Rhett. Jak poderwać drania? Tom 3 - Sara Ney - ebook

Rhett. Jak poderwać drania? Tom 3 ebook

Sara Ney

4,3

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Jak poderwać drania, który nigdy nie planował nim zostać?

Rhett Rabideaux ma jasny cel – zostać mistrzem zapasów i pokonać starych wyjadaczy. Mimo trudności, jakie stawia przed nim los, dołącza do drużyny uniwersyteckiej i skupia się na treningach.

Jednak nowi koledzy z ekipy nie dadzą się tak łatwo zdetronizować. Na szacunek i uznanie trzeba sobie zapracować inaczej. Na wszystkich korytarzach rozwieszają kompromitujące ulotki z numerem telefonu Rhetta i informacją, że szuka panienki do zaliczenia.

Ku swojemu zaskoczeniu Rhett otrzymuje odpowiedź na ogłoszenie od Laurel, najpiękniejszej studentkina uczelni. Początkowo dziewczyna chce się z nim tylko droczyć, ale z czasem zauważa, że coraz bardziej lubi jego towarzystwo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 414

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Prolog

Menadżer drużyny zapaśniczej Uniwersytetu Iowa

Rhett Rabideaux to paskudny bydlak.

Skurczybyk jest twardy jak pieprzona skała. Przysiada na macie, podpierając się rękami dla równowagi, niewzruszony nawet wtedy, gdy Zeke Daniels próbuje założyć mu dźwignię.

Rabideaux jest jednym z niewielu członków naszej drużyny, który potrafi pokonać Danielsa.

Podnoszę gwizdek do ust, gotowy dmuchnąć i zakończyć sparing, który przerodził się w klasyczną walkę kogutów.

Nowy na Uniwersytecie Iowa – po transferze z Luizjany – Rabideaux wciąż udowadnia, ile jest wart, choć jego statystyki są imponujące. Niemal niepokonany, z taką liczbą wygranych na koncie, że zdecydowanie zasłużył na tytuł mistrza NCAA, i to dwukrotnie. Właśnie dlatego przyjęto go na nasz uniwersytet.

Zabiegali o niego trenerzy Iowa. Bardzo chcieli go mieć w drużynie. Podpisali kontrakt. Nie wiem, co naobiecywał mu trener – korepetytorów, wyższe stypendium, zdjęcie na billboardach na kampusie – żeby przyciągnąć go do legowiska największego rywala.

I do mojego domu.

Rhett Rabideaux jest moim nowym współlokatorem.

Mierzący ponad metr osiemdziesiąt wzrostu Rhett ściska właśnie dłoń Danielsa. Odsuwają się od siebie, odwracają plecami, nikt nie wygrał – ale też nikt nie przegrał.

Zabieram ręczniki, podaję jeden nowemu koledze.

Wyrywa mi go z ręki i przeciąga po spoconej twarzy. Po nieco przekrzywionym nosie, który był już zbyt wiele razy łamany. Po podbitym lewym oku i pozszywanej brwi – pamiątce po treningu w zeszłym tygodniu, kiedy mu ktoś trochę zbyt mocno przycisnął twarz do maty.

Gość jest nieźle poharatany.

Spocony poharatany dryblas.

Tak czy inaczej...

– Hej, nowy, wychodzisz z nami dzisiaj?

Zatrzymuje się, jego ogromne łapy zamierają w miejscu.

– A gdzie idziecie?

Wzruszam ramionami.

– Nie wiem, gdzieś. Do jakiejś knajpy. A to ma znaczenie? – Przecież i tak nie zna żadnych barów w mieście, rany. Musi iść tam, gdzie my, inaczej będzie siedział na dupie w domu, sam.

– Nie wiem. Może.

– Taka rada ode mnie, nowy: gdy ktoś wyciąga do ciebie rękę, uściśnij ją.

Nie będę prosił gościa, żeby z nami wyszedł, ale od czasu do czasu dobrze spędza się z nim czas, a poza tym miło mieć kogoś nowego w drużynie.

Rhett trawi moje słowa.

– Kto idzie?

Znowu wzruszenie ramion.

– Nie wiem, paru kumpli.

– Imprezka dla gejów?

– Wypchaj się.

– Czyli tak? – Wybucha śmiechem.

– Ja, Pitwell, Johnson. Może Daniels i Osborne.

Chociaż jeśli mam być szczery, z tych dwóch ostatnich zrobiły się takie pantofle, że raczej się nie pojawią. Pewnie będą siedzieć w domu pod kocykiem i oglądać romansidła z łapami po łokcie w majtkach swoich lasek albo się z nimi migdalić czy co oni tam robią.

To, że prawdopodobnie ich nie będzie, zostawiam dla siebie.

Zamiast imprezować z nami, będą uprawiać seks. Farciarze.

– To idziesz czy nie? Nie możesz cały weekend siedzieć w chacie. Fiut ci się skurczy, jak nie zaliczysz.

Rhett unosi brew.

– A kto powiedział, że moim celem jest zaliczenie?

Celem zaliczenie? Kto tak mówi, do cholery?

Unoszę rękę na znak, żeby już więcej się nie odzywał.

– Będę udawał, że tego nie powiedziałeś.

– Jak sobie chcesz – odpowiada i odchodzi. Wrzuca do wózka z praniem biały ręcznik wilgotny od potu, po czym zabiera z wieszaka świeży w drodze do szatni.

Ruszam jego śladem.

Zatrzymuje się przy szafce i zaczyna rozbierać. Zrzuca szorty, ściąga koszulkę i ogląda się przez ramię.

– Jeśli pójdę dzisiaj z wami, dasz mi wreszcie spokój? Doprowadzasz mnie do szału.

Owija biodra ręcznikiem.

– Nie, nie dam ci spokoju. Próbuję ci pokazać, co i jak, nauczyć tego i owego.

– Ty chcesz mnie czegoś nauczyć? – Śmieje się. – Chyba sobie jaja robisz. Czego niby miałbym się od ciebie nauczyć?

– Cóż, po pierwsze, jesteś o wiele za miły. Dziewczyny lecą na dupków. A z taką twarzą musisz się bardziej postarać, żeby któraś zechciała twojego fiuta.

Wykrzywia nieprzyjemnie usta.

– Rany, dzięki.

Idę za nim w stronę pryszniców.

Przede mną stoi Zeke Daniels, myje swoje czarne włosy, a dokoła niego unosi się para. Na mój widok odwraca się w stronę ściany wyłożonej płytkami, ma imponująco szerokie plecy. Wytatuowany feniks wznoszący się nad mapą świata groźnie na mnie patrzy.

– Daniels, powiedz nowemu, że laski lubią się spotykać z dupkami. – Sukinsyn mnie ignoruje, ale zbywam to śmiechem; koleś lubi się zgrywać. – A powiesz mu przynajmniej, że jest za miły dla kobiet?

Cisza.

– Wiesz, jakie one są, lubią, gdy się je...

Zeke wreszcie chrząka i mówi:

– Gunderson, odpieprz się od niego, do cholery.

Chryste, ten to ma humory.

– Wychodzisz dzisiaj, Daniels?

Znowu chrząka, szorując skórę pod pachami.

– Raczej nie.

– Dlaczego? Oglądasz The Duff?

Ręce ma uniesione nad głową, płucząc włosy, odwraca się, by spojrzeć na mnie kątem oka.

– Gunderson, a może zajmiesz się swoimi sprawami, co?

– To oglądasz czy nie?

– Nie, palancie. Będę oglądał to, na co mam pieprzoną ochotę.

Ta, jasne. Spędził w domu trzy weekendy z rzędu. Gapił się w telewizor i bawił z dziewczyną w dom, niańcząc dwójkę dzieciaków.

Patrzy na stojącego za mną Rhetta i uśmiecha się pod nosem.

– Zrób coś dla siebie, Rhett, i nie słuchaj tego idioty. Jesteś za dobry, żeby robić za jego skrzydłowego.

Zakręca wodę i rzuca jeszcze jedno wkurzone spojrzenie w moją stronę.

– Jeśli nie wchodzisz pod prysznic, Gunderson, zejdź z gościa i wypieprzaj stąd.

Rozdział 1

„Chcieli uciec bez płacenia rachunku, ale kelner wskoczył na ich samochód i zbił przednią szybę”.

Zdrowie Świeżaka!

Oz Osborne, najstarszy członek drużyny, odsuwa krzesło i wstaje. Przy stole zebrali się wszyscy zapaśnicy. Tłoczymy się w sali jakiejś całodobowej knajpy poza kampusem, gdzie mamy zjeść kolację po treningu, żeby „przywitać Rhetta w drużynie”.

– Za Świeżaka! – woła ktoś inny prześmiewczo.

Osborne podnosi kieliszek z wodą, patrzy w moim kierunku i zwraca się bezpośrednio do mnie:

– Świeżak, moglibyśmy kwestionować twoje wybory życiowe, zważywszy na to, jakich sobie załatwiłeś współlokatorów. – Szczerzy zęby do Reksa Gundersona i Erica Johnsona. – A także na twój gust, jeśli wziąć pod uwagę te ciuchy… Mimo to… W stylu godnym Uniwersytetu Iowa oficjalnie witamy cię w drużynie. – Podnosi kieliszek jeszcze wyżej.

– Niektórzy z nas mieli wątpliwości.

– I poparcie! – rzuca ktoś.

– Chyba że zaczniesz przegrywać – dodaje ktoś inny szeptem.

Osborne śmieje się pod nosem i pokazuje na mnie.

– On ma rację. Jak tylko zaczniesz przegrywać, skopiemy ci dupę.

Więcej śmiechu.

– A może toast za skopanie mu dupy?

– Szklanki w górę za Świeżaka! – woła Oz. – Byle szybko, Daniels i ja musimy spadać. Jego młodszy brat ma jakieś przedstawienie w szkole czy inne gówno.

W sali rozlegają się śmiechy moich aż nazbyt hałaśliwych kolegów z drużyny. Stukają się kieliszkami z wodą lub sokami albo filiżankami kawy nad stołem przykrytym białym obrusem, teraz mokrym od rozlewanych napojów. Na stole bankietowym rozstawiono ogromne ilości jedzenia: makarony, hamburgery, przystawki, frytki, butelki ketchupu i musztardy. Kilka osób zamówiło koktajle mleczne i kawę specialty, widzę też lody.

Przeklinam pod nosem; co za niechluje. Spoglądam na ketchup przy moich sztućcach.

– Zaraz wracam – mamroczę do Gundersona i wstaję. – Muszę się odlać.

Kiwa głową, uśmiechając się pod nosem, i rozgląda się dokoła.

– Nie śpiesz się.

Szybko robię swoje, myję ręce i gapię się w lustro. Przyglądam się posiniaczonej twarzy pozbawionej uśmiechu. Włosom przydałoby się podcięcie. Uszy w ciągu kilku ostatnich lat zbyt często tkwiły w ochraniaczach.

Opieram dłonie o blat i pochylam się do przodu.

– Co ty tu robisz, do cholery? – pytam własnego odbicia. – Co. Ty. Tutaj. Robisz. Rabideaux?

Co mnie napadło, żeby zmienić uczelnię i się przeprowadzić, skoro mogłem zostać w Luizjanie? Dokończyć sezon jako mistrz, zacząć prawdziwą karierę, zamiast denerwować i rozczarowywać rodziców, wyrywać się z dobrze znanego mi miejsca i przenosić taki kawał?

I po co? Dla wyższego stypendium? Opłacanych wydatków? By moja twarz, której nikt tu nie chce, wisiała na uniwersyteckim billboardzie?

Było warto?

Patrzę na siebie z obrzydzeniem, a potem się prostuję.

– Pojebało cię i tyle – przeklinam raz jeszcze i wyrzucam papierowy ręcznik do kosza.

Otwieram stalowe drzwi i wychodzę.

By wrócić do stołu, przy którym...

…nikogo nie ma.

Zatrzymuję się przed opustoszałą salą. Ogarniam wzrokiem kilka zajętych lóż pod ścianami i zaciekawionych gapiów, rodziny i innych klientów. Ale ani śladu po zapaśnikach.

Cała drużyna rozpłynęła się w powietrzu.

Podchodzę do stołu, młoda kelnerka pojawia się znikąd z kajecikiem w dłoni i ołówkiem wciśniętym za ucho, wyraźnie wykończona.

Łapie mnie za rękaw i mówi:

– Dzięki Bogu, że ciągle tu jesteś! Uff! Myślałam, że wszyscy wyszli!

– Jak to wszyscy wyszli? – Spoglądam na drzwi. – Czekaj, czy moi kumple już poszli?

Prawie się krztuszę przy słowie „kumple”, zdaję sobie sprawę z ironii całej sytuacji. Kumple nie robią takich numerów, poza tym ledwo ich znam.

– Tak, wybiegli nagle. Bez kitu, już zaczęłam panikować, bo byłam pewna, że uciekli bez płacenia – ciągnie, nie zdając sobie sprawy z mojego zmieszania.

– Jak to wybiegli? – Musi mi to wytłumaczyć od początku do końca.

– No, eee, wiesz... Wstali i wyszli.

– Wiem, co to znaczy, że ktoś wybiegł. Nie o to pytałem. – Wkładam palce we włosy i czuję, że się kleją, gdy je wyjmuję z powrotem. – Ja pierdolę.

Dziewczyna się wzdryga.

– Serio mnie zostawili? – dopytuję.

Nie chce mi się w to wierzyć; mieliśmy być pieprzoną drużyną. Liczyłem na nich.

Przywiózł mnie tutaj ten sukinsyn Brandon Ryder i mógłbym się założyć o pięćdziesiąt dolców, że ten jego wrak udający samochód nie stoi już na parkingu i nie czeka, żeby podwieźć mnie z powrotem do domu.

Drobna kelnerka nerwowo klepie mnie po ramieniu.

– Eee, nie chciałabym jeszcze pogorszyć sytuacji, ale, eee... zakładam, że skoro jeszcze tu jesteś, to zapłacisz?

– Że co proszę?

– Zapłacisz. Za całe jedzenie.

Czy ona właśnie powiedziała, że mam zapłacić za wszystko? Mimowolnie kręcę głową.

– Że co proszę?

– Oni nie zapłacili. Eee, za nic.

– Że co proszę?

– Wszystko w porządku? – pyta kelnerka, cofając się o krok. – Ciągle się powtarzasz. Masz wylew? Albo jakiś udar?

– Nie zapłacili? – Zaciskam pięści. – Te pieprzone...

Sukinsyny. Te pieprzone sukinsyny wystawiły mnie, żebym zapłacił rachunek.

– Ile wyszło? – Spodziewam się wysokiej sumy; stu, może dwustu, maksymalnie dwustu pięćdziesięciu dolarów.

– Czterysta dolarów i...

– Ile?! – mówię coraz głośniej. W knajpie jest pełno ludzi, ale w tej chwili gówno mnie to obchodzi. Nie jestem zirytowany, to za mało powiedziane. Aż się we mnie gotuje i mam ochotę w coś walnąć. – Dlaczego pozwoliliście im wyjść?

– Ale oni wybiegli...

– Cii, spokojnie. Daj mi się zastanowić.

– Przepraszam, jestem zdenerwowana. Nikt nigdy jeszcze nie uciekł przy tak wysokim rachunku. Zazwyczaj, wiesz, jest dużo niższy. Czasami ludzie tylko zabierają solniczki i pieprzniczki.

Wzrok ucieka jej do drzwi ze stali nierdzewnej. Zakładam, że prowadzą do kuchni, a potem do stanowiska z kasą z przodu knajpy, gdzie czekaliśmy na stolik.

– Mogłabym porozmawiać z menadżerką o całej sytuacji, ale boję się, że zadzwoni po policję.

Policję? Cholera.

Kręcę głową, jeszcze raz przeciągam dłonią po włosach.

– Nie ma mowy. Ktoś musi zapłacić, inaczej cię zwolnią.

Bo pozwoliła im wyjść bez płacenia.

– Naprawdę mi przykro.

– Mnie też.

– A więc... – Szura nogami i podaje mi rachunek oraz długopis. – Wszystko jest wyszczególnione.

Wszystko użytecznie wyszczególnione, oczywiście.

– Dla mojej wygody?

Wściekły, wyrywam jej rachunek z dłoni, rozkładam i spoglądam na listę.

Koktajl – 5

Napój – 10

Hamburger – 4

Cheeseburger – 2

Kanapka z kurczakiem – 1

Krewetki Alfredo z dodatkowymi krewetkami – 1

Sałatka – 4

Zupa – 3

Spaghetti – 1

Skrzydełka – 5

Krążki cebulowe – 1

Paluszki serowe – 1

Smażone pikle – 1

Koszyk pieczywa – 1

Lody – 1

Ciasto – 9

Stek – 6

Kto, do cholery, zamówił stek w naleśnikarni?

Składam rachunek na pół, powstrzymując się od rozerwania go na milion pieprzonych kawałeczków.

– Czy to twoi przyjaciele? – rzuca kelnerka. – Może zapomnieli, że ciągle tu jesteś?

Patrzę na nią podejrzliwie. Czy ona jest couyon? Szalona? Nie ma szans, żeby uważała to za wypadek. Mówię na głos to, co oboje myślimy:

– Wywinęli mi numer.

Cholera. Wywinęli mi numer.

Nie tylko złamali zasady polityki działu sportowego, ale też ogólnouniwersyteckiej etyki. Właściwie to tak wiele rzeczy zrobili nie tak, że musiałbym spędzić cały wieczór na ich wyliczaniu. Jeśli trener się o tym dowie, cała drużyna zostanie zawieszona.

Kelnerka – Stacy, jak głosi jej identyfikator – przygryza wargę i gapi się na mnie tymi naiwnymi oczętami.

– Naprawdę wyglądali dziwnie, kiedy tak nagle się podnieśli i wybiegli. Jeden potknął się o sznurówki i padł twarzą na podłogę.

Ciekawe, kto okazał się takim matołem.

– No, sam sobie na to zasłużyłem, idąc do łazienki, co?

– Jak zamierzasz zapłacić? – Kelnerka kołysze się nerwowo na piętach, a potem poprawia włosy. – Strasznie mi przykro, ale mam inne stoliki, którymi muszę się zająć. Jeśli nie zapłacisz, pewnie mnie zwolnią...

Chryste. Mam przerąbane.

– Kartą kredytową.

Wyciągam telefon i odblokowuję aplikację do płacenia kartą kredytową, po czym podaję go kelnerce.

Ona spogląda na ekran zdezorientowana.

– Yyy, nie masz karty? Muszę ją sczytać, a smartfonu tym nie zeskanuję. Jesteśmy tutaj trochę oldskulowi.

Wzdycham głośno, wyciągając portfel z tylnej kieszeni spodni, po czym podaję jej kartę, gotowy dać się wyruchać – w przenośni, oczywiście.

Stacy uśmiecha się radośnie.

– Dzięki! Zaraz wracam!

Jasne, żaden problem… Ja sobie tutaj grzecznie poczekam, jak na pieprzonego frajera przystało!

I w ten oto sposób czterysta trzydzieści dolarów i pięćdziesiąt siedem centów, których nawet nie mam, poszło się... I nie zapominajmy, że rodzice mnie za to zabiją, zwłaszcza po tym, jak się z nimi kłóciłem o transfer do Iowa.

Płatność przechodzi, podpisuję wydruk, po czym wychodzę na zewnątrz z paragonem długości prawie trzydziestu centymetrów i próbuję wcisnąć cholerstwo do tylnej kieszeni.

Ze względu na wysokość rachunku doliczono napiwek.

Wdech.

Wydech.

Wyładowuję frustrację na parkingu, wyrzucając z siebie sążnistą wiązankę tak głośno, że mógłbym obudzić swoją martwą babcię. Z pewnością napędzam strachu parze staruszków, która właśnie wchodzi do knajpy. Mężczyzna ponagla kobietę, która mocno przyciska do piersi małą czerwoną torebkę. Oboje gapią się na mnie, jakbym stracił pieprzony rozum.

– Sukinsyny! – wrzeszczę, bijąc powietrze pięściami. – Pieprzone dupki! – Kopię w krawężnik, miażdżąc sobie palec o beton, i wyrzucam z siebie nową wiązankę przekleństw. – Kurwa. Kurwa. Putain de merde. Ja pierdolę!

Wypowiadam te słowa wartkim strumieniem, ale nic nie jest w stanie uspokoić szalejącej we mnie burzy. Odliczam kolejne pieprzone punkty beznadziei: wiszę rodzicom czterysta dolarów – jeden; wyrolowany przez kolegów z drużyny – dwa; studiuję w college’u na wypizdowie – trzy; nie znam tu nikogo prócz dupków, którzy właśnie mnie wystawili – cztery.

No i nie ma mnie kto podwieźć do domu.

Pięć.

Wyciągam telefon z kieszeni, żeby wysłać wiadomość moim durnym współlokatorom.

Ja: Ruszcie dupę i przyjedźcie po mnie

Gunderson: LOL Uspokoiłeś się już?

Ja: Wróć, to się przekonasz

Gunderson: Nie jeśli się będziesz rzucał

Ja: Powiedz mi tylko jedno: to był twój pomysł?

Gunderson: Nie powiem

Ja: Czyli tak

Gunderson: Wcale nie. Stary, uwierz mi

Ja: Dlaczego miałbym ci wierzyć?

Gunderson: Czemu miałbym ci robić taki numer, skoro muszę z tobą MIESZKAĆ?

Ja: Nawet jeśli, to POZWOLIŁEŚ IM MNIE TUTAJ ZOSTAWIĆ, DO CHOLERY

Gunderson: Tak, bo nie chciałem, żeby chłopaki wywinęły taki sam numer MNIE

Ja: Wielkie dzięki, dupku

Gunderson: Nie ma sprawy, stary. Czekaj. Będę za dziesięć minut

Hej, widziałaś tych kolesi?

Siedzę w knajpie i przeglądam syllabus na literaturę angielską. Upewniam się, czy nie brakuje mi żadnych punktów do pracy zaliczeniowej, którą powinnam teraz pisać; nie mogę sobie pozwolić na to, żeby czegoś brakowało.

Prostuję się, odkładam flamaster i ze zdziwieniem podnoszę wzrok na mojego współlokatora Donovana.

– Jakich kolesi?

– Nie wciskaj mi kitu, że nie widziałaś, bo nazwę cię kłamczuchą. – Śmieje się, wkładając do ust kawałek gofra. Bita śmietana przykleja mu się do dolnej wargi, zlizuje ją, a potem bierze kolejny kęs. – Bo ja widziałem, Boże.

– Nie przyszłam tutaj, żeby szukać faceta.

– Racja, bo czasami facet znajduje się sam. Wszyscy się o ciebie biją. – Puszcza do mnie oko, napychając usta gofrem. – To się nazywa banda jurnych chłopaczków hetero.

– Ojoj, biedny Donovan – wyzłośliwiam się. – Ślini się do bandy niegejów.

– Jak zawsze. – Wzdycha i wydyma usta z teatralnym smutkiem, mieszając słomką wodę. – Ale to mnie nie powstrzyma przed gapieniem się.

– Nawet nie próbujesz się powstrzymać.

– Nie truj. – Milknie na moment, żeby przełknąć kolejny kęs. – O cholera, dziewczyno, zaraz zrobi się niemiło.

Znowu siedzę z pochyloną głową i zaznaczam markerem pozycje w syllabusie. Mój współlokator opisuje rozwój wypadków niczym komentator sportowy, dając mi pełny wgląd w wydarzenia rozgrywające się po drugiej stronie sali.

– I oto oni, dziesięciu, nie, dwunastu osiłków biegnących w stronę wyjścia. Peleton zamyka numer siedem, z początku powolny, lecz nadrabia wzorowo wyrzeźbionymi udami. Brązowe włosy, wygląda na prawdziwego gwiazdora, ale nie potrafi utrzymać się na nogach.

Podnoszę wzrok rozbawiona i widzę, jak jakiś koleś w czerwonej koszulce potyka się w progu i wytacza z knajpy. Jęczy przy automacie z gumami i wypada na parking.

– Panie i panowie, sądząc po tym, w jakim stylu się zmywają, właśnie sobie przypomnieli, że wiszą taksówkarzowi albo nie zapłacili rachunku. O co może chodzić...

Wyciągam szyję, żeby dostrzec przez okno po drugiej stronie knajpy, co się dzieje na parkingu. Banda dryblasów – samych sportowców – wciska się do trzech samochodów. Wyglądają jak klauni w cyrku. Uciekają, zostawiając za sobą wzniecone tumany kurzu.

Unoszę rude brwi.

– Czyżby ucieczka?

– Och, totalnie.

Zatyczką żółtego podkreślacza stukam o brodę.

– Właściwie nigdy nie widziałam czegoś takiego na własne oczy.

– Serio? Nigdy nie wyszłaś bez płacenia?

Patrzę na niego z niedowierzaniem.

– Ty tak na serio? No jasne, że nie! A ty?

– Raz. – Śmieje się. – No dobra, dwa razy. Ale byłem młody, głupi i bez pieniędzy. Ukradłem też menu i sztućce. – Śmiech. – Taki głupi.

Z tym się nie mogę kłócić, więc koncentruję się na jedzeniu, zanim wystygnie: niezbyt wysoki stosik naleśników, kiełbaski śniadaniowe, placki ziemniaczane i mrożona herbata z dodatkowym lodem. Zdejmuję złotko z masła, wciskam je między warstwy naleśników i czekam, aż się rozpuści.

– Cholera. – Widelec Donovana zastyga nad talerzem. – A teraz co się dzieje?

Obracam się, przerzucając długie rude włosy przez ramię, i kładę rękę na oparciu siedziska. Patrzymy, jak z łazienki na końcu sali wychodzi chłopak.

Rozgląda się wokół z rękami na biodrach. Wysoki i potężny, a przy tym dziwnie smukły, wkłada dłonie do kieszeni bluzy z logo Uniwersytetu Iowa i marszczy ponuro brwi. Podchodzi niepewnie do stołu i zatrzymuje się, gdy śliczna drobna kelnerka zaczepia go, chwytając go za biceps. Wyciąga do niego rękę z czymś, co musi być rachunkiem. Pokazuje na salę, potem wskazuje na okno i parking, gdzie zniknęli jego znajomi.

– Jasna cholera. – Donovan krztusi się gofrem i z trudem przełyka. – Myślisz, że te byczki wystawiły kumpla, żeby zapłacił?

– Och, zdecydowanie to zrobili.

– Co za banda kutasów. – W jego oczach pojawia się błysk, najprawdopodobniej na wspomnienie słowa „kutas”. – To była nasza drużyna zapaśnicza.

– Skąd wiesz?

Donovan szybko mierzy chłopaka wzrokiem, przeciągając spojrzenie swoich błękitnych oczu po wyrzeźbionej sylwetce. Nieznajomy z pochyloną głową podpisuje się na rachunku i z gniewnym wyrazem twarzy oddaje go kelnerce.

Rusza w kierunku drzwi i wychodzi na zewnątrz, po czym przystaje na chwilę. Rozgląda się po parkingu, podpierając się rękami o biodra – patrzy najpierw w lewo, potem w prawo.

– Cóż, po pierwsze, prawie wszyscy ci kolesie mieli na sobie jakąś szatę z logo drużyny.

– Szatę? Serio, Donovan?

– Cicho, przeszkadzasz mi w rozważaniach.

– Ależ proszę, nie przerywaj sobie. Śmiało.

– To wszystko. To były moje rozważania.

Przewracam oczami i wyglądam na parking. Do moich uszu docierają stłumione przekleństwa; wytężam słuch. Słowa może i nie brzmią wyraźnie zza podwójnych szyb, ale ze swojego miejsca bez problemu odczytuję je z ruchu warg chłopaka:

– Kurwa, kurwa, kurwa. Co za pieprzone życie.

Śmieję się pod nosem, skrywając rozbawienie za krawędzią szklanki. Boże, czasami straszna ze mnie jędza.

Nieznajomy bierze głęboki wdech. Zaciska dłonie w pięści.

Patrzę, jak kuli szerokie, potężne ramiona i z pochyloną głową pisze coś wściekle na telefonie. Potem znowu coś pokrzykuje, machając rękami, miarkując ciosy w powietrzu. Naprawdę powinien się już uspokoić – nie do twarzy mu z takimi wypiekami.

– Myślisz, że powinniśmy go podwieźć? Wygląda na to, że nie tylko wmanewrowali gościa w zapłacenie rachunku, lecz także zostawili go tutaj bez auta.

Na twarzy Donovana maluje się taka nadzieja, że wybucham śmiechem.

– Mój Boże, nie! Tylko popatrz, jaki jest wkurzony; nie ma mowy, żebym wpuściła go do samochodu. Może się zacząć rzucać.

Donovan podnosi wyskubaną brew.

– Wyluzuj. Przecież nas nie zamorduje.

Odkrawam kawałek naleśnika, wkładam natłuszczoną masełkiem pychotę do ust. Przegryzam. Połykam.

– Może i nie, ale i tak nie jedzie z nami.

– Ale z ciebie suka. – Donovan uśmiecha się i wraca do jedzenia gofra. – Wiesz co? Założę się, że podwiozłabyś go pod sam dom, gdyby był przystojny.

Moja szyja porusza się sama i zupełnie bezwiednie znowu wyglądam przez okno na chłopaka. Ma wąskie biodra i niemodne dżinsy, które nosi trochę za wysoko. Przyglądam się jego workowatej bluzie, rozczochranym włosom wpadającym mu do oczu, wściekle zmarszczonym brwiom.

Żadne z niego ciacho. Ani trochę.

Jest tak wkurzony, że kołysze się na piętach, a potem podnosi kaptur czarnej bluzy i wygląda jak zapaśnik MMA, który nie może się doczekać, aż spuści komuś lanie.

Wkurzony wyklina nieobecnych, przez co wygląda na wariata. Donovan ma rację: pewnie podwiozłabym go, gdyby był przystojniejszy.

Ale nie jest.

Dlatego nie zrobię tego.

– Na pewno znajdzie jakiś sposób na dotarcie do domu – stwierdzam i przegryzam kiełbaskę. – Sprawia wrażenie zaradnego.

W końcu kampus nie jest tak daleko; może iść piechotą.

– Właśnie że nie – oponuje rozbawiony Donovan. – Wygląda, jakby musiał liczyć na palcach.

Chociaż znowu wychodzę na jędzę, dołączam się do drwin.

– Właściwie wygląda na głupka.

– Czyli nie będzie podwózki?

Prycham zupełnie nie jak dama.

– Nie dla niego. No, chyba że zechce biec za samochodem.

Nie ma mowy, żebym kiedykolwiek wpuściła takiego gościa do auta.

Daj spokój, Rabideaux, robimy tak każdemu – drwi Gunderson. – Nie możesz się wkurzać na nas przez cały weekend.

Stoi obok mnie, trzymając w wyciągniętej ręce biały ręcznik i butelkę z wodą, podczas gdy ja robię przysiady ze sztangą o wadze stu czterdziestu kilogramów.

Ignoruję go, dysząc pod wpływem ciężaru, jaki muszę dźwigać.

– Stary, no weź. Tylko żartowaliśmy.

Zatrzymuję się w najniższej pozycji i patrzę na niego zmrużonymi oczami.

– Co ty nie powiesz? – Mój ton aż ocieka sarkazmem. – Tobie też to zrobili?

Wierci się nerwowo i opuszcza ręce, podczas gdy ja wykonuję przysiady.

– No... nie, ale ja jestem menadżerem drużyny.

Serio? Pierwszy raz słyszę, żeby wypowiadał to tak swobodnie; jakby jego rola w drużynie była nieznacząca. Normalnie słyszę raczej „okaż mi szacunek, jestem menadżerem” albo „jestem menadżerem, ale możesz mnie nazywać młodszym trenerem”.

Palant.

Odstawiam ostrożnie sztangę na uchwyty i odwracam się do chłopaków, którzy ćwiczą na maszynach ustawionych pod ścianą.

– Daniels! – wołam Zeke’a, jednego z kapitanów, a ten spogląda na mnie z bieżni. – Czy drużyna zaprosiła cię na obiad i kazała za siebie zapłacić?

Jego usta rozciągają się powoli w szerokim uśmiechu, zimne oczy zwracają się w moją stronę. Czoło, klatkę piersiową i pachy pokrywa mu pot.

– Ni cholery.

Z takim kolesiem jak Zeke lepiej nie zadzierać.

Zostawiam sztangę i ruszam w kierunku ławeczki do wyciskania, a Gunderson podąża za mną. Przyczepił się do mnie jak rzep do psiego ogona i naprawdę działa mi to na nerwy.

– Gunderson, jeśli zamierzasz mnie asekurować, przestań pieprzyć, a jeśli nie, rusz dupę i znajdź mi kogoś, kto będzie trzymał gębę na kłódkę.

Gość zbywa to śmiechem.

– Daj spokój, stary, odpuść już. To tylko niewinna zabawa.

Siadam okrakiem na ławce.

– Niewinna zabawa? Ten gówniany numer kosztował mnie czterysta dolarów, dupku. Rodzice dostaną szału, kiedy sprawdzą wyciąg z karty.

– Te, nowy...

– Pieprz się – cedzę, po czym pokazuję na Sebastiana Osborne’a. – I ty też.

W końcu wskazuję na Pata Pitwella, jedynego gościa w drużynie, na którego można liczyć.

– I ty też, bo powinieneś był ich powstrzymać.

W sali zapada cisza.

– Wszyscy się pieprzcie.

– To był żart! – woła ktoś z pomieszczenia na tyłach. – Nie bądź taką cipką, nowy.

– Czterysta dolarów, sukinsyny – powtarzam. – Widzisz, żebym się śmiał? Bo nie jest mi do śmiechu.

Gunderson próbuje objąć mnie ramieniem, ale strącam jego rękę.

– No już, daj się gdzieś zaprosić. Stawiamy drinki.

Jaja sobie robi?

– Będzie trzeba znacznie więcej niż kilku drinków w barze, żeby nadrobić taki numer.

– Czyli czego na przykład?

Zastanawiam się przez kilka sekund, grając nieprzejednanego.

– Odliczycie mi cztery stówy z czynszu za ten miesiąc i jesteśmy kwita.

Gunderson zaciska usta; ogląda się przez ramię na Johnsona, który zajął moje miejsce przy sztandze. Obserwuję go przez kilka sekund; pracuję z takim ciężarem ze znacznie większą finezją niż on.

Gunderson jęczy.

– To nie fair. Musiałbym zapłacić dwieście dolarów twojego czynszu.

Patrzę na niego beznamiętnie.

– Właśnie.

– To nie fair.

– Jaja sobie robisz czy co? – drwię. – Słyszysz się w ogóle? Właśnie straciłem czterysta dolarów... Wiesz co? Nieważne. Mam was dosyć, sukinsyny. Spakuję się i wyprowadzę.

Podnoszę się, wyrywam mu ręcznik z dłoni i odwracam do niego plecami, ocierając pot z czoła i klatki piersiowej.

Słyszę, jak Gunderson wzdycha.

– Dobra. Pogadam z Johnsonem. – Pauza. – A więc... Wychodzisz z nami dzisiaj czy nie?

Czy ten gość nigdy nie odpuszcza? I dlaczego oni tyle piją w weekendy? W Luizjanie nigdy tak nie robiłem. Zapaśnicy mogą wychodzić tylko raz w tygodniu i to nie jest dzisiaj.

Odwracam się do niego twarzą i unoszę znacząco brew.

– Stary, mamy niedzielę.

– No i?

Znacie powiedzenie o gadaniu do ściany? Właśnie tak się teraz czuję: jakbym gadał do ściany – po wyrazie twarzy Gundersona widzę, że dalsze spieranie się nie ma sensu.

Jeszcze raz go prowokuję.

– Ty stawiasz?

Jego mina jest bezcenna.

– Co, do cholery? Mam ci odpalić cztery stówy z czynszu i jeszcze stawiać drinki?

Odchylam głowę do tyłu i wybucham śmiechem, wyprowadzając ciężkie działa.

– Albo to, albo się wyprowadzam. Wybieraj.

– Szantaż? Ty tak na serio?

– Serio, serio.

Widzę, jak mu się obracają trybiki w tym jego małym móżdżku, i wiem, że czeka, aż rzucę „tylko żartowałem!”.

No to się nie doczeka.

Mija sekunda i Gunderson nie odpuszcza.

Ja też.

Mruży oczy.

Zaciska zęby.

Ściąga usta jak pieprzona baba, a potem wreszcie się poddaje.

– Dobra, ale zamiast do knajpy pójdziemy na domówkę.

Sknera.

Rozdział 2

„Mój fiutek to może faktycznie wesołe miasteczko, ale w tej chwili zostało zamknięte ze względu na remont. Wybacz”.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19

TYTUŁ ORYGINAŁU:

How to Date a Douchebag: The Learning Hours

(Book Three)

Redaktor prowadząca: Marta Budnik

Wydawca: Agata Garbowska

Redakcja: Anna Klim

Korekta: Katarzyna Kusojć

Projekt okładki: designpartners.pl

Zdjęcie na okładce: © KDdesignphoto (Shutterstock.com),

© deagreez1 (Depositphotos.com)

Copyright © 2017. The Learning Hours: How to Date a Douchebag by Sara Ney

Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Brodzik, 2020

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66234-97-0

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek