Wydawca: Wydawnictwo M Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Rekolekcje rabczańskie ks. Karola Wojtyły ebook

Ewa Owsiany

5 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 154 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rekolekcje rabczańskie ks. Karola Wojtyły - Ewa Owsiany

Co kryje uczniowski zeszyt znaleziony na strychu? Czarna, mocno sfatygowana okładka, kartki w kratkę żółte ze starości, pokryte drobnym, gęstym pismem…

Autorka uzupełnia ten zapis obrazem dawnej Rabki i gorczańskiego śladu w biografii papieża, a czyni to słowem żywym i gorącym od wzruszenia.

,,Takim go widzę: szczupły, niewysoki, lekko przygarbiony, komża narzucona na sfatygowaną (jak mój zeszyt) sutannę, buty nie pierwszej młodości. Stoi na stopniach schodów między ołtarzem a nami. Czasem, porwany tematem, unosi się nieznacznie na palcach. Zaprasza, byśmy przyszli na Kanoniczą, gdy już będziemy studentami (…).

Ta książka jest jak kokon osnuty wokół treści zakurzonego zeszytu. Zawiera nigdzie dotąd niepublikowane rekolekcje ks. Karola Wojtyły, które dawno temu głosił uczniom rabczańskiego liceum, a także to, co moja pamięć i wspomnienia rówieśników przechowały o Rabce czasu minionego. Ba! Są w niej nawet wiewiórki, gwizdanie kosów i światełka świec migające między świerkami pod grotą Matki Boskiej.

Są również krakowskie spotkania z biskupem, który nie przestał być „Wujkiem” dla młodych przyjaciół. Okazało się, że pamięta, co w Kaplicy Zdrojowej powiedział na pożegnanie:

– Nie zapomnijcie o mnie. Czekam na was.

To także słowa Jego testamentu.

Nie mogę więc w tej pracy przejść obojętnie pod słynnym Papieskim Oknem. Tak, właśnie tym przy Franciszkańskiej 3! Ono już obrasta legendą. Ono już na zawsze należy do naszego Papy. To, co tam się działo, było dla nas swoistym karnawałem

po wielkim Adwencie rabczańskich rekolekcji. Niejeden z nas, Jego dawnych słuchaczy, stał tam w tłumie rozradowanej młodzieży i przecierał oczy, i nie chciał wierzyć…” – fragmenty z książki.

Opinie o ebooku Rekolekcje rabczańskie ks. Karola Wojtyły - Ewa Owsiany

Fragment ebooka Rekolekcje rabczańskie ks. Karola Wojtyły - Ewa Owsiany

Strona redakcyjna

Redaktor prowadzący:

Piotr Słabek

Korekta:

Dariusz Godoś, Katarzyna Stokłosa

Łamanie:

Edycja

Projekt okładki:

Radosław Krawczyk

Zdjęcia na okładce:

Księża Karol Wojtyła i Mieczysław Maliński w rabczańskim parku

(fot. z archiwum autorki)

IV strona okładki:

Autorka (fot. Magdalena Owsiany-Sidor)

„Anioł Rabki” (mal. Jerzy Kolecki)

© Copyright by Ewa Owsiany

© Copyright by Wydawnictwo M, Kraków 2013

ISBN 978-83-7595-564-4

Wydawnictwo M

ul. Kanonicza 11, 31-002 Kraków

tel. 12-431-25-50; fax 12-431-25-75

e-mail:mwydawnictwo@mwydawnictwo.pl

www.mwydawnictwo.pl

www.ksiegarniakatolicka.pl

Publikację elektroniczną przygotował:

Tę książkę

— odblask mojej młodości —

poświęcam

Dzieciom i Wnukom

ROZDZIAŁ I. Tajemnica uczniowskiego zeszytu

ROZDZIAŁ I

Tajemnica uczniowskiego zeszytu

Moja siostra znalazła na strychu rodzinnego domu zakurzony zeszyt. Czarna, mocno sfatygowana okładka, kartki w kratkę żółte ze starości, pokryte drobnym, gęstym pismem. Zaskoczona znaleziskiem odczytałam treść pierwszego wpisu:

Rekolekcje w roku 1954, szkolne, z księdzem Wojtyłą, ze współudziałem księdza Malińskiego.

I natychmiast zjawiła się przede mną Kaplica Zdrojowa w Rabce. Przytulona jak gniazdo jaskółki do otaczających ją wzgórz. Schowana pod dachem Lubonia, Grzebienia, Bani, Maciejowej. Nad nią pokłon świerków i sosen; do nocy pobłyskują wśród nich światełka przy grocie Matki Boskiej, słynącej łaskami.

Kaplica równie przytulna. Kamienne prezbiterium w stylu romańskim wskrzeszonym przez architekta w dwudziestych latach XX wieku czaruje witrażami: światło przenika tędy do wnętrza przez stylowe lilie i róże. W bocznym ołtarzu cudnej piękności biały, alabastrowy Pan Jezus. Na ścianach drzeworyty Drogi Krzyżowej. Do tego — nieustające ptasie radio. Kosy gwiżdżą, kończąc frazę figlarnym ornamentem. Niżej, na stoku wzgórza, toporna skocznia narciarska sklecona z drewnianych bali; koledzy sfruwają z niej i lądują nad brzegiem Słonki.

Po latach przywołamy ten obraz jako symbol uczniowskiego losu: trzeba odbić się mocno od progu matury i skoczyć w niewiadomą przyszłość. I lecieć, póki życia, dokąd lot trwa...

Na razie jednak nikt o tym nie myśli.

Już wiosna, mech wylazł spod śniegu. Między świerkami ksiądz z Krakowa spaceruje z brewiarzem. Podchodzimy, by pogadać. O sprawach, które ciążą i niepokoją, ale i o wakacyjnych włóczęgach z ks. Mieczysławem Malińskim. Przybysz słucha pytań, rozmawia, łagodzi wątpliwości, pomaga w dojrzewaniu. To przyszły papież, ale kto by śmiał coś takiego przewidzieć! Przyjeżdża do Rabki pod koniec Wielkiego Postu, na zaproszenie księdza Mietka, i zatrzymuje się u niego w Białym Dworku przy ulicy Władysława Orkana (dawniej Biała Aleja). Po latach pojawi się w tej bramie tablica z portretem i tekstem:

Uczennica Ewa Holejko (fot. z archiwum autorki)

JAN PAWEŁ II

W TYM DOMU

W MIESZKANIU KS. M. MALIŃSKIEGO

PRZEBYWAŁ W LATACH 1953-58

W CZASIE REKOLEKCJI

GŁOSZONYCH DLA MŁODZIEŻY

RABCZAŃSKIEGO LICEUM

KS. KAROL WOJTYŁA

RABKA-ZDRÓJ 18 V 2000

Takim go widzę: szczupły, niewysoki, lekko przygarbiony, komża narzucona na sfatygowaną (jak mój zeszyt) sutannę, buty nie pierwszej młodości. Stoi na stopniach schodów między ołtarzem a nami. Czasem, porwany tematem, unosi się nieznacznie na palcach. Zaprasza, byśmy przyszli na Kanoniczą, gdy już będziemy studentami.

W opracowanym przez ks. Adama Bonieckiego „Kalendarium życia Karola Wojtyły” (Znak 1983) są ślady wędrówek przyszłego Jana Pawła II z Rabki na Turbacz, z Turbacza do Czorsztyna, Szczawnicy, Prehyby i Rytra. Podano nawet, że 21 stycznia 1954 roku w trakcie narciarskiej wyprawy z Hucisk przez Jałowiec do Suchej złamał nartę i wracał saniami.

Niestety, brak wzmianki o jego rabczańskich rekolekcjach. Jakoś uszły uwadze...

Na szczęście są w moim zeszycie. Sumiennie spisywane po powrocie z kaplicy do domu.

Dzięki temu prawie słyszę tamten głos:

Wejdźcie całym sercem w społeczność rekolekcyjną...

ROZDZIAŁ II. Oczekiwanie

ROZDZIAŁ II

Oczekiwanie

Zanim całym sercem wejdziemy w klimat rekolekcyjnych nauk ks. Karola Wojtyły, spójrzmy na dawną Rabkę zza mgły oddalenia.

Ulicami Dietla i Nowym Światem wędrują dzieci zagrożone gruźlicą. Idą parami, trzymając się za ręce. Trasa spacerów prowadzi z nowo wybudowanego sanatorium imienia przodownika pracy Wincentego Pstrowskiego do lasów nad Pocieszną Wodą. W parku — pustki. Jeszcze nie nadszedł czas inżynier Heleny Romanowskiej, która za kilka wiosen wyścieli Rabkę klombami kwiatów. W willi „Pod Aniołem” dożywa resztek świetności restauracja Teodora Klimińskiego, u Rawiczów ma być proboszcz wieczorkiem na brydżu, a w lesie, blisko Słonecznej, zabliźniają się mchem masowe groby Żydów pomordowanych w czasie wojny.

Nad wszystkim — świerki, sosny, modrzewie i chmury gnane wiatrem. Czapy śniegu obsuwają się z kosmatych gałęzi. Drobinki szronu wirują w słońcu, gdy uda mu się wymknąć spod kurateli obłoków. Pierwsze śnieżyczki nad Poniczanką, burą i wezbraną, pierwsze bladożółte prymulki w parku. Jeszcze chwila, a mokry parów za kaplicą pokryje się ognistym dywanem kaczeńców.

Znam te lasy, gaiki, parowy i polany jak dziecinny pokój. Znam kaprysy mojej rzeki. Gdy ulewy spadają z nieba i okolicznych potoków — gna do Raby huczącą powodzią, gdy upał — pozwala słońcu prześwietlić się do dna, zmieniona w płytki strumyk. Brodzę w nim i spod kamieni wyławiam nieduże szare rybki, które z dumą przynoszę rodzicom. O, wstydzie! Zagniewany Tata każe biec z powrotem i zwrócić zdobycz rzece, choć ciemno się robi i straszą żabie chóry. Wiem, gdzie zimują raki, znam rozlewiska pełne kijanek, a za brzozami, za olchami odkryłam zagajnik, w którym najbujniej krzewi się poziomka, a może i rydz się pojawi, gdy mech podbiegnie rdzą.

Z czasem do skarbów ukrytych w błękitnej skrzynce zamykanej na misterny kluczyk trafi pamiętnik i wianek uwity przez babcię z atłasowych różyczek.

Moja Pierwsza Komunia Święta. Przyjęłam ją bez uprzedniej musztry, wrzawy i kamer w kaplicy rabczańskich Nazaretanek. To im zawdzięczam naukę w pierwszych klasach podstawówki. Tabliczki spisane rysikiem płukałam w źródełku, które biło poniżej „Nazaretu” i żywą zielenią stroiło łąkę, dyszącą zapachem ziół. Pamiętam wesołą i energiczną siostrę Liliozę, urodzoną daleko od Rabki, bo aż w Akwizgranie. Królowała przy fisharmonii, pod obrazem, który przedstawiał Świętą Rodzinę. Była dyrektorką rabczańskiej „handlówki” i nie dała się złamać, gdy władze zlikwidowały jej szkołę. Pamiętam „słodką” siostrę od łakoci oraz dostojną Piusę z szarfą, która udawała stułę przy próbnej „spowiedzi”. Nad moim strachem przed tą próbą i nad nami wszystkimi uśmiechał się z ołtarza posąg Matki Boskiej z Dzieciątkiem. W drugiej ręce trzymała wysmukłe berło...

Kiedyś chciałam odwiedzić to miejsce, ale zastałam mur w miejscu drzwi. W oknach byłej kaplicy piętrzyły się łóżeczka maluchów. Siostry przeniesiono na Banię, a potężnie rozbudowany „Nazaret” dziś służy dzieciom chorym na mukowiscydozę.

Oby przyniosło im ulgę sacrum obecne w tych ścianach.

Jak dziwnie jest ożywiać stare zapisy z dzieciństwa! Nadawać im nowe imiona. Łączyć w pamięci fakty z tamtej przeszłości ze współczesną znajomością rzeczy. Dziś, z perspektywy wielu lat, wydaje się, że ten odległy czas, że wszystko w nim trwało w jakimś dziwnym o c z e k i w a n i u. Na przybycie kogoś, o kim jeszcze nie wiemy, że zaistnieje w dziejach świata.

Na razie z oporami nadciąga wiosna 1954 roku. Chłodna i pełna niepokoju. Mój Ojciec nie czuje się najlepiej, serce mu dolega. Jest dyrektorem liceum, do którego zaczęłam chodzić jesienią, i uczy nas łaciny.

A także szacunku i sympatii dla wszystkich cudów Rabki. Dla niezadeptanej jeszcze przyrody, solankowych źródeł, zabytkowego modrzewiowego kościółka, w którym przed wojną, wspólnie z ks. Justynem Bulandą, mój Tato stworzył regionalne muzeum sztuki góralskiej. Pamiętam, bo mnie tam prowadził, obłe, idealnie wygładzone donice i dzbany — dzieła garncarzy zza Raby i całą izbę świątków; wśród nich najbardziej mnie

Stary kościół w Rabce (malowała na szkle Zofia Koźlak ze Skawy)

wzruszały frasunki Jezusowe, zaklęte w postać Frasobliwego, i kolorowe malunki na szkle. Dzięki Bogu, muzeum nie spłonęło w czasie okupacji wraz z przejmująco piękną kościelną nawą i barokowym ołtarzem. Ocalało, jak nasza poczciwa „Jaworzyna”, gdzie właśnie się uczymy.

Siedzimy w starych ławkach, podłogi pokryte pyłochłonem, szkołę przejęło państwo. Jednak do naszych głów powoli przenika świadomość, że jesteśmy dziedzicami przedwojennej sławy. Że nie zaczynamy od zera, bo nasza „buda” tkwi mocno w tradycjach prywatnego gimnazjum, które w roku 1924 założył w Rabce dr Jan Wieczorkowski, przybyły z Krakowa absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego: do przesady elegancki, w sposobie bycia czarujący, jak wspominają najstarsi uczniowie. Już to, że sam prof. Ignacy Chrzanowski był promotorem jego pracy doktorskiej poświęconej dramatom Niemcewicza — robi wrażenie.

Na siedzibę swego sanatoryjnego gimnazjum dyrektor Wieczorkowski wybrał Dwór Zubrzyckich z XVIII wieku. Jego pobielane ściany świeciły się z daleka jak w poemacie Mickiewicza, tym bielsze, że odbite od ciemnej zieleni rozległego parku, a może i topoli, która, być może, rosła w nim obok potężnych kasztanów. Tu, w pobliże rynku i koryta Raby, gdzie dziś panoszy się wrzaskliwy „Rabkoland”, ciągnęli uczniowie z całej Polski. Po naukę i zdrowie. W krótkim czasie szkoła zyskała renomę wybitnej uczelni. Wspaniały klimat, szlachetna kadra, wśród wychowanków niemal sami geniusze...

Barwny, pełen przepysznych anegdot reportaż z życia we Dworze zawdzięczam Zdzisławowi Olszewskiemu. W kilku rozdziałach książki „Michał od Cyganów” (KAW 1985) sportretował Rabkę jak żywą. Był uczniem mojego Taty.

„Łaciny we Dworze uczył nas Włodzimierz Holejko, świetny fachowiec, ale straszna «piła»! — wspomina mojego Ojca. — Czarny, rosły, przystojny mężczyzna, o szerokiej twarzy i ostrych, regularnych rysach wyglądał jak typowy senator rzymski. Bardzo wiele od nas, ale i od siebie wymagał. Pamiętam, jak ubrany w smoking z czarnym motylkiem przy śnieżnobiałej koszuli, nieruchomy jak posąg, klęczał przed ołtarzem w kaplicy zdrojowej, a potem przyjął w czasie naszej szkolnej mszy komunię”.

„Był zawsze zamyślony — czytam dalej. — Wyraźne, zgrabne jego wargi ciągle się poruszały, jak gdyby w jakimś wewnętrznym dialogu czy monologu profesora. Pnąc się raz percią za nim na Luboń, szlakiem przez maliniaki i dalej w górę, nadsłuchiwałem tego szeptu Holejki do siebie”.

Ten portret z każdym akapitem celniej podkreśla wewnętrzne bogactwo profesora:

„Zawsze coś w myślach ważył, a kiedy się odezwał — Bóg mi świadkiem — poemat! Wyżyny kultury polskiego języka. Każdy go rozumiał, bo słów nie połykał. Potęgą swej mowy też pięknie kierował. Powiem prościej — on te słowa tworzył. Nigdy nie przeklinał! Kłamców nienawidził” — zaświadcza uczeń. I do zabawnych sztubackich dykteryjek z udziałem mego Taty (choćby górska wspinaczka, w trakcie której biedny Sławek chce się wcisnąć w łaski łacinnika) dodaje taką o nim opinię:

Mój Ojciec Włodzimierz Holejko (fot. z rodzinnego archiwum)

„Odróżniał się od innych nie tylko swoją wewnętrzną dumą, lecz także i przede wszystkim nie kończącą się pracą nad sobą samym — w milczeniu. (...) Mądrość lubi milczenie — jego przepastne, lecz spokojne i ciche labirynty”.

Pierwsze dni wojny. Dwór płonie. Reszty zniszczeń dokonuje powojenne niedbalstwo. Już nigdy nie dźwigną się z ruiny budynki dworskie, boiska i korty tenisowe, tarasy do werandowania, sędziwy park i klomby róż.

Jak pisałam w książce „Nic straconego” (Wyd. M 1997, reportaż „Silniejsza od śmierci”), mój Ojciec zachwycał się światłami Rezurekcji. Może dlatego nie lubił oglądać tych zniszczeń. To było pogorzelisko jego młodości. Przecież nie po to przyjechał do Rabki z doktoratem Uniwersytetu Karola w Pradze, by płakać na ruinach. Do nauczania tajemnic mowy starożytnych Greków i Rzymian i swej fascynacji kulturą antyku wrócił dopiero po wojnie, już w innej scenerii.

Tam, gdzie za oknami mojego liceum już nie Raba, lecz Słonka płynie w kamiennym korycie.

Czasem, przechodząc tędy, widzę Ojca, jak brzegiem rzeki idzie w stronę ulicy Szopena. Jest sam, posuwa się wolno, zmęczonym krokiem. Ten obraz dostrzeżony z okien klasy, w której zazwyczaj egzaminowano maturzystów, mocno utkwił mi w pamięci. To było na krótko przed jego śmiercią... I przypominam sobie, co mówiła o nim i o swojej maturze starsza koleżanka, Urszula Czupta.

— Wyszłam z egzaminu niepewna i załamana — opowiadała z łezką w oku. — Wydawało mi się, że już po mnie! Stoję na korytarzu jak sierota, a tu dyrektor Holejko zjawia się przede mną:

— Nie martw się, Ulka, zdałaś!

Z radości zrobiłam przed nim „gwiazdę” na tym pyłochłonie. A potem ksiądz Mietek pojechał lambrettą do rodziców i ubłagał ich, żeby przestali upierać się przy swoim i zakazywać mi wybranych studiów. — Chce Ulka na AWF? — tłumaczył im. — I bardzo dobrze, niech idzie!

Dziś Ula cieszy się udaną karierą profesorki wychowania fizycznego w Kazimierzy Wielkiej, a ja ze wzruszeniem czytam, co ksiądz Maliński napisał o moim Ojcu:

„Dyrektor Holejko był pedagogiem z prawdziwego zdarzenia. Kochał młodzież, ale był wymagający dla niej, jak i dla swojego grona nauczycielskiego. Szanowany przez jednych, jak i drugich. Był człowiekiem, dla którego słowo «uczciwość» było słowem wprost sakramentalnym. (...) I wymagał tej uczciwości na co dzień od siebie, jak i od wszystkich, którzy należeli do zespołu liceum”.

Cytat pochodzi z książki „Ale miałem ciekawe życie” (WAM 2007). Po latach usłyszę, że Jan Paweł II wspominał mego Tatę z wyżyn Watykanu i przez księdza Mieczysława przysłał mi pamiątkowy różaniec. Zaś ks. Władysław Bukowiński, przyjaciel Rodziców z czasów przedwojennych, gdy był katechetą w Gimnazjum św. Teresy w Rabce, tak napisał do mojej Mamy, gdy została wdową:

„Pragnę (...) wyrazić głębokie i prawdziwie odczute współczucie z powodu przedwczesnego zgonu Włodzimierza. Miałem nadzieję ujrzeć Was oboje razem, Bóg zrządził inaczej! Pani wie

Ucieczka do Egiptu (malowała na szkle Zofia Koźlak ze Skawy)

dobrze, jak wysoce ceniłem i lubiłem Włodzimierza. Zawsze uważałem Go za człowieka nieprzeciętnego: o myśli głębokiej i wnikliwej i o charakterze prawym, szlachetnym. Przy tem bliskie były nasze poglądy niemal we wszystkich sprawach, a zwłaszcza w tych, co mają znaczenie nieprzemijające, wzniosłe”.

List ten z datą 9 lutego 1956 roku (i wiele innych) opublikowano w pośmiertnie wydanym zbiorze korespondencji księdza Bukowińskiego (Wyd. św. Stanisława BM 2007).

Niech mi czytelnik wybaczy, jeśli go nużę wspomnieniami. Ale trudno tkwić samotnie w świecie własnych przeżyć. Zapisuję te spotkania ze światem i ludźmi, bo — jak usprawiedliwiał się z tworzenia wierszy ks. Jan Twardowski —

„Pisanie jest szukaniem kogoś bliskiego. Jest rodzajem rozmowy”.

Rozmawiajmy więc. O świecie, który jest we mnie. O ludziach, którzy odeszli. O dawnej Rabce-Zdroju, która czeka na swój moment... dziejowy. Nie waham się użyć tego słowa. On uzdrowisku nad Rabą nigdy się nie zdarzył i już nie zdarzy na pewno.

Oto pozostali profesorowie mojego liceum.

Niemal same przedwojenne znakomitości.

Ich poczet otwiera Jadwiga Podkowiecka, doskonała polonistka „starej daty”, zwana przez uczniów „Ślachetną”. Miała krótki wzrok, grube okulary, nos przy dzienniku i serce romantyka. Dzięki niej można się było zakochać w Mickiewiczu, no i w Krasińskim też trochę, bo pisał: „Nic nie spychać nigdy w dół, lecz do coraz wyższych kół iść...”.

To była dewiza jej życia.

Trzeba też dodać, że pani profesor nie brakowało odwagi właściwej szlachetnym. Gdy Niemcy zamknęli szkoły średnie, zaangażowała się w tajne nauczanie. A po latach zgodziła się być świadkiem mego Bierzmowania, choć czas nie był po temu łaskawy.

Na pamiątkę wręczyła mi Nowy Testament. Krakowscy księża jezuici wydali go w 1949 roku w zgrabnym, podręcznym formacie. Przekład oczywiście Wujkowy, „który w Ojczyźnie naszej od czterech wieków rozbrzmiewa z ambon (...) i tak się zrósł z duszą polską, tak jej odpowiada swą prostotą i namaszczeniem, że niełatwo będzie go zastąpić” — jak napisano we wstępie.

Nie ma już rozłożystego dębu pod kościołem św. Marii Magdaleny, gdzie przyjęłam Bierzmowanie. Ale jest pożółkła, rozsypująca się Biblia, opatrzona imprimatur Księcia Metropolity Krakowskiego Adama Stefana Kardynała Sapiehy i własnoręczną dedykacją „Ślachetnej”, staroświeckiej pani od polskiego.

Juliusz Madler. Świetny matematyk ze Lwowa. Najtrudniejsze twierdzenia geometrii przeprowadzał przy pomocy uczniów. Umiejętnie prowadząc ich myśli, sprawiał, że sami odkrywali tajemnice mędrców. Uczył też astronomii. Nie zapomnę, jak na początku września zabrał nas na górskie łąki i szukaliśmy Oriona na rozgwieżdżonym niebie. Zapewniał uczniów, że drogę do gwiazd można też mierzyć uczynkami.

Profesora fizyki Mariana Jaremskiego pasjonował Newton i jego słynne zdanie:

„Nie wiem, co wyrzeknie o mnie kiedyś potomność: samemu sobie wydawałem się dzieckiem, które u wybrzeża mórz zabawia się błahostkami. Cieszyłem się, gdy znalazłem kamyk gładki lub piękną muszelkę; tymczasem zaś Ocean Prawdy rozciągał się tajemniczo przede mną”.

Nie był nigdy mędrszy i większy, nie wzniósł się nigdy na szczytniejsze wyżyny, niż gdy te słowa wypowiedział; słowa godne Newtona — to przesłanie naszego fizyka znajduję w maturalnym pamiętniku. Lubił też mawiać, że bezmyślność istnienia to największa zbrodnia według Einsteina; trudno się dziwić, że najwięksi „zbrodniarze” zasługiwali u niego na piętno osłów dardanelskich i jerychońskiej trąby. Dziś spoczywa blisko polonistki i historyka na starym cmentarzu w Rabce.

Prof. Edward Tomaszewski, jego sąsiad z „gąszczów cmentarnianych”, był absolwentem Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie.

Zarówno tego profesora, jak i chemiczkę Felicję Fulińską otaczało w szkole milczenie pełne szacunku. Nie chwalili się swoimi przeżyciami, nie rozgłaszali swych tajemnic. Niektórym jednak było wiadome, że wyobraźnię naszego historyka nawiedza groza radzieckiego łagru, na który skazano go wyrokiem sądu w Starobielsku. Tkwił tam zatrzaśnięty w niewyobrażalnych przestrzeniach. Do Polski wracał przez Egipt i Bliski Wschód, walczył pod Monte Cassino.

Natomiast myśli pani prof. Felicji Fulińskiej mącił koszmar niemieckiej okupacji. Sprawiedliwa, zasadnicza, skrzącym, przejrzystym okiem błyskająca znad dziennika, karmiła swą wewnętrzną godność ulubionym cytatem z Henryka Sienkiewicza. Uważała, jak on, że szerzenie zdrowych i prawych zasad — mimo że stu głupców z nich się śmieje — jest obowiązkiem uczciwego człowieka. I, podobnie jak profesor Tomaszewski, leczyła wojenne rany pracą dla przyszłości, którą nieśli w sobie uczniowie.

Do zespołu bliskich mi nauczycieli dołączył z czasem historyk Adam Stefanowicz, absolwent lwowskiego Uniwersytetu Jana Kazimierza. Ceniony za wiedzę, spokój i pogodę, przejął po moim Ojcu godność dyrektora liceum. Był nim przez dwadzieścia dwa lata. Po maturze wpisał mi do pamiętnika maksymę Johanna Wolfganga Goethego:

„Szara jest teoria, wiecznie zielone jest drzewo życia”.

Pewnego razu wśród tych profesorskich seniorów zjawił się ks. Mieczysław Maliński, posiadacz trzyletniego stażu w kapłaństwie. Szybko dołączył do szacownego grona. Zaprzyjaźnił się z całą szkołą. Mój Ojciec lubił wizytować jego lekcje; fascynowała go żywiołowa radość młodego księdza. Uczniowie też przyjęli go za swego. Za czas, który im poświęcał. Za drzwi wciąż i dla wszystkich otwarte. Za radosne lekcje i zaraźliwy śmiech. Za ogniska palone w górach.

Ale o tym napiszę w kolejnym rozdziale.

Na razie ksiądz M.M. dał uczniom nową zagadkę: kogo też zaprosimy na rekolekcje wielkopostne?

Opisując nasze liceum, dla którego przyszły papież przyjechał do Rabki, nie mogę zapomnieć o uczniach, którzy Go słuchali.

Nasz ogólniak miał znakomitych profesorów, ale i świetnych absolwentów. Do rabczańskiego liceum uczęszczała m.in. Maria Mackiewicz, późniejsza żona prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego — obydwoje zginęli 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem.

Jak dziwnie, z perspektywy obecnej wiedzy o losie Marysi, oglądać teraz jej nazwisko w spokojnym, rzeczowym, optymistycznym i beznamiętnym spisie uczniów, którzy zdawali maturę w 1961 roku! I czytać wywiady, w których wspomina Rabkę, lekcje pianina u pani prof. Krystyny Głuszyńskiej, świetną kadrę profesorską w LO, uwielbianego nie tylko przez młodzież nowoczesnego księdza Malińskiego, co jeździł na skuterze i gromadził tłumy na kazaniach. I jak dziwnie czytać pod koniec tych wspomnień zdania, którymi pani prezydentowa sportretowała siebie:

„Czy jestem szczęśliwa? W pewnym stopniu tak. Mam oddanego męża, córkę, wnuczki. Kochamy się i to jest najważniejsze. A życie mam na pewno niezwykle ciekawe. Co się zdarzy za pięć, dziesięć, piętnaście lat? Nie zastanawiam się nad tym, nigdy nie miałam dalekosiężnych planów. Wierzę, że spotka mnie wiele dobrego”.

W Rabce, prócz Marii Kaczyńskiej, uczyli się też były wicemarszałek Sejmu Aleksander Małachowski, profesorowie Stanisław Mlekodaj, Jerzy Regulski, Bogdan Węglorz, Zbigniew Radwański, Wacław Przybyło. Z tutejszego liceum wywodzą się astronom Barbara Kołaczek; reżyserka i laureatka festiwali filmowych Jadwiga Żukowska; zdobywca Mount Everestu i organizator polskich wypraw na Koronę Himalajów Andrzej Zawada. I wielu innych.

Tu również były prezydent Krakowa, niedawno zmarły prof. Jacek Woźniakowski, podziwiał lekcje historii autorstwa mojej Mamy, mgr Marii Holejko, absolwentki Uniwersytetu Warszawskiego.

— Uczyła po mistrzowsku, z niespotykanym talentem i wdziękiem — wspominał w rozmowie ze mną.

Zastanawiam się, co jest takiego w ludziach tu wykształconych, że dźwięk słowa „Rabka” powleka ich twarz rzewnym, jakby zdalnie przez góry sterowanym uśmiechem? „Turbaczu, Turbaczu, cóżeś tak osowiał, czy cię mgły obsiadły, czy cię wicher owiał?” — śpiewają górale. I jest w tym uśmiechu nostalgia za młodością, jak w wierszu Tuwima:

Szkoło! Szkoło!

Gdy cię wspominam,

Tęsknota w serce się wgryza,

Oczy mam pełne łez!

... Galia est omnis divisa

In partes tres...

W lipcu 2012 roku umarł kolejny absolwent naszego liceum: mój brat Krzysztof Holejko. Był profesorem Politechniki Warszawskiej, autorem wielu patentów i wynalazków. Poważny naukowiec, skromny człowiek. Mówił, że życie ma spełnione i gdyby nie tragiczna utrata syna Rafała — szczęśliwe.

Góry niosły mu doznanie przestrzeni i wolności. Wychował się w Rabce.

Ktoś powiedział, że wszystkie ognie wypalają się z wolna.

A co z naszą klasą? Jej także chciałabym poświęcić kilka słów.

Niedawno Marysia Malewska i Danka Stróżyńska zostawiły vacat na liście obecności. Adam Klebanowski to dziś inżynier w Australii, wciąż aktywny zawodowo i „w drodze” do Ojczyzny. Wszystko i wszystkich pamięta i pozdrawia w e-mailach, które wymieniamy. Mój „bliźniak”, mówiąc nawiasem. Bo chodziliśmy do tej samej klasy, Adam i Ewa w tym samym dniu urodzeni!

Mój Brat Krzysztof Holejko (fot. z archiwum Danuty Holejko)

I