w rzeczy saméj wydziedziczyć: musi to być tylko próba mojéj stałości, którą gdy wytrzymam cierpliwie i mężnie, zasłużę na tém większy jego szacunek i zyskam korzystne dla mnie ukończenie rozłączającego nas sporu. — Już nawet układałem w myśli, przy których artykułach spodziewanego układu mam stać silnie, a które odstąpić mogę memu ojcu. — Najprzód, podług rachunku mego, miałem odzyskać jego względy i czułość ojcowską, a potem za karę, być zmuszonym do zachowania powierzchownych oznak uległości.

 — Czegóż mi więcéj na teraz potrzeba, — byłem panem mojéj osoby, i czułem w sobie ów powab niepodległości, który serce młodzieńcze, przy lekkiéj obawie, poi najżywszą roskoszą. Worek mój lubo nieobficie naładowany, mógł jednak wystarczyć wszelkim podróżującego potrzebom: nawykłem w Bordo obchodzić się bez służącego, — koń mój był młody i dziarski, — wszystko to przy pomocy żywéj wyobraźni, rozpędziło wkrótce smutne myśli, jakie mię trapiły z początku méj podróży.

 Szkoda tylko, że droga, którą ku północy zmierzałem, mało była obfitą w zajmujące widoki. — Myśli zatem ponure znowu mię mimowolnie napastować zaczęły; muza nawet, ta zalotna kochanka, któréj winienem był podróż moją w te pustynie, nieodrodna od płci swojéj, opuściła mię w najpilniejszéj potrzebie; i byłbym upadł niewątpliwie pod ciężarem smutku, gdyby mię kiedy niekiedy nieorzeźwiała rozmowa z podróżnemi, udającemi się w tęż samą stronę. Spotykałem zwykle pastorów wracających truchtem do domu, po ranném chorego odwiedzeniu; dzierżawców i handlujących wołami jadących z pobliskiego jarmarku; komissantów zbierających tu i owdzie po małych miasteczkach długi kupcom należne; nakoniec oficerów szukających ochotników do wojska. Rozmawialiśmy o religii i dziesięcinach, o wołach i zbożu, o towarach stałych i płynnych, o zamożności kupców, wreszcie o oblężeniach twierdz i bitwach we Flandryi, o których opowiadający najpewniéj słyszał tylko z podania. Kiedy się rozmowa urywała, przychodziły w pomoc liczne a straszliwe historyje o hersztach zbójców, których imiona były natenczas w ustach każdego. — Jak dzieci, które siedząc zimową porą przy kominie, garną się jedne do drugich, gdy bajka o upiorze przychodzi już do okropnego końca, tak i podróżni opowiadając owe historyje, zbliżali się nieznacznie do siebie, spozierali na wszystkie strony, przygotowywali pistolety, i przyrzekali sobie wzajemną pomoc; chociaż w razie istotnego niebezpieczeństwa, zapomnieliby zapewne o przyrzeczeniu, jak się to zwykle zdarza, między sprzymierzonemi.

 Ze wszystkich tchórzów, jakich kiedykolwiek w życiu spotkać mi się zdarzyło, najwięcéj mię zabawił jeden, z którym naówczas przez półtora dnia odbywałem podróż. Miał przywiązany do siodła nie wielki, ale ciężki tłomoczek; nigdy z niego oka nie spuścił, nikomu powierzyć go nie śmiał, wszędzie gdzieśmy się zastanowili, odganiał służalców, którzy go za nim do izby zanieść chcieli; — z równąż z przezornością usiłował ukryć nie tylko przyczynę i cel podróży, ale nawet drogę, którą miał się udać. Na samo zapytanie, czy w prawo lub w lewo pojedzie, i gdzie się zatrzyma? już wpadał w niespokojność. — Długo rozmyślał, nim obrał sobie miejsce noclegu: tu karczma była zbyt samotna; tam znowu sąsiedzkie chałupy miały jakąś podejrzaną minę. — W Grantham, ile pomnę, całą noc oka nie zmrużył, dla tego tylko, że w drugim pokoju był jakiś jegomość barczysty, zezowaty, z czarną peruką, i w wytartéj złotem wyszywanéj kamizelce. — Taki to był mój towarzysz podróży; a jednak miarkując po silnéj budowie ciała, zdawało się, iż mógłby śmiało z niebezpieczeństw żartować. Galon i kokarda u kapelusza wskazywały, że był żołnierzem, albo przynajmniéj jakim wojskowym urzędnikiem; z rozmowy lubo dość nieokrzesanéj, widać było, że miał zdrowy rozsądek, ilekroć mary strachu przestały choć na chwilę dręczyć jego wyobraźnią, co się jednak rzadko zdarzało; — dziura w płocie, słup stary przy drodze, już go niespokojnym czyniły; a świstanie pastuszka brał za hasło rozbójników: nawet widok szubienicy, choć go powinien był zapewnić, że już wielu zbójców śmierć poniosło, obudzał w nim pamięć o tych, których jeszcze sprawiedliwość ludzka dosięgnąć nie zdołała.

 Towarzystwo tego człowieka znudziłoby mię wkrótce, gdybym się nie lękał pozostać sam na sam z nudniéjszemi jeszcze mojemi myślami. Przytém dziwne powieści, które opowiadał, były dość zajmujące, a zwłaszcza w jego ustach drżących od bojaźni. Zapewniał nieraz, że wielu nieszczęśliwych podróżnych wpadało w sidła zbójców, zabierając w podróży znajomość z osobami dobrego na pozór wychowania, w których towarzystwie znajdowali zabawę i pomoc przeciw zdzierstwom karczmarzy; lecz nakoniec niby dla skrócenia drogi, sprowadzeni z gościńca w bezludne okolice, za danym znakiem ujrzeli się pośród zgrai złoczyńców. Wtenczas zacny przewodnik występował w prawdziwym charakterze jako herszt bandy, która niebacznych podróżnych obdarłszy ze wszystkiego, nieraz pozbawiła i życia. Zbliżając się do końca podobnéj powieści, sam drżał ze strachu, i spoglądał na mnie podejrzliwym okiem, jakby się lękał, czyli i ja także nie jestem jednym z tych ichmościów, o których dopiero co mówił. — Czasem nawet dręczony bojaźnią, oddalał się zwolna na drugą stronę gościńca, spozierał na wszystkie strony, i zdawał się zabierać do ucieczki lub obrony.

 Podejrzenia te nie długo trwały, i nadto były pocieszne, abym się za nie miał urażać: owszem lubiłem na przemiany wzniecać je lub uspokajać, czyniąc sobie igraszkę z dziecinnéj towarzysza mego bojaźni. I tak naprzykład, kiedyśmy raz rozmawiali o dzielności naszych rumaków: — Przyznaję, — rzekł, — że wasz lepiéj galopuje; ale co do kłusa, nie wyrówna on mojemu, jak tylko będziemy bliżéj popasu, przekonam pana o tém, gotów się jestem nawet założyć o butelkę porto.

 — Zgoda, — odpowiedziałem, — droga równa, ruszajmy.

 — Hem, hem! nie mam zwyczaju męczyć konia napróżno, któż wié, co nam się jeszcze przytrafić może? a do tego idąc na wyścigi, trzeba, żeby konie równy miały ciężar; mój zaś, ręczę, dźwiga przynajmniéj trzydzieści funtów więcéj od waszego.

 — To mała rzecz, ciężar łatwo rozdzielić. Ile waży wasz tłomoczek?

 — Mój tł... tłomoczek?... o! nic wcale.... lekki jak piórko... kilka koszul, kilka chustek, i wszystko.

 — Bardzo wątpię, widać, że dobrze obładowany; i poszedłbym o butelkę wina, że całą różnicę ciężaru naszych koni stanowi.

 — Mylisz się pan... bardzo się pan mylisz, — rzekł, — przenosząc się zwolna podług zwyczaju na drugą stronę drogi.

 — Jeśli panu o to chodzi, idzie więc o butelkę wina, — idzie o dziesięć przeciw jednéj, że władowawszy nawet ten tłomoczek na mojego konia, i tak jeszcze pana prześcignę.

 Usłyszawszy takie wyzwanie, przestrach mego towarzysza doszedł do najwyższego stopnia, nos jego (dzięki częstym libacyjom czerwonego wina), zazwyczaj ciemno-purpurowy, zsiniał i pożółkł w oka mgnieniu; a zęby jak w febrze dzwonić zaczęły; zdawało mu się, że widzi przed sobą zbójcę w całéj okropności. — Widząc, że już słowa przemówić nie może, i chcąc go nieco orzeźwić, pokazałem mu wieżę kościoła niedaleko przed nami, i dodałem, że tak blisko miasteczka nie mamy się czego obawiać. Na te słowa zaczął pomału do siebie przychodzić; nie prędko jednak o moim zakładzie zapomniał, i długo jeszcze miał mię w podejrzeniu.

 Dodać tu tylko muszę, że towarzystwo tego tchórza, i żarty moje, drogo mię późniéj kosztowały.

ROZDZIAŁ  IV.

Szkoci są biedni, powtarzacie wszędy.

Oni nie przeczą, że prawdę mówicie.

Lecz w takim razie niech im wolno będzie;

Anglików kosztem zarabiać na życie.

Churchill.

Trwał jeszcze owémi czasy starodawny zwyczaj, dziś podobno zupełnie zaniedbany, a przynajmniéj szanowany jedynie przez pospólstwo, że odbywający konno powolną podróż, zatrzymywali się przez niedzielę w jakiémkolwiek mieście, aby i sami powinności religijnéj dopełnić, koniowi całodzienny wypoczynek dać mogli. Gospodarze znaczniejszych domów zajezdnych, szanując dawne prawa angielskiéj gościnności, zapraszali w tym dniu uroczystym wszystkich podróżnych do stołu; a najznakomitsze nawet osoby nie pogardzały wezwaniem, którego jedyną nagrodą była butelka wina po obiedzie spełniona z gospodarzem.

 Jako prawdziwy obywatel świata, nieunikałem żadnych towarzystw, w którychbym się ludzi poznawać nauczył; przyjmowałem więc chętnie niedzielne obiady pod lwem, niedźwiedziem lub kaczką. Zacny gospodarz pyszny przywilejem zasiadania na pierwszém miejscu pośród swych gości, którym w dni powszednie usługiwać musiał, już sam przedstawiał dość ciekawy widok, — a cóż dopiero mówić o mnóstwie towarzyszów, którzy tę główną planetę zewsząd otaczali? Wszystkie dowcipy miejskie i najznaczniejsze miasteczka matedory, aptekarz, prokutator, a nawet i sam proboszcz, uczęszczali na tę tygodniową biesiadę. — Zbiór ludzi różnego stanu i wychowania, różnéj mowy, obyczajów i sposobu myślenia, odkrywał tę zajmującą sprzeczność, która pilnemu serc ludzkich badaczowi obojętną być nie może.

 W tym to dniu, ja i mój lękliwy towarzysz odpoczywaliśmy w Darlingten pod Czarnym Niedźwiedziem, i już podług przyjętego zwyczaju gotowaliśmy się do niedzielnéj uczty, gdy nasz opasły gospodarz wszedł, donosząc, a raczéj przepraszając, że jakiś szlachcic szkocki zasiądzie z nami do stołu.

 — Szlachcic? — jaki szlachcic? — zawołał mój towarzysz, — myśląc zapewne o gościńcowéj szlachcie; tak bowiem podówczas nazywano rabusiów.

 — Co? jaki szlachcic? — odparł gospodarz, — powiedziałem, że szlachcicem szkocki. — Wszak wiecie? że każdy Szkot jest szlachcic, chociaż łokciami świeci, — ten podobno bydłem handluje.

 — Kiedy tak, to niech wejdzie; będziemy mu radzi, — rzekł mój towarzysz; — a obróciwszy się ku mnie, opowiedział mi przyczynę obawy. — Co do mnie, — mówił daléj, — poważam Szkotów, lubię i szanuję ten naród za jego moralność. — Powiadają, że jest ubogi, nieochędożny, ale uczciwy. Ludzie godni wiary zaręczali mi, że w Szkocyi nigdy o rozbojach nie słychać.

 — Może dla tego, że nie ma co rozbijać, — odpowiedział gospodarz uradowany, — że mógł się z swoim popisać dowcipem.

 — Nie, panie gospodarzu, — odezwał się głos gruby i mocny, — dla tego, że wasi angielscy celnicy i zdziercy, których nam nasłaliście za Tweedę, zagarnąwszy sami wszystkie źródła łupiestwa, pozbawili chleba najzręczniejszych szkockich złodziei.

 — Prawdę mówisz, panie Campbell, — nie wiedziałem żeście tak blisko, ale nie zaszkodzi czasem pożartować. No, i jakże tam idzie handel na południu?

 — Jak to zwykle bywa: — mądrzy, kupują i przedają kosztem głupich.

 — Ale i mądrzy i głupi zajadają równie smaczno kiedy głód dokucza; szczególniéj tak dobrą pieczeń jak ta, co przed nami. — To mówiąc dowcipny nasz gospodarz, — wziął się do noża, i począł obdzielać licznych swoich gości.

 Pierwszy to raz w życiu znalazłem się w towarzystwie Szkota, i usłyszałem sposób wymawiania właściwy jego spółrodakom, chociaż wyobrażenie o Szkocyi jeszcze w dzieciństwie już nie było mi obcém. — Ojciec mój, jak ci wiadomo, pochodził z dawnéj Northumberlandzkiej rodziny, któréj dziedzictwo, Osbaldyston-Hall, nie było zbyt odległe od Darlington. Nieporozumienie między nim i bratem zaszło tak daleko, że o nim nie lubił nawet wspominać; a pychę urodzenia uważał za słabość godną największéj pogardy. Nazywał się zawsze Wilhelm Osbaldyston bez żadnych dodatów i tytułów. Celem wszystkich życzeń jego było zasłużyć na imie pierwszego bankiera stolicy. Gdyby był nawet pochodził w prostéj linii od Wilhelma zdobywcy, nie tyle by to pochlebiało jego miłości własnéj, ile ruch i szmer, które go witały, gdy ukazał się na giełdzie. — Ojciec mój, lękając się, abym nie nabrał wstrętu do przyszłego powołania, starał się wychować mię w zupełnéj niewiadomości o szlachetnym rodzie naszym — ale jak się często nawet najmędrszym przytrafia, tam właśnie napotkał przeszkodę, gdzie się jéj najmniéj spodziewał. Niańka jego staruszka, rodem z Northumberland, była jedyną istotą, dla któréj opuściwszy dom, zachował stałe przywiązanie; skoro więc los sprzyjać mu zaczął, sprowadził Mabelę Rackets, po śmierci matki mojéj powierzył mię jéj opiece i tym czułym niewiasty staraniom, bez których wiek niemowlęcy obejść się nie może. Ponieważ Mabela nie miała wolności rozmawiać z panem o pokrytych wrzosem górach, o dolinach kochanéj ojczyzny, tém więc chętniéj prawiła wychowańcowi swemu o wszystkiém, co w niéj zaszło od niepamiętych czasów. Słuchałem jéj z całém natężeniem dziecinnéj ciekawości i zdaje mi się, że jeszcze widzę tę głowę trzęsącą się już nieco pod ciężarem wieku, przykrytą białym jak śnieg czepkiem; tę twarz pooraną marszczkami, ale pełną jeszcze czerstwości, którą winna była pracowitemu wiejskiemu życiu, — zdaje mi się, że widzę jak rzucając wzrok smutny na wysokie mury i ciasne ulice Londynu, kończy ulubioną piosnkę, którą wtenczas, a jeśli mam wyznać prawdę, i dziś nawet przekładam nad wszystkie włoskie trele.

— Czy bluszcz niski, czy jawor co użycza cienia,Wszystko się w górach naszych piękniéj rozzielenia,

 Lecz w powieściach Mabeli, Szkoci, których z duszy nie nawidziła, grali tęż samą rolę, co w bajkach smoki, lub olbrzymy z siedmiołokciowemi bótami. I jakże być mogło inaczéj? Któż, jeżeli nie Douglas Czarny zabił jednego z pierwszych dziedziców Osbaldyston-Hallu, gdy ten z wasalami swemi obchodził uroczystość objęcia ogromnego po rodzicach spadku? Któż, jeżeli nie Wat, przezwany djabłem, świéżo jeszcze, bo za mego prapradziada, całą, trzodę jego pasącą się koło Lanthorn uprowadził?..... A myż, mszcząc się za krzywdy nasze, czy nie odnieśliśmy tyle zwycięztw, i daleko (jak mówi Mabela), świetniéjszych? Ażali Henryk Osbaldyston, piąty baron tego imienia, nie uwiózł pięknéj dziewicy z Fairnington, jak niegdyś Achilles Bryzeidę, i nie obronił zdobyczy przeciwko zjednoczonym siłom najmężniéjszych Szkocyi wojowników? Ażali nie widziano nas walczących w pierwszym szeregu prawie w każdéj bitwie, kiedy oręż angielski karcił dumę nieprzyjaciół? Wojny północne były dla naszéj rodziny zarówno źródłem sławy, jak nieszczęścia.

 W skutek takich i tym podobnych powieści, nawykłem od dzieciństwa uważać Szkotów jako ród natury nienawistny południowym mieszkańcom królestwa; a rozmowy ojca mego, jeszcze mocniéj utwierdziły mię w tém mniemaniu. Zawarł on umowę z możniejszemi właścicielami w górach szkockich o dostawę znacznéj ilości dębiny; i nie raz się odzywał, że górale chciwi na zadatek, łatwo do układu przystąpią; ale nie łatwo dopełniają to, do czego się zobowiązali. Wspominał, że kupcy szkoccy, których pomocy do tych umów używać musiał, przywłaszczali sobie zawsze coś więcéj nad należny procent. Słowem, kiedy Mabela wyrzekała na oręż dawnych Szkotów, ojciec mój złorzeczył dzisiejszéj ich przewrotności; a tak oboje mimowolnie zaszczepili w umyśle moim odrazę ku północnym mieszkańcom Brytanii, jako okrutnym w bitwach, wiarołomnym w pokoju, chciwym, samolubnym, i pozbawionym wszelkich dobrych przymiotów. Na usprawiedliwienie podobnego uprzedzenia, dodam uwagę, że w owym czasie i Szkoci nie lepiéj trzymając o Anglikach, nazywali ich zwykle chełpliwemi pasibrzuchami. — Te iskierki domowéj niezgody dwóch pobratymczych krajów, były naturalnym skutkiem starożytnéj ich niepodległości i długich o pierwszeństwo sporów. Z nich to wybuchał niekiedy okropny pożar rozniecany przez zagorzałych demagogów.

 Cóż dziwnego, że widok pierwszego w mojém życiu Szkota nie był dla mnie przyjemnym: postawa jego przywodziła mi na pamięć dziecinne wrażenia. Rysy twarzy miał ostre, budowę ciała prawdziwie atletyczną, powolny i nieco wyszukany sposób mówienia, przez który Szkoci usiłują pokryć błędy, tłomacząc się obcym językiem. W uwagach jego i odpowiedziach przebijała się owa właściwa Szkotom przenikliwość i ostrożność; alem się nigdy nie spodziewał znaleźć w nim to umiarkowanie namiętności, ten szlachetny a nie wymuszony układ, którym zdawał się wynosić nad nasze towarzystwo. Chociaż miał na sobie ubiór bardzo skromny, co w owych czasach, tak sławnych zbytkami, okazywało niedostatek jeżeli nie ubóstwo; chociaż nie taił, że handlował bydłem, że przeto położenie jego nie było świetne; jednak mimo tylu nieprzyjaznych okoliczności, ton poważny acz grzeczny, jakim do nas niby od niechcenia przemawiał, objawiał w nim wyższość, istotną a może i udaną. Zdanie swoje o każdym przedmiocie wyrażał z tém zaufaniem i pewnością, która nie cierpi żadnego zarzutu ani powątpiewania, a zaledwo przystoi ludziom znakomitego stanu lub nauki. — Nasz gospodarz i jego niedzielni goście, po bezskutecznem usiłowaniu, aby przynajmnéj krzykiem otrzymać zwycięstwo, ustąpili nareszcie przewadze Campbella, który odtąd grał już pierwszą rolę. — Ciekawość mię wzięła, czyli ja go nie pokonam przy pomocy moich słabych talentów i znajomości świata, którém winien był staranniejszemu wychowaniu i pobytowi zagranicą. Pod względem naukowym, nie mógł ze mną iść w zapasy; sztuka bowiem nie rozwinęła jego wrodzonych zdolności: ale o stanie ówczesnym Francyi, o charakterze księcia Orleanu, który właśnie natenczas objął rządy państwa, i osób które go otaczały, daleko lepiéj wiedział ode mnie; a dowcipnemi i nieco złośliwemi uwagami okazywał, iż dobrze znał polityczne stosunki tego kraju.

 Z wielką oględnością wyrażał się o obecnym stanie swéj ojczyzny. Stronnictwa Whigów i Torysów były naówczas w najwyższém zaburzeniu; a liczni stronnicy Sztuartów zagrażali dynastyi Hannowerskiéj, zaledwo jeszcze usadownionéj na tronie. — W każdym zajezdnym domu rozlegał się wrzask rozprawiających o polityce; a że polityka naszego gospodarza nie dozwalała mu zniechęcać gości, którzy go często odwiedzali, niedzielna przeto schadzka w jego domu była tak burzliwą, jak posiedzenia miejskiéj rady. Probosz z aptekarzem i jakiś mały człowieczek, który — jak wnosić mogłem po częstém sięganiu ręką do brody, musiał być golarzem, żwawo bronili sprawy kościoła i Sztuartów; lecz poborca podatków i prokurator, pierwszy przez powinność, drugi w nadziei korzystniejszego miejsca, a z niemi i mój towarzysz byli za królem Jerzym i za następstwem protestanckiém. Wszczęła się wrzawa okropna, potém zwada: nakoniec obie strony, zdawszy się na sąd Campbella, niecierpliwie oczekiwały wyroku.

 — Jako szlachcic szkocki, — krzyczeli jedni; — powinieneś pan obstawać za prawą dynastyją.

 — Ale jako prezbiterijanin, — wołali drudzy; — musi być nieprzyjacielem despotyzmu.

 — Mości panowie, — odezwała się nakoniec szkocka wyrocznia, jak tylko gwar ustawać zaczął: — Nie wątpię, że król Jerzy godny jest miłości stronników swoich; i jeżeli się utrzyma na tronie, szanowny poborca może zostać intendentem korony, a zacny nasz pan Quitam, komissarzem jeneralnym; — pewny jestem, że i ten pan co woli siedziéć na swoim tłomoczku jak na krześle, otrzyma zasłużoną nagrodę. Równie i król Jakób niemniéj jest wspaniałym, i jeśli odzyska berło, zrobi, kiedy zechce, wielebnego proboszcza arcybiskupem Kantuaryjskim, doktora Mixit pierwszym chirurgiem dworu, a królewską swoją brodę powierzy staraniu przyjaciela naszego pana Latherum. Ale ponieważ wątpię, aby którykolwiek z obu tych monarchów dał choć szklankę wina Robertowi Campbell, widząc nawet że umiera z pragnienia, głosuję zatém na gospodarza naszego pana Jonathana Brown, pod warunkiem, że nam przyniesie jeszcze butelkę tak dobrego wina, jak to, cośmy wypili.

 Ten dowcipny wykręt okryto powszechnemi oklaskami, których i gospodarz nie szczędził, a wydawszy rozkazy, aby warunek, od którego zależał przyszły jego majestat spełniono, zrobił uwagę: — że lubo pan Champbell jest spokojnym obywatelem, nie raz jednak w potrzebie okazał się mężnym jak lew, z szablą w ręku pokonał siedmiu zbójców na drodze z Whitson-Tryst.

 — Mylisz się, panie Jonathan; było ich tylko dwóch i oba tchórze do tego.

 — Jakto? — zawołał mój towarzysz przysuwając swoje krzesło, a raczéj tłomoczek bliżéj Campbella, — jakto? jegomość sam jeden pokonał istotnie dwóch zbójców?

 — Tak jest, — odpowiedział Campbell; — a cóż w tém nic dziwnego?

 — Na honor, — rzekł piérwszy, — miałbym sobie za szczęście towarzyszyć wam w podróży, — ja jadę na północ.

 To pierwsze i dobrowolne wyznanie mego towarzysza o drodze, którą miał się udać, przyjął Szkot z największą obojętnością.

 — Nie możemy jechać razem, — odpowiedział ozięble, — pan zapewne ma dobrego konia, a ja część drogi odbywam pieszo, część na nędznéj góralskiéj szkapinie.

 Powiedziawszy to zapytał, ile się należy za dodatkową butelkę wina, — rzucił na stół zapłatę, i wstał zabierając się do dalszéj podróży. — Towarzysz mój zbliżył się doń, a ująwszy za guzik surduta, odciągnął na stronę ku framudze okna. Z kilku słów które usłyszałem, wniosłem, że prosił o coś usilnie, na co zaś Campbell nie zgadzał się wcale.

 — Biorę na siebie wydatki podróży, — rzekł pierwszy tonem zupełnego przekonania, że takiéj hojności odrzucić niepodobna.

 — To być nie może, — odpowiedział Campbell nie kryjąc pogardy; — muszę wstąpić do Rothbury.

 — I mnie nie pilno, chętnie zboczę na stronę i poświęcę dzień jeden, choćby i dwa, dla tak dobrego towarzystwa.

 — Zapewniam pana, — rzekł Campbell, — że nie mogę zrobić mu téj przysługi. Mam swoje interesa; a jeżeli chcecie usłuchać dobréj rady, pilnujcie swoich, nie wdajcie się lada z kim po drodze, i nie mówcie gdzie i kiedy jedziecie, kiedy was o to nikt nie pyta. — Po czém wyrwał swój guzik z rąk natrętnika, a zbliżywszy się ku mnie dodał:

 — Ten pański przyjaciel coś zanadto otwarty jak na posłańca w tak ważnym interesie.

 — Ja wcale nie znam tego jegomościa, — rzekłem spojrzawszy na mego towarzysza, — nie jest moim przyjacielem, spotkałem go w drodze, ale nie wiem ani o nazwisku jego, ani o celu podróży. Pan zaś jak uważam, jesteś jego dawnym znajomym i zdaje mi się, że go musisz bliżéj znać ode mnie, i...

 — Ja proszę pana, — przerwał, — chciałem tylko powiedzieć, że się nadto narzuca ze swém godném towarzystwem.

 Domówiwszy tych słów, skłonił się i wyszedł, a za jego przykładem rozeszli się wkrótce i inni goście.

 Pożegnałem się z moim trwożliwym towarzyszem, droga bowiem wiodąca na wschód do Osbaldyston-Hallu, rozdzielała się w tém miejscu z głównym gościńcem. Zważając na ciągłe jego powątpiewanie o moim charakterze, wniosłem, że rozłączenie nasze nie musiało mu być bardzo przykrém; — co do mnie, wyznam, że kontent byłem niewymownie, bo tchórzostwo tego człowieka nudzić mię już zaczynało.

ROZDZIAŁ  V.

O jak mi miło, kiedy zobaczę,

Którą z Nimf pięknych, ozdób wyspy naszéj,

Jak się skokami rumaka nie straszy,

Śmiało nim zwraca i przez rowy skacze!

Polowanie

W miarę zbliżania się do starożytnéj siedziby mych przodków, powiększało się wzruszenie moje, bo téż i okolica stawała się coraz bardziéj romantyczną. Wolny od natrętnéj towarzysza mego gadatliwości, uważałem z upodobaniem różnicę między poprzednią drogą, a tą, na któréj znajdowałem się teraz. — Strumienie nie snuły się smutno i jakby drzemiąc między trzciną i wierzbami, lecz płynęły z szumem pod cieniem wesołych gajów, już spadając nagle z pochyłości gór, już przerzynając spokojniéj nieco, ale zawsze bystro samotne doliny, które tu i owdzie rozwijały się przed okiem podróżnego, i zdawały się zachęcać, aby w ich cieniu odpoczął. — Góry Czywiot wznosiły przedemną swe poważne czoło: wprawdzie niewidziałem w nich owéj cudownéj rozmaitości urwisk i przepaści, która pierwiastkowe skały odznacza; — lecz wyniosłe, zajmujące przestrzeń okiem nieprzejrzaną i ciągle przybrane w ciemną barwę wrzosu, samym swym ogromem i ponurą postacią silnie działały na wyobraźnią zdolną pojmować wielkość przyrodzenia.

 Zamek przodków moich leżał wśród pasma tych gór na wąskiéj dolinie. Majątek ich niegdyś bardzo znaczny, nadwątliły przygody i rozrzutność; mimo to stryj mój uchodził jeszcze za majętnego właściciela, choć jak mi już w drodze powiadano, trwonił wszystko, co miał, na utrzymanie owéj starodawnéj gościnności, którą uważał za nierozdzielną od sławy domu.

 Wjechawszy na nieco wyższy pagórek, ujrzałem w oddaleniu Osbaldyston-Hall, ogromny gotycki gmach, otoczony prawie zewsząd dębowym gajem, który przypominał czasy Druidów. Pośpieszałem ku niemu po krętéj i nierównéj drodze; gdy koń mój chociaż strudzony długą podróżą, zaczął strzydz uszami, usłyszawszy goń licznéj psiarni, i odgłos francuskiéj trąby, bez któréj naówczas porządne myśliwstwo obejść się nie mogło. — Niewątpiłem, że to była psiarnia mojego stryja; wstrzymałem więc konia, a nie chcąc się dostać między zgraję myśliwych, postanowiłem oczekiwać w domu na ich powrót, i tam zabrać piérwszą z rodziną moją znajomość. — Lubo o czém innem myślałem, nie byłem nieczuły na przyjemności téj wiejskiéj zabawy, która tyle ma powabów dla prawdziwych swoich czcicieli; z ciekawością więc oczekiwałem ukazania się myśliwych.

 Naprzód wymknął się z gęstéj kniei po prawéj stronie doliny, lis zadyszany i już ledwo żywy, — kita spuszczona, boki zapadłe, susy drobne, zapowiadały skon bliski, a kruki unoszące się po nad głową, już czatowały na zdobycz swoją. Przebrnął ruczaj dzielący dolinę i wlókł się ku wąwozowi na drugiéj stronie spadzistych brzegów, gdy wtém cała psiarnia w pełnym gronie wypadła z kniei, a za nią dojeżdżacz i kilku strzelców na koniach. Psy poszły za lisem, myśliwi za psami. — Byli to młodzieńce rośli i silni, na dzielnych koniach, przybrani w zielone kurtki z czerwonemi wyłogami, to jest, jak się dowiedziałem późniéj, w mundur myśliwskiego towarzystwa, którym rządził stary Baron Hildebrand Osbaldyston. To są zapewne moi bracia, pomyślałem sobie: jakież mię czeka spotkanie od tych godnych następców Nemroda? — Lecz nowy widok przerwał moje dumania.