Remember Me Forever - Sara Wolf - ebook
Opis

Sparzyła się na miłości i postanowiła, że nigdy więcej się nie zakocha. Dopóki nie spotka jego – chłopaka z przeszłością, w której wszystko jest zagadką.

Minęły trzy miesiące, odkąd Isis Blake nie widziała Jacka Huntera. Chłopak, którego być może/w pewnym sensie/na pewno kochała, zniknął po śmierci swojej przyjaciółki Sophii, pozostawiając pustkę nie do wypełnienia. Isis chce być szczęśliwa, więc wypełnia ją kłamstwami, uśmiecha się dzielnie i rozpoczyna nowe życie na uniwersytecie w Ohio.
Lecz rozpaczliwie tęskni za Jackiem.
Dręczy ją poczucie winy z powodu śmierci Sophii.
I dopada ją przeszłość: na uczelni pojawia się Will Cavanaugh, chłopak, który zna jej mroczną tajemnicę. I perfi dnie to wykorzysta… Chyba że
przeszkodzi mu Jack.
Lecz najpierw Jack musi przekonać Isis, że na nią zasługuje. Czy pokona brutalną stronę swojej natury? I czy ochroni dziewczynę, bez której nie
potrafi już żyć, gdy oboje znajdą się w samym środku niebezpiecznej intrygi…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 373

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Barbara Cywińska

Renata Kuk

Zdjęcie na okładce

© Dima Aslanian/Shutterstock

Tytuł oryginału

Remember Me Forever

Copyright © 2016 by Sara Wolf.

First published in the United States under the title REMEMBER ME FOREVER by Entangled Publishing.

This translation published by arrangement with Entangled Publishing, LLC through RightsMix.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6525-4

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Rozdział 1

3 lata, 43 tygodnie, 2 dni

Starsi ludzie lubią mówić, że powinniśmy się cieszyć życiem, dopóki jesteśmy młodzi. Przy czym sami mają jakieś czterysta dziewięćdziesiąt lat i jeżdżą volvo. Nie, żeby z volvo było coś nie tak. Ale zdecydowanie jest nie tak mieć czterysta dziewięćdziesiąt lat. Przede wszystkim dlatego, że masz wtedy zbyt duże doświadczenie, które sprawia, że jesteś nudny i mdły jak cola otwarta od tygodnia.

Przykład A: Jack Adam Hunter.

Przykład B: nieśmiertelne wampiry (jak sądzę).

Przykład C: dziadkowie.

Ale akurat moja babcia jest jedynym na całym wielkim świecie wyjątkiem. Babcia jest genialna. Gdy miałam dwa miesiące, zabrała mnie na przejażdżkę w koszyku przytroczonym do jej harleya-davidsona. Jestem prawie przekonana, że doświadczenie wiatru, spalin i wrzasków uczyniło ze mnie boginię, którą jestem dziś. Rodzice oddali ją do domu starców, bo zdaje się, że zabieranie nowo narodzonej wnuczki na rajd motorem to pierwszy objaw demencji czy coś. Ale teraz jestem w Georgii i wreszcie znów jesteśmy razem. Były łzy. I zasmarkane chusteczki. W sumie około pięciu minut histerii. Zostało totalne szaleństwo.

– Nie, żebym kwestionowała wagę sprawiania sobie przyjemności – mówię, podając babci kolejne naręcze fajerwerków. – Ale gdybym była taką osobą, taką wiesz, naprawdę nudną i bezbarwną i w ogóle niepodobną do siebie, moje pytanie brzmiałoby mniej więcej tak: „Co, do jasnej cholery, robimy na tym dachu o czwartej nad ranem znak zapytania”. A potem jeszcze cztery pytajniki. I bardzo zaniepokojony emotikon.

Babcia cmoka niecierpliwie i wpycha do komina ostatnią porcję. Jest tego tyle, że nie widać osmalonych cegieł w środku. Przed godziną przewlekłyśmy przez komin długi lont, a teraz babcia przywiązuje do niego związane kolejne pojedyncze fajerwerki. Potem kuca, odgarnia z oczu rzadkie, farbowane na zielono włosy i uśmiecha się szatańsko.

– Jako przewodnicząca Rady ds. Powitań i Pożegnań w Domu Starości Silverlake mam obowiązek zapewniać naszym dziewczynom i chłopakom godne pożegnania. A nie te pogrzebowe procesje i nudne ględzenie księży. Viola była dobrą kobietą i kochała życie. Na pewno nie chciałaby takiego nudnego pożegnania, ale jej dzieci ją do tego zmuszają. Nawet po śmierci!

– Horror! – wykrzykuję z równym przerażeniem.

– Właśnie! – Babcia wskazuje na mnie palcem. Ma takie same oczy jak ja, rudobrązowe. I jak tata. – Coś okropnego, jaki brak szacunku ludzie okazują dziś zmarłym. W każdym razie my pożegnamy ją z godnością.

– Faszerując komin fajerwerkami.

– Faszerując komin fajerwerkami – potwierdza. – Kiedy rano pielęgniarka przyjdzie zapalić w kominku, w tej cholernej budzie wreszcie zrobi się kolorowo. Viola nieźle by się uśmiała.

Uśmiecham się i pomagam babci zejść po schodach pożarowych. Jest wysoka i jak na siedemdziesięciolatkę świetnie się trzyma, ale chudzinka z niej i ma bardzo szczupłe palce. Kiedy znajdujemy się już na stałym gruncie i idziemy przez trawnik do jej pokoju, obejmuje mnie.

– A co z twoim pogrzebem, co? – pyta.

– Masz na myśli ten, który nigdy się nie wydarzy, bo znajdę siedem Smoczych Kul i moim życzeniem będzie nieśmiertelność?

Babcia się śmieje.

– Tak, właśnie ten. Jak ma wyglądać?

Zastanawiam się przez całe sześć i pół sekundy.

– Obmacywanki. Tańce nago. Może do tego jakiś tort. – Babcia parska. Wchodzimy akurat po wyszorowanych do białości schodach. – Co? Co to miało być? Z jakiej okazji dostałam To Szczególne Spojrzenie?

– Nie, nic. Po prostu bardzo urosłaś. Mówisz o „obmacywankach”, nie rumieniąc się jak burak.

– No tak, cóż, jestem już niezwykle dojrzałą i odpowiedzialną osobą i mogę spokojnie dyskutować na temat wyzwań i udręk dorosłości.

– Tak? – pyta z zainteresowaniem.

– Takich, jak na przykład obmacywanki. Już to z kimś robiłam. – Babcia czeka. – Co prawda wcześniej dałam mu w pysk. Ale to był cios płynący z dojrzałości.

Śmieje się na cały głos. Potem otwiera drzwi, wchodzi do pokoju i siada na łóżku, a ja ostrzegawczo wskazuję na nią palcem.

– Tylko nie waż się planować, co ma się dziać na twoim pogrzebie. Widziałam na filmach, że kiedy starzy ludzie zaczynają o tym gadać, natychmiast wszystko się materializuje, a wiedz, że jeśli umrzesz, będę bardzo niezadowolona.

– Tak bywa, bo jesteśmy mądrzy, skarbie.

– Tak bywa, bo macie jakieś totalnie pokręcone moce, które są w stanie zapewnić wam wszystko, czego chcecie, z wyjątkiem nieśmiertelności. I zębów.

Babcia ze śmiechem zdejmuje kapcie i kładzie się do łóżka.

– Chodź tu. – Siadam obok. Bierze mnie za rękę i powoli głaszcze, patrząc mi przy tym w oczy. – Jeszcze wiele osób będzie ci mówiło, jak masz według nich żyć. Niektórzy nie powiedzą tego wprost. Zdołają cię przekonać, jak masz żyć, nie mówiąc przy tym ani jednego słowa. – Wygląda przez okno, na ciemne niebo upstrzone gwiazdami, uśmiecha się i spogląda znów na mnie. – Posłuchaj uważnie, kochanie. Nie wolno ci żyć w żaden inny sposób poza tym, który daje ci szczęście. Jeśli nie jesteś szczęśliwa, odejdź od ukochanego. Jeśli nie jesteś szczęśliwa, rzuć pracę. Jeśli nie jesteś szczęśliwa, rób więcej rzeczy, które cię cieszą. Tylko ty jedna możesz uczynić się naprawdę szczęśliwą. – Już otwieram usta, żeby polemizować, ale mnie ucisza. – Tak, wiem. Są rzeczy i ludzie, dzięki którym czujesz się szczęśliwa. Ale nie sprawią, że taka będziesz. To musi wyjść z ciebie. Z twojego serca. Żeby pozwolić szczęściu rosnąć, musisz je czuć w środku. Niektórzy nigdy się nie nauczą. Nie wpuszczają szczęścia albo decydują się za późno. Są też tacy, którzy nie są szczęśliwi, bo się boją. A to najgorsza rzecz, jaką można sobie zafundować. Jak samobiczowanie. Wielu nawet nie wie, że to robi. Chciałabym, żebyś postarała się być szczęśliwa, dla siebie.

W oczach zbierają mi się łzy. Jeśli się rozpłaczę, nigdy nie przestanę.

– Była taka dziewczyna – mówię. – Taka… Przyjaciółka. W pewnym sensie. Ona nigdy nie wpuściła szczęścia. Była chora. Naprawdę bardzo chora.

– Gdzie jest teraz? – pyta babcia łagodnie.

– Ona… – Ściskam mocniej jej dłoń. – Zabiła się. A ja byłam ostatnią osobą, która z nią rozmawiała, babciu, i… – Chude, ale mocne ramiona zamykają mnie w uścisku i czuję zapach bzu i lekko zatęchłej pościeli. – Ja mogłam… Powinnam była widzieć, powinnam…

– Nic nie mogłaś zrobić. – Głos babci brzmi jak ze stali.

– Ale… Byłam z nią, znałam ją, wiedziałam, jaka jest smutna…

– Musiała być bardzo nieszczęśliwa.

– Wszyscy o tym wiedzieliśmy. Ale… Myśleliśmy, że…

– A teraz? Myślisz, że nadal jest nieszczęśliwa?

– Teraz jest… martwa.

– Gdziekolwiek się znajduje, jest szczęśliwsza niż tutaj.

Odsuwam się.

– Nieprawda! Teraz po prostu nie żyje. Nic nie czuje. Gdyby… Gdyby żyła, miałaby szansę być szczęśliwa, tutaj, z nami wszystkimi…

W smutnych oczach babci pojawia się błysk.

– To mi przypomina gadaninę człowieka, który chciałby mówić innym, jak mają żyć.

Już zamierzam zaprotestować, ale zamykam usta. Babcia ma rację. Kim jestem, żeby przekonywać innych, jak bardzo Sophia byłaby szczęśliwa, gdyby żyła? To nie moja rola. Babcia przytula mnie mocniej, układa moją głowę na piersi, a ja jej na to pozwalam. To jak powrót do domu.

– Opłakuj ją, moja słodka, a nie to, co zrobiłaś albo czego nie zrobiłaś. A potem wstań. I znajdź coś, co da ci szczęście – mruczy. – Życie jest zbyt długie, żeby się przez cały czas smucić. Ona na pewno by chciała, żebyś była szczęśliwa.

Przypominają mi się wszystkie sytuacje, gdy twarz Sophii wykrzywiał gniew.

– Nie sądzę.

– Powiedziałaś, że była twoją przyjaciółką.

– Tak, ale… Skrzywdziłam ją. Zrobiłam coś, co ją zraniło.

– Specjalnie?

Zamierzam odpowiedzieć, że tak, ale na chwilę milknę. Mielę w głowie pocałunek z Jackiem. Naszą wojnę. Śmiech i wściekłość oraz te łagodne, czułe chwile. Wspomnienia szczypią jak sok z cytryny na palcu rozciętym papierem.

– N-nie. Ja próbowałam… pomóc? – Babcia unosi cienkie brwi. Kręcę głową. – Na początku tak było. Chciałam pomóc innej mojej przyjaciółce, Kayli. Ale potem… Zaczęłam go naprawdę lubić. Raniłam Sophię tym, że go lubiłam. Im bardziej go lubiłam, tym większy ból jej zadawałam. Czyli… Cofam to. Nie próbowałam pomóc. Byłam egoistką.

– Z tego, co mówisz, chciałaś być szczęśliwa z tym chłopcem.

Prycham.

– Ale to ją unieszczęśliwiało. Myśmy ją bardzo zranili. Stanęłam między nimi. Ja… Ona czuła, że nic jej nie zostało, kiedy zaczął odchodzić. Więc… Więc…

Przypominam sobie białą sukienkę na zielonym trawniku. Niebieskie oczy Sophii, nagle puste, wachlarz rozsypanych włosów, wyglądających jak wąsy kukurydzy splecione ze światłem księżyca oraz krew w miejscu, gdzie jej głowa uderzyła o ziemię. Mrugała do mnie cienka srebrna bransoletka z napisem TALLULAH.

Straciła prawie wszystko. A ja odebrałam jej ostatnią osobę w życiu. Bez zastanowienia, bez choćby chwili refleksji, jak bardzo ją to zaboli. Po prostu parłam naprzód i robiłam, co mi się podobało. Bo chciałam być szczęśliwa.

Chciałam kochać, chociaż wiedziałam, że na to nie zasługuję.

A teraz już nigdy nie zasłużę.

Jestem podła.

Jestem najgorszym ze smoków, który zjadł najsmutniejszą z księżniczek.

Ciąg czarnych myśli przerywa babcia, która stuka mnie palcem w czoło.

– Słyszę koła zębate w twoim mózgu. Nie pozwalaj im na to. To arogancja. Za dużo myślisz o sobie i o tym, jak wpływasz na ludzi. Skoro ta dziewczyna się zabiła, to znaczy, że jej życie było nieznośne i planowała to od dawna. Nie zrobiła tego z twojego powodu.

– Ale przyczyniłam się do tego. Ja…

Babcia opada na poduszki, wzdycha i okrywa się kołdrą.

– Nie będę z tobą dyskutować, dopóki nie przestaniesz się nad sobą użalać, słyszysz? Wróć, jak zaczniesz myśleć jasno. Chcę porozmawiać z moją wnuczką, a nie egzaltowaną męczennicą, która aż się rwie, żeby sobie przypisać całą winę.

Milczę. Babcia chyba czuje, jak doniosłe to wydarzenie, bo wzdycha.

– Przepraszam. Wiem, że jest ciężko. Ale ty jeszcze bardziej wszystko utrudniasz. – Podnosi się i całuje mnie w policzek. – Przyjedź o dziewiątej. O tej porze pielęgniarki palą w kominku.

Na moich ustach pojawia się nieśmiały, ponury uśmiech.

Do domu wracam ciemnymi drogami. Towarzyszy mi trzy czwarte księżyca, łypiące zza horyzontu. Taki sam kolor miały włosy Sophii. Wyraźnie słyszę jej głos.

„Próbowałaś pomóc i nigdy nie zdołam ci się za to odwdzięczyć”.

O ósmej rano jadę do domu opieki, gdzie razem z babcią sadowimy się wygodnie w ogrodzie, w okularach przeciwsłonecznych i z lemoniadą. Czekamy na wybicie dziewiątej.

A gdy wreszcie nadchodzi, komin zaczyna pluć fajerwerkami: pomarańczowymi, niebieskimi i zielonymi, które aż rozpalają chmury. Babcia się śmieje i wznosi toast w stronę nieba, na znak pamięci o drogiej przyjaciółce. Ja też oddaję jej cześć, lekko skłaniając głowę.

Rozdział 2

3 lata, 44 tygodnie, 2 dni

Kiedy miałam dziewięć lat, tata się spakował i odszedł. Był ładny, słoneczny dzień. Miałam na sobie spodnie na szelkach, powietrze pachniało jagodami, obserwowałam go, aż wsiadł do taksówki i odjechał. Próbowałam za nim biec, ale miałam za krótkie nogi.

Tamtego dnia nauczył mnie czegoś bardzo ważnego.

Kiedy robi się ciężko, ludzie odchodzą. Nie, żebym ich obwiniała. Z problemami naprawdę trudno się żyje, wysysają z człowieka energię, pochłaniają czas i uwagę. Ludzie odchodzą, bo tak jest łatwiej i mogą skupić się na czymś innym, nie tak skomplikowanym. Tata odszedł, bo mama za dużo narzekała, stresowało ją wychowywanie dziecka, poza tym stale mieli za mało pieniędzy, no bo mieli mnie. W większości to była moja wina. Gdybym się nie urodziła, byliby szczęśliwi. Ale nigdy nie zebrałam się na odwagę, żeby któreś z nich za to przeprosić.

Ale teraz idę na studia. Jestem starsza. Już ich tak nie potrzebuję. Zniknęła mała dziewczynka, która próbowała dogonić taksówkę.

Słońce usiłuje wypalić mi gałki oczne. Budzę się codziennie o czternastej, a to oznacza, że jestem gwiazdą rocka. Albo zombi. Możliwe, że jednym i drugim. Gwiazdy rocka ćpają, a zombie dust to przecież nazwa narkotyku, tak? Tak. Wiem mnóstwo o narkotykach. Idę do college’u i jestem świetnie poinformowana. Dam sobie radę.

– Isis? – Słyszę pukanie do drzwi, a zaraz potem głos taty. – Czemu mamroczesz o narkotykach?

Czyżbym znów myślała na głos? Wyskakuję z łóżka, wciągam dżinsowe szorty, wygładzam wygniecioną we śnie koszulkę i otwieram drzwi. Tata wpatruje się we mnie z niezadowoleniem. We włosach ma srebrzyste pasma, a jego oczy mają odcień ciepłego brązu, jak moje.

– Dobre pytanie. A oto i odpowiedź: ćwiczę odmawianie dealerom – oznajmiam. – We śnie.

Tata pozostaje niewzruszony. Przytulam go i lecę na dół, mijając po drodze dziesiątki rodzinnych portretów. Ściany są białe, a dywany puszyste. Poręcze z czereśniowego drewna błyszczą, a schody są ogromne, jak w jakiejś baśni o wielkim pałacu.

– Wreszcie jesteś, Isis! Dzień dobry.

– Jest i moja wstrętna macocha – burczę. Tak naprawdę nie jest wstrętna. Na skali od cudowności do wstrętności dałabym jej cztery, co oznacza olewczo-egoistyczną. Ten sam poziom reprezentują nauczyciele na zastępstwach i kolesie, którzy puszczają muzykę w samochodach na cały regulator, kiedy człowiek usiłuje spać. Nazywam ją wstrętną, bo poprawia mi to humor. Wstrętna jestem.

Kelly stoi przy drzwiach. Ma blond włosy, niebieskie oczy, ręce chudsze od nóg bociana i tyle makijażu na twarzy, że zawodowa modelka umarłaby pod tym z braku tlenu. Nigdy nie widziałam jej nieuczesanej i niezrobionej, nawet wieczorem ani w niedzielę. Jest chyba w dziesiątym miesiącu ciąży, ale i tak wygląda, jakby właśnie wyszła z reklamy Searsa, ma pastelowy sweterek i całą resztę. Urodziła już bliźniaczki, ale jej figura ani odrobinę nie ucierpiała. Mam poważne podejrzenia, że jest androidem, ale jeszcze nie znalazłam jej ładowarki.

– Na śniadanie są croissanty. Zrobiłam też twój przysmak, placuszki z bitą śmietaną! – Uśmiecha się. – To twoja ulubiona potrawa, prawda? Tak twierdzi twój ojciec.

– Tak. Uwielbiałam je. Jak miałam jakieś… cztery lata. – Uśmiecham się tak szeroko, że zaczynam wyglądać dziwnie. Tata nie ma pojęcia, kim jestem, to boleśnie oczywiste. – Słuchaj, wielkie dzięki za trud godny Marthy Stewart, byłaby z ciebie dumna, ale mam inne plany śniadaniowe.

– Nie masz – rzuca lekko.

– Tak się właśnie składa, że mam. Umówiłam się z przyjaciółmi.

– Jakimi przyjaciółmi? Nie masz w Georgii przyjaciół.

– Mam przyjaciół na całej osi czasoprzestrzennej. A wielu jest obdarzonych mocą telepatii. Oraz tworzenia kul ognia. Lubisz kule ognia? Mam nadzieję, że tak. Bo oni z kolei nie lubią, jak ktoś twierdzi, że nie mam przyjaciół.

Perfekcyjna, porcelanowa twarz Kelly tężeje. Znam już ten motyw, w końcu jestem tu od dwóch tygodni i dzieje się to za każdym razem, gdy się odzywam. Nie znosi tego, kim jestem i co mówię. Wiem to. Nie mieści się to w jej wizji idealnej nastolatki. Ma ochotę mi powiedzieć, że jestem żałosna i przesadzam, ale chce też, żebym ją lubiła, to przede wszystkim. Przepycham się obok i biorę ze stolika przy drzwiach torebkę i kluczyki do auta.

– A może zakupy? – proponuje, gdy jestem już na progu. – Mogłybyśmy pójść wszędzie, dokąd masz ochotę! Znam świetny sklep w centrum…

– A może nie? – przerywam. – Z dodatkiem „dziękuję”.

– Szkoda. – Zmusza się do uśmiechu. – Powinnyśmy spędzić trochę czasu tylko we dwie. Naprawdę chciałabym cię poznać.

– Chciałabyś mnie poznać? Wiedzieć, że w trzeciej klasie sikałam w majtki? Że lubię kiepską muzykę popową, karuzele i kolor pomarańczowy?

– To byłby świetny początek!

– Chcesz, żebym cię lubiła. Ale nie interesuje cię, kim jestem. Po prostu oczekujesz sympatii. Ale to tak nie działa. Nie wydarzy się z dnia na dzień.

– Co się dzieje? – Na szczycie schodów pojawia się tata. – Czemu znów mówisz do Kelly tym tonem?

– Jakim tonem? – prycham, tłumiąc śmiech.

– Właśnie tym. Proszę się tak do mnie nie zwracać. Jestem twoim ojcem.

W gardle staje mi gorejąca gula.

– Przepraszam – mruczę. – Ciągle o tym zapominam, w końcu nie widziałam cię od ośmiu lat.

Trzaskam za sobą. Jestem wściekła, a żwir chrzęści mi pod stopami. Kelly nierozważnie dała mi nieograniczony dostęp do swojego „starego” bmw, które wygląda, jakby dopiero co wyjechało z salonu. Ma takie trzy, w różnych kolorach, z różnymi typami otwieranych dachów i bajeranckimi oponami. Wsiadam, trzaskam drzwiczkami, zapalam silnik i oddalam się od wypielęgnowanych trawników i równo posadzonych palm. Nawet domek dla dzieci zabawka jest z marmuru, z własną mikroskopijną fontanną. Działającą! Gdy wyjeżdżam z podjazdu, bliźniaczki do mnie machają, a ja im odmachuję. One są spoko. Małe i naiwne, nie mam do nich żalu o tę sytuację. To tylko dzieci.

Ja też kiedyś byłam dzieckiem.

Czuję się tu jak rozwrzeszczany maluch posadzony siłą na kolanach luksusu, jak u Świętego Mikołaja w centrum handlowym.

Uspokajam się przez całą drogę na plażę. Przyjechałam tu na lato, bo wydawało mi się, że tata naprawdę się za mną stęsknił i chciałby się ze mną zobaczyć, zanim wyjadę na studia. A także dlatego, że mama jest w o wiele lepszej formie. Jednak w przepastnym i zjawiskowym labiryncie, zwanym w skrócie moją głową, rozlega się bzyczący dźwięk jak w teleturnieju po udzieleniu złej odpowiedzi. Bzzz! Źle! Tata chciał, żebym przyjechała, bo ma poczucie winy i stara się wynagrodzić mi stracony czas. Ale nie uda mu się. Bo w przeciwieństwie do mamy on po mnie nie wrócił.

Kelly się nie zmieniła, to ja. Nie potrafię jej znieść. Jestem innym człowiekiem. Dwa lata temu, w czasie mojej ostatniej wizyty tutaj, byłam spokojna. Smutna. Nie walczyłam, nie kłóciłam się. Zmagałam się z całą sytuacją z Bezimiennym. Byłam tuż przed…

Kręcę głową.

Ostatnio byłam czysta. Prostolinijna. Nieskalana.

Tata wciąż widzi we mnie małą dziewczynkę i tak mnie traktuje. Jakby należał mu się szacunek. Jakbym miała się przejmować tym, co mówi.

Ale się nie przejmuję.

Bo mnie zostawił. Dwa razy.

Nie mogę mu tego jednak powiedzieć prosto w oczy. To by nadwerężyło ten chwiejny układ rodzinny, jaki tu funkcjonuje. Już i tak wieść, że rezygnuję ze Stanfordu, nie poprawiła mojego wizerunku w jego oczach. Zdążył sobie kupić idiotyczną koszulkę z napisem: „Mam dziecko w Stanfordzie”. Kto kupuje takie rzeczy?! Turyści i ludzie bez poczucia stylu. Tata nie rozpoznałby stylu, choćby styl go ugryzł w jego profesorski tyłek i z całą pewnością jest turystą, bo pojawia się w moim życiu co jakiś czas na dwa tygodnie.

Wzdycham i parkuję. Plaża Goldfield jest nieduża. Wysokie trawy falują lekko na wydmach z szarego piasku. Woda jest dzisiaj wzburzona i ciemna, jakby rozwścieczona czarownica warzyła tu zupę mającą wykończyć całą wioskę. To Atlantyk, nad którym się wychowałam, jeszcze na Florydzie. Czuję zapach soli i rozgrzanych na słońcu kamieni. Mewy uprzejmie na siebie wrzeszczą, kłócąc się o kawałek kraba. Ocean jest wielki i ma gdzieś, jakim tonem mówię, czy pójdę na zakupy i w jakim college’u będę się uczyć.

Zrzucam buty i zaczynam biec. Bieganie i ja rozstaliśmy się, gdy schudłam. Ale teraz znów trzyma mnie przy życiu. Nawet bmw Kelly jest przesycone jej zapachem. Tylko biegnąc, jestem w stanie zostawić ten szajs za plecami.

Bieganie po plaży jest fajne i niezwykłe. Potykam się na kamieniu i walę się w palec tak mocno, że odtąd będę musiała żyć ze stopą hobbita. Tak bardzo brakuje mi tchu, że nie wiem, czy nie zwymiotuję. Mewa prawie robi mi kupę na rękę.

– Spoko! – Zakrywam oczy i patrzę w niebo. – Masz szczęście, bo oprócz oszałamiającej urody zostałam też obdarzona złotym sercem. Wybaczam ci!

Z wdzięczności sadzi mi na ramieniu wielkiego kleksa.

Wzdycham. I tak mogło być gorzej. Mogłabym być otoczona ludźmi. Na księżycu. A jednym z nich byłby Jack Hunter.

Żołądek skręca mi się i zwija jak mistrz świata w jodze. Widzę tylko jego lodowate oczy, lód skuwa mi serce i muszę wykrzesać resztki swojego ognia, żeby go stopić. Bo nie teraz.

I już nigdy.

Odbiegłam daleko od samochodu. Jego niemieckie, fikuśne reflektory nie widzą, jak dumam nad życiem w ten jakże smutny, a jednocześnie zjawiskowo seksowny sposób, z którego słynę. Lub jestem z jego powodu niesławna. Niesławna. Czy jeszcze kiedyś z czegoś zasłynę negatywnie? Odcisnęłam swoje piętno w East Summit High, ale w Ohio State będę nikim. Gumą do żucia przyklejoną do podeszwy zabieganej damy z Nowego Jorku. A nawet mniej! Piętką chleba, której nikt nigdy nie zjada, bo nie da się z niej zrobić porządnej kanapki. A zresztą chleb i tak zalatuje stęchlizną, kiedykolwiek by go kupić.

Po śmierci Sophii działo się tyle, że nie miałam czasu martwić się nową szkołą. Ale teraz został już tylko tydzień do rozpoczęcia roku i zaczynam panikować. Jestem już prawie na pierwszym roku! Zamieszkam w akademiku, ze współlokatorką, i będę chodziła na zajęcia, z których oceny mają realne znaczenie! Zadecydują o mojej karierze łamane przez przyszłość łamane przez życie z Tomem Hiddlestonem. Muszę zacząć traktować wszystko choć odrobinę poważnie! Fuj! Na samą myśl o tym słowie przechodzą mnie ciarki. Poważnie. Poważnie! Sroważnie. Zabawa jest dla dzieciaków. A college nie. College jest dla dorosłych.

A ja się nie czuję dorosła.

Najbardziej martwię się o mamę, ale zaplanowałyśmy, że będę przyjeżdżać co drugi weekend. Nawet jej terapeutka twierdzi, że mama radzi sobie o wiele lepiej, zwłaszcza że jej potworny były chłopak trafił do więzienia. Cieszę się, że tam jest, nie tylko dlatego, że rzucił mną o ścianę, rozpołowił mi czaszkę i prawie zabił łamane przez czasowo usunął z mojej pamięci Jacka, ale zwyczajnie dlatego, że źli kolesie powinni siedzieć w więzieniu, i już.

Gdy mama żegnała mnie na lotnisku w Columbus, miała znów rumiane policzki i w ciągu ostatniego tygodnia uśmiechała się częściej niż przez całe moje życie.

A może tylko udawała, żeby mi poprawić nastrój?

Podnoszę z piasku płaski, gładki kamień i próbuję puścić kaczkę, ale kamyk od razu idzie na dno.

W East Summit High School życie zamarło po śmierci Sophii.

Ale oczywiście nikt nie mówił tego na głos, z wyjątkiem mnie. Avery, Królowa Pszczół, najpopularniejsza dziewczyna w szkole i moja żałosna ledwie koleżanka, przychodziła na lekcje coraz rzadziej i rzadziej, aż w końcu przestała. Jakiś czas przed końcem roku dowiedzieliśmy się, że trafiła do szpitala psychiatrycznego i przechodzi intensywną terapię. Nie było mowy, żeby pojawiła się na balu kończącym szkołę. Hierarchia społeczna panująca w East Summit została zachwiana i odwrócona do góry nogami, a dziewczyny zaczęły walczyć o wakat i tytuł królowej balu.

Przyszła za to na rozdanie świadectw i stawiła się na podium, gdy wyczytano jej nazwisko. Była blada i wymizerowana, a jej rodzice siedzieli na widowni i uśmiechali się mocno zaciśniętymi ustami, oferując jej oziębłe wsparcie. Zaczęło mi się wydawać, że wpakowali ją na oddział dla świrów trochę na pokaz, żeby szybciej zrobiło jej się „lepiej”, a oni nie musieli się zastanawiać, czy rzeczywiście tak jest. Później, zanim ktokolwiek z nas zdążył mrugnąć, znów zniknęła i wylądowała na prywatnej uczelni w Connecticut, a nie na Uniwersytecie Kalifornijskim, jak zamierzała. Jest suką, ale i tak mam nadzieję, że dojdzie do siebie. A przynajmniej będzie trochę szczęśliwsza. Ale to Sophia była szansą na jej odkupienie, jej idolką i przyjaciółką. Gdybym ja straciła to wszystko jednocześnie, też byłabym załamana.

Wren wpatrywał się w trumnę Sophii, jakby to było coś nierzeczywistego, program w telewizji. Kayla – moja najlepsza przyjaciółka i jego dziewczyna – pomogła mu w najgorszych chwilach, odwiedzała go codziennie i siedziała z nim w gabinecie szkolnej pielęgniarki, kiedy miał kryzys. Pękało nam serce, gdy widziałyśmy go tak beznadziejnie, potwornie smutnego. Sophia była jego przyjaciółką z dzieciństwa. Ja pilnowałam, żeby jadł, przynosiłam mu burrito i paszteciki z warzywami, a kiedy nie mógł jeść, wysyłałam esemesy, żeby przynajmniej poszedł spać. Choć pewnie niewiele to dawało. Prawdopodobnie mogłam zrobić coś więcej. Bal na koniec szkoły mignął jak sen, żadne z nas nie poszło. Spędziliśmy ten wieczór przy grobie Sophii, żegnając się z nią każde po swojemu.

Przed ceremonią rozdania świadectw Wren nauczył się znów uśmiechać. Politechnika w Massachusetts wciąż była dla niego czymś bardzo ważnym i pojechał tam na samym początku wakacji, żeby walczyć o dodatkowe punkty. Albo uciec od śmierci Sophii. Pewnie jedno i drugie. Kayla była rozdarta, ale ponieważ we wrześniu i tak pójdzie na studia w Bostonie, nie mogła cierpieć aż tak bardzo. Po śmierci Sophii bardzo się do siebie zbliżyli. Nie wiem, czy robią coś na serio. Kayla go głównie przytula. Z tego co widzę, nie ma całowania, a ona nie chce mówić, co robią na osobności, ale raczej z szacunku dla ich prywatności niż ze wstydu. Bardzo dojrzała. Mówi o „Vogue’u” już tylko raz w tygodniu, góra!

Puszczam kolejną kaczkę. Ta podskakuje dwa razy, zanim zniknie w falach.

Będę tęsknić za Kaylą. Już tęsknię.

Te wakacje spędziłyśmy głównie we dwie, wykorzystując czas na ostatnie nocowanki i gapienie się w gwiazdy na pustych pastwiskach w towarzystwie butelki wina. Nie chodziłyśmy na imprezy. Nie miałam ochoty. Kayla nie przyjaźniła się z Sophią, ale ta śmierć dotknęła jej przyjaciół i chłopaka. Obiecałyśmy sobie pisać codziennie. I obserwować się na Instagramie. I na snapchacie. I na fejsie. Ogólnie obiecałyśmy sobie, że będziemy z sobą rozmawiać. Dużo. Przestaniemy się tak często widywać, ale kiedy o niej pomyślę, ciepły spokój wypełnia mi serce. Stoję za nią murem. I wiem, że ona za mną też.

Nigdy nie lubiłam pogrzebów. A teraz lubię je jeszcze mniej.

Płakałam. Oczywiście, że tak.

Jack Hunter nie zapłakał ani razu.

Powinien, ale nie zrobił tego. Stał w rogu ze swoją mamą, która płakała za nich oboje. Jej czarna sukienka i jego czarny garnitur stapiały się w jedno, gdy wspierała się na nim, żeby utrzymać równowagę. Włosy miał perfekcyjnie ułożone, a jego twarz skuwała maska najciemniejszego lodu, jaki dotąd u niego widziałam. Stąd jego szkolne przezwisko: Lodowy Książę. Pod oczami miał sińce z niewyspania, a kości policzkowe wydawały się zarysowane jeszcze ostrzej niż zwykle. Przeszywał mnie dreszcz, gdy na niego patrzyłam. On już nie udawał obojętnego i biernego. Stał się martwy za życia. Pusty. Iskra w jego oczach przygasła i została blada skorupa. Ciało przypominało opustoszały pancerz, iluzję uzyskaną za pomocą luster i szorstkiego szronu, która miała roztrzaskać się od najlżejszego dotyku. Od samego patrzenia na niego robiło się zimno. Wyglądał, jakby nie powinien już żyć ani się poruszać. Jak manekin. Pacynka zombi.

Raz spróbowałam. Przywrócić go do życia. Na stypie w cuchnącym pleśnią domu pogrzebowym, gdzie podano smutne ciasteczka i rozpaczliwe rolady, powiedziałam coś o Sophii, że ksiądz, który nazwał ją wielkoduszną i piękną osobą, wcale jej nie znał. Jack stał w kącie, z dala od hałasu i płaczu, trzymał szklankę z wodą i wpatrywał się w jej powierzchnię. Podniósł wzrok, przyjrzał się mojej twarzy i zamknął oczy.

– To koniec – powiedział zbyt spokojnie.

– Z czym? – spytałam, a żołądek mi się ścisnął. Odepchnął się od ściany i zaczął odchodzić. Na pożegnanie rzucił tylko jedno, ostatnie słowo.

– Z wszystkim.

Przestał przychodzić do szkoły. Rozmawiałam o tym z dyrektorem Evansem. Mówił, że Jack odpuścił. Harvard nie wycofał oferty i Jack mógłby tam studiować nawet z samymi pałami w ostatnim semestrze, ale oboje wiedzieliśmy, że nie ma o czym mówić. Już mu nie zależało.

W kwietniu, po prawie dwóch miesiącach nieobecności, zaczęłam go szukać. Chciałam już wcześniej. Boże, naprawdę. Walczyłam z sobą, żeby tego nie robić. Myślałam, że potrzebuje czasu, przestrzeni, że to pomoże, jeśli się usunę. Ostatnie, co mogłoby mu pomóc, to widok mojej twarzy. Śledząca cię świruska, która kiedyś była twoim wrogiem, to wyzwanie nawet dla najbardziej zatwardziałego Lodowego Księcia. Poza tym i tak bym nie wiedziała, jak pomóc. Tylko bym bardziej namąciła. Powiedziała coś nie tak. Zrobiła coś złego. Jak z Sophią.

Ale kiedy któregoś dnia, późnym popołudniem, przyszła do mnie zapłakana pani Hunter i zaczęła błagać, żebym go znalazła, wiedziałam, że już czas. Chociaż wiedziała, że byliśmy z Jackiem trochę przyjaciółmi, a trochę wrogami, była na tyle zdesperowana, żeby prosić o pomoc wszystkich znajomych. Ale nikt nie był w stanie. Wrena i Avery za bardzo pochłaniała rozpacz.

Zostałam tylko ja.

Zaczekałam do ferii wiosennych. I zaczęłam ścigać ducha.

Jego mama pokazała mi liścik, który Jack zostawił: prosty, napisany odręcznie na zwykłej białej kartce. Pisał, że wyjeżdża, żeby nie wzywała policji i że ją kocha. Zmusiła bank do udzielenia jej informacji o jego koncie. Okazało się, że pieniądze zebrane na operację Sophii zostały mu zwrócone, a on je komuś podarował, zostawiając sobie zaledwie cztery tysiące dolarów. Oczywiście, że można za to trochę pożyć. Ale po trzech miesiącach zacznie się robić ciężko.

Zostawił wszystkie rzeczy. Wziął tylko pudełko po cygarach ojca, z listami od Sophii. Szukałam śladów jego obecności przy grobie Tallie, córki jego i Sophii, która zmarła, zanim się w ogóle urodziła, ale nie. Nie było go tam. Róża na grobie Sophii zwiędła. Leżała już od kilku tygodni. Gdyby się tam pojawił, przyniósłby świeże kwiaty.

Potem sprawdziłam w szpitalu. Dzieciaki, z którymi się tam zaprzyjaźniłam, Mira i James, powiedzieli, że Jack przyszedł do nich dzień po pogrzebie Sophii. Zdradził im, że wyjeżdża na długo, i przyniósł im po wielkim miśku. Byli przyjaciółmi Sophii. Zanim guzy w mózgu zaczęły zmieniać jej osobowość, Sophia ich kochała. Byli dla niej jak Tallie, dziecko, którego nie miała, i Jack o tym wiedział. Traktował ich w ten sposób.

W końcu zadzwoniłam do Rose Club, ale powiedzieli, że odszedł z pracy kilka miesięcy temu.

I tyle. Wszystkie tropy prowadziły donikąd. Jack wymykał mi się z rąk jak wiatr.

A później zadzwoniła Lily. Podsłuchała moją rozmowę z operatorką Rose Club. Przyjaźniła się z Jadenem, służbowym wcieleniem Jacka w agencji osób do towarzystwa, w co od razu zwątpiłam, bo jedynymi przyjaciółmi, na których posiadanie Jack sobie pozwalał, było odbicie w lustrze i/lub jego wielki, durny mózg. Ale pozwoliłam jej trajkotać sobie do ucha i zgodziłam się na spotkanie w Columbus.

Okazała się śliczną blondynką mierzącą ponad metr osiemdziesiąt. Sądząc po drogiej torebce i perfumach, od razu uznałam, że jest kobietą do towarzystwa, a ona się nie wypierała, za co od razu ją polubiłam. Nie traciła mojego cennego czasu, który postanowiłam poświęcić na ratowanie Jacka.

Ratowanie?

Pokręciłam głową i patrzyłam, jak słona fala rozbryzguje się na skale. To złe słowo. Nie mogę tak myśleć. Nie jestem nawet w stanie uratować siebie, a co dopiero kogoś innego. Ale przez jakiś czas chciałam. Naprawdę. Kto jak kto, ale Jack zasługiwał na ratunek. Pomyślałam, że pomogę chociaż trochę. Że po wszystkim, przez co przeszliśmy, zrobię dla niego choć tyle. Po tym, co do niego czułam.

Śmieję się i wrzucam kamień do wody, nie zawracam już sobie głowy puszczaniem kaczek.

Byłam idiotką.

Stara Isis nie poddałaby się, gdy Lily powiedziała, że Jack ją odwiedził przed wyjazdem. Nie mówił, dokąd się udaje, ale dał jej teczkę i poprosił, żeby przekazała ją Isis, jeśli ta zacznie węszyć w klubie. Więc tak zrobiła.

– Musi cię naprawdę lubić – dodała Lily, wpatrując się w swoje paznokcie, gdy chowałam teczkę do torebki.

– Tak, na pewno. Kobry też lubią mangusty. Z daleka. Z przeciwnych stron płotu elektrycznego.

– Nie, posłuchaj. – Nachyliła się i położyła chłodną dłoń na mojej. – Widziałam wielu mężczyzn, jasne? W ogóle wiele typów ludzi. Jack jest wyjątkowy. Pewnie by się wyparł, ale jemu zależy na kimś albo na sto procent, albo w ogóle. Nie uznaje półśrodków. Ci, którym zostawił coś na pożegnanie, to ludzie naprawdę ważni. Jesteś jedną z nich.

Nagle poczułam, jakby na moim sercu usiadł wojownik sumo. Starałam się zaczerpnąć tchu, żeby coś powiedzieć, ale każdy oddech bolał. Nie chciałam jej wierzyć. Jak mogłam uwierzyć, skoro po prostu uciekł?

Lily wkrótce potem zebrała się i poszła, a ja zerkałam na teczkę.

Dawna Isis nie poddałaby się, zobaczywszy, co jest w środku.

Nie zostawił liściku ani ogromnego misia. Tylko bilet do Paryża. Swoim zamaszystym, starannym pismem naskrobał na nim jedno słowo: „Przepraszam”.

Pod powiekami piecze mnie tak samo, jak wtedy. Próbował się mnie pozbyć.

Nieee, Isis, daj spokój, nie bądź melodramatyczna. Z takich histerii nigdy nic dobrego nie wynika. Przykłady: „Titanic”. Króliki, które umierają, gdy serce zacznie im bić zbyt szybko. Oraz wszystkie odcinki Słodkich kłamstewek. Może Jack nie miał serca, ale był także… No jaki? W każdym razie na pewno miał mnie gdzieś. Nie pożegnał się, przysłał mi bilet wysyłający mnie na koniec świata. Z całą pewnością nie przebywał w Paryżu i nie prosił, żebym do niego dołączyła. To żenująco romantyczny pomysł. A można o Jacku powiedzieć wiele, ale „żenujący” oraz „romantyczny” znalazłyby się na samym końcu listy jego cech. Razem z „miłym” oraz „ogólnie akceptowalnym”.

Wiele razy mówiłam Kayli, że chciałabym przejechać stopem Europę. Ale tylko dla jaj. A on pewnie to słyszał. Musiał zrozumieć, że za fasadą żartu kryje się prawdziwe marzenie. Tak sądzę.

Wyjmuję bilet z kieszeni. Jest wytarty i pognieciony, a samolot odleciał sześć dni temu, ale nie potrafiłam ani tego biletu wykorzystać, ani wyrzucić. Na pewno kupił go za pieniądze przeznaczone na operację Sophii. Nie ma mowy, żebym taki prezent przyjęła (albo wyrzuciła). Więc go zatrzymałam. Odważniejsza Isis by poleciała. Isis nietargana poczuciem winy także.

Gdy zamykam oczy, widzę siebie w pokoju Jacka, gdzie szukam wskazówek co do celu jego podróży. Plaża jakby się rozmywa, a ja leżę na jego łóżku, gapię się w sufit i zastanawiam się, w którym miejscu tej piekielnej zawszonej dziury, którą dla ułatwienia nazywamy Ziemią, się znajduje. I czy jest bezpieczny. Bo szczęścia nie wymagam. Myślę, że to za dużo. Ale jeśli jest bezpieczny i będzie bezpieczny, może pewnego dnia osiągnie i szczęście. W każdym razie tak myślę. Mówienie tych rzeczy z przekonaniem, tak jakbym była pewna, to arogancja. Mnie nigdy nie umarł ktoś, kogo kochałam. A Jackowi trzy osoby.

Możliwe, że nigdy już nie będzie szczęśliwy.

Może na zawsze pozostanie złamany.

Jego pokój niknie we mgle i wracam nad ocean. Mściwy supeł w gardle powraca.

– Mam nadzieję, że jesteś cały, ty idioto – szepczę do fal.

Mogę tylko mieć nadzieję i żyć dalej. Nie mogę czekać. Mam życie do przeżycia. Chciałabym, żeby wszystko się ułożyło inaczej. Niekoniecznie tak, żebyśmy się spotykali. W obliczu śmierci Sophii byłoby to potwornie i kretyńsko egoistyczne łamane przez niewykonalne. Ale zależy mi na nim. Jak na wrogu. Rywalu. Jedynej osobie na świecie, która może stawić mi czoło. W związku z tym chciałabym, żeby był względnie zdrowy i normalnie funkcjonujący, żebyśmy mogli się kiedyś znów spotkać i powalczyć. To było super, nauczyłam się wiele o sobie i przy okazji dojrzałam. Chodzi jedynie o tę walkę. Tylko za tym tęsknię. I już.

Nieoczekiwanie ściska mi się serce. Zaczynam płakać. Żeby się jakoś otrząsnąć, zdejmuję koszulkę i ścieram z maski bmw kupę mewy. I śmieję się.

I jest ogólnie super, z wyjątkiem tego momentu, kiedy zaczynam płakać jeszcze bardziej.

Rozdział 3

Zdradził go krzywy uśmiech.

Uśmiechnął się w taki szczególny sposób, jak to młodzi chłopcy, gdy zamierzają zrobić coś zakazanego. Prawdopodobnie wiążącego się z przemocą i bólem. Być może także nielegalnego, ale z całą pewnością superzabawnego dla nich. Dla zaangażowanych w sprawę już mniej.

Dlatego za nim idę. Bo znam ten uśmiech. Znam go dobrze jak swoją duszę. Raz czy dwa razy w życiu też się tak uśmiechałem, gdy byłem głupszym, bardziej wściekłym chłopakiem, który stracił ojca i chciał się odegrać na całym świecie. Uśmiechałem się tak, zanim podniosłem kij na Lea. I raz, gdy moją klientkę podniecały akty przemocy.

Po sesji z nią wymiotowałem przez godzinę i próbowałem ją z siebie zedrzeć. Zedrzeć z ludzkości zło.

Ale się nie udało. I nigdy się nie uda. Ludzkość zawsze będzie pogrążona w mroku. Ludzie będą chcieli sprawić innym ból, bez względu na to, jak żarliwie się zarzekają, że nie, oni nigdy.

Nauczyłem się tego trzy miesiące temu, po pogrzebie Sophii.

W samochodzie, gdy uciekałem z Ohio. Przed bólem, który zostawiałem za sobą.

Idę za chłopakiem cichymi ulicami miasta. Prowadzi mnie do jeszcze dwóch. Obstawiam, że są w pierwszej klasie ogólniaka. Chudzi, w obcisłych dżinsach, z kieszeni dyndają im słuchawki. Nie mają mięśni. Doświadczenia. Odwagi. Dlatego dopadają bezdomnego, między kubłem na śmieci a ścianą pokrytą brązowiejącym graffiti. Są okrutni. Popychają go i się śmieją. Bezdomny ma na sobie flanelową koszulę i brudne spodnie, w drżących dłoniach trzyma dojedzonego do połowy banana, którego pewnie wyłowił z kosza. Siwa splątana broda sięga piersi. Ma spaloną słońcem twarz. Mamrocze coś pod nosem tak cicho i szybko, że brzmi jak modlitwa albo klątwa. Nie chce ginąć. Przecież całymi dniami walczy, żeby nie umrzeć.