Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rewolucje - Jean-Marie Gustave Le Clezio

Czy coś poza więzami krwi, imieniem i nazwiskiem łączy osiemnastowiecznego i dwudziestowiecznego Jeana Marro?

Rewolucje - te, wobec których postawiła ich historia. Wielka Rewolucja Francuska, której żołnierzem był Jean Eudes Marro. Wojna algierska, zamieszki w Meksyku i Paryski Maj, których świadkiem był Jean Gildas Marro.

Rewolucje - te, które odbywały się w nich. Te, które spowodowały, że Jean Eudes Marro porzucił szeregi Rewolucji, opuścił Francję i osiadł na Mauritiusie. Te, za sprawą których Jean Gildas Marro miotał się między Niceą a Londynem, Meksykiem a Mauritiusem, szukając swojej drogi.

Oprócz więzów krwi, oprócz wspólnego imienia i nazwiska osiemnastowiecznego i dwudziestowiecznego Jeana Marro łączą marzenia, dążenia i cele, przekazywane z pokolenia na pokolenie, silniejsze niż śmierć.

Rewolucje to długi poemat prozą - o naturze człowieka, o słodyczy i cierpieniu egzystencji.

www.lexpress.fr

Powieść niezwykle głęboka, o delikatnym rytmie, pełna czułości, nostalgii i sceptycyzmu.

pagesperso-orange.fr

Istnieją książki jasne niczym dowody matematyczne, wobec których słowa wydają się niewystarczające. Rewolucje to bez wątpienia jedna z nich.

www.humanite.fr

Le Clézio po raz kolejny pomaga nam dostrzec to, co istnieje; dzieli się wiedzą zdobytą nie dzięki abstrakcyjnej inteligencji, ale dzięki życiu.

www.magazine-litteraire.com

Mnie Nobel dla Le Clézia nie zdziwił. [...] To pisarz, który dotyka prawdziwych problemów współczesności. Pisze o nieludzkim świecie, o tym, że cywilizacja jest w niebezpieczeństwie.

Bernard Pivot

Opinie o ebooku Rewolucje - Jean-Marie Gustave Le Clezio

Fragment ebooka Rewolucje - Jean-Marie Gustave Le Clezio

Jean-Ma­rie Gu­sta­ve Le Clézio

RE­WO­LU­CJE

Przełożyła Be­ata Gep­pert

Tytuł ory­gi­nału: Révo­lu­tions

Co­py­ri­ght © Edi­tions Gal­li­mard, Pa­ris, 2003

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2010

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2010

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2010

Avel, ave­liou, oll avel

Wi­cher, wi­chry, wszyst­ko jest wi­chrem

Wyśnio­ne dzie­ciństwo

Ka­mie­ni­ca przy uli­cy Re­ine-Je­an­ne, w której miesz­kała Ca­the­ri­ne Mar­ro, przeżywała lata świet­ności w cza­sach, gdy pociągi przy­by­wające z Paryża, Lon­dy­nu czy Mo­skwy co roku zwo­ziły tu sta­da majętnych nie­robów, nie dość bo­ga­tych, aby mo­gli so­bie po­zwo­lić na luk­sus za­ku­pu wil­li nad brze­giem mo­rza, ale pragnących za­cho­wać pe­wien stan­dard życia dzięki apar­ta­men­tom na­by­wa­nym w jed­nej z no­wych dziel­nic, gdzie pięcio­piętro­we bu­dyn­ki z man­sar­da­mi wy­parły daw­ne ogródki i wiej­skie cha­ty.

Nad bramą wejściową wid­niała na­zwa wy­pi­sa­na złoty­mi li­te­ra­mi na nie­bie­skich ka­fel­kach. Jean nie po­tra­fił po­wie­dzieć, kie­dy po raz pierw­szy udało mu się od­czy­tać to słowo, którego pięć sy­lab, nie­co dzi­wacz­nie wyglądających na tle pod­nisz­czo­nej ele­wa­cji, brzmiało tak nie­zwy­kle swoj­sko w jego uszach. Według słów Sha­ron, jego mat­ki, kie­dy był małym chłopcem i przy­cho­dzi­li z wi­zy­ta­mi do ciot­ki Ca­the­ri­ne, na­zwa ta za każdym ra­zem go śmie­szyła, więc bez prze­rwy ją po­wta­rzał, ni­czym ja­kieś ma­gicz­ne słowo: La Ka­ta­vi­va.

Skąd po­cho­dziła? Może z Afry­ki, myślał kie­dyś Jean, lub z Wysp Sun­daj­skich? A może po pro­stu wy­obra­ził so­bie, że przy­po­mi­na mu dzie­siątki nazw z Mau­ri­tiu­sa, które tkwiły w jego pamięci, dzie­dzic­two po ojcu, a za jego pośred­nic­twem także po dziad­kach, nazw dziw­nych i trochę nie­po­kojących, ta­kich jak Ta­ta­ma­ka, Co­ro­man­del czy Mi­nis­sy. Znacz­nie później ciot­ka Eléono­re, której nig­dy nie bra­ko­wało złośliwości, wyjaśniła mu, że La Ka­ta­vi­va to po pro­stu nie­wiel­ka sta­cja ko­le­jo­wa na Ura­lu, a bu­dow­ni­czy ka­mie­ni­cy należał za­pew­ne do tych ary­sto­kratów, którzy od lat tęskni­li za Świętą Rusią i jej prze­py­chem. Dla­te­go właśnie na­zwa ta zo­stała wy­gra­we­ro­wa­na złoty­mi li­te­ra­mi na nie­bie­skim tle ni­czym iko­na. Krótko mówiąc, La Ka­ta­vi­va sta­no­wiła odrębny świat.

Każde piętro re­pre­zen­to­wało zgoła od­mien­ny przy­pa­dek, nie­porówny­wal­ny z żad­nym in­nym. Mimo olśnie­wającej na­zwy ka­mie­ni­ca bu­dziła w Je­anie pe­wien lęk, ze swoją ciemną bramą i wielką żeliwną kratą z szyb­ka­mi, która nig­dy nie była ani całkiem za­mknięta, ani otwar­ta, lecz za­wsze lek­ko uchy­lo­na, jak­by jakaś nie­wi­dzial­na sprężyna utrzy­my­wała ją w tej po­zy­cji. Nie­kie­dy ko­rzy­sta­li z tego oko­licz­ni klo­szar­dzi, którzy obie­ra­li bramę na tym­cza­so­we miej­sce noc­le­gu i spa­li zwi­nięci w kłębek na kar­to­nach przy wejściu do po­miesz­cze­nia z kubłami na śmie­ci.

Jean bał się prze­cho­dzić przez bramę. Na kar­ku czuł jak­by po­wiew lo­do­wa­te­go od­de­chu, wy­da­wało mu się, że czy­jaś nie­wi­dzial­na dłoń usiłuje go schwy­tać i za­wlec do ciem­nych piw­nic, do których od daw­na nikt nie scho­dził. Nie za­trzy­mując się, biegł do dru­gich drzwi, nie­gdyś ozdo­bio­nych go­tyc­ki­mi wi­trażami, które z bie­giem cza­su zastąpio­no szyb­ka­mi z ma­to­we­go żółtego szkła.

Na par­te­rze i pierw­szym piętrze znaj­do­wały się ume­blo­wa­ne miesz­ka­nia do wy­najęcia, nie tyle po­dej­rza­ne, ile zwy­czaj­nie byle ja­kie, na dwa, trzy mie­siące wy­najmowane przez przy­pad­ko­wych lu­dzi, których na­zwisk nikt na­wet nie próbował za­pa­miętać. Wyższe piętra zaj­mo­wa­li praw­dzi­wi miesz­kańcy La Ka­ta­vi­vy. Naj­pierw ge­ne­rał Ha­mon, popędli­wy sta­ru­szek, ku­lejący na prawą nogę wsku­tek rany od­nie­sio­nej pod­czas woj­ny w Ma­ro­ku. Jean słyszał kie­dyś, że ge­ne­rał służył za tłuma­cza u Ly­au­teya, ale nie bar­dzo wie­dział, co by to miało zna­czyć. Ra­zem z nim miesz­kała pew­na Hisz­pan­ka, wy­so­ka bru­net­ka, za­wsze w fal­ba­nia­stej suk­ni, z włosa­mi ułożony­mi w za­lot­ne locz­ki, która mówiła ni­skim, nie­mal męskim głosem i prze­raźli­wie strze­lała do Je­ana ocza­mi, gdy miał nieszczęście na­tknąć się na nią na scho­dach.

Wyżej miesz­ka­li lu­dzie nie­co bar­dziej zwy­czaj­ni: eme­ry­to­wa­ny le­karz ze skłonnością do whi­sky oraz nie­ja­ka ma­de­mo­isel­le Je­an­net­te Pi­cot, sta­ra pan­na w białych skar­pet­kach i san­dałkach, która kil­ka razy dzien­nie wy­pro­wa­dzała na spa­cer wiel­kie­go, nie­miłosier­nie brud­ne­go psa.

Jean wcho­dził na scho­dy, kie­rując się światłem z umiesz­czo­ne­go nad klatką scho­dową świe­tli­ka, co­raz wyraźniej słysząc dźwięk, który w jego od­czu­ciu naj­le­piej cha­rak­te­ry­zo­wał La Ka­ta­vivę, a który przy wejściu do bu­dyn­ku był le­d­wie słyszal­ny. Z piętra na piętro dźwięk ten co­raz moc­niej wwier­cał się Je­ano­wi w ucho i roz­sa­dzał czaszkę, wy­pie­rając wszel­kie inne odgłosy; było to prze­ni­kli­we ćwier­ka­nie ka­nar­ka, którego klatkę ma­de­mo­isel­le Pi­cot umieściła przy małym ku­chen­nym oknie, wy­chodzącym na po­dest czwar­te­go piętra. Wy­so­ki, smut­ny krzyk uwięzio­ne­go ptasz­ka wypełniał całą klatkę scho­dową, a Jean miał uczu­cie, że głos ten ciągnie go do góry ni­czym kor­ko­ciąg, chwy­ta za włosy i ciało, wle­cze po scho­dach, z głową od­rzu­coną do tyłu i wzro­kiem utkwio­nym w prze­szklo­ny świe­tlik.

Na klat­ce scho­do­wej za­wsze pa­no­wały ciem­ności. Krzyk ka­nar­ka ma­de­mo­isel­le Pi­cot roz­brzmie­wał ni­czym głos nad­przy­ro­dzo­ne­go posłańca, usiłującego ostrzec przed nie­bez­pie­czeństwem, a być może prze­kli­nającego biedę i sa­mot­ność – sidła, w które miesz­kańcy La Ka­ta­vi­vy zo­sta­li schwy­ta­ni po­dob­nie jak ów uwięzio­ny w klat­ce pta­szek. Dla Je­ana głos ka­nar­ka ma­de­mo­isel­le Pi­cot był prze­po­jo­ny zna­cze­niem, prze­rażał go, a za­ra­zem kusił, każąc śpie­szyć do góry, na piąte piętro, gdzie miesz­kali państwo Gen­dre i ich głucho­nie­ma pod­opiecz­na, Au­ro­re de Som­me­rvil­le, i da­lej na pod­da­sze, gdzie miesz­kała ciot­ka Ca­the­ri­ne.

Jean przy­cho­dził do La Ka­ta­vi­vy po południu, po szko­le. Wi­zy­ty te na­brały cech na­wy­ku, wręcz ry­tuału. Nie wie­dział dokład­nie, po co właści­wie od­wie­dza ciotkę Ca­the­ri­ne. Może po to, aby od­wlec mo­ment po­wro­tu do własne­go domu, gdzie jego cho­rujący na stward­nie­nie roz­sia­ne oj­ciec sta­wał się co­raz bar­dziej trud­ny do wy­trzy­ma­nia.

Ciot­ka Ca­the­ri­ne była nie­wi­do­ma. Żyła sa­mot­nie na pod­da­szu chylącej się ku upad­ko­wi ka­mie­ni­cy, a mat­ka Je­ana i inni człon­ko­wie jego ro­dzi­ny, na­wet sąsie­dzi, uważali, że Jean to dziel­ny chłopiec, pełen naj­lep­szych in­ten­cji. Ciot­ka Ca­the­ri­ne żad­nych pytań so­bie nie sta­wiała. Jean był jej je­dyną miłością, to wszyst­ko. Je­ana taka sy­tu­acja w pełni za­do­wa­lała. Nie uważał się za ni­ko­go nad­zwy­czaj­ne­go, a wszel­ka myśl o do­brych uczyn­kach wywoływała w nim dreszcz od­ra­zy.

Ciot­ka Ca­the­ri­ne in­stynk­tow­nie wy­czu­wała, kie­dy zbliżał się mo­ment wi­zy­ty, roz­po­zna­wała go po pew­nych odgłosach ulicz­nych i in­nych zna­kach, których nikt poza nią nie do­strze­gał. Wsta­wała z fo­te­la, wędro­wała do kuch­ni i po omac­ku szy­ko­wała skład­ni­ki na ma­czan­ki z chałki: krom­ki pod­su­szo­ne­go pie­czy­wa, jaj­ka, mle­ko, masło, cu­kier trzci­no­wy i laskę wa­ni­lii. Za­wsze trzy­mała w szaf­ce za­pas chałki, którą mała Au­ro­re co­dzien­nie jej przy­no­siła, wra­cając z za­ku­pa­mi dla państwa Gen­dre.

Kie­dy Jean dwa lub trzy razy lek­ko pukał do drzwi, czuł ciepły za­pach opie­ka­nej w kar­me­lu chałki. Nie­wi­do­ma sta­rusz­ka od­ga­dy­wała mo­ment jego przy­by­cia, cza­sem na­wet otwie­rała drzwi, za­nim zdążył za­pu­kać. Jean po­dej­rze­wał, że ostrze­ga ją ka­na­rek ma­de­mo­isel­le Pi­cot, który słysząc kro­ki na scho­dach, za­czy­nał śpie­wać w szczególny sposób.

Au­ro­re często stała na klat­ce scho­do­wej, udając, że układa rze­czy w kar­to­nach lub za­mia­ta, ale Jean do­brze wie­dział, że dziew­czy­na cze­ka, aby w przejściu rzu­cić mu ukrad­ko­we spoj­rze­nie. Czuł, że jego ser­ce przyśpie­sza, choć nig­dy by się nie przy­znał, że od­wie­dza ciotkę Ca­the­ri­ne również po to, aby na podeście piątego piętra spo­tkać tę dziew­czynę.

Państwo Gen­dre należeli do lu­dzi dość szczególne­go ro­dza­ju. Wie­le lat spędzi­li w Abidżanie, gdzie pan Gen­dre pro­wa­dził ja­kieś po­dej­rza­ne in­te­re­sy. Wrócili do Fran­cji po śmier­ci star­sze­go bra­ta pani Gen­dre, ge­ne­rała de Som­me­rvil­le’a, a Au­ro­re przy­je­chała wraz z nimi. Kie­dy Jean zo­ba­czył ją po raz pierw­szy, miała trzy­naście lat. Była drobną dziew­czynką o wyraźnie azja­tyc­kiej uro­dzie, z długi­mi czar­ny­mi włosa­mi i mig­dałowy­mi ocza­mi. Oj­ciec Je­ana twier­dził, że Au­ro­re jest Eu­ra­zjatką, uro­dzoną ze związku ge­ne­rała de Som­me­rvil­le’a z jakąś Wiet­namką, którą ten po­znał pod­czas po­by­tu w Ha­noi. Mat­ka uważała, że to tyl­ko plot­ki, a w rze­czy­wi­stości ge­ne­rał de Som­me­rvil­le ad­op­to­wał Au­ro­re i spro­wa­dził ją do Fran­cji po przejściu na eme­ry­turę. Je­dy­ne, co po nim zo­stało, to mosiężna pla­kiet­ka z wy­gra­we­ro­wa­nym ozdob­ny­mi li­te­ra­mi na­zwi­skiem de Som­me­rvil­le oraz wi­zytówka przy­kle­jo­na do skrzyn­ki na li­sty państwa Gen­dre. Bóg je­den wie po co, sko­ro Au­ro­re nig­dy nie do­sta­wała żad­nej ko­re­spon­den­cji. Je­ana fa­scy­no­wało to na­zwi­sko, zwłasz­cza w połącze­niu z imie­niem Au­ro­re. Było za­ra­zem ta­jem­ni­cze i łatwe do za­pa­mięta­nia, bu­dziło nie­określone ma­rze­nia. Gdy miał je­denaście lat, po­ta­jem­nie ode­rwał wi­zytówkę od skrzyn­ki i włożył do tor­ni­stra, aby za­wsze mieć przy so­bie na­zwi­sko Au­ro­re. Państwo Gen­dre naj­wy­raźniej po­sia­da­li za­pas wi­zytówek, gdyż na sta­rej, roz­la­tującej się skrzyn­ce na li­sty na­tych­miast po­ja­wiła się ko­lej­na.

Ciot­ka Ca­the­ri­ne za­wsze przyj­mo­wała Je­ana tym sa­mym ry­tuałem: bez słowa uchy­lała drzwi i wra­cała do kuch­ni, aby do­pil­no­wać ma­cza­nek z chałki. Jean cze­kał w ko­ry­ta­rzu i sta­rał się przy­wyknąć do ciem­ności. W ręku trzy­mał pa­pie­rową to­rebkę, do której jego mat­ka włożyła jakiś po­da­ru­nek dla sta­rej ciot­ki: owo­ce, puszkę z ryżem w so­sie po­mi­do­ro­wym lub zupę w menażce po­chodzącej z czasów, gdy oj­ciec Je­ana od­by­wał służbę woj­skową w Ma­le­zji.

Po chwi­li ciot­ka Ca­the­ri­ne wra­cała do Je­ana, wyciągając do przo­du ręce, aby go do­tknąć. Po­wo­li gładziła dłońmi jego twarz, ob­ry­so­wując opusz­ka­mi palców czoło, brwi, oczy, nos, aż do warg i podbródka. Jej pal­ce były chu­de, su­che i lek­kie, le­d­wie mu­skały twarz Je­ana piesz­czotą, która bu­dziła w nim dresz­cze. Po­tem odwra­cała dłonie wnętrzem do góry, a on bez słowa kładł na nich ręce. Za każdym ra­zem jego ser­ce moc­no przy tym kołatało i czuł sil­ne bi­cie ser­ca sta­rej ko­bie­ty. Była to długa, ci­cha, trochę dra­ma­tycz­na chwi­la. W końcu ciot­ka Ca­the­ri­ne par­skała pełnym za­do­wo­le­nia śmie­chem, jak­by cała ta sy­tu­acja była tyl­ko żar­tem. Mówiła: „No cóż, Jean, daw­no cię nie było, chałka zeschła na wiór”. Jean szedł do kuch­ni i sia­dał na nie­co kośla­wym ta­bo­re­cie, a ciot­ka Ca­the­ri­ne zsu­wała mu na ta­lerz dwie krom­ki ma­czan­ki. „Masz, zjedz póki ciepłe, po­tem będą nie­do­bre”.

Sama nie jadła. Stała obok stołu, jak­by przyglądając się jedzącemu. Kie­dy skończył, wkładała ta­le­rze do zle­wu, pusz­czała trochę wody, po czym za­bie­rała Je­ana do dużego, za­la­ne­go słońcem po­ko­ju, sa­dzała go na ka­na­pie, a sama sia­dała w swo­im ulu­bio­nym fo­te­lu, ple­ca­mi do okna, gdyż mimo śle­po­ty światło nadal bu­dziło w niej lęk.

– Po­roz­ma­wiaj­my, do­brze? Co po­ra­białeś od cza­su, gdy wi­działam cię po raz ostat­ni?

Jean próbował po­wie­dzieć coś za­baw­ne­go, ale ona była szyb­sza.

– Wiesz, co ostat­nio słyszałam w ra­diu?

Opo­wia­dała mu naj­now­sze wia­do­mości, mówiła o po­li­ty­ce, którą uważała za okropną, o sy­tu­acji na Mau­ri­tiu­sie, o par­tii Gaétana Du­va­la, do której nie miała za grosz za­ufa­nia. O nie­pod­ległości, która bu­dziła jej naj­wyższy nie­pokój.

– Dla tej wy­spy nie ma żad­nej przyszłości. Epo­ka ko­lo­nial­na de­fi­ni­tyw­nie się skończyła.

Prze­ka­zy­wała również roz­ma­ite plo­tecz­ki z uli­cy, które do­cie­rały do niej z piętra na piętro, skarżyła się na sąsia­da, nie­ja­kie­go Can­delę, pi­jacz­ka pra­cującego jako kon­tro­ler w ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej. Kie­dy mówiła o sąsia­dach z dołu, państwu Gen­dre i małej Au­ro­re, jej głos załamy­wał się ze złości.

– Kie­dyś będą wresz­cie mu­sie­li zro­zu­mieć, jak pod­le ją trak­tują, na co ją narażają, prze­cież to bie­dac­two nie po­tra­fi się samo bro­nić, te wszyst­kie pie­niądze, które jej ukra­dli, a te­raz mówią, że ją za­mkną w po­praw­cza­ku!

Jean słuchał jed­nym uchem, rozglądając się po po­ko­ju na pod­da­szu, gdzie czas stanął w miej­scu, ni­czym co­fająca się fala, która po­zo­sta­wia po so­bie wszel­kie­go ro­dza­ju śmie­ci, od­pa­dy, ja­kieś pamiątki z Roz­ilis, świe­ci­dełka z In­dii, al­bu­my pełne pożółkłych fo­to­gra­fii, sczer­niałe od ku­rzu i sta­rości ob­ra­zy, ni­ko­mu nie­po­trzeb­ne książki.

Za każdym ra­zem ciot­ka Ca­the­ri­ne mówiła o tym, co było naj­bliższe jej ser­cu, czy­li o zwierzętach, cho­ciaż sama nie mogła ich mieć od cza­su, gdy zaczęła tra­cić wzrok. O psach i ko­tach, które złodzie­je sprze­da­wa­li do la­bo­ra­to­riów, gdzie były pod­da­wa­ne wi­wi­sek­cji. Opo­wia­dała zasłysza­ne hi­sto­rie o małpach z lasu Cha­ma­rel, które jakiś biały na Mau­ri­tiu­sie ho­do­wał w klat­kach i sprze­da­wał do ame­ry­kańskich i au­stra­lij­skich la­bo­ra­to­riów. „Wiesz, cze­mu jest ta­kie za­po­trze­bo­wa­nie na te małpy? Bo Mau­ri­tius to wy­spa, więc la­bo­ra­to­ria mają pew­ność, że zwierzęta nie były narażone na żadne cho­ro­by z zewnątrz”. Uno­siła się do tego stop­nia, że za­po­mi­nała o swo­jej śle­po­cie. Grze­bała w ster­tach ulo­tek, po­zo­sta­wio­nych przez akwi­zy­torów wszel­kiej maści. „Spójrz na to nieszczęsne zwierzę, któremu włożono rurkę do wo­recz­ka żółcio­we­go, żeby bez­pośred­nio po­bie­rać wy­dzie­linę. Prze­cież ta małpa żyje, sie­dzi za­mknięta w klat­ce, ze związa­ny­mi łapa­mi, żeby nie mogła się ru­szać, z ciasną obrożą na szyi!”

Jean po­bieżnie przeglądał koślawe, od­bi­te na po­wie­la­czu ry­sun­ki, a Ca­the­ri­ne wo­dziła po nich chu­dy­mi, długi­mi pal­ca­mi, jak­by próbowała ogarnąć całą ich grozę. „Je­steś młody, mu­sisz coś z tym zro­bić, spo­tkać się z tym pa­nem na Mau­ri­tiu­sie i uwol­nić wszyst­kie małpy, obie­caj mi”.

Jean obie­cy­wał, a nie­moc ciot­ki Ca­the­ri­ne spra­wiała, że łzy napływały mu do oczu.

Nad­cho­dziła pora her­ba­ty. Z czasów swo­je­go po­by­tu w Roz­ilis Ca­the­ri­ne za­cho­wała wiel­ki chiński im­bryk w wi­kli­no­wym ko­szy­ku wyściełanym szkarłatną sa­tyną, który we­dle jej słów od za­ra­nia dziejów należał do ro­dzi­ny Mar­ro. Używała go tyl­ko do przy­go­to­wy­wa­nia her­ba­ty dla Je­ana, co sta­no­wiło praw­dzi­wy ce­re­mo­niał.

Jean na­sta­wiał wodę w pogiętym czaj­ni­ku, na nie­wia­ry­god­nie brud­nej ku­chen­ce ga­zo­wej, do której przy­warły reszt­ki tłuszczu. Czaj­nik szu­miał, a Jean oznaj­miał: „Dilo się go­tu­je”. Ca­the­ri­ne na­le­wała wody do im­bry­ka i za­pa­rzała liście her­ba­ty wa­ni­lio­wej. Nie miała lodówki, więc mle­ko było za­wsze lek­ko skwaśniałe. Zresztą ciot­ka Ca­the­ri­ne nie cier­piała mle­ka w żad­nej po­sta­ci. Węchem od­naj­do­wała jego reszt­ki z po­przed­nie­go dnia i wy­le­wała je do zle­wu z ko­men­ta­rzem: „Sam wi­dzisz, co za obrzy­dli­wość!”, sta­wiając ak­cent na ostat­nim słowie. Za­zwy­czaj używała mle­ka w prosz­ku.

Mimo wszyst­ko her­ba­ta ciot­ki Ca­the­ri­ne była nie­wia­ry­god­nie pysz­na, łagod­na i aro­ma­tycz­na, a za­ra­zem moc­na, nie­mal odu­rzająca, nie mdląca jak u ciot­ki Eléono­re ani lu­ro­wa­ta jak w mod­nych her­ba­ciar­niach. W dusz­nym, oświe­tlo­nym je­sien­nym słońcem po­ko­ju, her­ba­ta ciot­ki Ca­the­ri­ne po­bu­dzała do ma­rzeń. Jean z wol­na osu­wał się na so­fie, przeglądając słowni­ki. Ciot­ka miała zwy­czaj pić her­batę w mil­cze­niu. Jean wi­dział jej syl­wetkę pod światło, słońce pod­kreślało blask jej kru­czo­czar­nych włosów i rysy twa­rzy z wy­stającymi jak u Azjat­ki kośćmi po­licz­ko­wy­mi. Taki właśnie jej ob­raz, który znał od jakże daw­na, pragnął za­cho­wać w pamięci, ob­raz sta­rej, chu­dej ko­bie­ty, siedzącej ple­ca­mi do okna, wy­pro­sto­wa­nej, czuj­nej, milczącej, pod­czas gdy para z im­bry­ka kreśliła esy-flo­re­sy aż do su­fi­tu. Właśnie tu­taj, w tym po­ko­ju, do­wie­dział się wszyst­kie­go o Mau­ri­tiu­sie, o ro­dzi­nie Mar­ro i o Roz­ilis.

*

Pamięć ciot­ki była bez dna. Pod­czas każdej wi­zy­ty Je­ana Ca­the­ri­ne po­wra­cała do tej sa­mej for­muły i od niej za­czy­nała opo­wieść: „Kie­dyś w Roz­ilis, gdy byłam w two­im wie­ku…”. To było bar­dzo daw­no, Jean na­wet nie po­tra­fił po­li­czyć, może pięćdzie­siąt, może sześćdzie­siąt lat temu. Jak wszyst­kie woj­ny z daw­nych lat, kie­dy świat był jesz­cze nie­win­ny. Opo­wia­dała o państwu Mar­ro, o swo­jej sio­strze Ma­thil­de, którą na­zy­wała Maud. Jean był je­dyną osobą, do której Ca­the­ri­ne mówiła w ten sposób. Nig­dy ni­cze­go nie opo­wia­dała ojcu Je­ana, choć prze­cież był jej ro­dzo­nym sio­strzeńcem, ani po pro­stu ni­ko­mu. Inni nie by­li­by w sta­nie zro­zu­mieć. Albo nie byli war­ci, aby im co­kol­wiek opo­wia­dać. Wy­brała Je­ana, któremu po­sta­no­wiła prze­ka­zać swoją pamięć.

Po­sia­dała nie­wy­czer­pa­ne skar­by, nie tyl­ko w po­sta­ci słów, ale i przed­miotów – odłamki kości, ka­my­ki, opiłowa­ne frag­men­ty żela­stwa, różnego ro­dza­ju śmie­ci, które wyciągała z głębi szu­flad i po­ka­zy­wała je­den po dru­gim, ni­czym klu­cze po­zwa­lające zro­zu­mieć ta­jem­ni­ce przeszłości. Cza­sem od­naj­dy­wała ślicz­ne bi­be­lo­ty: pie­ska z brązu, który jej ojcu służył za przy­cisk do pa­pie­ru, ciężkie, czer­wo­no­bru­nat­ne, kunsz­tow­nie grawerowa­ne jajo, przy­wie­zio­ne z In­dii. Lor­netkę, należącą nie­gdyś do Je­ana Eu­des’a Mar­ro, pierw­sze­go z rodu Mar­ro, który przy­był na Ile de Fran­ce. Po­psu­ty ze­ga­rek, kałamarz z na­pi­sem: „Panu Char­les’owi Mar­ro – wdzięczna lud­ność wy­spy Reu­nion, 1860”; Ca­the­ri­ne tłuma­czyła: „Pod­czas wiel­kiej epi­de­mii ospy dzia­dek le­czył cho­rych w szpi­ta­lu Bo­ucan Ca­not na wy­spie Reu­nion, a po­tem na Mau­ri­tiu­sie”. Ciot­ka gładziła pal­ca­mi wszyst­kie te przed­mioty, kładła je na sto­le obok im­bry­ka z her­batą, a Jean od­cze­ki­wał chwilę, po czym lek­ko ich do­ty­kał, chcąc po­czuć ciepło, ja­kie z nich ema­no­wało, do­strzec od­legły po­blask, jak­by po­chodzący z in­ne­go świa­ta.

– Kie­dyś w Roz­ilis dzień za­czy­nał się bar­dzo wcześnie, o świ­cie, pew­nie koło piątej rano, ale dokład­nie nie wie­dzie­liśmy, bo nie mie­liśmy ze­garków. Nie było żad­ne­go sy­gnału, żad­ne­go dzwo­nu, który by wyciągał ro­bot­ników z łóżek. Dzia­dek Char­les tego nie cier­piał. Nie­na­wi­dził wszyst­kie­go, co przy­po­mi­nało cza­sy nie­wol­nic­twa: gwizdków, po­ga­nia­czy, nad­zorców, ape­li, do­wodów tożsamości z na­zwi­skiem i zdjęciem każdego hin­du­skie­go pra­cow­ni­ka, tego wszyst­kie­go, co wy­na­leźli An­gli­cy. Dzia­dek Char­les ma­wiał: „Nie je­stem Fo­uche­rem”. Był nie­wy­so­ki i szczupły, tak samo jak ty czy ja, w ro­dzi­nie Mar­ro nikt nig­dy nie wyglądał na obżar­tu­cha. Miał długą, chudą szyję przy­po­mi­nającą szyję żółwia, zresztą tak właśnie go na­zy­wa­no, choć on nic o tym nie wie­dział, za ple­ca­mi mówio­no na nie­go Żółwik. Maud i ja od­wie­dzałyśmy go po lek­cjach. Za­wsze sie­dział na we­ran­dzie, gdzie przyj­mo­wał gości z Beau Bas­sin i Rose Hill, którzy przy­cho­dzi­li do nie­go po radę, a może chcąc pożyczyć parę gro­szy, gdyż miał re­pu­tację człowie­ka bar­dzo hoj­ne­go, bab­cia Lise bez prze­rwy się na to skarżyła, twierdząc, że kie­dyś pójdzie­my z tor­ba­mi, no i sam wi­dzisz, wca­le się nie po­my­liła.

Ciot­ka Ca­the­ri­ne na chwilę prze­ry­wała, żeby się napić her­ba­ty. Na ta­le­rzy­ku leżały her­bat­ni­ki, za­wsze te same, których nig­dy nie tykała, Jean również nie brał ich do ust, domyślając się, jak bar­dzo są nieświeże.

– Dzia­dek Char­les bu­dził w nas niekłama­ny re­spekt. Był tak strasz­nie sta­ry, oso­biście znał swo­je­go dziad­ka, który przy­był na Mau­ri­tiu­sa w cza­sach Wiel­kiej Re­wo­lu­cji, na­wet dzi­siaj trud­no mi w to uwie­rzyć. Mówił do nas w trze­ciej oso­bie, tak jak nie­gdyś zwra­ca­no się do dzie­ci. Maud była nieśmiała, cho­wała się za mną, a po­nie­waż była drob­nej bu­do­wy, wszy­scy sądzi­li, że jest ode mnie młod­sza o czte­ry lata, pod­czas gdy w rze­czy­wi­stości byłyśmy nie­mal równo­lat­ka­mi, za­le­d­wie rok różnicy. Czy mówiłam ci, że obie uro­dziłyśmy się w kwiet­niu, pod­czas hu­ra­ga­no­wej nocy?

Jean lubił trzy­mać w ręku kałamarz z brązu, który kie­dyś należał do Char­les’a Mar­ro. Może dzia­dek za­nu­rzał w nim pióro, gdy pisał li­sty do przy­ja­ciół lub ry­so­wał pla­ny tar­ta­ku w Ebène, który miał być napędza­ny wodą z rze­ki Ca­sca­des, za­nim Roz­ilis po­padło w ruinę. Przyglądał się naj­drob­niej­szym śla­dom, pla­mom z atra­men­tu, li­te­rom wy­gra­we­ro­wa­nym na pod­sta­wie, „Panu Char­les’owi Mar­ro”, roz­myślając nad tym, co mu opo­wia­dała ciot­ka Ca­the­ri­ne, jak to pod ko­niec epi­de­mii w 1859 roku wrzu­ca­no zwłoki do wiel­kich, wypełnio­nych wap­nem dołów na po­lach trzci­ny cu­kro­wej, jak za­pa­no­wała po­wszech­na pa­ni­ka, a ar­mia an­giel­ska oto­czyła dziel­ni­ce Mu­rzynów i Hin­dusów w Pla­ine Ver­te i w Vallée Pi­tot. Pod­czas podróży na Reu­nion Char­les po­znał Lise Le­run, która wraz z oj­cem przy­była tam z Fran­cji. Po­bra­li się rok później. Lise miała wówczas za­le­d­wie sie­dem­naście lat. Nada­no jej przy­do­mek d’Arza­no, od na­zwy miej­sco­wości w Bre­ta­nii, z której po­cho­dziła.

Pamięć Ca­the­ri­ne była prze­past­na. Ciot­ka mogła mówić go­dzi­na­mi, nie­mal bez prze­rwy, ci­chym głosem, jak­by prze­ma­wiała do sa­mej sie­bie: „Kie­dyś, w cza­sach Roz­ilis…”. Sie­działa z rękoma na ko­la­nach, trzy­mając się pro­sto, z głową nie­co prze­krzy­wioną, jak wszy­scy ci, którzy żyją wy­obraźnią. Pokój na pod­da­szu wypełniał się dźwiękami, bar­wa­mi, ru­chem. „Mie­liśmy ogrom­ny ogród, dzi­siaj ucho­dziłby za park, który w na­szych oczach był wiel­ki jak świat, ciągnął się od wąwozu rze­ki Pla­ines Wil­helms na północy po Ebène na południu, wo­do­spad był tak bli­sko, że przy wietrz­nej po­go­dzie było go słychać, za Ebène zaś po sam ho­ry­zont roz­poście­rały się pola trzci­ny cu­kro­wej, z których gdzie­nieg­dzie wy­sta­wały ko­mi­ny, z da­le­ka przy­po­mi­nające la­tar­nie mor­skie, Mi­nis­sy, Va­let­ta, Sa­int Jean, Ba­ga­tel­le… Po hu­ra­ga­nie w tysiąc osiem­set dzie­więćdzie­siątym dru­gim roku oj­ciec po­sa­dził ciągnącą się aż do wąwozów aleję palm ole­jo­wych, a dzie­ci co roku za­pusz­czały się co­raz da­lej, co­raz bar­dziej na północ, nig­dy jed­nak nie ośmie­liły się wejść na ob­szar zwa­ny Krańcem Świa­ta, w głębi lasu, gdzie spo­ty­kały się wszyst­kie rze­ki i wo­do­spady. W let­nie wie­czo­ry wszędzie pa­no­wał spokój, z od­da­li do­cho­dziło sa­pa­nie pociągu, który wspi­nał się po zbo­czu Le Po­uce w kie­run­ku Moka, słychać było gwizd lo­ko­mo­ty­wy, gdy pociąg wjeżdżał na stację w Réduit. Na ten sy­gnał obie z Maud rzu­całyśmy się bie­giem aleją palm ole­jo­wych, żeby złapać chłopców, po­kry­tych ku­rzem od długie­go mar­szu, którzy szli drogą je­den za dru­gim, od naj­większe­go do naj­mniej­sze­go: twój dzia­dek Hervé, za nim Gil­das, a na końcu Si­mon, który nie­co powłóczył nogą. Byli zmęcze­ni taszcze­niem tor­nistrów, żar lał się z nie­ba, a my, dziewczęta, cho­wałyśmy się za krza­ka­mi, rzu­całyśmy w nich ka­my­ka­mi i gda­kałyśmy jak kury. Maud trochę się bała bra­ci i skry­wała za mo­imi ple­ca­mi, a chłopcy świet­nie wie­dzie­li, że tam je­steśmy, też w nas rzu­cali ka­my­ka­mi i na­sio­na­mi, wy­krzy­ki­wa­li obelżywe słowa, kłócąc się ni­czym rozzłoszczo­ne szpa­ki”.

No i język kre­ol­ski, którego Ca­the­ri­ne nig­dy nie za­po­mniała. Słowa, w na­tu­ral­ny sposób przy­chodzące jej na usta, mie­szały się ze sma­kiem ma­czan­ki z chałki i za­pa­chem her­ba­ty wa­ni­lio­wej, me­lo­dia słów, która w Je­anie bu­dziła wspo­mnie­nia z czasów dzie­ciństwa, gdy przy­chodził z matką do La Ka­ta­vi­vy, a ciot­ka Ca­the­ri­ne śpie­wała mu pio­sen­ki i za­da­wała za­gad­ki. Je­ano­wi, który nie znał swo­jej bab­ki, wy­da­wało się to niesłycha­nie od­ległe, ale słowa, wy­po­wia­da­ne po kre­ol­sku w tym dusz­nym po­ko­ju na pod­da­szu, prze­no­siły go na we­randę w Roz­ilis, jak­by kie­dyś tam miesz­kał, jak­by jego obec­ne życie było tyl­ko chwi­lo­we, jak­by kie­dyś miał tam wrócić. Di­le­au di­bo­ut, di­le­au coucé, piti batt ma­man, piti co­uma piti, li fer coné tou so pu­is­sans, li porté so noyo di­hor pa­rey coco. De­wizą Ca­the­ri­ne było Na­pas fer na­rien, a ra­czej Ki pé fer? Słowa te, które po­wta­rzała za­wsze, gdy po­ja­wiały się kłopo­ty, po­zwo­liły jej przejść przez życie i po­zo­stać taką, jaka była w wie­ku lat dwu­dzie­stu, szczupła i pro­sta, bez złudzeń, ale i bez go­ry­czy.

Wszy­scy uważali, że Ca­the­ri­ne jest złośliwa. Sha­ron, mat­ka Je­ana, wspo­mi­nała, że trzęsła się ze stra­chu, kie­dy Ray­mond Mar­ro po raz pierw­szy przed­sta­wił ją ciot­ce. W tam­tych cza­sach Ca­the­ri­ne miesz­kała z Ma­thil­de na par­te­rze wil­li w Jo­invil­le, w to­wa­rzy­stwie gro­ma­dy półdzi­kich kotów i psa rasy bok­ser, który należał do jej sio­stry. Jean Char­les Mar­ro, dzia­dek Ray­monda, jesz­cze żył, choć ru­ina fi­nan­so­wa moc­no nadwątliła jego zdro­wie; nie wy­cho­dził z po­ko­ju, zda­ny na opiekę córek. Po­ja­wiła się Ca­the­ri­ne, po­nu­ra i su­ro­wa, ni­czym zja­wa o sta­lo­wo­sza­rych oczach, i spoj­rzała tak bacz­nym wzro­kiem, że twarz Sha­ron po­kryła się ru­mieńcem. Po­tem ją ucałowała, a widząc, w ja­kim dziew­czy­na jest sta­nie, zaczęła mówić bar­dzo łagod­nym to­nem; wówczas oj­ciec Je­ana po raz pierw­szy usłyszał, jak Ca­the­ri­ne pra­wi komuś kom­ple­men­ty. „Je­steś do­praw­dy uro­cza!” Resz­ta roz­mo­wy była pełna napięcia, Ray­mond opo­wia­dał o swo­ich pla­nach założenia plan­ta­cji kau­czu­kow­ca w Ma­le­zji i że pójdzie na wcześniejszą eme­ry­turę, aby mieć więcej cza­su, a ciot­ka Ca­the­ri­ne od­po­wie­działa tyl­ko wie­le mówiącym „No i?”. To wszyst­ko było już przeszłością.

Jean nig­dy nie od­czu­wał wo­bec niej lęku. Między nimi od sa­me­go początku za­pa­no­wało coś w ro­dza­ju pak­tu za­ufa­nia, którym nic nie po­tra­fiło za­chwiać. On nie za­da­wał żad­nych pytań, ona ni­cze­go nie ocze­ki­wała. Po raz pierw­szy w życiu Ca­the­ri­ne nie po­no­siła żad­nej od­po­wie­dzial­ności, nikt bez­pośred­nio od niej nie zależał. Kie­dy stra­ciła wzrok, nie zaczęła wy­ko­rzy­sty­wać swo­jej śle­po­ty, żeby na ko­go­kol­wiek wy­wie­rać na­cisk, od­rzu­ciła pro­po­zycję sio­strzeńca, aby prze­nieść się do domu opie­ki, gdzie miałaby co­dzienną po­moc. Zresztą w ogóle nie przyj­mo­wała do wia­do­mości, że oślepła. Mówiła: „Po pro­stu mam słaby wzrok, to wszyst­ko”. Uda­wała, że wi­dzi światło, rozróżnia syl­wet­ki. Cza­sem wy­cho­dziła na dwór, wcześnie rano, kie­dy na uli­cach było jesz­cze pu­sto, z długą bam­bu­sową laską, wyglądającą jak kij pa­ster­ski, która po­zwa­lała jej iść bez od­da­la­nia się od ścian domów i krawężników. Szła wzdłuż li­nii ko­le­jo­wej aż do mo­stu, wcho­dziła do sklepów, których położenie określała według licz­by kroków, ku­po­wała parę dro­biazgów – pa­pier li­sto­wy, sznu­ro­wadła, nici, różne rze­czy – których i tak nig­dy nie używała. Cza­sa­mi, gdy pani Gen­dre wy­ra­ziła zgodę, w za­ku­pach to­wa­rzy­szyła jej Au­ro­re, która brała ją pod ramię i pro­wa­dziła do skle­pu. Ca­the­ri­ne nig­dy by się nie zgo­dziła, żeby opie­ko­wał się nią Jean. Nie chciała, aby żywił do niej uczu­cie choć trochę zbliżone do litości. W dni, kie­dy Jean przy­cho­dził z wi­zytą, całe popołudnie poświęcała na pod­wie­czo­rek i po­gawędkę, jak się należy między sta­ry­mi przy­ja­ciółmi. Jean bar­dzo so­bie cenił, że tak wie­ko­wa oso­ba roz­ma­wia z nim jak równy z równym.

Zresztą ciot­ka Ca­the­ri­ne rzad­ko wspo­mi­nała o łączących ich więzach ro­dzin­nych. Za­pew­ne dzięki swo­jej śle­po­cie po­tra­fiła za­po­mnieć o różnicy wie­ku i nie zwra­cać uwa­gi na to, że Jean jest jej cio­tecz­nym wnu­kiem i dzie­li ich prze­paść spędzo­nych na tym świe­cie lat.

Z za­mkniętymi ocza­mi po­wra­cała do wspo­mnień z dzie­ciństwa. Mówiła jak­by sama do sie­bie, po­wo­li, czy­stym głosem, który za­wsze zdu­mie­wał Je­ana; wy­da­wało się, że w tym znisz­czo­nym miesz­ka­niu, z dala od wszyst­kie­go, w sa­mym ser­cu złego, obojętne­go mia­sta, spod powłoki sta­rej, po­marsz­czo­nej, scho­ro­wa­nej ko­bie­ty wyłania się świeży, miękki obłoczek, nie­wi­docz­ny i pełen uro­ku, nie­tknięta du­sza małej dziew­czyn­ki, biegnącej na bo­sa­ka przez ogród w to­wa­rzy­stwie swo­jej sio­stry Ma­thil­de w po­go­ni za szpa­ka­mi.

– Nie masz pojęcia, ile w Ebène było ptaków… Wszyst­kie bez prze­rwy śpie­wały. Zu­chwałe żółte ben­ga­li­ki, czer­wo­ne kar­dy­nały i te z czub­kiem, droz­dy. Gdzie­kol­wiek szliśmy, le­ciały za nami, pod­fru­wając z gałęzi na gałąź, za­cze­piając nas, zupełnie nie zwra­cając uwa­gi na koty. Kotów nie zno­siłam, były mo­imi naj­większy­mi wro­ga­mi; choć trud­no w to dzi­siaj uwie­rzyć, w Roz­ilis nie było ani jed­ne­go kota, bo mama cier­piała na astmę, ale koty z sąsiedz­twa za­wsze się po­ja­wiały w ślad za pta­ka­mi… Znałam wszyst­kie miej­sco­we pta­ki, po­tra­fiłam naśla­do­wać ich głosy, a one mi od­po­wia­dały. Był taki duży czer­wo­ny kar­dy­nał z czar­nym łeb­kiem, sia­dał na gałęzi ta­ma­ryn­dow­ca przed do­mem, po­gwiz­dy­wał ni­skim to­nem, wyśpie­wując ci­che tre­le, ćwir, ćwir, po czym prze­cho­dził do wyższych tonów, jak­by kogoś nawoływał, le­d­wo otwie­rając dzio­bek i wy­krzy­kując twit, twit, twit, a ja mu od­po­wia­dałam. Ale tak na­prawdę cze­kał na tatę. Cza­sa­mi po południu, wra­cając z mia­sta, tata szedł ścieżką aż do po­lan­ki, wyciągał rękę z ziar­na­mi pro­sa lub z kawałkiem cia­sta z gu­ja­wy i cze­kał bez ru­chu, a kar­dy­nał zbliżał się po­wo­lut­ku, prze­ska­kując z gałęzi na gałąź, po czym sia­dał mu na dłoni i za­czy­nał jeść. Chy­ba nig­dy nie wi­działam cze­goś równie ślicz­ne­go, mój wy­so­ki, potężnie zbu­do­wa­ny tata, a na jego dłoni ten maleńki czer­wo­ny pta­szek, jedzący mu z ręki.

Jej głos był młody, prze­pełnio­ny śmie­chem, a Jean na­gle czuł się sta­ry, zmęczo­ny, jak­by za­mie­nił się z nią na du­sze, złapa­ny w po­trzask tego mia­sta, ryku sa­mo­chodów i klak­sonów, zgrzy­tu wjeżdżającego na stację pociągu, bru­tal­nej, strasz­li­wej rze­czy­wi­stości, głosu pana Gen­dre krzyczącego na Au­ro­re, wrzasków ze szkoły, nad­ciągającego let­nie­go upału, całego tego ciężaru, który nie po­zwa­lał mu się ru­szać, wytrącał z ma­rzeń, przy­gważdżał do zie­mi. Jean przy­cho­dził do ciot­ki Ca­the­ri­ne, słuchał jej za­baw­nych hi­sto­ry­jek, dzie­cięcego głosu, śpiew­ne­go ak­cen­tu – wresz­cie mógł uciec od rze­czy­wi­stości, pogrążyć się w świe­cie Roz­ilis.

Oddałby wszyst­ko, żeby choć go­dzinę przeżyć w cza­sach Roz­ilis. Nie mieć przed sobą przyszłości po­dob­nej do wsy­sającej otchłani, obo­wiązku dorośnięcia, zro­bie­nia ka­rie­ry, osiągnięcia suk­ce­su, sta­nia się mężczyzną.

Wszyst­ko o czym opo­wia­dała ciot­ka Ca­the­ri­ne, pta­sie tre­le, ogród ciągnący się aż do Krańca Świa­ta, po którym bie­gała na bo­sa­ka z Ma­thil­de, wąwóz ze stru­mie­niem Af­fo­uche, na­mok­nięte od rosy, po­kry­te kro­pla­mi wody liście, noc, wiatr po­ru­szający tiu­lo­wy­mi fi­ran­ka­mi, re­chot żab i bzy­cze­nie ko­marów, to wszyst­ko gdzieś ist­niało, było bar­dziej praw­dzi­we od świa­ta re­al­ne­go, za­wie­rało w so­bie sed­no wiecz­ności.

– Kie­dyś w Roz­ilis – po­dej­mo­wała Ca­the­ri­ne – co rano bu­dziły nas tur­kaw­ki. Naj­pierw po ci­chu, pierw­sza za­czy­na wier­cić się w liściach rosnącego pod oknem ba­na­now­ca, za­le­d­wie świta, a one się już budzą, Maud i ja leżymy bez ru­chu w łóżkach, cze­kając, co będą da­lej robić; tur­kaw­ki kręcą się, otrze­pują piórka, jed­na wy­da­je pierw­sze gruch­nięcie, grrr, grrr, dru­ga jej od­po­wia­da gdzieś w półmro­ku, grrrrrrr…, i jesz­cze jed­na, i następna, bli­ziut­ko, tuż za oknem, tak bli­sko, że nie­mal ją czuję na po­licz­ku, czuję ciepło jej piórek, gru­cha co­raz głośniej, i na­gle wszyst­kie za­czy­nają głośno krzy­czeć, jak­by ktoś włączył sil­nik, słychać sze­lest piórek, można by sądzić, że nad­ciąga bu­rza i szu­mi wiatr, a noc na­gle od­cho­dzi…

Ciot­ka Ca­the­ri­ne za­wsze sie­działa wy­pro­sto­wa­na w fo­te­lu, z głową lek­ko obróconą w bok, wyglądała, jak­by płynęła w sza­rym po­wie­trzu po­ko­ju, uno­szo­na swo­imi wspo­mnie­nia­mi.

– Naj­bar­dziej ko­cham tę mu­zykę, nadal ją słyszę, leżę w łóżku, patrzę na otwar­te okno z drżącą od wia­tru mo­ski­tierą, Maud zasnęła mimo krzyków tur­ka­wek, nie boi się, kie­dy trzy­mam ją za rękę, z nie­ba napływa mu­zyka, ciągłe gru­cha­nie od cza­su do cza­su prze­ry­wa­ne przez wy­so­ki krzyk, ro­dzaj skar­gi, tur­kaw­ki są ta­kie małe i nie­win­ne jak Maud, boją się wstającego dnia, a jed­no­cześnie ra­dują pro­mie­nia­mi słońca, za chwilę sfruną z drzew i trze­począc skrzydłami, po­lecą nad da­chem, pro­sto na pola trzci­ny cu­kro­wej, w górę płynących wąwo­za­mi rzek… jak też one się na­zy­wają, te wszyst­kie rze­ki wokół Roz­ilis… Sèche, Ca­sca­des, Vauc­lu­se, Me­snil, Ebène, Ta­ta­ma­ka, Ma­gra­po­ule, Va­let­ta, Si­ma­the, Ma­gan­do, Bom­bay…

Wy­po­wia­dała te na­zwy, jak­by były naj­ważniej­sze na świe­cie, jak­by właśnie w tej chwi­li frunęła z pta­ka­mi wzdłuż rzek i stru­mie­ni, nad zie­lo­ny­mi łana­mi trzci­ny cu­kro­wej, ocza­mi ptaków patrząc na każdy wzgórek, każdą drogę po­krytą czer­woną zie­mią, każdy ko­min. Dla Je­ana te na­zwy również były zna­jo­me, jak­by się wśród nich uro­dził.

Ciot­ka Ca­the­ri­ne nie zda­wała so­bie spra­wy, że za­pa­da noc. Jean nie ośmie­lał się wstać i włączyć światło. Zresztą nie­mal wszyst­kie żarówki były prze­pa­lo­ne i nie miał kto ich wy­mie­nić. Było lato, dni stały się długie, na­wet przy za­pa­dającym zmro­ku było jesz­cze wid­no. Za­chodzące słońce złociło ścia­ny po­ko­ju. Później nad mia­stem po­ja­wiało się światło la­tar­ni, przez okna wpa­dał nie­co smut­ny różowy blask. A może żarówki są nie­po­trzeb­ne, za­sta­na­wiał się Jean. Czy tak właśnie było w cza­sach Roz­ilis? Wie­czo­ra­mi w wiel­kiej ja­dal­ni za­pa­la­no lampę naf­tową, w której płomie­niu ginęły la­tające mrówki. I to wszyst­ko.

Jean próbował żyć po­dob­nie jak ciot­ka Ca­the­ri­ne. Kie­dy wra­cał do domu, nie szedł do swo­je­go po­ko­ju, tyl­ko krążył po miesz­ka­niu, nie za­pa­lając światła. Sta­rał się za­pa­miętać usy­tu­owa­nie me­bli i drzwi. Którejś nocy oj­ciec spo­tkał go w ko­ry­ta­rzy­ku pro­wadzącym do to­a­le­ty, zaświe­cił w jego kie­run­ku la­tarką.

– Co tu ro­bisz po ciem­ku?

Ośle­pio­ny światłem la­tar­ki Jean stał bez ru­chu, mru­gając ocza­mi.

– Je­steś lu­na­ty­kiem?

Jean wrócił wściekły do łóżka. Oj­ciec mu­siał o tym wspo­mnieć mat­ce, gdyż na­za­jutrz Sha­ron za­py­tała Je­ana nie­spo­koj­nym to­nem:

– Od daw­na masz zwy­czaj spa­ce­ro­wać po nocy?

Jean wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie wiem, chy­ba tak, od daw­na.

– A pamiętasz, co wte­dy ro­bisz? Pamiętasz, czy wy­cho­dzisz cza­sem na dwór, ni­ko­mu o tym nie mówiąc?

Na co Jean od­parł:

– Nie, nie wy­chodzę. Po pro­stu łażę po ko­ry­ta­rzu, kie­dy nie mogę zasnąć.

– Ale dla­cze­go nie za­pa­lasz światła? Prze­stra­szyłeś nas…

A Jean od­po­wie­dział:

– Tre­nuję, to wszyst­ko.

Od wy­pad­ku oj­ciec miał słabe ner­wy. Bez­czyn­ność wywoływała w nim nie­pokój i złość. Jed­no­cześnie Jean czuł do nie­go głęboki sza­cu­nek za roz­licz­ne przy­go­dy, ja­kie przeżył w Ma­le­zji, życie, ja­kie pragnął roz­począć z żoną w Ipoh, późniejszą klęskę, za to wszyst­ko, o czym nig­dy nie chciał mówić.

Jean po­sta­no­wił zmie­nić za­sa­dy swo­jej eg­zy­sten­cji. Te­raz w dro­dze do szkoły sta­rał się iść z za­mkniętymi ocza­mi. Któregoś dnia za­kleił so­bie po­wie­ki kawałkami pla­stra. Szedł po uli­cy równym kro­kiem, le­wym ra­mie­niem przy­ci­skając do bio­dra książki i ze­szy­ty, z prawą ręką wyciągniętą do przo­du. Na pamięć znał wszyst­kie prze­szko­dy: la­tar­nie, słupy, stra­ga­ny, za­par­ko­wa­ne na chod­ni­ku ro­we­ry i sku­te­ry. Między ulicą Béri a szkołą było sie­dem skrzyżowań, niektóre z nich dość nie­bez­piecz­ne.

W żad­nym ra­zie nie mógłby pro­sić ko­go­kol­wiek o po­moc. Prze­cież ciot­ka Ca­the­ri­ne ni­ko­go o nic nie pro­siła. Mu­siał cze­kać na przejściu dla pie­szych, uważnie nasłuchując. Kie­dy szum jadących sa­mo­chodów na chwilę milkł i po­ja­wiał się war­kot sil­ników aut ru­szających z prze­czni­cy, Jean bez wa­ha­nia rzu­cał się do przo­du, jak człowiek, który wi­dzi. Raz Mar­tial, który zwy­kle dołączał do nie­go w dro­dze do szkoły, za­py­tał: „Co ci się stało z ocza­mi?”. Jean la­ko­nicz­nie od­po­wie­dział: „Nic, to tyl­ko eks­pe­ry­ment”. Przez jakiś czas Mar­tial szedł obok, wresz­cie Jean go przepędził. „Prze­szka­dzasz mi”. Mar­tial tyl­ko rzu­cił uwagę: „Zwa­rio­wałeś, ktoś cię prze­je­dzie”.

Na lek­cji hi­sto­rii Jean sta­rał się słuchać z za­mkniętymi ocza­mi. Od­krył, że ciem­ność wzma­ga jego uwagę. Czy­hał na każde słowo na­uczy­cie­la, czuł po­wstające i roz­wi­jające się zda­nia, które w nim wi­bro­wały jak me­lo­dia pio­sen­ki, za­pi­sując się głęboko w pamięci. Po zakończe­niu lek­cji mógł od­two­rzyć wszyst­ko, o czym mówił na­uczy­ciel, na­wet odgłosy uli­cy i trzesz­cze­nie krze­seł ko­legów. Ale to doświad­cze­nie było wy­czer­pujące.

Pogłoski o jego eks­pe­ry­men­cie szyb­ko się ro­zeszły i wzbu­dziły śmiech wśród ko­legów z kla­sy. Jean mu­siał prze­rwać próby, a we­zwa­nie do ga­bi­ne­tu dy­rek­to­ra po­sta­wiło kropkę nad i. „Uczeń Jean Mar­ro. Two­je postępo­wa­nie jest nie tyl­ko głupie i po­zba­wio­ne sen­su, ale po­nad­to nie­po­trzeb­nie roz­pra­sza ko­legów”.

Sha­ron przyszła do dy­rek­to­ra, żeby bro­nić syna – groźbę usu­nięcia ze szkoły zastąpiła zwykła na­ga­na. Oj­ciec Je­ana nie miał o ni­czym pojęcia. „Nig­dy więcej tego nie rób, Jean, pamiętaj, że tata jest bar­dzo cho­ry, mu­sisz o nim myśleć”. Po za­wa­le Ray­mond Mar­ro miał kłopo­ty z ser­cem. Kie­dy wrócił z Ma­le­zji, gdzie wszyst­ko utra­cił na sku­tek woj­ny z CT (Jean słyszał, jak oj­ciec mówi „siti”, któregoś dnia wresz­cie zro­zu­miał: com­mu­nist ter­ro­ri­sts), jego or­ga­nizm nie wy­trzy­mał. Cała ta hi­sto­ria, której Jean słuchał jed­nym uchem, była mu zna­na od dzie­ciństwa, hi­sto­ria, która wszyst­ko wyjaśniała: brak pie­niędzy, przygnębie­nie i upo­rczy­we mil­cze­nie ojca, mur, jaki wokół nich wyrósł. Raz tyl­ko, pod­czas roz­mo­wy o In­do­chi­nach czy Ma­da­ga­ska­rze, oj­ciec wy­ra­ził swo­je zda­nie. Po­wie­dział: „Ko­lo­nia­lizm to naj­większa hańba na­szych czasów”. I tyle. Ta­kie stwier­dze­nie, wy­po­wie­dzia­ne przez ofi­ce­ra ar­mii bry­tyj­skiej, miało swoją wagę.

Jean ogra­ni­czył więc eks­pe­ry­ment do ćwi­czeń bez świadków, we własnym po­ko­ju lub na klat­ce scho­do­wej. W tym również cza­sie opra­co­wał urządze­nie, ro­dzaj komórki fo­to­elek­trycz­nej, której sy­gnały miały być prze­syłane do ner­wu oczne­go. Ma­rzył, że wypróbuje swo­je „oko cy­klo­pa” na ciot­ce, włoży jej na głowę kask z urządze­niem przy­mo­co­wa­nym na środ­ku czoła, Ca­the­ri­ne po­dej­dzie po­wo­li do okna w sa­lo­nie, przez długą chwilę będzie stać bez ru­chu z lek­ko rozłożony­mi ra­mio­na­mi, po czym na­gle, w odru­chu młodzieńczej radości za­krzyk­nie: „Bogu niech będą dzięki! Widzę! Widzę pro­stokąt światła, widzę wszyst­ko! Słońce, nie­bo, domy na­prze­ciw­ko!”.

Jean wie­dział, że tak właśnie za­brzmią jej słowa, zwłasz­cza pe­wien był zda­nia „Bogu niech będą dzięki!”. Wie­dział również, że urządze­nie będzie wy­ma­gać do­pra­co­wa­nia, wy­mia­ny części połączeń, zwiększe­nia licz­by de­tek­torów, z których każdy będzie prze­ka­zy­wać inne pa­smo wid­ma, żeby w końcu ze świetl­nej mgły, jak zza za­pa­ro­wa­nej szy­by, wyłoniły się syl­wet­ki lu­dzi, ich twa­rze, żeby wszyst­ko było jak kie­dyś, w cza­sach Roz­ilis, żeby wraz ze wzro­kiem Ca­the­ri­ne od­zy­skała życie.

Au­ro­re de Som­me­rvil­le miała tyl­ko dwa lata więcej niż Jean, ale spra­wiała wrażenie dużo star­szej, od­ległej, jak ktoś, kto wie­le przeżył, do­rosła ko­bie­ta, za­ra­zem pociągająca i budząca lęk, która de­fi­ni­tyw­nie opuściła świat dzie­ciństwa.

Była w niej jakaś ta­jem­ni­ca, którą od razu do­strzegł, gdy tyl­ko zaczął przy­cho­dzić do La Ka­ta­vi­vy. Oj­ciec Je­ana twier­dził, że uro­dziła się w Ha­noi i nikt nie znał jej mat­ki. Kie­dy ge­ne­rał de Som­me­rvil­le wy­je­chał z In­do­chin, kil­ka lat przed klęską Fran­cji, za­brał ze sobą tę małą głucho­niemą dziew­czynkę, którą rze­ko­mo ad­op­to­wał, ale wszy­scy sądzi­li, że jest jego bio­lo­giczną córką. Po śmier­ci ge­ne­rała do jego miesz­ka­nia spro­wa­dziła się sio­stra wraz z pa­nem Gen­dre i Au­ro­re zo­stała z nimi, ale opo­wieści ro­dziców Je­ana przy­wo­dziły na myśl bajkę o Kop­ciusz­ku. Au­ro­re de Som­me­rvil­le miała być służącą tych strasz­nych lu­dzi, którzy okrop­nie ją trak­to­wa­li, wy­ko­rzy­stując fakt, że nie może się po­skarżyć. Nie cho­dziła do szkoły, nig­dy nie opusz­czała domu, chy­ba żeby to­wa­rzy­szyć Ca­the­ri­ne Mar­ro w za­ku­pach lub za­ro­bić parę gro­szy sprząta­niem. Żyła za­mknięta w tym wiel­kim miesz­ka­niu, dzi­ka i milcząca, miała wzrok ści­ga­ne­go zwierzęcia. Jean od­ga­dy­wał, że dzie­je się tam coś strasz­ne­go, nie wie­dział co, ale coś złego i okrop­ne­go. Na tym właśnie po­le­gała jej ta­jem­ni­ca.

Była nie­wy­so­kie­go wzro­stu. Pew­ne­go dnia, mi­jając ją na podeście piątego piętra, Jean od­krył, że jest od niej o kil­ka­naście cen­ty­metrów wyższy. Ale miała taki sposób by­cia, pa­trze­nia, który przy­wo­dził na myśl osobę do­rosłą.

Jean nie pamiętał, jak i kie­dy za­ko­chał się w Au­ro­re. Za­wsze wi­dział w niej młodą dziew­czynę, dziką i milczącą. Nie­ja­sno pamiętał, że kie­dyś, jesz­cze za życia ge­ne­rała, zo­ba­czył małą, cher­lawą dzie­wuszkę z war­ko­cza­mi, ubraną w far­tu­szek, stojącą w gru­pie do­rosłych przy drzwiach do miesz­ka­nia, zwykłą szarą myszkę. Po­now­nie uj­rzał ją wie­le lat później, kie­dy zaczął re­gu­lar­nie od­wie­dzać ciotkę Ca­the­ri­ne.

Tym­cza­sem Au­ro­re nie­co się oswoiła. Nie­kie­dy przy­sta­wała na scho­dach, pa­trzyła na Je­ana nie­obec­nym wzro­kiem, na pół skry­ta w ciem­nym ko­ry­ta­rzu, próbując coś po­wie­dzieć przy po­mo­cy gestów. Jean trochę się jej oba­wiał, choć za­ra­zem jej twarz i dziw­ne za­cho­wa­nie bar­dzo go pociągały. Stop­nio­wo do niej przy­wykł, cza­sem mówił parę słów, które ona od­czy­ty­wała z ruchów warg, ale nie był pe­wien, czy go ro­zu­mie.

Za pierw­szym ra­zem, gdy do nie­go po­deszła, bar­dzo bli­sko, z głową nie­co po­chy­loną do przo­du, trzy­mała coś w za­mkniętych dłoniach na brzu­chu, a kie­dy otwo­rzyła ręce, zo­ba­czył żółtą pu­chatą kulkę, ma­lut­kie­go kur­czacz­ka. Była Wiel­ka­noc, ze wsi przy­je­cha­li chłopi, roz­sta­wi­li sto­iska pod fi­la­ra­mi wia­duk­tu ko­le­jo­we­go i sprze­da­wa­li wa­rzy­wa, jaj­ka, żywe króliki, a je­den z nich ofia­ro­wał Au­ro­re kurczątko.

Au­ro­re jaśniała radością, po raz pierw­szy Jean wi­dział ją uśmiech­niętą. W obu dłoniach trzy­mała kur­czacz­ka, który zaczął wsta­wać, a z jego półotwar­te­go dziob­ka do­cho­dziły ci­che pi­ski. Au­ro­re próbowała coś do nie­go po­wie­dzieć, lecz z jej otwar­tych ust wy­do­sta­wał się ra­czej syk węża niż ćwier­ka­nie. Wi­dok ten moc­no Je­ana po­ru­szył.

Nig­dy by się nie zgo­dził z tymi, którzy twier­dzi­li, że Au­ro­re jest nie­nor­mal­na. Może nie tyle nie­nor­mal­na, ile pro­sto­dusz­na, bez jed­nej klep­ki, troszkę upośle­dzo­na. Któregoś dnia usłyszał, jak ro­dzi­ce tymi właśnie słowa­mi określają Au­ro­re, roz­ma­wiając o jej złym trak­to­wa­niu przez państwa Gen­dre, bez złośliwości, ale ze szczyptą współczu­cia, co wydało mu się nie­znośne. Zaczął krzy­czeć: „To nie­praw­da, nie­praw­da, prze­stańcie kłamać!”, tak wście­kle i tak łamiącym się głosem, że ro­dzi­ce na­tych­miast za­mil­kli, a później mat­ka przyszła do po­ko­ju Je­ana, żeby go prze­pro­sić, a jemu było za nią wstyd.

Au­ro­re miała buzię w kształcie ser­ca, ładne usta o czer­wo­nych war­gach, wy­stające kości po­licz­ko­we, ale Jean przede wszyst­kim ko­chał jej oczy, czar­ne jak aga­ty, skośne, cu­dow­nie wyciągnięte w kie­run­ku skro­ni, o wyraźnie za­ry­so­wa­nych kon­tu­rach, i ten jej błyszczący, a za­ra­zem nie­prze­nik­nio­ny wzrok, jakże zgod­ny z na­turą aga­tu. Cza­sa­mi, kie­dy ją spo­ty­kał, była ubra­na jak na bal, w wiet­namską krwi­sto­czer­woną suk­nię, z uma­lo­waną twarzą i falą czar­nych włosów opa­dającą na ra­mio­na. Kie­dy in­dziej po­wra­cała do wyglądu sza­rej, nie­po­zor­nej służącej, zga­szo­nej i smut­nej. Jean nie ro­zu­miał przy­czy­ny tych prze­mian. Wy­obrażał so­bie, że Au­ro­re stroi się na ja­kieś se­kret­ne uro­czy­stości, a po­tem jak Kop­ciu­szek spędza długie dni na wy­ko­ny­wa­niu prac na­ka­za­nych przez ma­cochę.

Od cza­su hi­sto­rii z kur­czacz­kiem Jean żył w ocze­ki­wa­niu na przy­pad­ko­we spo­tka­nia na podeście piątego piętra. Tyl­ko raz spo­tkał Au­ro­re na uli­cy Re­ine-Je­an­ne, nie­da­le­ko wia­duk­tu ko­le­jo­we­go. Nie wra­cała z za­kupów. Miała dziw­ny wy­raz twa­rzy, za­ra­zem prze­stra­szo­ny i nie­cier­pli­wy. Na wi­dok Je­ana uśmiechnęła się. Wokół war­czały sa­mo­cho­dy, zgrzy­tały koła jadącego przez wia­dukt pociągu, nad ulicą uno­siła się mgiełka nie­bie­skich spa­lin. Au­ro­re jaśniała w słońcu. Była ubra­na w swoją krwi­sto­czer­woną suk­nię, jej ostro uma­lo­wa­na twarz lśniła jak księżyc. Z bijącym ser­cem Jean zbliżył się, a Au­ro­re zro­biła coś ab­so­lut­nie nie­wia­ry­god­ne­go – pocałowała go. Za­le­d­wie lek­kie muśnięcie ust na po­licz­ku, lecz przez chwilę Jean po­czuł do­tyk jej ciała, ko­smy­ki włosów prze­su­wające się po jego ustach, jak­by słodki za­pach tra­wy, jej twarz tak bli­sko jego twa­rzy, za­pach pu­dru ryżowe­go na jej po­licz­kach. Jej skóra była zupełnie gładka, brwi wy­sku­ba­ne, war­gi po­kry­te sia­teczką pio­no­wych zmarsz­czek. Przez krótką chwilę wi­dział ją z bli­ska, jak nig­dy przed­tem, wdy­chał za­pach jej skóry i je­dwab­nej suk­ni, za­pa­miętywał ide­al­ny ry­su­nek jej po­wiek, ciemną kreskę wokół oczu, kończącą się na fałdkach w wewnętrznych kąci­kach, a przede wszyst­kim ko­lor jej oczu, atra­men­to­wo­czar­ne tęczówki, w których do­strze­gał własne od­bi­cie.

– Jak się czu­je twój kur­cza­czek?

Za­dając py­ta­nie, złożył dłonie, jak­by w nich coś trzy­mał. Jesz­cze raz się uśmiechnęła i zro­biła gest, jak­by coś wy­rzu­cała. Jean nie zro­zu­miał, pomyślał, że kur­cza­czek zgu­bił się lub zo­stał pożarty przez jed­ne­go z roz­licz­nych kotów, do­kar­mia­nych przez ma­de­mo­isel­le Pi­cot.

Przez chwilę sta­li nie­ru­cho­mo na skra­ju chod­ni­ka, oto­cze­ni szu­mem sa­mo­chodów, którego Au­ro­re nie mogła słyszeć. Słońce rozświe­tlało jej włosy, sypało iskra­mi. Prze­chod­nie rzu­ca­li ukrad­ko­we spoj­rze­nia na tę nie­zwykłą, ubraną jak chińska lal­ka dziew­czynę i na stojącego obok niej chłopca, którzy wyglądali, jak­by cze­ka­li na au­to­bus, pociąg czy Bóg wie co jesz­cze. Po­tem nad­szedł wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny mężczy­zna w ele­ganc­kim ja­sno­sza­rym gar­ni­tu­rze z dwurzędową ma­ry­narką, mężczy­zna, w którym Jean in­stynk­tow­nie roz­po­znał woj­sko­we­go. Pod­szedł do Au­ro­re. W ręku trzy­mał bu­kie­cik kwiatów. Pa­trzył tyl­ko na nią, nie rzu­cając ani jed­ne­go spoj­rze­nia na chłopca, który nie­zgrab­nie stał na skra­ju chod­ni­ka. Wziął Au­ro­re pod rękę i ode­szli, zginęli w tłumie. Po raz pierw­szy Jean po­czuł ukłucie w ser­cu. W ułamku se­kun­dy zro­zu­miał, że Au­ro­re mu się wy­my­ka, wy­je­dzie z tym mężczyzną, po­rzu­ci La Ka­ta­vivę i znik­nie na za­wsze.

*

Szkoła dla chłopców była ka­mien­nym, brud­nym więzie­niem, zbu­do­wa­nym wokół po­kry­te­go as­fal­tem dzie­dzińca, na którym rosły wy­so­kie kasz­ta­now­ce. Kie­dy Jean przy­szedł tu po raz pierw­szy, mając za­le­d­wie osiem lat, po rocz­nym po­by­cie w Ipoh w Ma­le­zji, zro­zu­miał, że jego życie nig­dy już nie będzie ta­kie samo. Tu­taj pa­no­wała nie­mal nie­ustan­na woj­na.

Mal­cy z naj­niższych klas prze­cho­dzi­li przez dzie­dzi­niec z głową wciśniętą między ra­mio­na, go­to­wi na wszel­kie nie­bez­pie­czeństwa. Pod­czas dużej prze­rwy, o dzie­siątej, z bu­dyn­ku wy­le­wał się tłum, dwa tysiące uczniów nad­bie­gających ze wszyst­kich stron, z klas na par­te­rze, z sali gim­na­stycz­nej, z warsz­tatów w piw­ni­cach, z wyższych pięter, sta­da chłopaków w najróżniej­szym wie­ku. Wy­cho­wawców było zbyt mało, żeby utrzy­mać porządek, a zresztą byli zbyt kiep­sko opłaca­ni, aby podjąć ta­kie ry­zy­ko. Najmłodsi wie­dzie­li, że należy trzy­mać się jak naj­bliżej alei cen­tral­nej, po której spa­ce­ro­wa­li na­uczy­cie­le. Nie wszy­scy star­si byli źli lub okrut­ni, ale wszy­scy byli kom­plet­nie obojętni na nieszczęścia młod­szych, za­pew­ne dla­te­go że sami kie­dyś przez to prze­szli. Gdy któryś ma­luch dawał się złapać czter­na­sto­lat­ko­wi, który wykręcał mu ręce lub zakładał nel­so­na, po­zo­sta­li od­su­wa­li się i uda­wa­li, że nic nie widzą. Cza­sem przyglądali się kątem oka, nie prze­ry­wając roz­mo­wy, jak­by sce­ny te od­by­wały się w ja­kimś in­nym świe­cie, między małpami lub dzi­ki­mi świ­nia­mi.

Jean na­uczył się, że naj­większe nie­bez­pie­czeństwa czy­hają w oko­li­cy la­tryn. Żaden z ma­luchów nie zbliżał się do nich bez to­wa­rzy­stwa. Jean za­wsze sta­rał się wy­cho­dzić na siu­siu pod­czas lek­cji, pod wa­run­kiem uzy­ska­nia zgo­dy na­uczyciela, lub za­raz po wejściu do szkoły, o dzie­wiątej rano, cho­ciaż wie­dział, że za spóźnie­nie gro­zi koza, albo też po­wstrzy­my­wał się do końca lek­cji, na­wet za cenę ośmie­sze­nia się, gdy­by nie dał rady.

La­try­ny, wy­po­sażone w tu­rec­kie musz­le klo­ze­to­we i wa­hadłowe drzwi, znaj­do­wały się na końcu dzie­dzińca. Ich ścia­ny były po­kry­te ob­sce­nicz­ny­mi ry­sun­ka­mi i na­pi­sa­mi, po­sadz­ka odrażająco brud­na.

Kie­dy Jean po raz pierw­szy chciał tam wejść, uj­rzał tak obrzy­dli­wy wi­dok, że za­stygł bez ru­chu na pro­gu. Za­miast od daw­na stłuczo­nej żarówki z su­fi­tu zwi­sała za­krwa­wio­na kość imi­tująca pe­ni­sa we wzwo­dzie. Od tego dnia Jean uni­kał wcho­dze­nia do la­tryn. Po­wstrzy­my­wał się do lek­cji wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go i ko­rzy­stał z ubi­ka­cji przy sali gim­na­stycz­nej, gdzie drzwi za­my­kały się na klucz. Było tu równie brud­no, ale przy­najm­niej bez­piecz­nie. Ko­le­dzy za­zwy­czaj si­ka­li w krza­kach, jeśli byli pew­ni, że nikt ich nie wi­dzi. Jean często zo­sta­wał w nie­dzielę w ko­zie, ale jeśli człowiek jest mały i bez­bron­ny, wszyst­ko jest lep­sze niż wi­zy­ta w tych przeklętych la­trynach, gdzie po­dob­no miały miej­sce ja­kieś strasz­ne hi­sto­rie, na­pa­dy, po­ja­wia­li się eks­hi­bi­cjo­niści, fa­ce­ci, którzy się ona­ni­zują, a na­wet go­rzej.

Dy­rek­tor szkoły był wy­so­ki, ner­wo­wy, miał sztuczną rękę ob­le­czoną w ręka­wiczkę ze skóry i nosił budzące lęk na­zwi­sko Mâche­fer1. Pod jego rządami w szko­le pa­no­wała nie­mal woj­sko­wa dys­cy­pli­na, krążyła zresztą le­gen­da, że kie­dyś służył w pie­cho­cie, miał sto­pień ka­pi­ta­na, a prawą dłoń stra­cił pod­czas pod­no­sze­nia miny w In­do­chi­nach. Inna wer­sja mówiła, że był tor­tu­ro­wa­ny przez Viet­min, opraw­cy zmiażdżyli mu rękę w ma­szyn­ce do mie­le­nia mięsa. Do uczniów zwra­cał się w trze­ciej oso­bie, a kie­dy miał im coś do prze­ka­za­nia, nie­odmien­nie za­czy­nał prze­mowę od: „Moi mali przy­ja­cie­le…”. Kie­dy był zły, używał sfor­mułowa­nia nawiązującego do jego wo­jen­nych doświad­czeń: „Je­steście gor­si niż Viet­min (co wy­ma­wiał „Viet­minh”), bo ata­ku­je­cie od tyłu!”.

Mat­ka Je­ana, która była wierząca, za­pi­sała syna na lek­cje re­li­gii, ale Jean szyb­ko znie­na­wi­dził małą szkolną ka­plicę. Ksiądz Co­tençon, który od­pra­wiał tam msze i na­uczał ka­te­chi­zmu, miał różową cerę, kręcone blond włosy, był nie­duży, okrąglut­ki i moc­no za­in­te­re­so­wa­ny małymi chłopca­mi. Z bie­giem lat Jean całkiem zniechęcił się do na­uki re­li­gii, zwłasz­cza do wi­zyt w szkol­nej ka­plicy, gdzie pod­czas mszy za­wsze tra­fiał się jakiś kre­tyn, który w uro­czy­stym mo­men­cie Pod­nie­sie­nia pusz­czał głośnego bąka. Ra­zem z Mar­tia­lem i pa­ro­ma in­ny­mi ko­le­ga­mi wy­my­ka­li się z mszy i szli na par­king przy ka­plicy wy­pa­lić pa­pie­ro­sa, ry­zy­kując, że przyłapie ich Mâche­fer, którego miesz­ka­nie służbowe mieściło się tuż obok.

Bez wątpie­nia naj­bar­dziej ka­ry­ka­tu­ralną po­sta­cią szkoły był na­uczy­ciel fran­cu­skie­go, nie­ja­ki Le­su­eur, któremu ucznio­wie, nie wie­dzieć cze­mu, nada­li prze­zwi­sko Pla­zma. Jean nie mógł zro­zu­mieć, jak można upaść tak ni­sko. Mijało po­ko­le­nie za po­ko­le­niem, a Pla­zma wciąż był obiek­tem żartów całej szkoły. Opo­wieści o bałaga­nie pa­nującym na jego lek­cjach z góry ska­zy­wały go na nie­po­wo­dze­nie.

Na początku każdego roku szkol­ne­go Pla­zma łudził się, że tym ra­zem będzie in­a­czej, le­d­wie jed­nak wkra­czał do kla­sy, nie mógł po­wie­dzieć na­wet dwóch słów, gdyż jego głos ginął w ogólnym hałasie. Ucznio­wie wrzesz­cze­li, śpie­wa­li, gwiz­da­li, wa­li­li w ławki jak w bęben. Niektórzy rzu­ca­li różnego ro­dza­ju po­ci­ska­mi, kul­ka­mi pa­pie­ru, sta­ry­mi gu­ma­mi do żucia, a na­wet go­to­wa­ny­mi kar­to­fla­mi, które chłopcy miesz­kający w in­ter­na­cie spe­cjal­nie w tym celu przy­no­si­li ze stołówki. Pla­zma po­chy­lał głowę i zno­sił wszyst­ko.

Jean za­sta­na­wiał się, jak można go­dzić się na ta­kie trak­to­wa­nie i dzień po dniu bez słowa sprze­ci­wu przy­cho­dzić do szkoły, jak zwierzę pro­wa­dzo­ne na rzeź. Kie­dy Pla­zma sta­wał w drzwiach, Jean czuł jego strach przed tą hałastrą chłopaków o wro­go błyszczących oczach. Wy­star­czało jed­no słowo, je­den znak, a nie­uchron­nie za­czy­nały się krzy­ki i drwi­ny. Jean wi­dział strach na­uczy­cie­la, jego ser­ce za­czy­nało bić szyb­ciej, za­ra­zem w po­czu­ciu lęku i pod­nie­ce­nia.

Pew­ne­go dnia, kie­dy Pla­zma przy­szedł jak zwy­kle, ku­lejąc, w wy­tar­tym gar­ni­tu­rze i pomiętym kra­wa­cie, po­wie­sił na wie­sza­ku ka­pe­lusz i laskę, Jean przyłączył się do roz­ra­biających ko­legów. To było jak przypływ niekłama­nej radości – wy­da­wać wrza­ski i jak najgłośniej wy­krzy­ki­wać obe­lgi, czuć tę falę ude­rzającą w na­puch­niętą twarz na­uczy­cie­la, zmie­niającą jej kształt, kreślącą bruz­dy wokół ust, budzącą drga­nia skóry na podbródku. Kul­ki pa­pie­ru, ścier­ki, ogryz­ki fru­wały po kla­sie, a Pla­zma chro­nił się, sia­dając za stołem, kładąc ręce na bla­cie, nie­ru­cho­mo, z błyszczącymi ocza­mi za szkłem oku­larów, bacz­nie śledząc pełne nie­na­wiści twa­rze, jak­by pragnął na za­wsze za­pa­miętać ten ob­raz. Tego właśnie dnia Jean zro­zu­miał, że nig­dy nie będzie należeć do tego miej­sca, że jego ko­rze­nie znaj­dują się gdzie in­dziej. Tego właśnie dnia zde­cy­do­wał się na Roz­ilis.

*

Był jakiś se­kret. Jean nie miał co do tego wątpli­wości. Może cho­dziło o samą nazwę, La Ka­ta­vi­va, ta­jem­ni­cze sy­la­by, których się na­uczył, le­d­wie zaczął mówić, które za­brał ze sobą na ko­niec świa­ta, aż na wzgórza Ma­le­zji. Jego mat­ka, za każdym ra­zem, gdy so­bie to przy­po­mi­nała, opo­wia­dała ze śmie­chem, jak za­miast mówić „mama” i „tata”, po­wta­rzał tyl­ko to jed­no słowo: La Ka­ta­vi­va! La Kat­ta-viva! Gdy­by nie ta na­zwa, myślał Jean, może nig­dy nie byłoby żad­ne­go se­kretu, drżenia w głębi du­szy, błysku ma­gii.

Dla­cze­go ciot­ka Ca­the­ri­ne opuściła Mau­ri­tiu­sa i raj w Ebène, dla­cze­go przy­je­chała spędzić resztę życia w tym właśnie miesz­ka­niu, na tej uli­cy, w tym mieście, tak okrut­nym dla lu­dzi nieszczęśli­wych? Lecz py­ta­nie to w umyśle Je­ana nig­dy się nie po­ja­wiło w tak ra­cjo­nal­nym kształcie. Słyszał za­le­d­wie strzępy opo­wieści, do­strze­gał go­rycz ojca mówiącego o Roz­ilis, wspo­mi­nającego fe­ralną datę 1 stycz­nia 1910 roku, kie­dy to nastąpił wy­jazd, wi­dział jego złość na dźwięk na­zwi­ska Paba, zarządcy ka­mie­ni­cy, który re­gu­lar­nie gro­ził ciot­ce Ca­the­ri­ne eks­misją i od­ma­wiał do­ko­ny­wa­nia ja­kich­kol­wiek na­praw. Kom­bi­na­cje tego łase­go na pie­niądze tłuścio­cha, próbującego zmu­sić ciotkę do wy­pro­wadz­ki, sto­sy gru­zu wy­rzu­ca­ne pod jej drzwia­mi, ster­ty sta­rych de­sek, a na­wet musz­la klo­ze­to­wa, którą pew­ne­go dnia po­sta­wił na podeście schodów, wszyst­ko po to, aby starą, nie­wi­domą damę odesłać do szpi­ta­la. Wy­da­rze­nia te mie­szały się z odrażającą hi­sto­rią nie­ja­kie­go Che­mi­na, biz­nes­me­na, który ro­dzinę Mar­ro do­pro­wa­dził do ru­iny. Ray­mond Mar­ro do­sta­wał szału. W owym cza­sie był jesz­cze zdro­wym, sil­nym mężczyzną. Wście­kle wrzesz­czał: „Już ja temu gnoj­ko­wi nakładę po py­sku!”. Nie było ja­sne, czy cho­dzi mu o Che­mi­na, czy o tego wstrętne­go Pabę.

Paba nie po­ja­wiał się nig­dy. Nie od­po­wia­dał na te­le­fo­ny, jego ga­bi­net był za­wsze za­mknięty. Co rano se­kre­tar­ka sta­wała in­te­re­san­tom na dro­dze, przyj­mo­wała do wia­do­mości, co mówili, ale nig­dy tego nie prze­ka­zy­wała sze­fo­wi. Paba opo­wia­dał obrzy­dli­we rze­czy o ciot­ce Ca­the­ri­ne – że jest starą wa­riatką, którą należy za­mknąć w szpi­ta­lu dla umysłowo cho­rych, że żyje w bru­dzie, że z jej winy w bu­dyn­ku roz­ple­niło się ro­bac­two.

Jean ma­rzył, że któregoś dnia, wy­chodząc z domu, spo­tka Pabę, po­dej­dzie pew­nym kro­kiem i spuści mu ta­kie la­nie, że tam­ten za­cznie wresz­cie błagać o litość. Nig­dy go nie wi­dział, ale był pe­wien, że po­tra­fi roz­po­znać tego wy­so­kie­go, zwa­li­ste­go mężczyznę o czar­nych jak węgiel brwiach i dzi­kim wzro­ku, po­dob­ne­go do po­li­cjan­ta, który w Brzdącu ścigał Char­lie­go Cha­pli­na i Jac­kie­go Co­oga­na.

W rze­czy­wi­stości se­kret był znacz­nie star­szy niż cza­sy La Ka­ta­vi­vy. Star­szy niż lata młodości Ca­the­ri­ne w Roz­ilis. To mu­siał być se­kret sprzed na­ro­dzin, myślał Jean, sprzed wo­jen, z bar­dzo, bar­dzo daw­nych czasów.

Se­kret zza sied­miu mórz, który spra­wił, że ro­dzi­na Mar­ro utra­ciła ko­rze­nie, nie tyl­ko Roz­ilis, będące osta­tecz­nie ta­kim sa­mym do­mem jak inne, ale i całą wyspę Mau­ri­tius, nie­bo, góry, rze­ki, zakątki o swoj­sko brzmiących na­zwach, sta­re drze­wa, które każdym list­kiem po­tra­fiły mówić, lu­dzi, którzy tam do­ra­sta­li i z którymi po­win­no się wszyst­ko dzie­lić; to wszyst­ko znikło, a ro­dzi­na Mar­ro mu­siała się wy­pro­wa­dzić. Pod­czas woj­ny przy­je­chała do Eu­ro­py, gdzie po­niosła poważne stra­ty, niektórzy jej człon­ko­wie od razu zginęli na polu wal­ki, jak Si­mon Mar­ro na sa­mym początku, inni zmar­li od trosk, jak oj­ciec ciot­ki Ca­the­ri­ne, lub po­wa­le­ni hisz­panką pod ko­niec, jak jej mat­ka. W Paryżu Ca­thy i Maud wy­prze­da­wały, co tyl­ko się dało, imały się różnych spo­sobów, aby przeżyć. Ca­the­ri­ne, która lubiła ry­so­wać, pra­co­wała naj­pierw w wytwórni abażurów, po­tem jako ro­bot­ni­ca w zakładach Pathé. Gdy na­deszła następna woj­na, Ma­thil­de zmarła na gruźlicę, z wy­cieńcze­nia, bo bra­ko­wało le­karstw, je­dze­nia, węgla do ogrze­wa­nia.

Nie­kie­dy Ca­the­ri­ne wyciągała dla Je­ana al­bum zdjęć ro­dzin­nych ze złoco­nym grzbie­tem, ozdo­bio­ny czer­wo­ny­mi ara­be­ska­mi na czar­nym tle, kładła go na sto­le i prze­wra­cała ko­lej­ne kart­ki, jak­by była w sta­nie wi­dzieć. Opusz­ka­mi palców wo­dziła po każdej fo­to­gra­fii, przy­po­mi­nając so­bie, co przed­sta­wia. Za­trzy­my­wała się przy jed­nym z nie­licz­nych zdjęć Roz­ilis, na którym stała z siostrą w ogro­dzie: chu­da, sied­mio­let­nia dziew­czyn­ka w czar­nej su­kien­ce, z burzą czar­nych włosów, przez które przy­po­mi­nała Cy­gankę, a obok niej siedząca na ni­skim ta­bo­re­cie Ma­thil­de, blon­dy­necz­ka o ja­snej kar­na­cji i dużych sza­rych oczach, tak łagod­nych, że pra­wie nie­wi­docz­nych, ze spoj­rze­niem nie­obec­nym, zgu­bio­nym, nie­co spłoszo­nym.

– To była moja je­dy­na miłość – ma­wiała Ca­the­ri­ne.

Jean wpa­try­wał się w zdjęcie z taką uwagą, że aż mu się robiło słabo. Było tu wszyst­ko, co so­bie wy­obrażał o Roz­ilis, na zni­kającym tle w ko­lo­rze se­pii, na za­trzy­ma­nych w cza­sie twa­rzach dwóch dziew­czy­nek, gdzieś da­le­ko, bar­dzo daw­no temu. Za nimi można było do­strzec ko­lu­mien­ki we­ran­dy, drew­nia­ne scho­dy, rośliny w do­nicz­kach, or­chi­dee i le­d­wo wi­docz­ne wy­so­kie drzwi bal­ko­no­we sy­pial­ni z przy­mkniętymi okien­ni­ca­mi. Tak było kie­dyś, daw­niej, kie­dy wszyst­ko wy­da­wało się pro­ste, jak­by miało trwać przez całą wiecz­ność.

Ciot­ka Ca­the­ri­ne za­trzy­my­wała się nie­co dłużej przy ślub­nym zdjęciu swo­ich ro­dziców. W 1880 roku, gdy wy­sia­da­li ze stat­ku na Mau­ri­tiu­sie, Jean Char­les i Désirée byli tak młodzi, tak ślicz­ni – tego właśnie słowa używała Ca­the­ri­ne – tak ele­ganc­cy: on z długi­mi włosa­mi i ro­man­tyczną brodą, w ciem­nym, wciętym w pa­sie sur­du­cie z sze­ro­ki­mi ra­mio­na­mi, ona w białej su­kien­ce z odro­biną ko­ron­ki przy szyi, z pa­skiem ota­czającym wąską talię, z ciem­nymi włosa­mi, bez ka­pe­lu­sza, bez ręka­wi­czek, praw­dzi­wa wiej­ska pa­nien­ka. Przy­je­chała z Bre­ta­nii, aby pra­co­wać jako gu­wer­nant­ka u pary An­glików i opie­ko­wać się ich dziećmi, na pokładzie „Com­man­dant-Hoëdic” po­znała Je­ana Char­les’a, który właśnie ukończył stu­dia praw­ni­cze w Lon­dy­nie. Ciot­ka Ca­the­ri­ne za­wsze opo­wia­dała tę hi­sto­rię od sa­me­go początku, za każdym ra­zem do­dając ja­kieś szczegóły. Po­bra­li się w Port Lo­uis, pra­wie bez świadków, Désirée zre­zy­gno­wała z pra­cy u An­glików, Jean Char­les za­pro­po­no­wał, że zwróci im za jej podróż, ale oni się nie zgo­dzi­li, prze­ciw­nie, ku­pi­li Désirée wy­prawę ślubną, była prze­cież taka bied­na, jej oj­ciec umarł w Lo­rien­cie, kie­dy była jesz­cze dziec­kiem, od wcze­snej młodości mu­siała pra­co­wać na swo­je utrzy­ma­nie.

Kil­ka kar­tek da­lej Jean roz­ma­rzył się przed por­tre­tem dziad­ka Ca­the­ri­ne, Char­les’a, i jego żony, Lise d’Arza­no. Bab­cia d’Arza­no w ostat­nich la­tach życia, które spędziła w klasz­to­rze w Mahébo­ur­gu, jak zwy­kle ubra­na na czar­no, z wy­stającymi kośćmi po­licz­ko­wy­mi, krótkim no­skiem, ja­sny­mi ocza­mi i burzą czar­nych włosów ze­bra­nych w kok. Jean uważał, że Au­ro­re de Som­me­rvil­le jest do niej po­dob­na. „Sta­ra Chin­ka – ma­wiała Ca­the­ri­ne, jak­by od­ga­dując jego myśli. – Chin­ka o nie­bie­skich oczach, w ty­pie lapońskim, zresztą tata za­wsze mówił, że kie­dyś tam po­je­dzie z mamą, osie­dlić się w La­po­nii, u ro­dzi­ny swo­jej mat­ki”. Prze­sunęła dłońmi po twa­rzy Je­ana, jak za­wsze pod­czas jego wi­zyt, i po­wie­działa: „Przy­po­mi­nasz swo­je­go pradziad­ka, je­steś chu­dy, z wydłużoną czaszką, ale masz wy­stające kości po­licz­ko­we pra­bab­ki d’Arza­no, bez dwóch zdań”.

Na ko­lej­nym zdjęciu Char­les stał w ogro­dzie w Roz­ilis. Rośliny wyglądały jak kar­to­no­wa de­ko­ra­cja, z wyjątkiem wiel­kiej, roz­po­star­tej jak wa­chlarz ra­we­na­li. „To Char­les ją po­sa­dził, przy­wiózł sa­dzonkę z Ma­da­ga­ska­ru, gdy po­je­chał ku­po­wać plan­tację kawy. Kie­dy nas wy­rzu­co­no, ci ban­dy­ci od Che­mi­na wy­rwa­li drzew­ko z ko­rze­nia­mi, Si­mon zginął we Fran­cji pra­wie w tym sa­mym cza­sie, w lu­tym tysiąc dzie­więćset piętna­ste­go roku. Dzia­dek Char­les zmarł mie­siąc później i za­wsze uważałam, że to wszyst­ko jakoś się łączy: śmierć Si­mona, śmierć wiel­kiej ra­we­na­li i śmierć dziad­ka Char­les’a”.

Na zdjęciach wszy­scy spra­wia­li wrażenie nie­zwy­ciężonych, połączo­nych jakąś nie­zwy­kle silną więzią, jeśli jed­nak przyglądało się bacz­niej, można było do­strzec le­ciut­ki dreszcz, nie­mal nie­zau­ważalne drżenie, gdyż to nie życie jest kru­che, lecz wiecz­ność.

Jean przy­cho­dził do La Ka­ta­vi­vy, aby uczest­ni­czyć w tych wątpli­wościach, w tym dresz­czu, aby po­znać se­kret, którego Ca­thy była ostat­nią strażniczką.

Nie pamiętał już, jak to się zaczęło. Kie­dy był mały, po po­wro­cie z Ma­le­zji od cza­su do cza­su przy­cho­dził z matką na grzecz­nościo­we wi­zy­ty do ciot­ki Ca­the­ri­ne. Pamiętał, że jej chu­dość, wy­blakłe oczy i ręce do­ty­kające jego twa­rzy za­wsze bu­dziły w nim lęk. Wy­da­wała mu się równie obca jak resz­ta ro­dzi­ny, na przykład ciot­ka Eléono­re, która miesz­kała w domu pełnym roślin i kotów, albo wu­ja­szek Wa­nia, w rze­czy­wi­stości ko­cha­nek Eléono­re, którego nie­ustan­nie wy­ga­niała do garażu, gdzie pra­co­wał nad ni­ko­mu nie­po­trzeb­ny­mi wy­na­laz­ka­mi.

Kie­dy Jean skończył dwa­naście czy trzy­naście lat, zaczął przy­cho­dzić częściej, za­uro­czo­ny se­kre­tem. Wte­dy właśnie po­wstał ry­tuał La Ka­ta­vi­vy, ma­czan­ki z chałki, al­bum ze zdjęcia­mi i nie­kończące się opo­wieści o Roz­ilis.

Po wyjściu ze szkoły, za­miast wra­cać do domu, szedł w stronę dwor­ca i uli­cy Re­ine-Je­an­ne, wcho­dził na scho­dy, słuchając nie­spo­koj­nych tre­li ka­nar­ka, z ser­cem prze­pełnio­nym na­dzieją i nie­pew­nością.

Ca­the­ri­ne była tak od­mien­na od lu­dzi, których znał. Nie z po­wo­du śpiew­ne­go ak­cen­tu, nie z po­wo­du okrzy­ku „Słodki Jezu!”, jaki wzno­siła, gdy coś ją złościło, nie z po­wo­du ciągłego mie­sza­nia słów kre­ol­skich i fran­cu­skich. Wszyst­ko to je­dy­nie wzmac­niało po­czu­cie nie­zwykłości. Była od­mien­na dla­te­go, że wy­da­wała się po­cho­dzić z in­ne­go świa­ta, z in­nych czasów.

Nie miało to nic wspólne­go z wie­kiem. Ciot­ka Eléono­re i wu­ja­szek Wa­nia byli równie sta­rzy jak ona. Wszędzie można było spo­tkać sta­rych lu­dzi, z ich ma­nia­mi i myśle­niem z in­nej epo­ki, jakże chętnie mówiących: „Za mo­ich czasów…”. Ca­the­ri­ne na­to­miast wyglądała, jak­by wyszła pro­sto z ja­kiejś baj­ki. Może zasnęła dwieście lat temu i na­gle prze­bu­dziła się w na­szym stu­le­ciu, w ob­cym mieście, przy­cup­nięta na pod­da­szu ka­mie­ni­cy. A może żyła in­nym ryt­mem, jak bar­dzo sta­re drze­wo, które bez uszczerb­ku prze­trwało woj­ny i pożary, je­dy­nie co­raz bar­dziej usy­chało i po­kry­wało się bruz­da­mi. Jak­by jej kraj, ro­dzi­na, przy­ja­cie­le z dzie­ciństwa, jak­by wszyst­ko, co znała, znikło, po­zo­sta­wiając ją samą w miesz­ka­niu, po którym się po­ru­szała po omac­ku, uwięzio­na w swo­jej śle­po­cie.

Ca­the­ri­ne po­sia­dała wiedzę o rze­czach, o których nikt inny nie miał pojęcia. O rze­czach daw­nych, które za­ko­rze­niały się w ser­cu Je­ana. To właśnie był ów se­kret. Rze­czy, które po­zwa­lały mu zro­zu­mieć, dla­cze­go jest właśnie tym, kim jest, Je­anem Mar­ro, od­mien­nym od po­zo­stałych chłopców w jego wie­ku, skrępo­wa­nym, nieszczęśli­wym, nie­zgrab­nym.

Cza­sem mu to mówiła. Lek­kim to­nem, ale wie­dział, że ta nie­fra­so­bli­wość jest uda­wa­na. „Pamiętaj, że jak ja po­cho­dzisz z ro­dzi­ny Mar­ro, z Roz­ilis, je­steś po­tom­kiem tego Mar­ro, który wszyst­ko po­rzu­cił, aby osie­dlić się na Mau­ri­tiu­sie, je­steś tej sa­mej krwi, je­steś nim”. Mówiła to, przy­ci­skając dłonie do skro­ni Je­ana, a przez nie­go prze­bie­gał dreszcz. „On jest w to­bie, powrócił, aby żyć w to­bie, w two­im życiu, w two­ich myślach. Mówi przez cie­bie. To, co ja ci opo­wia­dam, nie ma zna­cze­nia, bo to on będzie do cie­bie mówić. Jeśli posłuchasz uważnie, usłyszysz go. Dla mnie to się skończyło, życie było zbyt długie, już go nie słyszę, mam zbyt wie­le wspo­mnień, zbyt wie­le zmar­twień, życie rzu­ciło na mnie cień, ale ty, Jean, je­steś wol­ny, i to cie­bie wy­brał”.

Tyl­ko raz opo­wie­działa mu hi­sto­rię ro­dzi­ny. Jak jej dzia­dek Char­les poślubił Lise, gdy miała za­le­d­wie sie­dem­naście lat, pod­czas jej podróży z oj­cem do In­dii w 1860 roku. Mie­li tyl­ko synów: Je­ana Char­les’a, ojca Ca­thy, Ray­mon­da, który po­zo­stał bez­dziet­ny, i najmłod­sze­go, Thadée, który ożenił się dwu­krot­nie i od którego zaczął się upa­dek Roz­ilis. Skrótowa wędrówka przez po­ko­le­nia wpra­wiała w zawrót głowy. Ca­the­ri­ne, uro­dzo­na w 1890 roku, jako dziec­ko znała Char­les’a Mar­ro, uro­dzo­ne­go w 1833 roku, który znał swo­je­go dziad­ka Je­ana Eu­des’a, uro­dzo­ne­go w Ru­nel­lo w 1770 roku! Roz­ma­wiał z nim, trzy­mał go za rękę pod­czas wspólnych spa­cerów główną aleją ogro­du w Roz­ilis, może na­wet ra­zem płynęli sta­tecz­kiem do Port Lo­uis i wędro­wa­li po La Chaussée, aż do ogrodów Kom­pa­nii. W wy­pad­ku Lise d’Arza­no zawrót głowy był jesz­cze bar­dziej ude­rzający. Uro­dzo­na w 1849 roku, pod­czas woj­ny fran­cu­sko-pru­skiej miała dwa­dzieścia lat, w mo­men­cie wy­bu­chu pierw­szej woj­ny świa­to­wej miała lat sześćdzie­siąt pięć i za­le­d­wie paru mie­sięcy za­brakło, aby po­znała kosz­mar dru­giej. Lecz nig­dy nie zgo­dziła się opuścić wy­spy. Kie­dy zaś w jej życiu nastąpiła tra­ge­dia – jej wnuk Si­mon zginął na woj­nie, a mąż zmarł w 1915 roku – wstąpiła do klasz­to­ru w Mahébo­ur­gu, którego do końca życia nie opuściła.

– Cio­ciu, dla­cze­go nig­dy nie wyszłaś za mąż? – za­py­tał kie­dyś Jean.

Na jej twa­rzy zagościł wy­raz roz­ma­rze­nia.

– Byłam młoda, obie z Maud miałyśmy ad­o­ra­torów, ma­rzyłyśmy o wyjeździe do Fran­cji, in­a­czej niż to się w rze­czy­wi­stości odbyło, ale po­tem po­padłyśmy w nędzę, Maud nie chciała, ja nie po­tra­fiłam się zde­cy­do­wać, aby ją zo­sta­wić, życie po­to­czyło się in­a­czej, ot i wszyst­ko.

Ze stojącej pod łóżkiem skrzy­ni ze skar­ba­mi Ca­the­ri­ne wyjęła książkę: sta­ry, znisz­czo­ny to­mik w opra­wie, na której wid­niał na­pis Gra­ma­ty­ka języka łacińskie­go. Na pierw­szej stro­nie Jean zo­ba­czył na­szki­co­wa­ny piórem por­tret chłopca w czar­nym ubran­ku, z długi­mi włosa­mi, w dzi­wacz­nym ka­pe­lu­szu ze wstążką, na modłę daw­nych Bre­tończyków. Pod por­tretem ktoś na­pi­sał odręcznie, pstrząc pa­pier klek­sa­mi: „Jean Eu­des Mar­ro, dziel­ny chłopiec, sier­pień 1788”.

– Prze­czy­taj, co tu jest na­pi­sa­ne – po­wie­działa Ca­the­ri­ne. A po­tem po pro­stu dodała: – Te­raz to ty, Jean Mar­ro, je­steś dziel­nym chłopcem.

Jean trzy­mał książeczkę w kie­sze­ni jak pasz­port, jak ta­li­zman. Czy­tając zda­nia Mar­ka Au­re­liu­sza cy­to­wa­ne na końcu jako przykłady, za­brał się na­wet do na­uki łaci­ny za po­mocą słowni­ka, który należał do jego ojca; sta­rał się za­pa­miętywać myśli au­torów, choć nie za­wsze je ro­zu­miał. Książka ta przy­po­mi­nała por­tret, tyle że składający się ze słów i z ka­ry­ka­tu­ry za­miesz­czo­nej na pierw­szej stro­nie. Chwi­la­mi od­no­sił wrażenie, że wi­dzi swo­je­go przod­ka, po­dob­ne­go do Rim­bau­da na ry­sun­ku au­torstwa Ver­la­ine’a, zbyt wy­so­kie­go i zbyt chu­de­go, ubra­ne­go w re­din­got i me­lo­nik, z opa­dającą na ra­mio­na po­tar­ganą czu­pryną.

To była pułapka. A prze­cież Ca­the­ri­ne była naj­bar­dziej nie­winną osobą, jaką Jean kie­dy­kol­wiek znał, nie­zdolną do in­te­re­sow­nych wy­biegów w celu przy­ciągnięcia uwa­gi lub wzbu­dze­nia w gościu współczu­cia. Jej sławet­na skrzy­nia ze skar­ba­mi stała ukry­ta pod łóżkiem na nie­wy­so­kim sto­licz­ku, jaki kie­dyś mógł się znaj­do­wać na pokładzie stat­ku pasażer­skie­go kur­sującego między Mar­sy­lią, Ade­nem a Mau­ri­tiu­sem. Tyl­ko Ca­the­ri­ne miała pra­wo jej do­ty­kać. Kie­dy Au­ro­re przy­cho­dziła sprzątać, Ca­the­ri­ne nie po­zwa­lała jej prze­su­wać ani sa­me­go sto­licz­ka, ani jego cen­ne­go ładun­ku.

Tyl­ko z Je­anem dzie­liła się swo­imi skar­ba­mi. Nie­kie­dy, po południu, Ca­the­ri­ne pod­ciągała skrzy­nię aż do sofy, nie po­zwa­lając so­bie pomóc. Prze­su­wała ją po podłodze, przy­kuc­nięta, z wy­pro­sto­wa­nym tułowiem, jak ktoś, kto umie rozłożyć swo­je siły. Wyj­mo­wała ze skrzy­ni pli­ki pa­pierów i układała je porządnie, je­den koło dru­gie­go, na so­fie. Mimo ni­skie­go su­fi­tu i znisz­czo­nych ścian pokój przy­po­mi­nał Je­ano­wi ka­binę na stat­ku, może z po­wo­du żółtego światła wpa­dającego przez brud­ne szy­by, zma­to­wiałe od wia­tru i mor­skie­go po­wie­trza. A może z po­wo­du do­chodzącego z uli­cy hałasu sa­mo­chodów i zgrzy­tu kół pociągów na zwrot­ni­cach, wy­so­kie­go, smut­ne­go dźwięku, który przy­po­mi­nał jęk cum, obi­ja­nych fa­la­mi o na­brzeże. Nad leżącymi na czar­nym ak­sa­mi­cie sofy księgami uno­sił się wie­lo­let­ni kurz, od którego łzy napływały Je­ano­wi do oczu.

Ciot­ka Ca­the­ri­ne rozkładała jed­ne pa­pie­ry, składała dru­gie, jej pal­ce mu­skały każdy z nich, jak­by od­czy­ty­wała pieczęcie i li­sty. Nie wy­po­wia­dała przy tym ani słowa. Wszyst­ko od­by­wało się w całko­wi­tej ci­szy, ni­czym jakiś obrzęd. Jean nie czy­tał pa­pierów. Ca­the­ri­ne nie po­trze­bo­wała, żeby kto­kol­wiek je czy­tał.

Jak mógłby je czy­tać, sko­ro ich strażnicz­ka prze­by­wała w wiecz­nej ciem­ności? Te pa­pie­ry nie były stwo­rzo­ne do czy­tania, a je­dy­nie do do­ty­ka­nia, głaska­nia, uwiel­bia­nia. Do od­czu­wa­nia ich ciepła, ich pro­mie­nio­wa­nia z naj­daw­niej­szych lat, które do dzi­siaj pul­so­wało światłem z in­ne­go nie­ba, z in­nej zie­mi.

Cza­sa­mi do­strze­gał jakiś frag­ment tek­stu, ury­wek zda­nia:

„Naród, Pra­wo i Król”

lub:

„My, niżej pod­pi­sa­ni, poświad­cza­my wo­bec wszyst­kich za­in­te­re­so­wa­nych, iż Oby­wa­tel Jean Eu­des Mar­ro, służący w Dru­giej Kom­pa­nii Ochot­ni­czej, zo­stał zwol­nio­ny ze służby.

Ka­pi­tan Du­qu­esnel syn.

Dnia 27 kwiet­nia 1793 roku, V roku Re­pu­bli­ki”.

Nic z tego nie dawało się zro­zu­mieć. Jean po­pa­dał w roz­ma­rze­nie. Wzo­rem Ca­the­ri­ne wo­dził po do­ku­men­tach pal­ca­mi, aby wy­czuć nie­wiel­kie zagłębie­nia zro­bio­ne w per­ga­mi­nie przez pióro, pro­wadząc pa­lec po cieńszych i grub­szych li­niach, po zakręta­sach pod­pi­su, po pieczęciach i ozdob­ni­kach, po zwro­cie umiesz­cza­nym na końcu listów, który miał moc for­muły ma­gicz­nej:

„Pokój i usza­no­wa­nie”.

Kie­dy wresz­cie opusz­czał miesz­ka­nie ciot­ki Ca­the­ri­ne, zbie­gając po dwa stop­nie w dół, wy­cho­dził na hałaśliwą ulicę, gdzie wpa­dał w ryk sa­mo­chodów, w ryt­micz­ne klaśnięcia opon au­to­busów o na­wierzch­nię, w wi­bro­wa­nie podpór mo­sto­wych. La­tar­nie już się paliły, szczy­ty dachów zni­kały w mro­ku, jak­by miesz­ka­nie Ca­the­ri­ne, ze wszyst­ki­mi za­lud­niającymi je du­cha­mi i skar­ba­mi, odpłynęło na dru­gi ko­niec świa­ta. Wszyst­ko wokół Je­ana wi­ro­wało, mie­szało się w jego głowie, bu­dziło dresz­cze. Jean szedł ulicą Re­ine-Je­an­ne w po­czu­ciu nie­zwykłej sa­mot­ności.

Li­piec 1792