Rio Bar - Ivana Sajko - ebook
Opis

 

Monologi trzech kobiet, które, być może, spotykają się w barze w pewnej nadmorskiej miejscowości.

Trzy opowieści przeplatają się i uzupełniają. Jedna z bohaterek mówi o walkach Chorwatów w 1995 roku, pozostałe o trudnych warunkach powojennego życia. Ich wypowiedzi składają się na obraz wojny widzianej oczami kobiet. Wojny, która nie jest konfliktem idei, zderzeniem nacjonalizmów czy walką o wolność - miejsce ideologii zajmują tu konkrety. Wojna burzy bezpieczny porządek codzienności, pokój nie przywraca tego porządku. Kobiety czują się oszukane i zdradzone, odarte ze złudzeń i pozbawione nadziei. Są wściekłe i pełne bólu. Ivana Sajko pozwala im ten ból wykrzyczeć.

Monologi zostały opatrzone przypisami - cytatami z artykułów prasowych, urzędowych dokumentów i aktów oskarżenia, wskazujących prawdziwe osoby, daty i miejsca. W tej książce język fikcji przenika się z językiem faktów, czyniąc ją tym bardziej gorzką i oskarżycielską.

 

Pisanie jest dla mnie terytorium gniewu terytorium walki, w której nieustannie usiłuję wymknąć się modelom i przymusom, nie tylko poprzez to, co piszę, ale i jak piszę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 141

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Rio Bar

Copyright © 2006 Meandar / Meandarmedia, Zagreb

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Copyright © for the Polish translation by Dorota Jovanka Ćirlić, 2011

Wydanie I 

Warszawa 2011

Przekład: Dorota Jovanka Ćirlić

Redaktor serii: Karolina Iwaszkiewicz

Redakcja: Magdalena Petryńska

Korekta: Małgorzata Kuśnierz, Elżbieta Jaroszuk

Redakcja techniczna: Urszula Ziętek

Projekt graficzny serii: Joanna Szachowska-Tarkowska

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Wolna

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki:

© Arman Zhenikeyev /Fotolia.com

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

[email protected]

Skład i łamanie: Tekst — Małgorzata Krzywicka, Piaseczno ul. Żółkiewskiego 7a

ISBN 978-83-7747-301-6

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Ivana Sajko

(ur. 1975) — pisarka chorwacka, założycielka grup artystycznych, redaktorka magazynów „Frakcija” i „Tema”, producentka programu telewizyjnego „V-effekt”, gościnnie wykładowca Akademii Sztuk Dramatycznych w Zagrzebiu. Autorka kilkunastu dramatów ,m nagradzanych w wielu krajach świata, m.in. Naranča u oblacima (1997), 4 suha stopala (1999), Uličari — city tour Orfeja i Euridike (2001) czyKobieta-bomba (2003, wystawiana w Polsce). Rio Bar, debiut prozatorski Ivany Sajko, został nagrodzonyjako najlepsza chorwacka powieść 2006 roku.

Dziękuję Vesnie, Ivanowi, Martinie…

i dziękuję G.P., zawsze, to dla niego.

Piję w Rio Barze.

I piszę powieść, w której piję w Rio Barze.

I piszę tekst „ Osiem monologów o wojnie dla ośmiu aktorek ubranych w suknie ślubne”.

I znowu piję.

Lepiej bym się poczuła, gdybym coś zjadła.

1

Każdy ma swoją opowieść, która kiedyś się zaczyna. Za pierwszym razem jest jak we śnie…

Ale my poradziliśmy sobie nie najlepiej. Kiedy pierwszy pocisk rozrywa noc, człowiek myśli, że wciąż jeszcze śpi: jest w piżamie, w głowie cisza, pod powiekami ciemność, w ustach smak pasty i wszystko wskazuje na błogi stan nieświadomości. Człowiek, jak mówiłam, myśli, że śni, w sen wkrada się niepokój, charczy mu do ucha, rzuca nim w pościeli, rozwiera otchłanie łóżka i człowiek wpada w przepaść, która otworzyła się w jego własnym materacu. A jednak śpiący wciąż jest przekonany, że się obudzi, bo gdy nocna zmora staje się najpotworniejsza — człowiek zawsze się budzi. Dlatego spryskuje się wodą, zrzuca piżamę, zdejmuje kapcie i proszę, oto jest, bezgłowa kura, naga i bosa potyka się na płonącym podwórku, a jednak się nie budzi ani też jej głowa nie wraca na swoje miejsce. Syreny alarmowe zawodzą niczym parzące się koty, gorzej nawet niż ta napalona kocica, którą musieli utopić wiosną, bo nie przestawała zawodzić nawet po trzeciej kopulacji.

Syreny miauczą pełnymi płucami, człowiek je słyszy i przypomina sobie i kocięta, i plastikową torbę, w którą je zawiązali, i kamienie, które włożyli do środka, i strumień, w którym wszystko się rozegrało, a jednak się nie budzi. Za pierwszym razem wszyscy poruszają się niczym lunatycy, nie mogą nawet krzyknąć, chcieliby, ale sen im nie pozwala, chcieliby pobiec, ale tego też nie mogą uczynić, biedni spacze, po omacku przedzierają się tylko przez ten swój spowolniony somnambuliczny bieg, sapią, tracą oddech, tracą też wiarę, że znajdą jakieś schronienie dla tej kupy mięsa pogrążonej we śnie. Po raz pierwszy każdy ma nadzieję, że w pewnej chwili zadzwoni jednak budzik, bo chyba nie…1

Pierwsza syrena alarmowa zagłusza muzykę do tańca. Walc. Kręcimy się w kole roześmianych druhen i pijanych drużbów. W nos łaskocze mnie rozmaryn z jego klapy. Melodia zmienia się raptownie. Syreny? Syreny!!! Szepczę do niego: to chyba nie… chyba nie… chyba nie…

Przy trzecim powtórzeniu znika z moich ramion.

Drużbowie leżą wokół w kawałkach.

I wciąż się śmieją.

Tak jak we śnie, niczego nie rozumiem.

Koty zawodzą.

Stoję w futrynie drzwi, bo tak mnie nauczyli w szkole.

Za pierwszym razem dygoczę więc w futrynie drzwi, próbując sobie przypomnieć instrukcje dotyczące ewakuacji: w przypadku trzęsienia ziemi albo spadających pocisków należy skryć się przy ścianie nośnej albo w futrynie. Uczyli mnie jeszcze wielu innych przydatnych rzeczy, ale ja nie uważałam, gdyż nie wierzyłam, że kiedykolwiek może mi być potrzebna ta samotna futryna, nad którą warczą samoloty, krusząc dźwięk w gromkie skorupy. Stój bez ruchu – mówiłam sobie — udawaj martwą — dawałam wskazówki własnej głowie, która odmawiała posłuszeństwa — czekaj na pomoc — ale głowa chciała być gdzieś indziej, daleko, zanurzona w poduszce z pościeli przyszykowanej na noc poślubną, a nie pod framugą w płonącym budynku. Trzęsła mną panika, pędziła przeze mnie od stóp do głów, odpalała mi petardy w kolanach i moje buty chciały biec same z siebie. Nawiasem mówiąc, alarm to idealna okazja do aerobiku: biegnij, skacz, padnij, wstań, biegnij, szybko, szybciej, wzmacniaj kondycję!, krzyczały mi do ucha moje buty, moje nogi z multifibrą roztańczonego wesela, krzyczały też moje jedwabne pończochy wraz z niebieską podwiązką: uciekaj, kurwa, póki cię nie zabili!!!

 A l e  g d z i e?

Tak było za pierwszym razem.

Ale gdzie? — pytam po nadejściu pomocy. — Gdzie ja idę? — powtarzam, zmierzając wąskimi schodami do piwnicy zapchanej cuchnącymi cywilami, ich bagażem ręcznym i rozhisteryzowanymi dziećmi. Skaczą nam po głowach, przemykają między nogami, domagają się swojego kakao, herbatnika i dobranocki, ale dziś nie będzie dobranocki ani telewizora, bo od dzisiaj nie istnieją tu już żadne nadajniki. Nie ma jednak sensu tłumaczyć dziecku szczegółów i udowadniać, że tak jest pewnie lepiej, bo ten gówniany świat zaczyna się właśnie od kreskówki, którą regularnie nadają przed głównym wydaniem wiadomości. Wszystko zaczyna się, kiedy Tom wsadza dynamit do mysiej dziurki Jerry’ego i skalpuje go kosiarką do trawy, a potem Jerry zmiażdży mu palce klapą pianina, zapali włosy w uszach i na koniec rozjedzie go walcem drogowym. Próżno mówić to dzieciom, ponieważ one też by najchętniej wyskubały Jerry’emu wąsy albo przyłożyły Tomowi gorącą patelnią po nosie, tym dzieciom, które od dawna olewają „chleb za kamień” i odpłacają tym samym, tak jak my odpłacilibyśmy pięknym za nadobne, gdyby nie embargo na import broni, dlatego nie bądźmy obłudni i pozwólmy dzieciom wrzeszczeć. Za pierwszym razem nikt nie próbuje okiełznać gromady dzieci, które opłakują kreskówkę, telewizor i nadajnik, czyli ze wszystkich sił obwieszczają wojna-na-na-na-wojna!

A więc za pierwszym razem wszystko rozgrywa się jak we śnie. Jesteśmy głęboko pod ziemią: kobiety, dzieci i starcy. Każda detonacja spycha nas z powierzchni jeszcze głębiej — schodzimy prosto do wnętrzności planety. Ryjemy niczym krety, oślepieni odrażającym koszmarem. Mogę to opisać, jedną ręką macam drżący półmrok wokół siebie: wilgotne ściany, chropawe powierzchnie, stalowa wełna, metalowe drzwi, czyjś tyłek, przepraszam, ale czyjeś półślepe ręce tak samo zagubione dotykają mnie, łapią za ubranie i proszą, bym poprowadziła je naprzód. W dół. Ja ślepa prowadzę ślepego i przytrzymuję skraj sukni, swojej białej absurdalnej sukni ślubnej, która plącze się jednak, rozrywa i pruje — kretyni, uważajcie, jak chodzicie! – przeklina moja przypominająca dzwon suknia, mój rozpieszczony jedwab i koronka, i welon, zdychające pod spanikowanymi podeszwami butów. Kurewsko męczący jest ten sen.

Pierwszy raz jestem tak głęboko, taka przytłoczona i taka martwa — jak worek z piaskiem wrzucony do studni, w którym ryją przestraszone krety. Jak oszalałe rozkopują mnie, dziurawią, wydrążają, tak zaaferowane własnym pogrzebem, że nawet nie rozumieją, jak bardzo jesteśmy już zabetonowani, aż po gardło i wyżej, więc nic nie może nam się stać. Nic! Nic to fantastyczne słowo i słysząc je, uspokajają się jak tresowany pies na komendę: siad! Nie mają już zupełnie nic, biedne zwierzątka. Cały ich dobytek naprędce wciśnięty został do plastikowej torby, którą ściskają między kolanami, a w niej mieści się kilka sentymentalnych dupereli. Nic więcej nie mają, oprócz tej ziemi, w której na ślepo się zakopali, nic, mamroczą ci myszopodobni górnicy i pokazują palcem rozczochrane resztki mojego ślubnego koka, bo tak właśnie rozpadł się ich dom. Bez żadnych przeszkód, powoli, tak jak wszystkie zakręcone pukle włosów, sztuczne perełki wplecione w upięte do góry kosmyki i płócienne kwiatki poprzyczepiane nad karkiem, przekrzywiły się i rozpadły, jakby trzymała je tylko jedna jedyna spinka.

Gdzie ja jestem? — pytam znowu.

W bezpiecznym miejscu — mówią poinformowani. – Znajdujemy się w schronie atomowym, przeznaczonym do osłony przed nowoczesną bronią – podkreślają z dumą. – Mamy kilometry ognioodpornych tuneli, kominy powietrzne, własne zasilanie energetyczne, magazyny na wodę i sanitariaty z plastiku wysokiej jakości, poza tym każdy ma prawo do swojej maski przeciwgazowej i miejsca na piętrowym łóżku.

A każde piętrowe łóżko ma zaledwie dwadzieścia centymetrów wysokości, dlatego trzeba dobrze wtulić policzki w metalową siatkę i oddychać płytko, powstrzymać się od kichania, kaszlenia i przeklinania, i jeśli to możliwe, ocalić jakie takie poczucie humoru i palnąć czasem, że sardynki w puszce niewątpliwie mają dużo gorzej, bo my żyjemy, a one są martwe. I nieważne, że nikt się nie śmieje, bo rzeczywiście mamy się lepiej niż sardynka w puszce albo rozjechany kocur Tom, lepiej niż nasi nieżyjący dziadowie, którzy zbudowali cały ten podziemny komfort i zostawili nam go w spadku.

Należy powiedzieć: dzięki.

Tak, dzięki, bo wykopali go własnymi rękami, nasi przodkowie przodownicy, ponieważ wiedzieli, że należy budować go nie wzwyż, tylko w głąb. Wiedzieli o tym nasi zacni starcy i dlatego zbudowali nam grobowce. To kwestia czasu, kiedy zawyje syrena ze swego wilczego gardła — myśleli — i kiedy będzie nam potrzebna każda piwnica, rów albo kamień, pod którym będziemy mogli ukryć szaleńców. My też tacy byliśmy — sentymentalnie przypominali sobie własną historię zamierzchli przodkowie. — Poszlibyśmy na bój z powodu Toma i Jerry’ego, z powodu dupereli, więc także im, naszym potomkom, wystarczy, że sąsiad ma większą pensję, że jego synowie zmieniają tenisówki jak skarpetki, a jego żona robi sobie fryzurę raz w tygodniu, podczas gdy ich żony farbują włosy nad umywalką henną, to wystarczy, żeby zacisnęli pięści. Ale z początku nie robią nic. Dalej gapią się w telewizor i zgrzytają zębami, siedząc w fotelu.

Lepiej znali się na naszym charakterze niż na mieszaniu cementu, ci przebiegli starcy, a trzeba przyznać, że mieszali cement na wszystkich kontynentach, i to właśnie oni wybudowali niejedno wysokie megalopolis na całym świecie, a nawet dalej. Budowali je dla nas, nasi dobrzy dziadowie murarze, mając nadzieję, że kiedyś się opamiętamy, weźmiemy przykład z postępowych narodów i znajdziemy uczciwą pracę w tych właśnie drapaczach chmur. I mówię to nie bez ironii. Planowali, że będziemy dbać o instalacje, sprzątać klozety, odkurzać chodniki, naprawiać windy, myć okna i pilnować dzieła ich zniszczonych rąk. Ale mimo wszystko obawiali się, że szybko wyjdzie nam bokiem tak zapracowany chleb, gdyż nie da nam spokoju to, co widzieliśmy w telewizji, to, co Tom zrobił Jerry’emu, wrócimy więc na podwórko sąsiada i dojdziemy do wniosku, do nieuchronnego i wściekłego wniosku, że nasz sąsiad jest złodziejem, jego żona to kurwa, a dzieci — hołota, bo jabłko nie pada daleko od jabłoni. I to po raz kolejny wystarczy, żebyśmy znów wygrażali pięściami i szczerzyli kły. O tym wszystkim wiedzieli nasi mądrzy dziadowie, mało tego, zakładali, że sąsiad oglądał te same dobranocki i myśli tak jak my, to znaczy, wręcz maniakalnie irytuje go fakt, że jeździmy szybszymi samochodami, nasza żona ma większy tyłek niż jego żona, nasze dzieci nie znają tabliczki mnożenia, ale i tak poślemy je na studia — a wtedy dla sąsiada wszystko stanie się jasne. Stanie się jasne, że my też jesteśmy złodziejami, kurwami i hołotą, sto razy gorszą od niego.

A kiedy to wszystko zrozumiemy, martwili się matuzalemowie, ulice na naszych przedmieściach zrobią się dla nas za ciasne i będziemy musieli zmienić adresy: niektórzy pójdą do nieba, inni zaś pod ziemię do kretowiska. I dlatego zbudowali nam schrony przeciwatomowe, nasi przebiegli starcy, a nie szklane drapacze chmur, które rozpadają się jak mój kok w czasie pierwszego alarmu.

Długi jest ten sen, kurewsko długi jest ten pierwszy alarm, trwa, trwa i trwa, i pieprzyć to, trwa i znikąd nie ma ratunku. Człowiek w końcu się budzi, ale bardzo powoli, niemal bojaźliwie, plecy mu zdrętwiały i ma pełen pęcherz. Rozumie, że nie może się rozprostować, że plastikowe sanitariaty wypełniły się już kałem i że mógłby ewentualnie wysikać się do butelki, i kiedy tak sika do tej szklanej szyjki i zadziwiony wpatruje się w poranek zabetonowany w schronie przeciwatomowym, wciąż jeszcze zaspany, wciąż jeszcze niewinny, ale to nie potrwa już długo, próbuje zrozumieć, gdzie się znajduje. I wszyscy mu tłumaczą, gdzie jest, tak jak mnie to tłumaczyli, zaczynając od bardzo dawnych czasów, topionych kotów, przodków i drapaczy chmur, ja jednak nic nie rozumiałam, poza tym, że patrząc z mojej pozycji nieboszczyka ciasno upchniętego wraz z innymi nieboszczykami, nie mam już miejsca na zrozumienie.

Kiedy więc w końcu się zbudzimy, nasze rany będą już otwarte. Krwawimy obficie, z determinacją zatem drę suknię ślubną na białe taśmy, tnę ją na opatrunki i podpaski higieniczne. Na szczęście krwi nam zabraknie, nim porwę całą suknię. A bez krwi, jak bez wody, zaczynamy usychać i garbić się, bo natura ludzka jest praktyczna i człowiek może się zmniejszyć o wiele bardziej, niżby się na początku spodziewał. Dlatego mnie też kurczą się żyły i żołądek, marnieją jajniki, a z czerwonych kwiatów mojego płodnego ogrodu opadają płatki, przez krótką chwilę trwają jeszcze cherlawe pąki, ale i one nikną wśród brunatnych łusek, które pod dotknięciem zamieniają się w pył. Tak więc ja także usycham, i fizycznie, i symbolicznie, stając się pomarszczonym, śmierdzącym cierniem. Na koniec już tylko śmierdzę i kłuję.

Tak jest za pierwszym razem, mogę to opisać, mogę zaświadczyć, pierwszy alarm zapamiętałam lepiej niż pierwszy pocałunek. Ten alarm jest hermetycznie zamknięty w mojej głowie jak człowiek w trumnie: nic nie czuje, jest obojętny i uparty jak mumia, tylko się starzeje i robi coraz brzydszy, brzydszy i brzydszy. Ale ja już nie boję się nieboszczyków rozrzuconych po mojej głowie i rozsianych w ogrodach, nie boję się, tylko ich pamiętam. Wiem, że to nie jest ani zdrowe, ani mądre… ani też poprawne politycznie. Jednak liczę i pamiętam.

2

Co byś zrobiła, gdyby ci zburzyli dom?

– Nie mam domu.

– Odpowiedz na pytanie.

– Głupie pytanie.

– To ty jesteś głupia. Co byś zrobiła, gdyby ci zburzyli dom?

– Wybaczyła.

– Nie.

– Tak.

– Nie.

– Tak. Wybaczyłabym.

– Widzisz, że jesteś głupia.

– A co ty byś zrobił?

– Domagał się odszkodowania.

– Rzygać mi się chce.

– Zmieniasz temat.

– Bo mi się chce rzygać.

– Często ci się to zdarza?

– Rzadko.

– Dopiero co rzygałaś.

– To było wczoraj.

– Nie, dzisiaj.

– W porządku, dzisiaj.

– Nie wstyd ci?

– Nie.

– Po co ci to?

– Po nic. Nie wiedziałam, że będzie mnie mdlić.

– Nie znasz umiaru.

– Nie.

– Weź się w garść.

– Dlaczego?

– Wyglądasz strasznie.

– Zły dzień.

– Naprawdę strasznie.

– Miałeś jakieś zamiary?

– Wobec ciebie? Nie.

– To co cię to obchodzi?

– Mówię tylko, że jesteś pijana.

– Ty też.

– To nie jest to samo.

– Jest.

– Nie.

– Odwieziesz mnie do domu?

– Weź taksówkę.

– Nie mam pieniędzy.

– Zapłaciłem za twoje drinki.

– Już ci podziękowałam… ledwo się trzymam na nogach.

– Nie zamierzam cię odwozić.

– To nie.

– Nie masz nikogo innego?

– Mogę autostopem.

– Skończysz w rowie.

– Martwisz się?

– Nie martwię. Widzę.

– Co?

– Skaleczyłaś się w nogę.

– W duży palec. Nadepnęłam na szkło.

– Krwawi.

– Nie boli.

– To wcale nie jest śmieszne.

– Nie.

– No to czemu szczerzysz zęby?

– Nie mam pojęcia.

– Zawsze tak się szczerzysz?

– Często.

– Masz doła.

– Wesoło mi.

– Czemuż to?

– Nie wiem.

– Co piłaś?

– To nie dlatego.

– Na pewno ci nie wstyd?

– Może trochę.

– Trochę wystarczy.

– Mnie nie.

– Odwiozę cię.

– Dzięki.

– Nie pierdol.

– Ale z ciebie kretyn.

– To jedź sama.

– Pojadę… Jutro.

– Nie mów?

– Jutro wyjeżdżam.

– Gdzie?

– Daleko.

– Pytałem gdzie.

– Wszystko jedno.

– Jeśli ci wszystko jedno, możesz także zostać.

– Nie mogę.

– To jedź.

– Na zawsze.

– Więc jedź.

– Nie żałujesz?

– Czemu miałbym żałować?

– Tak sobie.

– Nie.

– Sprawia ci to przyjemność?

– Raczej zwisa.

– Niedobrze mi.

– Sama jesteś sobie winna.

– Nie jestem.

– Więc kto?

– Nie wiem.

– Ani ja.

– Co mam robić?

– Radź sobie.

3

Według kwestionariusza, używanego przy samodzielnej diagnostyce alkoholizmu, jest chora. Na pytanie, czy odczuwa skruchę w związku z piciem, odpowiada przecząco. Pytania, czy picie niszczy jej życie rodzinne i relacje w pracy, pomija, ale zapytana, czy psuje jej to dobrą opinię, osłabia ambicję i produktywność, ma wpływ na jej pamięć i sen, odpowiada twierdząco. A na pewność siebie? Tak. Kwestionariusz dopytuje się jeszcze, czy pije sama, czy pije rano i obraca się w mniej doborowym towarzystwie, odkąd to robi.

Tak, tak, oczywiście. Otoczona jest kretynami i mafią.

I co teraz?

Na początek niech zapnie pasy.

S.M. odwozi ją do domu drogą wijącą się wzdłuż morza. Ona wpatruje się w odbicia mijanych neonów hotelowych, które pluskają się w wodzie, wywołując u niej mdłości. Potem zatrzymują się na zaciemnionym parkingu, skręcają jointa, palą, kochają się, akurat, po prostu pieprzą, nigdy więcej, słaniają się na nogach, zabijają noc, gapią się w światła miasta, które pożerają wszystkie kształty, prócz własnego blasku, on mówi: pieprzyć to, ona mówi: słucham?