Rob-Roy -  Sir Walter Scott - ebook

Rob-Roy ebook

Sir Walter Scott

0,0

Opis

Rob Roy to powieść historyczna Waltera Scotta wydana w 1818 roku. Akcja powieści toczy się na początku XVIII w. w Anglii i Szkocji. Frank Osbaldystone – młodzieniec skłócony z ojcem, ponieważ nie chce zajmować się tak jak on handlem, wyjeżdża z Londynu do posiadłości swego stryja – Osbaldystone Hall. Drogę przebywa z bardzo strachliwym panem Morrisem, przez którego później spotyka go wiele nieprzyjemności. W Osbaldystone Hall poznaje barona Hildebranda oraz jego synów: Thorncliffa, Dicksona, Wilfrieda, Percy’ego, Johna i tajemniczego Rashleigha. Dobrze wychowany i wykształcony Frank nie może znaleźć wspólnego języka z wujem i kuzynami, lubiącymi polowania i pijatyki. Jedyną osobą, z którą spędza czas jest Diana Vernon. Wkrótce Frank zostaje oskarżony przez pana Morrisa o kradzież dokumentów państwowych, które miał przy sobie w czasie podróży. Jednak przy pomocy Roberta Campbella szybko udaje się wyjaśnić sytuację i Morris wycofuje oskarżenie. Tymczasem Rashleigh wyjeżdża do Londynu do ojca Franka, by zająć się tam razem z nim handlem. Wokół miss Vernon zaczynają dziać się dziwne rzeczy – pojawienie się ojca Vaughana, zaczyna spędzać z kimś dużo czasu w bibliotece...” Reszty można się dowiedzieć po przeczytaniu całej książki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 575

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

Walter Scott

 

Rob-Roy

 

przeł. Michał Grubecki

 

Armoryka

Sandomierz

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Na okładce: W.H. Worthington, Portrait of Rob Roy (Circa 3rd decade of the 19th century),

licencjapublic domain, źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Rob_Roy_1820s_engraving.jpg

This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law,

including all related and neighboring rights.

 

Tekst wg edycji:

Walter Scott

Rob-Roy

Wyd. Emil Skiwski

Warszawa 1875

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-911-9

 

 

ROZDZIAŁ I.

 

Nie mam już synów, tego nawet tracę!

Czemże zgrzeszyłem jaka moja wina?

Jakiemże temu przekleństwem odpłacę,

Kto tak odmienił, kto mi zepsuł syna!

                                         Pan Tomasz.

 

Tyle razy prosiłeś mię kochany przyjacielu, abym korzystając ze swobody, jaką mi Opatrzność przy schyłku życia udzielić raczyła, skreślił obraz wydarzeń, które początek jego oznaczyły. Pamięć tych, jak nazywasz awantur, zostawiła na umyśle moim razem przyjemne i dotkliwe wrażenie, łączy się z niemi uczucie żywej wdzięczności i czci ku Najwyższej ludzkie losy ważącej Istocie, której dobroczynna ręka przeprowadziła młodość moją pośród tylu przygód i niebezpieczeństw, jakby dla tego właśnie, abym mocniej czuć i cenić umiał spokojność i szczęście, któremi mię w starości obdarza.

 Poświęcając drugiemu ja moje pamiętniki, tę miedzy innemi odnoszę korzyść, że mogę opuścić wiele niepotrzebnych szczegółów, które zupełnie mi obcym wyłuszczaćbym musiał, tobie zaś opowiem tylko te, co albo nie były ci dokładnie znane, albo zatarły się w pamięci, a które przecież są niejako kamieniem węgielnym mego losu.

 Zapewne przypominasz sobie ojca mego; jako syn jego wspólnika w handlu, znałeś go w twojem dzieciństwie: lecz znałeś wtenczas, kiedy wiek i niedołężności wiekowi właściwe, nie dozwalały mu już oddawać się handlowym widokom z tym zapałem, który stanowił główną cechę jego charakteru. Byłby może szczęśliwszym, lubo mniej bogatym, gdyby był zwrócił ku naukom tę niezmordowaną czynność i bystrość objęcia, które handlowi wyłącznie poświęcił; pojmuję jednak, że nietylko żądza bogactw przywiązuje doń śmiałych i przedsiębiorczych ludzi. — Ten który się puszcza na to burzliwe morze, łączyć powinien zręczność z nieustraszonem męztwem żeglarza; a jednak i przy tych przymiotach zginąć może, jeśli przyjazny powiew losu nie wprowadzi go do portu. To połączenie potrzebnej przezorności i nieuniknionego trafu, ta przykra i ciągła niepewność, na którą stronę padnie zwycięstwo w walce ludzkiej rachuby z wyrokami losu, zajmując nieustannie duszę, dają jej razem bodziec rozwinięcia całej swej zdolności i władzy. — Słusznie przeto powiedziećby można, że handel przedstawia te same co i gra powaby, nieulegając przecież moralnej klątwie, jaka sprawiedliwie ściga tych, którzy w grze tylko losu szukają.

 W pierwszych latach ośmnastego wieku, kiedy właśnie kończyłem rok dwudziesty, nagły rozkaz ojca mego odwołał mię z Bordo do Londynu; nie zapomnę nigdy pierwszego z nim spotkania. — Wiesz jak zwięźle i sucho wyrażał swoją wolę. Zdaje mi się, że mam jeszcze przed oczyma ową postawę prostą, chód prędki i śmiały, wejrzenie żywe i przenikające, twarz, którą trudy zawcześnie poorały zmarszczkami. Zdaje mi się, że słyszę głos, który nigdy nie wydał próżnego słowa, a objawiał niekiedy ostrość przytłumiającą wszelkie łagodne i rzewne wczucia.

 Zaledwiem zsiadł z konia, pobiegłem natychmiast do gabinetu ojca mego; przechodził się tu i owdzie; na zamyślonej twarzy, nawet widok jedynego syna po czteroletniej niebytności nie zdołał sprawić najmniejszej zmiany. Rzuciłem się w objęcie jego. — Był to czuły ojciec, lubo daleki od niepomiarkowanej słabości; łza zajaśniała w jego ciemnem oku, lecz tylko na chwilę.

 — Duburg pisze mi, że był kontent z ciebie Franku.

 — Cieszy mię to...

 — Tak, ale ja wcale nie mam powodu cieszyć się, — rzekł usiadłszy za stolikiem.

 — Zasmucasz mię mój ojcze...

 — Cieszy, smuci, są słowa, do których ja nieprzywiązuję żadnego znaczenia. — Oto jest twój list ostatni.

 Wyciągnął ogromny stós papierów nawleczonych na czerwoną nitkę. — Tam to była nieszczęsna moja odezwa pisana w przedmiocie najżywiej mię podówczas obchodzącym, i zdolna przynajmniej wzruszyć serce, jeżeli niezupełnie przekonać; tam mówię spoczywała w pośród niezliczonego mnóstwa listów i rachunków handlowych. Trudno mi zaiste nieroześmiać się w duchu, kiedy sobie przypominam ile próżność moja obrażoną była na widok owych czułych peryjodów, które mię tyle pracy kosztowały, wyciągnionych z pomiędzy awizacyj, wekslów, kwitów i tym podobnych szczegółów korespondencyj kupieckiej. — Czyliż, pomyślałem sobie natenczas, list tak ważny, (nieśmiałem dodać, tak mądrze napisany) nie zasługiwał na osobne miejsce? godziłoż się mieszać go w tę bazgraninę handlową?

 Ale ojciec mój wcale nie zwrócił uwagi na zasmucenie moje; a choćby je nawet dostrzegł, niewieleby go to obeszło zapewne.

 — Oto jest, — rzekł dalej trzymając list w ręku, — odezwa twoja z dnia 21 zeszłego miesiąca — czytajmy — mówisz mi, że się spodziewasz, iż w przedmiocie tak ważnym jak jest wybór powołania, dobroć ojcowska dozwoli ci mieć głos przeczący przynajmniej, że czujesz w sobie wstręt nieprzezwyciężony... Tak; użyłeś tego wyrazu: nieprzezwyciężony, (radbym temczasem żebyś pisał wyraźniej nieco, i żebyś się nazwyczaił t dobrze przekreślać, a s więcej zaokrąglać). — Wstręt mówię nieprzezwyciężony do spełnienia układu, który ci przedstawiłem. — W dalszym ciągu listu powtarzasz zawsze toż samo i rozciągnąłeś na czterech stronnicach to, co zastanowiwszy się nieco, mogłeś wyrazić w czterech liniach; bo koniec końców panie Frank z całej twojej odezwy wynika, że wola twoja niezgodna jest z mojemi zamiarami i postanowieniem.

 — Szanuję twoją wolę mój ojcze, ale w tej okoliczności nie mogę.

 — Słowa niczem są dla mnie młokosie, — rzekł mój ojciec, którego nieugiętość ukrywała się zawsze pod zasłoną zimnej krwi i spokojności. — Niemogę jest może grzeczniej jak niechcę; ale oba te wyrazy są jednoznaczne, ilekroć niezachodzi moralne niepodobieństwo. Z tem wszystkiem nie chcę żebyś działał bez namysłu, pomówiemy jeszcze o tem po obiedzie. — Owenie!

 Owen wszedł, nie miał jeszcze podówczas owych białych włosów, które mu w oczach twoich tak szanowną nadawały postać, bo też nie liczył więcej nad lat pięćdziesiąt, ale miał na sobie ten sam orzechowy garnitur, w którym go poznałeś; też same jedwabne popielate pończochy, i trzewiki ze srebrnemi sprzączkami, też same batystowe mankietki starannie pomarszczone i spadające aż do pół dłoni, ilekroć bawił w gabinecie mego ojca, lecz gdy był w kantorze, zachowane z wszelką ostrożnością pod rękawy fraka dla ochrony od atramentu; na koniec tęż samą postać poważną, lecz pełną dobroci, która do ostatniej chwil życia odznaczała pierwszego komissanta banku Osbaldyston i Tresham.

 — Owenie, — rzekł mój ojciec, skoro zacny starzec ścisnął mi przyjaźnie rękę, — zjemy dziś razem objad, usłyszysz nowiny, które nam Frank przywiózł o przyjaciołach naszych w Bordo.

 Owen uczynił dość niezgrabny ukłon, na znak pełnej uszanowania wdzięczności; bo w owej epoce, kiedy granicę oddzielającą rozmaite stany, strzeżono z niezwykłą dzisiaj ścisłością, zaproszenie pryncypała było wielkim dla komissanta zaszczytem.

 Nigdy nie zapomnę tego objadu, — niepewny względem przyszłego losu mego, lękąjęc się, abym nie został ofiarą osobistych widoków ojca, i cały zadęty wynalezieniem środków zachowania mojej wolności, nie mogąc prowadzić rozmowy tak czynnie jak żądał mój ojciec, nieraz dawałem mniej zaspakajające odpowiedzi na pytania któremi mię zarzucał. Owen pełen uszanowania dla ojca, ale niemniej przywiązany do syna, którego nieraz w dzieciństwie bawił na kolanach, na wzór owego lękliwego sprzymierzeńca, co mimo bojaźni radby przecież dopomógł uciśnionej stronie, wszelkie łożył usiłowania, aby błędy moich odpowiedzi prostować, niedostatek onych zapełnić i wolne wyjście oblężonemu zabezpieczyć. Te jego wybiegi powiększały jeszcze niechęć mego ojca, który jednem srogiem spojrzeniem zamykał usta poczciwemu starcowi. Podczas pobytu mego w domu p. Duburg postępowanie moje nie było wprawdzie takie jak owego komissanta

Który, gdy go szalona choroba napada,

Zamiast wekslów i kwitów, wiersze tylko składa!

jednak wyznać muszę, że tyle tylko przebywałem w kantorze, ile koniecznie było potrzeba, aby zjednać dobre świadectwo Francuza, który oddawna zostawał w stosunkach z naszym domem i z polecenia mego ojca miał mię oswoić z tajemnicami handlu: głównem zatrudnieniem mojem były literatura i sztuki piękne, — a labo ojciec mój nie był nieprzyjacielem talentów, i czysty rozsądek jego niedozwalał mu powątpiewać, że te są źródłem przyjemności ozdobą życia ludzkiego, żądał jednak przedewszystkiem, abym nietylko odziedziczył po nim majątek, ale i tego ducha spekulacyi, który mu dopomógł do jego zebrania.

 Ojciec mój uwielbiał stan swój z uniesieniem, i ten był prawdziwy powód jego żądania, abym się temuż zawodowi poświęcił. Równie biegły jak czynny, uposażony od natury wyobraźnią płodną i śmiałą, w każdem pomyślnie ukończonem przedsięwzięciu, znajdował nowy do następnych działań bodziec, nową do szczęśliwego ich wykonania sprężynę. Nieumiarkowany w zwycięztwach, przydawał jedne laury do drugich, nie czekając aż czas ustali nowe nabycia, i pozwoli spokojnie ich używać. — Przywykły spoglądać niestrwożonem okiem na szalę fortuny, na której ciągle zawieszał swoje skarby, obfity w sposoby przeważania jej na swoją stronę, w miarę rosnących niebezpieczeństw podwajał czynność i męstwo. Słowem był to prawdziwy obraz żeglarza oswojonego z falą i nieprzyjacielem, którego zaufanie w własnych siłach nowej nabywa mocy na widok nadchodzącej burzy lub walki. Nieraz mu jednak przychodziło na myśl, że wiek i towarzyszące mu niedołężności, uczynią go wkrótce niezdolnym do dalszej pracy, i że wzgląd na przyszłość, doradza wcześnie usposposobić zręcznego sternika, któryby ujął umiejętną, ręką opuszczony rudel okrętu, i kierował nim podług jego rad i przestróg. Lubo ojciec twój był w spółce z moim i cały swój majątek w domu naszym umieścił, wiesz jednak, że nigdy niechciał czynnie do handlu należeć; Owen zaś, który dla wierności swej i głębokiej znajomości arytmetyki, słusznie zajmował miejsce pierwszego komissanta, nie miał zaiste ani tyle wrodzonych zdolności ani usposobienia, żeby mu ster czynności mógł być powierzony. Jeśliby więc z wyroków Opatrzności ojciec mój miał nagle świat ten opuścić, cóżby się stało z owem mnóstwem osnowanych zamiarów, gdyby potomek jego nie był w stanie dźwigać ciężaru interesów, i jak nowy Herkules handlowy, wyręczyć zgrzybiałego Atlasa? — Cóżby się stało nawet z tym samym potomkiem, gdyby nagle ujrzał się w pośród labiryntu spekulacyi bez wybawczej nici, to jest bez znajomości, któreby go ztamtąd wyprowadzić zdołały? Dla tych wszystkich powodów, w części tylko podówczas mi wiadomych, postanowił ojciec mój skłonić mię, abym obrał ten sam zawód, w którym oddawna z honorem pracował; a co raz postanowił, tego już nic w świecie zmienić nie mogło, na nieszczęście, i ja także miałem nieco uporu, a zamiary moje całkiem się z widokami ojca mego niezgadzały.

 Ta nieuległość moja tem się jednak usprawiedliwić daje, że niewiedziałem głównej tej woli przyczyny, i nieczułem tego jak dalece posłuszeństwo moje ku niej, dla szczęścia ojca mego było niezbędnem. Sądząc się pewnym odziedziczenia zczasem znacznego majątku, ani pomyśleć mogłem, ażeby dla jego ustalenia potrzebna była jakakolwiek praca, lub nabycie wiadomości przeciwnych mojej chęci i skłonnościom. W zamiarze ojca mego upatrywałem jedynie żądzę pomnożenia bogactw, które zebrał; a przekonanym będąc, że nikt lepiej odemnie sądzić nie może, jaką drogą do szczęścia mam trafić, zdawało mi się, że samochcąc z niej wyboczę, jeżeli starać się będę o powiększenie dostatków, które bez tego w rozumieniu mojem były już więcej niż wystarczające na wszelkie, nawet najwymyślniejsze zachcianki.

 Wspominałem już, że czynności handlowe nie były jedynem mojem w czasie pobytu w Bordo zatrudnieniem; lekceważąc to, co ojciec mój uznawał za najważniejsze, byłbym może zupełnie o handlu zapomniał, gdybym się nie lękał zniechęcić korespondenta naszego p. Duburg; lubo ten znajdując wielkie korzyści ze stosunków swoich z domem mego ojca, nadto był bacznym na własny interes, ażeby miał mu donosić złe wieści o jedynym synu, i ściągnąć przez to na siebie z obu stron wymówki. Pod względem obyczajów postępowanie moje było nienaganne; i zapewniając o tem ojca mego, Duburg oddawał mi tylko zasłużoną sprawiedliwość; zdaje mi się jednak, że zręczny Francuz byłby równie pobłażającym, gdyby nawet mógł mię obwiniać o cóś więcej, jak o niedbałość w handlowych naukach. Cóżkolwiek bądź, przestając na tem, że mię codziennie widział parę godzin w kantorze, nie wzbraniał mi poświęcać resztę czasu muzom, i nicby zapewne nie miał przeciw temu, gdybym Corneilla i Boalo nad Sawarego i Pestlethwajta przekładał.

 Ulubiona formuła, jaką zwykł był kończyć swe listy pan Duburg do swego korespondenta, była: „Syn wasz jest takim, jakim go tylko troskliwość ojca widzieć pragnie”. — Mój ojciec mniej zważał na słowa, mogły być jak najczęściej powtarzane, byleby dokładnie i jasno myśl przedstawiały. Pod tym względem sam nawet Adyssen niezdołałby wynaleźć przyjemniejszych dla niego wyrażeń nad te, których kupcy używają w listownym swoim wiecznie jednostajnym stylu.

 Chętniej wierząc temu czego pragnął, pan Osbaldyston przestał nakoniec powątpiewać o prawdzie ulubionej formuły Duburga, i już się cieszył, że życzenia jego pomyślny skutek uwieńczy, gdy nieszczęsny list mój otworzył mu oczy i wyprowadził z miłego błędu, przynosząc wymowne i uroczyste oświadczenie, że nie mogę zasiąść w ciemnym kantorze Krane-Allej na szrubowanym stołku, wyższym nad wszystkie inne, oprócz trójnoga mojego ojca. — Od tej chwili wszystko zmieniło postać. — Na Duburga padło mocne podejrzenie zdrady, listy jego straciły wiarę, jak gdyby przestał płacić w terminie. — Mnie wezwano do Londynu, — a przyjęto, jak wyżej już opowiedziałem.

 

ROZDZIAŁ II.

 

Biedny młodzian, jeżeli poezyja zawróci mu

głowę, już nigdy nie wyjdzie na człowieka.

                                                Ben Jonson.

 

Ojciec mój umiał tak dalece panować nad swemi namiętnościami, że rzadko kiedy wypowiadał swą niechęć słowami, ton tylko jego mowy stawał się nieco więcej suchy i ostry niż zazwyczaj. — Wszystkie jego czynności były systematyczne i jednostajne; a za główne miał prawidło zmierzać prosto do celu i nie tracić czasu na próżnej gadaninie. Z złośliwym przeto uśmiechem słuchał roztrzepanych moich odpowiedzi o stanie handlu we Francyi, dozwalał mi błąkać się i zagłębiać coraz dalej w tajnikach przemian, ceł i taryf, i ani razu nie przyszedł na pomoc; lecz jak tylko dostrzegł, że nie mogłem wytłomaczyć wpływu, jaki miało zniżenie ceny luidorów na czynności bankowe, nie mógł dłużej wytrzymać, zimna krew go opuściła. — Jak to! najważniejszy wypadek jaki tylko pamięcią zasięgnąć mogę! — zawołał mój ojciec (a przecież widział rewolucyją, która dom Hannowerski osadziła na tronie). — Najważniejszy wypadek, a jegomość stoi osłupiały, pląta się jakby o niczem nie wiedział?

 — Pan Frank, — bojaźliwie odezwał się Owen, — przypomni sobie zapewne, że dekretem króla imci francuskiego dnia 1-go marca 1700 roku postanowiono, że w dni dziesięć po upływie terminu...

 — Pan Frank, — przerwał mój ojciec, — przypomni sobie niezawodnie wszystko co mu raczy powiedzieć. — Lecz na mój kredyt! jak Duburg mógł dozwolić?... — Powiedz mi Owen, czy kontent jesteś z synowca jego Klemensa Duburg, który od dawna pracuje w moim kantorze?

 Jest to młodzieniec prawdziwie niepospolitych zdolności, — odpowiedział Owen, — ujęty zręcznością młodego Francuza.

 — Tak, tak zapewne zna się nie źle na czynnościach bankowych. Duburg wiedział jak rzeczy nastroić, aby miał wiadomość o wszystkiem, co się u mnie dzieje, ale mu pokażę, żem przeniknął jego sztuki; Owen! zapłacisz Klemensowi za kwartał bieżący, i powiesz mu, że sobie jutro wyjedzie do Bordeaux na okręcie swojego stryja.

 — Jakto! pan chce odprawić Klemensa Duburg? — rzekł Owen drżącym głosem.

 — Tak jest, i to natychmiast, albo mi nie dość tego nic nie umiejącego Anglika, którego synem swoim nazywam, mamże trzymać z nim razem przebiegłego Francuza, coby z jego błędów wyciągał korzyści.

 Choćby nawet zamiłowanie sprawiedliwości nie było od lat dziecinnych w sercu mojem zaszczepione, dość długi pobyt na ziemi Wielkiego monarchy wzmocnił we mnie wstręt niezwyciężony ku wszelkim czynom przemocy, usiłowałem więc wstawić się za niewinnym młodzieńcem, uwolnić od kary, którą miał ponieść, za to jedynie, że był więcej odemnie handlowo wykształconym.

 — Kochany ojcze, — odezwałem się, jak tylko mówić przestał. — Zdaje mi się, że za opieszałość moją, ja sam tylko odpowiadać winienem; byłoby niesprawiedliwością, gdyby kto miał za mnie znosić nie zasłużoną karę. Nie mogę zaprzeczyć, że pan Duburg podawał mi wszelką łatwość nabycia potrzebnych wiadomości; lecz wyznaję, żem z tego korzystać nie umiał. Co do pana Klemensa Duburg...

 — Jak co do niego, tak i co do ciebie, — przerwał mój ojciec, — wiem jak mam postąpić. — Dobrze to jest Franku, że usiłujesz złożyć całą winę na siebie, bardzo dobrze, i oddaję ci sprawiedliwość, ale nie mogę przebaczyć staremu Duburgowi, — dodał, spoglądając na Owena, — że podając ci sposobność wydoskonalenia się w użytecznej nauce, nie donosił ojcu, że syn żadnego nie uczynił postępu.

 — Pan Frank, — rzekł stary sługa, — schylając nieco głowę, a podnosząc nieznacznie rękę, jak gdyby podług zwyczaju chciał założyć pióro za ucho, przed daniem odpowiedzi. — „Pan Frank zna doskonale ową główną zasadę moralnego rachunku, wielką regułę trzech. Niech A będzie tem dla B, czem chce żeby B było dla niego, a wypadek będzie prawidłem jak sobie ma postąpić.”

 Ojciec mój nie mógł się nierozśmiać, widząc najpiękniejszą zasadę moralności, podciągniętą pod algebraiczną formułę; lecz wkrótce przybrał poważną postać, a zwracając się ku mnie rzekł: — Nie dobrze panie Frank! zmarnowałeś czas twój jak nierozsądne dziecko, trzeba abyś teraz żył jak człowiek, — Owen będzie twoim przewodnikiem w handlowych czynnościach, spodziewam się, że jego nauki większą ci korzyść przyniosą.

 Miałem już odpowiedzieć, lecz Owen rzucił na mnie tak wymownym i pokornym wzrokiem, że mimowolnie zamilkłem.

 — Lecz dość już o tem, — rzekł dalej mój ojciec, — wracam do listu mego z d. 1-go zeszłego miesiąca, na który dałeś równie obrażającą jak nierozmyślną odpowiedź, ale wprzódy nalej sobie wina i podaj butelkę Owenowi.

 — Bardzo mi to przykro, — odpowiedziałem bez wahania, — że odpowiedź moja, która była owocem głębokiej rozwagi, tak obraziła mego ojca, — ale zaręczam, że z prawdziwym smutkiem uznałem niepodobieństwo przyjęcia jego propozycyi.

 Ojciec mój spojrzawszy na mnie srogo, natychmiast zwrok swój gdzieindziej zwrócił: korzystając z milczenia, mówiłem dalej, lubo już nieco mniej pewnym tonem, a ojciec mój przerywał mi niekiedy, rzucając ucinkowe słowa.

 — Żadnego stanu, — rzekłem, — niepoważam więcej jak kupiecki, tem bardziej, iż jest stanem mojego ojca.

 — To widać!

 — Rozumiem dobrze, iż handel jednoczy narody, ożywia przemysł, rozlewa dary swoje na całą ziemię, i jest tem dla ogólnego dobra świata, czem powietrze i żywność dla istot żyjących.

 — Cóż dalej?

 — Z tem wszystkiem jednak mój ojcze niepodobna mi poświęcić się zatrudnieniom, do których żadnej nie czuję zdolności.

 — Postaram się, abyś jej nabył, nie jesteś już uczniem Duburga.

 — Ale kochany ojcze; — ja nie narzekam na brak sposobności uczenia się, lecz jedynie na brak zdolności do handlu.

 — Bajki! czy pisałeś dziennik jak ci zaleciłem?

 — Pisałem mój ojcze.

 — Proszę pokazać.

 Książka, której żądał mój ojciec, była to ogólna agenda, utrzymywana na jego rozkaz, w której zalecił mi notować wszystko, co uznam za przydatne w ciągu moich nauk. Przewidując, że za powrotem moim zechce ją widzieć, starałem się zamieścić w niej jak najwięcej artykułów handlowych, wiedziałem bowiem, że tego rodzaju noty podobają się najlepiej memu ojcu; — ale częstokroć pióro nie radząc się głowy, a znajdując księgę pod ręką, gryzmoliło wspomnienia wcale obce jej celowi; prosiłem więc nieba, żeby przeglądając folijały, które rad nie rad musiałem mu przynieść, nie trafił na artykuły, któreby gniew jego bardziej jeszcze rozjątrzyły. — Twarz Owena, na której z początku zapytanie ojca mego wznieciło wyraz obawy, wróciła do zwykłego stanu, skoro usłyszał zapewniającą odpowiedź z mojej strony. — Wkrótce zabłysnął na niej promyk nadziei, gdy ujrzał w ręku moim wolumin, zupełnie podobny do tych, jakie używają w handlu. — Format jego więcej szeroki jak długi, spinki miedziane, oprawny w grubą skórę; wszystkie te powierzchowne znaki, zaspokajały przyjaciela mego względem wewnętrznych zalet; a radość zajaśniała w całym blasku na jego obliczu, kiedy ojciec mój rozpoczął czytanie, robiąc przytem swoje uwagi. Okowita. — Nantes, 29. — Rochelle, 27. — Bordeaux, 32. — Bardzo dobrze. — Cła, — Obacz tabelle Saxby. — Nie tak! — Należało wypinać całe urządzenie: tym sposobem łatwiej się wbija w pamięć. — Kurs plastrów. — Dobrze! — Zboża z północy. — Bawełna wschodnia, — Bardzo dobrze! — Są to przedmioty, o których ważna jest pamiętać w stosunkach handlowych. — Ale cóż to jest to? — Bordeaux założone w roku....... — Zamek Trompette. — Pałac Galliena. — A! noty historyczne, — nie źle wiedzieć i o tem. — Jest to, jak uważam, zbiór wszelkiego rodzaju uwag, oraz dziennych czynności, jako to: kupna, opłat kwitów, poleceń, zawiadomień i t. d. — Słowem, powszechne memento.......

 — Wszystko to potem, — przerwał uradowany Owen, wpisywać się miało do dziennika, i zaciągać do wielkiej księgi. — jakże mię to cieszy, że pan Frank jest tak metodyczny w swoich działaniach!

 Takie powodzenie wcale mię nie cieszyło. — lękałem się bowiem, żeby wola ojcowska względem przyszłego zawodu mego, tem większej nie nabrała mocy, że zaś miałem najsilniejszy wstręt do handlowości, zacząłem już był żałować żem się wydał, jak powiedział Owen, tak metodycznym. Wkrótce jednak zniknęły wszelkie moje obawy. — Ćwiartka papieru, cała zapełniona mazaniną wypadła z książki. — Ojciec mój schylił się, chcąc ją podnieść z ziemi, a Owen rozpoczynał już uwagi swoje, że lepiej byłoby przyklejać podobne kartki opłatkiem do księgi, gdy pierwszy zawołał znagła: — Cóż za bazgranina? — Wiersze..... — A! na mój kredyt Franku, więc już do tego stopnia rozum utraciłeś!

 Ojciec mój cały zatopiony w swoich spekulacyjach i rachunkach, ze wzgardą spoglądał na poetyczne utwory, a jako głęboki moralista uważał je za nikczemne, a nawet nie bardzo godziwe zatrudnienie. — Przekonania takie były naówczas bardzo rozpowszechnione, gdyż wielu poetów przy końcu siedmnastego wieku niegodnie używało pióra, i rozsiewało zgorszenia nie tylko pismami, ale nawet postępowaniem swojem! Sekta, do której należał mój ojciec, okazywała przynajmniej na pozór największą pogardę ku lżejszym płodom literatury: tak więc wszystko się spiknęło, ażeby wrażenie jakie na nim sprawiło nieszczęśliwe wierszy moich odkrycie, uczynić tem większem i tem mniej dla mnie przyjaznem. — Co do biednego Owena; gdyby nagły przestrach mógł najeżyć włosy peruki, którą miał na głowie, pewny jestem, że praca, jaką zadał sobie układając ją starannie, w tej jednej chwili wniwecz-by się obróciła. — Deficit w kassie, omyłka w dodawaniu rachunków, nie sprawiłyby mu tyle zmartwienia. — Ojciec mój zaczął czytać wiersze, już to udając, że ich nie rozumie, już deklamując je nadętym tonem, a zawsze z pełną goryczy ironią, i rażącą własną miłość autora.

 

Pamiątce księcia Edwarda.

 

— Echa Fontarabii, z swojego ukrycia,

Gdy przy Roncevaux Roland bliski straty życia

Dał słyszeć głośnej trąbki swej głosy rozdziercze;

Co uwiadomiły Wielkiego Karola;

Iż była Niebiosów wola,

Zgubić Francuzy przez ciosy mordercze.

 

 Echa Fontarabii....! mów mi raczej o jarmarkach Fontarabii, ale nie o echach. Z twojego ukrycia uwiadomiły Karola... Piękna poezyja, nie ma co powiedzieć! — Głosy rozdziercze. — Cóż to za dziki wyraz? — Niebiosów; wola zgubić Francuzy! Kto tak mówi? — Przynajmniej nie kaleczcie języka, kiedy już macie pisać głupstwa.

 

— Któż Anglii doniesie przez lądy i wody,

Któż jej powie o klęsce, tę nędzną przygodę,

Że podobny bohatyr zginął, skończył życie!

Ten co ojczyzny zostawał nadzieją,

Ten, na którego imie i dzielni truchleją;

Przed którym uciekały wrogi w swej ohydzie.

 

 Nędzną przygodę.... Wyrażenie prawdziwie nędzne, godne takiego poety. — Zginął, skończył życie..... czemużeś nie dodał: i żyć przestał? — Ojczyzny zostawał nadzieją, — co za styl? — Życie w ohydzie, — ty nawet rymu dobrać nie umiesz.

 

— Ale ten rycerz wielki jeszcze niezgasł cały:

Anglija i Francyja pełne jego chwały,

Nie zapomną odgłosu nigdy jego sławy....

 

 Śliczne wiersze nie ma co mówić, — lada woziwoda lepszeby sklecił. — Podarł papier ze wzgardą i powtórzył raz jeszcze: — Na mój kredyt Franku, nie spodziewałem się, żebyś do tego stopnia rozum utracił!

 Cóż miałem począć! ze spuszczonemi w dół oczyma, znosiłem w sercu męczarnie upokorzenia, w tenczas kiedy ojciec mój spoglądał na mnie z gniewem i litością, a biedny Owen wzniósłszy ręce i oczy do góry, stał w osłupieniu, jak gdyby własne imię wyczytał na liście zmarłych, która codziennie połowę gazet naszych zapełnia. — Zebrawszy wszystkie siły, przerwałem nakoniec milczenie, starając się ukryć miotające moje uczucia.

 — Wiem mój ojcze, jak mało zdolny jestem grać na świecie tę wielką rolę, którąś dla mnie przeznaczył. — Nie czuję w sobie żądzy ubiegania się za bogactwem, i nie wątpię, że pan Owen będzie dla was daleko użyteczniejszym wspólnikiem. — Wyznać tu muszę, że chciałem zemścić się nieco na dobrym Owenie, bo mi się zdawało, że już przestał być moim obrońcą.

 — Owen! — zawołał mój ojciec, — tyś chyba zwarjował!.... — Ale pan, cóż zamyśla przedsięwziąć? — jakie są mądre jego zamiary?

 — Jeżeli mi pozwolisz kochany ojcze, udam się w podróż na lat parę, albo też w Okswordzim lub Kembrydzkim uniwersytecie dokończę swej edukacyi.

 — Widziano kiedy co podobnego? — Chcieć się zamknąć w murach szkolnych, pomiędzy pedantami i Jakóbitami, mając otwartą drogę do szczęścia. — Dobrze, idź więc do kollegijum, — idź nawet do infimy uczyć się syllabizować i brać w skórę, kiedy ci się tak podoba.

 — Jakkolwiek mam wielką chęć dalszego doskonalenia się w naukach, z tem wszystkiem, jeżeli to się nie zgadza z wolą ojca mego, wrócę znowu do Francyi.

 — Już i tak zanadto długo tam przebywałeś.

 — Pozwól mi więc zaciągnąć się do wojska.

 — A idź sobie do samego djabła, — przerwał z gniewem mój ojciec; — z tym chłopcem oszaleć trzeba. — Biedny Owen zwiesił głowę w milczeniu. — Słuchaj Franku, — rzekł znowu ojciec. — Krótko ci powiem. Byłem właśnie w twoim wieku, kiedy dziad twój wygnał mię z domu i wydziedziczył, przenosząc cały majątek na głowę młodszego syna. — Opuściłem Osbaldyston-Hall na nędznej szkapie, nie mając nad dziesięć gwinej w kieszeni. Odtąd nigdy noga moja nie postała w domu, i jak mi mój kredyt miły, nigdy nie postanie. — Nie wiem i wiedzieć nie chcę, czyli brat mój żyje jeszcze, lub czyli już kark skręcił, polując na lisy: ale ma on dzieci Franku; — jeżeli będziesz dłużej opierać się woli mojej, jedno z nich zajmie twoje miejsce.

 — Wolno ojcu, — odpowiedziałem z większą może obojętnością jak należało, — rozporządzać własnym majątkiem według upodobania.

 — Rozumie się, że mi wolno, i zrobię co mi się podoba. Sobie tylko winienem cały mój majątek; nabyłem go w pocie czoła staraniem i pracą, i nie ścierpię żeby leniwy truteń spożywał miód, który pszczółka z trudnością zebrała. — Rozważ dobrze, powiedziałem ci, jaki jest mój zamiar, jest on skutkiem namysłu, wykonam go niewątpliwie.

 — Panie! panie łaskawy! — zawołał Owen ze łzami, — nie zwykłeś nigdy załatwiać ważnych czynności tak skwapliwie. Niechciej zamykać rachunku, nie dawszy panu Frankowi potrzebnego czasu do rozwagi. On was kocha; pewny jestem: a jak tylko zaciągnie w credit posłuszeństwo należne ojcu, mam przekonanie, że nie będzie się dłużej opierać twej woli.

 — Więc mam się go prosić, — rzekł mój ojciec poważnym i groźnym tonem, — aby raczył być moim spólnikiem i przyjacielem? aby podzielał ze mną pracę i majątek? — Tego nigdy nie zrobię.

 Spojrzał na mnie raz jeszcze, jak gdyby chciał dalej mówić; lecz zmieniając nagle postanowienie, odwrócił się i wyszedł. — Ostatnie słowa ojca mego wzruszyły mię do gruntu; nie spodziewałem się, żeby do czułości mojej przemówił; i gdyby był od niej zaczął, nie miałby zapewne powodu obwiniać mię o nieposłuszeństwo.

 Ale już było zapóźno; charakter mój był również nieugięty jak jego, a przez zrządzenie nieba, w samej winie mojej znaleźć miałem ukaranie, lubo łagodniejsze jak zasłużyłem! — Skoro zostaliśmy sami, Owen zwrócił ku mnie łzą zalane oko, jak gdyby przed zaczęciem trudnego obowiązku pośrednika, chciał upatrzyć najsłabsze miejsce, do którego naprzód miał szturm przypuścić: zaczął nakoniec drżącym głosem, który westchnienia, co słowo przerywały: — Dla Boga panie Frank!.... możesz to być panie Osbaldyston?.... któżby temu uwierzył!.... tak dobre dziecko!.... Rzućcie tylko okiem na obie strony rachunku, i pomyślcie co utracacie..... tak ogromny majątek!.... Jeden z najpierwszych domów stolicy, znajomy już dawniej pod imieniem Tresham i Trent, a dziś nierównie świetniejszy pod firmą, Osbaldysten i Tresham..... Spoczywałbyś na złocie panie Frank! a każdą w kantorze nudną robotę, jabym za was wykonał co miesiąc, co tydzień, co dzień nawet.... No, drogi mój Franku, przeproś ojca; pójdź za wolą jego, a Bóg ci pobłogosławi.

 — Dziękuję ci, kochany Owenie, dziękuję najmocniej za twoje dobre chęci, — ale ojciec mój ma prawo rozrządzić majątkiem tak, jak sam chce: wspomniał o jednym z moich stryjecznych braci, niech mu odda wszystkie swoje skarby, ja zaś wolności mojej nie sprzedam za złoto.

 — Za złoto! — zawołał Owen; — o gdybyś widział panie Frank rachunki z ostatniego kwartału! Pięć cyfer, — tak pięć cyfer dla każdego spólnika! Miałożby to wszystko zostać łupem jakiego chłystka, — papisty? I na toż ja całe życie, tak usilnie pracowałem dla dobra waszego domu? O! samo pomyślenie, serce mi rozdziera! Zastanów się pan tylko, co za piękna firma Osbaldyston, Tresham i Osbaldyston; a któż wie (dodał zniżonym głosem), może nawet Osbaldyston, Osbaldyston i Tresham; bo komuż nie wiadomo, że wola ojca pańskiego jest prawem dla wszystkich spólników?

 — Przecież mój kochany Owenie, i brat mój stryjeczny nazywa się także Osbaldyston; a więc ta piękna cyfra wcale się przez to nie odmieni.

 — Panie Frank, do czego te żarty, ja pana tak kocham. — Stryjeczny brat pana!.... papista zapewne, tak jak i jego ojciec; piękny mi dziedzic dla protestanta!

 — I między katolikami są równie godni ludzie, jak i między, protestantami.

 Owen miał już odpowiedzieć z niezwykłą sobie żywością, gdy ojciec mój wszedł.

 — Masz słuszność Owenie, — rzekł, — niech się namyśli. Młokosie! daje ci miesiąc czasu do zastanowienia.

 Skłoniłem się w milczeniu, uradowany z niespodzianej przewłoki, i nie wątpiąc, że ojciec mój zwolnił nieco ze swoich pogróżek.

 Upłynął i terminowy miesiąc, ale bez żadnej zmiany w postanowieniu. — Nic nie krępowało mego postępowania, a ojciec ani razu nie zapytał mię w tej drażliwej materyi. — Widywałem go tylko w objadowej godzinie, a i wtenczas starannie unikał wszelkich sporów, których i ja, jak się łatwo domyślasz, nie chciałem wszczynać. Jedynym przedmiotem rozmów były nowiny dzienne i rzeczy zupełnie obojętne, jak to zwykle bywa między osobami zaledwo sobie znajomemi. Nikt obcy nie mógłby się domyślić dzielącego nas nieporozumienia, które jednak w samotności nieraz było przedmiotem moich głębokich rozmyślań. — Mógłżeby ojciec ściśle dotrzymać słowa, i wydziedziczyć jedynego syna? — wzbogacić synowca, którego nigdy nie widział, i o którego życiu nie miał zupełnej pewności? Postępek dziada mego w podobnem zdarzeniu, powinien był mi dać odpowiedź: ale dobroć z jaką ojciec mój, nim wyjechałem do Francyi, ulegał wszelkim moim żądaniom, a nawet i wymysłom, nadała mi fałszywe o jego charakterze wyobrażenie; nie wiedziałem, że niekiedy rodzice zbyt pobłażający dziecinnemu wiekowi, przeto jedynie, że to ich bawi, są surowi dla dojrzałych młodzieńców, a przyzwyczajeni rozkazywać, wymagają zupełnego posłuszeństwa. Przekonany, że najgorszy wypadek, jaki mię spotkać może, będzie chwilowa niechęć ojca i kilka tygodni wygnania, cieszyłem się myślą, że w wiejskiem zaciszu znajdę sposobność poprawienia i przepisania na czysto pierwszych pieśni szalonego Rolanda, które zacząłem wierszem przekładać. W tem słodkiem marzeniu pozbierawszy raz moje szpargały, już miałem naznaczać miejsca potrzebujące poprawy, gdy po lekkiem we drzwi zapukaniu, wszedł Owen. Taka była jednostajność, taki porządek we wszelkich czynnościach tego zacnego starca; tak święcie zachowywał zwyczaj zmierzania prosto z pokoju swego do bióra bez najmniejszej zwłoki, że podobno po raz pierwszy w życiu zdarzyło mu się zboczyć na drugie piętro domu pryncypała swego: nie wiem nawet jakim sposobem trafił do mojego pokoju.

 — Panie Frank, — rzekł do mnie, — kiedym mu wyraził zadziwienie moje i radość, że go oglądam; — nie wiem czy dobrze robię, przynosząc to, com usłyszał: nie należałoby mówić za biórem, co się w biórze dzieje; a przysłowie niesie, że ściany kantoru wiedzieć nie powinny ile jest linii w dzienniku; ale nie mogę zataić przed wami, że młody Twinkall bawił gdzieś więcej jak dwa tygodnie i dopiero zkądś powrócił.

 — Więc cóż z tego kochany Owenie? co ja mam wspólnego z podróżą Twinkalla, albo z jego powrotem?

 — Pozwólże mi dokończyć panie Frank. Ojciec pański dał mu jakieś tajne polecenie; nie był on w Falmouth, z powodu bankructwa Pilcharda, wiem o tem z pewnością: dług na Blackwellu i Kompanii opłacono nam niedawno; oddali podobnież co winni dzierżawcy min Kornwallskich, Treyanion i Treguilliam; co do innych interesów, musianoby wprzódy zajrzeć w moje księgi. Słowem, nie masz wątpliwości, że Twinkall wraca z północy od stryja pańskiego.

 — Czy to być może? — zawołałem z niespokojnością.

 — Prawi nam teraz ciągle o bótach do konnej jazdy, ostrogach, i bitwie kogutów w Jork-Tak, — tak; to jest równie pewna, jak tablica Pitagoresa. Dałby Bóg moje dziecię, żebyś poszedł za wolą ojca, i jak on został uczciwym i zamożnym negocyjantem!

 Tak mię obeszła ta nagła wiadomość, że w tej chwili uczułem wielką chęć korzystania z dobrej rady i ucieszenia poczciwego Owena prośbą, aby uwiadomił ojca mego, że się jego woli poddaję; ale pycha, ta namiętność rzadko kiedy chwalebna, a najczęściej występna, stanęła mi na przeszkodzie. Zezwolenie uwięzło mi w ustach; a nim je zdołałem wymówić, Owen usłyszał głos ojca mego i jakby zbrodnią ścigany, z wielkim pędem wyleciał, a z nim i jedyna sposobność pogodzenia się z ojcem.

 Kupiecka akuratność ojca mego malowała się w najdrobniejszych nawet szczegółach. Tego samego dnia, tej godziny, w tym samym pokoju, tym samym sposobem i tonem, jak miesiąc wprzódy, odnowił myśl przypuszczenia mię do spólnictwa banku i handlowych czynności; a nakoniec zapytał, jakie jest moje ostateczne postanowienie? — Nie tylko w tenczas, ale i dziś jeszcze zdaje mi się, że droga, którą obrał, nie była właściwą, że pewniej by trafił do celu, postępując mniej surowo. Ton suchy i srogie spojrzenie utwierdziły tem mocniej mój upór i wyrzekłem nakoniec: — że spółki tej niepodobna mi przyjąć. — Zapewne, ustąpić na pierwsze wezwanie wydało mi się słabością, gdyby był silniej na to nalegał, zmieniłbym może moje zamiary, nieściągając na siebie wyrzutu płochości. Ale zawiodłem się bardzo; bo ojciec mój obróciwszy się do Owena, — rzekł ozięble: — Powiedziałem ci, że tak będzie, — potem przystąpił do mnie i dodał: — Franku; — w twoim wieku zdolnym już jesteś sądzić o drodze, na której szczęście znaleźć możesz: nie będę cię więc dłużej naglić; — a lubo nie chcąc cię już wcale zniewalać, żebyś się do moich zastosował zamiarów, nie mam obowiązku dopomagać twoim, radbym jednak wiedzieć, co zamyślasz przedsięwziąść, bo nie odmawiam ci mojej pomocy.

 Zmieszało mię to zapytanie; — odpowiedziałem przeto z nieśmiałością, — że nie będąc usposobiony do żadnej technicznej pracy i nie posiadając własnego funduszu, nie mógłbym się utrzymać bez jego pomocy, — że jednak żądania moje są bardzo ograniczone, i że się spodziewam, iż wstręt mój ku powołaniu, które dla mnie przeznacza, niepozbawi mię jego opieki i łaski.

 — To się ma znaczyć Franku, że chcesz się wesprzeć na ramieniu mojem, a przecież iść tam, dokąd ci się podoba. — Trudno jednego z drugiem pogodzić; spodziewam się jednak, że będziesz posłuszny rozkazom moim, o ile te nie będą krzyżować własnych twoich zamiarów.

 Chciałem zrobić jakąś uwagę. — Chwilkę cierpliwości — zawołał. — Jeżeli taki jest twój zamiar, — zechcesz się udać natychmiast na północ, odwiedzić stryja, i zabrać z rodziną znajomość. — Wybrałem jednego z pomiędzy jego synów (ma ich podobno siedmiu), zapewniają mię, że ten godniejszy jest od innych zająć twe miejsce w domu moim; ale dla ostatecznego układu przytomność twoja w Osbaldyston-Hallu może być potrzebną. — Otrzymasz na miejscu szczegółową instrukcyją, i pozostaniesz tam do dalszych moich rozkazów. Jutro rano znajdziesz wszystko gotowe do podróży.

 Domówiwszy tych słów oddalił się z pokoju.

 — Więc już wszystko między mną a ojcem skończone, — kochany Owenie? — rzekłem do zacnego mego przyjaciela, na którego twarzy widać było głębokie zmartwienie.

 — Już po wszystkiem, panie Franku, samochcąc się zgubiłeś, — kiedy ojciec pański odezwie się tym spokojnym i stanowczym tonem, to tak jakby umowę podpisał: — słowo jego jest nieodmienne.

 — Prawdę mówił Owen, nazajutrz o piątej rano byłem już w drodze do Jork, na dość dobrym koniu i z pięćdziesięciu gwineami w kieszeni: jechałem zaś w celu dopomożenia ojcu memu w wyborze jednego z mych stryjecznych braci, któryby zajął przy nim moje miejsce, i odziedziczył jego majątek, a może i przywiązanie rodzicielskie.

 

 

ROZDZIAŁ III.

 

Niewprawnie wiosło kierowane pęka,

Rozdziera żagle burza natarczywa,

Nie zwróci rudla przelękniona ręka,

Fala uderza, i już łódź zalewa.

                                               Gaj

 

Położenie moje było przerażające, kiedym się ujrzał bez wybawczej igły wpośród oceanu ludzkiego życia. — Obojętność z jaką ojciec mój zerwał najściślejszy węzeł towarzystwa i wygnał mię z domu jakby jakiego wyrodka, odebrała mi wszelkie zaufanie w moje siły i zdolności. — Prettyman, raz książę, drugi raz syn rybaka, nie był w większem obłąkaniu, nie czuł się bardziej upośledzonym nademnie. — Zaślepieni miłością własną, przyznajemy zwykle samym sobie wszystko, czem nas ślepe szczęście obdarza, i z utratą dopiero czułej pomocy, przeświadczamy się o własnej słabości.

 Już zgiełk wielkiego miasta coraz słabiej dochodził moich uszu: odgłos dzwonów tylko zdawał się przemawiać do mnie jak niegdyś do lorda Majora, wróć się; a kiedy z wierzchołka Highgate spojrzałem raz jeszcze na niknącą we mgle okazałość Londynu, serce moje ogarnął smutek, jak gdybym zostawiał za sobą szczęście, dostatki, i wszelkie ponęty towarzyskiego życia. — Darmo! Kość już rzucona, żal poniewczasie nie wróciłby mi zapewne tego, co straciłem, a ojciec mój niezachwiany w swoich postanowieniach, ze wzgardą przyjąłby spóźnioną uległość. — Wrodzony upór potakiwał rozumowaniu temu; a pycha przedstawiała mi obraz upokorzenia, któreby mię spotkało, gdyby czteromilowa przejażdżka zniweczyć miała owoc kilkutygodniowej rozwagi: nadzieja także, która nigdy śmiałych nieopuszcza, rzuciła promyk światła na przyszłe moje widoki. — To być nie może, pomyślałem sobie, ażeby mój ojciec chciał mię w rzeczy samej wydziedziczyć: musi to być tylko próba mojej stałości, którą gdy wytrzymam cierpliwie i mężnie, zasłużę na tem większy jego szacunek i zyskam korzystne dla mnie ukończenie rozłączającego nas sporu. — Już nawet układałem w myśli, przy których artykułach spodziewanego układu mam stać silnie, a które odstąpić mogę memu ojcu. — Najprzód, podług rachunku mego, miałem odzyskać jego względy i czułość ojcowską, a potem za karę, być zmuszonym do zachowania powierzchownych oznak uległości.

 — Czegóż mi więcej na teraz potrzeba, — byłem panem mojej osoby, i czułem w sobie ów powab niepodległości, który serce młodzieńcze, przy lekkiej obawie, poi najżywszą roskoszą. Worek mój lubo nieobficie naładowany, mógł jednak wystarczyć wszelkim podróżującego potrzebom: nawykłem w Bordo obchodzić się bez służącego, — koń mój był młody i dziarski, — wszystko to przy pomocy żywej wyobraźni, rozpędziło wkrótce smutne myśli, jakie mię trapiły z początku mej podróży.

 Szkoda tylko, że droga, którą ku północy zmierzałem, mało była obfitą w zajmujące widoki. — Myśli zatem ponure znowu mię mimowolnie napastować zaczęły; muza nawet, ta zalotna kochanka, której winienem był podróż moją w te pustynie, nieodrodna od płci swojej, opuściła mię w najpilniejszej potrzebie; i byłbym upadł niewątpliwie pod ciężarem smutku, gdyby mię kiedy niekiedy nieorzeźwiała rozmowa z podróżnemi, udającemi się w tęż samą stronę. Spotykałem zwykle pastorów wracających truchtem do domu, po rannem chorego odwiedzeniu; dzierżawców i handlujących wołami jadących z pobliskiego jarmarku; komissantów zbierających tu i owdzie po małych miasteczkach długi kupcom należne; nakoniec oficerów szukających ochotników do wojska. Rozmawialiśmy o religii i dziesięcinach, o wołach i zbożu, o towarach stałych i płynnych, o zamożności kupców, wreszcie o oblężeniach twierdz i bitwach we Flandryi, o których opowiadający najpewniej słyszał tylko z podania. Kiedy się rozmowa urywała, przychodziły w pomoc liczne a straszliwe historyje o hersztach zbójców, których imiona były natenczas w ustach każdego. — Jak dzieci, które siedząc zimową porą przy kominie, garną się jedne do drugich, gdy bajka o upiorze przychodzi już do okropnego końca, tak i podróżni opowiadając owe historyje, zbliżali się nieznacznie do siebie, spozierali na wszystkie strony, przygotowywali pistolety, i przyrzekali sobie wzajemną pomoc; chociaż w razie istotnego niebezpieczeństwa, zapomnieliby zapewne o przyrzeczeniu, jak się to zwykle zdarza, między sprzymierzonemi.

 Ze wszystkich tchórzów, jakich kiedykolwiek w życiu spotkać mi się zdarzyło, najwięcej mię zabawił jeden, z którym naówczas przez półtora dnia odbywałem podróż. Miał przywiązany do siodła nie wielki, ale ciężki tłomoczek; nigdy z niego oka nie spuścił, nikomu powierzyć go nie śmiał, wszędzie gdzieśmy się zastanowili, odganiał służalców, którzy go za nim do izby zanieść chcieli; — z równąż z przezornością usiłował ukryć nie tylko przyczynę i cel podróży, ale nawet drogę, którą miał się udać. Na samo zapytanie, czy w prawo lub w lewo pojedzie, i gdzie się zatrzyma? już wpadał w niespokojność. — Długo rozmyślał, nim obrał sobie miejsce noclegu: tu karczma była zbyt samotna; tam znowu sąsiedzkie chałupy miały jakąś podejrzaną minę. — W Grantham, ile pomnę, całą noc oka nie zmrużył, dla tego tylko, że w drugim pokoju był jakiś jegomość barczysty, zezowaty, z czarną peruką, i w wytartej złotem wyszywanej kamizelce. — Taki to był mój towarzysz podróży; a jednak miarkując po silnej budowie ciała, zdawało się, iż mógłby śmiało z niebezpieczeństw żartować. Galon i kokarda u kapelusza wskazywały, że był żołnierzem, albo przynajmniej jakim wojskowym urzędnikiem; z rozmowy lubo dość nieokrzesanej, widać było, że miał zdrowy rozsądek, ilekroć mary strachu przestały choć na chwilę dręczyć jego wyobraźnią, co się jednak rzadko zdarzało; — dziura w płocie, słup stary przy drodze, już go niespokojnym czyniły; a świstanie pastuszka brał za hasło rozbójników: nawet widok szubienicy, choć go powinien był zapewnić, że już wielu zbójców śmierć poniosło, obudzał w nim pamięć o tych, których jeszcze sprawiedliwość ludzka dosięgnąć nie zdołała.

 Towarzystwo tego człowieka znudziłoby mię wkrótce, gdybym się nie lękał pozostać sam na sam z nudniejszemi jeszcze mojemi myślami. Przytem dziwne powieści, które opowiadał, były dość zajmujące, a zwłaszcza w jego ustach drżących od bojaźni. Zapewniał nieraz, że wielu nieszczęśliwych podróżnych wpadało w sidła zbójców, zabierając w podróży znajomość z osobami dobrego na pozór wychowania, w których towarzystwie znajdowali zabawę i pomoc przeciw zdzierstwom karczmarzy; lecz nakoniec niby dla skrócenia drogi, sprowadzeni z gościńca w bezludne okolice, za danym znakiem ujrzeli się pośród zgrai złoczyńców. Wtenczas zacny przewodnik występował w prawdziwym charakterze jako herszt bandy, która niebacznych podróżnych obdarłszy ze wszystkiego, nieraz pozbawiła i życia. Zbliżając się do końca podobnej powieści, sam drżał ze strachu, i spoglądał na mnie podejrzliwym okiem, jakby się lękał, czyli i ja także nie jestem jednym z tych ichmościów, o których dopiero co mówił. — Czasem nawet dręczony bojaźnią, oddalał się zwolna na drugą stronę gościńca, spozierał na wszystkie strony, i zdawał się zabierać do ucieczki lub obrony.

 Podejrzenia te nie długo trwały, i nadto były pocieszne, abym się za nie miał urażać: owszem lubiłem na przemiany wzniecać je lub uspokajać, czyniąc sobie igraszkę z dziecinnej towarzysza mego bojaźni. I tak naprzykład, kiedyśmy raz rozmawiali o dzielności naszych rumaków: — Przyznaję, — rzekł, — że wasz lepiej galopuje; ale co do kłusa, nie wyrówna on mojemu, jak tylko będziemy bliżej popasu, przekonam pana o tem, gotów się jestem nawet założyć o butelkę porto.

 — Zgoda, — odpowiedziałem, — droga równa, ruszajmy.

 — Hem, hem! nie mam zwyczaju męczyć konia napróżno, któż wie, co nam się jeszcze przytrafić może? a do tego idąc na wyścigi, trzeba, żeby konie równy miały ciężar; mój zaś, ręczę, dźwiga przynajmniej trzydzieści funtów więcej od waszego.

 — To mała rzecz, ciężar łatwo rozdzielić. Ile waży wasz tłomoczek?

 — Mój tł... tłomoczek?... o! nic wcale.... lekki jak piórko... kilka koszul, kilka chustek, i wszystko.

 — Bardzo wątpię, widać, że dobrze obładowany; i poszedłbym o butelkę wina, że całą różnicę ciężaru naszych koni stanowi.

 — Mylisz się pan... bardzo się pan mylisz, — rzekł, — przenosząc się zwolna podług zwyczaju na drugą stronę drogi.

 — Jeśli panu o to chodzi, idzie więc o butelkę wina, — idzie o dziesięć przeciw jednej, że władowawszy nawet ten tłomoczek na mojego konia, i tak jeszcze pana prześcignę.

 Usłyszawszy takie wyzwanie, przestrach mego towarzysza doszedł do najwyższego stopnia, nos jego (dzięki częstym libacyjom czerwonego wina), zazwyczaj ciemno-purpurowy, zsiniał i pożółkł w oka mgnieniu; a zęby jak w febrze dzwonić zaczęły; zdawało mu się, że widzi przed sobą zbójcę w całej okropności. — Widząc, że już słowa przemówić nie może, i chcąc go nieco orzeźwić, pokazałem mu wieżę kościoła niedaleko przed nami, i dodałem, że tak blisko miasteczka nie mamy się czego obawiać. Na te słowa zaczął pomału do siebie przychodzić; nie prędko jednak o moim zakładzie zapomniał, i długo jeszcze miał mię w podejrzeniu.

 Dodać tu tylko muszę, że towarzystwo tego tchórza, i żarty moje, drogo mię później kosztowały.

 

 

ROZDZIAŁ IV.

 

Szkoci są biedni, powtarzacie wszędy.

Oni nie przeczą, że prawdę mówicie.

Lecz w takim razie niech im wolno będzie;

Anglików kosztem zarabiać na życie.

                                                 Churchill.

 

Trwał jeszcze owemi czasy starodawny zwyczaj, dziś podobno zupełnie zaniedbany, a przynajmniej szanowany jedynie przez pospólstwo, że odbywający konno powolną podróż, zatrzymywali się przez niedzielę w jakiemkolwiek mieście, aby i sami powinności religijnej dopełnić, koniowi całodzienny wypoczynek dać mogli. Gospodarze znaczniejszych domów zajezdnych, szanując dawne prawa angielskiej gościnności, zapraszali w tym dniu uroczystym wszystkich podróżnych do stołu; a najznakomitsze nawet osoby nie pogardzały wezwaniem, którego jedyną nagrodą była butelka wina po obiedzie spełniona z gospodarzem.

 Jako prawdziwy obywatel świata, nieunikałem żadnych towarzystw, w którychbym się ludzi poznawać nauczył; przyjmowałem więc chętnie niedzielne obiady pod lwem, niedźwiedziem lub kaczką. Zacny gospodarz pyszny przywilejem zasiadania na pierwszem miejscu pośród swych gości, którym w dni powszednie usługiwać musiał, już sam przedstawiał dość ciekawy widok, — a cóż dopiero mówić o mnóstwie towarzyszów, którzy tę główną planetę zewsząd otaczali? Wszystkie dowcipy miejskie i najznaczniejsze miasteczka matedory, aptekarz, prokutator, a nawet i sam proboszcz, uczęszczali na tę tygodniową biesiadę. — Zbiór ludzi różnego stanu i wychowania, różnej mowy, obyczajów i sposobu myślenia, odkrywał tę zajmującą sprzeczność, która pilnemu serc ludzkich badaczowi obojętną być nie może.

 W tym to dniu, ja i mój lękliwy towarzysz odpoczywaliśmy w Darlingten pod Czarnym Niedźwiedziem, i już podług przyjętego zwyczaju gotowaliśmy się do niedzielnej uczty, gdy nasz opasły gospodarz wszedł, donosząc, a raczej przepraszając, że jakiś szlachcic szkocki zasiądzie z nami do stołu.

 — Szlachcic? — jaki szlachcic? — zawołał mój towarzysz, — myśląc zapewne o gościńcowej szlachcie; tak bowiem podówczas nazywano rabusiów.

 — Co? jaki szlachcic? — odparł gospodarz, — powiedziałem, że szlachcicem szkocki. — Wszak wiecie? że każdy Szkot jest szlachcic, chociaż łokciami świeci, — ten podobno bydłem handluje.

 — Kiedy tak, to niech wejdzie; będziemy mu radzi, — rzekł mój towarzysz; — a obróciwszy się ku mnie, opowiedział mi przyczynę obawy. — Co do mnie, — mówił dalej, — poważam Szkotów, lubię i szanuję ten naród za jego moralność. — Powiadają, że jest ubogi, nieochędożny, ale uczciwy. Ludzie godni wiary zaręczali mi, że w Szkocyi nigdy o rozbojach nie słychać.

 — Może dla tego, że nie ma co rozbijać, — odpowiedział gospodarz uradowany, — że mógł się z swoim popisać dowcipem.

 — Nie, panie gospodarzu, — odezwał się głos gruby i mocny, — dla tego, że wasi angielscy celnicy i zdziercy, których nam nasłaliście za Tweedę, zagarnąwszy sami wszystkie źródła łupiestwa, pozbawili chleba najzręczniejszych szkockich złodziei.

 — Prawdę mówisz, panie Campbell, — nie wiedziałem żeście tak blisko, ale nie zaszkodzi czasem pożartować. No, i jakże tam idzie handel na południu?

 — Jak to zwykle bywa: — mądrzy, kupują i przedają kosztem głupich.

 — Ale i mądrzy i głupi zajadają równie smaczno kiedy głód dokucza; szczególniej tak dobrą pieczeń jak ta, co przed nami. — To mówiąc dowcipny nasz gospodarz, — wziął się do noża, i począł obdzielać licznych swoich gości.

 Pierwszy to raz w życiu znalazłem się w towarzystwie Szkota, i usłyszałem sposób wymawiania właściwy jego spółrodakom, chociaż wyobrażenie o Szkocyi jeszcze w dzieciństwie już nie było mi obcem. — Ojciec mój, jak ci wiadomo, pochodził z dawnej Northumberlandzkiej rodziny, której dziedzictwo, Osbaldyston-Hall, nie było zbyt odległe od Darlington. Nieporozumienie między nim i bratem zaszło tak daleko, że o nim nie lubił nawet wspominać; a pychę urodzenia uważał za słabość godną największej pogardy. Nazywał się zawsze Wilhelm Osbaldyston bez żadnych dodatów i tytułów. Celem wszystkich życzeń jego było zasłużyć na imie pierwszego bankiera stolicy. Gdyby był nawet pochodził w prostej linii od Wilhelma zdobywcy, nie tyle by to pochlebiało jego miłości własnej, ile ruch i szmer, które go witały, gdy ukazał się na giełdzie. — Ojciec mój, lękając się, abym nie nabrał wstrętu do przyszłego powołania, starał się wychować mię w zupełnej niewiadomości o szlachetnym rodzie naszym — ale jak się często nawet najmędrszym przytrafia, tam właśnie napotkał przeszkodę, gdzie się jej najmniej spodziewał. Niańka jego staruszka, rodem z Northumberland, była jedyną istotą, dla której opuściwszy dom, zachował stałe przywiązanie; skoro więc los sprzyjać mu zaczął, sprowadził Mabelę Rackets, po śmierci matki mojej powierzył mię jej opiece i tym czułym niewiasty staraniom, bez których wiek niemowlęcy obejść się nie może. Ponieważ Mabela nie miała wolności rozmawiać z panem o pokrytych wrzosem górach, o dolinach kochanej ojczyzny, tem więc chętniej prawiła wychowańcowi swemu o wszystkiem, co w niej zaszło od niepamiętych czasów. Słuchałem jej z całem natężeniem dziecinnej ciekawości i zdaje mi się, że jeszcze widzę tę głowę trzęsącą się już nieco pod ciężarem wieku, przykrytą białym jak śnieg czepkiem; tę twarz pooraną marszczkami, ale pełną jeszcze czerstwości, którą winna była pracowitemu wiejskiemu życiu, — zdaje mi się, że widzę jak rzucając wzrok smutny na wysokie mury i ciasne ulice Londynu, kończy ulubioną piosnkę, którą wtenczas, a jeśli mam wyznać prawdę, i dziś nawet przekładam nad wszystkie włoskie trele.

 

 — Czy bluszcz niski, czy jawor co użycza cienia,

Wszystko się w górach naszych piękniej rozzielenia,

 

 Lecz w powieściach Mabeli, Szkoci, których z duszy nie nawidziła, grali tęż samą rolę, co w bajkach smoki, lub olbrzymy z siedmiołokciowemi bótami. I jakże być mogło inaczej? Któż, jeżeli nie Douglas Czarny zabił jednego z pierwszych dziedziców Osbaldyston-Hallu, gdy ten z wasalami swemi obchodził uroczystość objęcia ogromnego po rodzicach spadku? Któż, jeżeli nie Wat, przezwany djabłem, świeżo jeszcze, bo za mego prapradziada, całą, trzodę jego pasącą się koło Lanthorn uprowadził?..... A myż, mszcząc się za krzywdy nasze, czy nie odnieśliśmy tyle zwycięztw, i daleko (jak mówi Mabela), świetniejszych? Ażali Henryk Osbaldyston, piąty baron tego imienia, nie uwiózł pięknej dziewicy z Fairnington, jak niegdyś Achilles Bryzeidę, i nie obronił zdobyczy przeciwko zjednoczonym siłom najmężniejszych Szkocyi wojowników? Ażali nie widziano nas walczących w pierwszym szeregu prawie w każdej bitwie, kiedy oręż angielski karcił dumę nieprzyjaciół? Wojny północne były dla naszej rodziny zarówno źródłem sławy, jak nieszczęścia.

 W skutek takich i tym podobnych powieści, nawykłem od dzieciństwa uważać Szkotów jako ród natury nienawistny południowym mieszkańcom królestwa; a rozmowy ojca mego, jeszcze mocniej utwierdziły mię w tem mniemaniu. Zawarł on umowę z możniejszemi właścicielami w górach szkockich o dostawę znacznej ilości dębiny; i nie raz się odzywał, że górale chciwi na zadatek, łatwo do układu przystąpią; ale nie łatwo dopełniają to, do czego się zobowiązali. Wspominał, że kupcy szkoccy, których pomocy do tych umów używać musiał, przywłaszczali sobie zawsze coś więcej nad należny procent. Słowem, kiedy Mabela wyrzekała na oręż dawnych Szkotów, ojciec mój złorzeczył dzisiejszej ich przewrotności; a tak oboje mimowolnie zaszczepili w umyśle moim odrazę ku północnym mieszkańcom Brytanii, jako okrutnym w bitwach, wiarołomnym w pokoju, chciwym, samolubnym, i pozbawionym wszelkich dobrych przymiotów. Na usprawiedliwienie podobnego uprzedzenia, dodam uwagę, że w owym czasie i Szkoci nie lepiej trzymając o Anglikach, nazywali ich zwykle chełpliwemi pasibrzuchami. — Te iskierki domowej niezgody dwóch pobratymczych krajów, były naturalnym skutkiem starożytnej ich niepodległości i długich o pierwszeństwo sporów. Z nich to wybuchał niekiedy okropny pożar rozniecany przez zagorzałych demagogów.

 Cóż dziwnego, że widok pierwszego w mojem życiu Szkota nie był dla mnie przyjemnym: postawa jego przywodziła mi na pamięć dziecinne wrażenia. Rysy twarzy miał ostre, budowę ciała prawdziwie atletyczną, powolny i nieco wyszukany sposób mówienia, przez który Szkoci usiłują pokryć błędy, tłomacząc się obcym językiem. W uwagach jego i odpowiedziach przebijała się owa właściwa Szkotom przenikliwość i ostrożność; alem się nigdy nie spodziewał znaleźć w nim to umiarkowanie namiętności, ten szlachetny a nie wymuszony układ, którym zdawał się wynosić nad nasze towarzystwo. Chociaż miał na sobie ubiór bardzo skromny, co w owych czasach, tak sławnych zbytkami, okazywało niedostatek jeżeli nie ubóstwo; chociaż nie taił, że handlował bydłem, że przeto położenie jego nie było świetne; jednak mimo tylu nieprzyjaznych okoliczności, ton poważny acz grzeczny, jakim do nas niby od niechcenia przemawiał, objawiał w nim wyższość, istotną a może i udaną. Zdanie swoje o każdym przedmiocie wyrażał z tem zaufaniem i pewnością, która nie cierpi żadnego zarzutu ani powątpiewania, a zaledwo przystoi ludziom znakomitego stanu lub nauki. — Nasz gospodarz i jego niedzielni goście, po bezskutecznem usiłowaniu, aby przynajmnej krzykiem otrzymać zwycięstwo, ustąpili nareszcie przewadze Campbella, który odtąd grał już pierwszą rolę. — Ciekawość mię wzięła, czyli ja go nie pokonam przy pomocy moich słabych talentów i znajomości świata, którem winien był staranniejszemu wychowaniu i pobytowi zagranicą. Pod względem naukowym, nie mógł ze mną iść w zapasy; sztuka bowiem nie rozwinęła jego wrodzonych zdolności: ale o stanie ówczesnym Francyi, o charakterze księcia Orleanu, który właśnie natenczas objął rządy państwa, i osób które go otaczały, daleko lepiej wiedział ode mnie; a dowcipnemi i nieco złośliwemi uwagami okazywał, iż dobrze znał polityczne stosunki tego kraju.

 Z wielką oględnością wyrażał się o obecnym stanie swej ojczyzny. Stronnictwa Whigów i Torysów były naówczas w najwyższem zaburzeniu; a liczni stronnicy Sztuartów zagrażali dynastyi Hannowerskiej, zaledwo jeszcze usadownionej na tronie. — W każdym zajezdnym domu rozlegał się wrzask rozprawiających o polityce; a że polityka naszego gospodarza nie dozwalała mu zniechęcać gości, którzy go często odwiedzali, niedzielna przeto schadzka w jego domu była tak burzliwą, jak posiedzenia miejskiej rady. Probosz z aptekarzem i jakiś mały człowieczek, który — jak wnosić mogłem po częstem sięganiu ręką do brody, musiał być golarzem, żwawo bronili sprawy kościoła i Sztuartów; lecz poborca podatków i prokurator, pierwszy przez powinność, drugi w nadziei korzystniejszego miejsca, a z niemi i mój towarzysz byli za królem Jerzym i za następstwem protestanckiem. Wszczęła się wrzawa okropna, potem zwada: nakoniec obie strony, zdawszy się na sąd Campbella, niecierpliwie oczekiwały wyroku.

 — Jako szlachcic szkocki, — krzyczeli jedni; — powinieneś pan obstawać za prawą dynastyją.

 — Ale jako prezbiterijanin, — wołali drudzy; — musi być nieprzyjacielem despotyzmu.

 — Mości panowie, — odezwała się nakoniec szkocka wyrocznia, jak tylko gwar ustawać zaczął: — Nie wątpię, że król Jerzy godny jest miłości stronników swoich; i jeżeli się utrzyma na tronie, szanowny poborca może zostać intendentem korony, a zacny nasz pan Quitam, komissarzem jeneralnym; — pewny jestem, że i ten pan co woli siedzieć na swoim tłomoczku jak na krześle, otrzyma zasłużoną nagrodę. Równie i król Jakób niemniej jest wspaniałym, i jeśli odzyska berło, zrobi, kiedy zechce, wielebnego proboszcza arcybiskupem Kantuaryjskim, doktora Mixit pierwszym chirurgiem dworu, a królewską swoją brodę powierzy staraniu przyjaciela naszego pana Latherum. Ale ponieważ wątpię, aby którykolwiek z obu tych monarchów dał choć szklankę wina Robertowi Campbell, widząc nawet że umiera z pragnienia, głosuję zatem na gospodarza naszego pana Jonathana Brown, pod warunkiem, że nam przyniesie jeszcze butelkę tak dobrego wina, jak to, cośmy wypili.

 Ten dowcipny wykręt okryto powszechnemi oklaskami, których i gospodarz nie szczędził, a wydawszy rozkazy, aby warunek, od którego zależał przyszły jego majestat spełniono, zrobił uwagę: — że lubo pan Champbell jest spokojnym obywatelem, nie raz jednak w potrzebie okazał się mężnym jak lew, z szablą w ręku pokonał siedmiu zbójców na drodze z Whitson-Tryst.

 — Mylisz się, panie Jonathan; było ich tylko dwóch i oba tchórze do tego.

 — Jakto? — zawołał mój towarzysz przysuwając swoje krzesło, a raczej tłomoczek bliżej Campbella, — jakto? jegomość sam jeden pokonał istotnie dwóch zbójców?

 — Tak jest, — odpowiedział Campbell; — a cóż w tem nic dziwnego?

 — Na honor, — rzekł pierwszy, — miałbym sobie za szczęście towarzyszyć wam w podróży, — ja jadę na północ.

 To pierwsze i dobrowolne wyznanie mego towarzysza o drodze, którą miał się udać, przyjął Szkot z największą obojętnością.

 — Nie możemy jechać razem, — odpowiedział ozięble, — pan zapewne ma dobrego konia, a ja część drogi odbywam pieszo, część na nędznej góralskiej szkapinie.

 Powiedziawszy to zapytał, ile się należy za dodatkową butelkę wina, — rzucił na stół zapłatę, i wstał zabierając się do dalszej podróży. — Towarzysz mój zbliżył się doń, a ująwszy za guzik surduta, odciągnął na stronę ku framudze okna. Z kilku słów które usłyszałem, wniosłem, że prosił o coś usilnie, na co zaś Campbell nie zgadzał się wcale.

 — Biorę na siebie wydatki podróży, — rzekł pierwszy tonem zupełnego przekonania, że takiej hojności odrzucić niepodobna.

 — To być nie może, — odpowiedział Campbell nie kryjąc pogardy; — muszę wstąpić do Rothbury.

 — I mnie nie pilno, chętnie zboczę na stronę i poświęcę dzień jeden, choćby i dwa, dla tak dobrego towarzystwa.

 — Zapewniam pana, — rzekł Campbell, — że nie mogę zrobić mu tej przysługi. Mam swoje interesa; a jeżeli chcecie usłuchać dobrej rady, pilnujcie swoich, nie wdajcie się lada z kim po drodze, i nie mówcie gdzie i kiedy jedziecie, kiedy was o to nikt nie pyta. — Po czem wyrwał swój guzik z rąk natrętnika, a zbliżywszy się ku mnie dodał:

 — Ten pański przyjaciel coś zanadto otwarty jak na posłańca w tak ważnym interesie.

 — Ja wcale nie znam tego jegomościa, — rzekłem spojrzawszy na mego towarzysza, — nie jest moim przyjacielem, spotkałem go w drodze, ale nie wiem ani o nazwisku jego, ani o celu podróży. Pan zaś jak uważam, jesteś jego dawnym znajomym i zdaje mi się, że go musisz bliżej znać ode mnie, i...

 — Ja proszę pana, — przerwał, — chciałem tylko powiedzieć, że się nadto narzuca ze swem godnem towarzystwem.

 Domówiwszy tych słów, skłonił się i wyszedł, a za jego przykładem rozeszli się wkrótce i inni goście.

 Pożegnałem się z moim trwożliwym towarzyszem, droga bowiem wiodąca na wschód do Osbaldyston-Hallu, rozdzielała się w tem miejscu z głównym gościńcem. Zważając na ciągłe jego powątpiewanie o moim charakterze, wniosłem, że rozłączenie nasze nie musiało mu być bardzo przykrem; — co do mnie, wyznam, że kontent byłem niewymownie, bo tchórzostwo tego człowieka nudzić mię już zaczynało.

 

ROZDZIAŁ V.

 

O jak mi miło, kiedy zobaczę,

Którą z Nimf pięknych, ozdób wyspy naszej,

Jak się skokami rumaka nie straszy,

Śmiało nim zwraca i przez rowy skacze!

                                                    Polowanie

 

W miarę zbliżania się do starożytnej siedziby mych przodków, powiększało się wzruszenie moje, bo też i okolica stawała się coraz bardziej romantyczną. Wolny od natrętnej towarzysza mego gadatliwości, uważałem z upodobaniem różnicę między poprzednią drogą, a tą, na której znajdowałem się teraz. — Strumienie nie snuły się smutno i jakby drzemiąc między trzciną i wierzbami, lecz płynęły z szumem pod cieniem wesołych gajów, już spadając nagle z pochyłości gór, już przerzynając spokojniej nieco, ale zawsze bystro samotne doliny, które tu i owdzie rozwijały się przed okiem podróżnego, i zdawały się zachęcać, aby w ich cieniu odpoczął. — Góry Czywiot wznosiły przedemną swe poważne czoło: wprawdzie niewidziałem w nich owej cudownej rozmaitości urwisk i przepaści, która pierwiastkowe skały odznacza; — lecz wyniosłe, zajmujące przestrzeń okiem nieprzejrzaną i ciągle przybrane w ciemną barwę wrzosu, samym swym ogromem i ponurą postacią silnie działały na wyobraźnią zdolną pojmować wielkość przyrodzenia.

 Zamek przodków moich leżał wśród pasma tych gór na wąskiej dolinie. Majątek ich niegdyś bardzo znaczny, nadwątliły przygody i rozrzutność; mimo to stryj mój uchodził jeszcze za majętnego właściciela, choć jak mi już w drodze powiadano, trwonił wszystko, co miał, na utrzymanie owej starodawnej gościnności, którą uważał za nierozdzielną od sławy domu.

 Wjechawszy na nieco wyższy pagórek, ujrzałem w oddaleniu Osbaldyston-Hall, ogromny gotycki gmach, otoczony prawie zewsząd dębowym gajem, który przypominał czasy Druidów. Pośpieszałem ku niemu po krętej i nierównej drodze; gdy koń mój chociaż strudzony długą podróżą, zaczął strzydz uszami, usłyszawszy goń licznej psiarni, i odgłos francuskiej trąby, bez której naówczas porządne myśliwstwo obejść się nie mogło. — Niewątpiłem, że to była psiarnia mojego stryja; wstrzymałem więc konia, a nie chcąc się dostać między zgraję myśliwych, postanowiłem oczekiwać w domu na ich powrót, i tam zabrać pierwszą z rodziną moją znajomość. — Lubo o czem innem myślałem, nie byłem nieczuły na przyjemności tej wiejskiej zabawy, która tyle ma powabów dla prawdziwych swoich czcicieli; z ciekawością więc oczekiwałem ukazania się myśliwych.

 Naprzód wymknął się z gęstej kniei po prawej stronie doliny, lis zadyszany i już ledwo żywy, — kita spuszczona, boki zapadłe, susy drobne, zapowiadały skon bliski, a kruki unoszące się po nad głową, już czatowały na zdobycz swoją. Przebrnął ruczaj dzielący dolinę i wlókł się ku wąwozowi na drugiej stronie spadzistych brzegów, gdy wtem cała psiarnia w pełnym gronie wypadła z kniei, a za nią dojeżdżacz i kilku strzelców na koniach. Psy poszły za lisem, myśliwi za psami. — Byli to młodzieńce rośli i silni, na dzielnych koniach, przybrani w zielone kurtki z czerwonemi wyłogami, to jest, jak się dowiedziałem później, w mundur myśliwskiego towarzystwa, którym rządził stary Baron Hildebrand Osbaldyston. To są zapewne moi bracia, pomyślałem sobie: jakież mię czeka spotkanie od tych godnych następców Nemroda? — Lecz nowy widok przerwał moje dumania.