Wydawca: Muza Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 462

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Ritterowie. Rzecz o mazurskiej duszy - Patrycja Pelica

W pruskim Allenstein czas się zapętla i kluczy. W luterańskim zborze pachnie kawa, ceni się ciężką pracę, a dobry duch domostwa, pastor Martin Ritter, pisze kazania. Jednak tajemnicza przeszłość nadchodzi niczym burza i zabiera ze sobą ludzkie marzenia. Wielka miłość i rodzinne szczęście niszczy wojna, która rozdziela ludzi, każąc zapomnieć o swojej wierze, przeszłości i historii. Nikt nie wie, po czyjej stronie trzeba się opowiedzieć, cały świat miesza się i kotłuje, niczym w gigantycznym kalejdoskopie.

Cztery pokolenia kobiet Ritterów, pięknych i pełnych temperamentu odważnych przedstawicielek swojego rodu, walczy z przeciwnościami losu. Łączy je nie tylko wspólna krew, ale i to samo imię. Jak czary, proroctwo, a może przekleństwo, niosą swoje przeznaczenie przez dziesiątki lat po to, aby na końcu wrócić do korzeni. 

Realizm magiczny Patrycji Pelicy przenosi czytelnika w utracony świat dawnych Prus. To zachwycająca w swej prostocie i kunsztowności zarazem historia, jaka na zawsze pozostaje w pamięci. Tu koło historii toczy się i zamyka, wraz z nieustającym powrotem wiecznej miłości mężczyzny i kobiety.

Opinie o ebooku Ritterowie. Rzecz o mazurskiej duszy - Patrycja Pelica

Fragment ebooka Ritterowie. Rzecz o mazurskiej duszy - Patrycja Pelica

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Irma Iwaszko

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Sławomira Gibka

Zdjęcia wykorzystane na okładce:

© fot. Łukasz Szwaj/Shutterstock

© fot. Balazs Kovacs Images/Shutterstock

© by Patrycja Pelica

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

ISBN 978-83-287-0328-5

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2016

Wydanie I

– Śmierć nie jest taka zła.

– Skąd wiesz?

– Bo kiedyś już umarłam.

film Elektra

(…)

a przecież nie chodzi,

nie chodzi o czas.

Mela Koteluk, Wielkie nieba

Albrecht Dürer, Rycerz, śmierć i diabeł, 1513

Dzisiaj

Nie chcę mówić o pamięci.Chcę mówić o ludziach

Na początku był wiatr. Tchnienie wiatru nad skoszonymi polami świecącymi w słońcu jak rybie łuski, jak ciała karpi z mazurskich jezior. Wiatr pachniał fermentującymi owocami i spalinami z miasteczka. Słodko. Tak, słodko.

Z wiatrem przyszła ona. Anna Ritter. Zapamiętajcie jej nazwisko, tak jak ja zapamiętałem słodki zapach wiatru. Ritter.

Kiedy słyszę Ritter, myślę: „rycerz”. Ale rycerzy już nie ma. I to nie będzie bajka. Bajki nie dławią nas za gardło i nie budzą w ciemności, kiedy nie wiemy, czy to późna noc, czy wczesny ranek.

Nie pytaj, skąd jestem. To miejsce na Mazurach, którego nie ma na mapach. Każdy, kto nas odwiedza, przychodzi tu przez przypadek. Dlatego kiedy zobaczyłem ją pierwszy raz, myślałem, że wysiadła nie na tym przystanku.

Wracałem z walki. Walka to jedyne, co mnie definiowało. Wychowałem się na ringu, bo urodziłem się na boksera. Kochałem miejsce, gdzie pękają nerwy i mięśnie, żyły wiją się jak węże, a pot skleja wargi. Nozdrza miałem pełne swojego zapachu, a usta potu. Nadgarstki zdarte od ciosów, którymi kruszyłem głowy jak włoskie orzechy. Tacy jak ja nie przegrywają.

Uciekałem w ból, bo jedynie on jest wyrazisty w tej szarej wiosce, gdzie czas niczego nie zmienia. Wielkie wydarzenia omijały nas i tylko przestrzelone nagrobki na luterańskim cmentarzu mówiły, że kiedyś była tu wojna.

Wysiadła z autobusu, zatrzymując się na każdym stopniu. Jej twarz miała coś kociego, a oczy pobłyskiwały na zielono. Te oczy budziły niepokój. Potrącały nieznane struny świadomości. Znałem je…

Mogła być w moim wieku. Zaczęła od pytania:

– Zna pan Ritterów?

Akcent zdradzał niemieckie pochodzenie.

W pamięci mignęły mi napisy na luterańskim cmentarzu. Szlajbacha[1]. Przerzucałem wspomnienia jak kartki książki. Opowiadania matki. Kiedyś, późno w nocy. Byli tu. Mieszkali. Rodzina pastora Martina.

– Ritterowie? – powtórzyłem. – Ich już nie ma!

– Ja jestem Ritter! Anna Ritter.

– Myślałem, że wszyscy umarli. Do końca.

– Nigdy nie umiera się do końca – powiedziała.

Wtedy uczyła mnie słuchać. Ona miała mówić. Ja – pamiętać każde jej zdanie.

Ritterowie. Była ich wspomnieniem, jak wraki na plaży są wspomnieniem okrętów i pychy żeglarzy pokonanych przez żywioł.

– Jesteś stąd? – zapytała.

– A ty?

– Z Frankfurtu. Ale to nie moje miejsce.

– A gdzie jest twoje miejsce?

– Chciałabym, żeby tutaj…

Jedna walizka.

– Masz tylko to?

– Wystarczy, żeby zacząć. Szukam luterańskiej plebanii.

Czy godzina wystarczy na przyjaźń? Kiedy szła obok, wydawało mi się, że znam ją od wielu lat, jak znam tę drogę i niebo, które pod wieczór zwykle robi się pastelowe. Opowiadała mi o Frankfurcie. Widziała miasta, które ja znałem tylko z książek.

– Najbardziej samotna czułam się w święta.

Była samotna w idealnym świecie, a jednak na dystans. Światła kłuły ją w oczy. Nie czuła piękna – tylko ból.

– Wiesz, gdzie mieszka organista?

– Kto?

– Katolicki organista.

– Tu są sami katolicy. Luteranie…

– Dokończ!

– Wyjechali… kiedyś… dawniej…

– Organista – powtarza, a jej gardłowe „rrr” brzmi jak chrypnięcie. Jak parsknięcie kota.

Organista ma ręce pokryte wątrobowymi plamami gęstymi jak piegi na rękach dziewczyny, a nasza wizyta nie dziwi go ani trochę. Nosi płaszcz, który kiedyś musiał być modny, i ma oczy, które kiedyś musiały być wesołe.

– Anna Ritter.

– Kiedy przyjechałaś?

– Godzinę temu.

– Późno.

– Czekałam na ten przyjazd całe życie.

– A ile miałaś tego życia?

– Dwadzieścia cztery lata.

Mierzyli się wzrokiem, walczyli na spojrzenia, ale żadne nie drgnęło. Organista ważył klucz w dłoni, jak waży się piasek na plaży, jak dziecko waży drobne monety, bada palcami zgrubienia i zdrapuje rdzę.

– Będzie pasował.

– Do zamka?

– Do twojej ręki.

Zacisnęła palce na kluczu, oplotła żelazo jak dzikie wino, a klucz idealnie pasował do jej linii papilarnych, długi jak wyssana ze szpiku kość małego zwierzęcia. Nawet nie klucz. Kluczyk.

Przed luterańską plebanią odgarnęła włosy. Miała ręce w piegach, brązowych plamach słońca. A ściany plebanii łuszczyły się jak łuski karpia, jak spalona słońcem skóra, jak powłoka gada. Farba opadała wielkimi płatami podobnymi do płatków śniegu.

– Wejść z tobą?

– Danke. Muszę wejść sama. Rozumiesz?

Zrozumiem, ale o wiele później.

Daj mi czas na zrozumienie.

Ta wioska nie jest dobrym miejscem dla tajemnic. Pytali mnie o nią. Każdy szczegół miał znaczenie: gest, jakim układała włosy, i jak otwierała furtkę.

Najwięcej pytał mój ojciec. Zielone oczy błyszczały we wczesnym zmierzchu.

– Dokąd poszła?

– Na plebanię. Tę niemiecką.

– Nikogo tam nie było, odkąd… Ile masz lat?

– Dwadzieścia osiem.

– Właśnie! Nikt tam nie zaglądał od dwudziestu ośmiu lat!

– A co to ma wspólnego ze mną?

– Nic. Po prostu przypadek. Życie to tylko ich splot.

– Co wiesz o Niemcach?

– Nie więcej od ciebie.

Więc to przychodzi nagle, jak burza ze wschodu, jak epidemia w spokojnym kraju. Pamiętałem jej palce na walizce, krótkie jak u mojej matki. Anna Ritter ścigała mnie na zasypiających ulicach. Miasto musiało oślepić mnie swoimi światłami, żeby zatrzeć jej obraz.

Najtrudniej uciec przed sobą i swoimi pragnieniami. I kiedy prawie odsunąłem ją w podświadomość, znów spotkaliśmy się przed cmentarzem.

Kołnierz płaszcza osłaniał jej twarz. Ale nie oczy. Te pobłyskiwały zimnym chłodem. Masz oczy ze stali – powiedziałbym jej. Ale sam byłem jak ze stali, niezdolny do wypowiedzenia słowa. Do ruchu. Gestu.

Szedłem za nią aleją cmentarza. Nie wiem, kto kogo prowadził, bo zrównaliśmy się ze sobą. Ciałami. Oddechami. Osty czepiały się naszych kurtek.

– Dawno tu nikogo nie było.

– Nie pamiętam, żeby ktokolwiek tu był. Może kiedyś…

Ze zdjęcia na nagrobku, do którego mnie zabrała, patrzyła kobieta niewiele starsza od nas.

Oczy są centrum fotografii. Zapominamy nawet kolor włosów, ale nie oczy. Patrzą spoza czasu, jakby miały nad nim władzę, odporne na jego działanie. Może dlatego, że mieszka w nich dusza, która się nie starzeje.

– Widziałem ten nagrobek. Ale nigdy nie patrzyłem jej w oczy.

– Anna Domińczuk – przeczytała.

– Dlaczego przyjechałaś?

– Dla niej.

– Ale ona umarła!

– Nigdy nie umiera się do końca – powtórzyła. – Wiesz, że ona była Ritter? Jak ja?

– Tu jest inne nazwisko!

Kobieta ze zdjęcia patrzyła na nas z innego świata. Ten wzrok nie zanika, nie rozprasza się w czasie i nie blaknie w pełnym słońcu.

– Odprowadzić cię? Tu nikt nie wychodzi po zmroku – przestrzegłem.

– A ty?

– Ja jestem inny.

– Nie wychodzą – powtórzyła. – Czego się boją?

– Może samych siebie?

Wracała na plebanię fioletowa od zmierzchu. Prowadziła ją tęsknota, dziwna u Niemki. Mrok zacierał ślady czasu. Ściany plebanii bieliły się jak wiele dni i nocy wcześniej, zanim wyblakły, a tynk się osypał.

Za furtką powietrze było gęste od tajemnic. Co dalej? Mogłem to odgadnąć. Naszkicować w myślach. Ale nasze wyobrażenia są tylko ułamkiem rzeczywistości. Rozbijają się o nią jak szkło.

Zatrzymała mnie przy furtce.

– Czytaj!

Moc w słabości się doskonali

Blaknące litery nad wejściem i wokół niego. Wróżba odporna na czas i wiatr. Schody kruszące się pod obcasami, zapadające w dziką miętę. Dwa krzyże po obu stronach drzwi, podobne do tych, które nosili na płaszczach rycerze krzyżaccy. Ale to było tak dawno, że w końcu zlało się z baśniami i odrealniło.

Budynki są do nas podobne bardziej, niż myślimy. Mają czas rozstań i powrotów. Może plebania musiała zarosnąć pajęczyną i złymi opowieściami, żeby po latach doczekać się powrotu Anny Ritter.

Światło.

Lampa naftowa gra z ciemnością. Światła tańczą. Na pół wieku daliśmy Ritterom odejść. To miała być wieczność. Ale nawet wieczność ma granice i tak bezgraniczność zamyka się w ramach.

– Jak tu cicho.

Tak, cisza temu domowi, ta cisza przyszła jak ksiądz po kolędzie i już została, filiżanki śpią na spodkach jak ptaki w gniazdach, śpią nawet słowa w książkach, wszystko jest resztą dawnego życia, a reszta jest milczeniem, zalega w kątach jak koty z kurzu, cisza i tylko cisza, bo krzyki już były, wszystko już musiało tu być.

Anna znajduje młynek do kawy. Dużo czasu zajmuje jej doprowadzenie go do stanu użyteczności. Słyszę go w mroku. Terkot niczym warczenie nieznanego zwierzęcia. Mówi o rzeczach, które mogły się zdarzyć tylko dawno temu. A potem pijemy kawę z filiżanek, których nie wyszczerbił czas.

Ścieram kurz z porcelanowych figurek. Ich martwe oczy śledzą mnie jak oczy zmarłych, jakby zamieszkały w nich duchy dawnych mieszkańców plebanii. Drżą na spróchniałej półce jak na zderzających się płytach tektonicznych, a każdy gwałtowny ruch może je zmieść jak tsunami.

Drewniana szkatułka. Anna podważa zawiasy.

– A może nie powinnaś…

– Za późno. Już otworzyłam. Przecież po to przyjechałam.

Zdjęcia. Bez dat, jakby fotograf kazał nam zgadywać miejsce i czas. Odczytywać z nich czyjeś losy to jak ścigać cienie na ścianie albo kręgi na wodzie. Nie zatrzymasz czasu – tak jak nie zatrzymasz pociągu. Możesz tylko łapać kamienie spod jego kół.

– Helmuth – czyta Anna.

I tylko to imię łączy fotografie. Jest na wszystkich.

– Co to za Helmuth?

– Ritter. Jak ja. I jak ta dziewczyna z cmentarza.

– Ona miała inne nazwisko.

– Była jedną z nas.

Ćmy tańczą nad lampą jak ludzie na zdjęciach. Tak tańczyło się tylko przed drugą wojną. Nad nimi dwa krzyże na frontonie budynku.

– Poznajesz?

– To było tutaj. Przed plebanią.

– A ci ludzie?

– Muszą tu jeszcze żyć.

– Na pewno są bardzo starzy.

– Jutro ich znajdziemy. – Odprowadza mnie do drzwi.

Z lampą w oknie śledzi moją podróż do końca nocy.

Czym jest życie, jeśli nie poszukiwaniem? Czym jest poszukiwanie, jeśli nie wędrówką? Chodziliśmy od domu do domu, pytaliśmy o ludzi ze zdjęcia. I o kobietę, której nagrobek znaleźliśmy na dzikim zarośniętym cmentarzu. Nie wiedziałem o niej nic oprócz tego, że była jedną z Ritterów. Oszalałem? Ale moje oczy były oczami szaleńca, kiedy patrzyłem na dziewczynę z Niemiec.

– Ładnie tu – mówi.

Ciężar torby przegina ją do tyłu, jakby miał ją złamać, jak łamie się młode drzewo. Ale nie pozwala mi jej nieść.

– Tu każdy dom to inna historia.

– Lubię historie – odpowiada. – Ludzie zbierają różne rzeczy. Znaczki, pocztówki, kapsle po piwie. Ja zbieram historie.

Domy oplecione dzikim winem i tajemnicą, gdzie w oknach nadal stawia się gromnice, które mają chronić od piorunów jak palmy na ścianach za świętymi obrazami. W starych oknach okiennice zamknięte przed demonami. Demonem Mazur i Pomorza była przeszłość.

Pod kasztanowcem znaleźliśmy cień i pierwsze odpowiedzi. Mężczyzna o twarzy jak żółknący papier przejechał palcem po zdjęciu. Zatrzymał się na duchownym luterańskim stojącym przy stole z kieliszkiem w ręku, jakby wszechświat kłębił się wokół niego, a tylko on był stałością i punktem centralnym.

– Znam go. Ale nie za darmo.

– Ile?

– Masz marki?

– Mogą być euro! – dodał jego sąsiad, bardziej chyba zorientowany w kwestii walut.

– Nie rozmawiajcie z Niemcami! – obruszył się trzeci. – Zawsze byli źli! Już przed Hitlerem! Nawet nasz poeta wielki pisał, że „diablik to był w wódce na dnie, istny Niemiec, sztuczka kusa”! Ha! To nie rozmawiajcie z diabłami!

– W jakiej wódce? – pyta Anna.

– To tylko taki wiersz. O Mefistofelesie.

– Mefistofeles! Niemiecki szatan. Wszyscy Niemcy to szatany!

– Niech pan przestanie! – próbowałem go uciszyć.

– Ona to też diablica! Nawet nie zauważysz, jak ci błyśnie euro w oczy, polską ziemię zabierze i opęta cię, czarownica niemiecka…

– To Ritter. Pastor Martin…

Przerywają. Patrzymy, jak mężczyzna o pożółkłej twarzy rysuje wokół Martina kręgi jak aureole.

– Pamięta go pan?

– Kto go spotkał, nie mógł zapomnieć.

– Wygląda zwyczajnie.

– Spójrz w jego oczy. Tam mieszka dusza.

Dajemy zdjęciu ożyć. Korowód ludzi mija nas, zanim wszyscy zamienią się w cienie. Leje się wino porzeczkowe i żar z nieba, i tylko plebania wydaje się wyspą, gdzie nie dociera upał. Ani szepty i gazety o wojnie. Zapach tamtego lata przetrwał w opowieściach. Poczuj go. Daj się odurzyć. Chodź za mną. Daj się prowadzić w tamto lato, między tamtych ludzi. Patrz na Martina.

– Ritter – mówię.

– Ritter – powtarza Anna.

Pastor pił wino z księdzem i rabinem, a drwiny go nie dotykały, rozbijały się jak na pancerzu. Krzyżaków nie było już na Mazurach, ale on został. I tak zrozumieliśmy, że Martin był rycerzem.

Wracaliśmy drogą Martina z miasteczka na plebanię. Między jeziorem a lasem zamknęła się tajemnica. Milczenie lata. Ta cisza boli. Przenika do krwi.

Nawet powietrze miało kolor miodu.

Na plebanii Anna podała mi kartki.

– Spisz to, co dziś usłyszałeś.

– Po co?

– Bo żadna historia nie istnieje do końca, dopóki się jej nie spisze.

– Od czego mam zacząć?

Prowadzi moją rękę po kartce. Już nie mogę zawrócić ani się zatrzymać. Siła napisanego słowa jest zbyt wielka.

A na kartce schnie atrament. Litery ciemnieją, granatowieją i czernieją. Jej myśl spisana moją ręką. Ona chciała dać tej historii duszę, ja miałem dać ciało. Czytam półgłosem:

Nie chcę mówić o pamięci. Chcę mówić o ludziach.

Wiedziałem, że Anna pragnie ożywić Ritterów. Ułożyć ich losy jak układa się skandynawskie sagi i Eddy; jak bracia Grimm spisywali legendy i staroniemieckie podania. Powoli uczyłem się, że ludzie to nie zdjęcia i nazwiska. Ludzie to losy, z których zmiata się zapomnienie jak liście z nagrobków przed Dniem Zadusznym.

Przeszłość to ludzie.

Wczoraj

Zdjęcie pierwsze – podróż na plebanię

Niebo blaknie od upału jak to zdjęcie blaknie od słońca i czasu. Łubiny zginają się na wietrze jak mężczyzna obok, obładowany walizkami. Kobieta przy nim ukrywa twarz pod kapeluszem. Za nimi jest stacja. Przed nimi już tylko droga, a cały świat wydaje się podróżą.

Oczywiście to była rodzina pastora, więc należy dodać do niej Boga.

Droga. Martin

Jest takie miejsce, którego losem zawsze była wojna. To Mazury, impresjonistyczne plamy z błękitu i zieleni na mapie. Ale kiedy przyjechał tu Martin Ritter, trwał czas pokoju. Słodkie dwudziestolecie międzywojenne.

Nigdy nie wierz w pokój. Jest tylko ułudą. Usypia, a potem wyrywa ze snu kanonadą dział i deszczem bomb. Czy Martin wierzył, że będzie bezpieczny?

Tego nie pamięta nikt.

Pamiętają tylko jego przyjazd. I młynek do kawy w wiklinowym koszyku. Podobno jego korbka sama się kręciła, a jej chrobot nie dawał zasnąć. Jak warczenie nieznanego zwierzęcia.

Martin miał jasne włosy i jasne oczy o metalicznym odcieniu. Wysiadł na stacji w sierpniowe popołudnie 1920 roku, kiedy ziemia pachniała jeszcze strachem po wojnie z bolszewikami. Przyszedł ze stacji pieszo. Z jedną walizką. I młynkiem. Z Allenstein.

To słowo ma metaliczny posmak. Język uderza o zęby. Rytmicznie. Al-len-stein. Dzisiaj Olsztyn.

Pytał o drogę.

– Pan obcy?

– Już nie.

– A kim pan jest?

– Jestem Ritter.

Mieli zapamiętać jego nazwisko, czytać z nagrobków i gazet. Ale tamtego popołudnia Martin był jednym z nich. Czekała go droga dalsza niż ta na plebanię. Długi płaszcz powiewał za nim jak skrzydła wielkiego ptaka.

Nie poznali w nim pastora, widzieli obcego z miasta. Dziewczyna, którą prowadził na plebanię, wyglądała na jego siostrę. Nie żonę. Szli, pewni siebie nawzajem, a ona patrzyła nieobecnym wzrokiem, jakby w lecie widziała już inne lata, a w pyle zapowiedź innego pyłu, a może kurzu i śniegu.

– To twoja pierwsza plebania – powiedziała mu.

– I ostatnia. Nie chcę innej!

Tory, po których przywiózł ich pociąg rozkołysany jak wielki hanzeatycki okręt, zarastały łubinem, wyglądały jak szkielety prehistorycznych zwierząt, jak roztrzaskany maszt okrętu.

Podobno przyjechali tu prosto z własnego ślubu, pijani winem i marzeniami. Żyj nam wiecznie, Martinie, Ty, który wszystko zaczynasz. Jesteś tu pierwszy, bo twoich poprzedników śpiących pod kutymi krzyżami gdzieś w Allenstein nikt już nie pamięta. Jesteś młody. Wystarczająco młody, by wierzyć, że zmienisz świat.

Żyj nam wiecznie.

Jak Krzyżacy na zaproszenie księcia Konrada, tak Martin przyjechał tu wezwany przez przełożonych. I choć nie było już pogańskich Prusów czczących bogów i święte drzewa, tak jak nie było rycerzy z mieczami ciepłymi od krwi, to ze wzgórza nadal wyrastały ruiny ich zamku, a luteranie z Mazur żyli tak, jakby nigdy ich nie ochrzczono. Mieszkali bez ślubu, ich nieochrzczone dzieci rzucały kamieniami w okna zboru, a konie pasły się na cmentarzu.

Martin zakasał rękawy. Pożenił pary. Ochrzcił dzieci. Przegonił konie z cmentarza. I odtąd zaczyna się historia Ritterów. Żyj nam wiecznie, Martinie.

Nie wiem, skąd przychodził. Co było przed Allenstein. Mówią o Stettinie i Danzig, ale i Wittenberdze Lutra. Mogę zakładać wszystko, tak prawdę, jak i fantazję. Przeszłość jest zbyt rozległa, by objęły ją nasze oczy. Tu, na plebanii, imiona się zmieniały, tylko oni byli zawsze: pastor i jego żona. Odczytuję imiona z płyt na cmentarzu. Tędy musiał spacerować Martin w pierwszy wieczór po przyjeździe. Widać tylko kontury. Szczegóły się zatarły, ale resztę dopowiada wyobraźnia.

Wiem tylko, że jego żona Grete przyjechała z Allenstein.

Grete, jej imię brzmi jak szelest, mimo gardłowego „rrr”, szelest tiulu, koronek, parasolek, kapeluszy, jedyne subtelne dźwięki w tym surowym krajobrazie, gdzie co najwyżej śpiewają fale przed białym szkwałem i wiatr, a gwizd lokomotywy tnie ciszę jak świst bata albo krzyk sowy.

Trudno zgadnąć, gdzie kończy się prawda, a zaczyna legenda. Na tej plebanii się zestarzejesz, Martinie. Spotkamy się w historii, którą spisuję, bo nic nie istnieje, dopóki nie zostanie opowiedziane do końca.

Droga, którą przyszedł. Anna zapisuje mi w prawym górnym rogu:

Martin jest drogą. Martin jest podróżą.

Dzisiaj

Zabieram ją do Olsztyna, pierwszy raz, a ona szuka cienia pod kasztanami wokół protestanckiego zboru. A ona je lody na rynku, polewa topi się i spływa po jej kościstym nadgarstku. A ona przebiega po kocich łbach cicho, żeby oszukać echo, żeby nie odbijało jej kroków.

– Dlaczego kazałaś mi tu przyjechać?

– Bo tu jest początek. Wszystko, co zdarzy się później, zaczęło się w Allenstein. To tu będziemy wracać.

– Allenstein – powtarzam, a ta nazwa ma smak metalu.

Wiem już, a moja wiedza jest wiedzą Anny Ritter, że Grete już tu nie wróci.

– Tam, na plebanii, będzie jej dobrze? – pytam.

Porcelana. Grete

Plebania pachniała kawą i wspomnieniami.

Anna zniknęła między drobiazgami. Zdmuchuje z nich kurz jak grubą warstwę śniegu. Filiżanki. Figurki. Układa je jak historie o ludziach, z którymi przyjechały. Przedmioty nigdy nie istnieją same dla siebie. Są sensem i znaczeniem. Przywołują ludzi i twarze.

Młynek i korbka przeżarta rdzą. Od niego wszystko się zaczęło. Przywiozła go po ślubie żona pastora Rittera. Grete. Był 1920 rok. Mazury zapomniały już o rycerzach spod znaku czarnego krzyża. Byli tylko snem, ale to nie był dobry sen. Pachniał krwią i dymem.

Ritterowie, roześmiani, nie pasowali do tej sennej wsi. I do ciemnej plebanii, gdzie przynieśli światło. Po ostatnim pastorze została ciemność na plebanii i w pamięci parafian. Mówili, że był surowy. I przeminął tak nagle, że nawet tego nie spostrzegli. Czasem przyjeżdżał tylko pastor Robert. Ale on był obcy.

Nigdy nie ograniczało mnie nic prócz wyobraźni. Teraz jednak przeszłość była jak mur. Nie umiałem odgadnąć przeszłości Martina. Jaki był, zanim tu przyjechał. I gdzie spotkał żonę, bardziej cień niż kobietę. Cień w jego życiu i na plebanii. Nie musiała być piękna, żeby kochał ją poza śmierć. I poza czas. Bo nawet później, kiedy już jej zabraknie, kiedy inne będą walczyć, by zadomowić się na plebanii, stać się jej integralną częścią jak gdańskie filiżanki i kolorowe puszki z kawą, on zostanie sam.

Obracam w palcach porcelanę Grete. Mówi o niej więcej niż ludzie. Musiała jej strzec, jeśli przywiozła zastawę w całości.

I szklana kula, w której nie przestawał padać śnieg. Wieczna zima nad miastem, które mogłoby być Nürnberg – Norymbergą, Allenstein i każdym miastem o gotyckich wieżach z zegarami wypukłymi jak szklane oczy lalek i domach z pruskiego muru, bo w skojarzeniach nie ograniczało jej nic prócz wyobraźni. Grete patrzyła w nią jak wędrowne Cyganki w magiczne kule, jakby widziała w niej wszystko, co dopiero się wydarzy, i tych, którzy jeszcze się nie urodzili.

To właśnie Grete, piękna jak pocztówki z początku wieku, przywiozła na plebanię ponurą jak trumna szklaną kulę.

Pytam, jacy byli. Martin i Frau Ritter. Ci, którzy ich znali, długo milczą.

– Chyba bardzo cisi. Mało rozmawiali.

– Może nie musieli?

– Chyba tak. Czasem na siebie spojrzeli. I to wystarczało.

– A inne kobiety?

– Ich zawsze pełno wokół mężczyzny. Ale Martin ich nie widział.

Były jak cienie i tylko żona nabierała kształtu i kolorów. Zbyt wypełniała jego plebanię i życie, by dostrzegał inne. Była tam Ona – i cisza, w której nasłuchiwał żony. Kiedy kręciła młynkiem. Kiedy stukała zastawą.

– Przynajmniej nie był jak pastorzy, którzy odwiedzają po nocach parafianki, a potem z ambony grzmią na cudzołóstwo – śmieje się Anna, a jej kocie oczy się zwężają.

– Mówiła mało – słyszymy. – Może pani Grete była nieśmiała?

Nie, nie nieśmiałość kazała jej milczeć.

Nie była stąd. Jedynym, co łączyło ją z tą ziemią, był Martin. On umiał kochać surową ziemię i jeszcze surowszych ludzi, zdradliwe niebo i wiatr od dalekiego morza.

A ona kochała wszystko, czego on się dotknął. Dlatego została na Mazurach.

Uśmiechała się, kiedy Martin zabierał ją do hanzeatyckich miast. Musiała być związana z którymś z nich, bo tylko to, co bliskie, daje taką radość.

Obchodzę stajnię, gdzie Martin trzymał konia.

Podobno objechał na nim całą parafię.

Podobno jeździł do chorych.

I podobno, kiedy go wzywano, ruszał do nich, tak jak stał. Z pola i zza biurka. W upale i deszczu. Od stołu i porcelany.

Łatwiej mi wyobrazić go sobie, kiedy chłonę chłód szyby. Widzę, jak biegnie przez kałuże.

– Po co go wzywali? – pytam Annę. – Przecież ich nie spowiadał! To nie katolicy!

– Nieważne, czy ich rozgrzeszał. Ważne, że był.

Kiedy wracał w deszczu, żałował, że każdy następny dom nie jest jego plebanią. Ulice pachniały wilgocią i melancholią. Wtedy uśmiech wydawał się grzechem. A jednak śmiał się do żony.

Musiała czekać na niego z lampą naftową. Przy porcelanie.

Zapalam lampę. I parzę kawę w jej dzbanku.

Sam, bez Anny, zaczynam pisać:

Grete jest porcelaną. Grete jest kruchością. Grete jest domem.

Wczoraj

Ten trzeci. Helmuth

Pierwsze miesiące były nieufnością. Wiara przychodzi z czasem i parafianie potrzebowali długich tygodni, by zobaczyć w opalonym chłopaku, który malował zbór i zbijał nowe drzwi na plebanię, swojego pastora. Jedyne, co w nim widzieli, to blizna od łokcia do dłoni, biała blizna na spalonej słońcem skórze.

Dręczyli Martina jednym pytaniem. W różnych konfiguracjach zawsze brzmiało podobnie:

– To koniec świata. Co zrobiłeś, że cię tu zesłali?

Aż którejś soboty wieczorem (to czas, kiedy pachnie niedzielnym ciastem, a w jedynej kawiarni w miasteczku gra orkiestra) skończył zbijać drzwi do zboru. Z rękami na kolanach wdychał łapczywie powietrze. Śledziły go dziesiątki oczu. Historia luteranów zaczynała się od drzwi, ciężkich drzwi kaplicy zamkowej w Wittenberdze, gdzie Martin Luter przybił tezy. Był rok 1517, kaplica nosiła wezwanie Wszystkich Świętych, a Luter zaczynał nową historię. Ludzie z Mazur czuli, a ich przeczucie było nagłe i mocne jak wiatr od morza pełen soli i zapachu ryb, że młody Martin także zaczyna coś nowego.

Ritter błogosławił pary i odprowadzał ewangelików na cmentarz. Chrzcił obce dzieci, a po parunastu miesiącach także własnego syna. Był 1921 rok.

– Helmuth – czyta Anna z księgi parafialnej.

– Helmuth – czytam ze starych zdjęć.

– Helmuth. – Żona Martina szuka syna wzrokiem.

– Helmuth. – Pastor sadza sobie chłopca na plecach rozłożystych jak konary drzewa.

– Helmuth – mówi jedna z kobiet, która sprawdza, czy noworodek nie ma przypadkiem zębów, bo znaczyłoby to, że zostanie upiorem. Grete jest zbyt słaba, by zaprotestować.

– Helmuth! – Martin woła syna na huśtawkę.

Kiedy wprawiam ją w ruch, jej skrzypienie brzmi jak zwierzęcy skowyt zardzewiałych mechanizmów. Ale nie zawsze tak skrzypiała.

A Helmuth ma już sześć lat i wie, jak ważne jest jego imię. Bo żeby zaistnieć, w świecie czy w jakiejś historii, trzeba zostać nazwanym.

A kiedy masz już imię, musisz poznać zasady gry nazywanej życiem. Musisz odnaleźć granice, jak Martin szukał granic swojej parafii, objeżdżając ją konno latem 1920 roku.

Martin i Grete nie będą już sami na plebanii.

Będzie ten trzeci. Helmuth.

Dzisiaj

– Śpisz?

– Nein.

– To zaśnij. Niech ci się przyśnią Mazury.

Skradam się przy niej jak Grete przy małym Helmucie, a jej rzęsy rzucają coraz dłuższy cień na nieopaloną twarz. Kołysze głową, aż opiera ją o stół, gdzie Martin napisał tyle kazań, i zasypia w kuchni pełnej szeptów i cieni, gdzie każdy przedmiot jest ciężki od wspomnień.

Liczę bransoletki na jej nadgarstku. Splątane włosy w końskim ogonie. Pobielałe dłonie zaciśnięte w pięści.

Jutro naszkicuję to słowami. Na piątej stronie mojej historii.

Jutro. Ale do jutra jeszcze daleko. Teraz patrzę. Czy tak Martin patrzył na Grete, kiedy prowadził ją ze stacji na starą plebanię? Przecież patrzenie się nie zmienia.

Zanim opiszę Grete, wydrę i wyrzucę jeszcze sześć stron, a z każdym opisem będzie coraz piękniejsza, jakbym z każdą próbą szczotkował jej włosy i poprawiał makijaż. A nad ranem Grete w mojej historii jest słodka jak mszalne wino, które mały Helmuth podkradał Martinowi, jak likier jej roboty, który zlizywał ze szklanej szyi butelki, aż oba smaki pomieszały mu się w jeden, jakby Martin używał likieru w zborze, a Grete robiła najlepsze na Mazurach wino mszalne.

Wczoraj

Ruiny. Robert

I Ciemność, i Ruina, i Śmierć (…) rozpostarły wszędy swą władzę nieograniczoną.

Edgar Allan Poe, Maska Śmierci Szkarłatnej[2]

Ile czasu trzeba, by nauczyć się ufać tak bezgranicznie i milcząco, bez pytań?

Nie wszyscy przynosili swoje dzieci, by chrzcił je Martin, nie wszyscy widzieli w nim pastora. Część jeździła do Olsztynka, inni zaś zbierali się u wielebnego Roberta w sąsiedniej parafii. Aż do wielkiej epidemii tyfusu. Ślad po niej znaczą krzyże, które stawiali katolicy na obrzeżach wsi, wierząc, że zatrzymają zarazę. Wszystkie z datą 1933. Czytałem z pochylonych krzyży jak z gotyckich zapisków w staroniemieckich kronikach dzieje zarazy. I nawet ludzie z Mazur i Pomorza, oswojeni z żywiołami, którzy nie bali się niczego, zatrzaskiwali okiennice domów w nadziei, że śmierć ich ominie, jak anioł śmierci przechodzący przez Egipt, o którym słyszeli od Martina.

Ale śmierć, wbrew nadziejom, szalała jak rzeki występujące z brzegów po długiej zimie. Zmarłych chowano bez ceremonii pogrzebu, a Martin modlił się w pustym zborze. Sam sobie odpowiadał i sam przesiadywał w długiej ławce pod ołtarzem, tam gdzie jego parafianie.

Wtedy ktoś krzyknął do niego zza uchylonych drzwi, że stary pastor z sąsiedniego zboru umiera. I chociaż nie widział twarzy, poszedł za obcym głosem.

Dziś dom Roberta jest piękną ruiną, o ile ruina może być piękna. Dziki bez o owocach połyskujących jak ptasie oczka rozrósł się w salonie i przez okna wdziera się do ogrodu. Owoce fermentują, a ich zapach oszołamia. Ten zapach to zapowiedź wina. Mazurzy oswoili przyrodę na tyle, że wbrew sobie samej zaczynała im służyć, a pod nalewkami z dzikich owoców pękały półki w piwnicach.

Robert gestem zabronił Martinowi wchodzić. Musiał zostać tu, gdzie my, gdzie czarny bez i dzikie wino bronią wstępu.

– To ja powinienem umrzeć! – powiedział Martin.

– Nie umrzesz! Będziesz tu potrzebny!

– Oni mi nie ufają.

– Będą musieli. Zostaniesz im tylko ty.

Jeszcze tego wieczoru Roberta zasypali wapnem, a Martin zasypiał na twardej ławce pod ołtarzem. Skazał się na samotność. Dopóki trwała zaraza, zostawił żonę i syna. On wychodził do chorych jak lekarze w maskach z ptasim dziobem w średniowieczu. Nie mógł zarazić najbliższych.

Po Robercie nie było już zmarłych. Martin grzebał jeszcze tych, którzy byli do pogrzebania, i pocieszał tych, których należało pocieszyć. I wydawało mu się, że Robert, stary i zmęczony, sam wybrał sobie śmierć, żeby on, młody Martin, mógł go zastąpić.

Po zarazie mały Helmuth stał się jego cieniem. Krążył między chatami, gdzie zabijano okna, i tymi, gdzie stawiano gromnice od piorunów. Przy strachach na wróble, ponurych sylwetkach w postrzępionych koszulach, szarpnął ojca za rękaw.

– To jest śmierć?

– Nie. Ale śmierć zawsze jest blisko. Może po to była ta zaraza? Żeby umarło to, co miało umrzeć?

– A skąd wiadomo, co ma umrzeć? – zapytał Helmuth.

– To nigdy nie jest pewne do końca…

I wtedy, ponad śmiercią i zniszczeniem, Martin zobaczył wiosnę. Szybko zakryła groby kwiatami. I zachwyciła wszystkich, którym dane było żyć.

– Pamiętaj – powiedział synowi – żyje się dla zachwytu. Albo dla samego życia.

Dzisiaj

Po zarazie została maska, bo wszystko zostawia ślad. Biała maska z ptasim dziobem, tak długim, że kiedy Anna ją włożyła, mogłem się bać, że wydziobie mi serce.

– Używali ich lekarze w czasie czarnej śmierci w czternastym wieku – wyjaśnia mi. – W środku były zioła. Wdychając je, mogłeś się czuć bezpieczny. To cię zbliżało do śmierci, ale i od niej oddalało, stałeś w jej epicentrum, ale byłeś nieśmiertelny.

– Może Martin w tamto jedyne lato czuł się nieśmiertelny?

Jej włosy zbierają pajęczynę i mają kolor strychu i kurzu. Słucham, jak opowiada o dżumie, która zabrała jedną trzecią mieszkańców Europy, i o tyfusie, który rozszaleje się w czasie drugiej wojny. Przerywa zdania. Kluczy. Lubi dygresje. Jest filozofem, ona, która przyjechała prosto z kraju Goethego; ona, która śpi z książką pod głową. Habe nun, ach! Philosophie…[3]!

Im dłużej jej słucham, tym jestem bardziej głodny jej słów. I widzę Martina, w długim płaszczu i ptasiej masce, jak idzie ulicą śmierci, jedyny nieśmiertelny, kiedy świat gnił w zarazie i gorączce.

– Czytałam o tej epidemii. W domu, we Frankfurcie.

– Wyobraziłaś sobie, że znajdziesz taką maskę?

– Nie. I nie wyobrażałam sobie, że trafię na brudny strych w wiosce z jednym autobusem dziennie. To się nie mieściło w moim ciasnym, mieszczańskim rozumie. Ale wyobrażałam sobie, że będę mieć życie, którego się nie zapomina. Jeśli niczego sobie nie wyobrażasz, to nic się nie wydarza. A ja chcę, żeby się zdarzało.

– To czego mam ci życzyć? Wyobraźni?

Uśmiecham się, a ona jest lustrem. Odbija i mój uśmiech, i nawet zmarszczki w kącikach ust.

– Odwagi. Odwagi w wyobrażaniu. Każda podróż, każde działanie, każdy krok, wszystko zaczyna się w naszej głowie.

Mierzę maskę i nie myślę, że jestem śmiercią.

Myślę, że jestem nieśmiertelny.

Wczoraj

Obrazy. Żona Helmutha

– Holenderskie – ocenia Anna. – Dlaczego nikt ich jeszcze nie ukradł?

– Może nikt nie znał ich wartości?

Przyjechały z żoną Martina, ciemne jak boazeria, na której je zawieszała. Bez jasnych odcieni. Rudawe i brązowe, cynamonowe i szare. Mniej lub bardziej udane reprodukcje. Musiała sprowadzać je z Allenstein albo kupować same obrazy i zamawiać do nich ramy w miasteczku. Martinowi wystarczyła tylko rycina Dürera. Rycerz, śmierć i diabeł.

Przedmioty same w sobie, opuszczone przez właściciela, nie znaczą nic, bezpańskie psy porzucone w połowie drogi zwanej życiem. Dopiero w szerszej perspektywie obrastają w sens i znaczenia, przywołują ludzi i twarze jak lustra, za którymi snują się cienie zmarłych.

Żonę Martina znano tylko z widzenia. Nie szukała przyjaciół. Za całe towarzystwo wystarczał jej Martin. Tylko on i ciemne holenderskie obrazy, które były wspomnieniem dawnego życia w hanzeatyckim mieście. Bliżej morza.

Kiedy Martin wracał z miasta, czekała na peronie. Widzieli ją, jak szła, barwna plama na szarym mazurskim tle. Murarze krzyczeli jej „Dzień dobry” zza płotów. Nie odpowiadała ani na to, ani na Guten Tag, a każde powitanie dolatywało do niej jak zniekształcony echem dźwięk. Patrzyli na nią wszyscy, ale ona nie widziała nikogo. Uczyła się Mazur, ale nadal ich nie znała.

Szli z Martinem pod rękę i zawsze powtarzali ten sam dialog, jak para aktorów skazana na jedną rolę.

– Tęsknisz za domem?

– Mój dom jest tu, gdzie ty.

– A za życiem w mieście?

– To było dawno.

Po śmierci Roberta Martin zamknął w dłoni spalonej słońcem i wiatrem dwie parafie. Wykopał studnię. Obłożona kamieniami do dziś kryje w sobie wodę o ziemnym smaku.

Na Mazurach mówili, że ten, kto zaczyna od ziemi, już na niej zostanie. I kiedy Martin, ciemny od ziemi i mokry od potu, wykopał studnię, nie miał już wrogów.

Zaczął się czas fundowania nagrobków z białego marmuru na luterańskim cmentarzu i tłumów, które nie mieściły się w zborze i obsiadały schody w czasie kazań, czas, kiedy dorożki parkowano trzy kilometry od zboru, a do ślubu zapisywano się rok wcześniej, żeby znaleźć termin. Czas wypisywania gotykiem całych psalmów na frontonie zboru i obsadzania świątyni różami o kwiatach wielkich jak ludzkie twarze.

Jeśli wcześniej go nie akceptowali, to teraz nie wyobrażali sobie plebanii bez niego. Bez Grete. I bez jej ciemnych obrazów, dzieł starych mistrzów, których nazwisk nawet nie potrafili wymówić.

Wyobrażam ich sobie na schodach plebanii, Martina o stalowych oczach i Grete o rzęsach tak długich, że plątały się w gęstą sieć i mogły omiatać kurze. I w sypialni, jak leżą naprzeciw siebie w zielonkawym zmroku, nalewka w karafce ma kolor zachodzącego słońca, a Martin całuje zagłębienie jej dłoni.

Ty jesteś Ritter. Tu będzie twój dom. I obrazy twojej żony.

Moneta. Helmuth

Pierwszy zakaz obowiązujący Helmutha dotyczył puszek po kawie. Kolorowych. Zdobionych w sceny rodzajowe jak filiżanki z zastawy Grete. Świecących lakierem. Każda z innym wzorem. Z parą przy studni. Z kabrioletem z pierwszych lat nowego wieku. Wieku obietnic, bez cieni i zagrożeń.

– Nie wolno ci ich otwierać!

– Dlaczego?

– Bo takie są zasady!

– Jesteś zbyt surowy, Martinie.

Cień przemówił. Żona wtrąciła się, by za chwilę znów rozpłynąć się wśród drobiazgów na plebanii. Figurek i filiżanek, postylli[4] i worków z kawą.

Martin zatrzymał się przy żonie. Patrzyli w stronę słońca. Wiem, że mało mówili. Że byli oszczędni w gestach. Ale ponad wszystko wiem też, że tak wrośli w siebie, poznali się i przeniknęli, aż stali się jednomyślni.

– Nie będziemy przy nim wiecznie – powiedział Martin. – A kim zostanie, jeśli nie nauczy się zasad?

Puszki hipnotyzowały Helmutha. W wyobraźni widział w nich wszystko. I kiedy oczy pobłyskiwały mu jak lakierowane pudełka, ręce bazgrały bezmyślnie w zeszytach. Pamiętał bajkę o zakazanym jabłku, którą ojciec opowiadał z kazalnicy. A może to nie była bajka? Może sam był bajką, chłopiec z innego wieku i spod innego nieba? Siadam przy stole, gdzie Martin pisał swoje kazania – a mały Helmuth prace domowe – i wiem, że żaden z nich nie dokończył. Martina wzywali na chrzty i pogrzeby, tak że urywał kazania w pół słowa i wymyślał zakończenia na ambonie, a Helmuth wspiął się na krzesło i otworzył puszkę.

Nie wiedział potem, czy bardziej bolał go brzuch od zjedzonych ciastek, czy głowa od Psalmów, których musiał uczyć się za karę przy stole Martina. I kiedy siedziałem na rzeźbionym krześle, spacerując palcami po szparach w dębowym drewnie, prawie ich widziałem – głowa przy głowie – dwóch Ritterów.

– Kochał drobiazgi. – Anna otwiera puszki po kawie, a jej twarz odbija się w dnach.

Kiedy mały Helmuth rósł razem z ich dziećmi, luteranie wybaczyli Ritterom obcość. Może byli tu od zawsze? Może nawet wcześniej niż Prusowie poćwiartowali Wojciecha, a Konrad Mazowiecki wezwał Krzyżaków, by ćwiartowali Prusów. Ich ostatnim śladem były ruiny na wzgórzu, gdzie mały Helmuth wydłubywał cegły. Wśród nich znalazł denara.

Przyniósł go ojcu, bo przywilejem dziecka jest wierzyć, że świat i jego mądrość zaczyna się od ojca. Ojciec jest jak Bóg. Ojciec wie.

– Co to?

Martin podniósł denar do słońca i już wiedział, że ręce, które go wybiły, wcześniej spaliły Prusów i Jaćwingów.

– To moneta panów pruskich. Krzyżaków.

– Nie jesteśmy tu pierwsi?

– Nie. Przed nami byli tu inni. I po nas też przyjdą inni.

– Dlaczego?

– Bo naszym losem jest wędrówka. Nic nie jest dane na zawsze. Nasz dom może przestać być naszym domem. Wtedy trzeba ruszać w drogę.

– A ty? Ty też nie jesteś wieczny?

– Ja będę tu zawsze. Kocham tę plebanię i to miejsce i będę tu, nawet kiedy mnie nie zobaczysz, kiedy pochowają mnie tam, z innymi pastorami. Miłość to wieczność, pamiętaj.

Helmuth nie zapamiętał słów, ale w jego pamięci został głos Martina. Jego gesty. I ciepło ziemi tego popołudnia, kiedy znalazł monetę, a ojciec wyjaśniał mu, czym jest miłość i wieczność. Nie widział różnicy. I nigdy jej nie zobaczył.

Przewiercił denar i nosił go na szyi. Zanim Gutenberg wynalazł druk, historia Pomorza i Mazur została zapisana w żelazie. Kiedyś ci, co przyjdą po Helmucie, będą szukać na Mazurach Krzyży Żelaznych z drugiej wojny, jak on szukał monet.

Ale w tamte dni wielka historia omijała Ritterów. Nie czekali na burzę. Wystarczał im słoneczny dzień.

Wieczory na plebanii. Słodkie jak nalewka z pigwy, którą szykowała żona Martina. Pastor przy stole, gdzie zaczął tysiące kazań, ale żadnego nie skończył, streszczał synowi siedemset lat w siedem wieczorów. Kiedy Helmuth patrzył w ogień, widział Winrycha von Kniprode, jak podnosi rękę, a za nią rosną mury Malborka. Warowni przeciw poganom i Polakom. Wierzył, że w murach można się ukryć jak w twierdzy z psalmów ojca.

A kiedy Helmuth już zasnął, śnił dalsze losy Krzyżaków. Kiedy o nim myślę, widzę kota. Zielone, skośne oczy. Niepewne ruchy, jakby bał się głośniejszego dźwięku. Bardziej rycerzyk niż rycerz. Nazwisko było drwiną. On nie był Ritterem. Nie on.

Aż w ostatnią noc sierpnia przyśniło mu się, że ruiny na wzgórzu pęcznieją, obrastają w cegły; ślepe okna świecą witrażami, a wieża znika z oczu i przebija niebo, potężna jak wieżowce w dalekiej Ameryce, o których czytał, dziurawi niebo jak przyciśnięta stalówka dziurawi papier. To była wyższa wieża niż ta przy ratuszu. Taka mogła być tylko wieża Babel z opowieści ojca.

Jeśli chciał ją zobaczyć, musiał ruszyć w drogę. Przemknął przez cmentarz. Jego realność się zatarła i Helmuth bardziej wierzył, że z ruin wyrasta wieża, niż że depcze po nagrobkach poprzedników Martina.

Ruiny były martwe. Nie rosły. Jedyną żywą istotą była dziewczynka. Miała z pięć lat więcej niż on.

– Czego szukasz?

– Nie wiem. Śniło mi się, że ten zamek żyje.

– Bo żyje.

– Znalazłem to tutaj. – Helmuth pokazał monetę na szyi.

– To znaczy, że szukasz przeszłości.

Tak poznał Annę Domińczuk. Zdjęcia nie kłamią. Nie była piękna, jednak coś w niej przykuwało uwagę. Może cienie pod oczami? Może włosy o kasztanowym połysku, bardziej brązowe niż rude? Może lekko skośne oczy, jakby była prawnuczką dawno zapomnianego tatarskiego chana? A może grymas warg, tak że raz spotkana, nie pozwalała o sobie zapomnieć?

– Chcesz? – zapytała. – Będziemy szukać razem.

Tych monet znajdą całe pudełko.

Podobnie jak przeżartych rdzą szczątków zbroi. I jak pozostawione same sobie kociaki będą bawić się byle czym.

– Nie jesteśmy tu sami.

– A kto jeszcze jest?

– Słyszałeś o bitwie pod Grunwaldem?

– Ojciec mówi na nią: bitwa pod Tannenbergiem.

– Kto jest twoim ojcem?

– Pastor.

– A więc, Helmucie, synu pastora, na tę samą bitwę mówimy tak samo.

– Skąd tak dużo wiesz?

– Wiem bardzo mało. Ale to się zmieni. Wyjadę stąd i zostanę filozofem, jak Hannah Arendt.

– A kto to jest filozof?

– Chyba twój ojciec jest filozofem. Martin. Ale chcę ci opowiedzieć o czymś innym. Naprawdę nie jesteśmy tu sami.

Dzisiaj

– Tak się poznali – mówi Anna. – Anna Domińczuk i Helmuth Ritter, syn pastora.

– Domińczuk? To jej grób widzieliśmy na luterańskim cmentarzu?

– Ja, natürlich[5].

Zanim zdążę zapytać o coś więcej, zatrzymujemy się pod świerkami, a ich gałęzie zaplatają się nad nami w idealne krzyżowo-żebrowe sklepienie z gotyckiej katedry. Nie wpuszczają światła. Wpuszczają tylko dwie kobiety o twarzach pokrytych zmarszczkami jak pajęczyną.

– Jaki był ten Martin? – Kobieta pochyla się nad miętą w ogrodzie tak, że jej kręgosłup niemal łamie się albo składa jak scyzoryk.

Pamięta go, musi go pamiętać, widziała go z tego ogrodu, wtedy też miała ręce pełne ziemi i chwastów jak wodorostów z mazurskich jezior, zanim słońce wypije z nich całe życie.

– Jaki był Martin? – Jej sąsiadka opiera się o omszały płot i wygląda, jakby przestała tak całe życie ciasne jak ten ogródek.

Obie były tu zawsze. Ludzie rodzili się, pobierali i umierali, a one patrzyły sponad płotu i gdyby zamiast chwastów dać im w ręce kołowrotek i len, byłyby jak Mojry.

– Dla mnie to zawsze było dziwne, bo pastor to jakby ksiądz, a miał żonę. Żonę miał i spowiadał, dziwnie iść do spowiedzi do kogoś takiego.

– Luteranie nie mają spowiedzi poza tą ogólną – tłumaczy Anna, ale kobiety nie poświęcają jej większej uwagi niż pszczołom w łubinach. Kiedyś więcej było pszczół, kiedyś wszystko było inaczej.

– Ja bardziej pamiętam syna Martina. Podkochiwałyśmy się w nim wszystkie, ale to wstyd było kochać heretyka i innowiercę, i Niemca jeszcze, jak wiecie, po tym co Hitler…

Ale śliczny był ten Helmuth, piękny jak anioły w cerkwi za Bugiem, skąd ją przesiedlano, a wcześniej jeszcze cerkiew wyleciała w powietrze.

– To nie syn, ale wnuk Martina. Myli ci się – poprawia ją sąsiadka i już wiemy, że będzie w tej historii trzecie pokolenie Ritterów. – A ten Martin to był trochę jak Mojżesz z Biblii, co napisali, że służył, stojąc z Bogiem twarzą w twarz… Bo to był taki człowiek z powołaniem. Dziś już nie ma takich…

Kiedy mówią, przerywa im tylko skrzypienie korby przy studni. My nawet oddychamy szeptem, bo wiemy, że takich osób jest niewiele, a historie leją się z nich jak szampan, podczas gdy z innych sączą się leniwie niczym krew z podciętych nadgarstków.

Niech mówią, a ich historie będą jak wypuszczane z klatek gołębie pocztowe, za którymi patrzy się aż do bólu oczu.

Niech mówią.

Wczoraj

Ruiny. Helmuth. Grete

– To było w czasach bitwy pod Grunwaldem… – mówiła Anna Domińczuk.

– Tannenbergiem!

– Niech ci będzie. Tannenbergiem. Kiedy komtur wyruszał, powiedział: „Twierdzę moją zostawiam złym duchom, które chciały tej wojny”. Nie wrócił z bitwy, ani on, ani jego rycerze. Wróciły duchy.

Helmuth słuchał z oczami wielkimi jak krzyżackie denary, które wygrzebywał z ziemi niczym srebrzyste larwy, co jeszcze mocniej upodabniało go do kota.

– Czasem, kiedy zbliża się burza, pędzą na czarnych koniach. Ale ludzie myślą, że to tylko chmury. Złe duchy, które zaprosił komtur, rozgościły się tu na dobre. Podawały w kielichach krew zamiast wina, prowadziły ludzi w korytarze, gdzie śmiałkowie znikali na zawsze, a w noce takie jak ta duchy tańczyły na skraju murów obronnych. Załoga uciekła, a opuszczony zamek zamienił się w ruinę.

– A duchy?

– Może nadal tutaj tańczą, może zaglądają ci teraz przez ramię? A może zamieszkały w jaszczurkach, które wylegują się tu w słoneczne dni?

Każdej nocy Helmuth wymykał się w ruiny i każdej nocy Anna czekała na niego z innym zakończeniem. Krzyżackie duchy miały kryć się w kamiennych pruskich babach i cieniach przedmiotów, a nocą obrastać w pióra sowy o skrzydłach upstrzonych plamami jak ciepłą krwią. A kiedy zakończeń historii było więcej niż cegieł w krzyżackich ruinach, o nocnych wyprawach syna dowiedziała się Grete.

Może powiedzieli jej na stacji, gdzie czekała na Martina.

Może w miasteczku, gdzie kupowała brązowy cukier do przetworów.

A może sama spostrzegła, że jej Helmuth nie jest już podobny do kota, że sam staje się kotem i z kocią zręcznością wymyka się oknem od strony cmentarza, przeskakuje po nagrobkach, jak skacze się przy grze w klasy, i znika w ciemności?

Grete nie była przesądna, nie rozsypywała przy łóżku cierni przeciw zmorom ani nie wierzyła, że w mroku czają się szantopierze, demony o ciałach nietoperzy kupujące dusze w zamian za skarb. Wszystkie te „mazurskie brednie” kwitowała grymasem warg. Kiedy jednak Helmuth znikał już na całe noce, zaczęła się martwić.

Podobno poszła jego śladem.

Podobno znalazła ich w ruinach, jak oglądali gniazdo mrówek podobne do wielkiego ruchliwego miasta.

Podobno przyprowadziła go za ucho, a jej palce podobne były do szponów szantopierza czy zmory.

– Nie możesz chodzić sam po nocach.

– Mamo, ale ja lubię być sam.

Dzisiaj

– Spotkali się jeszcze? Helmuth i ta Anna?

– Grete raczej nie pozwoliłaby im się spotykać. Szlag ją pewnie trafił, kiedy znalazła syna, jak włóczy się po nocy, po zamkach i ruinach, z tą dziwną dziewczynką.

– Była dziwna?

– Mówią, że nie pasowała do Polaków.

– To pasowała do Helmutha?

– Raczej do samej siebie. Chyba najwięcej czasu spędzała ze sobą.

– Może miała depresję? – zastanawiam się głośno.

Anna wybucha śmiechem, a jej śmiech jest jak srebrne krzyżackie monety rozsypane w wysokiej trawie.

– Dlaczego zaraz depresję? Może czasem sami jesteśmy dla siebie najlepszym towarzystwem?

– Mówisz tak, bo sama taka jesteś? – pytam i Anna przestaje się śmiać tak nagle, jak nagle zaczęła.

I nie ma już srebrnych monet w wysokiej trawie.

Wczoraj

Hermann Kaffee. Helmuth

Anna wyjechała do Torunia, do szkoły. Czasem wracała na niedzielę. Szła wtedy na mszę, ale Helmuth nie mógł jej zobaczyć, bo jej kościół nie był jego kościołem.

– I co się z nią stało?

– To co ze wszystkimi dziewczynkami, kiedy mija kilkanaście lat. Dorosła. I nikt już nie poznał w niej tamtego dziecka, które bawiło się w ruinach. Zaczęła nawet pracować w Toruniu, ale…

– Wróciła?

– Podobno przyszła pieszo ze stacji, w brązowej marynarce, paląc cygara – i nikt jej nie poznał. Tylko z jedną walizką, jak kiedyś Martin.

– Uciekła przed czymś?

– Może przed dawnym życiem? Ktoś, kto wraca tylko z jedną walizką, woli zostawić wszystko za sobą.

Kiedy ona studiowała w Toruniu Goethego i najnowszą modę, przymierzała tyrolskie kapelusze i prowadziła z Niemcami dyskusje, czy obrońca Fromborka Kopernik był Polakiem, czy Germaninem – dysputy podobne do tych, które toczyli jezuici z luteranami – dała Helmuthowi czas, by dorósł i zmężniał. Nie dorównywał wzrostem ani wagą kolegom. Ale był już mężczyzną.

– Drobny – mówią ci, którzy go pamiętają.

– Szczupły.

– Jakby go nie było. Czasem trudno go było dostrzec.

Ciężka praca zmieniła go w mężczyznę. Ze skórą spaloną wiatrem i słońcem był cieniem ojca. Martin nadal uczył go, jak wtedy, gdy miał sześć lat i znalazł krzyżacką monetę.

– Psalmy. Ucz się.

– Dlaczego?

– Wiem, że wolisz milczeć. Ale czasem, kiedy zabraknie ci słów, przydadzą ci się cudze.

I Helmuth potrafił wyrecytować połowę książek ojca, ale nie znalazł nikogo, komu chciałby to powtórzyć. Nie opuścił nigdy Mazur, a jedyne podróże, w jakie ruszał, kończyły się w miasteczku. W restauracji, jedynej w okolicy, gdzie kupował kawę dla ojca. Matka mieliła ją w młynku, a jego chrobotu nie dało się z niczym pomylić. Potem, kiedy skończył się szabat i minęła niedziela, Martin pił ją z księdzem i rabinem. Nad filiżankami, tak delikatnymi, że prawie kruszyły się w opuszkach palców, dyskutowali o życiu i śmierci, żeby o późnej godzinie stwierdzić zgodnie, że Bóg jest bliżej, niż myślą. Wśród ludzi, a nie w grubych tomach i teologicznych rozprawach.

Każdej soboty, kiedy miasteczko dyszało pragnieniem wieczornej zabawy, Helmuth przyjeżdżał konno po kawę. Szyld tańczył na wietrze. Skrzypiał jak draśnięta paznokciem szyba. Kiedyś, gdy Helmuth będzie już daleko, zawsze, gdy usłyszy skrzypienie szyldu, przypomni sobie to miasto. To popołudnie. I pomyśli, że był wtedy szczęśliwy.

Hermann Kaffee było marzeniem o dalekim świecie. Przy kawie i czekoladzie zdradzano najskrytsze tajemnice. Szeptano o półnagich skandalistkach tańczących na stołach Paryża dziwny taniec zwany kankanem. Pokazywano sobie Berlin w gazetach, zawsze dalszy niż bliższy, bo wszystko zaczynało się i kończyło na opowieściach. I nikt nigdy nie wyjeżdżał w wielki świat. Zamiast kabaretu był tylko lokalny muzyk.

Helmuth wychodził stamtąd z policzkami płonącymi, jakby palił je ogień, i umysłem sparzonym opowieściami o dalekim świecie, chciał zobaczyć to wszystko, bo, jak mówił Hermann, właściciel, jesteś tym, co widziałeś, a on, syn pastora, nie widział jeszcze nic, świat pełen półnagich tancerek i paryskich dzielnic artystów nie był jego światem.

– Dlaczego stąd nie wyjedziesz? – pytał zawsze Hermann, nie dla odpowiedzi, dla samego pytania.

Jakby mówił: Jedź, weź moje życie, jak bierze się cukierka z wielkiego słoja, nabierz, jak ja nabieram kawy dla Martina z lnianego worka, i żyj za mnie, bo ja za mocno wrosłem już w ten krajobraz i będę tu zawsze, jak kocie łby, jak ruiny krzyżackich zamków, jak kamienne pruskie baby. Ale ty możesz wyjechać, Helmucie, synu pastora.

Kiedy zapłacił już za kawę, zatrzymał się przed witryną i śledził właściciela rozlewającego wódkę przed wieczorem. Pary, rozdzielone stolikami, szukające swoich rąk pod blatami. Tej soboty, jak każdej innej, zabrakło mu odwagi, by wejść do środka. Między pary.

I wtedy poczuł, że nie jest sam.

Ich historia zaczyna się od ognia. Ogień i lód, dwa pierwiastki strzegące równowagi w świecie. Niemcy byli lodem, Słowianie niegasnącym ogniem. Tak, ogniem, o nim myślę, w niego patrzę, kiedy słucham o skośnookiej Annie Domińczuk, palącej cygaro przed Hermann Kaffee wiosną 1939 roku.

Spotkanie żywiołów to iskry. Kocie oczy Helmutha błysnęły jak zapałka, od której zaczęło się tlić cygaro Anny.

Jaka wtedy była? Jak ze zdjęć odtworzyć człowieka z jego zaletami i wadami? Ślad szminki na kieliszku. Pierwsze zmarszczki w kącikach oczu. Gra świateł na twarzy. I żyły, które czas i praca rzeźbiły coraz wyraźniej na rękach.

Spotkali się pod wieczór, w światłocieniu z obrazów Rembrandta, i ich spotkanie było milczeniem. Zapatrzeniem w szybę, gdzie obserwowali swoje odbicia pod złotymi literami na szkle.

Strzepnęła popiół z cygara. Długie, czerwone paznokcie zagrały na nim jak na flecie.

– Byłeś tu kiedyś?

– Tylko kupuję tu kawę. Nigdy nie siedziałem w kawiarni.

– Nie można wiecznie stać za szybą.

Wciągnęła go do środka – i odtąd moja opowieść pachnie kawą i czekoladą, bo Anna zamówiła espresso i tort Sachera. Dekadenckie ciasto nasączone rumem, wspomnienie dalekiego Wiednia, pięknego jak pocztówki nad ladą. Podobno Hitler też lubił czekoladowe ciasta.

Helmuth pił słabe cappuccino. Długo je mieszał. Srebrna łyżeczka dzwoniła o brzeg. Byle tylko nie patrzeć jej w oczy. Śledził jej odbicie na blacie, kiedy dopalała cygaro.

Zatrzymała jego rękę.

– Starczy. Już jest zimna.

– Czy ja cię znam? – zapytał.

Przechyliła się nad blatem. Pachniała morzem. Obracała w palcach monetę na jego szyi, którą nosił od czasu wypraw w ruiny.

– Ritter – powiedziała. – Znalazłeś coś więcej?

Dzisiaj

Czy wiecie, że przed samym zachodem słońce zamienia się w pomarańczę, a jego światło wylewa się na niebo, gęste jak miąższ owocu? Musiałem pójść za Anną Ritter w ruiny zamku, by w to uwierzyć. Dotąd słońce było dla mnie tylko słońcem, a każdy szczegół zacierał się w mojej pamięci bez trwalszego śladu, jakby nigdy nie istniał. Ona nauczyła mnie patrzeć.

Potykamy się o kamienie starsze od naszych rodziców i ich rodziców, grzęźniemy w piasku dziedzińca i wdychamy zapach ceglanych murów gorących od słońca. Ścigamy jaszczurki, które przemykają po murach jak wartownicy. Przyroda, której wydarto tę ziemię, zabierała ją z powrotem.

Chodziliśmy po ich śladach, aż nasze kroki – i moje, i Anny, i Helmutha, i tamtej Anny, i Krzyżaków na zamku – stopiły się w całość. Przeszłość, bliższa czy dalsza, traci znaczenie wobec wiekowych ruin. One wydają się wieczne. Tu był zamek. Tu było życie. Kiedyś. Kiedyś może znaczyć zarówno wiek, jak i pięć wieków temu.

Helmuth powtarzał jej wszystko, co wiedział od ojca.

– Stąd Krzyżacy ruszali na Prusów. A kiedy pobili już pogan, uderzali na Polaków.

– Czy był czas, kiedy żyliśmy w zgodzie? – zapytała. – Słowianie i Germanie? Może sto lat temu?

– Były zabory.

– Pięćset?

– Wojny z Krzyżakami.

– Dziewięćset?

– Magrabia Hodon pod Cedynią.

Jedną ręką bawiła się cygarem, drugą krwawnikiem zerwanym na miejscu kaplicy. A może to nie kaplica, tylko zamkowa kuchnia? Czas zaciera szczegóły, zostawia tylko nieostry zarys, tak ogólny, że trudny do odgadnięcia.

– Nigdy nie było między nami pokoju? – zapytała.

– Nein. Nie było.

– Więc teraz będzie pokój! Jedna wojna już była. Wystarczy do końca wieku.

Zostawiam ich w naiwnej niewiedzy, jego na murze i ją, z paznokciami krwistymi jak zachodzące słońce i ceglane ruiny, tamtej wiosny 1939, jak siedzą w ruinach, nieświadomi jeszcze niczego.

Pozwólcie im tak siedzieć.

Albrecht Dürer, Ritter, Tod und Teufel

To jedyny obraz, jaki znaleźliśmy w gabinecie Martina.

Ten krajobraz nie jest przyjazny.

Nie ma drzew, może tylko ciernie, a ziemia to raczej skała. Słońce spaliło już wszystko, co było do spalenia, zwęgliło na popiół, w którym tylko jaszczurka i inne gady czują się dobrze.

To surowa ziemia, jak ta z Biblii Martina, gdzie człowiek miał pracować i umierać za nieposłuszeństwo w raju, a potem znów pracować w kolejnych pokoleniach, i miał być przykuty do niej na wieczność.

W tak surowym krajobrazie nawet twarze są surowe.

W tak surowym klimacie żyje się surowo.

Dzisiaj

Kto pisze o życiu, zamiast żyć, ten wpada w pułapkę.

film Niesamowici bracia Bloom

Nie pasowałaś do nas, Anno, ani do tych ludzi, ani do tego miejsca. Mój czas rozpływał się w twoim rytmie dnia i nocy. Twoja plebania miała mniej tajemnic niż mój dom. Znałem na pamięć jej rozkład. Schody z balustradą rzeźbioną w lwie głowy. Pokój na dole z zasłoną z dzikiego wina i bluszczu, gdzie mieszkał Martin z żoną. Stół w kuchni, przy którym spisywał niedokończone kazania i pił kawę z rabinem. Kominek, w którego ogniu mały Helmuth wypatrywał Krzyżaków z opowieści ojca.

Wychodziłem od ciebie, kiedy było jeszcze ciemno, i wracałem nocą, na skróty, potykając się o bezimienne nagrobki na luterańskim cmentarzu. Czasem wydawało mi się, że mnie śledzą, że każą uciekać. Zostawić Annę i jej historię.

Za późno. Wszedłem już w jej opowieść jak w ciemność starej plebanii. Nie zawrócę, gdybym nawet chciał. Ale ja nie chcę zawracać. Chcę brnąć w tę opowieść, składać ją jak witraż ze wspomnień i wyblakłych zdjęć.

Czekała na mnie, żując bułkę, kawałek po kawałku, a jej palce były gorące od pieczywa. Obserwowałem ruchy jej szczęk, żuchwy o kwadratowym zarysie. Miałem się dowiedzieć, że takie żuchwy to cecha Ritterów. Przechowują je w DNA.

Ze strychu znosiła stosy książek i gazet, cięższych niż ona sama.

– Uważaj na nietoperze – powiedziała. – Na Mazurach wierzyli, że jeśli wplączą się we włosy, to wyssą ci mózg, urwą głowę albo, w najlepszym przypadku, zamienią się w plamę atramentu. Ale jeśli przybijesz takiego żywcem do drzwi, to będziesz szczęśliwy.

– Urwać głowę to ci mogą ludzie – odpowiadam jej.

Czarne paciorki oczu wpatrują się we mnie z jej nadgarstka. Nietoperz. Karmi go ćwiartką jabłka. Ona nie byłaby szczęśliwa, przybijając go żywcem do drzwi.

Ale ona nie jest z Mazur.

– Wyglądasz jak wiedźma – mówię, patrząc na jej potargane włosy całe w pajęczynie.

– Wiedźma. U Słowian ta, która wie. Zna przyszłość. Ja nie znam nawet przeszłości.

Tak długo żyła tu na plebanii, wśród zwierząt nocy, aż sama stała się jednym z nich. W pełnym świetle mruży oczy jak puszczyk. Wiem, że nie musi patrzeć, by widzieć.

Próbuję ją doścignąć, bo wiem, że nigdy nie będę przed nią. Ona spogląda za horyzont i widzi to, co poza nim.

Moje życie przestało być moim. Ojciec czekał na mnie, kiedy wróciłem. Dwie puste filiżanki zdradzały obecność matki. Tylko przy kawie potrafili jeszcze rozmawiać. Matka musiała ją zmielić. Nie piła innej. Teraz stół upstrzony był ziarnami. Zgarniałem je z blatu.

– Gdzie byłeś?

– U Anny.

– U tej Szwabki? Przyjechała po majątek?

– Nie znasz jej!

– Ale znam Niemców! Pewnie chce odzyskać plebanię!

– Ona chce tylko odzyskać spokój! Dlatego szuka historii Ritterów!

– Ritterów już nie ma!

– Ona jest jedną z nich.

– Kłamie! Oni umarli! Albo wyjechali! Dawno temu!

– Tato, czego ty się boisz? Przecież to tylko stara historia…

– Wyjdź!

Słyszałem, jak zbiera filiżanki, jak tłucze je w zlewie, jak zbiega do piwnicy i przekręca klucz. Cisza bolała bardziej od niewypowiedzianych słów. Poszedł pić. Zawsze wolał alkohol od słów.

Patrzyłem w żyrandol. Światła kłują w oczy. Gdzieś tu kończy się zachwyt, a zaczyna ból. Tak samo pobłyskiwały lampy na luterańskiej plebanii w międzywojenne sierpnie. Martin pił z księdzem i rabinem. Zacierały się różnice. Naziści maszerowali daleko.

Czasem tylko gazeta z gotyckim tytułem wędrowała na plebanię. A z nią szereg ludzi z wielkimi oczami wpatrzonymi w pastora.

– Czytaj. Tylko ty umiesz!

Gazety z hanzeatyckich miast, z Torunia i Gdańska. Omijał nagłówki o wojnie. Niewiedza jest łaską. Udawał, że nie widzi kolumn gotyckich liter maszerujących jak mrówki. Niosły słowa jak martwe stworzenia do mrowiska: Hitler, Danzig, Polen, Krieg.

Kiedy Martin czytał co drugą stronę, przed werandą zaczynała się zabawa. Taniec to rytuał rządzący się prawami starymi jak ludzkość. Najpierw szuka się partnerki. Wysyła jej pierwsze spojrzenie. Śledzi jej każdy gest i dopiero kiedy dostrzega się w oczach milczącą zgodę, zaprasza do tańca. Nie będzie słów. Ma mówić ciało.

Długie papierosy Anny. Wypalała je bez pośpiechu. Nie chciała tańczyć.

Helmuth śledził ją z okna starej luterańskiej plebanii, spod ryciny mistrza Dürera. Potem z werandy, gdzie pary szukały samotności i cienia. Jak długo tam stał?