Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 509 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Republika Piratów - Colin Woodard

Epickie bitwy morskie, błyskawiczne abordaże, wiatr w żaglach, morski pył na twarzach i tony cennych łupów ukrytych pod karaibskim słońcem.

To nie fikcja – to fakty!

Początek XVIII wieku. Czarnobrody, Czarny Sam Bellamy, Charles Vane i kilku innych wielkich pirackich kapitanów łączy siły, tworząc coś więcej niż przypadkową zbieraninę złodziei. Byli żeglarze, niezadowoleni służący, zbiegli niewolnicy – każdy z nich zwrócił się ku piractwu w wyrazie protestu przeciwko warunkom panującym na statkach i plantacjach. Wspólnymi siłami ustanawiają surową demokrację, wykrawając własną strefę swobody, w której służący stali się wolni, Czarni zyskali status równych, a przywódców wybierano i obalano na drodze głosowania.

Posiłkując się szczegółowymi badaniami archiwów brytyjskich i amerykańskich, Colin Woodard opowiada dramatyczną historię Republiki Piratów, która śmiała zatrząść fundamentami brytyjskiego i hiszpańskiego imperium, a także rozprzestrzeniła idee demokratyczne. Kilkadziesiąt lat później doprowadziły one do powstania Stanów Zjednoczonych.

Uznanie dla Woodarda najchętniej wyraziłbym pirackim „arr!”

Juliusz Kurkiewicz, Magazyn „KSIĄŻKI” i „Gazeta Wyborcza”

Szkatuły złota, abordaże, korsarze, piraci, rum i żelazo… Wspaniała przygoda.

Tomek Michniewicz, podróżnik

Spodoba się każdemu. Czyta się lepiej niż powieści awanturnicze.

Jakub Demiańczuk, „Dziennik Gazeta Prawna”

Na kartach tej książki przemawiają do nas prawdziwi piraci.

Jacek L. Komuda, pisarz, autor Galeonów wojny i Czarnej bandery

Romantyczna historia o potrzebie wolności i sprawiedliwości.

Piotr „Kędzior” Kędzierski, Rock Radio

Opinie o ebooku Republika Piratów - Colin Woodard

Fragment ebooka Republika Piratów - Colin Woodard

Dla Sary, mojej żony i prawdziwej miłości

PrologZłota era piractwa

Cieszą się opinią romantycznych łajdaków, budzących grozę śmiałków, którzy odważyli się obrać ścieżkę biegnącą poza zasięgiem prawa i władz, wyzwolonych z okowów żmudnej, codziennej pracy; nieustraszonych, którym udało się zerwać więzy, jakimi pętało ich społeczeństwo, i wyruszyć na poszukiwanie bogactw, uciech oraz przygód. Minęły już trzy stulecia, od kiedy zniknęli z mórz, ale piraci złotej ery nadal cieszą się opinią ludowych bohaterów, a ich miłośników nie sposób zliczyć. Stanowią wzorzec dla twórców wielu popularnych postaci fikcyjnych – jak choćby kapitan Hak, Długi John Silver, kapitan Blood czy Jack Sparrow – przywołując na myśl pojedynki na szable, spacery po kładce, mapy skarbów i skrzynie pełne złota oraz szlachetnych kamieni.

O ile historie te – podrasowane przez Roberta Louisa Stevensona czy Walta Disneya – są ciekawe same w sobie, prawdziwe losy piratów z Karaibów okazują się jeszcze bardziej zajmujące; to zapomniane już opowieści o tyranii i oporze, morskich buntach, które zatrzęsły posadami nowo uformowanego Imperium Brytyjskiego, paraliżując transatlantycki handel i podsycając demokratyczne nastroje, co napędzi potem amerykańską rewolucję. Ośrodkiem tych zdarzeń była piracka republika, strefa niczym nieskrępowanej wolności w czasach bezwzględnego autorytaryzmu.

Złota era piractwa trwała tylko dekadę, od 1715 do 1725 roku, a jej architektami była klika dwudziestu, może trzydziestu wyjętych spod prawa komodorów i paru setek załogantów. Praktycznie wszyscy dowódcy znali się osobiście – albo służyli ramię w ramię na pokładach okrętów handlowych lub łupieżczych, albo ich drogi skrzyżowały się podczas wizyt we wspólnej bazie, niedoszłej kolonii brytyjskiej na Bahamach. I choć większość piratów stanowili Anglicy lub Irlandczycy, nie brakowało pośród nich Szkotów, Francuzów i Afrykanów, a także przedstawicieli innych nacji: Holendrów, Duńczyków, Szwedów oraz rdzennych Amerykanów. Pomimo różnic narodowościowych, rasowych, religijnych i językowych udało im się wykształcić wspólną kulturę. Spotykające się na morzu statki pirackie często łączyły siły, sprzymierzając się, aby nieść pomoc kamratom; działo się tak nawet w przypadku, gdy członkami jednej załogi byli Francuzi, a drugiej znienawidzeni przez nich Anglicy. Na okrętach panowała demokracja, kapitana wybierano przez powszechne głosowanie, łupy dzielono po równo, a kluczowe decyzje podejmowano na otwartych zebraniach, co stało w kontraście do dyktatury obowiązującej na innych jednostkach. Kiedy zwyczajni żeglarze nie otrzymywali żadnych świadczeń socjalnych, bahamscy piraci wypłacali swoim ludziom renty inwalidzkie.

Piraci istnieli niemal od zawsze. Nie brakowało ich w starożytnej Grecji, w latach świetności Imperium Rzymskiego i podczas rządów dynastii Qing w Chinach. Nawet dziś piraci są plagą światowych mórz, przejmują frachtowce, kontenerowce, a także statki pasażerskie, które regularnie ograbiają i, czasem, zabijają załogę. Należy pamiętać, że piraci to nie korsarze; ci drudzy podczas wojny łupili okręty przeciwnika pod egidą swojego rządu. Niektórzy mylnie określają sir Francisa Drake’a i sir Henry’ego Morgana piratami, byli oni bowiem korsarzami właśnie i dokonywali rabunków przy pełnym poparciu królowej Elżbiety oraz króla Karola II. Absolutnie nie uważano ich za wyjętych spod prawa, wręcz przeciwnie, w nagrodę za swoje czyny mogli spodziewać się tytułu szlacheckiego; Morgan został nawet mianowany namiestnikiem na Jamajce. William Dampier również był korsarzem, tak jak większość angielskich bukanierów pod koniec siedemnastego wieku[1]. Niesławny kapitan William Kidd, dobrze urodzony korsarz, piratem został przez przypadek, kiedy poróżnił się z Brytyjską Kompanią Wschodnioindyjską, największą ówczesną angielską korporacją.

Piraci złotej ery różnili się znacząco od bukanierów pokolenia Morgana oraz tych, którzy grabili statki przed nimi. Rządy wszystkich krajów, łącznie z ojczyzną, uważały ich za przestępców, a oni, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, angażowali się nie tylko w akcje rabunkowe, ale brali udział w społecznych oraz politycznych rewoltach. Byli pośród nich zawodowi żeglarze, zobligowani kontraktami mężczyźni szukający szczęścia w Nowym Świecie oraz uciekinierzy, którzy sprzeciwili się swoim panom: kapitanom, właścicielom okrętów i autokratom z ogromnych amerykańskich i indyjskich plantacji niewolniczych. Zazwyczaj załoga okrętu handlowego była tak niezadowolona z panujących na pokładzie warunków, że gdy piraci zajmowali statek, tłumnie i z entuzjazmem przyłączano się do grabieżcy. Zdarzało się, iż nawet żołnierze Królewskiej Marynarki dezerterowali; kiedy HMS Phoenix starł się z piratami nieopodal ich siedziby na Bahamach w 1718 roku, grupa brytyjskich żeglarzy wymknęła się w nocy, aby o świcie służyć już pod czarną banderą. Faktem jest, że do pirackiej ekspansji przyczynili się znacząco dezerterzy, zmęczeni brutalnym i niesprawiedliwym traktowaniem na wojskowych i handlowych okrętach.

Jednak piratami nie byli jedynie niezadowoleni marynarze. Całkiem spory odsetek stanowili uciekinierzy, którzy migrowali do pirackiej republiki, szczególnie gdy rozeszło się, że atakowane są także statki niewolnicze, a przetrzymywanych na ich pokładzie ludzi przyjmowano na równych prawach. U szczytu złotej ery zbiegli niewolnicy stanowili często czwartą część załogi, a paru Mulatom udało się zostać pełnoprawnymi kapitanami. Piracka obietnica wolności uwierała obszarników korzystających na okalających Bahamy plantacjach z przymusowych pracowników; gubernator Bahamów odnotował w 1718 roku: „czarnoskórzy zrobili się ostatnimi czasy tak bezczelni i zuchwali, iż mamy podstawy sądzić, że tym powstaniem [przeciwko nam]… szykują grunt pod ucieczkę do piratów”.

Niektórym piratom przyświecały także motywy polityczne. Złota era rozpoczęła się niedługo po śmierci królowej Anny; jej bratu przyrodniemu i następcy tronu, katolikowi Jakubowi Stuartowi odmówiono korony. Nowym królem Anglii i Szkocji został protestant Jerzy I, daleki kuzyn zmarłej władczyni, książę niemiecki. Nie zależało mu na państwie, którym miał władać i którego języka nie znał. Spora część obywateli, w tym także przyszli piraci, uznali taką sytuację za niemożliwą do zaakceptowania i ślubowali wierność Jakubowi i rodowi Stuartów. Kilku zasłużonych dla początku złotej ery zostało namaszczonych osobiście przez gubernatora Jamajki, Archibalda Hamiltona, który sympatyzował ze Stuartami i próbował zorganizować flotę buntowników zdolnych wspomóc ewentualne powstanie przeciwko królowi Jerzemu. Jak mówi Kenneth J. Kinkor z Whydah Museum w Provincetown w stanie Massachusetts: „Z pewnością nie była to przypadkowa zbieranina ochlajtusów awanturująca się pod monopolowym”.

Pirackie bandy z Bahamów odnosiły znaczące sukcesy; w okresie swojej świetności potrafiły odciąć Wielką Brytanię, Francję i Hiszpanię od ich zaoceanicznych imperiów kolonialnych oraz morskich szlaków handlowych, zaburzyć komunikację pomiędzy kontynentami, a także zatrzymać przepływ niewolników na plantacje trzciny cukrowej w Ameryce i Indiach Zachodnich. Królewska Marynarka, niezdolna zaszkodzić piratom, rychło zaczęła bać się jakiejkolwiek konfrontacji. Mimo że do obrony Wysp Podwietrznych została oddelegowana potężna, dwudziestodwudziałowa fregata HMS Seaford, jej kapitan uznał, że w razie starcia „istnieje realne niebezpieczeństwo, iż zostaniemy zwyciężeni”. Do roku 1717 piraci stali się tak potężni, że zagrażali nie tylko pojedynczym okrętom, ale i całym koloniom. Okupowali brytyjskie posterunki na Wyspach Podwietrznych, grozili inwazją na Bermudy i raz za razem blokowali Karolinę Południową. Wielu z nich udało się zgromadzić nielichą fortunę. Za pieniądze kupowali lojalność handlarzy, plantatorów, a nawet gubernatorów kolonialnych.

Piraci przedstawiani byli przez władze jako osobnicy niezrównoważeni, okrutni i niebezpieczni, istne potwory w ludzkich skórach, które gwałciły i zabijały od niechcenia, a dla przyjemności torturowały dzieci. Niekiedy faktycznie tak było. Lecz gros tych opowieści zostało intencjonalnie wyolbrzymione, aby poruszyć sceptyczną opinię publiczną. Ku konsternacji amerykańskich właścicieli okrętów i plantacji, wielu zwyczajnych kolonistów miało piratów za ludowych bohaterów. Cotton Mather, czołowy pastor purytański z Massachusetts, kipiał ze złości na wieść o niemalże powszechnym poparciu dla piratów pośród „grzesznych” obywateli Bostonu. W 1718 roku, kiedy władze Karoliny Północnej chciały postawić przed sądem bandę morskich rzezimieszków, ich sympatycy odbili przywódcę piratów z więzienia i prawie udało im się przejąć kontrolę nad stolicą, Charleston. „Lud kroczy za szkodnikami ludzkości, kiedy żywi nadzieję, iż uszczknie choć odrobinę z ich przeklętego bogactwa”, narzekał w tym samym roku Alexander Spotswood, gubernator stanu Wirginia, dodając, że w jego kolonii znajduje się „wielu popleczników tego plugastwa”.

* * *

Na samym początku planowałem pisać o piratach, siedząc u boku mojej przyszłej żony pod palmowym drzewem na jakiejś wysepce u wybrzeża Belize, kraiku leżącego w Ameryce Środkowej, założonego przez angielskich bandytów i bukanierów, których ukute w siedemnastym wieku powiedzonka nadal funkcjonują w tamtejszym języku. Trzysta lat temu ziemia ta, jak i moje rodzinne Maine, była niczyja; zwyczajna dzicz, kilka rozsianych po oceanie wysepek i garstka ludności tubylczej niezarządzanej jeszcze przez europejskie władze. Oczyma wyobraźni widziałem majaczący na horyzoncie bukszpryt, potem połatane żagle i pokryty smołą, zdobiony ambrazurami kadłub niewielkiego stateczku, na którego maszcie powiewała czarna flaga z trupią czaszką. Okręt ten wydał mi się namacalnie prawdziwy, czułem zapach płótna i szorstkie trzeszczenie grubego, jutowego olinowania. Załoga nieco wymykała się moim wyobrażeniom, zbytnio zainspirowanym popkulturą – dostrzegłem bandany i kolczyki, opaski na oczach, papugę na ramieniu kapitana, zatknięte za pasy koziki i walające się po pokładzie osuszone butle po rumie – która nakazała mi ozdobić ich twarze nieco złowieszczymi uśmieszkami; słyszałem co i rusz wywrzaskiwane wyświechtane pirackie frazesy, przetykane charakterystycznym „Arrrr!”. Zrozumiałem, że pomimo popularności zdobytej dzięki kinu i rozmaitym wytworom kultury, nadal nie miałem pojęcia, kim tak naprawdę byli. Skąd pochodzili? Co nimi kierowało? Jak dzielili łupy? I, co najważniejsze, czy któremuś z nich uszło to na sucho?

Dobre odpowiedzi nie były dostępne od ręki. Pirackie książki, filmy i seriale przeważnie utrwalały dobrze znaną mitologię, nie potrafiąc odróżnić dobrze udokumentowanych źródeł od sfabrykowanych informacji, a podstawą dla większości z nich jest A General History of the Robberies and Murders of the Most Notorious Pyrates z 1724 roku, książka, której autor[2] posługuje się pseudonimem kapitan Charles Johnson. Częstokroć skupiano się nie na prawdziwych piratach, ale bukanierach i korsarzach z wcześniejszych lat, ludziach szanowanych i działających w majestacie prawa. Na temat postaci takich jak Henry Morgan, William Kidd czy William Dampier napisano przepastne tomiszcza. Istnieją rzecz jasna znakomite opracowania, lecz podejmują one problematykę piractwa jako takiego, nie śledzą uważnie życiorysu tego czy innego pirata. Podejście biograficzne, jakie przyjąłem, zasiadając do pisania tej książki, stawia autora przed zupełnie innym zestawem pytań i odkrywa powiązania, motywacje oraz zdarzenia, które dotychczas pozostawały niezauważone.

Poniższe słowa pisałem głównie w oparciu o materiały znalezione w brytyjskich i amerykańskich archiwach. Żaden dialog nie został wyssany z palca, opisy miast, zdarzeń, ubioru, jednostek pływających oraz warunków pogodowych także oparłem na wiarygodnych dokumentach. Uprzednio pomijane aspekty pirackiej historii zostały odtworzone dzięki zbadanym przeze mnie utrwalonym na piśmie zeznaniom sądowym oraz aktom rozmaitych spraw, korespondencji angielskich i hiszpańskich gubernatorów, urzędników kolonialnych oraz kapitanów statków, a także publikowanym wówczas broszurkom, gazetom i książkom, zapisom w rejestrach celnych, dokumentom parafialnym i dziennikom pokładowym z okrętów wojennych Jego Królewskiej Mości.

Cytując siedemnasto- i osiemnastowieczne źródła, zastosowałem nowoczesne zasady interpunkcji, stylu, a czasami nawet i ortografii, aby upewnić się, że rzecz będzie przystępna dla współczesnego czytelnika. Daty pojawiające się w tekście podawane są zgodnie z obowiązującym wówczas w anglojęzycznym świecie kalendarzem juliańskim, co wymagało odjęcia dziesięciu lub jedenastu[3] dni od tych wymienianych przez źródła francuskie bądź hiszpańskie, gdzie korzystano już z naszego kalendarza, gregoriańskiego. Prace nad książką zawiodły mnie do wielu miejsc, w tym do Londynu, Bostonu, Charleston i na Bahamy. Odwiedziłem dawne miejsca pirackich spotkań w Karolinie Północnej, gdzie nurkowie ze stanowego Departamentu Zasobów Kulturowych badali wrak statku będącego rzekomo okrętem flagowym Czarnobrodego. Artefakty z Whydah, innej pirackiej łajby złotej ery, nadal wyławia się u wybrzeży Cape Cod. Skorzystałem wymiernie także z rozmów i wymiany listów z archeologami oraz historykami z całego świata, którzy stale poszukują informacji na temat żywotów dawnych piratów.

* * *

Książka ta opowiada historię złotej ery piractwa, skupiając się na jej czterech czołowych przedstawicielach. Trzech z nich to piraci: Samuel „Czarny Sam” Bellamy, Edward „Czarnobrody” Thatch i Charles Vane; wszyscy znali się osobiście. Bellamy i Czarnobrody byli nawet przyjaciółmi i służyli na pokładzie tego samego statku pod rozkazami swego mentora Benjamina Hornigolda, który założył piracką republikę w Nassau na wyspie New Providence. Obaj znali także bardzo dobrze Vane’a, protegowanego Henry’ego Jenningsa, chmurnego, wyjętego spod prawa przez króla Jerzego korsarza, rywala Hornigolda. Charles Vane miał sporo wspólnego ze swoim mistrzem: tak jak on skłaniał się ku nieuzasadnionej przemocy i okrucieństwu, chorobliwy sadyzm doprowadził go wreszcie do utraty autorytetu. Bellamy i Czarnobrody, kierując się zasadami Hornigolda, byli bardziej powściągliwi, gdy przychodziło do użycia siły; usiłowali raczej zastraszyć przeciwnika, aby uległ, i tym sposobem próbowali uniknąć zbędnego rozlewu krwi. Istnieje masa zapisków dokumentujących ataki Bellamy’ego i Czarnobrodego na jednostki pływające – łącznie napadli na około trzysta – i ani jeden z nich nie zawiera wzmianki, że doszło do zabicia jeńca. Obrabowani przyznawali zazwyczaj, że piraci traktowali ich godnie. Rabusie zwykli też zwracać statki i ładunek, który uznawali za nieprzydatny.

Dzięki temu piraci zdobyli przychylność wielu marynarzy, żeglowali lub bawili się w towarzystwie innych czołowych wilków morskich tamtych czasów: krzykliwie ubranego Johna „Calico Jacka” Rackhama, ekscentrycznego Stede’a Bonneta, niesławnego Oliviera La Buse’a, noszącego tupecik Paulsgrave’a Williamsa i kobiety pirata Anne Bonny. U szczytu swych karier dysponowali niedużymi flotami, a ich załogi liczyły po stu marynarzy, a okręty flagowe Bellamy’ego czy Czarnobrodego mogły śmiało mierzyć się z każdą inną jednostką wojenną. Ich kampanie były tak dochodowe, że gubernatorzy, handlarze niewolników, obszarnicy i potentaci przemysłu transportowego tworzący strukturę władzy brytyjskiej Ameryki nalegali, aby wreszcie jakoś temu zaradzić.

I to prowadzi nas do ostatniego tematu tej książki, Woodesa Rogersa, wysłannika Korony, który miał za zadanie stawić czoła piratom i spacyfikować Bahamy; w stopniu większym niż ktokolwiek inny, to właśnie on przyczynił się do kresu złotej ery piractwa. Rogers nie był, rzecz jasna, piratem, lecz służył jako korsarz podczas ostatniej wojny prowadzonej przez Anglię z Francją i Hiszpanią, dzięki czemu znał strategię działania swojego przeciwnika. Rogers, bohater wojenny i szanowany pisarz, poprowadził zakończone sukcesem natarcie na hiszpańskie miasto, został oszpecony podczas bitwy o ogromny galeon z wypełnioną skarbami ładownią, do której doszło na Pacyfiku, i był jednym z garstki ludzi mogących pochwalić się opłynięciem globu ziemskiego. Mimo swojej korsarskiej przeszłości, Rogers nie żywił w stosunku do piratów żadnych ciepłych uczuć. Reprezentował wszystko to, przeciwko czemu się buntowali. W przeciwieństwie do swoich kolegów był odważny, bezinteresowny i zaskakiwał manifestowanym patriotyzmem oraz bezgranicznym oddaniem królowi i państwu. Podczas gdy wielu gubernatorów, oficerów morskich i ministrów rządowych po cichu napychało sobie kieszenie królewskim złotem, Rogers sięgał do prywatnej kiesy, aby opłacić projekty, które uważał za potrzebne, służące dobru publicznemu oraz młodemu jeszcze Imperium Brytyjskiemu. Jednak pomimo heroicznej służby często pomiatali nim zarówno koledzy, jak i przełożeni.

Bellamy, Czarnobrody i Vane nie zaczęli budować swojej pirackiej społeczności z niczego, znaleźli sobie bowiem wzór do naśladowania w postaci Henry’ego Avery’ego[4], nazywanego „królem piratów”, który wyzwolił ponoć swoich towarzyszy załogantów od marnej, uciążliwej egzystencji pod deskami pokładu, pomógł im zdobyć niewyobrażalne bogactwa i zapewnił luksusowe życie we własnym królestwie. Historia Avery’ego dobiegła końca, kiedy Bellamy, Czarnobrody i Vane byli jeszcze dziećmi; zanim wyrośli na młodzieńców, człowiek ten i rzeczy, których dokonał, zdążyły już przejść do legendy. Jego przygody zainspirowały sztuki teatralne i powieści, historyków i dziennikarzy oraz, oczywiście, piratów złotej ery. Romantyczny mit nie ciągnął się za złotą erą, on pomógł ją stworzyć. Dlatego też opowieść o piractwie rozpoczyna się od Henry’ego Avery’ego i tajemniczego okrętu, który przed ponad trzystu laty przybył do Nassau[5].

Rozdział pierwszyLegenda(1696)

Kołyszący się miarowo przy piaszczystym wybrzeżu Hog Island slup zawitał na oślepiająco błękitne wody portu w Nassau po południu, 1 kwietnia 1696 roku.

Z początku krążący po plaży mieszkańcy i pracujący na przystani żeglarze nawet nie zwrócili na okręt uwagi. Nieduży i nierzucający się w oczy slup gościł tutaj często; był to statek handlowy z pobliskiej wyspy Eleuthera, leżącej jakieś pięćdziesiąt mil na wschód. Regularnie cumował w Nassau, stolicy Bahamów; na jego pokładzie przywożono na handel sól, którą sprzedawano, i za otrzymane pieniądze kupowano tkaniny oraz cukier. Mieszkańcy nadstawiali ucha, chłonąc wieści z Anglii, Jamajki i obu Karolin. Gapie spodziewali się, że slup rzuci kotwicę, załoga załaduje towary na łódź i w ruch pójdą wiosła, gdyż stolica nie miała pomostów ani odpowiednio przystosowanego nabrzeża. Myślano, że po rozładunku marynarze pójdą jak jeden mąż napić się w jednej z miejscowych tawern, aby poplotkować o toczącej się wojnie i ruchach piekielnych wojsk francuskich, przeklinając przy tym nieobecność Królewskiej Marynarki.

Lecz nie tamtego dnia.

Slup przybił do brzegu. Na plażę wyskoczył kapitan, którego tutaj dobrze znano, a za nim paru obcych mężczyzn. Mieli na sobie nietypowe stroje: jedwabie (być może indyjskie), chusty w jaskrawych afrykańskich kolorach i arabskie nakrycia głowy, brudne i poszarpane niczym tanie ubrania noszone przez zwykłych marynarzy. Ale ci, którym udało się do nich zbliżyć na tyle, aby mogli podsłuchać ich mowę lub przyjrzeć się opalonym twarzom, ze zdziwieniem odnotowali, że byli to żeglarze narodowości angielskiej lub brytyjskiej, jakich pełno na każdym dużym statku przybywającym z dalekich partii Atlantyku.

Załoganci przeszli przez niewielką osadę, składającą się zaledwie z kilkudziesięciu ściśniętych wzdłuż wybrzeża chałup, na które padał cień skromnej fortecy z kamienia. Przecięli odremontowany plac miejski, minęli nieduży drewniany kościółek i zatrzymali się dopiero przed domem gubernatora Nicholasa Trotta. Stanęli na rozgrzanym słońcem piachu, zapach żyznej, tropikalnej gleby wypełnił im nozdrza. Mieszkańcy wioski, nie kryjąc ciekawości, gapili się z ciekawością na bandę cudacznie ubranych żeglarzy, którzy czekali, aż służący gubernatora otworzy im drzwi. Kapitan zamienił z nim kilka słów i mężczyzna pobiegł poinformować Jego Ekscelencję, że sprawa jest pilna.

* * *

Nicholas Trott od rana miał ręce pełne roboty. Jego kolonia była w tarapatach. Anglia prowadziła wojnę z Francją już od ośmiu lat, co zaburzało wymianę handlową Bahamów z innymi krajami. Trott otrzymał raport mówiący o przejęciu oddalonej o sto czterdzieści mil wyspy Exuma przez siły francuskie; flota dysponująca trzema okrętami wojennymi i z załogą liczącą trzysta dwadzieścia osób miała teraz obrać kurs na Nassau, które nie posiadało ani jednego statku nadającego się do odparcia ataku. Na dodatek żadna jednostka należąca do Królewskiej Marynarki od paru lat nawet nie przepłynęła obok osady. Cóż, nie można było chronić wszystkich włości przynależących do rozległego Imperium Brytyjskiego naraz. Sam Fort Nassau, zbudowany niedawno z miejscowego kamienia, wyposażony był co prawda w trzydzieści dwa działa zamontowane na murach obronnych, ale liczni osadnicy zdążyli już zbiec do lepiej chronionej Karoliny Południowej lub na Jamajkę czy Bermudy. Trott nie miał ludzi do obsadzenia fortu. Łącznie ze starcami i inwalidami, liczba mężczyzn, którzy pozostali w osadzie, nie przekraczała siedemdziesięciu. Połowa z nich po ukończeniu swojej codziennej pracy musiała również odrobić obowiązek warty, przez co, jak mówił Trott, byli „śmiertelnie zmęczeni”. Gubernator zdawał sobie sprawę, że jeśli Francuzi zaatakują, nie ma zbyt wielkiej nadziei nie tylko na utrzymanie Nassau, ale i reszty New Providence. Tym właśnie zamartwiał się Trott, kiedy odwiedzili go kapitan statku handlowego z wyspy Eleuthera i jego dziwaczni kompani.

Przywódca nieznajomych, niejaki Henry Adams, wyjaśnił, że on i jego koledzy niedawno przybyli na Bahamy na pokładzie Fancy, prywatnego okrętu wojennego o czterdziestu sześciu działach i ze stu trzynastoma załogantami. Przyszedł prosić Trotta o pozwolenie na zacumowanie w porcie Nassau. Adams przekazał na ręce gubernatora list od swojego kapitana, Henry’ego Bridgemana, który przyprawił Trotta o zdumienie. Fancy, jak pisał Bridgeman, przybił do brzegu Eleuthery prosto z Afryki, gdzie bez pozwolenia Królewskiej Kompanii Afrykańskiej, posiadającej monopol na podobną działalność, uczestniczył w handlu niewolnikami. Kapitan Bridgeman wyjaśniał, że jego załodze kończą się zapasy i muszą czym prędzej zejść na ląd; jeśli gubernator wyświadczy im przysługę i wyda stosowne pozwolenie, oczywiście chętnie się odwdzięczą. Każdy członek załogi miał złożyć na ręce Trotta podarunek w postaci dwudziestu hiszpańskich dolarów i dwóch złotych monet, Bridgeman zaś, jako dowódca, obiecywał podwójnie hojny prezent. Innymi słowy przybysze zaoferowali łapówkę wartości ośmiuset sześćdziesięciu funtów, podczas gdy roczna pensja Trotta wynosiła trzysta. Jakby tego było mało, po wyniesieniu na ląd ładunku załoga miała przekazać gubernatorowi Fancy. Czyli mógł zgarnąć trzyletnią pensję oraz stać się właścicielem sporego okrętu wojennego w zamian za udzielnie nieznajomym pozwolenia na zawinięcie do portu i niezadawanie niewygodnych pytań.

Trott złożył list na pół, schował do kieszeni i zwołał nadzwyczajne zebranie władz kolonii. Nie zachowały się niestety żadne zapiski z tego spotkania, lecz według relacji innych osób przebywających w tym czasie w Nassau, gubernator Trott nie zająknął się ani słowem o zaproponowanej mu łapówce, lecz odwołał się do poczucia obowiązku radnych, którzy wespół z nim mieli dbać o bezpieczeństwo stolicy. Przekonywał, że Fancy to okręt mogący śmiało konkurować z fregatą piątej klasy należącą do Królewskiej Marynarki, a jego obecność w porcie odstraszy francuską flotę i przekreśli plany ataku na Nassau. Ponadto załoga statku dwukrotnie zwiększyłaby całkowitą liczbę zdolnych do pracy mężczyzn na całej New Providence; znajdą się więc ręce do obsługi dział, jeśli jednak dojdzie do inwazji. No i, w razie odmowy, Bridgeman może poszukać azylu we francuskim porcie na Martynice lub, co gorsza, samemu zaatakować Nassau. Pogwałcenie zasad narzuconych przez Królewską Kompanię Afrykańską było mało znaczącym wykroczeniem, które nie mogło zadecydować o odrzuceniu propozycji Bridgemana, twierdził Trott.

Radni zgodzili się z gubernatorem. Trott przekazał Henry’emu Adamsowi „bardzo uprzejmy” list, zapraszając Fancy do Nassau, gdzie, jak zapewniał, „załoga jest mile widziana, a okręt może zacumować w porcie o dowolnej porze”.

Niedługo potem statek okrążył Hog Island[6]. Na pokładzie żeglarze uwijali się jak w ukropie, a zanurzony głęboko pod ciężarem ładunku kadłub przecinał fale. Adams i jego towarzysze jako pierwsi zeszli na brzeg; ich szalupa wypełniona była workami i skrzyniami z tajemniczą zawartością. Przywieźli ze sobą obiecane dary: fortunę w srebrnych hiszpańskich dolarach i złotych monetach wybitych gdzieś w Arabii, a może nawet i jeszcze dalej. Łodzie przewoziły ładunek ze statku-matki przez cały dzień. Reszta załogi przypominała ubiorem grupę, która jako pierwsza opuściła okręt: zwyczajni marynarze odziani w ozdobne, orientalne stroje, obwieszeni perłami, złotem i srebrem. Mężczyzna, który kazał się nazywać kapitanem Bridgemanem, również opuścił okręt i po rozmowie z Trottem, odbytej za zamkniętymi drzwiami, przekazał mu ogromny statek wojenny. Na pokładzie Fancy gubernator znalazł swoisty napiwek: ładownię wypełnioną przeszło pięćdziesięcioma tonami kości słoniowej, stoma beczułkami prochu strzelniczego, kilkoma kuframi wyładowanymi muszkietami i pistoletami oraz bogatą kolekcją kotwic.

Trott zarzekał się potem, że nie miał absolutnie żadnych podejrzeń, iż załoga Fancy para się piractwem. „Skąd miałem wiedzieć? – zeznawał pod przysięgą. – Przypuszczenia to przecież nie dowody”. Kapitan Bridgeman i jego ludzie twierdzili, że są nieposiadającymi licencji kupcami, a ludność New Providence „nie miała podstaw, aby im nie ufać”, dodawał. Lecz Trott nie był głupcem. Sam niegdyś dowodził statkiem handlowym i doskonale wiedział, że ładunek przewożony pod pokładem Fancy nie zawiera typowych dla nielegalnej wymiany kupieckiej towarów pochodzących z afrykańskiego Wybrzeża Niewolniczego. Gdy stał na mostku, mając pod stopami kość słoniową i broń, patrząc na połatane żagle, niejednokrotnie porwane armatnimi pociskami, oraz na nadal tkwiące w drewnie ołowiane kule wystrzelone z muszkietów, Trott został postawiony przed wyborem: postąpić zgodnie z literą prawa albo przyjąć łapówkę. Nie zastanawiał się długo.

Na rozkaz gubernatora przewieziono na ląd pozostałą część ładunku. Niedługo potem plażę zastawiono skrzyniami z kością słoniową i bronią palną, stosami płóciennych żagli, kotwicami i olinowaniem, beczkami prochu i prowiantem, ciężkimi działami oraz amunicją. Trott wysłał na statek zaufanego bosmana i kilku afrykańskich niewolników, którzy mieli zająć się przeniesieniem kości słoniowej oraz srebrnych i złotych monet do jego prywatnych kwater. Tymczasem kapitan Bridgeman i pozostali mogli hulać do woli w dwóch gospodach, jakie znajdowały się w Nassau i spędzić w osadzie tyle czasu, ile tylko będą chcieli.

I tak najbardziej poszukiwany człowiek w Anglii kupił sobie przedstawiciela prawa i przekazał statek gubernatorowi Jego Królewskiej Mości. Kapitan Bridgeman był w rzeczywistości Henrym Averym, odnoszącym sukcesy morskim bandytą, najsłynniejszym piratem swego pokolenia, mężczyzną, którego czyny przejdą do legendy. Setki urzędników, tysiące żeglarzy, informatorów i żołnierzy na całym świecie, chciały pojmać jego i załogę oraz odzyskać skradzione łupy. Agenci Kompanii Wschodnioindyjskiej podążali za plotką, jakoby Avery’ego widziano w okolicach Bombaju i Kalkuty. Kapitanowie Królewskiej Marynarki wypatrywali Fancy u wybrzeży Afryki Zachodniej, Madagaskaru i Arabii. Łowcy nagród równie zaciekle przeczesywali Ocean Indyjski, co kanał La Manche. Mało kto mógłby się domyślić, że Avery i jego ludzie wylegiwali się w cieniu angielskiego fortu.

* * *

Henry Avery spędził większość swojego trzydziestosześcioletniego życia na morzu. Urodzony nieopodal nadmorskiego miasta Plymouth na zachodzie Anglii, zaciągnął się za młodu i służył jako mat na kilku okrętach handlowych. Niedługo po tym, jak jego kraj poszedł na wojnę z Francją w 1688 roku, Avery wstąpił do Królewskiej Marynarki, gdzie został młodszym oficerem na pokładzie HMS Rupert, a potem HMS Albemarle; na każdej z fregat brał udział w walkach. On i jego koledzy z załogi byli bici i poniżani przez wyższych rangą, do jedzenia dostawali produkty zepsute lub niepełnowartościowe, zalegano im z pensjami za całe lata. Załoganta, który podczas służby stracił rękę, nogę, stopę, dłoń czy oko, czekało żebracze życie. Marynarze narzekali, że więźniowie i jeńcy mogli liczyć na lepsze warunki i po dwudziestu latach na morzu Avery musiał przyznać im rację.

Na wiosnę 1693 roku znalazł lepszą ofertę. Usłyszał, że grupa bogatych kupców organizuje szwadron okrętów i szykuje się na nadzwyczaj śmiałą misję. Cztery uzbrojone statki miały wypłynąć z Anglii, w Hiszpanii odebrać niezbędne dokumenty i następnie obrać kurs na Karaiby. Plan przewidywał, że na miejscu dojdzie do wymiany handlowej z hiszpańskimi koloniami, a potem do ataku i splądrowania francuskich jednostek i plantacji. Kupcy płacili nieźle i, co ważniejsze, kontrakt obiecywał dalsze korzyści: gwarantowaną godziwą pensję miesięczną plus zaliczkę na poczet pierwszej wypłaty, którą żeglarze mieli otrzymać jeszcze przed wyruszeniem w morze. Avery domyślał się, że może również liczyć na lepsze jadło i napoje niż na królewskich okrętach, zwęszył też okazję do napchania kieszeni ewentualnymi łupami. Złożył aplikację i, podpierając się nienagannymi referencjami oraz długoletnią i nieskazitelną służbą, został zatrudniony jako pierwszy oficer na pokładzie dysponującego czterdziestoma sześcioma działami okrętu flagowego Charles II pod dowództwem kapitana Charlesa Gibsona.

Na początku sierpnia, przed wyruszeniem w morze, załoganci otrzymali, jak im obiecano, zaliczkę w wysokości miesięcznej pensji. Sir James Houblon, główny właściciel szwadronu, osobiście zapewnił swoich nowych ludzi, że pieniądze będą wypłacane co sześć miesięcy im lub, wedle życzenia, ich rodzinom, przez cały okres zatrudnienia. Niedługo potem Charles II oraz trzy inne statki, James, Dove i Seventh Son, podniosły kotwice i popłynęły Tamizą. Avery i jego towarzysze z załogi cieszyli się na myśl o dochodowej przygodzie, która na nich niechybnie czekała.

Lecz pech prześladował żeglarzy od samego początku. Podróż do leżącego na północy Hiszpanii portu La Coruna powinna była zająć dwa tygodnie, a z różnych przyczyn trwała pięć miesięcy. Po dotarciu na miejsce odkryto, że dokumenty korsarskie, których potrzebowała załoga Charlesa II, nadal znajdowały się w Madrycie, więc nie pozostało nic innego, jak zarzucić kotwicę i czekać. Minął tydzień, potem drugi i kolejne. Nawet po miesiącu trybiki hiszpańskiej biurokracji nie drgnęły. Załoga nudziła się, niektórzy zaczęli pytać, co z obiecaną półroczną wypłatą. Żeglarze napisali petycję do sir Jamesa Houblona, prosząc o wypłacenie pensji ich żonom, jak zostało ustalone. Houblon kazał swojemu agentowi dla przykładu zakuć kilku marynarzy w kajdany i zamknąć pod pokładem.

Taka reakcja ze strony pracodawcy nie mogła pozostać bez wpływu na nastroje załogi. Odwiedzając inne statki zacumowane w sennym porcie, żonaci marynarze mogli poprosić żeglarzy płynących do Anglii o przekazanie ich małżonkom listu. Tym samym kobiety zostały poinformowane o niedoli swoich mężów i poproszone o skontaktowanie się z Houblonem osobiście, miały też domagać się pieniędzy, których z pewnością potrzebowały, żeby przeżyć. Żony załogantów skonfrontowały się z bogatym kupcem i zastępcą gubernatora Banku Anglii – jego brat, który był szefem tej instytucji, został później burmistrzem Londynu – lecz odpowiedź, jaką otrzymały, zmroziła im krew w żyłach. Statki i przebywający na ich pokładzie ludzie znajdowali się pod jurysdykcją hiszpańskiego króla i monarcha miał prawo uczynić z nimi co tylko zechce – „zapłacić im lub powiesić na stryczku”, oświadczył Houblon.

Kiedy jego słowa dotarły do La Coruny, marynarze spanikowali. Kilku poprosiło kapitana goszczącego w porcie angielskiego okrętu wojennego o przyjęcie ich na pokład, ale spotkali się z odmową. Osobisty steward kapitana Gibsona, William May, był nawet skłonny zrzec się trzydziestu funtów zaległej wypłaty, jeśli tylko otrzyma pozwolenie na opuszczenie statku, lecz zagrożono mu aresztem i kazano zabrać się za robotę. Załoga uznała, że sprzedano ich do niewoli hiszpańskiego króla, gdzie będą tkwili „do końca swoich dni”.

Henry Avery miał jednak rozwiązanie. 6 maja 1694 roku, po czterech miesiącach bezczynnego pobytu w porcie, razem z paroma kompanami powiosłował do brzegu. Szwendając się krętymi, wąskimi uliczkami, zebrał ludzi z innych angielskich statków przetrzymywanych w La Corunie i przedstawił im plan odzyskania wolności.

O godzinie dwudziestej pierwszej paru rekrutów opuściło Charlesa II w niewielkiej łódce; kiedy podpłynęli do Jamesa, jeden z marynarzy pomachał do stojącego na pokładzie mężczyzny i posłużył się umówionym uprzednio hasłem: „Czy na pokładzie jest pijany bosman?”. Nie otrzymawszy oczekiwanej odpowiedzi, powiedział jasno, kim są i po co przyszli („Mamy plan przejęcia kontroli nad statkiem, zbierz pozostałych, wskakujcie do szalupy i płyniemy na Charlesa II”), ale, niestety, marynarz ten nie był członkiem konspiracji i rzucił się biegiem, aby ostrzec swojego kapitana. Zanim jednak dowódcy okrętu udało się wszcząć alarm, dwudziestu pięciu zbuntowanych żeglarzy zajęło pinasę i podążyło za kolegami na pokład Charlesa II.

Henry Avery zauważył poruszenie na Jamesie; krzyki niosły się echem przez całą przystań. Nie mógł czekać dłużej. Z dwudziestoma paroma ludźmi u boku ruszył na mostek, pojmał stróża i przejął kontrolę nad tylnym pokładem, gdzie znajdowało się koło sterowe i urządzenia nawigacyjne. Pozostali konspiratorzy z sąsiednich statków wkrótce potem przypłynęli łodziami na Charlesa II, a kapitan Jamesa wydał rozkaz otwarcia ognia; dwie kule armatnie z pluskiem wylądowały w wodzie obok okrętu flagowego. Huk wystrzałów zwrócił uwagę Hiszpanów ze średniowiecznej fortecy górującej nad portem; żołnierze nabili muszkiety. Avery wykrzykiwał rozkazy. Jego ludzie zabrali się za przecinanie grubych lin kotwicznych i zaczęli majstrować przy takielunku, aby czym prędzej przygotować okręt; sternik łapał wiatr, podczas gdy pozostali pośpiesznie rozwijali żagle. Ociężale, pod ostrzałem, Charles II opuścił port i wypłynął na otwarte wody Atlantyku.

Po przepłynięciu kilku mil Avery zszedł pod pokład porozmawiać ze schorowanym kapitanem Gibsonem, który leżał przykuty do pryczy, oraz drugim oficerem, Jonathanem Gravetem. Obaj byli trzymani pod kluczem w swoich kojach. Jak później relacjonowali, Avery traktował ich z szacunkiem, a nawet zaoferował Gibsonowi przejęcie dowództwa, jeśli ten zgodzi się przystać do konspiracji. Kapitan odmówił. Mimo to Avery obiecał obu mężczyznom, że z samego rana odda im do dyspozycji szalupę i będą mogli dostać się na brzeg. To samo tyczyło się tych, którzy woleli opuścić statek. Na odchodne Avery przekazał Gravetowi płaszcz, kamizelę oraz prawo do zainkasowania pensji, która mu się należała za służbę. Gravet opowiadał, że steward Gibsona, William May, „uścisnął mi dłoń, pożyczył wszystkiego dobrego i poprosił, abym przekazał jego żonie pozdrowienia”.

Rankiem Gibson, Gravet i piętnastu innych mężczyzn weszli do jednej z szalup Charlesa II i powiosłowali do brzegu. „Chcę być człowiekiem zamożnym i muszę zapracować na to miano”, powiedział Gibsonowi Avery, zanim ten odpłynął w stronę lądu.

* * *

Jeszcze tego samego dnia Avery zwołał zebranie załogi, składającej się łącznie z osiemdziesięciu pięciu ludzi; każdy z nich – prócz lekarza, z którego usługami nie chciano się rozstać – przyłączył się do buntu dobrowolnie. Avery zaproponował nowy, lepszy sposób zapewnienia załodze i jej rodzinom stałego dochodu: mieli, po części zgodnie z pierwotnym planem, łupić statki i osady, ale nie tylko na Karaibach i nie dla Houblona. Zasugerował, aby udali się na Ocean Indyjski, gdzie można było trafić na wyładowane po brzegi okręty handlowe płynące z krajów Orientu, i zatrzymali cały skradziony towar. Słyszał, że Madagaskar znakomicie nadaje się na bazę wypadową, i uważał, że tam powinni osiąść – na wyspie położonej na południowo-wschodnim wybrzeżu Afryki nie rezydują żadni Europejczycy, do dyspozycji będą mieli setki mil oddalonej od stałego lądu linii brzegowej, tubylcy zaś z chęcią przehandlują jedzenie i inne niezbędne im rzeczy za garść błyskotek. Avery twierdził, że szybko dorobią się bogactwa i cichcem wrócą do Anglii. Musiał mieć prawdziwy dar przekonywania, bowiem załoga przystała na jego plan i mianowała go swoim kapitanem. Bez zbędnych kłótni ustalili sposób podziału przyszłego łupu. Na statkach korsarskich zwyczajowo kapitan otrzymywał działkę nawet czternastokrotnie większą od zwyczajnego marynarza. Avery miał zabierać dla siebie jedynie dwukrotnie więcej, a mat o połowę. Uzgodniono też, że wszystkie istotne decyzje będą podejmowane demokratycznie, nie licząc sytuacji bojowych; wtedy załoga musiała podporządkować się Avery’emu całkowicie i słuchać jego rozkazów bez szemrania. Zagłosowano również w sprawie nadania okrętowi nowego imienia i zmieniono je na Fancy.

Cały maj załoga spędziła na podróży przez Atlantyk, zatrzymując się na krótko na Maio, jednej z Wysp Zielonego Przylądka, położonej trzysta pięćdziesiąt mil od wybrzeża Afryki Zachodniej. Było to przygnębiające miejsce – pozbawiony drzew kawałek ziemi smażący się pod tropikalnym słońcem – gdzie, ze względu na znajdujące się tam stawy solne, często zawijały statki (sól służyła wówczas jako główny konserwant). W niewielkiej zatoczce robiącej za przystań gościły już trzy angielskie okręty handlowe, których załogi ładowały na pokład przygotowaną uprzednio przez mieszkańców wyspy sól. Ich kapitanowie, strwożeni potencjałem bojowym Fancy, poddali się bez walki. Avery odebrał im ładunek oraz przywłaszczył sobie jedną z kotwic, aby zastąpić tę odciętą podczas ucieczki, lecz wypisał stosowny kwit stwierdzający, że dobra faktycznie zostały skradzione. Przymusił jednak dziewięciu żeglarzy do przyłączenia się do jego załogi, prawdopodobnie z uwagi na fakt, że, tak jak doktor, posiadali jakieś wyjątkowe umiejętności, które okazały się niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania Fancy.

Avery żałował ponoć złupienia angielskich jednostek podczas wojny. Kilka miesięcy później napisał otwarty list do właścicieli brytyjskich statków i zapewnił, że nie mają się czego obawiać ze strony Fancy i jego załogi. „Nigdy nie uczyniłem niczego złego angielskim i holenderskim [okrętom] – twierdził – i póki jestem dowódcą, nie zrobię nic, aby im zaszkodzić”, podpisując się: „Jak dotąd, przyjaciel Anglików”. Można się domyślić, dlaczego Avery zostanie bohaterem biednych i pomiatanych, kimś w rodzaju morskiego Robin Hooda – występował przecież przeciwko niesprawiedliwości, obchodził się z jeńcami sprawiedliwie i humanitarnie, zabierając z ograbianych okrętów jedynie niezbędne mu do przetrwania rzeczy.

Jednak nie wszystkie jego czyny były honorowe. Entuzjaści Avery’ego rozgadują się o jego szlachetnym zachowaniu względem pojmanych Anglików i innych Europejczyków, lecz przemilczają lub bagatelizują nierzadko okrutne postępowanie załogi Fancy z obcokrajowcami innych ras. Któregoś razu na wybrzeżu Afryki Zachodniej kapitan Avery zwabił na pokład swojego okrętu grupę miejscowych, mamiąc ich obietnicą handlu, po czym zabrał im złoto, zakuł w kajdany i przynajmniej siedmiu sprzedał do niewoli. Zdarzało się również, że napadano na małe, nieuzbrojone jednostki arabskie i po przejęciu stosunkowo niedużych ilości ryżu i ryb, zamiast zwrócić przejęte statki kapitanom, puszczał je z dymem. Krążąc nieopodal wybrzeży dzisiejszej Somalii, załoga Fancy spaliła doszczętnie miasto Mayd, niemalże zrównując je z ziemią, gdyż mieszkańcy nie chcieli z nimi handlować. Lecz przed opuszczeniem Azji, Avery i jego ludzie dopuścili się czynów jeszcze straszniejszych.

Do czerwca 1695 roku – w ciągu trzynastu miesięcy od buntu w Hiszpanii – banda Avery’ego złupiła co najmniej dziewięć okrętów, pokonując drogę z Maio na Madagaskar, a potem z Przylądka Dobrej Nadziei do wybrzeży Indii. Kapitan na siedzibę wybrał jedną z przystani położonych na odludziu afrykańskiej wyspy. Na Komorach Fancy poddano generalnemu przeglądowi i koniecznym naprawom; podczas postoju Avery i jego ludzie raczyli się miodem pitnym zakupionym od gabońskich handlarzy. Załoga rozrosła się do ponad stu marynarzy, łącznie z czternastoma ochotnikami z holenderskiego statku oraz grupką francuskich korsarzy, których znaleziono przy Kanale Mozambickim. Kradli duże ilości ryżu, zboża, brandy, wełny, tkanin i jedwabiu, lecz niewiele złota, srebra i innych łatwych do przewiezienia dóbr. Jeśli mieli zbić fortunę, musieli pokusić się o prawdziwy łup. Od pojmanych jeńców dowiedzieli się, że spora flota ma niedługo wypłynąć z portu Mocha na Morzu Czerwonym – dzisiaj miasto leży na terytorium Jemenu – a jej celem jest indyjskie miasto Surat. Statki przewoziły tysiące muzułmańskich pielgrzymów powracających z dorocznej pielgrzymki do Mekki oraz kilkudziesięciu handlarzy ze świeżym utargiem. Okręty te – należące do Wielkiego Mogoła – były jednymi z najcenniejszych jednostek pływających po Oceanie Indyjskim.

Avery i jego załoga skierowali się na północ, do ujścia Morza Czerwonego, gdzie planowali przyczaić się i poczekać na flotę z portu Mocha. Nie byli jednak jedynymi bandytami, którym przyszedł do głowy podobny pomysł. Po drodze minęli dwa slupy – uzbrojone, zwrotne jednomasztowce – pod brytyjską banderą. Ich kapitanami okazali się korsarze z Rhode Island i Delaware, ludzie, którzy posiadali licencję na łupienie statków należących do krajów prowadzących wojnę z Anglią, ale zdecydowali się, jak Avery, także na grabienie okrętów neutralnych. Dzień po ich przybyciu na miejsce pojawiło się tam trzech kolejnych korsarzy z Ameryki; jednym z nich był Thomas Tew z Nowego Jorku, słynny pirat. Avery uzgodnił z pozostałymi pięcioma kapitanami, że zaatakują razem i podzielą się sprawiedliwie łupem. Ukryci za niewielką wysepką w cieśninie Bab al-Mandab, piekli się na pełnym słońcu – cztery slupy, każdy o sześciu działach, dysponująca czterdziestoma sześcioma armatami Fancy oraz sześciodziałowa brygantyna.

Flota skarbów składająca się z dwudziestu pięciu statków dopłynęła do cieśniny późno, w sobotnią, sierpniową noc. Na pokładach nie zapalono lamp, a okręty płynęły tak cicho, że piraci nie zauważyli nawet pierwszych dwudziestu czterech. Udało im się jednak przechwycić ostatni – powolnego kecza. Po przesłuchaniu załogi uznali, że będą musieli gonić flotę przez Zatokę Adeńską i Morze Arabskie. Trzy dni szwadron Avery’ego ścigał swój łup. Mniejsze jednostki miały problem z utrzymaniem tempa narzuconego przez Fancy. Spalono najwolniejszą, aby nie plątała się pod burtami; drugi slup został z kolei tak daleko w tyle, że zniknął Avery’emu z oczu.

Nareszcie, niedaleko wybrzeża Indii, piraci dostrzegli na horyzoncie żagiel. Okazało się, że to Fath Mahmamadi, okręt jeszcze większy niż Fancy, ale wolniejszy, do tego wyposażony jedynie w sześć armat. Załoga statku wypaliła w stronę pirackiego szwadronu żałosną salwę z trzech dział. Załoga Fancy odpowiedziała ogłuszającą serią z dwudziestu trzech, poprawioną celnymi strzałami z muszkietów. Indyjski kapitan poddał okręt i ludzie Avery’ego dokonali bezproblemowego abordażu, przejmując trzysta pięćdziesiąt ton ładunku. Zagrabiono przewożony przez Fath Mahmamadi utarg, który sięgał pięćdziesięciu, może nawet sześćdziesięciu tysięcy funtów w srebrze i złocie, należący do właściciela statku, kupca imieniem Abd-ul-Ghafur. Łup był imponujący, za takie pieniądze dało się kupić pięćdziesiąt jednostek tej klasy co Fancy, lecz Avery nie zamierzał spocząć na laurach. Zostawił Fath Mahmamadiego pod opieką swoich ludzi i, razem z pozostałymi kapitanami, kontynuował pościg za flotą.

Dwa dni później, u wybrzeży wschodnich Indii, marynarz stojący na bocianim gnieździe zauważył dużą jednostkę pływającą kierującą się do portu w Suracie. Piratom udało się jednak dogonić okręt, którym okazał się Ganj-i-sawai, należący do samego Wielkiego Mogoła Aurangzeba gigantyczny statek handlowy z osiemdziesięcioma armatami, czterystoma muszkietami i liczącą osiemset osób załogą na pokładzie. Kapitan okrętu, Muhammad Ibrahim, miał pewność, że uda mu się przepędzić najeźdźcę, gdyż miał pod ręką dwukrotnie większą siłę ognia niż Fancy i trzy statki korsarskie razem wzięte. Stawka była jednak wysoka z uwagi na przewożony przez Ganj-i-sawai cenny ładunek oraz znaczną liczbę pasażerów.

Kiedy tylko Fancy znalazła się w zasięgu dział, kapitan Ibrahim rozkazał strzelać. Załadowano armaty i otworzono ambrazury. Artylerzyści wycelowali działa, podpalili lonty i cofnęli się o krok, czekając na odrzut po wystrzale. Jednak zamiast huku i dymiących luf załoga zobaczyła oślepiający błysk. Nieznany defekt spowodował eksplozję armat. Ostre odłamki poleciały na różne strony, praktycznie szatkując załogę. Kiedy Ibrahim patrzył z przestrachem na makabryczny spektakl, kapitan Fancy odpowiedział ogniem. Jedna z kul trafiła w dolną część głównego masztu; zniszczenia okazały się krytyczne. Maszt przełamał się, ciągnąc ze sobą żagle i olinowanie, co spowodowało zamieszanie na pokładzie. Ganj-i-sawai zaczął niebezpiecznie zwalniać. Piraci okrążyli niemal bezbronną ofiarę.

Przygotowano muszkiety i szable. Prawie setka piratów przyczaiła się za barierkami Fancy, czekając, aż ich okręt podpłynie na tyle blisko statku handlowego, aby mogli dokonać abordażu. Pośród świstu pękających lin, trzasku rozdzieranych żagli i zgrzytu drewnianej konstrukcji, Avery i jego kompani ruszyli na pokład uszkodzonego Ganj-i-sawai.

Indyjski historyk Muhammad Hashim Khafi Khan, przebywający akurat w Suracie, pisał, że załoga Ibrahima odparłaby napaść angielskich piratów, gdyby tylko „stawiła jakikolwiek opór”. Dowódca statku najwyraźniej spanikował i uciekł z pokładu do kajut zajmowanych przez grupę tureckich dziewcząt, które nabył w porcie Mocha w charakterze osobistych konkubin. „Pozakładał im na głowy turbany i wręczył szable, wypychając do walki”, relacjonował Khafi Khan. Śladowy opór szybko stłumiono i ludzie Avery’ego mogli splądrować okręt bez przeszkód.

Po angielskich knajpach portowych jeszcze długo krążyły plotki o szarmanckim zachowaniu pirackiego kapitana. Jedna z popularnych opowieści mówiła, że Avery pod pokładem statku „natknął się na coś cenniejszego niż klejnoty” – wnuczkę cesarza z dynastii Wielkich Mogołów, którą od razu poprosił o rękę, prócz niej biorąc także pokaźny posag i stadko pięknych służek. Jak mówiono, Avery oświadczył się i, kiedy księżniczka wyraziła zgodę na małżeństwo, wziął z nią ślub jeszcze na statku, a sakramentu udzielił im muzułmański kapłan. Taką wersję tej historii opublikowano w Londynie w 1709 roku, dodając przy tym, że „reszta załogi ciągnęła losy o jej służki i, idąc za przykładem swojego kapitana, z zaspokojeniem pożądania poczekali, aż błogosławieństwa udzieli im ten sam duchowny”. Szczęśliwi małżonkowie spędzili ponoć całą podróż powrotną na Madagaskar w miłosnych objęciach.

Prawdziwa historia jest jednak nieco mniej romantyczna. Dokumenty z rozprawy sądowej i zeznania indyjskich świadków mówią jasno, że Avery przewodził orgii przemocy. Przez kilka dni piraci gwałcili znajdujące się na pokładzie kobiety w każdym wieku; wśród ofiar faktycznie znalazła się krewna cesarza, lecz nie młoda księżniczka, a dojrzała żona jednego z jego dworzan. Khafi Khan podaje, że kilka pasażerek wolało zginąć z własnej ręki, niż poddać się takiemu losowi – niektóre skakały do morza, inne wbiły sobie sztylet w pierś. Ci, którym udało się przeżyć, opowiadali, że jeńców traktowano „ze szczególnym okrucieństwem”, chcąc wydusić z nich informacje o ukrytych kosztownościach. Jeden z załogantów Avery’ego, Philip Middleton, zeznawał, że paru mężczyzn zostało zamordowanych. Legendy i fakty zgadzają się co do jednego – ludzie Avery’ego zgarnęli srebro, złoto, kość słoniową i kamienie szlachetne o łącznej wartości przeszło stu pięćdziesięciu tysięcy funtów.

Kiedy piraci nasycili swoją chuć, pozostałym przy życiu pasażerom i członkom załogi Ganj-i-sawai pozwolono odpłynąć do Suratu. Piraci wyruszyli w przeciwnym kierunku, na południe, ku Madagaskarowi i Przylądkowi Dobrej Nadziei. Na wyspie Reunion, w połowie drogi do Przylądka, Avery i kapitanowie statków korsarskich dokonali podziału łupów i każdy odpłynął w swoją stronę. Załoganci otrzymali po tysiącu funtów na głowę, co było równoważnością dwudziestoletniej pensji na pokładzie okrętu handlowego. Avery nakazał zmienić kurs na Nassau, aby uniknąć zemsty cesarza. I tak w listopadzie 1695 roku załoga Fancy rozpoczęła długą podróż na drugi koniec świata, na wyspę New Providence.

* * *

Po dobiciu targu z gubernatorem Trottem, Avery i jego ludzie spędzili kilka dni w Nassau, gdzie pili i debatowali nad kolejnych ruchem. Kilku mężczyzn – przynajmniej siedmiu lub ośmiu – zdecydowało się zamieszkać w osadzie i wkrótce pożeniło się z miejscowymi kobietami. Pozostali piraci podzielili się na trzy grupy; każda miała inny pomysł na to, gdzie się podziać i co zrobić z pokaźnymi łupami. Dwudziestu trzech, dowodzonych przez Thomasa Hollingswortha, zrobiło zrzutkę i zakupiło od wyspiarzy trzydziestotonowego slupa Isaac, podejmując decyzję o powrocie do Anglii; wyruszyli w drugim tygodniu kwietnia 1696 roku, chcąc po cichu przemknąć się do swoich domów. Druga grupa w sile jakichś pięćdziesięciu ludzi odpłynęła do Charleston w stanie Kalifornia, najbliższej kolonii angielskiej znajdującej się ponad czterysta mil na północ. Trzecia piracka drużyna, złożona z Avery’ego i dwudziestu załogantów, za sumę sześciuset funtów nabyła pięćdziesięciotonowego slupa ochrzczonego jako Sea Flower z pojedynczym, niewielkim działem na wyposażeniu. Około 1 czerwca załadowali na niego swoje skarby i przygotowali się do odpłynięcia. Henry Adams, człowiek, który w imieniu Avery’ego komunikował się z Trottem, wziął ślub z miejscową dziewczyną i zabrał ją ze sobą na pokład. Avery wydał rozkaz podniesienia żagli i dał sygnał do opuszczenia portu. Sea Flower torował sobie drogę na północ z Prądem Zatokowym, kierując się ku północnemu wybrzeżu Irlandii.

Nicholas Trott na początku czerwca opróżnił ładownie Fancy. Aby ułatwić sobie zadanie, jeszcze przed odpłynięciem Sea Flower kazał osadzić statek na mieliźnie w pobliżu Hog Island; okręt i tak był spisany na straty, bowiem jego stan pozostawiał sporo do życzenia. Nadal pozostaje kwestią otwartą, czy gubernator był świadomy tożsamości nieznajomych. Latem do portu zawitali marynarze ze statku Charles II, których przesłuchał, lecz, jak mówił, „nie dostarczyli mu żadnych informacji”. Pod koniec roku, w grudniu, Trott otrzymał list od gubernatora z Jamajki, w którym ten informował, że Bridgeman to nie kto inny jak wyjęty spod prawa Henry Avery. Trott niezwłocznie wezwał na rozmowę byłych członków jego załogi, ale nie zdecydował się na ich zatrzymanie. Uznał, że gubernator Jamajki „nie dostarczył żadnego dowodu” na potwierdzenie swojej tezy. Kilka miesięcy później dla niepoznaki kazał przeszukać Fancy z „nadzieją na znalezienie użytecznego tropu”. W wyniku tej afery Trott stracił prestiżowy urząd, ale i tak dożył końca swoich dni w dostatku.

Niektórzy ludzie Avery’ego znaleźli schronienie w innych portach. Część grupy, która udała się do Charleston, ruszyła do Filadelfii, gdzie za sto funtów od łebka kupiła sobie przychylność gubernatora Williama Markhama z Pensylwanii. Markham, doskonale wiedząc, kim naprawdę są podejrzani goście, nie tylko nie kazał ich aresztować, ale przyjmował ich w swoim domu, a nawet wydał swoją córkę za jednego z piratów. Kiedy królewski sędzia pokoju Robert Snead usiłował aresztować przybyszów, gubernator kazał go rozbroić i zagroził mu karą pozbawienia wolności. Snead, niezrażony, wtrącił dwóch bandytów za kraty, ale ci już po kilku godzinach „uciekli” z celi Markhama. O incydencie tym Snead poinformował listownie swoich przełożonych w Londynie, pisząc, że „wszyscy mogli przekonać się, jaki wpływ ma arabskie złoto na ludzkie sumienie”.

Isaac, mniejszy slup wiozący pierwszą z pirackich drużyn do Anglii, na początku czerwca zatrzymał się na odludnej wysepce Achill leżącej na zachód od irlandzkiego wybrzeża. Kilkunastu mężczyzn zeszło na brzeg z worami pełnymi srebra i złota, które ułożyli na plaży. Stamtąd przedostali się do Dublina i zniknęli bez śladu. Pozostała część załogi Isaaca pożeglowała do Westport w hrabstwie Mayo, gdzie szybko rozładowali swoje bagaże i rozstali się z dotychczasowymi kompanami. Kupili od mieszkańców chabety niewarte nawet jednej piątej z dziesięciu funtów, które za nie zapłacili, i wymienili, oczywiście ze stratą, hiszpańskie srebro na złote gwinee, żeby było im lżej nieść. Na niedużych irlandzkich koniach objuczonych pieniędzmi, jedwabiem i innymi kosztownościami, większość z nich ruszyła w stronę Dublina. Hollingsworth, ich dowódca, sprzedał Isaaca miejscowym kupcom i również zniknął. Urzędnicy szacowali, że slup przypłynął do Irlandii z dwudziestoma tysiącami funtów w złocie i srebrze oraz paroma tonami cennego bahamskiego drewna, z którego pozyskiwało się barwniki. Tylko dwaj mężczyźni, James Trumble i Edward Foreside, zostali zatrzymani, choć i innych widywano tego lata w Dublinie.

Avery i załoga Sea Flower do celu dopłynęli pod koniec czerwca. Zacumowali w Dunfanaghy w hrabstwie Donegal, w północno-wschodniej części kraju. Udało im się przekupić lokalnego celnika, Maurice’a Cuttle’a, któremu każdy pirat wręczył trzy funty w złocie; w zamian pan Cuttle nie tylko wydał ludziom Avery’ego dokumenty potrzebne do przejazdu do Dublina, ale też zapewnił im eskortę. Sześć mil za Dunfanaghy Avery pożegnał się ze swoimi ludźmi, oświadczając, że rusza do Szkocji, a potem do Exeter w rodzinnym Devonshire. Towarzyszyła mu tylko jedna osoba: żona Henry’ego Adamsa. Oboje dotarli do Donegal Town.

Pozostali załoganci z Sea Flower udali się do Dublina. Jeden z nich, John Dan, zapewnił sobie przejazd do Anglii i skierował się do Londynu. Kiedy przejeżdżał przez miasto St. Albans w Hertfordshire, spotkał panią Adams, która akurat wsiadała do dyliżansu. Powiedziała Danowi, że jedzie na spotkanie z Averym, lecz nie chciała zdradzić, gdzie znajduje się jego dawny kapitan i nie pozwoliła mu jechać ze sobą. Kilka dni później w zajeździe w leżącym nieopodal Londynu mieście Rochester w Kent, gospodyni odkryła przeszło tysiąc funtów, które Dan zaszył w waciaku, i mężczyzna został aresztowany. Uwięziono także siedmiu jego kompanów. Pięciu z nich, w tym William May, zostało powieszonych w jednym z londyńskich doków 25 listopada 1696 roku.

O Averym wszelki słuch zaginął.

* * *

Plotki na temat dalszych losów Avery’ego krążyły w anglojęzycznym świecie jeszcze przez dziesiątki lat, przekazywane od statku do statku, od knajpy do knajpy. Mówiono, że mianował się Królem Piratów, wrócił ze swoimi ludźmi na Madagaskar i tam rządzi własnym państewkiem u boku żony, wnuczki Wielkiego Mogoła, z urządzonego na bogato i obstawionego zaufanymi strażnikami pałacu, poza zasięgiem angielskiego prawa. Piraci ciągnęli do niego z czterech stron świata.

Legenda nabrała wiarygodności w 1709 roku, kiedy jedna z londyńskich księgarń opublikowała The Life and Adventure of Capt. John Avery, biografię słynnego bandyty rzekomo opartą na dzienniku człowieka, któremu udało się umknąć z jego pirackiego królestwa. Anonimowy autor twierdził, że Avery miał pod sobą ponad czterdzieści okrętów wojennych i oddział liczący piętnaście tysięcy ludzi. „Pobudowano tam miasta, zorganizowano się w społeczności i, chcąc się upewnić, że nic nie będzie w stanie przełamać jego supremacji, Avery kazał wznieść potężne fortyfikacje i umocnienia, których nie sforsuje żadna siła z morza ni lądu”. Kapitan miał być w posiadaniu takich ilości srebra i złota, że bił monety ze swoją podobizną. „Słynny angielski pirat – pisał bezimienny autor – z majtka stał się królem”. Historia Avery’ego tak zainteresowała angielską opinię publiczną, że po kilku latach londyński Theatre Royal wystawił sztukę o jego życiu pod tytułem The Successful Pyrate. Dramaturg również snuł opowieść o Averym mieszkającym w przestronnym pałacu: „dzierży berło, władając setką tysięcy braci w piractwie… pali miasta, plądruje całe kraje, wybija w pień narody”.

Dla wykorzystywanych na pokładach statków młodych marynarzy i chłopców okrętowych Avery był bohaterem, jednym z nich, człowiekiem, który powiódł przyjaciół-żeglarzy do ziemi obiecanej, raju na ziemi dla ludzi morza. Czempion zwykłych ludzi, Avery z legendy stał się symbolem nadziei dla nowego pokolenia trzymanych pod butem marynarzy, wzorem dla mężczyzn, którzy pewnego dnia staną się największymi, budzącymi grozę piratami w historii.

Lata później, kiedy złota era piractwa miała się ku końcowi, opublikowano sprzeczną z poprzednią relację o losie Avery’ego. Według A General History of the Pyrates wydanej w Londynie w 1724 roku legendarny kapitan nigdy nie dotarł na Madagaskar. Po rozstaniu ze swoimi piratami w Irlandii udał się do rodzinnego Devon z dużą ilością diamentów. Dzięki przyjaciołom z Biddeford udało mu się sprzedać kamienie handlarzom z Bristolu, ludziom, którzy w przeciwieństwie do Avery’ego byli tak bogaci, że „nikt nigdy nie zadał im pytania o pochodzenie diamentów”. Avery ustalił, że zapłata zostanie mu przekazana w późniejszym terminie, i oddał się hulance z przyjaciółmi w Biddeford. Kiedy jednak otrzymał pieniądze, okazało się, że suma ta nie wystarczy mu, według autora książki, „na chleb”. Skonfrontował się z kupcami, lecz ci zagrozili, że jeśli nie zaprzestanie roszczeń, oddadzą go w ręce władz, okazując się tym samym „równie dobrymi piratami na lądzie, jakim on sam był morzu”. Skazany na biedę Avery miał zachorować i umrzeć po powrocie do Biddeford, „nie pozostawiając po sobie sumy pieniędzy wystarczającej na zakup trumny”.

Lecz tę wersję spisano dopiero pół wieku później. Ci, którzy żyli w roku 1700, wierzyli w opowieści o królu złodziei Averym i jego pirackiej republice.

The Republic of Pirates

Being the True and Surprising Story of the Caribbean Pirates

and the Man Who Brought Them Down

Copyright © 2007 by Colin Woodard

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2014

Copyright © for the translation by Bartosz Czartoryski 2014

Maps by Jojo Gragasin/LoganFrancis, Inc.

Redakcja–Sonia Miniewicz

Korekta–Joanna Mika-Orządała, Mirosław Jarosz

Korekta merytoryczna–Adam Penkala

Opracowanie typograficzne i skład–Joanna Pelc

Adaptacja okładki–Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Grafika na okładce:© Bettmann/CORBIS/

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2014

ISBN EPUB: 978-83-7924-235-1

ISBN MOBI: 978-83-7924-234-4