Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 217 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Requiem dla wilka - Maria Nurowska

 

Młoda reżyserka Joanna przyjeżdża w Bieszczady, aby spotkać się ze swoim idolem, wybitnym filmowcem, który po czterdziestu latach wraca do Polski i buduje w Bieszczadach dom. Okazuje się, że w okolicy doszło niedawno do tragicznego wypadku - badaczka wilków Katarzyna, zbierająca materiały do pracy doktorskiej, zginęła od kuli kłusownika. Pamięć o Kasi jest we wsi ciągle żywa. Mieszkańcy odnajdują w Joannie podobieństwo do zmarłej doktorantki. Zaintrygowana tym Joanna zaczyna szukać informacji o dziewczynie, kontaktuje się z jej uczelnią, wynajmuje chatę, w której tamta mieszkała. Zaczyna żyć życiem Kasi, i choć nie zna zachowań wilków, postanawia odszukać je i sfotografować.

Tymczasem z początku niechętny Joannie reżyser zaczyna się nią interesować. Historia komplikuje się jeszcze bardziej, gdy we wsi pojawia się Olgierd, pilnie strzegący wilków i swojej pamięci o Katarzynie...

Znakomita powieść o zauroczeniu cudzym losem, rozdarciu i pasji. O zagadkowym świecie dzikich zwierząt, który staje się obsesją.

Kontynuacja głośnej powieści „Nakarmić wilki” z 2010 roku.

Opinie o ebooku Requiem dla wilka - Maria Nurowska

Fragment ebooka Requiem dla wilka - Maria Nurowska

Co­py­ri­ght © by Ma­ria Nu­row­ska, 2011

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2011

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

MARIA NUROWSKA

MA­RIA NU­ROW­SKA

au­tor­ka po­wie­ści i dra­ma­tów. Wy­da­ła po­nad dwa­dzie­ścia ksią­żek, m.in. Post­scrip­tum (1989, wzno­wio­ne ostat­nio pt. Wy­bór Anny), Hisz­pań­skie oczy (1990), Li­sty mi­ło­ści (1991), sagę Pan­ny i wdo­wy (1991–1993), Ro­syj­skie­go ko­chan­ka (1996), Tan­go dla troj­ga (1997), Mi­ło­śni­cę (1998), Nie­miec­ki ta­niec (2000), opo­wieść o Ry­szar­dzie Ku­kliń­skim Mój przy­ja­ciel zdraj­ca (2004), try­lo­gię ukra­iń­ską: Imię two­je… (2003), Po­wrót do Lwo­wa (2005), Dwie mi­ło­ści (2006), wspo­mnie­nia Księ­życ nad Za­ko­pa­nem (2006) oraz opo­wieść bio­gra­ficz­ną An­ders (2008). W roku 2009 na­kła­dem W.A.B. uka­za­ła się po­wieść Spra­wa Niny S., w 2010 ko­lej­na – Na­kar­mić wil­ki. Książ­ki Ma­rii Nu­row­skiej zo­sta­ły prze­tłu­ma­czo­ne na szes­na­ście ję­zy­ków, w tym chiń­ski i ko­re­ań­ski. We Fran­cji i w Niem­czech były be­st­sel­le­ra­mi.

Stro­ny au­tor­ki:

www.ma­ria­nu­row­ska.pl, www.fa­ce­bo­ok.com/nu­row­ska

Dla­cze­go wró­cił? I dla­cze­go wła­śnie te­raz? Gdy­by pod­jął tę de­cy­zję dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej, gdy Pol­ska od­zy­ska­ła nie­pod­le­głość, by­ło­by to zro­zu­mia­łe, wie­le osób wte­dy wra­ca­ło, ale te­raz za­mia­na wy­god­ne­go ży­cia na po­byt w tym dziw­nym kra­ju była nie­mal sza­leń­stwem, a już sta­wia­nia domu na te­re­nie wy­mar­łej biesz­czadz­kiej wsi nie dało się na­wet na­zwać. To tak jak­by za­miesz­kać na cmen­ta­rzu. Może w umy­słach wiel­kich ar­ty­stów z cza­sem za­cho­dzą ja­kieś nie­od­wra­cal­ne pro­ce­sy? Prze­cież Berg­man pod ko­niec ży­cia ukrył się na ka­mie­ni­stej, wy­lud­nio­nej wy­spie, z ni­kim się nie spo­ty­kał, a w ostat­nich la­tach nie wy­cho­dził na­wet z domu, nie po­zwa­lał go­spo­si otwie­rać okien, ry­glo­wał drzwi. Od­czu­wał pa­nicz­ny lęk przed zwie­rzę­ta­mi, bał się, że do wnę­trza wle­ci ptak i bę­dzie krą­żył nad jego gło­wą albo obi­jał się o ścia­ny… Tyl­ko czy moż­na ze­sta­wiać tych dwóch twór­ców? Dla niej wszak­że obaj, i Berg­man, i Gli­nic­ki, byli wiel­ki­mi ar­ty­sta­mi i dla­te­go wspi­na­ła się te­raz na to za­le­sio­ne wzgó­rze, nie ma­jąc wca­le pew­no­ści, czy zo­sta­nie do­pusz­czo­na przed ob­li­cze swo­je­go mi­strza. Od­kąd tu za­miesz­kał, nie udzie­lił ani jed­ne­go wy­wia­du. Kie­dy na lot­ni­sku do­pa­dli go dzien­ni­ka­rze, ukry­ty za ciem­ny­mi oku­la­ra­mi wy­po­wie­dział kil­ka zdań: jest tu z po­wo­dów oso­bi­stych, nie wie, jak dłu­go po­zo­sta­nie. Ale… zbu­do­wał dom.

I chy­ba nie boi się zwie­rząt – po­my­śla­ła nie­co zło­śli­wie – in­a­czej nie ukry­wał­by się w le­sie.

Gór­ska wy­bo­ista dro­ga za­czę­ła się zwę­żać, a po­mię­dzy gru­by­mi pnia­mi świer­ków i chy­ba je­sio­nów po­ja­wi­ły się po­je­dyn­cze drzew­ka owo­co­we. Wy­glą­da­ło na to, że jej in­for­ma­to­rzy nie za­wie­dli. Wkrót­ce do­tar­ła do roz­wi­dle­nia dróg. Tu­taj po­win­na skrę­cić w lewo. Mia­ła już pew­ność, że nie błą­dzi, bo pod war­stwą dar­ni­ny do­strze­gła coś, co wy­glą­da­ło na fun­da­men­ty po­ro­śnię­te ra­chi­tycz­ny­mi drzew­ka­mi. Gdzie­nieg­dzie tra­fia­ły się krze­wy zdzi­cza­łe­go bzu, zwy­kle ro­sną­ce­go przy ludz­kich osie­dlach.

Musi być ma­so­chi­stą, sko­ro zde­cy­do­wał się tu za­miesz­kać – po­my­śla­ła. I w tym mo­men­cie od­sło­ni­ła się przed nią po­la­na, a na niej ja­sny, drew­nia­ny dom z we­ran­dą. Trze­ba przy­znać, Gli­nic­ki umiał za­ska­ki­wać!

Po­de­szła do pło­tu, nie bar­dzo wie­dząc, co da­lej. Przy furt­ce oczy­wi­ście nie było dzwon­ka. Sta­ła tak, kie­dy we­wnątrz domu ode­zwa­ło się szcze­ka­nie psa, a na ga­nek wy­szedł męż­czy­zna.

Roz­po­zna­ła go od razu: lek­ko fa­lu­ją­ce siwe wło­sy oka­la­ją­ce twarz, oczy prze­sło­nię­te ciem­ny­mi oku­la­ra­mi. Znacz­nie niż­szy, niż zwy­kła o nim my­śleć, ale wi­dzia­ła go tyl­ko na ekra­nie, a prze­cież wia­do­mo, że ob­raz ki­no­wy prze­kła­mu­je. Był mło­dym, wy­spor­to­wa­nym czło­wie­kiem, wło­sy no­sił krót­ko ścię­te. W jed­nym z fil­mów grał bok­se­ra i świet­nie pa­so­wał do tej roli – jego moc­na twarz, zła­ma­ny nos nada­wa­ły tej po­sta­ci au­ten­tycz­no­ści, nie mó­wiąc o bi­cep­sach, któ­re z lu­bo­ścią prę­żył, je­śli po­zwa­lał na to sce­na­riusz. Tyl­ko… kie­dy on krę­cił te fil­my, jej jesz­cze nie było na świe­cie.

– Przy­nio­sła pani pocz­tę? – usły­sza­ła. Miał ni­ski, lek­ko gar­dło­wy głos. – Pro­szę prze­rzu­cić przez płot.

– Przy­je­cha­łam z War­sza­wy! – od­krzyk­nę­ła.

– W ja­kim celu?

– Na­zy­wam się Jo­an­na Pa­siecz­na, je­stem ab­sol­went­ką łódz­kiej Fil­mów­ki.

Przez chwi­lę było ci­cho.

– Pro­szę pchnąć furt­kę i wejść – usły­sza­ła wresz­cie.

Miał nie­ru­cho­mą twarz, trud­no było z niej co­kol­wiek wy­czy­tać. Jesz­cze te ciem­ne oku­la­ry o okrą­głych szkłach, po­dob­ne no­sił John Len­non.

– Je­śli cho­dzi pani o wy­wiad, tra­ci pani czas.

– Nie je­stem dzien­ni­kar­ką, ale do­ku­men­ta­list­ką – od­rze­kła.

– Aha, jest pani do­ku­men­ta­list­ką – po­wtó­rzył – i ma pani do mnie py­ta­nia z bran­ży fil­mo­wej, ro­zu­miem.

Za­raz mnie spła­wi – prze­mknę­ło jej przez myśl.

– Na moje py­ta­nia chy­ba na­wet pan nie zna od­po­wie­dzi – od­rze­kła har­do. – Po pro­stu mam panu coś waż­ne­go do po­wie­dze­nia, ale nie będę się spo­wia­da­ła pod drzwia­mi.

W ką­ci­kach ust po­ja­wił mu się uśmiech i to od­mie­ni­ło jego twarz, stał się na­gle przy­ja­zny, cie­pły.

– Pro­szę za­cze­kać, coś na sie­bie wdzie­ję i gdzieś po­je­dzie­my.

Od drzwi do­dał:

– W domu jest ktoś, kogo nie chciał­bym nie­po­ko­ić.

Ko­bie­ta – do­my­śli­ła się i nie wia­do­mo dla­cze­go spra­wi­ło jej to przy­krość.

Gli­nic­ki dał jej do wy­bo­ru: albo go­spo­da w wio­sce u pod­nó­ża góry, albo re­stau­ra­cja w Ko­mań­czy, kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów stąd.

– Go­spo­da – od­rze­kła i jej od­po­wiedź chy­ba mu się spodo­ba­ła.

Był to mu­ro­wa­ny bu­dy­nek z ła­ta­mi od­pa­da­ją­ce­go tyn­ku, nad wej­ściem wi­siał krzy­wy na­pis: „Sie­kie­re­za­da”.

Pew­nie Sta­chu­ra za­pi­jał tu swo­je smut­ki – po­my­śla­ła.

Jak się oka­za­ło, nie tyl­ko on. Wszyst­kie sto­li­ki były za­ję­te, na­chy­le­ni ku so­bie bie­siad­ni­cy prze­krzy­ki­wa­li się, dzier­żąc w rę­kach ku­fle z pi­wem. Gli­nic­ki wy­pa­trzył ko­goś w rogu sali. Na ich wi­dok męż­czy­zna w kurt­ce moro po­de­rwał się z miej­sca, a jego to­wa­rzy­sze jak na ko­men­dę wzię­li swo­je ku­fle i wy­nie­śli się do bu­fe­tu.

– To nasz pan le­śni­czy, a to pani Jo­an­na – do­ko­nał pre­zen­ta­cji Gli­nic­ki. – Pani przy­je­cha­ła z War­sza­wy i wła­śnie szu­ka­my dla niej noc­le­gu. Czy znaj­dzie się ja­kiś po­kój w le­śni­czów­ce?

– Dla go­ści mi­strza za­wsze – od­rzekł le­śni­czy – i cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie.

Był w śred­nim wie­ku, miał nie­du­żą siwą bród­kę i wąsy, na ra­mie­niu jego kurt­ki za­uwa­ży­ła na­szyw­kę: Służ­ba Le­śna. „Służ­ba nie druż­ba” – prze­bie­gło jej przez gło­wę, a on, jak­by czy­ta­jąc w jej my­ślach, po­wie­dział:

– No to na mnie czas, ale wszyst­ko przy­go­tu­je­my, po­kój bę­dzie na pa­nią cze­kał.

– Dzię­ku­ję – od­par­ła.

Wi­dać było, że męż­czy­znę zże­ra cie­ka­wość, kim ona jest, w koń­cu nie wy­trzy­mał i już na od­chod­nym rzu­cił:

– Pew­nie ja­kiś wy­wia­dzik?

– Broń Pa­nie Boże – za­opo­no­wał Gli­nic­ki. – Żad­nych wy­wia­dzi­ków, pa­nie An­drze­ju. Pani jest fil­mow­cem.

– No to bę­dzie film! – ucie­szył się męż­czy­zna.

Za­pa­dła ci­sza. Le­śni­czy mu­siał się zo­rien­to­wać, że po­wie­dział coś nie tak, bo wy­co­fał się nie­mal na pal­cach.

– A wła­ści­wie dla­cze­go pani przy­je­cha­ła? – ode­zwał się wresz­cie Gli­nic­ki.

– Od dzie­się­ciu lat moim naj­skryt­szym ma­rze­niem była roz­mo­wa z pa­nem. Nie mia­łam kasy, aby szu­kać pana w Hol­ly­wo­od…

– A jak­by pani mia­ła kasę, toby pani przy­je­cha­ła? – spy­tał za­in­try­go­wa­ny.

– Wte­dy tak.

– A te­raz? – Chy­ba cie­ka­wi­ło go, co od­po­wie.

Jo­an­na na­bra­ła po­wie­trza w płu­ca.

– Po­wiem, je­śli zdej­mie pan oku­la­ry.

Gli­nic­ki wy­glą­dał na za­sko­czo­ne­go.

– Sta­wia pani wa­run­ki.

– To proś­ba.

Wy­raź­nie się wa­hał, jed­nak speł­nił jej proś­bę. Z bli­ska zo­ba­czy­ła jego twarz. Oczy w siat­ce zmarsz­czek, wo­kół ust uwi­docz­ni­ły się dwie bruz­dy. Ta twarz wy­da­ła jej się inna, niż ją za­pa­mię­ta­ła.

– No więc, cze­kam. – Chy­ba nie zda­wał so­bie spra­wy, ja­kie wra­że­nie zro­bi­ło na niej to od­kry­cie.

Jesz­cze raz na­bra­ła po­wie­trza w płu­ca.

– Dzie­sięć lat temu w ma­łym nad­mor­skim mia­stecz­ku, gdzie cho­dzi­łam do li­ceum, po­wstał dys­ku­syj­ny klub fil­mo­wy. Obej­rza­łam tam film Je­rze­go Gli­nic­kie­go Wil­czy bi­let i zmie­ni­ło to moje ży­cie.

– Aha, i w związ­ku z tym cho­dzi­ła pani brze­giem, wy­pa­tru­jąc mnie przez mo­rza i oce­any. – Uśmiech­nął się.

Ma mnie za eg­zal­to­wa­ną idiot­kę – po­my­śla­ła.

– Cho­dzi­łam do kina – od­rze­kła su­cho.

Za­pi­ski Je­rze­go

Nie­spo­dzie­wa­na wi­zy­ta. Od­na­la­zła mnie w mo­jej sa­mot­ni dziew­czy­na. Ma na imię Jo­an­na i, jak się oka­zu­je, ukoń­czy­ła po­czci­wą fil­mów­kę, a to, co opo­wia­da­ła o szko­le, nie jest za­chę­ca­ją­ce. Ale cóż, nic nie trwa wiecz­nie, więc i szko­ła ma swo­ją świet­ność za sobą. Może na­le­ża­ło­by po­za­my­kać tego ro­dza­ju uczel­nie, któ­re uwię­zły w skost­nia­łych struk­tu­rach, i za­su­ge­ro­wać na­praw­dę zdol­nym, aby sami wy­bie­ra­li spo­sób do­cho­dze­nia do za­wo­du, coś jak sa­mo­kształ­ce­nie. Prze­cież ja do ma­lar­stwa sze­dłem wła­sną dro­gą, za­wie­rza­jąc in­tu­icji. Ob­ło­żo­ny książ­ka­mi, sta­wia­łem pierw­sze kro­ki w tej jak­że zdra­dziec­kiej dzie­dzi­nie sztu­ki. Pę­dzel w ręce pro­fa­na może oka­zać się praw­dzi­wym nie­szczę­ściem. By­łem bar­dzo nie­pew­ny, zda­ny tyl­ko na sie­bie, a jed­nak w koń­cu prze­ko­na­łem się, że po­tra­fię wy­ra­zić swój świat na płót­nie.

– Dla­cze­go pan od dwu­dzie­stu lat nie zro­bił żad­ne­go fil­mu? – spy­ta­ła mnie ta Jo­an­na – dla­cze­go pan mil­czy?

A mnie się zda­je, że prze­mó­wi­łem ze swo­ich płó­cien, ale jak się oka­zu­je, nie­wie­lu usły­sza­ło ten krzyk…

Wra­ca­jąc do dziew­czy­ny, zro­bi­ła na mnie wra­że­nie oso­by zde­cy­do­wa­nej, twar­do stą­pa­ją­cej po zie­mi. Skoń­czy­ła wy­dział re­ży­ser­ski, zda­je so­bie jed­nak spra­wę, że na de­biut może cze­kać bar­dzo dłu­go. Wraz z ko­mu­ni­zmem skoń­czy­ły się cza­sy pro­mo­wa­nia ta­len­tów, te­raz boż­kiem jest oglą­dal­ność, dla ory­gi­nal­nych twór­ców nie ma w tym miej­sca. Więc ona pra­cu­je w te­le­wi­zji jako mon­ta­żyst­ka i chce cze­kać na swo­ją szan­sę. Po­cie­szy­łem ją, że mon­taż może być czymś nie­zwy­kle eks­cy­tu­ją­cym, czę­sto de­cy­du­je o koń­co­wym efek­cie fil­mu. – Mon­tu­ję ma­te­ria­ły au­to­pro­mo­cyj­ne dla sta­cji, zwia­stu­ny, za­jaw­ki… – od­po­wie­dzia­ła.

Jest ra­czej ład­na, ciem­na, ma coś mrocz­ne­go w oczach, co u tak mło­dej oso­by za­sta­na­wia. My­ślę, że w cza­sach mo­ich pod­bo­jów mę­sko-dam­skich nie zwró­cił­bym na nią uwa­gi, bo pod­ów­czas mój gust był nie­co pro­stac­ki. Kie­dy ją od­wio­złem do le­śni­czów­ki i wra­ca­łem do domu, przy­szło mi na myśl, że ona ma asy­ryj­ską twarz.

Bru­no le­piej się czu­je, od­kąd do­stał kro­plów­kę. Bar­dzo mnie to cie­szy. Na­wet z tej oka­zji za­pa­li­łem w ko­min­ku i usa­do­wiw­szy się w fo­te­lu, za­apli­ko­wa­łem so­bie drin­ka.

Gli­nic­ki od­wiózł ją do le­śni­czów­ki. Mimo póź­nej pory wszyst­kie okna były oświe­tlo­ne, naj­wi­docz­niej cze­ka­no tam na nią. Wy­siadł i jak za pierw­szym ra­zem otwo­rzył jej drzwicz­ki sa­mo­cho­du.

Na gan­ku po­ja­wił się le­śni­czy, wy­mie­ni­li z re­ży­se­rem kil­ka zdań, a po­tem Gli­nic­ki zwró­cił się do niej:

– Miło mi się z pa­nią roz­ma­wia­ło, ży­czę po­wo­dze­nia.

Pa­trzy­ła, jak wsia­da do auta i od­jeż­dża, nie spoj­rzał już w jej stro­nę, nie uczy­nił żad­ne­go ge­stu.

Dłu­go nie mo­gła za­snąć. Prze­ży­wa­ła od po­cząt­ku to spo­tka­nie, mo­ment, kie­dy on wy­szedł na ga­nek, kie­dy go zo­ba­czy­ła… A po­tem go­spo­da, chy­ba naj­mniej ro­man­tycz­ne miej­sce, ja­kie moż­na so­bie wy­obra­zić, prze­krzy­ku­ją­cy się tłum fa­ce­tów w ku­faj­kach, w po­wie­trzu za­pach potu i prze­tra­wio­ne­go piwa, kłę­by pa­pie­ro­so­we­go dymu, od któ­re­go łza­wi­ły oczy i dra­pa­ło w gar­dle. Ale wszyst­ko to prze­sta­wa­ło być waż­ne, bo na­prze­ciw niej sie­dział czło­wiek, któ­re­go za­wsze chcia­ła spo­tkać. Ża­den inny re­ży­ser, na­wet z tych wiel­kich, nie zro­bił na niej ta­kie­go wra­że­nia.

Kina uczy­ła się od Gli­nic­kie­go, po­zna­ła jego wcze­sne fil­my klat­ka po klat­ce. Krę­co­ne w la­tach sześć­dzie­sią­tych, nic nie stra­ci­ły ze swo­jej ak­tu­al­no­ści, wy­star­czy­ło zmie­nić tyl­ko de­ko­ra­cje. Chcia­ła mu o tym opo­wie­dzieć, lecz na­gle za­bra­kło jej słów. W pew­nej chwi­li po­pro­si­ła, aby zdjął oku­la­ry, i za­raz się prze­stra­szy­ła, że on wsta­nie i zo­sta­wi ją samą przy sto­li­ku. Wie­dzia­ła, że jest czło­wie­kiem trud­nym, draż­li­wym, za drob­ne prze­wi­nie­nia po­tra­fił wy­rzu­cać lu­dzi z eki­py, ale bar­dzo jej prze­szka­dza­ły te oku­la­ry, były jak ba­rie­ra po­mię­dzy nimi. Jed­nak je zdjął. Na po­cząt­ku tro­chę się ścię­li, bo za­czął so­bie z niej żar­to­wać, ale po­tem ją prze­pro­sił. Opo­wie­dzia­ła mu o swo­jej fa­scy­na­cji jego twór­czo­ścią, może tro­chę cha­otycz­nie, zbyt emo­cjo­nal­nie, a to naj­waż­niej­sze py­ta­nie, ja­kie chcia­ła mu za­dać, po­zo­sta­wi­ła na ko­niec.

Tym­cza­sem on, bez za­glą­da­nia w kar­tę, po­wie­dział:

– To miej­sce wy­glą­da, jak wy­glą­da, ale je­dze­nie jest pierw­sza kla­sa. Pro­po­nu­ję nóż­ki w ga­la­re­cie, lubi pani?

– Lu­bię – od­rze­kła, cho­ciaż wca­le nie była tego pew­na.

Gli­nic­ki po­szedł do bu­fe­tu i wró­cił w to­wa­rzy­stwie bar­man­ki o kształ­tach Ani­ty Ek­berg, ak­tor­ki Fel­li­nie­go. Przy­nio­sła te nóż­ki, do tego świe­ży chleb z chru­pią­cą skór­ką.

– Her­ba­tę po­dać te­raz czy póź­niej? – spy­tał so­bo­wtór ekra­no­wej diwy.

On spoj­rzał py­ta­ją­co na Jo­an­nę.

– Ja pro­szę te­raz.

– Dwie her­ba­ty te­raz, pani Elu – za­dys­po­no­wał.

Kie­dy bar­man­ka ode­szła, przy­chy­lił się do niej i rzekł kon­fi­den­cjo­nal­nie:

– Tego mi bra­ko­wa­ło w Ame­ry­ce.

– Nó­żek w ga­la­re­cie czy pani Eli?

Uśmiech­nął się i spy­tał, czy może już wło­żyć oku­la­ry.

– Mam wraż­li­we oczy.

Ra­czej wraż­li­wą du­szę – po­my­śla­ła, ale nie po­wie­dzia­ła tego gło­śno. Wy­da­wa­ło jej się, że dużo o nim wie, że ten jego opry­skli­wy spo­sób by­cia jest ro­dza­jem sa­mo­obro­ny, oba­wą, by nie zo­stać źle po­trak­to­wa­nym. Jo­an­nę też po­strze­ga­no jako ko­goś, kto prze do przo­du, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, a tak na­praw­dę cią­gle była tą dziew­czyn­ką, któ­ra z pro­win­cji przy­je­cha­ła do du­że­go mia­sta i bar­dzo się bała, że się w nim po­gu­bi. Więc sta­ra­ła się nie po­gu­bić; za­nim pod­ję­ła ja­kąś de­cy­zję, roz­wa­ża­ła wszyst­kie za i prze­ciw. Z cza­sem na­uczy­ła się wal­czyć o swo­je, sta­ła się twar­dą ne­go­cja­tor­ką. Ale tym ra­zem nie­wie­le za­le­ża­ło od niej, Gli­nic­ki mógł się zgo­dzić na jej pro­po­zy­cję albo nie i to za­my­ka­ło te­mat. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, jego od­po­wiedź już zna­ła, lecz za­wsze war­to pró­bo­wać, a nuż zda­rzy się cud. Nie­zwy­kle waż­ne było, aby wy­czuć mo­ment, kie­dy może wy­stą­pić ze swo­im py­ta­niem, ze swo­ją proś­bą, wszyst­ko jed­no, jak to na­zwać. Cza­su mia­ła nie­wie­le, bo było wię­cej niż pew­ne, że re­ży­ser się już z nią nie spo­tka. Ale sko­ro uda­ło jej się od­na­leźć jego dom – wie­dzia­ła tyl­ko, że trze­ba wy­siąść z po­cią­gu w Łup­ko­wie, a ten Łup­ków to była mała sta­cyj­ka na koń­cu świa­ta – może szczę­ście się zno­wu do niej uśmiech­nie. Na swój ko­bie­cy wdzięk nie mia­ła co li­czyć, są­dząc po jego dwóch żo­nach, z pew­no­ścią nie była w jego ty­pie, więc po­zo­sta­wa­ło jej tyl­ko ocza­ro­wa­nie go in­te­lek­tem, a to przy­po­mi­na­ło tro­chę wspi­nacz­kę na Mo­unt Eve­rest bez za­bez­pie­cze­nia. Już sama roz­mo­wa z kimś, kto ukry­wa się za ciem­ny­mi oku­la­ra­mi, nie na­le­ża­ła do naj­ła­twiej­szych.

– Jest pani bar­dzo mło­da i pew­nie nie pa­mię­ta już cza­sów Pe­ere­lu?

Ro­ze­śmia­ła się na to:

– Aż taka mło­da to nie je­stem, spo­ro pa­mię­tam. Naj­bar­dziej się cie­szę, że moż­na już sie­dzieć na skwe­rach i w par­kach i wy­le­gi­wać się na tra­wie. Kie­dy by­łam dziec­kiem, nie­na­wi­dzi­łam ta­bli­czek z na­pi­sem: „Nie dep­tać traw­ni­ków”. Dla mnie praw­dzi­wy ko­niec Pe­ere­lu to znie­sie­nie przez sejm tego za­ka­zu…

– Cie­ka­wa uwa­ga! – od­rzekł.

Za­uwa­ży­ła, że ukrad­kiem spoj­rzał na ze­ga­rek, i do­tar­ło do niej, że na­praw­dę nie ma już chwi­li do stra­ce­nia.

– Pa­nie Je­rzy, je­śli mogę się tak do pana zwra­cać – za­czę­ła uro­czy­ście – przy­je­cha­łam tu­taj, bo chcia­ła­bym panu za­pro­po­no­wać… żeby zo­stał pan bo­ha­te­rem mo­je­go fil­mu. To dla mnie bar­dzo waż­ne, na­wet pan nie wie jak bar­dzo.

Dłu­go się nie od­zy­wał, jak­by nie usły­szał, co po­wie­dzia­ła przed chwi­lą, a po­tem zmie­nił te­mat:

– A co na de­ser? Mają tu świet­ną do­mo­wą szar­lot­kę.

– Dzię­ku­ję, nie lu­bię sło­dy­czy – od­rze­kła lek­ko oszo­ło­mio­na, bo nie tego się spo­dzie­wa­ła.

Wi­docz­nie Gli­nic­ki uznał jej pro­po­zy­cję za tak da­le­ce nie­do­rzecz­ną, że na­wet nie chciał się do niej od­nieść. A może nie od­po­wie­dział od razu, bo nie wie­dział, co od­po­wie­dzieć. Ten wa­riant był­by bar­dziej opty­mi­stycz­ny.

Ale czas mi­jał, on za­mó­wił dla sie­bie szar­lot­kę, a po­tem jesz­cze jed­ną her­ba­tę.

– Ma pani eki­pę? – spy­tał nie­ocze­ki­wa­nie.

– To bę­dzie film au­tor­ski, dys­po­nu­ję swo­im sprzę­tem – od­po­wie­dzia­ła skwa­pli­wie.

– Bez ka­me­rzy­sty?

– Wi­dać, że dłu­go tu pana nie było. Na­zwa­nie ope­ra­to­ra ka­me­rzy­stą to wiel­ki ob­ciach.

– A niby dla­cze­go?

Jo­an­na zdzi­wi­ła się, że on tego nie czu­je, chy­ba że się z niej na­bi­ja. Ra­czej to dru­gie, bo wy­ja­śnił jej w koń­cu, o co mu cho­dzi­ło. W Ame­ry­ce i w ogó­le na Za­cho­dzie ope­ra­to­rów spro­wa­dza się do roli ka­me­rzy­stów, o wszyst­kim de­cy­du­je re­ży­ser.

– Tak czy owak to, co chce pani zro­bić, jest od­waż­nym przed­się­wzię­ciem.

– He­rzog też krę­cił w po­je­dyn­kę swo­je au­tor­skie fil­my…

Uśmiech­nął się na to.

– Wy­so­ko pani mie­rzy.

– Na­le­ży wzo­ro­wać się na naj­lep­szych – od­rze­kła.

Gli­nic­ki upił łyk her­ba­ty i szyb­ko od­sta­wił szklan­kę, chy­ba była za go­rą­ca.

– Pani Jo­an­no, moja od­po­wiedź brzmi „nie”.

– Dla­te­go że nie mam eki­py? – spy­ta­ła, czu­jąc, jak krew od­pły­wa jej z twa­rzy. Kie­dy ją tak prze­py­ty­wał, na­bra­ła na­dziei, że się zgo­dzi.

– Nie dla­te­go. Na­wet gdy­by świę­tej pa­mię­ci Oria­na Fa­lac­ci się tu­taj po­fa­ty­go­wa­ła i chcia­ła na­pi­sać moją bio­gra­fię, od­po­wiedź brzmia­ła­by po­dob­nie.

– To jest po­win­ność wy­bit­ne­go twór­cy opo­wie­dzieć lu­dziom o so­bie, o swo­jej pra­cy, po­dzie­lić się prze­my­śle­nia­mi – nie ustę­po­wa­ła.

Po­ki­wał gło­wą, jak­by się z nią zga­dzał, ale od­parł:

– Chcia­ła­by pani zro­bić do­ku­ment o re­ży­se­rze, a ja od daw­na nim nie je­stem, in­te­re­su­je mnie ma­lar­stwo, tu­taj jed­nak sta­wiam pierw­sze kro­ki i był­bym za­ro­zu­mial­cem, gdy­bym ze­zwo­lił na wy­sta­wia­nie mi laur­ki.

– Wca­le nie mia­łam za­mia­ru jej panu wy­sta­wiać – od­par­ła roz­ża­lo­na. – Co by nie po­wie­dzieć, za­pi­sał się pan na trwa­łe w hi­sto­rii kina.

– Co by nie po­wie­dzieć – pod­chwy­cił, a ona zro­zu­mia­ła, że po­peł­ni­ła gafę.

Źle spa­ła tej nocy, za to rano w kuch­ni cze­ka­ło na nią kró­lew­skie śnia­da­nie: ja­jecz­ni­ca na ma­śle, szyn­ka, twa­ro­żek ze szczy­pior­kiem, ra­zo­wy chleb, ki­szo­ne ogór­ki i do­sko­na­le za­pa­rzo­na kawa z do­dat­kiem cy­na­mo­nu.

Jak w Pan­nach z Wil­ka Waj­dy – po­my­śla­ła. – Sce­na, kie­dy sio­stry sie­dzą przy sto­le i je­dzą bia­ły ser i ogór­ki z mio­dem, jed­na z pięk­niej­szych w ki­nie…

Le­śni­czy wy­szedł już do lasu, to­wa­rzy­szy­ła jej jed­nak pani Ewa, ko­bie­ta w śred­nim wie­ku ze sta­ro­mod­nym ko­kiem, taki kok na bok upi­na­ła bab­cia Jo­an­ny. Wi­dzia­ła też po­dob­ne ucze­sa­nie u ak­to­rek w fil­mach z lat sześć­dzie­sią­tych, za­pa­mię­ta­ła Ewę Krzy­żew­ską wła­śnie w tym ucze­sa­niu, gra­ła z Cy­bul­skim w mar­nym kry­mi­na­le, chy­ba no­sił ty­tuł Zbrod­niarz i pan­na, a tą pan­ną była wła­śnie pani Ewa. Bar­dzo współ­czu­ła ak­tor­ce, bo wi­dać było, jak się bied­na mę­czy w tej roli.

Po­cząt­ko­wo są­dzi­ła, że go­spo­dy­ni jest żoną le­śni­cze­go, ale ona tyl­ko pro­wa­dzi­ła mu dom. Była chy­ba spra­gnio­na to­wa­rzy­stwa, gdyż usia­dła na­prze­ciw Jo­an­ny i usta jej się nie za­my­ka­ły:

– Pan Je­rzy to wiel­ka po­stać, dum­ni je­ste­śmy z ta­kie­go są­siedz­twa. A jaki skrom­ny, mówi tak ci­chut­ko, i chy­ba się tro­chę jąka…

– Za­ci­na się – spro­sto­wa­ła – ale to jest sexy.

– No może i tak – uśmiech­nę­ła się ko­bie­ta – nie znam się. A coś Ję­drek mó­wił, że film bę­dzie­cie ro­bić? I to tu­taj, u nas?

Nie od­po­wie­dzia­ła na to, a pani Ewa za­du­ma­ła się na chwi­lę.

– Oglą­dam se­ria­le i na Pol­sa­cie, i na TVN-ie, ale pani ja­koś nie wi­dzia­łam.

– Nie wi­dzia­ła mnie pani, bo nie je­stem ak­tor­ką. Skoń­czy­łam re­ży­se­rię.

– Aha, to pani jak pan Je­rzy.

– Chcia­ła­bym…

Po śnia­da­niu Jo­an­na za­czę­ła szy­ko­wać się do dro­gi. Spy­ta­ła pa­nią Ewę, ile jest win­na za noc­leg i śnia­da­nie, ale tam­ta się obu­rzy­ła:

– U nas nie ho­tel, go­ście pana Je­rze­go to nasi go­ście.

– No to dzię­ku­ję. Mam na­dzie­ję, że tłu­my tu pań­stwa nie na­wie­dza­ją, pan Je­rzy ma wiel­bi­cie­li na ca­łym świe­cie.

– Pani jest pierw­sza – od­rze­kła z pro­sto­tą.

Na po­dwór­ku Jo­an­na spo­tka­ła le­śni­cze­go, któ­ry wra­cał z po­ran­ne­go ob­cho­du.

– Jesz­cze raz dzię­ku­ję za wszyst­ko – po­wie­dzia­ła.

– A pani jak chce po­dró­żo­wać?

– Po­cią­giem stąd, z Łup­ko­wa.

Le­śni­czy skrzy­wił się.

– Cały dzień pani zej­dzie, a i o noc za­ha­czy, ja po po­łu­dniu bym pa­nią pod­rzu­cił do ta­kiej sta­cji, gdzie sta­je przy­śpie­szo­ny.

– A to nie bę­dzie kło­pot?

– Ża­den kło­pot, pani so­bie idzie na spa­cer, je­sień u nas to naj­pięk­niej­sza pora, po­tem zje­my obiad i w dro­gę.

Wy­szła więc za ogro­dze­nie i przy­sta­nę­ła. We­dług rady le­śni­cze­go po­win­na udać się w lewo, jak dro­ga pro­wa­dzi, bo tam po­dob­no są naj­pięk­niej­sze wi­do­ki, ale ją cią­gnę­ło w zu­peł­nie inną stro­nę.

Czy to spo­tka­nie tak się mia­ło za­koń­czyć? Żad­ne­go dal­sze­go cią­gu? Prze­cież nie byli po­dróż­ny­mi, któ­rzy spo­tka­li się na dwor­cu. On był mi­strzem, a ona jego uczen­ni­cą. Sko­ro na­krę­cił tam­te fil­my, któ­re mia­ły tem­pe­ra­tu­rę wrze­nia, sko­ro jej się udzie­li­ła ta go­rącz­ka, nie mógł jej te­raz ot tak po­rzu­cić. Ak­to­rzy się roz­bie­gli, po­umie­ra­li, ale re­ży­ser po­zo­stał. To coś zna­czy­ło; sa­dza­jąc ją w sali ki­no­wej, brał za nią peł­ną od­po­wie­dzial­ność, niech się te­raz z tego wy­tłu­ma­czy.

Po­win­na mu to wy­gar­nąć! Ale by zro­bił minę, wi­dząc ją przy furt­ce.

Wła­ści­wie nie mia­ła do nie­go żalu o tę od­mo­wę, a praw­dę po­wie­dziaw­szy, od­czu­ła na­wet coś w ro­dza­ju ulgi, bo gdy­by Gli­nic­ki jed­nak przy­stał na jej pro­po­zy­cję, by­ło­by to nie lada wy­zwa­nie. Poza tym trud­no zna­leźć dru­gie­go ta­kie­go hu­mo­rza­ste­go ak­to­ra. W kon­se­kwen­cji to był­by jego film, a nie film o nim. On był­by na­wet zdol­ny do tego, aby wy­rwać jej ka­me­rę i sam sie­bie na­krę­cić…

Wes­tchnę­ła cięż­ko i ru­szy­ła dro­gą w lewo, jak jej ra­dził le­śni­czy. Do­brze ra­dził, wła­śnie zza chmur wy­szło słoń­ce i od­sło­ni­ły się wzgó­rza i pa­gór­ki po­kry­te li­ścia­stym la­sem, mie­nią­ce się bar­wa­mi od głę­bo­kiej czer­wie­ni po zło­to i rdzę. Może Gli­nic­ki wie­dział, co robi, po­rzu­ca­jąc swój dom w Ma­li­bu i przy­jeż­dża­jąc tu­taj. Tu­taj czło­wiek z pew­no­ścią nie był pa­nem sy­tu­acji, tu­taj rzą­dzi­ła na­tu­ra, a on jak nikt lu­bił wy­zwa­nia.

W pew­nej chwi­li po­czu­ła swąd i wpa­dła w pa­ni­kę, że las się pali. Dym ni­sko ukła­dał się nad dro­gą, ale nig­dzie nie wi­dać było ognia. Kie­dy po­de­szła bli­żej, od­kry­ła, że wy­do­by­wa się z ol­brzy­mich me­ta­lo­wych ko­tłów, wo­kół któ­rych uwi­ja­li się ja­cyś lu­dzie. Na jej wi­dok znie­ru­cho­mie­li, Jo­an­na zro­bi­ła kil­ka kro­ków w ich stro­nę.

Nie bar­dzo wie­dzia­ła, jak się do nich zwra­cać.

– Szczęść Boże – po­wie­dzia­ła w koń­cu.

– Bóg za­płać – od­rzekł je­den z nich.

Było ich trzech; mie­li twa­rze uma­za­ne sa­dzą, a na so­bie wy­szmel­co­wa­ne kom­bi­ne­zo­ny, czy coś w tym ro­dza­ju, swo­im wy­glą­dem przy­po­mi­na­li dia­bły, któ­re jako dziec­ko wi­dy­wa­ła w gru­pie bo­żo­na­ro­dze­nio­wych ko­lęd­ni­ków, bra­ko­wa­ło im tyl­ko do­cze­pio­nych ro­gów.

– Ład­na po­go­da dzi­siaj – rze­kła, aby ja­koś pod­trzy­mać roz­mo­wę.

Pa­trzy­li na nią, w koń­cu ode­zwał się naj­młod­szy z nich, a może tyl­ko naj­niż­szy:

– Mi­ko­la, chy­ba pa­nien­ka oży­ła?

I na to ten Mi­ko­la:

– Nie oży­ła, głup­ku, nie oży­ła, prze­stań kła­pać po próż­ni­cy.

– Jaka pa­nien­ka? – za­in­te­re­so­wa­ła się.

– A mia­sto­wa – wy­rwał się ten mały – ze dwa roki na­zad było pif-paf! i po niej. Ile tu mi­ly­cy­jan­tów na­je­cha­ło… jak jej szu­ka­li… Szu­ka­li, szu­ka­li i na ko­niec na­leź­li…

Tym ra­zem Mi­ko­la zde­ner­wo­wał się nie na żar­ty, bru­tal­nie pchnął roz­mów­cę Jo­an­ny, aż się za­to­czył, po czym wszy­scy trzej jak na ko­men­dę od­wró­ci­li się i po­szli w stro­nę ko­tłów. I to był ko­niec roz­mo­wy, ale ją za­in­try­go­wa­ła ta dość nie­skład­na opo­wieść.

Przy obie­dzie spy­ta­ła le­śni­cze­go: – Czy to praw­da, że dwa lata temu za­strze­lo­no tu­taj mło­dą ko­bie­tę?

Ani le­śni­czy, ani jego tak przed­tem roz­mow­na go­spo­dy­ni nie pod­ję­li te­ma­tu.

Po po­wro­cie do War­sza­wy Jo­an­na szu­ka­ła w in­ter­ne­cie wia­do­mo­ści o zbrod­ni sprzed dwóch lat, ale na żad­nym por­ta­lu ani w żad­nej z ogól­no­pol­skich ga­zet nie było na ten te­mat naj­mniej­szej wzmian­ki, a nie zna­jąc szcze­gó­łów, nie­wie­le mo­gła zdzia­łać. Były tyl­ko te sło­wa nie­zbyt roz­gar­nię­te­go wy­pa­la­cza – już wie­dzia­ła, kim są ci umo­ru­sa­ni jak nie­bo­skie stwo­rze­nia lu­dzie i czym się zaj­mu­ją. Pew­nie da­ła­by so­bie spo­kój, gdy­by nie dziw­ne za­cho­wa­nie le­śni­cze­go i jego go­spo­dy­ni, zda­je się da­le­kiej ku­zyn­ki; była pew­na, że za ich mil­cze­niem coś się kry­je. Więc w każ­dej wol­nej chwi­li wer­to­wa­ła pra­sę i wresz­cie w rze­szow­skiej po­po­łu­dniów­ce na­tknę­ła się na no­tat­kę:

„Za­koń­czył się pro­ces Wal­de­ma­ra K. oskar­żo­ne­go o za­strze­le­nie mło­dej dok­to­rant­ki SGGW z War­sza­wy. Sąd Okrę­go­wy w Rze­szo­wie, bio­rąc pod uwa­gę eks­per­ty­zę bie­głe­go są­do­we­go, uwol­nił oskar­żo­ne­go od za­rzu­tu za­bój­stwa, kwa­li­fi­ku­jąc tę spra­wę jako nie­umyśl­ne spo­wo­do­wa­nie śmier­ci, i wy­mie­rzył oskar­żo­ne­mu wy­rok dwóch lat w za­wie­sze­niu. Wy­rok nie jest pra­wo­moc­ny”.

Mło­da dok­to­rant­ka… Już wie­dzia­ła, że ją od­naj­dzie. Po­zna jej hi­sto­rię i nie po­zwo­li, aby ta spra­wa uto­nę­ła w nie­pa­mię­ci. Za­raz na­stęp­ne­go dnia za­dzwo­ni­ła do kanc­le­rza SGGW i umó­wi­ła się z nim na roz­mo­wę. Nie było to pro­ste, bo wła­śnie szy­ko­wał się do służ­bo­wej po­dró­ży nad Baj­kał. Usi­ło­wał do­wie­dzieć się, w ja­kiej spra­wie Jo­an­na chce się z nim wi­dzieć, ale od­po­wie­dzia­ła, że w bar­dzo waż­nej i nie na te­le­fon.

Przy­par­ty do muru, przy­jął ją w swo­im ga­bi­ne­cie. Od mo­men­tu kie­dy tam we­szła, mia­ła wra­że­nie, że już spo­tka­ła tego czło­wie­ka: szczu­pła syl­wet­ka, po­cią­gła twarz, cha­rak­te­ry­stycz­ny wą­sik. Na pew­no gdzieś go mu­sia­ła wi­dzieć. No ja­sne, prze­cież przy­po­mi­nał hol­ly­wo­odz­kie­go aman­ta Do­ugla­sa Fa­ir­bank­sa. W spra­wie, z któ­rą do nie­go przy­szła, oka­zał się bar­dziej niż po­wścią­gli­wy. Tak, to, co się wy­da­rzy­ło,jest bar­dzo bo­le­sne dla uczel­ni. On sam nie zna szcze­gó­łów, ale w cza­sie kie­dy zda­rzył się ten nie­szczę­śli­wy wy­pa­dek, dwaj inni na­ukow­cy prze­by­wa­li z ma­gi­ster Ka­ta­rzy­ną Le­wic­ką w Biesz­cza­dach. Je­den z nich na­zy­wa się Mar­cin Nie­zgo­da i jest tu­taj wy­kła­dow­cą. Po­dał Jo­an­nie nu­mer te­le­fo­nu pana Nie­zgo­dy i uwa­żał roz­mo­wę za za­koń­czo­ną, ale jesz­cze od drzwi za­da­ła mu py­ta­nie:

– Czy to na pew­no był nie­szczę­śli­wy wy­pa­dek?

Kanc­lerz bez­rad­nie roz­ło­żył ręce.

Ni­czym Pi­łat – po­my­śla­ła.

Z Mar­ci­nem Nie­zgo­dą spo­tka­ła się ty­dzień póź­niej w jed­nej ze śród­miej­skich ka­wiar­ni. Umó­wi­li się przed wej­ściem, Jo­an­na opi­sa­ła sie­bie jako nie­wy­so­ką sza­tyn­kę o nie­co roz­tar­gnio­nym spoj­rze­niu, na co on za­żar­to­wał:

– A o mnie mó­wią, że mam uśmiech Geo­r­ge'a Clo­oneya, więc się do pani uśmiech­nę. Ka­sia na­wet mi nada­ła przy­do­mek Klu­nej.

Może ko­cha­ła kino, tak samo jak ja – po­my­śla­ła.

Zna­leź­li miej­sce w rogu sali, gdzie było pra­wie pu­sto.

– Jak­by­śmy się umó­wi­li w Sie­kie­re­za­dzie, mu­sia­ła­by się pani obo­wiąz­ko­wo na­ły­kać dymu, bo w Łup­ko­wie knaj­pa mie­ści się w jed­nej izbie.

– Wiem, już zdą­ży­łam ją zwie­dzić.

– O, to szyb­ka pani jest, jak praw­dzi­wy de­tek­tyw – uda­ło jej się go za­sko­czyć.

– Daj­my spo­kój z tą pa­nią, je­stem Jo­an­na.

– A ja Mar­cin.

– Mar­cin czy Klu­nej? – wy­rwa­ło jej się.

– Mar­cin. Klu­nej by mi przy­po­mi­nał Ka­się.

Jo­an­na po­sta­no­wi­ła drą­żyć da­lej.

– Nie chcesz jej wspo­mi­nać, dla­cze­go?

– Bo to boli, by­li­śmy bar­dzo bli­sko, przy­jaź­ni­li­śmy się. – Łzy za­krę­ci­ły mu się w oczach.

Obo­je za­mil­kli.

– Nie wiem, czy mogę o to spy­tać… – ode­zwa­ła się po chwi­li. – By­li­ście parą?

– Ona i Ol­gierd byli parą, bar­dzo się ko­cha­li.

– A gdzie mogę go zna­leźć?

Mar­cin po­trzą­snął gło­wą.

– Nikt nie wie, gdzie on jest. Nie po­ja­wił się na­wet na jej po­grze­bie.

Udzie­lił Jo­an­nie wie­lu cen­nych in­for­ma­cji, a tak­że obie­cał jej ko­pię dzien­ni­ka, któ­ry Ka­sia pro­wa­dzi­ła. Do­wie­dzia­ła się poza tym, że jego uczel­nia ma bazę w Biesz­cza­dach w oko­li­cach Łup­ko­wa, gdzie ich trój­ka po­miesz­ki­wa­ła ca­ły­mi mie­sią­ca­mi.

– Baza to zbyt szum­nie brzmi – za­strzegł się – to drew­nia­na cha­łu­pa bez wy­gód, ale miał­bym stam­tąd jak naj­lep­sze wspo­mnie­nia, gdy­by nie fi­nał… Ona dłu­go nie wra­ca­ła, za­czę­li­śmy się z Ol­gier­dem nie­po­ko­ić, tego, że nie żyje, nie bra­li­śmy pod uwa­gę. Kaś­ka czę­sto mia­ła róż­ne wpad­ki, jed­nak za­wsze wy­cho­dzi­ła cało z opre­sji. My­śle­li­śmy, że tak bę­dzie i tym ra­zem. Ol­gierd był nie­mal pe­wien, że wpa­dła we wny­ki, i cie­szył się, że noce nie są mroź­ne… Szu­ka­li­śmy jej głów­nie wo­kół miej­sca, gdzie zo­sta­wi­ła ro­wer.

– A jak ją od­na­le­zio­no? – spy­ta­ła ci­cho.

– Po trzech dniach zgło­sił się na po­li­cję jej mor­der­ca.

– To jed­nak było mor­der­stwo! – wy­krzyk­nę­ła i kil­ka osób przy są­sied­nich sto­li­kach spoj­rza­ło w ich stro­nę.

– Sąd uznał, że wy­pa­dek, ale jak było na­praw­dę, do­wie­my się chy­ba na Są­dzie Osta­tecz­nym.

– Nie­ko­niecz­nie, wiem, że jej oj­ciec od­wo­łał się od wy­ro­ku.

– Ży­cia jej to nie przy­wró­ci – od­rzekł na to.

– Cho­dzi o spra­wie­dli­wość.

– „Mnie po­msta, ja od­dam”.

Spoj­rza­ła na nie­go za­sko­czo­na.

– Je­steś aż tak wie­rzą­cy?

– Co to zna­czy aż tak? – spy­tał ostro. – Może wca­le nie je­stem wie­rzą­cy, ale chciał­bym, aby dano jej wresz­cie spo­kój. Zrób film o jej ży­ciu, o tym, jaka była, co my­śla­ła, a nie jak zgi­nę­ła.

– Jak zgi­nę­ła też – od­rze­kła zde­cy­do­wa­nie.

Wie­le go­dzin spę­dza­ła te­raz nadDzien­ni­kiem te­re­no­wym, jaki pro­wa­dzi­ła Ka­ta­rzy­na Le­wic­ka. Na po­cząt­ku czu­ła się roz­cza­ro­wa­na, że to tyl­ko na­uko­we no­tat­ki. Ale opi­sy oka­za­ły się czymś tak fa­scy­nu­ją­cym, że trud­no było się od nich ode­rwać. W gło­wie Jo­an­ny two­rzy­ły się ob­ra­zy, z wol­na ukła­da­ją­ce się w spój­ną ca­łość. Dzien­nik umoż­li­wił jej dia­log ze wszyst­ki­mi, któ­rzy w nim wy­stę­po­wa­li. Z Ka­sią, Ol­gier­dem i wa­ta­hą wil­ków, w tej zaś każ­dy z jej człon­ków był roz­po­zna­wal­ny, miał nie­po­wta­rzal­ną oso­bo­wość. Czar­ny, sa­miec alfa, wład­czy prze­wod­nik sta­da, Wa­de­ra, jego ży­cio­wa to­wa­rzysz­ka, in­dy­wi­du­ali­sta Neo, ro­man­tyk So­kra­tes, Blan­ka, cier­pli­wa star­sza sio­stra zaj­mu­ją­ca się młod­szym ro­dzeń­stwem: Ju­nio­rem i Mniej­szym.

To nie był tyl­ko za­pis fak­tów, to była opo­wieść o nie­zwy­kłej dziew­czy­nie, ob­da­rzo­nej pa­sją. Jo­an­na od­czu­wa­ła wiel­ką po­trze­bę zbli­że­nia się do niej, na ile to było tyl­ko moż­li­we. Nig­dy się nie spo­tka­ją, nie spoj­rzą so­bie w oczy, ale ist­nie­je prze­cież coś ta­kie­go jak pa­mięć. Lu­dzie nig­dy nie od­cho­dzą tak ze wszyst­kim.

Mar­cin opo­wie­dział Jo­an­nie o ostat­nim spo­tka­niu Kasi z wil­kiem. Bie­gła do przy­ja­cie­la uwię­zio­ne­go we wny­kach, za póź­no było na ra­tu­nek, więc po­ło­ży­ła się obok i trwa­ła przy nim do koń­ca. Wie­le ry­zy­ko­wa­ła, bo ran­ne zwie­rzę nie­świa­do­mie mo­gło zro­bić jej krzyw­dę.

Tyl­ko dla­cze­go wcze­śniej nie pod­ję­ła pró­by bliż­sze­go spo­tka­nia z wil­kiem? Gdy­by ona była Ka­ta­rzy­ną, na pew­no by spró­bo­wa­ła. So­kra­tes wy­sy­łał prze­cież sy­gna­ły, któ­re Ka­sia mu­sia­ła od­bie­rać. Po­ru­szy­ła tę spra­wę w roz­mo­wie z Mar­ci­nem, krę­cił na to gło­wą:

– Wilk uro­dzo­ny na wol­no­ści nig­dy do koń­ca nie za­ak­cep­tu­je czło­wie­ka – stwier­dził.

W ogó­le był na­sta­wio­ny bar­dzo scep­tycz­nie do jej po­my­słów, wła­ści­wie ro­bił wszyst­ko, aby ją znie­chę­cić. Nie mo­gła zro­zu­mieć dla­cze­go, po­wi­nien się cie­szyć, że chce na­krę­cić do­ku­ment o jego przy­ja­ciół­ce. Może bał się, że Jo­an­na nie po­tra­fi wy­do­być ca­łej praw­dy, oczy­wi­ście ist­nia­ło ta­kie ry­zy­ko, ale chy­ba war­to było spró­bo­wać. Gdy wspo­mnia­ła o tym, że chce wy­na­jąć od uczel­ni biesz­czadz­ką cha­tę, skrzy­wił się.

– Mó­wi­łeś, że dom od daw­na stoi pu­sty!

– Owszem, ale co masz za­miar tam ro­bić?

– Miesz­kać.

– Sama? – spy­tał ze zdu­mie­niem.

– Do cza­su ze­bra­nia ma­te­ria­łów tak, po­tem, kie­dy na­pi­szę sce­na­riusz, będę mon­to­wa­ła eki­pę.

– Nie mo­żesz tam miesz­kać sama!

– Dla­cze­go nie? Ka­sia mo­gła, to ja też. W koń­cu idę po jej śla­dach.

Mar­cin się gło­śno ro­ze­śmiał.

– Dziew­czy­no, ona była ba­da­czem, na­ukow­cem, przed­tem uczest­ni­czy­ła w róż­nych zgru­po­wa­niach, a ty je­steś kom­plet­nie zie­lo­na, nie znasz lasu. Nie po­ra­dzisz so­bie z trud­ny­mi wa­run­ka­mi, tam nie ma prą­du, wodę się nosi z po­to­ku…

– A co wam Ka­sia po­wie­dzia­ła, kie­dy ją ostrze­ga­li­ście, że jej ty­łek przy­mar­z­nie w wy­chod­ku? – spy­ta­ła z za­czep­ką w gło­sie.

Mar­cin zno­wu się ro­ze­śmiał.

– No co po­wie­dzia­ła? – nie da­wa­ła za wy­gra­ną.

– Prze­cież wiesz.

– Ale chcę to jesz­cze raz usły­szeć!

– Że to jej ty­łek.

– Więc ja ci mó­wię to samo! – wy­pa­li­ła.