Reset - Krzysztof Domaradzki - ebook + audiobook
Opis

„Ponure miasto i gliniarz-degenerat na tropie wyjątkowo okrutnej zbrodni. Nie sposób nie polubić tej opowieści”

Piotr Bratkowski, „Newsweek”

Seryjny morderca kobiet zapadł się pod ziemię. Nikt nie wie, co się z nim stało – ani próbujący go wytropić policjanci z Wydziału

Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi, ani Tomek Kawęcki. Pogrążony w problemach śledczy odszedł ze służby, ale nie porzucił poszukiwań sprawcy.

Tymczasem zabójca, ukryty w bezpiecznym miejscu, planuje kolejną zbrodnię. Ostatnią. Najbardziej spektakularną ze wszystkich.

Zaskakujący finał łódzkiej trylogii!

Krzysztof Domaradzki (ur. 1989) to łodzianin mieszkający w Warszawie. Jest absolwentem dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Łódzkim. Od 2013 roku pracuje w magazynie „Forbes”, w którym opowiada historie czołowych polskich przedsiębiorców, śledzi losy polskich firm technologicznych, tworzy rankingi oraz opisuje trudne związki sportu i biznesu. Jego teksty ukazywały się także m.in. w Onecie czy „Newsweeku”. Jest uzależniony od sportu, literatury i analizowania najbardziej pokręconych umysłów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 590

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 12 min

Lektor: Krzysztof Domaradzki

Popularność


Prolog

Jej białe łapy odróżniały się od reszty ciała pokrytego cętkowaną rudo-czarną sierścią. Były jak skarpetki. Podciągnięte pod kolana, żeby nikt ich nie przeoczył. Zakładane wyłącznie odświętnie. Wyłącznie w wyjątkowe dni. Na przykład w Dzień Pański.

Seweryn wodził wzrokiem za kotką, która skradała się przez środek podwórka. Zmierzała w jego stronę wolnym, arystokratycznym krokiem, płynnie uginając tułów i falując nim na boki. Zatrzymała się w połowie drogi. Usiadła na szutrowej nawierzchni i wyciągnęła przed siebie tylną łapę. Zaczęła ją lizać. Nie była jeszcze gotowa, żeby się z nim spotkać. Nie była dość czysta. Wreszcie podniosła głowę, popatrzyła nieufnie w kierunku wyjścia z podwórka i wznowiła wędrówkę.

Nie odrywając wzroku od zwierzęcia, Seweryn dotknął swojej twarzy. Pomarszczone czoło. Nos z krzywą przegrodą powodującą permanentny katar i nosowanie. Policzki pokryte bliznami, które z reguły ukrywał pod sztucznym zarostem. Jego twarz zbyt często się zmieniała, żeby mógł do niej przywyknąć. Zbyt często miał wrażenie, że należy do kogoś innego. Kogoś, kogo nie zna. Anonima. Człowieka, który nie potrzebuje tożsamości. Traktującego ciało wyłącznie jako powłokę, którą w każdej chwili może zmienić.

Kotka w końcu do niego podeszła. Leniwie przeciągnęła się na jego nodze, wbijając ostre pazury w skórę. Potem szybko podrapała się za uchem i potrząsnęła głową, jakby chciała wyrzucić z niej niepotrzebne myśli. Zaczęła robić slalom między nogami Seweryna, ocierając się o nie grzbietem. Łasiła się do niego. Liczyła na coś. Na porcję głaskania. Albo przekąskę. Albo na to, że położy ją sobie na kolanach, pozwalając jej zwinąć się w kulkę i zasnąć. W przeświadczeniu, że właśnie tam, rozpłaszczona na jego nogach, jest najbezpieczniejsza.

– Polubiła cię.

Seweryn spojrzał na kobietę, która weszła na podwórko. Była koszmarnie zapuszczona. Miała na sobie brudną koszulkę, dziurawe dżinsy oraz solidnie schodzone klapki, w które ledwo wcisnęła zakończone zagrzybionymi paznokciami stopy. Choć brakowało jej kilku zębów, uśmiechała się, jakby chciała się tym pochwalić. Trzymając papierosa we wnęce po jednym z siekaczy, celowała palcem w kotkę.

– Nazwałam ją Łatka, przez te białe skarpetki – powiedziała. – Naprawdę cię polubiła. Rzadko się zdarza, żeby tak lgnęła do nieznajomych.

– Nie dałem jej żadnego powodu – odparł Seweryn.

– Nie musiałeś. Zwierzęta wyczuwają dobroć. To instynkt. Są od nas wielokrotnie mądrzejsze. Tylko czasem nie chce im się tego okazywać.

Kobieta przedreptała po podwórku w taki sposób, jakby nikt jej nie nauczył, że chodzenie wymaga podnoszenia stóp. Schyliła się do plastikowej miski. Potrząsnęła nią, sprawdzając, czy w środku jest woda. Następnie rzuciła niedopałek na ziemię i przydepnęła go klapkiem.

– Po sterylizacji Łatka zrobiła się bardziej czuła – wyjaśniła, zagapiona na kotkę, która położyła się pod nogami Seweryna, eksponując kudłaty brzuch.

– Nie wiedziałem, że jest wysterylizowana.

– Nie miałam wyboru. Trzy razy miała cieczkę. Zawsze wtedy znikała na kilka dni i wracała zapłodniona. Ustalenie ojcostwa pewnie graniczyłoby z cudem. – Kobieta zarechotała, a po chwili powietrze przeciął jej suchy kaszel. – Moja babka topiła małe w rzece. Matka zresztą też. Ale ja tak nie potrafię. Nie mogę. Sumienie mi nie pozwala. Pierwsze dwie partie kociąt rozdałam. Trzecią zostawiłam w parku. Czwartej już nie było.

Wyjęła z kieszeni paczkę papierosów. Potrząsnęła nią. Pusto.

– Idę do sklepu. Chcesz coś?

Seweryn pokręcił głową. Gapił się na kotkę, która bawiła się sznurówką.

– Jesteś małomówny, wiesz?

– Nie odzywam się, kiedy nie mam nic do powiedzenia.

– Nie twierdzę, że przeszkadza mi twoje milczenie. Nie lubię ludzi, którzy ciągle kłapią dziobem. Ale skoro mamy razem mieszkać, fajnie byłoby się poznać. Dowiedzieć czegoś o sobie.

Kobieta długo wpatrywała się w twarz siedzącego na murku olbrzyma, próbując odgadnąć, o czym on myśli. Kim jest. Co tutaj robi. Dlaczego pojawił się w jej życiu, oferując pomoc w codziennych zajęciach w zamian za nocleg. Wiedziała, że musiał zrobić coś złego. Coś nielegalnego. Albo że przeżył tragedię, po której postanowił wywrócić swoją egzystencję do góry nogami. Ale nie miała czasu ani ochoty się nad tym zastanawiać. Ani tym bardziej odwagi, żeby się przebić przez tę ponurą górę ciszy.

Ponownie wycelowała palcem w kotkę.

– Podrap ją przy ogonie. To jej ulubione miejsce.

Kiedy kobieta wyszła z podwórka, Seweryn schylił się po Łatkę. Miauknęła z zadowolenia, gdy położył ją sobie na kolanach. Jego potężne dłonie spoczęły na kocim grzbiecie, ewidentnie stworzonym do tego, żeby go drapać. Wodził po nim posuwistym ruchem tak długo, aż zwierzę zaczęło mruczeć. Z każdą sekundą coraz głośniej, jak rozpędzający się miniaturowy traktor. Seweryn stopniowo zwiększał nacisk na kręgosłup, czując, jak pod jego palcami pracują płuca zwierzęcia. Łatki. Kociej kurwy w białych skarpetkach.

Baba miała rację, pomyślał. Był mrukiem i mizantropem. Nie wierzył, że otwieranie gęby może przynieść coś pozytywnego. Ludzie nie potrafili czynić dobra za pomocą słów. Ich usta były nieuleczalnie chore. Zaprogramowane na destrukcję. Na sprzeniewierzanie się Bogu.

Żeby ich za to rozliczyć, nie potrzebował otwartej gęby.

Kiedy jego uścisk stał się jeszcze mocniejszy, Łatka pisnęła z bólu. Chwilę później regularny pomruk przeszedł w powarkiwanie, które co kilka sekund przerywały rozpaczliwe miauknięcia. Kotka wbiła pazury w jego nogi. Próbowała walczyć. Uciec. Zatrzymać nadciągający kataklizm. Ale chwyt Seweryna był zbyt silny. Znacznie silniejszy niż jej wola życia.

Jeżeli Łatka rzeczywiście miała instynkt, to tym razem ją zawiódł. Nie zakomunikował, że ten człowiek podjął nieodwołalną decyzję. Że jego uścisk w pewnym momencie stanie się nie do zniesienia. Że jest tylko kwestią czasu, kiedy przestanie się wić, a jej elastyczne ciało sflaczeje, stając się nic niewartą zbieraniną mięśni i kości.

Instynkt nie podpowiedział kotce, że jest już za późno.

Dla niej.

Dla niego.

Dla wszystkich.

1

Mógłbyś to przyciszyć? – Drapał się po czole, jakby chciał zedrzeć z niego skórę.

Artur Waliszewski odwrócił się w stronę pasażera. Obserwował go przez dłuższą chwilę, próbując odgadnąć, co tak naprawdę mu przeszkadza. Przypuszczał, że nie chodzi o głośność drumandbassowego seta ani o rodzaj muzyki. Ani też o próbę rozkręcenia imprezy w samochodzie w poniedziałek rano, gdzieś pomiędzy pierwszą a drugą kawą. Nie chodziło też o kaca. To musiało być coś innego. Coś, co od dłuższego czasu próbowało pożreć Witolda Ptaka od środka.

– Bo?

– Co „bo”?

– Dlaczego miałbym przyciszyć? – Artur skakał wzrokiem między Witoldem a drogą, jakby wykonywał głową jakiś układ taneczny. – Bo łeb cię boli? Bo jesteś nie w sosie? Bo stało się coś, o czym nie chcesz mi w powiedzieć?

– Coś takiego – burknął Witold, nie przestając masować czoła. – Powiedzmy, że mam już tego wszystkiego dosyć. Tej roboty, zmieniających się szefów, ciągłych roszad kadrowych. Tych cholernych zabójstw. A szczególnie uganiania się za tym świrem. No i… – zawahał się – moje życie rodzinne się posypało.

– Jest bardzo źle?

Witold pokiwał głową.

– Postanowiliśmy się rozwieść.

– Co ty pieprzysz?!

– Klamka już zapadła. Separacja utwierdziła nas w tym pomyśle. Tak będzie najlepiej. Przynajmniej dla Edyty i dziewczyn.

– A dla ciebie?

– Dla mnie nie ma dobrej opcji. Ani nawet średniej. – Witold w końcu spojrzał przed siebie i ciężko wypuścił powietrze. – Ale byłoby miło, gdybyśmy w końcu złapali tego skurwysyna. Mógłbym wtedy odpocząć i wszystko przemyśleć.

– Nie masz wyboru. Musisz trochę zbastować. Ile ty masz lat? Czterdzieści pięć?

– Chciałbym.

– Czyli jesteś prawie pięćdziesięcioletnim policjantem, który pochłania hektolitry kawy, tyra po kilkanaście godzin dziennie i żyje w stresie. A do tego lubi pochlać. – Artur czekał, aż Witold zaprotestuje, ale nic takiego nie nastąpiło. – Jesteś w grupie ryzyka.

– Czego?

– Zawału. Pilnuj się.

Witold po raz kolejny przejechał dłonią po czole. Myśląc nad słowami Artura, zapatrzył się w boczną szybę.

– A ty lepiej pilnuj swojego nosa. Jesteśmy na miejscu.

Postawili samochód na kamienistym parkingu. Wysiedli, przeszli kilkadziesiąt metrów i zatrzymali się przed garażami. A właściwie tym, co kiedyś nimi było. Z podłużnego pawilonu, podzielonego na cztery nieduże pomieszczenia, pozostał jedynie betonowy szkielet. Jego wnętrze wypełniały dziesiątki stopionych przedmiotów, resztki drewnianych mebli i kawałki urządzeń, które właściciele nieruchomości musieli składować od lat.

Przed pawilonem stała Beata Tarka. Technik kryminalistyki miała na sobie poprzecierane dżinsy i wyblakłą bluzkę. Jej strój idealnie współgrał ze zniszczoną cerą, której nawet nie próbowała zatuszować makijażem. Była o głowę niższa od rosłych policjantów. Leniwie paliła papierosa. Wydawała się poirytowana i zniecierpliwiona. Jak zawsze.

– Niezły syf – syknął Artur na powitanie. – Jak do tego doszło?

– W jednym z garaży ktoś podłożył ogień – wyjaśniła Tarka charakterystycznym przepalonym głosem. – Oblał wnętrze benzyną i wykorzystał gazety jako rozpałkę. Klasyka podpaleń.

– Przecież to wygląda, jakby tu pierdolnęła bomba wodorowa.

– W sąsiednim garażu stał samochód. Zajął się ogniem, zanim strażacy wyważyli drzwi.

– Do kogo należy garaż, w którym podłożono ogień? – zapytał Witold.

– To jest najciekawsze. – Tarka wetknęła papierosa do ust i zanurkowała dłonią do tylnej kieszeni spodni. – Właścicielem jest niejaki Maksymilian Brzozowski. Ale dowiedział się o tym w dniu, w którym odwiedziła go policja.

– Ktoś pożyczył jego tożsamość?

– Wszystko na to wskazuje. I chyba wiadomo kto. – Tarka posłała policjantom wymowne spojrzenie. – Brzozowski ma psa, piętnastoletniego owczarka niemieckiego. Kiedyś leczył go w przychodni, w której pracował Seweryn Kostka. Z kolei poprzedni właściciel garażu twierdzi, że sprzedał go jakiemuś drągalowi, który zaoferował bardzo atrakcyjną cenę.

– Kiedy to było?

– Osiem lat temu.

Policjanci zamilkli. Wyobrażali sobie, co Kostka mógł robić przez te lata. Nie były to przyjemne wizje.

– Dlaczego rozmawiamy o tym z tobą, a nie z policjantami zajmującymi się podpaleniem? – spytał Artur, przerywając ciszę.

– To źle, że odwalam za was robotę? – Tarka próbowała się uśmiechnąć, ale nie wyszło jej to najlepiej. – O tym garażu dowiedziałam się zupełnie przypadkowo od koleżanki z laboratorium kryminalistycznego. Pewien szczegół zwrócił moją uwagę, więc przyjechałam, żeby mu się przyjrzeć. Wy też powinniście to zobaczyć.

Tarka zaprowadziła policjantów na pogorzelisko. Weszli do garażu przy akompaniamencie chrzęszczącego pod stopami żwiru i szkła.

– Nie wszystko spłonęło – powiedziała Tarka. – Zachowały się metalowe stelaże mebli i narzędzia. Rzeczy, które ludzie przeważnie trzymają w garażu albo piwnicy. A do tego kilka nietypowych urządzeń, takich jak maszyna do szycia czy imadło. Ale to nie one są interesujące.

Wycelowała palcem w ścianę. Popękaną betonową powierzchnię przecinały dziesiątki napisów. Część z nich przyćmił ogień, przez co nie dało się ich odczytać. Ale inne były aż nadto wyraźne.

– Co to, kurwa, jest? – zapytał Artur.

– Złote myśli – powiedziała Tarka. – Sentencje. Bon moty. Nazwij to, jak chcesz.

Witold ukucnął przed jednym z napisów. Zmrużył oczy, jakby musiał przyzwyczaić do niego wzrok.

– „Przeklęty ten, co wypełnia dzieło Pańskie niedbale! Przeklęty ten, który swój miecz powstrzymuje od krwi!”1. – Odwrócił się do Artura i Tarki. – To z Biblii.

– A konkretnie z Księgi Jeremiasza ze Starego Testamentu – dodała technik, zerkając do notatek. – Jest tego więcej. Znacznie więcej.

– W mieszkaniu Kostki znaleźliśmy Biblię – zauważył Artur. – Zostawił w niej mnóstwo samoprzylepnych karteczek, na których prowadził zapiski. – Wzruszył ramionami. – Przynajmniej facet ma jakieś hobby.

– „Ktokolwiek sprzeciwi się twojemu głosowi i nie będzie posłuszny twemu słowu we wszystkim, co mu rozkażesz, musi umrzeć. Tylko ty bądź mężny i mocny”2. – Witold, kucnąwszy, przesuwał się wzdłuż ściany i odczytywał kolejne kaligraficznie zapisane cytaty. – „Jeśli kobieta zbliży się do jakiegoś zwierzęcia, aby z nim się złączyć, zabijesz i kobietę, i zwierzę. Oboje będą ukarani śmiercią, sami śmierć na siebie ściągnęli”3. – Potrząsnął głową. – Chyba musimy sprowadzić tu biblistę.

– Raczej psychiatrę – burknął Artur i zerknął na Tarkę. – Widziałaś tutaj coś, co może doprowadzić nas do Kostki?

– Nie sądzę. Ale warto przyjrzeć się tym gratom. Może uda się ustalić, skąd pochodzą, a wtedy będzie nam łatwiej zrozumieć, jak wyglądało dotychczasowe życie Kostki. To znaczy wam. – Tarka ponownie spróbowała się uśmiechnąć. Ponownie bez powodzenia. – Ja nie zamierzam grzebać w przeszłości tego psychola.

Chwilę później policjanci na powrót znaleźli się przy samochodzie. Paląc papierosa, Witold przyglądał się szarobeżowym blokom gęsto obrastającym ulice. Wolno trawił to, czego się dowiedział w ciągu ostatnich piętnastu minut.

– Gdyby nie podpalił tego garażu, tobyśmy się nigdy o nim nie dowiedzieli – powiedział. – Po co to zrobił?

Artur, zatopiony w rozmowie na Messengerze, potrzebował paru sekund, aby zrozumieć, że te słowa skierowane były do niego.

– Może chciał się pochwalić, że zbudował taką norę.

Witold pokręcił głową.

– Raczej pokazać, że pali za sobą mosty.

– I to dosłownie.

Witold wycelował palcem przed siebie.

– Wiesz, że mieszkam zaledwie kilka bloków stąd? Przy skrzyżowaniu Ossowskiego z Lorentza, w samym sercu Kozin. Słyszałem o tym pożarze, ale nie skojarzyłem go z naszą sprawą.

Artur popatrzył na Witolda.

– Chyba nie będziesz się tym zadręczać, co?

– Możliwe, że mijaliśmy się na ulicy. Ciekawe, czy wiedział, kim jestem. I czy rechotał za każdym razem, kiedy mnie spotykał.

– To mało prawdopodobne. Poza tym nie sądzę, żeby Kostka z czegokolwiek rechotał.

Witold wzruszył ramionami.

– Pewnie masz rację. Wracajmy na komendę.

Bartosz Adamski żuł gumę jeszcze długo po tym, jak straciła smak. Niewiele brakowało, by zapomniał wypluć ją przed wejściem do sali konferencyjnej. Był zestresowany. Bardziej, niż się spodziewał. A na pewno bardziej, niż mógł się tego spodziewać jeszcze dwa tygodnie wcześniej.

Minęło piętnaście dni, odkąd policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi zrobili nalot na mieszkanie Seweryna Kostki. Piętnaście dni, w których trakcie powinni poradzić sobie z odnalezieniem i pojmaniem człowieka podejrzewanego o zabójstwo co najmniej trzech kobiet. Piętnaście dni, które miały być jednymi z najlepszych w zawodowym życiu Adamskiego.

Ale te piętnaście dni zamieniło się w jego największy koszmar.

Dlatego gdy wchodził do pomieszczenia pełnego dziennikarzy, z gumą do żucia zawiniętą w chusteczkę i wepchniętą do kieszeni, nie mógł się czuć pewnie. Wręcz przeciwnie. Podejrzewał, że doświadcza tego samego uczucia niepokoju, z jakim notorycznie musiał się zmagać jego poprzednik na stanowisku naczelnika Wydziału Kryminalnego. Mariusz Szczebiot. Cierpiący na nerwicę natręctw introwertyk, który pogrążył się za sprawą własnej nieudolności. Adamski uważał, że jest jego idealnym przeciwieństwem. Facetem, który lubi presję i potrafi sobie radzić ze stresem. Zwycięzcą. Człowiekiem, który samym wyglądem – starannie uczesanymi blond włosami, dobrze dobranym garniturem i hollywoodzkim uśmiechem – przekonuje, że wie, co robi.

Ale nie tym razem.

Piętnaście dni.

Kurwa mać.

Kiedy Adamski pochylał się nad mikrofonem, przy którym chwilę wcześniej zaanonsował go rzecznik prasowy komendy, wiedział, że tym razem jego występ nie będzie dobry. Nie mógł być. Nie w tych okolicznościach.

– Szanowni państwo, nazywam się Bartosz Adamski. Jestem naczelnikiem Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Jak część z państwa wie z poprzednich konferencji, od jakiegoś czasu odpowiadam za śledztwo w sprawie trzech zabójstw: studentki Martyny Bułeckiej, policjantki Magdaleny Giętkiej, a także emerytki Henryki Świst. O ich popełnienie podejrzewamy Seweryna Kostkę. Proponuję przeprowadzić konferencję według standardowej formuły: najpierw powiem parę słów o poszukiwaniach, a potem przejdziemy do zadawania pytań. Czy to dla państwa w porządku?

Kilku reporterów kiwnęło głowami. Pozostali wgapiali się w naczelnika, jakby chcieli mu wyrządzić krzywdę. Adamski przełknął ślinę i zerknął do notatek. Wiedział, że dziennikarze nie znoszą oficjeli dukających komunały i odczytujących z kartki PR-owy bełkot. Że ich przychylność można kupić naturalnością, pewnością siebie i odpowiednim doborem słów. Tym, że powie się ciut więcej, niż mogą usłyszeć od przeciętnego gryzipiórka. Ale nie zawsze oratorskie popisy się sprawdzają. Czasem część merytoryczna jest zbyt miałka, żeby zgrabnymi słówkami, uśmiechami i prezencją można było kogokolwiek zadowolić. Czasem nie da się nic zrobić. Wówczas można się tylko wsłuchiwać w odgłos własnego upadku.

– Upłynęło piętnaści dni, odkąd nadkomisarz Witold Ptak i komisarz Tomasz Kawęcki natknęli się na Seweryna Kostkę. Od tego czasu trwają szeroko zakrojone poszukiwania podejrzanego, w które zaangażowana jest nie tylko większość naszego departamentu, ale też funkcjonariusze z kilku innych jednostek oraz nasi koledzy z zagranicy działający na mocy europejskiego nakazu aresztowania. Wspólnie monitorujemy przejścia graniczne, dworce kolejowe i autobusowe oraz porty lotnicze, sprawdzamy noclegownie w Łodzi i innych polskich miastach, a także jesteśmy w stałym kontakcie z ludźmi, którzy są lub byli w jakikolwiek sposób związani z Kostką. Jednocześnie próbujemy ustalić dotychczasowy przebieg zagadkowego życia podejrzanego, co może mieć niebagatelny wpływ na poszukiwania, śledztwo i późniejsze postępowanie sądowe. – Adamski odłożył notatki i podniósł głowę. – Mówiąc wprost: ustalamy, do czego tak naprawdę zdolny jest ten człowiek.

Kilkoro dziennikarzy zaczęło ziewać albo bawić się telefonami. Adamski nie powiedział nic, czego by nie wiedzieli.

– Niestety, ze względu na dobro sprawy nie wolno mi dzielić się z państwem szczegółami naszych działań operacyjnych. Mogę jedynie powiedzieć, że sprawca nadal przebywa na wolności, ale intensywnie pracujemy nad tym, żeby to się zmieniło. Nie ukrywam, że liczymy także na państwa pomoc. Nagłaśnianie sprawy i kolejne publikacje zdjęć podejrzanego w mediach mogą sprawić, że ktoś poinformuje nas o miejscu pobytu Kostki. – Podciągnął rękaw marynarki i zerknął na zegarek. Pięć minut. Wystarczy, żeby ich nie zanudzić. A jednocześnie nie dać im dość czasu na zbombardowanie go pytaniami. – A teraz przejdźmy do części, która z pewnością bardziej państwa interesuje, czyli do zadawania pytań. Kto chciałby zacząć?

Kilka rąk powędrowało w górę. Jeden z pracowników zespołu prasowego, do tej pory stojący za Adamskim niczym jego sekundant, wskazał dziennikarkę z drugiego rzędu.

– Kamila Sieradzka, Radio dla Was. Czy w ciągu tych piętnastu dni udało się państwu zebrać dowody jednoznacznie świadczące o tym, że to Seweryn Kostka jest sprawcą tych zabójstw?

Adamski wzruszył ramionami.

– Mogę powiedzieć tylko tyle, że już sporo o Kostce wiemy. Trafiliśmy na jego trop, kiedy szukaliśmy zabójcy Martyny Bułeckiej, więc wydaje się najmocniej powiązany z tą sprawą. Ale znajdujemy coraz to nowe poszlaki przemawiające za tym, że może być zamieszany także w śmierć dwóch innych kobiet, o których wspomniałem na początku. Oczywiście dowody ostatecznie oceni sąd, ale wraz z prokuratorem Adamem Wargą, który nadzoruje to dochodzenie, uważamy, że podejrzany jest seryjnym zabójcą.

Szukał wzrokiem tęgiej sylwetki prokuratora, który momentami okazywał ostentacyjny brak zainteresowania śledztwem. Faceta w cieniu, prawdopodobnie wiedzącego na temat tych zabójstw więcej niż pozostali. Więcej, niż powinien wiedzieć jako prokurator. Ale na razie Adamski nie potrafił tego udowodnić. Ani zlokalizować Wargi. Jak zwykle.

– Czy to nie dziwne, że na dworcach, lotniskach i przejściach granicznych nie zauważono Kostki? Jakie jest według pana prawdopodobieństwo, że podejrzany wyjechał z Polski?

– Sprawdzamy różne warianty, ale moim zdaniem Kostka nadal przebywa w kraju.

– To dlaczego tak trudno go złapać?

Adamski ciężko westchnął.

– Szczerze? Sam chciałbym to wiedzieć. Może to niezbyt dyplomatyczna odpowiedź, ale taka jest prawda. Przypuszczam, że albo Kostka doskonale się ukrywa, podając za kogoś, kim nie jest, albo ktoś mu pomaga. Nie wiem, kiedy go dorwiemy, ale jestem pewien, że to zrobimy.

– Błażej Tarnowski z Telewizji Łódź. Czy to prawda, że komisarz Kawęcki, który trafił na trop Kostki, zwolnił się z pracy zaraz po interwencji w mieszkaniu podejrzanego?

– Tak, to prawda.

– Dlaczego?

– O to należałoby zapytać komisarza Kawęckiego. Odchodząc ze służby, nikomu nie podał powodów swojej decyzji. A przynajmniej ja nic od niego nie usłyszałem.

– Nie widzi pan w tym niczego dziwnego?

– Wykonujemy trudną i obciążającą psychicznie pracę. Zdziwiłbym się, gdyby intensywne kilkumiesięczne poszukiwania zabójcy Martyny Bułeckiej w ogóle nie odcisnęły piętna na komisarzu Kawęckim. Moim zdaniem niepotrzebnie doszukuje się pan w tej decyzji drugiego dna.

– Jeszcze jedno pytanie, panie naczelniku. Sąsiedzi Kostki twierdzą, że któryś z policjantów starających się zatrzymać podejrzanego był przebrany za księdza. Co więcej, uważają, że próbują państwo zataić tę informację. Jak się pan do tego odniesie?

– Jak już parokrotnie mówiłem, nie posiadamy żadnej wiedzy na temat policjanta paradującego w stroju księdza. Dlatego traktuję tę informację jako głupią plotkę. Jeżeli pragną państwo zobaczyć policjanta w stroju księdza, następnym razem mogę się wystroić w sutannę.

Dowcip, który miał pokazać, że Adamski jest bardziej wyluzowany niż w rzeczywistości, okazał się niezbyt śmieszny. I niezbyt skuteczny.

– Kinga Groniec, „Głos Miasta”. Kilka tygodni temu opublikowaliśmy duży tekst o skandalu pedofilskim w łódzkiej prokuraturze. Czy zamierzają państwo jakoś zareagować na te doniesienia?

Adamski był przygotowany na to pytanie. Padało na każdej konferencji.

– Z całym szacunkiem, ale to pytanie nie ma żadnego związku z naszymi poszukiwaniami. Powinna je pani skierować do przedstawicieli prokuratury.

– Oni nie chcą rozmawiać z prasą. A w artykule jest mowa także o policjantach.

– Naprawdę nie ma powodu, abym ja czy ktokolwiek z mojego zespołu się do tego odnosił. – Ponownie zerknął na zegarek. – Kończy nam się czas. Proszę o ostatnio pytanie.

– Piotr Wochyński z „Expressu Łódzkiego”. Czy niedawna napaść na Alicję Mioduszewską, autorkę wspomnianego tekstu, ma jakiś związek z poszukiwaniami Kostki?

Pracownik zespołu prasowego uznał, że powinien utemperować młodego dziennikarza, który wyrywa się przed szereg.

– Pan naczelnik… – zaczął, ale Adamski powstrzymał go machnięciem ręką.

– A uważa pan, że może mieć? – zapytał.

– Alicja zajmowała się sprawą Bułeckiej – wyjaśnił Wochyński. – Napisała kilka ostrych tekstów na ten temat. Skrytykowała w nich policję i prokuraturę. Istnienie związku między sprawą Kostki a napaścią na Alicję wydaje się zatem całkiem prawdopodobne.

– Jeszcze tego nie wiemy.

– A jak pan sądzi?

Adamski zastanowił się przez chwilę, zanim pochylił się nad mikrofonem.

– Chciałbym wierzyć, że nie. Na dzisiaj to wszystko. Dziękuję.

Roman Basznikow zajmował miejsce na tylnym siedzeniu samochodu i wpatrywał się w boczną szybę. Obserwował mężczyznę, który wyszedł z obskurnego baru i niespiesznie, paląc papierosa, kierował się w stronę przystanku autobusowego. Dzieliło ich jakieś pięćdziesiąt metrów, ale nawet z takiej odległości Roman był w stanie dostrzec, że facet jest kompletnie pijany.

– Podjechać bliżej? – spytał Quentin, który prowadził auto tak, jakby chciał pobić rekord świata w jeździe na półsprzęgle.

– Nie trzeba – odparł Roman. – Stąd odjeżdżają tylko dwa autobusy. Oba kierują się w stronę Teofilowa. Ustaw się tak, żebyśmy mogli za nimi ruszyć.

Quentin ze zdziwieniem popatrzył na Romana, jednocześnie realizując jego polecenie.

– Nie wiedziałem, że znasz rozkład jazdy.

– Bo nie znam. Ale przygotowałem się na dzisiaj.

– W ogóle korzystałeś kiedyś w Łodzi z MPK?

– A wyglądam na gościa, który jeździ autobusami?

– Nie. Nie wyglądasz też na faceta, który samodzielnie prowadzi obserwacje.

– Czasem jeśli chcesz, żeby coś zostało zrobione dobrze, musisz to zrobić sam. – Roman poklepał oparcie fotela, na którym siedział Quentin. – Wsiadł do autobusu. Odczekaj piętnaście sekund i włącz się do ruchu.

Włożył dwie tabletki przeciwbólowe do ust i popił wodą. Rozparł się na siedzeniu, czekając, aż lek zacznie działać. Quentin ma rację, pomyślał. Nie jeździł komunikacją miejską. Bardzo rzadko prowadził obserwacje. Jeszcze rzadziej zdarzało mu się snuć po mieście za wrogami. Ale prawdziwie zaskakujące było dopiero to, że zgodził się na współpracę z jednym z nich. Z psem. Być może najgorszym ze wszystkich, jakich do tej pory poznał w tym kraju. Mającym zadziwiająco mało do stracenia. A przez to kompletnie nieprzewidywalnym.

– Podoba ci się ten samochód? – zapytał Quentin, który najwyraźniej nie mógł znieść jazdy w ciszy.

– Nie znam się na autach. Skąd go wytrzasnąłeś?

– Pożyczyłem od takiego jednego gościa. Nienotowanego – dodał, uprzedzając pytanie Romana. – Dziesięcioletni golf piątka. Kompaktowy, nierzucający się w oczy. Wykombinowałem, że będziemy w nim wyglądać zupełnie zwyczajnie. Jak kierowca Ubera i jego pasażer.

– A więc wyszedłeś z założenia, że może nas zobaczyć?

– Nie. Po prostu jestem przezorny. – Quentin zerknął na szefa. – Podobnie jak ty.

Roman nigdy nie przypuszczał, że kiedyś będzie się codziennie widywał z Quentinem. Że ten twardogłowy facet z charakterystycznie wysuniętą szczęką, przez którą przypominał słynnego hollywoodzkiego reżysera, stanie się jego przybocznym. Kiedy Roman ponad dwadzieścia lat temu przyjechał do Polski, Quentin był zwykłym chłopcem na posyłki. Wciągającym fetę gnojkiem, który wyładowywał na świecie gniew. Stosującym wyłącznie argumentum ad baculum – groźbę i siłę. Roman wciągnął go do swojej grupy, ponieważ wydawał mu się najgorszy spośród dziesiątek głupków, z których usług okazjonalnie korzystał. Był najbrutalniejszy ze wszystkich. Najbardziej bezwzględny. Najobrzydliwszy. Idealny do osłaniania tyłów i robienia za ludzką tarczę. Ale potem się okazało, że Quentin ma ambicje. Że nie chce być jedynie wulkanem agresji wykorzystywanym przez mądrzejszych od siebie do wyrywania wrogom paznokci. Że ma ochotę zostać pełnoprawnym członkiem organizacji. Jednym z zaufanych doradców Romana. Jego prawą ręką. A może nawet kimś więcej.

Roman musiał pilnować, żeby pragnienie nieśmiertelności nie zdominowało Quentina. Żeby nie wzbił się zbyt blisko słońca. Bo spadając, mógłby go pociągnąć za sobą.

Kiedy były policjant wysiadł z autobusu, Quentin przejechał przez skrzyżowanie i skręcił w pierwszą ulicę w prawo. Przyspieszył. Minął kilka samochodów i jeszcze raz zakręcił, jak gdyby rozłożył zawracanie na raty. Niedługo później ponownie dojrzeli cel. Człapał w kierunku olbrzymich hal magazynowych, które stanowiły nieodłączny krajobraz Teofilowa Przemysłowego.

– Nic nie kombinował – stwierdził Roman. – Pojechał prosto do pracy.

– Musi mieć poważne problemy z chlaniem, skoro przed robotą przesiaduje w barze.

– To akurat nie powinno nas martwić.

– Nie?

– Uzależnionych łatwiej się kontroluje. – Roman zerknął w lusterku wstecznym na Quentina. Chciał się upewnić, czy zrozumiał jego aluzję. – Zaparkuj tak, żebym mógł obserwować wejście do magazynu. Następnie zrobisz obchód wokół hali. Jeśli się okaże, że jest z niej jakieś inne wyjście, zadzwonisz do któregoś ze swoich nienotowanych kumpli i powiesz mu, żeby przywiózł ci samochód. Musimy mieć pewność, że nie stracimy faceta z oczu.

– Do tego stopnia mu nie ufasz?

– Nikomu nie ufam. – Roman zerknął na zegarek. – A już na pewno nie psu, który proponuje mi układ.

Quentin pokiwał głową, a następnie spełnił prośbę szefa. Zatrzymał się pomiędzy dwoma halami przedzielonymi wąską jednopasmową drogą, na której z trudem manewrowały tiry. Wyłączył silnik.

– Wysiadaj – nakazał Roman.

– Czy naprawdę nie może tego zrobić ktoś inny? Znam ludzi, którzy nie puszczą pary z ust, nawet gdy im się podepnie akumulator do jaj.

Roman pokręcił głową, po czym szeroko rozłożył ręce. Ciekawiło go, czy Quentin podąży wzrokiem za jego kikutem. Za okaleczoną, pozbawioną czterech palców dłonią, która przypominała nieudolnie uszytą rękawiczkę.

Uśmiechnął się. Po tylu latach wciąż to robił. Wciąż gapił się na jego kikut, jakby widział go po raz pierwszy. I wciąż bał się zapytać, co mu się stało.

A dopóki nie starczało mu na to odwagi, Roman mógł się czuć bezpiecznie.

Komisarz Anna Stelmach nie miała wątpliwości, że w policji nie brak seksistowskich, napastliwych buców, którzy uważają, że baby nadają się wyłącznie do stania przy garach lub dawania dupy. Ktoś jednak kiedyś jej powiedział, że powinna się tam wystrzegać nie ich, ale kobiet. Zwłaszcza tych ambitnych. Zwinnie wspinających się po szczeblach kariery. Gotowych zrobić więcej niż inni, żeby osiągnąć to, na czym im zależy. A czasem więcej, niż pozwala przyzwoitość.

Gdyby osoba, która dała Stelmach tę radę, wiedziała, co czeka młodą komisarz, kazałaby się jej zatrzymać. Zawrócić. Spieprzać jak najdalej. Pod żadnym pozorem nie iść na konfrontację z młodszą inspektor Olgą Knap, dyrektorką Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji. Kobietą, która z niewidzialnego pociągania za sznurki i tkania nici dziwacznych powiązań mogłaby napisać doktorat.

Knap, poważna brunetka z krótko obciętymi włosami, raz po raz maczała torebkę herbaty we wrzątku. Wyglądała przez okno na wiecznie zakorkowaną Puławską. Na drewnianym biurku dyrektorki leżał obszerny raport, nad którym Stelmach pracowała przez kilka ostatnich miesięcy. Bliżej Knap znajdowała się pojedyncza kartka w formacie A4. Zapewne streszczenie raportu przygotowane przez jednego z jej przydupasów. To na jego podstawie Knap miała rozstrzygnąć, czy Stelmach wykonała w Łodzi kawał dobrej roboty, czy zmarnowała zasoby BSW i pół roku pracy.

– A więc nie udało ci się dowieść, że Kawęcki współpracuje z gangsterami – zaczęła, nie patrząc na Stelmach.

Wreszcie wyciągnęła torebkę z kubka i wrzuciła ją do stojącego pod biurkiem kosza.

– Nie, ale mamy mnóstwo poszlak, które na to wskazują – odparła Stelmach.

– Mieliśmy je, zanim wysłaliśmy cię do Łodzi.

– Ale tym razem to coś więcej niż kilka podejrzanie wyglądających liczb w Excelu. – Stelmach wycelowała palcem w raport. – Jestem absolutnie pewna, że Kawęcki współpracuje z Mariuszem Ryterem, gangsterem i właścicielem firmy ochroniarskiej Herkules. Zabezpiecza jego biznes.

– W jaki sposób?

– Do tej pory mechanizm był prosty. Ryter wystawiał Kawęckiemu rywali, którzy podobnie jak on parali się wymuszaniem haraczy, tylko robili to w sposób mniej dyskretny. Ten ich zgarniał, torując gangsterowi drogę do rozwoju firmy. Do wciskania usług ochroniarskich i systemów antywłamaniowych straumatyzowanym przedsiębiorcom. Poza tym Kawęcki dostarczał mu informacje, dzięki którym Ryter znajdował się poza policyjnymi radarami. Ze zgromadzonych materiałów trudno wyciągnąć inne wnioski.

– I dlatego Kawęcki postanowił odejść z policji? Bo ty i ten facet z łódzkiego oddziału BSW zaczęliście na niego naciskać? Bał się, że go dopadniecie?

– Tak przypuszczam. W przeciwnym wypadku nie odszedłby ze służby zaraz po odkryciu tożsamości człowieka, za którym uganiał się od miesięcy.

– Może uznał, że zrobił, co do niego należało? Że teraz wystarczy wypuścić psy gończe?

Stelmach ciężko westchnęła. Z trudem przychodziło jej tłumienie irytacji.

– Z całym szacunkiem, ale nie poznała pani Kawęckiego. To nie jest typ człowieka, który odpuszcza.

Knap rzuciła podwładnej ciężkie, zawiesiste spojrzenie. Oceniała ją. Badała. Testowała, czy stroi się w piórka, aby chronić twarz, czy rzeczywiście wierzy w to, co mówi.

– Kilka miesięcy temu chciałaś zająć się tą sprawą, żeby wyjechać z Warszawy. Oderwać się od życia, jakie wiodłaś. Nabrać dystansu do pewnych spraw. A teraz chcesz wrócić do Łodzi, aby dokończyć śledztwo, które na razie prowadzi donikąd.

Stelmach kiwnęła głową. Choć nie miała pojęcia, czy Knap właśnie tego od niej oczekuje.

– Co właściwie chcesz osiągnąć? – spytała dyrektorka.

– Dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Poznać prawdę.

Knap się roześmiała. Przesunęła kubek z herbatą na bok, położyła na skraju biurka kartkę i ją odwróciła. Stelmach odruchowo na nią zerknęła. Na siebie. Na swoje zdjęcie przypięte u góry wydruku. Dyrektorka błyskawicznie przestudiowała jej życiorys. Delikatnie uniosła kąciki ust.

– Jesteś już nie tak młodą, ale wciąż bardzo naiwną osobą. Obawiam się, że jeśli szybko się to nie zmieni, wkrótce tego pożałujesz. – Odłożyła kartkę, sięgnęła po kubek i siorbnęła łyk herbaty. Ponownie zapatrzyła się w okno, za którym rozgrywał się stołeczny sajgon. – Dwa miesiące.

– Słucham?

– Masz dodatkowe dwa miesiące. Wrócisz do Łodzi i spróbujesz zamknąć tę sprawę. Sama, po cichu, nie angażując w to policjantów z lokalnego BSW. Zrobisz to przy minimalnym budżecie. Ale jeśli po tych dwóch miesiącach przywieziesz takie dyrdymały – wskazała brodą kartkę – będzie to prawdopodobnie ostatni raport, jaki sporządzisz w swoim policyjnym życiu. Czy to jasne?

Stelmach energicznie pokiwała głową. Uśmiechnęła się. Jak człowiek idący na ścięcie, którego w ostatniej chwili oddelegowano na dodatkową porcję tortur.

Witold Ptak wpatrywał się w migającą jarzeniówkę, która zachowywała się tak, jakby ktoś co kilka sekund odcinał jej dopływ prądu. Przyglądał się lekarzom i pielęgniarkom krzątającym się po korytarzu, dzielącym niezrozumiałymi dla niego informacjami. Patrzył na pacjentów, którzy snuli się bez celu, dla zabicia czasu zaglądając po kilka razy do tych samych sal. Wreszcie zerkał na telefon. Czekał na esemesa od Edyty. Miała go poinformować, kiedy może się z nim spotkać, aby uzgodnić plan rozstania. Wymyślić, jak to zrobić, żeby ich córki jak najmniej na tym ucierpiały. Żeby to wyglądało cywilizowanie. Dorośle. Godnie. Jakby się, kurwa, nic nie stało.

Wetknął telefon do kieszeni i poderwał się z krzesła, kiedy podeszła do niego filigranowa lekarka w towarzystwie faceta wyglądającego jak podstarzały wykidajło. Przywitali się, przedstawili i wyjaśnili, co tu robią. Ona opiekowała się kobietą, którą Witold przyszedł odwiedzić. On próbował wybadać, dlaczego wylądowała w szpitalu.

– Nie może się pan z nią zobaczyć – powiedział policjant, który przedstawił się jako komisarz Grzegorz Zajdel.

– Dlaczego?

– Ona sobie tego nie życzy.

– Przekazaliście jej, kim jestem?

Policjant kiwnął głową.

– Wie, kim pan jest. I nie chce mieć z panem do czynienia.

– Może to reakcja szokowa. – Witold zerknął na doktor Izabelę Kobryn, licząc na to, że potwierdzi jego słowa.

– To mało prawdopodobne – powiedziała lekarka. – Ona już wyszła z szoku. Doskonale rozumie, co ją spotkało. Raczej przemawia przez nią gniew.

– Uważa, że nie zrobił pan dostatecznie dużo, żeby temu zapobiec – dodał Zajdel.

Witold podrapał się po głowie. Nie potrafił się odnieść do tych słów. I wcale nie chciał. Postanowił zmienić temat.

– Jak ona się czuje?

Doktor Kobryn wzruszyła ramionami.

– Powiedziałabym, że zaskakująco dobrze, zważywszy na to, co ją spotkało. Zaskakująco dobrze jak na wielokrotnie zgwałconą i brutalnie pobitą kobietę.

Witold smętnie pokiwał głową.

– Jej życiu nic nie zagraża?

Lekarka westchnęła. Jakby musiała tłumaczyć coś prostego opornemu dzieciakowi.

– Prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie, aby mogła z tego wyjść bez depresji i zaburzeń lękowych. Nie sądzę, żeby była w stanie kiedykolwiek zbudować zdrową intymną relację z mężczyzną. Nie wspominając o tym, że najprawdopodobniej nigdy nie zostanie matką. A żeby jeszcze się kiedyś uśmiechnąć, będzie musiała wstawić kilka implantów stomatologicznych albo odbudować całą szczękę. – Kobryn rozłożyła ręce. – Więc tak, jej życiu nic nie zagraża. Tyle że wydaje się cholernie mało prawdopodobne, żeby miała ochotę dalej je wieść.

Oschle pożegnała policjantów i wróciła do swoich obowiązków. Kiedy mężczyźni zostali sami, Witold ponownie usiadł na krześle i schował twarz w dłoniach.

– Wiecie, kto to zrobił? – zapytał.

Zajdel usiadł obok. Ściągnął usta i potrząsnął głową.

– Było ich trzech. Dopadli ją w parku, gdy uprawiała wieczorny jogging. Naprzemiennie bili ją i gwałcili.

– Wiem, czytałem akta sprawy. Będzie w stanie ich rozpoznać?

– Trudno powiedzieć. Widziała ich twarze. Nie ukrywali się. Zaprosiliśmy rysownika, aby sporządzić portrety pamięciowe, ale przy pierwszym podejściu nie potrafiła precyzyjnie ich opisać. Chyba jest jeszcze za wcześnie, żeby naciskać na nią w tej sprawie.

– Przynajmniej jest jakaś nadzieja.

– Ona twierdzi, że chodzi o artykuł, który napisała kilka tygodni temu. Że to dlatego ją zgwałcili. To była kara.

– Za artykuł o prokuratorze Pszoniaku i jego pedofilskich skłonnościach?

Zajdel pokiwał głową.

– Powiedziała, że to prokurator Adam Warga, wieloletni współpracownik Pszoniaka, kazał tym gościom ją dopaść.

– Jezu Chryste – westchnął Witold.

Nie był tym ani trochę zaskoczony, ale czuł, że w obecności Zajdla właśnie tak powinien zareagować. Jakby się nie spodziewał, że dostanie w mordę, mimo że od dawna nadstawiał policzek.

Witold wraz z Tomkiem Kawęckim przez wiele miesięcy uganiali się za Wargą, próbując znaleźć dowody na to, że on, Pszoniak i kilkudziesięciu facetów ze szczytów władzy zawiązało w Łodzi swoisty klub rozpusty, w którym oddawało się najbardziej wyuzdanym seksualnym zachciankom. Także z udziałem nieletnich. Po rozmowach z kilkoma prawnikami dwaj policjanci nabrali pewności, że ten podziemny świat cynicznych dewiantów istnieje. I że jest jeszcze paskudniejszy, niż przypuszczali. Ale bez twardych dowodów nie byli w stanie nic z tym zrobić. Potrzebowali ludzi, którzy wejdą do tego środowiska.

Nie znaleźli jednak nikogo, kogo mogliby o to poprosić. Nikogo, kto względnie bezpiecznie mógłby się wkupić w łaski pedofilów i zwyrodnialców. Ale Kawęckiego to nie powstrzymało. Nie konsultując niczego z Witoldem, zaczął wciągać cywilów do swojej gry. Wpychać niewinnych ludzi na miny, jakby byli mięsem armatnim. Znalazł parę, która według niego idealnie nadawała się do tego zadania. Dziennikarkę Alicję Mioduszewską i pisarza Jakuba Możejkę. Dwoje naiwnych, pogrążonych w problemach ludzi, którzy postanowili połączyć siły, żeby rozwikłać zagadkę zabójstwa Martyny Bułeckiej i paru innych zbrodni, jakich prawdopodobnie dopuścił się ten sam człowiek. A przy okazji zrobić to, do czego Kawęcki ich namaścił. Wsadzić kij w mrowisko, nie mając bladego pojęcia, co z niego wypełznie.

To nasza wina, pomyślał Witold. Moja i Kawęckiego. Powinienem był go powstrzymać, zanim zrujnował tej kobiecie życie.

– Muszę z nią porozmawiać – odezwał się po dłuższym namyśle.

– Przykro mi, ale to ja prowadzę śledztwo w tej sprawie – zaoponował Zajdel. – I według mnie najważniejsze jest to, żeby Alicja jak najszybciej doszła do siebie, bo być może wtedy będzie w stanie rozpoznać tych bydlaków. Wątpię, żeby ludzie, którzy dopuścili się czegoś takiego, mogli mieć czyste kartoteki. Dlatego przekopaliśmy nasze bazy i przygotowaliśmy wstępną listę podejrzanych. Może Alicji uda się kogoś rozpoznać. Ale najpierw musi wydobrzeć. Żeby wydobrzeć, musi być odizolowana od stresu. A pan, sądząc po tym, jak zareagowała na pańskie nazwisko, jest dla niej jednym wielkim stresorem.

Zajdel podniósł się z krzesła i obmacał kieszenie. Wyciągnął maleńki notatnik. Otworzył go na jednej z ostatnich zapisanych stron.

– Ale może nam pan pomóc – oznajmił. – Alicja ciągle wypytuje o Jakuba Możejkę. To popularny pisarz i jej znajomy. Może nawet ktoś więcej niż znajomy. Dziewczyna twierdzi, że skoro jeszcze jej nie odwiedził, musiało mu się przytrafić coś złego. Boi się, że jego też dopadli.

– A wy, jak rozumiem, nie możecie go odnaleźć?

– Jakby się zapadł pod ziemię. – Zajdel schował notatnik z powrotem. – To co, pomoże nam pan?

Witold pokiwał głową.

Chwilę później poczuł wibrację telefonu. Wyjął go z kieszeni. Przeczytał esemesa od Edyty. Zaklął.

– Coś nie tak? – spytał Zajdel.

– Nie wiem – odparł Witold, nie odrywając wzroku od smartfona. – Czasami mam wrażenie, że utknąłem w koszmarze, z którego nie jestem w stanie się wybudzić.

2

Facet w dżinsach i koszuli w biało-niebieską kratę przyglądał się mężczyźnie w czarnym ochroniarskim swetrze. Obaj wyglądali tak, jakby musieli nosić te stroje za karę. Jakby byli stworzeni do kompletnie innych uniformów. Facetowi w koszuli bardziej pasowałyby krótkie spodenki i porozciągana koszulka z jakimś angielskim napisem, który kilka osób uznałoby za zabawny, a większość za żałosny lub obraźliwy. Mężczyźnie w ochroniarskim kombinezonie pasowałoby coś pstrokatego i krzykliwego. Dziwacznego. Sprawiającego, że wyróżniałby się z tłumu. Nie dlatego, że był wyjątkowy, choć niewątpliwie różnił się od przeciętnych zjadaczy chleba, ale po to, żeby ludzie wiedzieli, kogo należy unikać. Żeby nie podchodząc bliżej, mogli zobaczyć jego napuchniętą od wódki gębę i wychudzone ciało. Żeby ciekawość nie kazała im rozwiązać zagadki tego ponurego typa.

I żeby pod żadnym pozorem nie próbowali nawiązać kontaktu z Tomkiem Kawęckim.

– To prosta robota – odezwał się facet w koszuli. – Właściwie sprowadza się do trzech rzeczy. Po pierwsze, musisz pilnować, żeby pracownicy nie wynieśli z magazynu czegoś, co do nich nie należy. Wystarczy od czasu do czasu pomachać skanerem, kiedy będą przechodzić obok. Po drugie, nie wolno ci spać. I po trzecie, powinieneś udawać, na przykład przychodząc do pracy trzeźwy, że nie masz tej roboty kompletnie w dupie. – Zrobił pauzę, żeby nabrać powietrza. – Jak to, kurwa, możliwe, że w ciągu kilku pierwszych dni, kiedy powinno ci najbardziej zależeć na zrobieniu dobrego wrażenia, złamałeś wszystkie zasady?

Tomek Kawęcki wzruszył ramionami. Zapalił papierosa, gapiąc się na odjeżdżające spod magazynu samochody kurierów.

– Rzadko oglądam nagrania z monitoringu – kontynuował facet w koszuli. – Może jestem naiwny, ale uważam, że ludzie powinni sobie ufać. Tak po prostu. Żeby wszystkim żyło się milej, w mniejszym stresie, na nieco obniżonej czujności. Ale wczoraj coś mnie tknęło. Włączyłem nagranie z kamery przy wejściu na halę. Obejrzałem początek twojego piątkowego dyżuru. A nawet zrobiłem to dwa razy. Nie mogłem uwierzyć, że ochroniarz, którego dopiero co zatrudniłem, zaraz po wejściu na halę wytrąbił dwie dwusetki wódy i poszedł spać. – Z niedowierzaniem pokręcił głową. – I co ja mam teraz z tobą zrobić?

– Wyrzucić.

– Słucham?

– Za coś takiego powinieneś mnie wyrzucić.

Kawęcki przeniósł wzrok na faceta w koszuli i zaczął się w niego intensywnie wpatrywać. Wyobrażał sobie, że jego nowy szef przed laty dorabiał do kieszonkowego, imając się różnych niewymagających intelektualnego wysiłku zajęć: tyrając na budowie, zrywając truskawki albo pieląc chwasty. Któregoś dnia trafił na magazyn. Spodobała mu się ta praca, ponieważ była lżejsza, lepiej płatna, a do tego często na noce, a on nigdy nie należał do rannych ptaszków. Przez kilka lat pracował jako magazynier, mozolnie wyrabiając sobie coraz silniejszą pozycję w firmie. Może po drodze ukończył zaocznie logistykę, zarządzanie albo jakąś turystykę i rekreację. W każdym razie w końcu dostał się do akwarium. Został menedżerem. Facetem w kraciastej koszuli. Rozdzielającym robotę i wydającym polecenia. Dopiął swego, chociaż nigdy nie sądził, że stanie się to celem jego życia.

– Przyjąłem cię do pracy, ponieważ jesteś byłym policjantem – wyjaśnił teraz. – I dlatego, że Eryk Dziwisz cię polecił. Był bardzo przekonujący. Wręcz nalegał, żebym cię zatrudnił. Jakby był ci winien przysługę. Ale po tych paru dniach mam ochotę wyjebać was obu.

Jego twarz czerwieniała z każdą sekundą. Być może brakowało mu doświadczenia w udzielaniu reprymendy. Może jeszcze nikogo nie zwolnił i nie wiedział, jak się do tego zabrać. Albo odbijały się na nim trudy weekendu, ponieważ nie wyglądał na człowieka wyznającego wstrzemięźliwość. Ale Kawęcki przypuszczał, że facet po prostu źle się czuje w jego towarzystwie. Stojąc przed czterdziestoparoletnim, skacowanym, brudnym, zblazowanym gościem, który mimo wszystko uważa go za śmiecia. Który całym sobą daje mu do zrozumienia, że cokolwiek od niego usłyszy, nie zrobi to na nim żadnego wrażenia. Jakby mógł umrzeć wyłącznie od własnych ciosów, formujących się w jego trzewiach i walących prosto w serce.

– Dasz mi choć jeden argument, żebym cię nie wyrzucił?

Kawęcki zrobił krok w jego stronę.

– Jeśli mnie nie zwolnisz, nie wspomnę swoim dawnym kolegom, że twoi pracownicy handlują narkotykami.

– Co ty pieprzysz?

Kawęcki wypalił papierosa po sam filtr. Upuścił niedopałek pod nogi i przykrył go butem.

– Na razie to tylko niegroźna plotka. Niewinnie zasiane ziarno, które będzie powoli kiełkować w maleńkich móżdżkach magazynierów i ochroniarzy. Potem dotrze do twoich kumpli z akwarium. A na koniec wyjdzie poza mury tego budynku. – Zatoczył ręką okrąg. – Ludzie z zewnątrz zapewne uznają to za bzdurę. Nie uwierzą, że mogłeś dopuścić do takiego zaniedbania. Zlecą szczegółową kontrolę tego pierdolnika. A wtedy wykonam magiczny trik. Sprawię, że ta niegroźna plotka stanie się prawdą. – Wzruszył ramionami. – Chyba że się zakolegujemy.

Uśmiechnął się do faceta, którego twarz przypominała już wielki czerwony balon. Poklepał go po ramieniu. Po przyjacielsku. Jak gdyby go pocieszał. Odwrócił się i ruszył przed siebie, leniwie przebierając nogami. Po kilkunastu sekundach zniknął za kawalkadą tirów.

– Może nam pan powiedzieć, jak wyglądał standardowy dzień pracy Seweryna Kostki?

Doktor Leszek Merc, właściciel kliniki weterynaryjnej VetPatrol, podrapał się w środek łysej głowy. Nieufnie spoglądał na przesłuchujących go policjantów, jakby podejrzewał, że w którymś momencie przestaną zadawać pytania i postanowią spuścić mu wpierdol. Ze swoją pucołowatą twarzą, pokrytą niezbyt imponującą siwiejącą brodą, wydawał się stary i umęczony życiem, mimo że dopiero dobijał do czterdziestki.

– Przecież już o tym mówiłem – burknął. – Jeden z waszych kolegów wypytywał mnie zaraz po ucieczce Seweryna.

Witold Ptak zerknął na Artura Waliszewskiego, a potem ponownie przeniósł wzrok na Merca, który tak intensywnie maltretował swoją glacę, że aż pojawiła się na niej czerwona pręga.

– Ludzie dzielą się na tych, którzy chętnie z nami rozmawiają, z łatwością wydobywając z pamięci istotne dla nas szczegóły, oraz tych, z których musimy wyciągać je siłą. Na przykład podczas takich rozmów. – Witold rozejrzał się po niewielkim bezosobowym pokoju przesłuchań, który równie dobrze mógłby służyć za graciarnię. Albo salę tortur. – Pan najwyraźniej zalicza się do drugiej grupy. Z zeznań, które pan złożył zaraz po ucieczce Kostki, niestety nic nie wynika.

– Czego ode mnie oczekujecie?

– Zaangażowania – włączył się Artur. – Że wysili pan mózgownicę i powie coś, co pomoże nam dorwać tego świra.

Ręka Merca ponownie powędrowała na czubek głowy. Skrzywił się, kiedy wyczuł pod palcami ranę.

– Przychodził do pracy przede mną. Zwykle jako pierwsza osoba w przychodni. Zawsze brał poranne dyżury. Był bardzo sumiennym facetem. I bardzo nudnym. – Weterynarz zaśmiał się, kręcąc głową. – Trudno się o nim mówi, wiedząc, co zrobił.

– Na razie nic nie wiadomo. Proszę kontynuować.

– Miał swoje rytuały. Dyżur zaczynał od kawy, słodkiej bułki, którą kupował w cukierni obok kliniki, i przeglądu prasy. Potem skupiał się wyłącznie na swoich zadaniach. Nigdy nie odkładał roboty na później. Jeśli miał sprawdzić stan leków albo przygotować salę zabiegową, od razu się do tego zabierał. Myślę, że pojęcie prokrastynacji było mu obce.

– Rzeczywiście, nie brzmi to szczególnie… ciekawie – zauważył Artur. – Wyróżniał się czymś nietypowym na tle innych pracowników?

Merc przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. W końcu potrząsnął głową.

– Jaki był w stosunku do ludzi? – spytał Witold.

– Nikt nie złożył na niego skargi do Łódzkiej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej. W serwisie ZnanyLekarz.pl ma raczej dobre opinie. Jeśli pojawiały się jakieś zarzuty pod adresem Seweryna, dotyczyły jego słabej komunikatywności.

– A jak traktował zwierzęta?

– Profesjonalnie. Chłodno. – Merc zapatrzył się w jakiś punkt na ścianie. – Ktoś z zewnątrz mógłby powiedzieć, że nie lubił swojej pracy, ale według mnie zachowywał do niej zdrowy dystans. Pod tym względem byliśmy do siebie podobni.

– Dlaczego w ogóle go pan zatrudnił?

– Bronił się swoim CV. Właściwie byłem nawet lekko zaskoczony, że ktoś z jego doświadczeniem i umiejętnościami nie próbuje otworzyć własnej praktyki. – Przejechał dłonią po czaszce, w ostatniej chwili powstrzymując się przed ponownym rozdrapaniem rany. – Po tych kilku latach mogę powiedzieć, że był kompetentny, sumienny i względnie tani. Nie stwarzał problemów. Nie brał urlopów na żądanie. Nie chorował. Prawdę mówiąc, był moim najlepszym pracownikiem. Gdybym nie wiedział, kim jest, bez chwili wahania zatrudniłbym go ponownie.

– Urlopy – odezwał się Artur, patrząc na Witolda. Potem przeniósł wzrok na weterynarza. – Ma pan wykaz jego nieobecności w pracy?

– Jeśli pogrzebię w komputerze, pewnie coś się znajdzie.

– Proszę to zrobić – powiedział stanowczo Witold. – Ktoś go odwiedzał? Rozmawiał z kimś? Dzwonił do kogoś albo ktoś do niego?

– Nie przypominam sobie.

– A o czym panowie rozmawiali?

– O pracy.

– Tylko?

– Właściwie tak. – Merc zamyślił się na chwilę. – Kiedyś rozmawialiśmy o religii.

Witold i Artur spojrzeli po sobie.

– O czym konkretnie?

– O Judaszu. – Weterynarz popatrzył na swoje dłonie. – Seweryn przedstawił ciekawą teorię. Powiedział, że Judasz nie oszukał Jezusa. Że to wszystko… rzekoma zdrada w zamian za srebrniki oraz tajemnicze samobójstwo… było ukartowane. On uważa, że to Jezus poprosił Judasza, żeby go wydał. Wybrał swojego najlepszego ucznia. Najsilniejszego spośród apostołów. Jedynego, który miał dość odwagi, żeby zostać wykonawcą woli Chrystusa. Umożliwić mu zmartwychwstanie, jednocześnie skazując się na wieczne potępienie. – Potrząsnął głową. – To było dosyć dziwne. Nie mówił o tym jak nawiedzony bigot. Raczej jak naukowiec. Nerd, który nie bardzo wiedząc, co zrobić z wolnym czasem, dogłębnie zanurzył się w historię chrześcijaństwa i teorie spiskowe.

Przez kilka ciągnących się w nieskończoność sekund milczeli. Artur skrobał coś w notatniku, a Witold intensywnie wpatrywał się w lekarza.

– Jakie gazety czytał? – zapytał.

– Słucham?

– Wspominał pan, że Kostka zaczynał dzień od przeglądu prasy. Co czytał?

– Wszystko. Przynosił ze sobą kilka dzienników. Po pracy zabierał je do domu.

– Pytał pan, dlaczego to robi?

Merc wygiął usta w podkowę i pokręcił głową.

Witold przez dłuższą chwilę nad czymś się zastanawiał, po czym zwrócił się do Artura.

– Czy Kostka prenumerował jakieś czasopisma? – zapytał.

– Nic nam o tym nie wiadomo.

– W takim razie musiał kupować je w jakimś kiosku, salonie prasowym albo osiedlowym sklepie. Skoro lubi rytuały, pewnie robił to codziennie w tym samym miejscu. – Witold postukał palcami w stół, a następnie ponownie spojrzał na Merca. – Jest jakiś punkt z prasą obok pańskiej kliniki?

– Po drugiej stronie ulicy mamy kiosk. To naprawdę takie ważne?

– Jeśli nie kupował tych gazet przez internet, musiał mu je sprzedawać jakiś człowiek. Sklepikarz, kioskarz albo ktoś w tym stylu. Niektórzy ludzie chętniej otwierają się przed obcymi niż znajomymi. Może Kostka też się do nich zalicza. – Wzruszył ramionami, jakby nie wierzył własnym słowom. – Zawsze to jakiś punkt zaczepienia.

Weterynarz popatrzył na niego, a potem na Artura. Roześmiał się.

– Sorry, ale to brzmi, jakbyście byli w ciemnej dupie.

Policjanci chcieli mu jakoś odpowiedzieć, ale nie bardzo wiedzieli jak. Facet z rozdrapaną łysą glacą trafił w samo sedno.

– See You Later, Alligator – tymi słowami Janusz Dębiec pożegnał się z Bartoszem Adamskim, kiedy widzieli się po raz ostatni. Jeszcze kilka tygodni wcześniej te angielskie wstawki, przypominające, że komendant spędził kilka lat w Stanach, wydawały mu się zabawne. Były wyróżnikami Dębca. Maleńkimi stempelkami, którymi zdobił swoją obecność. Ale od tego czasu sporo się zmieniło. Dziś Adamski uważał, że są żałosne. Jak weselne suchary wycharkiwane przez podpitego wujka.

Czekając na komendanta w jego gabinecie, wpatrzony w przypięte do ściany kije golfowe oraz sąsiadującą z nimi karykaturę Dębca, naczelnik Wydziału Kryminalnego czuł się jak bohater czarnej komedii. Był nieproszonym gościem w pokoju przerośniętego gówniarza. Faceta, który całe życie czekał na to, aby któregoś dnia dorwać się do władzy. Nie dla sławy, wpływu czy pieniędzy. Nie po to, żeby móc się puszyć przed rodziną albo kolegami ze szkolnych lat. Nie ze względu na przerośnięte ego. Ale właśnie z uwagi na ten cholerny gabinet. Był jego prywatnym placem zabaw. Kolorową kokardką zawiązaną na czubku niezbyt imponującego fiuta.

Dębiec dotarł na spotkanie z parominutowym opóźnieniem. Był mierzącym około stu dziewięćdziesięciu centymetrów elegantem po sześćdziesiątce. Zadbanym, utrzymującym nienaganną formę, ubranym w dobrze skrojony garnitur. Przeważnie uśmiechniętym. Z nieco usztywnioną twarzą, co musiało być następstwem jakichś zabiegów upiększających. Przywitał się z Adamskim i schował za masywnym biurkiem.

– Jak się czujesz w nowych butach? Nie są za duże? – zapytał zaczepnie, ale zanim Adamski odpowiedział, zaśmiał się ze swojego dowcipu. – A tak zupełnie serio, to zważywszy na okoliczności, idzie ci całkiem nieźle.

– Dziękuję. Chciał pan porozmawiać. Domyślam się, że chodzi o sprawę Kostki.

– Nie do końca. To znaczy… – komendant się zawahał – nie chodzi o samo śledztwo, ale o kwestie komunikacyjne. Nie będę owijał w bawełnę. Nie podoba mi się to, w jaki sposób informujesz opinię publiczną o postępach w sprawie i domniemanych powiązaniach między niektórymi zdarzeniami.

Adamski zmarszczył brwi.

– Nie bardzo rozumiem. Chciałby pan, żebym podawał nieprawdziwe informacje?

– W żadnym wypadku. Chodzi o to, że nie powinieneś tak nagłaśniać tej sprawy. A tym bardziej zachęcać dziennikarzy, żeby o niej jak najwięcej pisali. Wiem, co w ten sposób chcesz osiągnąć, ale to się nie uda.

– Nie?

– Doprowadzisz do tego, że ludzie będą uważać cię za nieudacznika, który nie radzi sobie ze śledztwem. – Dębiec potrząsnął głową. – Jeszcze ani razu dziennikarze nie pomogli mi w schwytaniu sprawcy. Ani razu – powtórzył, unosząc wycelowany w sufit palec. – Ale za każdym razem przyciągali masę wariatów, którzy tylko spowalniali śledztwo.

– Może nie miał pan nigdy takiego przypadku?

Komendant zacisnął zęby. Jego wzrok sugerował, że ma ochotę chwycić Adamskiego za grzywkę i rozbić jego łeb o kant biurka.

– You’re missing the point – powiedział, wyraźnie wymawiając każde słowo. – Nagłaśnianie sprawy szkodzi nam wszystkim. A zwłaszcza tobie. – Wychylił się do przodu. – Właśnie przekonywałem ludzi z Komendy Głównej, że szefem wydziału uczyniłem człowieka, który poradzi sobie ze schwytaniem Kostki. I zrobi to w sposób niebudzący kontrowersji. Powiedziałem, że choć nie masz dużego doświadczenia i z pewnością nie jest ci lekko, to jesteś twardym, bystrym i cholernie ambitnym facetem, który nie da się złamać. – Spojrzał naczelnikowi głęboko w oczy. – Mam nadzieję, że ich nie okłamałem.

Adamski głośno westchnął.

– Też mam taką nadzieję – odparł.

Nie brzmiał zbyt przekonująco.

Najpierw usłyszał dziewczęcy śmiech: donośny, ordynarny, bezwstydny. Potem pojawił się męski: cichszy, krótszy, bardziej zachowawczy. Nastawiony na cel. Wyraźnie świadczący o tym, że cokolwiek ten mężczyzna robił, nie zamierzał dziewczyny rozbawić. Chciał tylko, żeby mu się oddała. Żeby zamiast rechotać, zdarła z niego spodnie. Miał nadzieję, że te niewinne igraszki – łaskotanie, podgryzanie karku, podszczypywanie – przerodzą się w ostre rżnięcie. Bez gry wstępnej. Bez zbędnego pierdolenia.

Jakub Możejko nasłuchiwał przez ścianę przeplatających się śmiechów. Z każdą sekundą denerwował się coraz bardziej. Zazdrościł tym młodym. Chciałby być na ich miejscu. Doświadczać beztroski. Nie martwić się tym, co przyniesie jutro. Nie bać się, że jutra nie będzie. Nie musieć uciekać przed czymś, co nie do końca rozumiał. Nie musieć ukrywać się przed ludźmi, którzy nie cofną się przed niczym. Przekonał się o tym, kiedy infiltrował ich środowisko. Potwierdzenie przynieśli mu dwaj napakowani goryle, którzy czyhali na niego pod blokiem.

A potem jeszcze dowiedział się o Alicji…

Zastanawiał się, jak mogli do tego dopuścić. W jaki sposób dali się w to wplątać? Dlaczego postanowili pomóc Kawęckiemu w rozbijaniu szajki pedofilskiej? W uganianiu się za zwyrodniałymi prawnikami, politykami i biznesmenami; ludźmi zbyt wpływowymi, żeby dało się wyrządzić im krzywdę?

Dlaczego, kurwa, byli tak naiwni?

Śmiechy nagle ustały. Możejko usłyszał bose stopy plaskające na zimnych płytkach. Chwilę później zaskrzypiały drzwi w jego pokoju. Odwrócił się od komputera i ujrzał ją po raz pierwszy. Dziewczynę z ordynarnym śmiechem. Ubraną jedynie w majtki i męską koszulkę.

– Przepraszam – powiedziała zawstydzona. – Pomyliłam pokoje. Chciałam pójść do toalety.

– Te drzwi wyglądają na tyle nietypowo, że można się pomylić. Nic się nie stało. – Możejko podniósł się z krzesła i wyciągnął do niej rękę. – Kuba.

– Zuza.

Dziewczyna zawiesiła na nim spojrzenie. Nawet będąc w rozsypce, przyciągał uwagę kobiet. Był szczupłym facetem po czterdziestce. Miał regularne rysy, równy kilkudniowy zarost i włosy przyprószone siwizną. Efektownie się starzał. Jakby fizjonomia omyłkowo wynagradzała go za dobre sprawowanie.

Zuza poparadowała przez chwilę w majtkach, a następnie uśmiechnęła się i wyszła z pokoju. Możejko odprowadził ją wzrokiem. Nie była w jego typie. Brakowało jej krągłości. Kilku dodatkowych kilogramów, które powinna proporcjonalnie rozdzielić między uda, pośladki i cycki. Wyglądała zbyt dziewczęco. Jak mocno wymalowana nastolatka, która puszcza się na lewo i prawo z dwudziestoletnimi chłopakami. Tyle że dla Możejki nie miało to większego znaczenia. Gdyby tylko nadarzyła się okazja, toby ją wziął. Ją i jej puszczalskie koleżanki. Po kolei albo wszystkie naraz. Nieważne. Byle szybciej. Byle na moment zaspokoić nienasyconą chuć.

Upłynęło najwyżej pół minuty od przypadkowego wtargnięcia do pokoju, kiedy Możejko usłyszał pukanie do drzwi.

– Proszę.

Do środka wszedł długowłosy chudzielec z nagim torsem. Miał na sobie jedynie krótkie sportowe spodenki. I zapewne nic pod nimi. Z włosami wygolonymi po bokach głowy i spiętymi w kucyk przypominał samuraja. Przez kilka sekund milczał, miętosząc w rękach idealnie skręconego jointa.

– Słyszałem, że poznałeś Zuzę – oznajmił. Jego głos brzmiał tak, jakby przepalił go jeszcze przed mutacją. – To moja dziewczyna.

– Domyśliłem się.

– Jesteśmy ze sobą od miesiąca. Albo od pięciu tygodni. Nie pamiętam. W każdym razie niedługo. Ma osiemnaście lat.

– Tak czy siak gratuluję.

Samuraj patrzył nie na Możejkę, lecz na skręta. Zastanawiał się, czy może go jeszcze jakoś upiększyć.

– Nie powinieneś być w pracy? – zapytał. – Mieszkasz tu od tygodnia, a jeszcze nie widziałem, żebyś stąd wychodził.

– Pracuję zdalnie.

– Co robisz?

– Piszę. Jestem pisarzem.

– Co piszesz?

Możejko głośno westchnął. Zerknął na ekran komputera, jakby musiał to sobie przypomnieć.

– Jeszcze do niedawna myślałem, że reportaż kryminalny. Ale teraz już sam nie wiem.

– Mhm.

Samuraj zaczął opalać jointa zapalniczką. Kiedy skończył, pomachał nim do Możejki. Ten jednak pokręcił głową.

– Nie jestem głupi – powiedział Samuraj. – Wiem, że się ukrywasz. W przeciwnym wypadku nie wprowadziłbyś się od razu, bez zweryfikowania, jak wygląda ten pokój. I przytargałbyś ze sobą coś więcej niż laptopa i torbę ciuchów. Ale to nie moja sprawa. Dopóki jacyś smutni ludzie nie zaczną dobijać się do drzwi, nie zamierzam się tym przejmować. Martwi mnie tylko jedno.

– Co?

– Skoro nie chodzisz do normalnej pracy, skąd weźmiesz hajs, żeby zapłacić za kolejny miesiąc?

– Odłożyłem trochę na czarną godzinę.

– Na długo ci starczy?

– Kilka miesięcy wytrzymam.

– A co potem?

Dobre pytanie, pomyślał Możejko. Kiedy naprędce wymyślał plan, sądził, że to tylko rozwiązanie tymczasowe. Na parę dni. Najwyżej na kilka tygodni. Miał nadzieję, że ktoś przyjdzie mu z pomocą. Albo że wszystko jakoś samo się wyjaśni. Ale na razie nie zanosiło się ani na jedno, ani na drugie.

– Co studiujesz? – zapytał Możejko.

– Historię sztuki.

– A twoi znajomi?

– Różnie. Dziennikarstwo, kulturoznawstwo, polonistykę… takie tam humanistyczne bzdety.

– To dobrze się składa. Przez kilka lat byłem wykładowcą na Uniwersytecie Łódzkim.

– Poważnie?

– Inaczej bym cię nie poznał. – Możejko uśmiechnął się do chłopaka. – Mogę zapewnić twoim kumplom dostęp do niektórych testów. Albo pisać za nich prace: semestralne, licencjackie, magisterskie czy jakie tam będą potrzebne. Jeśli chcesz, obaj możemy na tym zarobić.

Samuraj włożył jointa między zęby, ściągnął gumkę z włosów i ponownie je zawiązał.

– Brzmi kusząco – powiedział niewyraźnie, zanim wyciągnął blanta z ust. – Może za jakiś czas w to wejdę. Ale najpierw chciałbym wyjaśnić dwie inne sprawy. – Wycelował palcem w biurko, na którym oprócz laptopa leżały nieużywana podkładka pod mysz, kilka długopisów, karta debetowa i zwinięty w rulon banknot. A także tysiące drobin białego proszku, którego zdecydowana większość wylądowała w krwiobiegu Możejki. – Nie jestem dilerem.

– Wiem.

– Pomogłem ci tylko dlatego, że wyglądałeś na gościa w potrzebie, a ja akurat miałem łatwe dojście.

– Rozumiem.

– Nie proś mnie więcej o wąchanie. Jeśli będziesz chciał zajarać, zawsze możesz zapukać do mojego pokoju. Z reguły mam coś przy sobie, chętnie się podzielę. Ale twarde rzeczy mnie nie kręcą. I prawdę mówiąc, wolałbym, żeby nie było ich w moim mieszkaniu.

Samuraj prawdopodobnie liczył na to, że Możejko złoży mu jakieś oficjalne zapewnienie, ale ten tylko niewyraźnie pokiwał głową. Wolał nie składać żadnych deklaracji.

– A ta druga sprawa?

– Zuza.

– Co z nią?

– Urwę ci łeb, jeśli się dowiem, że ją ruchasz.

Możejko długo wpatrywał się w Samuraja. Długowłosemu chudzielcowi ewidentnie nie było do twarzy z groźbami.

– Jesteście ze sobą miesiąc i już zakładasz, że może cię zdradzić?

– Nie zakładam. Ale wolę dmuchać na zimne.

– Jeśli będzie chciała cię zdradzić, zrobi to. Nie będę musiał jej w tym pomagać.

– Po prostu nie chcę, żebyś się z nią ruchał, dobra?

Możejko pokiwał głową. Niewyraźnie. Niepewnie. W tej kwestii też wolał niczego nie obiecywać.

Nauczył się nie przywiązywać do rzeczy, miejsc czy ludzi. Nie rozpamiętywać. Nie żałować. Nie cierpieć z powodu zdarzeń, na które nie miał całkowitego wpływu.

Nie myślał o domu. O korzeniach. O dzieciństwie. Nie analizował swojej historii. Nie zastanawiał się, z jakiego powodu tak często zmieniał miejsce zamieszkania. Dlaczego dzieci traktowały go jak odludka. Kto pierwszy stwierdził, że różni się od rówieśników. Nie roztrząsał tych wszystkich przykrych zdarzeń, które co jakiś czas nawiedzały jego wyobraźnię. Niczym mikrotraumy pragnące za wszelką cenę odznaczyć swoją obecność na przepastnej czarnej plamie.

Nie myślał o rodzicach. Tych pierwszych nie zdążył poznać. Drugich zdążył znienawidzić. Była to dziwna para istot, które do siebie charakterologicznie nie pasowały. Właściwie nie miały ze sobą nic wspólnego. Różniły się pod każdym rzucającym się w oczy względem. A mimo to postanowiły wieść wspólne życie. Do czasu. Do momentu, w którym jedno z nich zachorowało, a drugie nie potrafiło się z tym pogodzić. A przez to uciekło w otępienie. W destrukcję. W wódkę. Urządziło piekło sobie oraz dziecku, które tych dwoje dziwaków z jakiegoś irracjonalnego powodu postanowiło adoptować.

Nie myślał o młodości. Nie analizował, czy podejmował wtedy słuszne decyzje. Czy droga, którą obrał, była optymalna. Czy mógł coś zrobić lepiej. Mądrzej. Sprytniej. Nie miało to zresztą większego znaczenia. Od tych decyzji zależało jedynie jego równoległe życie. Prowadzone na pokaz. Z potrzeb finansowych i wizerunkowych. A także po to, żeby ludzie, których spotykał, mieli jakiś punkt odniesienia. Żeby mogli identyfikować go nie tylko z wielkim, pokracznym ciałem. Tożsamość była dla niego wyłącznie narzędziem. Jak dla szpiega, który ma do wykonania konkretne zadanie. On też je miał. To było coś, do czego został namaszczony. Co potrafił robić najlepiej na świecie.

Było już grubo po północy, kiedy stanął na środku podwórka. Rozejrzał się. Popatrzył na otaczające go budynki. Na domy, z których dochodziły najróżniejsze odgłosy. Telewizora. Pochrapywań. Kaszlu. Kłótni. Ruchania.

Ludzkie zoo, pomyślał. Otoczone drewnem i betonem. Wmurowane w środek świata, który nie był przeznaczony dla człekopodobnych stworów kierujących się partykularnymi interesami. Nietroszczącymi się o dobro zbiorowości. Nieprzejmującymi się gangreną toczącą miasta i wsie. Nielgnącymi do Boga.

Uklęknął. Wykonał w powietrzu znak krzyża. Zaczął się modlić.

Myślał o Bogu.

Myślał o tym, co musi zrobić.

Myślał o niej. O kolejnej, którą spotka. Tej ostatniej.

Uśmiechnął się. Dawno nie był tak szczęśliwy.

3

Chciałeś się ze mną widzieć.

Bartosz Adamski potrzebował kilku sekund, żeby przetrawić słowa Witolda Ptaka. Ze zdziwioną miną gapił się na barczystego policjanta. Jak facet z zaawansowanym alzheimerem, któremu choroba właśnie wyryła kolejną lukę w mózgu. W końcu odsunął się od komputera, przetarł zmęczone oczy i pokiwał głową.

– Zwalniasz mnie? – spytał Witold.

Adamski spojrzał na niego. Znów z tą samą miną. Znów nie robiąc najlepszego wrażenia.

– A powinienem?

– Przez telefon brzmiałeś tak, jakbyś miał do przekazania złą nowinę.

Naczelnik potrząsnął głową. Wskazał dłonią krzesło stojące przed jego biurkiem.

– Nie zwalniam cię. Jeszcze nie.

Witold usiadł i rozejrzał się po gabinecie. Adamski potrzebował ledwie paru tygodni, żeby zagracić go sto razy bardziej niż Mariusz Szczebiot, który przez kilkanaście miesięcy piastował stanowisko naczelnika Wydziału Kryminalnego. Zupełnie jakby Adamski wziął sobie za cel, by jak najbardziej różnić się od poprzednika. By na jego naturalną ślamazarność odpowiedzieć dynamiką, energią i łatwością podejmowania decyzji. By strach, zachowawczość i nerwicę natręctw Szczebiota skontrować irytującą pewnością siebie. By jego sztywniactwo i formalizm zastąpić luzem i zdroworozsądkowym podejściem.

Taka zmiana nawet odpowiadała Witoldowi. Co nie oznacza, że polubił nowego szefa. Ani że kiedykolwiek mogłoby to nastąpić.

– Chciałem z tobą pogadać sam na sam – oznajmił Adamski.

– O czym?

Naczelnik wychylił się do przodu. Sięgnął po leżącą na blacie paczkę gum. Wrzucił orbitkę do ust i ponownie osunął się na oparcie.

– O Adamie Wardze. Udało ci się dowiedzieć czegoś nowego?

Witold pokręcił głową.

– Prawdę mówiąc, nie miałem na to czasu. Całą energię włożyłem w poszukiwania Kostki.

– I w ratowanie małżeństwa. – Adamski uśmiechnął się chytrze. – Nie myśl sobie, że jestem wścibski. Po prostu interesuję się swoimi pracownikami. Chcę wiedzieć, co się dzieje w ich życiu prywatnym i czy może to rzutować na pracę. To także jeden z powodów, dla których nie trułem ci dupy bardziej, niż wymagała tego sytuacja. Ale zdaje się, że już po ptokach, co?

Witold bezwiednie zacisnął pięści. Miał ochotę przeskoczyć przez biurko i zetrzeć Adamskiemu z gęby tę kretyńską minę. Zmiażdżyć jego energicznie pracującą żuchwę. Ale po chwili zrozumiał, że w zasadzie nie ma podstaw, żeby się na niego złościć. Że raczej powinien być mu do pewnego stopnia wdzięczny.

– A jeśli chodzi o Wargę, udało mi się częściowo cię wyręczyć.

Naczelnik otworzył górną szufladę i zaczął się przekopywać przez stertę nieopisanych dokumentów. Potrzebował mniej więcej minuty, żeby znaleźć to, czego szukał. Wyjął kartkę formatu A4 i położył ją na blacie.

– Co to jest? – spytał Witold.

– Portret pamięciowy. Sporządził go rysownik na podstawie opisu sąsiadki Henryki Świst. Przypomniała sobie, że dzień przed znalezieniem zwłok kręcił się na klatce jakiś podejrzany typ. Być może zabójca. Albo ktoś, kto ma z nim coś wspólnego. – Przesunął kartkę na drugą stronę biurka. – Przypomina ci kogoś?

Witold wpatrywał się w rysunek, jakby nie mógł uwierzyć w to, co widzi.

– To Warga – stwierdził. – Chyba że wszystkie tłuściochy w tym mieście wyglądają tak samo.

– Świst zginęła dlatego, że wiedziała zbyt dużo. Prawdopodobnie znała tożsamość Kostki, kiedy my nie mieliśmy jeszcze o nim pojęcia. W każdym razie do tej pory podejrzewaliśmy, że to on ją zabił. Teraz jednak doszedł nam kolejny podejrzany. Może nawet więcej niż jeden. – Gęba Adamskiego ponownie się wykrzywiła w złośliwym uśmiechu. – W szufladzie mam jeszcze dwa takie rysunki. Chciałbyś je zobaczyć?

Witold pokręcił głową. Nie chciał. Nie musiał. Dobrze wiedział, kogo na nich zobaczy.

Henryka Świst przez kilka miesięcy pomagała Sewerynowi Kostce. Dostarczała zakupy do mieszkania, w którym zabójca z jakiegoś powodu przetrzymywał grupę uchodźców z Ukrainy i Białorusi. Możliwe, że wykorzystywał niedomagającą intelektualnie, ale wciąż sprawną fizycznie staruszkę do czegoś więcej. Witold Ptak i Tomek Kawęcki dowiedzieli się o Świst, gdy odnaleźli uchodźców. Ale kiedy dotarli do jej mieszkania, było już za późno. Ktoś udusił staruszkę, a następnie stworzył w mieszkaniu tropikalne warunki, żeby przyspieszyć rozkład zwłok. Zapewne po to, aby jeszcze bardziej zagmatwać śledztwo. A przynajmniej było to jedyne logiczne wytłumaczenie, jakie policjantom udało się wykombinować.

Kawęcki i Ptak uciekli z mieszkania staruszki z nadzieją, że nikt się nie dowie o ich bezprawnym wtargnięciu. Że zakręcona i niedowidząca sąsiadka Henryki Świst, która pomogła im się dostać do lokalu, nie będzie w stanie ich rozpoznać.

Nie po raz pierwszy okazali się dziecięco naiwni.

– Długo się zastanawiałem, co zrobić z tą wiedzą – powiedział Adamski, celując palcem w rysunek. – Czy nie powinienem was tym pogrążyć. Pozbyć się raz na zawsze. Ale Kawęcki usunął się sam, a ty w końcu zacząłeś się zachowywać racjonalnie. Jakbyś się uwolnił spod wpływu tego świra. – Rozłożył ręce. – Przede wszystkim jednak doszedłem do wniosku, że na twoim miejscu postąpiłbym podobnie. Też miałbym w dupie przepisy, gdybym wiedział, że w jakimś mieszkaniu mogę znaleźć trupa. Tyle że po wszystkim przyznałbym się do tego swojemu szefowi.

Witold pokiwał głową.

– Masz rację. Przepraszam.

– Nie oczekuję od ciebie przeprosin, tylko wyjaśnienia, co Warga robił w mieszkaniu Świst.

Witold długo się nad tym zastanawiał.

– Sprzątał po swoim koledze – powiedział w końcu. – Kostka zorganizował tę hucpę kilka dni wcześniej. Pewnie chciał to zrobić sam, ale kiedy się dowiedział, że znaleźliśmy uchodźców, wolał nie ryzykować wizyty w mieszkaniu staruszki. Dlatego do pozgarniania grzejników, farelek i innych urządzeń, które wykorzystał do podgrzania ciała Świst, wysłał tam Wargę. Zrobił z prokuratora swojego sługusa. Faceta od brudnej roboty.

Słuchając Witolda, Adamski kiwał głową. Szukał luk w jego rozumowaniu, ale żadnej nie znalazł.

– Czyli jesteś pewny, że to on kryje zabójcę?

– Absolutnie pewny.

– A masz na to jakiś dowód?

– Niestety, nie.

Witold przez moment gapił się na biurko. Na rysunkową podobiznę Wargi. Nawet na niej jest odpychający, pomyślał.

– Ale ty możesz go mieć. – Przeniósł wzrok na naczelnika. – Kilka tygodni temu powiedziałeś, że Warga zataił informację o wizycie Magdy u Kostki. Udało ci się to potwierdzić?