Wydawca: Słowo/obraz terytoria Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 107 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Requiem dla moich ulic - Krzysztof Rutkowski

Krzysztof Rutkowski oprowadza czytelnika po ulicach, zaułkach i kawiarniach Paryża, odkrywając tajemnice jego historii. Pisze swego rodzaju monografie miejsc, które niemal na oczach czytelnika obrastają w coraz to nowe znaczenia. Dlatego w tej wędrówce towarzyszą nam postacie takie jak Robespierre czy Ludwik XVI, które miały istotny wpływ na obraz stolicy Francji. Autor oprowadza nas jednak nie tylko po ulicach Paryża, ale także po literackich wspomnieniach tych miejsc, spisanych chociażby przez Diderota, Balzaca, Baudelaire’a czy Waltera Benjamina.

Opinie o ebooku Requiem dla moich ulic - Krzysztof Rutkowski

Fragment ebooka Requiem dla moich ulic - Krzysztof Rutkowski

KRZYSZ­TOF RUT­KOW­SKI

Re­qu­iem dla mo­ich ulic

1.

War­szawę Niem­cy zbu­rzy­li doszczętnie. Paryż od wieków burzą sami paryżanie. Burzą i od­bu­do­wują. Burzą, równają z zie­mią całe dziel­ni­ce lub pa­troszą bu­dow­le od środ­ka, zo­sta­wiw­szy tyl­ko nie­tknięte fa­sa­dy, wypełnia­ne od środ­ka szkłem, drew­nem, alu­mi­nium. Ba­ron Haus­sman wy­bu­rzył i od­mie­nił Paryż naj­bar­dziej, ale Paryż wy­bu­rzał się ciągle i wy­bu­rzać nie prze­sta­nie. Wal­ter Ben­ja­min nie za­po­mniał umieścić wśród cy­tatów w Pa­ry­skich pasażach frag­men­tu Mo­zai­ki ruin Théophi­le’a Gau­tie­ra: „Wy­so­kie mury, pręgo­wa­ne brązo­wy­mi smu­ga­mi po ro­ze­bra­nych ko­mi­nach, ujaw­niają, ni­czym plan ar­chi­tek­to­nicz­ny, ta­jem­nicę wewnętrzne­go rozkładu po­miesz­czeń. (…) Cie­ka­wy to wi­dok – owe roz­war­te na oścież domy z podłoga­mi wiszącymi nad prze­paścią, z ko­lo­ro­wy­mi bądź kwie­ci­sty­mi ta­pe­ta­mi, znaczącymi jesz­cze za­ry­sy po­koi, ze scho­da­mi, które nie wiodą już nig­dzie, z odsłoniętymi piw­ni­ca­mi, z dziw­ny­mi osy­pi­ska­mi i stro­my­mi pagórami gru­zu; gdy­by nie przy­czer­nio­na to­na­cja, można by rzec, iż są to za­wa­lo­ne bu­dow­le, wy­lud­nio­ne kon­struk­cje z akwa­fort ry­to­wa­nych gorączkową igłą Pi­ra­ne­sie­go”.

Na­wet te pa­ry­skie kwar­tały, które wy­dają się nie­tknięte od wieków, prze­cho­dziły cy­kle wy­bu­rza­nia i bu­do­wa­nia od nowa. Na przykład Pa­la­is-Roy­al, Luwr i Tu­le­rie.

2.

Pod ar­ka­da­mi Pa­la­is-Roy­al krążę co­dzien­nie. Kie­dy świe­ci słońce – cie­nie ścielą pod nogi spiesz­ne opo­wieści. Kie­dy pada deszcz – ci­che głosy posłucha­nia proszą. Pod ko­lum­nadą krążę i nasłuchuję. Cie­niom się przyglądam, ucha nad­sta­wiam. Co usłyszę – opo­wia­dam. Co wy­czy­tam – na przykład w zna­ko­mi­tym Wymyśla­niu Paryża Eri­ca Ha­za­na – po­wta­rzam.

Di­de­rot: „Czy ład­nie jest, czy brzyd­ko, o piątej go­dzi­nie po południu zwykłem pro­me­no­wać po Pa­la­is-Roy­al”. Di­de­rot nie zmyślał. Do Pa­la­is-Roy­al cho­dził upar­cie. Pod ko­niec życia pisał do córki: „Nudzę się w domu. Wy­chodzę, żeby się jesz­cze bar­dziej nu­dzić. Tyl­ko jed­na, za to naj­większa roz­kosz mi zo­stała: co­dzien­nie, punk­tu­al­nie o piątej po południu, wstępuję na lody do Pe­tit-Ca­ve­au”. Pe­tit-Ca­ve­au słynęła z lodów w dzień i z pa­nie­nek zwa­nych „Półbo­ber­ka­mi” w nocy. Lu­dzie Ro­be­spier­re’a wo­le­li cho­dzić na lody do Co­raz­za, pod ko­lum­nadę północną, ale wte­dy Pa­la­is-Roy­al zwał się Pa­la­is de l’Ega­lité. Dziw­ny pałac, wypełnio­ny ka­wiar­nia­mi, re­stau­ra­cja­mi, spe­lu­na­mi, szu­ler­nia­mi wciśniętymi pod ko­lum­nadę, w drew­nia­nych ba­ra­kach po­sta­wio­nych byle jak w po­przek podwórca. Oto „sto­li­ca Paryża” – jak na­zy­wał Mer­cier ten kwar­tał mia­sta.

3.

Di­de­rot wysłał do córki list o lo­dach dwu­dzie­ste­go ósme­go czerw­ca 1781 roku. W tym sa­mym roku diuk Char­tres, przyszły Phi­lip­pe Ega­lité, po­wie­rzył ar­chi­tek­to­wi Vic­to­ro­wi Lo­uiso­wi prze­bu­dowę pałacu wy­bu­do­wa­ne­go na życze­nie kar­dy­nała Ri­che­lieu. Z kar­dy­nalskiej sie­dzi­by po­zo­stała tyl­ko Ga­le­ria Dzio­bo­wa i skrzydło bu­dow­li od uli­cy Wa­le­zju­szy, czy­li ofi­cy­na dzi­siej­szej Rady Sta­nu, od­dzie­lo­nej od Luw­ru as­fal­to­wym pla­cy­kiem pełnym ro­le­rowców-akro­batów oraz ulicą Ri­vo­li. Na mu­rach bocz­nej ofi­cy­ny kar­dy­nalskiego pałacu – atry­bu­ty mor­skie. Ri­che­lieu był nie tyl­ko du­chow­nym, lecz także nad­in­ten­den­tem Żeglu­gi.

Z pałaco­we­go dzie­dzińca przed Ga­le­rią Or­leańską, wy­bu­do­waną w roku 1828 na miej­scu spa­lo­nych ba­raków ga­le­rii drew­nia­nej, wy­sta­je od po­nad ćwierćwie­cza ko­lum­na­da ar­ty­sty Bu­re­na. Niektóre ko­lum­ny Bu­ren po­ma­lo­wał w czar­ne pa­ski, jed­ne przy­ciął przy as­fal­cie, in­nym ze­zwo­lił na wy­sta­wa­nie, jesz­cze inne wcisnął pod zie­mię, ku źródłom. Ko­lum­nadę Bu­re­na ob­le­gają dzie­ci i turyści. Na ka­mien­nych pieńkach przy­ciętej ko­lum­na­dy ucztują nie­kie­dy bez­dom­ni.

Mer­cier: „Wyjątko­we to miej­sce na zie­mi. Wi­zy­tuj­cie Lon­dyn, Am­ster­dam, Ma­dryt, Wie­deń, ni­cze­go po­dob­ne­go nie znaj­dzie­cie: więzień tu po­sa­dzo­ny na­wet po wie­lu la­tach nie za­ma­rzy wca­le o wol­ności… Oto sto­li­ca Paryża. Wszyst­ko tu znaj­dziesz! Przy­pro­wadźcie dwu­dzie­sto­let­nie­go młodzieńca z pięćdzie­sięcio­ma tysiącami liwrów ren­ty, a on już nie ze­chce, już nie będzie umiał, ma­gicz­ne­go tego miej­sca opuścić. Oto za­cza­ro­wa­ne mia­stecz­ko w ser­cu wiel­kie­go mia­sta, oto świąty­nia cie­le­snych roz­ko­szy, z której ra­do­sny występek cień na­wet wsty­du prze­go­nił. Na całym świe­cie nie ma cu­dow­niej znie­pra­wio­nej me­li­ny!”

4.

Pod ko­niec pa­no­wa­nia Lu­dwi­ka XVI pod ko­lum­na­da­mi Pa­la­is-Roy­al kon­spi­ro­wa­li kon­spi­ra­to­rzy. W lip­cu 1789 roku w ogro­dzie i w przy­pałaco­wych pasażach, które stały się – jak pisał Hugo – „jądrem re­wo­lu­cyj­nej pla­ne­ty” – wrzało. Ca­mil­le De­smo­ulin tak opi­sał wy­da­rze­nia z trzy­na­ste­go lip­ca 1789 roku: „O go­dzi­nie wpół do trze­ciej spraw­dzałem w Pa­la­is-Roy­al na­stro­je ludu. W mym łonie wrzał strasz­ny gniew prze­ciw de­spo­tom. Tłum był licz­ny, wzbu­rzo­ny i głośny, ale jesz­cze nie­gotów do bun­tu. Po­deszło do mnie trzech trzy­mających się za ręce młodzieńców, naj­wy­raźniej wewnętrznym ogniem ożywia­nych. Rychło od­gadłem, że w tych sa­mych co ja za­mia­rach zja­wi­li się w Pa­la­is-Roy­al.

– «Pa­no­wie – rzekłem do nich – oto początek oby­wa­tel­skie­go po­ru­sze­nia! Trze­ba, by je­den z nas przemówił do ludu!»

– «Ty przemów!» – od­rze­kli młodzieńcy.

Na­tych­miast zna­lazłem się na sto­le z Café de Foy. Oto­czył mnie gęsty tłum. Przemówiłem: «Oby­wa­te­le, nie mamy chwi­li do stra­ce­nia. Tej nocy re­gi­men­ty szwaj­car­skie i nie­miec­kie wyjdą z ko­szar na Po­lach Mar­so­wych, by po­derżnąć nam gardła. Do bro­ni, oby­wa­te­le! Przy­pi­naj­cie ko­kar­dy, byśmy się po­zna­li!»” – tak mówił Ca­mil­le De­smo­ulin ze stołu z Café de Foy.

Trzy­na­ste­go lip­ca roku pamiętne­go w Paryżu srożył się upał. By­wal­cy Café de Foy słucha­li Ca­mil­le’a De­smo­ulin łap­czy­wie. Łyżecz­ki za­marły im w dłoni. Lody ma­li­no­we po­wo­li kapały na ob­rus jak jesz­cze nie­prze­la­na krew.

5.

Ga­le­rie drew­nia­ne piętrzyły się od roku 1792 roku do 1828 na nie­wiel­kiej prze­strze­ni, którą od początku lat trzy­dzie­stych dzie­więtna­ste­go wie­ku wy­zna­cza podwójna ko­lum­na­da Ga­le­rii Or­leańskiej ar­chi­tek­ta Fon­ta­ine’a. Ga­le­rie drew­nia­ne piętrzyły się w po­przek ko­lum­nad Pa­la­is-Roy­al, za­my­kając dostęp do ogro­du od stro­ny Luw­ru. Bal­zac opi­sał w Stra­co­nych złudze­niach owe ba­ra­ki tak, jak Prus ru­de­ry Powiśla – ma­gicz­nie. Ju­les Ja­nin, dzien­ni­karz rzut­ki i spra­wie pol­skiej przez pe­wien czas od­da­ny, po­ru­szo­ny Bal­za­co­wym sty­lem, dał świa­dec­two lek­tu­ry po­wieści w Re­vue de Pa­ris: „Wia­do­mo, że pan Bal­zac ce­lu­je w tego ro­dza­ju przy­ziem­nych opi­sach: zbu­twiałego drew­na, stojącej wody, bie­li­zny wy­pra­nej w sa­ga­nach ze śladów występku i roz­wie­sza­nej na sznu­rze. Nic mu nie umknie: doj­rzy każdą fałdkę, każdą kle­istą wy­dzie­linę w tym trędo­wa­tym świe­cie. Wielką siłę pi­sarz mieć musi, by osiągnąć tak wie­le, a jed­nak wy­pa­da się za­sta­no­wić, ja­kie przy­jem­ności zna­leźć mogą czy­tel­ni­cy pana Bal­zaca w szczegółach tak okrop­nych”.

Bal­zac wie­dział, co robi, jaki pożytek płynie z „od­ma­lo­wa­nia ba­za­ru nik­czem­ności”. Wie­dział, dla­cze­go „ma­lu­je”, bo przez trzy­dzieści sześć lat drew­nia­ne ga­le­rie w Pa­la­is-Roy­al od­gry­wały tak wielką rolę w życiu pa­ry­skim, że „nie­wie­lu jest mężczyzn czter­dzie­sto­let­nich, którym ten nie­wia­ry­god­ny opis, sporządzo­ny dla lu­dzi młodych, nadal nie spra­wiałby przy­jem­ności”.

6.

W miej­scu no­wej i zim­nej Ga­le­rii Or­leańskiej, przy­po­mi­nającej cie­plar­nię bez kwie­cia, za­cho­dziły na sie­bie ba­ra­ki, a ra­czej budy zbi­te z de­sek, źle za­da­szo­ne i cia­sne. Światło dnia prze­do­sta­wało się do nich z trud­nością przez półokrągłe, po­dzie­lo­ne li­stew­ka­mi okna, po­kry­te gęstą warstwą mazi. Budy stały w trzech rzędach, otwie­rając dwa pasaże. Wy­do­by­wał się z nich nie­by­wały smród, a ludz­kie i zwierzęce od­cho­dy za­sty­gały w sko­rupę. Dwie ulicz­ki, ru­de­ry za­pad­nięte nie­mal niżej bru­ku, z da­cha­mi po­rosłymi mchem, w tył po­wy­chy­la­ne ścia­ny, okna łata­ne pa­pie­rem albo za­tka­ne łach­ma­nem. Sza­fy bez drzwi, krzesła na trzech no­gach, ka­na­py z wy­tar­tym sie­dze­niem, ze­ga­ry o jed­nej wskazówce, z po­roz­bi­ja­ny­mi cy­fer­bla­ta­mi.

Tu się grało: w tryk­tra­ka, w wi­sta, w kości, w bi­ri­bis­so: w ga­le­rii drew­nia­nej i w spe­lu­nach pod ko­lum­nadą za­my­kającą ogród z trzech stron. Szu­ler­nia pod nu­me­rem dzie­wiątym za­pra­szała do sto­lików na kości, na oko, na płonący poncz. Szu­ler­nia pod nu­me­rem sto trzy­na­stym dys­po­no­wała ośmio­ma sa­la­mi z ru­letą. W niej Blücher, zwy­cięzca pod Wa­ter­loo, prze­grał sześć mi­lionów i za­sta­wił cały majątek. Gdy wszyst­ko prze­grał, wy­mu­sił na Ban­ku Fran­cji pożyczkę w wy­so­kości stu tysięcy franków jako ka­pi­tał do gry. Dzięki oku­pan­tom Świętego Przy­mie­rza Paryż za­ro­bił więcej, niż mu­siał zapłacić z tytułu od­szko­do­wań wo­jen­nych.

Pod szu­ler­nia­mi kręcili się li­chwia­rze, wie­czo­rem – pa­nien­ki. „Półbo­ber­ki” prze­cha­dzały się po drew­nia­nej ga­le­rii i ogro­do­wych alej­kach. „Bo­ber­ki” pro­me­no­wały pod ka­mienną ko­lum­nadą. „Nadbo­ber­ki” pla­so­wały się na ta­ra­sie Pe­tit Ca­ve­au, w której Di­de­rot zwykł co­dzien­nie jadać lody.

7.

Pro­sty­tu­cja, gra. Tytuł jed­nej z części Pa­ry­skich pasaży Ben­ja­mi­na. Wśród cy­tatów czy­hających na czy­tel­ni­ka jak zbójcy przy dro­dze, by ogra­bić go z przy­zwy­cza­jeń i z poglądów, frag­ment Brie­fe ge­schrie­ben auf einer Re­ise nach Pa­ris J. F. Ben­zen­ber­ge­ra (1805): „Ko­bie­ty upadłe pierw­szej kla­sy miesz­kają głównie na dru­gim piętrze. (…) Na trze­cim, na pa­ra­dy­zie i w man­sar­dach żyją te pośled­niej­szej ran­gi; ich fach zmu­sza je do re­zy­do­wa­nia w cen­trum mia­sta, w Pa­la­is-Roy­al, w prze­czni­cach i oko­li­cach. (…) W Pa­la­is-Roy­al jest ich od sześciu­set do ośmiu­set, ale nie­porówny­wal­nie większa ich licz­ba wie­czo­rem prze­cha­dza się tam, gdyż jest to punkt spo­tkań większości próżniaków. Na uli­cy Sa­int-Ho­noré i w ulicz­kach przy­ległych wie­czo­rem wy­stają one sze­re­ga­mi tak gęsty­mi, jak za dnia dorożki w Pa­la­is-Roy­al. Jed­nakże ich licz­ba szyb­ko spa­da, w miarę jak od­da­la­my się od Pa­la­is-Roy­al”.

Liczbę fem­mes per­du­es au­tor określił na „ja­kieś dzie­sięć tysięcy”; w jed­nym ze spisów po­li­cyj­nych sprzed Re­wo­lu­cji fi­gu­ro­wała licz­ba dwa­dzieścia osiem tysięcy. Hu­izin­ga w Je­sie­ni śred­nio­wie­cza, frag­ment wyłowio­ny przez Ben­ja­mi­na: „Cmen­tarz Nie­wi­niątek jako miej­sce prze­cha­dzek. Miej­sce to było za­tem dla piętna­sto­wiecz­nych paryżan czymś ta­kim jak posępny Pa­la­is-Roy­al w roku 1789. Pośród nie­ustan­nych po­grzebów i eks­hu­ma­cji od­by­wała się tam nie­ustan­na pro­me­na­da, pod­czas której spo­ty­ka­li się wszy­scy. Obok kost­nic znaj­do­wały się kra­my, a pod ar­ka­da­mi gro­ma­dziły się ko­bie­ty lek­kich oby­czajów”.

Ka­wiar­nie, re­stau­ra­cje i spe­lun­ki w Pa­la­is-Roy­al roz­kwi­tały od roku 1815 do północy trzy­dzie­ste­go pierw­sze­go grud­nia 1836 roku. Ofi­ce­ro­wie pru­scy, an­giel­scy, ro­syj­scy prze­gry­wa­li tu for­tu­ny, na­ba­wia­li się wsty­dli­wych chorób, uczy­li się fran­cu­skie­go oraz wy­ra­fi­no­wa­nych fi­gur ero­tycz­nych od ak­to­rek z Variété. Świe­ciły trze­wi­ki dan­dysów, bie­lały je­dwab­ne suk­nie. Od 1837 roku Lu­dwik Fi­lip za­ka­zał ha­zar­du w Paryżu. Pa­la­is-Roy­al opu­sto­szał, to­wa­rzy­stwo prze­niosło się kil­ka­set metrów na północ, na Bul­wa­ry. Ogród i ar­ka­dy za­padły w sen, z którego nie prze­bu­dziły się do dzi­siaj. Sen o dostępnym na­tych­miast szczęściu.

Hu­la­ka w Pa­la­is-Roy­al był mistą w obrzędzie bez imie­nia. Ri­tes de pas­sa­ge, ce­re­mo­nie związane z na­ro­dzi­na­mi, z wy­cho­dze­niem z dzie­ciństwa, ze śmier­cią. W Pa­la­is-Roy­al ce­re­mo­nie przejścia zastąpił ha­zard ero­tycz­ny. Ero­ty­ka ha­zardu. Za­po­mi­na­my o doświad­cze­niu przejścia, o pro­gu. Ślad tego doświad­cze­nia po­zo­stał tyl­ko w za­sy­pia­niu i w prze­bu­dze­niu. Hu­la­ka z na­bi­ty­mi forsą kie­sze­nia­mi wy­cho­dzi ze spe­lun­ki, wstępuje do Ka­wiar­ni Ślepców, w której przy­gry­wała nie­wi­do­ma or­kie­stra – bo tyl­ko ślep­cy nie gu­bi­li me­lo­dii pod wpływem dziejących się w lo­ka­lu scen, tak przy­najm­niej twier­dził Gérard de Ne­rval – woła dziwkę i raz jesz­cze świętuje w jej ra­mio­nach ów nu­mer ob­sta­wio­ny przed chwilą na zie­lo­nym suk­nie. Pie­niądze i majątek, wy­zwo­lo­ne od ziem­skie­go przy­ciąga­nia, zrządze­niem losu wra­cają do nie­go w do­sko­na­le od­wza­jem­nia­nym uści­sku. Al­bo­wiem zarówno w bur­de­lu, jak i w sali gry cze­ka nań ta sama grzesz­na roz­kosz: chwy­ta­nie losu w przy­jem­ności.

BOG­DAN KO­NOP­KA, Rue des Ur­sins, 15 paź­dzier­ni­ka 1994. Z cy­klu: Sza­ry Paryż

8.

Sten­dhal prze­cho­dził z Pa­la­is-Roy­al do Tu­le­rii przez kwar­tał, po którym w Paryżu nie ostał się żaden ślad. To był kwar­tał Ka­ru­ze­li, wciśnięty pomiędzy ulicę Świętego Ho­no­riu­sza od północy, nad­se­kwańską Wielką Ga­le­rię Luw­ru Hen­ry­ka IV od południa, przedłużenie uli­cy Ri­che­lieu od za­cho­du i przedłużenie uli­cy Wa­le­zju­szy od wscho­du. Na za­chod­niej gra­ni­cy kwar­tału Ka­ru­ze­li wzno­sił się Pałac Tu­le­ryj­ski, spa­lo­ny pod­czas Ko­mu­ny Pa­ry­skiej. Na li­nii uli­cy Wa­le­zju­szy sy­tu­uje się Pa­wi­lon Ze­ga­ro­wy Luw­ru, a za­tem kwar­tał Ka­ru­ze­li mieścił się pomiędzy dwo­ma pałaca­mi i spi­nającą je boczną ofi­cy­ną nad rzeką. W środ­ku daw­ne­go kwar­tału Ka­ru­ze­li ster­czy obec­nie świe­tli­sta pi­ra­mi­da Ming Peja, wiecz­nie za­wie­wa­na pu­styn­nym ku­rzem od stro­ny małego Łuku Trium­fal­ne­go i Tu­le­rii.

Pomiędzy pałaca­mi roz­gościło się piekło. Ba­ra­ki z su­ro­wych de­sek, le­pian­ki, kil­ku­piętro­we domy z drew­na i z pia­chu związa­ne­go w za­prawę ku­rzym białkiem, two­rzyły la­bi­rynt, w którym błądzi­li lu­dzie, psy, koty, kury, króliki, pa­pu­gi i szczu­ry pośród nie­zli­czo­nych sklepów, kramów i wy­szynków. Bau­de­la­ire ubo­le­wał w Les Des­so­us de Pa­ris (1865) „nad znik­nięciem tego ba­ra­ko­we­go obo­zo­wi­ska, mno­gich kli­tek tworzących od Mu­zeum aż do rue de Char­tres nie­ustające tar­go­wi­sko oso­bli­wości, sta­ro­ci i żywe­go ptac­twa”. Piekło prze­ci­nały trzy pro­sto­padłe do Se­kwa­ny uli­ce: Świętego Ni­ka­ze­go, Świętego To­ma­sza z Luw­ru oraz uli­ca Psze­nicz­na.

9.

U zbie­gu ulic Świętego Ho­no­riu­sza i Świętego Ni­ka­ze­go, w miej­scu skrzydła Luw­ru do­bu­do­wa­ne­go przez Na­po­le­ona III z po­mni­ka­mi mar­szałków Wiel­kiej Ar­mii w półku­li­stych wy­ku­szach, wzno­sił się bu­dy­nek szpi­ta­la założone­go przez Lu­dwi­ka IX dla ry­ce­rzy-krzyżowców, którym Sa­ra­ce­ni wyłupi­li oczy. Szpi­tal zwał się Qu­in­ze-Vingts, czy­li Piętnaście Dwu­dzie­stek, bo śle­pych ry­ce­rzy było ponoć trzy­stu. W roku 1780 Lu­dwik XVI kazał prze­nieść szpi­tal do daw­nych ko­szar musz­kie­terów przy uli­cy Cha­ren­ton, gdzie mieści się on do dzi­siaj i słynie w całej Fran­cji z najświet­niej­szych oku­listów. Nie­wi­do­mi graj­ko­wie z Ka­wiar­ni Ślepców kwa­te­ro­wa­li po pra­cy w pomusz­kie­terskich izbach.

Uli­ca Świętego To­ma­sza z Luw­ru prze­ci­nałaby dzi­siaj pi­ra­midę Peja. Na Świętego To­ma­sza, pomiędzy ba­ra­ka­mi i le­pian­ka­mi, wzno­siły się dwa małe pałace: Hôtel de Che­vreu­se i Hôtel de Ram­bo­uil­let należący do Ca­the­ri­ne de Vi­von­ne, mar­ki­zy de Ram­bo­uil­let. W słyn­nym błękit­nym po­ko­ju mar­ki­zy bywał Kar­te­zjusz i Mal­her­bes, La Ro­che­fo­ucault i pani de La­fay­et­te, Cor­ne­il­le i pani de Sévigné. Do córki mar­ki­zy, Ju­lie d’An­gen­nes, za­le­cał się przez piętnaście lat diuk de Mon­tau­sier, pier­wowzór Al­ce­sta z Mi­zan­tro­pa Mo­lie­ra. Pew­ne­go dnia uko­cha­na zna­lazła przy wezgłowiu łoża Gir­landę dla Ju­lii, al­bum spi­sa­ny na we­li­no­wym pa­pie­rze przez naj­większe­go ka­li­gra­fa sie­dem­na­ste­go wie­ku, Ni­co­la­sa Jar­ry’ego, zdo­bio­ny przez Ni­co­la­sa Ro­ber­ta, w którym zna­lazło się sześćdzie­siąt je­den ma­dry­gałów o kwia­tach za każdym ra­zem porówny­wa­nych do Ju­lii. Czter­dzieści sześć ma­dry­gałów skom­po­no­wał diuk oso­biście, po­zo­stałych sie­dem­naście ułożyli po­eci, by­wal­cy błękit­ne­go po­ko­ju. Do­pie­ro po czte­rech la­tach od przyjęcia hoj­ne­go daru Ju­lie d’An­gen­nes oddała diu­ko­wi swą rękę.

10.

Uli­ca Dzie­kan­ka, równo­legła do Se­kwa­ny i do Wiel­kiej Ga­le­rii Luw­ru, łączyła Świętego To­ma­sza z Psze­niczną. Na Dzie­kan­ce jesz­cze w dzie­więtna­stym stu­le­ciu rozkładały się kra­my z far­ba­mi dla ar­tystów, a ob­ra­zy fran­cu­skich ma­la­rzy osiem­na­ste­go wie­ku tra­fiały się tu za bez­cen. „Kie­dy prze­jeżdża się ka­brio­le­tem przez tę półmartwą dziel­nicę, a wzrok zabłądzi w stronę Dzie­kan­ki, to du­sza w człeku tru­chle­je. Kto może tu miesz­kać? Co tu się dzie­je wie­czo­ra­mi, kie­dy ulicz­ka za­mie­nia się w raj dla nożowników, a pa­ry­ski występek spo­wi­ty w płaszcz nocy, hula tu w naj­lep­sze?” Tak pisał Bal­zac w Ku­zyn­ce Biet­ce.

W la­tach trzy­dzie­stych dzie­więtna­ste­go wie­ku w jed­nej z ru­der na Dzie­kan­ce za­miesz­ka­li artyści, młodzi i jesz­cze nie­zna­ni. Pośród nich Gérard de Ne­rval: „We wspólnym po­miesz­ka­niu przy uli­cy Dzie­kan­ka po­bra­ta­liśmy się na do­bre. W kącie sta­re­go Luw­ru Me­dy­ce­uszy, nie­da­le­ko miej­sca, gdzie stał nie­gdyś Hôtel de Ram­bo­uil­let, po­czci­wy Ro­gier uśmie­chał się pod wąsem ze szcze­bli dra­bi­ny, ma­lując na jed­nej z trzech tyl­nych ścian po lu­strach wiel­ce po­dob­ne­go do sie­bie Nep­tu­na! Huknęły na­gle skrzydła drzwi wejścio­wych: stanął w nich Théophi­le (Gau­tier). Pod­sunęliśmy mu mi­giem fo­tel w sty­lu Lu­dwi­ka XIII. On czy­tał nowe wier­sze, a Cy­da­li­sa Pierw­sza, Lor­ry i Wik­to­ry­na bujały się nie­dba­le w ha­ma­ku blon­dyn­ki Sary, roz­wie­szo­nym wzdłuż ogrom­ne­go sa­lo­nu… Cóż to były za szczęśliwe cza­sy! Da­wa­liśmy bale, ko­la­cje i ma­sko­we fety. Byliśmy młodzi, we­se­li, nie­kie­dy też bo­ga­ci. W smutną jed­nak uderzę strunę: nasz pałac zbu­rzo­no. Zeszłej je­sie­ni błądziłem wśród jego ruin. Nie usza­no­wa­no na­wet szczątków ka­pli­cy, z ta­kim wdziękiem roz­pro­szo­nych wśród zie­le­ni drzew. W owym cza­sie na tyle jesz­cze byłem bo­ga­ty, że pew­ne­go dnia udało mi się od­grze­bać i wy­ku­pić od ro­bot­ników par­tie bo­aze­rii ma­lo­wa­nej przez przy­ja­ciół. Po­sia­dam za­tem dwa gzym­sy Nan­teu­ila, por­tret Wat­te­au przez Vat­tie­ra, pod­pi­sa­ny, dwie długie plan­sze Co­ro­ta przed­sta­wiające kra­jo­braz pro­wan­sal­ski, Châtil­lo­na Czer­wo­ne­go mni­cha czy­tającego Bi­blię na