Rejs ku miłości - Julia Quinn - ebook
Opis

Ona znalazła się w nieodpowiednim miejscu…
On znalazł ją w nieodpowiednim czasie...
Czy dwa fatalne zbiegi okoliczności mogą dać jeden ideał?
Pełna temperamentu panna Poppy Bridgerton poślubi tylko mężczyznę interesującego, inteligentnego i żądnego przygód, jak ona sama.
Niestety w londyńskich salonach jeszcze takiego nie spotkała. I oto podczas wizyty nad morzem natrafia na kryjówkę przemytników.
Lecz rozkoszny dreszczyk emocji przeradza się w przerażenie, gdy Poppy zostaje porwana przez piratów i dostarczona na pokład ich okrętu – wprost do kajuty kapitana…
Kapitan Andrew Rokesby od początku wie, że piękna dziewczyna w jego kajucie oznacza kłopoty. Nie przeczuwa jednak, że rozpoczyna rejs pełen przygód i niespodzianek. Zwłaszcza że oboje nie mogą wyjawić sobie całej prawdy…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 394

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Barbara Cywińska

Hanna Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Kateryna Yakovlieva/Shutterstock

Tytuł oryginału

The Other Miss Bridgerton

Copyright © 2018 by Julie Cotler Pottinger

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2019 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6965-8

Warszawa 2019. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja

Dla Emily.

Kiedy mówię, że nie zdołałabym tego zrobić bez Ciebie, rozumiem to dosłownie.

A

1

Wczesne lato 1786

Jak na młodą kobietę, która dorastała na wyspie, a dokładnie w Somerset, Poppy Bridgerton bardzo mało czasu spędziła na wybrzeżu.

Woda nie była jej obca. W pobliżu rodzinnego domu znajdowało się jezioro, a rodzice Poppy pragnęli, by wszystkie ich dzieci nauczyły się pływać. Czy też, dokładniej, by nauczyli się pływać wszyscy ich synowie. Poppy, jedynej dziewczynce w tej wesołej gromadzie, nie spodobało się, że w razie morskiej katastrofy będzie jedyną spośród Bridgertonów, która pójdzie na dno, i poinformowała o tym rodziców – w tych właśnie słowach – na chwilę przed tym, jak pomaszerowała wraz z czterema braćmi na brzeg i rzuciła się do wody.

Pływać nauczyła się wcześniej niż trzej z nich (nie w porządku było porównywać ją z najstarszym – to oczywiste, że był pierwszy) i do dziś była, swoim zdaniem, najlepszą pływaczką w rodzinie. Fakt, że osiągnęła to w równej mierze za sprawą naturalnych zdolności, jak i przekory, nie miał żadnego znaczenia. Ważne było, że nauczyła się pływać. Dokonałaby tego, nawet gdyby rodzice nie kazali jej tamtego dnia czekać cierpliwie na trawie.

Prawdopodobnie.

Dzisiaj jednak nie miała w planach pływania. To był ocean, a w każdym razie kanał, i zimna, nieprzyjazna woda w niczym nie przypominała tamtego łagodnego jeziora. Poppy mogła być przekorna, ale nie była głupia. A że była też zupełnie sama, niczego nie musiała nikomu udowadniać.

Poza tym zbyt dobrze się bawiła, zwiedzając tę plażę. Miękki piasek pod stopami, smak soli w morskim powietrzu – to wszystko było dla niej tak egzotyczne jak czarne serce Afryki, gdyby się w nim nagle znalazła.

No, może jednak nie, pomyślała, skubiąc zabrany na tę wycieczkę kawałek angielskiego sera, którego smak dobrze znała. Jakby jednak na to nie patrzeć, miejsce było dla niej nowe, nieznane, i tylko to się liczyło.

Zwłaszcza że cała reszta jej życia znowu pozostała taka sama jak do tej pory.

Był już prawie lipiec i drugi sezon Poppy – spędzony dzięki arystokratycznej ciotce, lady Bridgerton, w Londynie – właśnie dobiegł końca. Poppy zakończyła go tak samo, jak go zaczynała: niezamężna i z nikim niezaręczona.

I trochę znudzona.

Mogła była pozostać wśród londyńskiej śmietanki towarzyskiej jeszcze trochę, w nadziei, że spotka kogoś, kogo dotychczas nie poznała (raczej nieprawdopodobne). Mogła była przyjąć zaproszenie ciotki na wieś, do Kent, licząc, że naprawdę spodoba jej się któryś z dżentelmenów stanu wolnego, przypadkiem zaproszonych na kolację (jeszcze bardziej nieprawdopodobne). Jednak musiałaby wówczas zaciskać zęby i trzymać język na wodzy, gdyby cioteczka zaczęła dopytywać, co było nie tak z wybranym przez nią ostatnim kandydatem (zupełnie niewykonalne).

Kandydaci ciotki dzielili się na nudnych i nudniejszych; na szczęście Poppy została wybawiona przez przyjaciółkę z dziecinnych lat, Elizabeth, która przeniosła się do Charmouth kilka lat wcześniej wraz z mężem, przemiłym erudytą George’em Armitage’em.

George został właśnie wezwany do Northumberland w niecierpiących zwłoki sprawach rodzinnych, których szczegółów Poppy nie zdołała dotąd pojąć, a Elizabeth, w szóstym miesiącu ciąży, tkwiła samotnie w ich nadmorskim domu. Znudzona bezczynnością zaprosiła Poppy do siebie na dłuższy pobyt, a Poppy z radością jej zaproszenie przyjęła. Przyjaciółki razem, tak samo jak za dawnych lat.

Poppy wrzuciła do ust kolejny kawałek sera. Prawie tak samo, biorąc pod uwagę wielki brzuch Elizabeth. To było nowe.

Oznaczało to też, że Elizabeth nie mogła towarzyszyć jej podczas codziennych wypraw na brzeg morza, choć to akurat nie miało większego znaczenia. Poppy nie uchodziła za nieśmiałą i wiedziała o tym, jednak – choć rozmowna – dość lubiła własne towarzystwo. A po kilku miesiącach rozmów o niczym w Londynie miło było przewietrzyć głowę ostrym morskim powietrzem.

Każdego dnia starała się wybierać inną drogę i była zachwycona odkryciem małego labiryntu grot w połowie drogi między Charmouth i Lyme Regis, w miejscu, gdzie spienione fale uderzały o brzeg. Podczas przypływu większość z nich wypełniała woda, ale Poppy poznała już trochę okolicę i była pewna, że muszą być i takie, których morze nie sięgało. Postanowiła, że musi odnaleźć choć jedną.

Tylko dlatego, że było to wyzwanie, oczywiście. Nie, żeby potrzebowała do czegokolwiek zawsze suchej groty w Charmouth, w Dorset, w Anglii.

W Wielkiej Brytanii, w Europie, na świecie.

Każdy jednak powinien podjąć wyzwanie, gdziekolwiek nadarza się po temu okazja, a ona była akurat w Charmouth, w Dorset, w Anglii, co wydawało jej się teraz bardzo maleńkim zakątkiem świata.

Dokończyła lunch i mrużąc oczy, spojrzała na skały. Słońce miała za plecami, ale dzień był tak jasny, że żałowała, że nie ma parasolki albo przynajmniej rozłożystego, rzucającego cień drzewa gdzieś w pobliżu. Było też cudownie ciepło. Poppy zostawiła płaszcz w domu i nawet cieniutka chusteczka, która miała chronić dekolt przed słońcem, zaczynała grzać i drażnić jej skórę.

Poppy nie miała jednak zamiaru wracać do domu. Nigdy dotąd nie zawędrowała tak daleko, a tym razem udało jej się to tylko dlatego, że przekonała pulchną pokojówkę Elizabeth, przydzieloną jej w charakterze przyzwoitki, by jednak została w miasteczku.

– Pomyśl o tym, jak o dodatkowym wolnym popołudniu – powiedziała do niej ze zwycięskim uśmiechem.

– Sama nie wiem. – Mary spoglądała na nią z powątpiewaniem. – Pani Armitage powiedziała mi jasno, że…

– Pani Armitage nie myślała jasno ani przez chwilę, odkąd odkryła, że spodziewa się dziecka – przerwała jej Poppy, w duchu prosząc Elizabeth o wybaczenie. – Jest tak w przypadku wszystkich kobiet, jak słyszałam – dodała, żeby oderwać Mary od tematu, to znaczy towarzystwa przyzwoitki na spacerze bądź jego braku.

– Oj, co prawda, to prawda – odparła Mary, lekko przekrzywiając głowę. – Kiedy żona mojego brata spodziewała się swoich chłopców nie usłyszałam od niej jednego słowa do rzeczy, mówię panience.

– W tym właśnie rzecz! – wykrzyknęła Poppy. – Elizabeth wie, że świetnie sama sobie poradzę. Nie jestem w końcu dzierlatką. Od zawsze na półce, jak to powiadają.

Mary już chciała ją pocieszyć, że to na pewno nieprawda, ale Poppy dodała szybko:

– Przespaceruję się tylko brzegiem morza. Wiesz przecież; wczoraj ze mną byłaś.

– I przedwczoraj – powiedziała Mary z westchnieniem.

Kolejna forsowna przechadzka wyraźnie nie wzbudzała jej entuzjazmu.

– I przedprzedwczoraj – zauważyła Poppy. – I każdego dnia w ubiegłym tygodniu, jeśli się nie mylę?

Mary ponuro pokiwała głową.

Poppy nie pozwoliła sobie na uśmiech. Była na to zdecydowanie zbyt mądra. Sukces czekał tuż za zakrętem.

Dosłownie.

– Proszę – powiedziała, ciągnąc lekko pokojówkę w stronę przytulnej herbaciarni. – Może usiądziesz i odpoczniesz sobie tutaj? Bóg jeden wie, że na to zasłużyłaś. Omal cię nie zamęczyłam, prawda?

– Zawsze była pani dla mnie bardzo miła, panno Bridgerton – odparła szybko Mary.

– Miła i męcząca – powiedziała Poppy i poklepała dłoń Mary, a potem otworzyła drzwi herbaciarni. – Tak ciężko pracujesz. Zasłużyłaś na chwilę dla siebie.

Poppy zapłaciła za dzbanek herbaty i talerz ciastek, a potem uciekła – z dwoma ze wspomnianych ciastek w kieszeni – i teraz cieszyła się cudowną, błogosławioną samotnością.

Gdyby jeszcze istniały damskie trzewiczki nadające się do wspinania się na skały. Małe pantofelki Poppy były najrozsądniejszym obuwiem szytym dla kobiet, ale pod względem trwałości nie mogły się równać z tym, co mieli w swojej garderobie jej bracia. Szła więc z wielką ostrożnością, żeby nie skręcić sobie kostki. Do tej części plaży docierało niewielu ludzi, więc gdyby zrobiła sobie krzywdę, Bóg tylko jeden wie, kiedy ktoś by ją tu odnalazł.

Szła i pogwizdywała, ciesząc się okazją do tak złego zachowania (czyż mama nie byłaby przerażona, gdyby o tym usłyszała?!), a potem postanowiła pójść w swej przestępczej działalności dalej i zmieniła pogwizdywaną melodię na piosnkę, której słowa nie nadawały się dla kobiecych uszu.

– „A barmanka ze mną, och, lalala, aż do ranka…” – śpiewała wesoło. – „Aż do ranka…” A co to?

Zatrzymała się, patrząc na dziwną formację skalną po prawej stronie. Grota. Na pewno. I to położona tak daleko od morza, że woda nie zalewa jej nawet podczas przypływu.

– Moja kryjówka, przyjaciele – wymruczała i mrugnęła do siebie, zmieniając kierunek. Miejsce wydawało się idealne dla pirata, dość daleko od bitego traktu. Wejście do groty zasłaniały trzy wielkie głazy, doprawdy, zakrawało na cud, że w ogóle je dostrzegła.

Poppy wcisnęła się między głazy – z roztargnieniem zauważyła, że jeden z nich nie był tak potężny, jak jej się z początku wydawało – po czym weszła do jaskini. Powinnam była wziąć latarnię, pomyślała, czekając, aż oczy przyzwyczają się do ciemności, choć Elizabeth oczywiście chciałaby wiedzieć, po co jej latarnia. Trudno byłoby to wyjaśnić, biorąc pod uwagę, że wybierała się na plażę w samym środku dnia.

Poppy zrobiła kilka małych kroczków, badając grunt przed sobą czubkami bucików. Szukała nierówności, których nie mogła w mroku zobaczyć. Nie była tego pewna, ale grota wydawała się ciągnąć jeszcze daleko od miejsca, do którego docierało światło dnia. Poppy szła śmiało przed siebie, podekscytowana swoim odkryciem, powoli przesuwając się w gąb… powoli… powoli… aż nagle…

– Au! – krzyknęła i skrzywiła się, uderzając ręką w coś twardego i prawdopodobnie drewnianego.

– Au – powtórzyła, rozcierając bolące miejsce drugą ręką. – Au, au, au. To chyba…

Urwała. Nie wiedziała, w co trafiła ręką, ale na pewno nie było to naturalne skalne wypiętrzenie. Miała wrażenie, że jest to raczej szorstki róg prostej drewnianej skrzyni.

Bardzo ostrożnie wyciągnęła przed siebie dłoń, aż znowu – tym razem delikatnie – dotknęła płaskiej drewnianej deski. Była to skrzynia, bez wątpienia.

Poppy zaśmiała się cicho z radości. Co też tu znalazła? Skarb piratów? A może łup przemytników? W grocie czuć było stęchlizną, wydawała się nieużywana, więc czy była to skrzynia, czy nie, musiała tkwić tu od wieków.

– Przygotować się na skarb. – Poppy ze śmiechem zasalutowała w ciemności. Szybko przekonała się, że skrzynia jest zbyt ciężka, by mogła ją podnieść, przesunęła więc dłonią wzdłuż krawędzi, zdecydowana spróbować ją otworzyć. A niech to. Była zabita gwoździami. Będzie musiała tu wrócić, choć nie miała pojęcia, jak wyjaśni, do czego potrzebuje latarni i łomu.

Chociaż…

Przekrzywiła głowę. Jeśli w tej części jaskini jest skrzynia – a właściwie dwie, jedna na drugiej – to kto wie, co może kryć się w głębi?

Ruszyła w mrok, wyciągając przed siebie ramiona. Nic. Ciągle nic… nic…

– Uważaj!

Poppy zmartwiała.

– Kapitan cię zabije, jeśli ją upuścisz.

Poppy wstrzymała oddech. Niemal osłabła z ulgi, kiedy zdała sobie sprawę, że szorstki męski głos nie mówi do niej.

Ulgę jednak natychmiast zastąpiło przerażenie. Powoli przyciągnęła ręce do siebie i ciasno objęła się ramionami.

Nie była tu sama.

Z niezwykłą ostrożnością przesunęła się tak daleko za skrzynie, jak tylko mogła. Było ciemno, a ona zachowywała się cicho, więc ktokolwiek tu był, jej nie zauważy, jeśli tylko nie ma…

– Zapalisz wreszcie tę cholerną latarnię?

Jeśli tylko nie ma latarni.

Błysnął płomień, oświetlając tylną część jaskini. Poppy zmarszczyła czoło. Czy ci mężczyźni weszli tu z drugiej strony? Ale jak? Dokąd ciągnie się ta grota?

– Nie mamy wiele czasu – powiedział jeden z nich. – Rusz się i pomóż mi szukać.

– A co z resztą?

– Będzie tu bezpieczna do naszego powrotu. To i tak już ostatni raz.

Drugi z mężczyzn zaczął się śmiać.

– Przynajmniej tak mówi kapitan.

– Tym razem mówi poważnie.

– On nigdy nie przestanie tego robić.

– Cóż, nawet jeśli on nie, ja na pewno przestanę. – Mężczyzna stęknął z wysiłku i dorzucił: – Jestem już na to za stary.

– Ty przesunąłeś ten głaz przed wejściem? – spytał pierwszy z mężczyzn i wypuścił powietrze z płuc, stawiając coś na ziemi.

To dlatego musiała przeciskać się między głazami. Zastanawiała się właśnie, jak taka wielka skrzynia zmieściła się w tak wąskim otworze.

– Wczoraj – padła odpowiedź. – Z Billym.

– Tym chudym smarkaczem?

– Yhm. Ma już chyba ze trzynaście lat.

– Nie gadaj!

Dobry Boże, pomyślała Poppy. Siedziała w jaskini z przemytnikami – może nawet piratami! – którzy plotkowali jak dwie starsze panie.

– Co jeszcze mamy stąd zabrać? – spytał niższy z dwóch głosów.

– Kapitan mówi, że nie wypłynie bez tej skrzynki brandy.

Poppy miała wrażenie, że cała krew odpływa z jej ciała. Skrzynki?

Drugi z mężczyzn roześmiał się.

– Na sprzedaż, czy do picia?

– Jedno i drugie jak sądzę.

Znowu śmiech.

– Lepiej w takim razie, żeby się podzielił.

Poppy gorączkowo rozejrzała się dookoła. Trochę światła z latarni padało w jej kierunku, widziała więc swoje najbliższe otoczenie. Gdzie, do diabła, miałaby się ukryć? Dostrzegła niewielkie wgłębienie w ścianie jaskini, w które mogłaby się wcisnąć, ale ci dwaj musieliby być ślepi, żeby jej nie zauważyć.

Tak czy inaczej, było to lepsze, niż jej obecne miejsce. Poppy cofnęła się niezdarnie i zwinęła w kłębek tak ciasno, jak tylko potrafiła. Podziękowała przy tym Stwórcy za to, że nie włożyła rano żółtej sukni, jednocześnie posyłając do nieba pierwszą od miesięcy szczerą modlitwę.

Proszę, proszę, proszę.

Stanę się lepszym człowiekiem.

Będę słuchała matki.

Będę słuchała nawet w kościele.

Proszę, pro…

– Jezusie, Maryjo i Józefie!

Poppy powoli podniosła twarz ku górującemu nad nią mężczyźnie.

– A niech to – mruknęła.

– Kim jesteś? – zapytał mężczyzna, przysuwając latarnię bliżej jej twarzy.

– A ty? – odpaliła Poppy, zanim dotarło do niej, że taka retorta w jej sytuacji nie była zbyt rozsądna.

– Green! – ryknął mężczyzna.

Poppy zamrugała.

– Green!

– Co? – odburknął drugi mężczyzna, który najwyraźniej nazywał się Green.

– Tu jest dziewczyna!

– Co?

– Tutaj. Jest tu dziewczyna.

Green podbiegł do nich.

– Co to za jedna, do diaska? – spytał.

– Nie wiem – odparł ten pierwszy niecierpliwie. – Nie powiedziała.

Green pochylił się i przybliżył do niej swoją ogorzałą twarz.

– Kto ty jesteś?

Poppy milczała. Rzadko zdarzało jej się trzymać język za zębami, teraz jednak poczuła, że to dobry moment, by zacząć.

– Kto ty jesteś? – powtórzył Green, tym razem niemal z jękiem.

– Nikt – odparła Poppy. Fakt, że mężczyzna wydawał się raczej znużony niż rozgniewany, dodał jej trochę odwagi. – Byłam na spacerze. Nie będę wam przeszkadzała. Po prostu sobie pójdę i nikt się nigdy nie dowie…

– Ja już wiem – powiedział Green.

– I ja też, jeśli już o tym mowa – dorzucił jego towarzysz.

– Nie pisnę nawet słówka – zapewniła ich Poppy. – Nie wiem nawet, co…

– Niech to diabli! – zaklął Green. – Niech to wszyscy diabli!

Poppy gorączkowo przenosiła wzrok z jednego mężczyzny na drugiego, próbując ocenić, czy powinna wtrącić się do rozmowy. Trudno było zorientować się, w jakim byli wieku; obaj mieli ogorzałe twarze ludzi, którzy spędzają zbyt wiele czasu na słońcu i wietrze. Ubrani byli prosto, w podniszczone robocze koszule i spodnie wpuszczone w wysokie buty, jakie wkładają mężczyźni, kiedy wiedzą, że mogą zamoczyć nogi.

– A niech to diabli! – powtórzył Green. – Jeszcze tylko tego dzisiaj brakowało!

– Co my z nią zrobimy? – spytał drugi mężczyzna.

– Nie wiem. Nie możemy jej tu zostawić.

Umilkli obaj, wpatrując się w nią tak, jakby była największym ciężarem na świecie, który czeka tylko, żeby zwalić się na ich barki.

– Kapitan nas zabije – westchnął w końcu Green.

– To nie nasza wina.

– Sądzę, że to jego musimy spytać, co z nią zrobić – powiedział Green.

– Nie wiem, gdzie on jest – odparł jego towarzysz. – A ty?

Green pokręcił głową.

– Na statku go nie ma?

– Nie. Powiedział, że spotka się z nami w doku na godzinę przed wypłynięciem. Miał jeszcze jakąś sprawę do załatwienia.

– Niech to diabli.

Poppy usłyszała tu więcej o diabłach niż kiedykolwiek, jednak podzielenie się tą informacją z tą dwójką niewiele by jej dało.

Green westchnął i przymknął oczy z wyrazem, który można było określić tylko jako głęboką rozpacz.

– Nie mamy wyboru – powiedział. – Musimy ją zabrać.

– Co?! – krzyknęła piskliwie Poppy.

– Dobry Boże – burknął Green, zasłaniając uszy. – Czy to wyszło z twoich ust? – Znowu westchnął z bólem. – Za stary jestem na takie rzeczy.

– Nie możemy jej zabrać! – zaprotestował ten drugi.

– Posłuchaj go – wtrąciła Poppy. – Jest bardzo inteligentny.

Przyjaciel Greena wyprostował się i rozpromienił.

– Moje nazwisko: Brown – przedstawił się, uprzejmie pochylając głowę.

– Uch, no cóż, bardzo mi przyjemnie – odparła Poppy, zastanawiając się, czy powinna podać mu rękę.

– Myślisz, że ja chcę ją zabierać? – rzucił Green. – Na statku kobieta zawsze przynosi pecha, a już zwłaszcza taka.

Poppy otworzyła usta, słysząc tę zniewagę.

– Cóż… – zaczęła, ale Brown jej przerwał.

– A co z nią niby nie tak? – zapytał. – Powiedziała, że jestem inteligentny.

– Co tylko dowodzi, że ona taka nie jest. Poza tym ona gada.

– Tak jak i ty – odpaliła Poppy.

– Widzisz? – mruknął Green.

– Nie jest taka zła – powiedział Brown.

– Przed chwilą mówiłeś, że nie chcesz jej na statku!

– Bo nie chcę, ale…

– Nie ma nic gorszego niż gadatliwa baba – burknął Green.

– Jest wiele gorszych rzeczy – zaprzeczyła Poppy. – I masz wielkie szczęście, jeśli dotąd żadnej z nich nie doświadczyłeś.

Green patrzył na nią przez chwilę. Tylko patrzył. Potem jęknął:

– Kapitan nas zabije.

– Nie, jeśli nie zabierzecie mnie ze sobą – powiedziała szybko Poppy. – Nigdy się nie dowie.

– Dowie się – odparł Green złowieszczo. – On zawsze wszystko wie.

Poppy zagryzła wargę, rozważając swoje możliwości. Wiedziała, że nie biega dość szybko, by mogła im uciec, a poza tym Green zagradzał jej drogę do wyjścia. Pewnie mogłaby się rozpłakać w nadziei, że łzy przemówią do łagodniejszej części ich serc, ale tak naprawdę nie wiedziała, czy ich serca taką część mają.

Spojrzała na Greena i uśmiechnęła się z wahaniem, żeby wybadać grunt.

Green zignorował ją i odwrócił się do przyjaciela.

– Która jest go… – Urwał. Browna nie było. – Brown! – ryknął. – Gdzieś ty polazł, do diaska?

Głowa Browna wychynęła zza stosu kufrów.

– Tylko po sznur.

Sznur? Poppy nagle zaschło w gardle.

– Dobrze – mruknął pod nosem Green.

– Nie chcesz mnie chyba związać? – powiedziała Poppy; najwyraźniej nie zaschło jej w gardle na tyle, by nie mogła mówić.

– Nie żebym chciał – odparł – ale muszę to zrobić, tak czy inaczej, więc lepiej nie utrudniajmy sobie tego nawzajem, dobrze?

– Z pewnością rozumiesz, że nie pozwolę się skrępować bez walki?

– Miałem nadzieję, że jednak pozwolisz.

– Cóż, możesz sobie mieć nadzieję, mój panie, ponieważ ja…

– Brown! – ryknął Green.

Z taką siłą, że Poppy zamknęła usta.

– Mam sznur! – odkrzyknął Brown.

– Dobra. Weź jeszcze parę rzeczy.

– Jakich rzeczy? – spytał Brown.

– Właśnie – wtórowała mu Poppy nerwowo. – Jakich rzeczy?

– Innych – odparł Green niecierpliwie. – Wiesz, o czym mówię. I szmatę.

– A, inne rzeczy! – zawołał Brown. – Się robi.

– Jakich innych rzeczy? – nie dawała za wygraną Poppy.

– Nie chcesz wiedzieć – odpowiedział Green.

– Zapewniam cię, że chcę – powiedziała Poppy, choć zaczynała już przypuszczać, że może istotnie nie chce.

– Mówiłaś, że nie poddasz się bez walki – wyjaśnił.

– Tak, ale co to ma do…

– Pamiętasz, jak powiedziałem, że jestem już za stary na takie rzeczy?

Skinęła głową.

– Cóż, te rzeczy to między innymi walka.

Wrócił Brown, ściskając w ręce zieloną butelkę, która kojarzyła się mgliście z lekarstwami.

– Proszę – powiedział, wręczając ją Greenowi.

– Nie, żebym sobie z tobą nie poradził – wyjaśnił Green i otworzył butelkę. – Ale czemu? Czemu sobie tego trochę nie ułatwić?

Poppy nie miała na to odpowiedzi.

– Chcesz mnie zmusić, żebym to wypiła? – wyszeptała. Zawartość butelki miała ohydny zapach.

Green pokręcił głową.

– Masz szmatę? – spytał Browna.

– Niestety.

Green znowu jęknął ze znużeniem i zerknął na lniane fichu, wypełniające dekolt sukienki Poppy.

– Będziemy musieli użyć tej chusteczki – powiedział do Poppy. – Nie ruszaj się.

– Co ty robisz?! – krzyknęła Poppy, odskakując w tył, kiedy wyszarpnął chusteczkę z jej dekoltu.

– Przepraszam – powiedział, co, o dziwo, zabrzmiało szczerze.

– Nie rób tego – wydyszała Poppy, starając się oddalić od niego tak bardzo, jak tylko było to możliwe.

Czyli nie bardzo, bo plecami już dotykała ściany jaskini. Teraz mogła już tylko patrzeć w przerażeniu, jak Green wylewa na cieniutką lnianą chusteczkę sporo płynu z zielonej butelki. Tkanina nasączyła się szybko i kilka kropli spadło na wilgotną ziemię.

– Musisz ją przytrzymać – powiedział Green do Browna.

– Nie – wyszeptała Poppy, kiedy Brown objął ją mocno ramionami. – Nie.

– Przykro mi – odparł Brown, i to też zabrzmiało tak, jakby naprawdę było mu przykro.

Green zgniótł chusteczkę w kulę i przytknął do jej ust. Poppy zakrztusiła się, wciągając w płuca obrzydliwy smród.

A potem cały świat nagle zniknął.

2

Andrew Rokesby przechadzał się po pokładzie „Infinity”. Była to ostatnia inspekcja statku przed podniesieniem żagli dokładnie o czwartej po południu. Wydawało się, że wszystko jest w porządku, od dzioba po rufę; stawiła się też już cała załoga – poza Greenem i Brownem – świetnie przygotowana do czekającej ich podróży.

– Pinsley! – zawołał Andrew, podnosząc głowę ku młodemu chłopakowi, który zajmował się takielunkiem.

– Tak, sir! – odkrzyknął z góry Pinsley. – O co chodzi?!

– Widziałeś gdzieś Greena i Browna? Wysłałem ich jakiś czas temu po zapasy.

– Zapasy, sir? – Pinsley uśmiechnął się bezczelnie. Wszyscy wiedzieli, po jakie zapasy Andrew naprawdę wysłał Greena i Browna.

– Wystarczy, że koło się lekko przechyli, a zawiśniesz na palcach – ostrzegł go Andrew.

– Są na dole, sir – powiedział z uśmiechem Pinsley. – Widziałem ich jakiś kwadrans temu.

– Na dole? – powtórzył Andrew, kręcąc głową. Brown i Green mieli swoją robotę do zrobienia; nie było powodu, żeby mieli być na dole.

Pinsley wzruszył ramionami, a w każdym razie Andrew odniósł takie wrażenie. Pewności nie miał, bo słońce świeciło mu w oczy.

– Nieśli worek – powiedział Pinsley.

– Worek? – powtórzył jak echo Andrew. Posłał ich po skrzynkę brandy. Każdy ma swoje słabości, a jego słabością były kobiety na lądzie, a brandy na morzu. Wypijał szklaneczkę każdego wieczoru po kolacji. Starał się prowadzić cywilizowane życie, przynajmniej na tyle, na ile mu to odpowiadało.

– Wyglądał na bardzo ciężki – dodał Pinsley.

– Brandy w worku – mruknął Andrew. – Madre de Dios, pewnie zostały już tylko skorupy i zapach. – Zerknął na Pinsleya, który zajmował się linami, a potem odwrócił się w stronę wąskich schodków prowadzących w dół.

Miał zwyczaj zamienić kilka słów z każdym z członków swojej załogi, nawet najniższym rangą, zanim wypłyną z portu. Dzięki temu miał pewność, że każdy zna swoją rolę w rejsie, a ludzie cenili sobie ten wyraz szacunku. Załoga była niewielka, ale niezwykle lojalna. Każdy z tych marynarzy oddałby za niego życie, Andrew o tym wiedział. Ale było tak dlatego, że każdy z nich wiedział, że kapitan zrobiłby dla nich to samo.

Andrew był niekwestionowanym dowódcą i na pokładzie nie było nikogo, kto ośmieliłby się sprzeciwić jego rozkazom – ale znowu, na pokładzie nie było też nikogo, kto chciałby to zrobić.

– Sir!

Andrew obejrzał się za siebie. Był to Green, który najwyraźniej wszedł drugimi schodkami.

– A, tu jesteś – powiedział Andrew i pokazał mu, by za nim poszedł. Green był najstarszym członkiem jego załogi; dołączył jeden dzień wcześniej niż Brown. Od tego czasu byli jak para starych plotkarek.

– Sir! – zawołał znowu Green, podbiegając, żeby się z nim zrównać.

– Nie zatrzymuj się i mów – rzucił Andrew, odwracając się do niego plecami i idąc w stronę swojej kabiny. – Muszę jeszcze zabezpieczyć parę rzeczy u siebie.

– Ale, sir, muszę właśnie powiedzieć panu…

– I co, do diaska, stało się z moją brandy? – spytał Andrew, wskazując na schodki po dwa stopnie naraz. – Pisnsley mówił, że weszliście na pokład z jakimś workiem. Workiem – powtórzył, kręcąc głową.

– Zgadza się – potwierdził Green, wydając przy tym dziwny dźwięk.

Andrew odwrócił się do niego.

– Coś ci jest?

Green przełknął głośno.

– Rzecz w tym, że…

– Przełknąłeś?

– Nie, sir, tylko…

Andrew ruszył, wracając do swoich spraw.

– Powinieneś iść z tym gardłem do Flandersa. Ma jakiś płyn na takie rzeczy, obrzydliwy w smaku, ale działa, sprawdziłem na sobie.

– Sir – powiedział Green, spiesząc za nim korytarzykiem.

– Brown jest na pokładzie? – spytał Andrew, chwytając za klamkę swojej kabiny.

– Tak, sir… ale, sir…

– Dobrze, w takim razie możemy wypłynąć zgodnie z planem.

– Sir! – niemal krzyknął Green, wpychając się między Andrew a drzwi.

– O co chodzi, Green? – spytał Andrew, powściągając zniecierpliwienie.

Green otworzył usta, ale cokolwiek chciał powiedzieć, najwyraźniej nie wiedział, jak to ubrać w słowa.

Andrew wsunął ręce pod pachy Greena, podniósł go i przestawił na bok.

– Zanim pan tam wejdzie… – zaczął zduszonym głosem Green.

Andrew pchnął drzwi.

I zobaczył leżącą na koi kobietę. Była związana i zakneblowana, a z jej oczu strzelałyby płomienie, gdyby tylko było to możliwe z anatomicznego punktu widzenia.

Andrew patrzył na nią przez całą sekundę, w czasie której zdążył zauważyć, że miała gęste kasztanowe włosy i zielono-brązowe oczy. Potem przesunął wzrok niżej – była w końcu kobietą – i uśmiechnął się.

– Prezent? – mruknął. – Dla mnie?

Poppy postanowiła, że jeśli wyjdzie z tego żywa, wybije wszystkich mężczyzn na tym statku co do nogi.

Zaczynając od Greena.

Nie, od Browna.

Nie, zdecydowanie od Greena. Brown może by ją wypuścił, gdyby zdołała z nim porozmawiać, ale Green zasłużył sobie na atak ospy; on i cała jego rodzina.

Do ostatniego jego potomka.

Hm. To jednak wymagało założenia, że znalazłaby się kobieta, gotowa wydać jego potomstwo na świat, a w to Poppy szczerze wątpiła. Prawdę mówiąc, pomyślała złośliwie, posiadanie przez niego potomstwa byłoby w ogóle niemożliwe, gdyby tylko udało się dostać go w swoje ręce. Czterej bracia potrafią nauczyć kobietę sporo o tym, jak walczyć nieczysto, więc gdyby tylko zdołała rozwiązać kostki, zaraz wpakowałaby mu kolano prosto w…

Skrzyp.

Podniosła oczy. Ktoś wchodził do kajuty.

– Zanim pan tam wejdzie… – usłyszała znajomy głos.

Drzwi się otworzyły, ukazując jednak nie Greena i nie Browna, ale mężczyznę przynajmniej dekadę młodszego i tak przystojnego, że Poppy na pewno otworzyłaby z wrażenia usta, gdyby nie była akurat zakneblowana.

Miał brązowe, wyzłocone słońcem włosy, związane w diabelski ogon z tyłu głowy. Jego twarz była po prostu piękna – pełne, ładnie wykrojone usta o kącikach uniesionych teraz w lekkim uśmiechu nadawały mu figlarny wyraz. A oczy miał tak bardzo, tak niesamowicie niebieskie, że widziała ich kolor z drugiego końca kajuty.

Oczy te przesunęły się powoli wzdłuż jej ciała, od głowy aż do stóp i z powrotem. Poppy po raz pierwszy w życiu została poddana tak obcesowym oględzinom, więc – niech to wszyscy diabli – poczuła, jak oblewa się pąsem.

– Prezent? – wymruczał mężczyzna, a kąciki jego ust uniosły się jeszcze ciut wyżej. – Dla mnie?

– Mmmph grrmph szmmmph! – wydała z siebie Poppy, napinając więzy.

– Uch, więc właśnie o tym próbowałem panu powiedzieć, sir – odezwał się Green, wsuwając się do kajuty za tajemniczym nieznajomym.

– O tym? – wymruczał mężczyzna, głosem miękkim jak jedwab.

– O niej – poprawił się Green, i to jedno słowo zawisło ciężko w powietrzu, jakby Poppy była jakimś skrzyżowaniem Krwawej Mary z Meduzą.

Poppy wbiła w niego rozwścieczony wzrok i zawarczała.

– No, no. – Mężczyzna uniósł jedną brew. – Naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Nie w moim typie, ale na swój sposób ujmująca.

Poppy przyglądała mu się czujnie, kiedy wchodził w głąb kajuty. Wypowiedział zaledwie kilka słów, ale od razu zrozumiała, że nie był zwykłym marynarzem, niskiego urodzenia. Mówił jak arystokrata, i tak też się poruszał. Znała takich jak on. Od dwóch lat starała się (choć nie za bardzo) wyjść za kogoś takiego za mąż.

Mężczyzna odwrócił się do Greena.

– Leży na moim łóżku z jakiegoś konkretnego powodu?

– Znalazła grotę, kapitanie.

– Szukała jej?

– Tego nie wiem, sir. Nie pytałem. Myślę, że zrobiła to przypadkowo.

Kapitan przyglądał jej się z twarzą niemal bez wyrazu, co wytrąciło ją z równowagi, a potem znowu odwrócił się do Greena i spytał:

– Co twoim zdaniem mamy z nią zrobić?

– Nie wiem, kapitanie. Tam nie mogliśmy jej zostawić. W grocie ciągle było pełno łupów z ostatniej wyprawy. Gdybyśmy ją puścili, zaraz by komuś o tym powiedziała.

– Albo zabrałaby to wszystko dla siebie – mruknął kapitan w zamyśleniu.

Poppy żachnęła się na takie pomówienie. Jakby nie miała żadnych zasad i mogła posunąć się do kradzieży.

Kapitan spoglądał na nią spod uniesionej brwi.

– Zdaje się, że ona ma inne zdanie na ten temat – powiedział.

– Tak, ona ma zdanie na wiele tematów – odparł ponuro Green.

– Czyżby?

– Wyjęliśmy jej knebel, kiedy na pana czekaliśmy – wyjaśnił Green. – Ale zaraz wsadziliśmy go jej z powrotem. Minuta nie minęła…

– Aż tak źle było?

Green skinął głową.

– I rękami sprała mnie po głowie.

Poppy wymamrotała coś z satysfakcją.

Kapitan znowu odwrócił się do niej z taką miną, jakby zrobiła na nim wrażenie.

– Trzeba było związać jej ręce z tyłu – powiedział.

– Wolałem jej nie rozwiązywać, żeby to zrobić – mruknął Green, rozcierając sobie skórę na głowie.

Kapitan z namysłem pokiwał głową.

– Nie mieliśmy czasu, żeby opróżnić grotę – ciągnął Green. – A poza tym, wcześniej nikt jej nie znalazł. Jest cenna, nawet kiedy nic w niej nie ma. Kto wie, co jeszcze będziemy w niej ukrywać.

Kapitan wzruszył ramionami.

– Teraz nie ma już żadnej wartości – powiedział, krzyżując potężne ramiona na piersi. – Chyba że ją zabijemy, oczywiście.

Poppy gwałtownie wciągnęła powietrze, wydając przy tym dźwięk, który był dobrze słyszalny mimo knebla.

– Och, nie przejmuj się – rzucił dość nonszalancko. – Nigdy dotąd nie zabiliśmy nikogo, jeśli nie musieliśmy, a już zwłaszcza kobiety. Chociaż – dodał, z roztargnieniem gładząc się po brodzie – była jedna czy dwie, które… – Podniósł oczy, błyskając w uśmiechu oślepiająco białymi zębami. – No, nieważne zresztą.

– Prawdę mówić, sir… – zaczął Green, robiąc krok do przodu.

– Hm?

– Była ta jedna, w Hiszpanii. W Maladze?

Kapitan przez chwilę patrzył na niego pustym wzrokiem, aż wróciła mu pamięć.

– Och, ta. Cóż, ta się nie liczy. Nie jestem nawet pewny, czy to rzeczywiście była kobieta.

Poppy szeroko otworzyła oczy. Kim byli ci ludzie?

A potem, kiedy już pomyślała, że ci dwaj usiądą sobie spokojnie, żeby się napić, kapitan precyzyjnym, niemal wojskowym ruchem otworzył swój kieszonkowy zegarek i powiedział:

– Za niecałe dwie godziny stawiamy żagle. Czy w ogóle wiemy, kim ona jest?

Green pokręcił głową.

– Nie chciała powiedzieć.

– A gdzie Brown? Może on wie?

– Nie, sir – odpowiedział Brown, który właśnie stanął w drzwiach.

– A, tu jesteś – powiedział kapitan. – Właśnie omawiam z Greenem ten niespodziewany obrót spraw.

– Bardzo mi przykro, sir.

– To nie wasza wina – odparł kapitan. – Zrobiliście to, co należało. Ale musimy upewnić się co do jej tożsamości. Jest elegancko ubrana – dodał, wskazując błękitną suknię spacerową Poppy. – Ktoś będzie za nią tęsknił.

Podszedł do pryczy i sięgnął do knebla, ale Green i Brown razem skoczyli do przodu. Green chwycił go za ramię, a Brown niemal wepchnął się między kapitana a łóżko.

– Woli pan tego nie robić – powiedział Green złowieszczo.

– Błagam, niech pan tego nie robi – prosił Brown. – Niech pan nie wyjmuje knebla.

Kapitan znieruchomiał i spojrzał najpierw na jednego, a potem na drugiego marynarza.

– A cóż takiego, na litość boską, ona może zrobić?

Green i Brown milczeli, ale obaj cofnęli się pod samą ścianę.

– Dobry Boże – mruknął kapitan ze zniecierpliwieniem. – Dwaj dorośli mężczyźni.

A potem wyjął knebel.

– Ty! – wybuchnęła Poppy, niemal opluwając przy tym Greena.

Green zbladł jak ściana.

– I ty! – warknęła do Browna. – I ty! – zakończyła, wpatrując się gniewnie w kapitana.

Kapitan uniósł brew.

– Nie, żebyś miała szczególnie bogaty zasób słów…

– Zabiję was, jednego po drugim – zasyczała Poppy. – Jak śmieliście mnie związać i zostawić tu na całe godziny…

– To było trzydzieści minut – zaoponował Brown.

– Czułam się tak, jakby to było wiele godzin – ciągnęła z wściekłością. – I jeśli sądzicie, że będę siedziała tutaj i znosiła takie rzeczy ze strony bandy durnych piratów…

W tym momencie złapał ją atak kaszlu. Cholerny kapitan znowu zaczął wpychać jej knebel w usta.

– No tak – powiedział. – Teraz już rozumiem.

Poppy ugryzła go w palec.

– To – powiedział uprzejmie – było dużym błędem.

Poppy patrzyła na niego ze złością.

– Och, i tak przy okazji – dodał, jakby chodziło o drobnostkę – wolimy określenie „kaprzy”.

Poppy zawarczała, wbijając zęby w knebel.

– Wyjmę go – obiecał – jeśli będziesz się należycie zachowywała.

Nienawidziła go. Och, jak ona go nienawidziła. Znała go najwyżej od pięciu minut, ale już była pewna, że nigdy do nikogo nie czuła takiej nienawiści, tak intensywnej, tak namiętnej, tak…

– Bardzo dobrze – mruknął, wzruszając ramionami. – Wypływamy punkt czwarta, jeśli cię to interesuje.

A potem po prostu odwrócił się i ruszył do drzwi. Poppy jęknęła. Nie miała wyboru.

– Będziesz się zachowywała? – spytał irytująco ciepłym, miękkim głosem.

Skinęła głową, ale jej oczy miotały błyskawice.

Kapitan podszedł do łóżka.

– Obiecujesz? – spytał kpiąco.

Jej podbródek poruszył się gwałtownie, co miało być kolejnym kiwnięciem głową.

Kapitan pochylił się i wyjął knebel.

– Wody – wydyszała, wściekła, że musi o coś prosić.

– Natychmiast – odparł, nalewając wodę do szklanki z dzbana na stoliku. Przysunął szklankę do jej ust, bo ręce ciągle miała związane. – Kim jesteś?

– Czy to ma jakieś znaczenie?

– W tej chwili nie, ale może mieć – odparł. – Po powrocie.

– Nie możecie mnie zabrać! – zaprotestowała.

– Albo cię zabierzemy, albo zabijemy – powiedział.

Poppy otworzyła usta.

– Nie, tego też nie możecie zrobić.

– Nie sądzę, żebyś miała broń ukrytą w tej sukni – odparł, opierając się ramieniem o ścianę, i skrzyżował ręce.

Z zaskoczenia otworzyła usta szerzej, a potem szybko się opanowała i rzuciła:

– Może mam.

Drań się roześmiał!

– Dam ci pieniądze – powiedziała szybko. Z pewnością można go kupić. Jest w końcu piratem, na litość boską. Czyż nie?

Uniósł jedną brew.

– Nie sądzę, żebyś miała w tej sukni sakiewkę ze złotem.

Skrzywiła się sarkastycznie.

– Oczywiście, że nie. Ale mogę dać ci pieniądze.

– Chcesz, żebyśmy zażądali za ciebie okupu?

– Nie! Oczywiście, że nie! Ale jeśli mnie wypuścicie…

– Nie wypuścimy – przerwał jej – więc lepiej skończ już z tymi…

– Jestem pewna, że jeśli to przemyślisz… – wtrąciła.

– Myślałem już dość i…

– …dojdziesz do wniosku, że…

– …nie wypuścimy cię…

– …to naprawdę nie jest dobry pomysł…

– Powiedziałem już, że cię nie wypuścimy…

– …przetrzymywać mnie jako zakładniczkę. Będę tu przeszkadzała i…

– Możesz już być cicho?

– …bardzo dużo jem, a także…

– Czy ona się kiedykolwiek zamyka? – spytał kapitan, odwracając się do dwóch marynarzy przy drzwiach.

Green i Brown potrząsnęli głowami.

– …będę ciągle wchodziła wam w drogę – zakończyła Poppy.

Zapadła chwila ciszy, którą kapitan zdawał się rozkoszować.

– To wszystko mocno przemawia za tym, żeby cię zabić – powiedział w końcu.

– Och, absolutnie nie – przerwała mu szybko Poppy. – To wszystko miało przemawiać za tym, żeby mnie wypuścić, jeśli już musisz wiedzieć.

– Cóż, najwyraźniej muszę – mruknął. Potem westchnął ze znużeniem, po raz pierwszy okazując w ten sposób pewną słabość, i zapytał: – Kim jesteś?

– Chcę wiedzieć, co zamierzacie ze mną zrobić, zanim wyjawię swoją tożsamość – oznajmiła Poppy.

Leniwie wyciągnął rękę, wskazując krępujące ją więzy.

– W twoim położeniu raczej nie powinnaś stawiać warunków, nie uważasz?

– Co zamierzacie ze mną zrobić? – powtórzyła. Prawdopodobnie ten upór nie był zbyt rozsądny, jednak skoro on i tak chciał ją zabić, okazanie niezadowolenia nie mogło jej już zaszkodzić.

Usiadł na brzegu łóżka, za blisko, by mogła czuć się swobodnie.

– Spełnię twoją prośbę – powiedział – gdyż mimo ciętego języka niewiele w tym twojej winy, że się tu znalazłaś.

– Nie ma w tym żadnej mojej winy – mruknęła.

– Nigdy się nie uczysz, co? – spytał. – A ja już miałem być dla ciebie miły.

– Przepraszam – powiedziała Poppy szybko.

– Nie zabrzmiało to szczerze, ale niech będzie – odparł. – I choć mówię to wielce niechętnie, będziesz naszym gościem na pokładzie „Infinity” przez kolejne dwa tygodnie, do końca naszej podróży.

– Nie! – krzyknęła z przerażeniem Poppy, zanim zdołała zasłonić sobie usta dłonią.

– Obawiam się, że tak – powiedział ponuro kapitan. – Wiesz, gdzie jest nasza grota, i nie możemy cię tu zostawić. Po powrocie opróżnimy ją i puścimy cię wolno.

– Dlaczego nie opróżnisz jej teraz?

– Nie mogę – odparł po prostu.

– To znaczy, że nie chcesz.

– Nie, to znaczy, że nie mogę – powtórzył. – A ty zaczynasz mnie irytować.

– Nie możecie zabrać mnie ze sobą – powiedziała Poppy łamiącym się głosem. Dobry Boże, zaraz zacznie płakać, słyszała to w swoim głosie, czuła pod piekącymi powiekami. Miała ochotę płakać tak, jak nie płakała od lat, i wiedziała, że jeśli nie weźmie się w garść, straci panowanie nad sobą na oczach tego człowieka, tego okropnego człowieka, który miał w rękach jej los.

– Posłuchaj – powiedział. – Naprawdę chciałbym spełnić twoją prośbę.

Poppy rzuciła mu spojrzenie, które mówiło, że ani trochę mu nie wierzy.

– Naprawdę – powtórzył. – Wiem, jak to jest, kiedy zagonią cię w kozi róg. To nic miłego. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak ty.

Poppy przełknęła; nie miała pewności, czy to komplement, czy zniewaga.

– Ale prawda jest taka – ciągnął – że ten statek musi po południu wypłynąć na morze. Wiatr i odpływ sprzyjają nam i zależy nam na czasie. Powinnaś podziękować Stwórcy, że nie jesteśmy z tych, którym łatwo przychodzi zabijanie.

– Gdzie płyniemy? – spytała szeptem.

Urwał, wyraźnie zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Cóż, i tak się dowiem, kiedy już tam będziemy – rzuciła niecierpliwie.

– To fakt – przyznał, uśmiechając się lekko, niemal wesoło. – Pożeglujemy do Portugalii.

Poppy miała wrażenie, że oczy wyjdą jej z orbit.

– Do Portugalii? – powtórzyła przez ściśnięte gardło. – Do Portugalii? Naprawdę wystarczą na to dwa tygodnie?

Wzruszył ramionami.

– Jeśli nam się poszczęści.

– Dwa tygodnie – szepnęła. – Dwa tygodnie.

Rodzina oszaleje z niepokoju. Będzie zrujnowana. Dwa tygodnie. Całe czternaście dni.

– Musisz pozwolić mi napisać list – powiedziała szybko.

– Słucham?

– List – powtórzyła, usiłując podnieść się do pozycji siedzącej. – Musisz pozwolić mi napisać jeden list.

– A co, jeśli wolno wiedzieć, zamierzasz w nim zawrzeć?

– Jestem z wizytą u przyjaciółki – wyjaśniła szybko Poppy. – I jeśli nie wrócę wieczorem, ona na pewno podniesie alarm. Zjedzie się tu cała moja rodzina. – Wbiła wzrok w jego oczy. – Wierz mi, nie chcesz, żeby to się stało.

Nie odwrócił oczu.

– Twoje nazwisko, młoda damo.

– Moja rodzina…

– Nazwisko – powtórzył.

Poppy zacisnęła usta, a potem powiedziała:

– Możesz zwracać się do mnie „panno Bridgerton”.

A on zbladł. Zbladł. Dobrze to ukrył, ale widziała, że krew odpłynęła z jego twarzy, i po raz pierwszy podczas tej rozmowy poczuła, że jest górą. Nie, żeby zaraz miała wyjść na wolność, ale jednak to było jej pierwsze zwycięstwo. Malutkie, oczywiście, ale jednak zwycięstwo.

– Widzę, że słyszałeś o mojej rodzinie – powiedziała słodko.

Wymruczał pod nosem coś, czego raczej nie słyszy się wśród towarzystwa, a potem powoli, z wielkim opanowaniem, wstał z łóżka.

– Green! – warknął.

– Tak jest, sir! – Starszy mężczyzna stanął na baczność.

– Przynieś pannie Bridgerton przybory do pisania – powiedział; jej nazwisko brzmiało w jego ustach jak nazwa trucizny.

– Tak jest, sir – odparł Green i ruszył spiesznie do drzwi. Brown deptał mu po piętach.

Kapitan odwrócił się i spojrzał na nią tak jak człowiek, który podjął decyzję.

– Napiszesz dokładnie to, co ci podyktuję – powiedział.

– Przepraszam najmocniej – odezwała się Poppy – ale jeśli to zrobię, moja przyjaciółka natychmiast będzie wiedziała, że jest jakiś problem. Ty nie wyrażasz się tak jak ja – wyjaśniła.

– Twoja przyjaciółka będzie wiedziała, że jest problem, kiedy nie pojawisz się wieczorem w domu.

– Oczywiście, ale mogę napisać coś, co ją uspokoi – odparła Poppy. – Przekonam ją przynajmniej, żeby nie zawiadamiała władz.

Kapitan zacisnął zęby, a potem powiedział:

– Ten list zostanie zapieczętowany dopiero, kiedy go zaakceptuję.

– Oczywiście – powiedziała Poppy potulnie.

Spojrzał na nią gniewnie, oczami, które były jednocześnie zimne i gorące, i tak bardzo niebieskie.

– Ale muszę mieć do tego rozwiązane ręce – powiedziała Poppy, unosząc nadgarstki.

Przeszedł przez kajutę.

– Zaczekam, aż wróci Green.

Poppy postanowiła się nie upierać. Wydawał się w tej kwestii równie elastyczny jak lodowiec.

– Która gałąź? – spytał nagle.

– Słucham?

– Do jakiej gałęzi swojej rodziny należysz?

Jego głos brzmiał ostro, każde słowo zostało zaakcentowane, jak w wojskowym rozkazie. Miała już na końcu języka jakąś ciętą ripostę, ale wyraz jego twarzy mówił wyraźnie, że byłoby to bardzo nierozważne.

– Z Somerset – odparła więc cicho. – Mój wuj jest wicehrabią. Oni są z Kent.

Zacisnął bezwiednie zęby. W ciszy mijały kolejne sekundy, aż wreszcie Green wrócił z papierem, piórem i małym kałamarzem. Poppy siedziała cierpliwie, kiedy kapitan rozwiązywał jej ręce. Wstrzymała z bólu oddech, kiedy krew napłynęła gwałtownie do zdrętwiałych palców.

– Przepraszam za to – burknął, a ona spojrzała na niego ostro, zaskoczona przeprosinami.

– Z nawyku – wyjaśnił. – Nie z serca.

– Trudno byłoby sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej – odpaliła.

Nie odpowiedział, tylko wyciągnął rękę, kiedy opuściła nogi z łóżka.

– Mam skakać do stolika? – spytała. Kostki ciągle miała związane.

– Nigdy nie pozwoliłbym sobie na taki brak galanterii – odparł i zanim zdążyła się zorientować, co chce zrobić, wziął ją na ręce i zaniósł do stołu.

A potem dość bezceremonialnie opuścił na krzesło.

– Pisz! – rozkazał.

Poppy ujęła pióro w palce, ostrożnie zanurzyła je w atramencie i zagryzła wargę, zastanawiając się, jakie słowa mogą skłonić Elizabeth, by nie wzywała władz – i jej rodziny – w sytuacji, kiedy Poppy zniknie na dwa tygodnie.

Najdroższa Elizabeth, wiem, że będziesz się martwiła…

– Dlaczego to tak długo trwa? – warknął kapitan.

Poppy podniosła na niego wzrok i uniosła brwi, a potem odparła:

– Cóż, musisz wiedzieć, że po raz pierwszy mam okazję pisać list wyjaśniający – choć oczywiście wcale nie wyjaśniający – że właśnie zostałam porwana.

– Nie używaj słowa „porwana” – powiedział ostro.

– W rzeczy samej. – Poppy rzuciła mu sarkastyczne spojrzenie. – Stąd właśnie zwłoka. Jestem zmuszona użyć trzech słów tam, gdzie każdy rozsądny człowiek użyłby jednego.

– Umiejętność, w której już dawno doszłaś do perfekcji.

– Tak czy inaczej – przerwała mu Poppy – komplikuje to mój przekaz.

– Pisz – nakazał jej. – I napisz, że nie będzie cię przez miesiąc.

– Miesiąc? – wydyszała Poppy.

– Mam szczerą nadzieję, że nie dojdzie do tego – mruknął kapitan – ale w ten sposób, jeśli wrócimy z tobą po dwóch tygodniach, będzie powód, żeby świętować.

Poppy nie była pewna, ale wydawało jej się, że dodał jeszcze niemal bezgłośnie:

– Żebym ja świętował.

Postanowiła udać, że nie dosłyszała. Była to najmniejsza z dotychczasowych zniewag, a poza tym miała zadanie do wykonania. Wzięła głęboki oddech i pisała dalej:

…zapewniam Cię jednak, że mam się dobrze. Nie będzie mnie przez miesiąc i muszę usilnie prosić Cię, byś zachowała fakt mej nieobecności dla siebie. Błagam, nie powiadamiaj o tym mojej rodziny ani władz, gdyż ci pierwsi będą się tylko niepotrzebnie zamartwiać, a drudzy rozpuszczą pogłoski o tym po kraju i moja reputacja zostanie na zawsze zrujnowana.

Wiem, że proszę Cię o wiele, i wiem, że będziesz miała tysiąc pytań, kiedy już wrócę, ale zaklinam Cię, Elizabeth – zaufaj mi, a wszystko wkrótce się wyjaśni.

Twoja siostrzana dusza

Poppy

– Poppy, co? – odezwał się kapitan. – Nie domyśliłbym się.

Poppy zignorowała jego słowa.

– Pandora, a może Pauline? A może nawet Prudencja, jak na ironię…

– Poppy to imię samo w sobie – warknęła w końcu.

Spojrzał jej w oczy na krępująco długi, intymny moment.

– I nawet urocze – wymruczał.

Przełknęła nerwowo, bo zauważyła, że Green wyszedł, zostawiając ją samą z kapitanem.

– Podpisałam „Twoja siostrzana dusza”, żeby wiedziała, że nikt mnie nie zmusił. Zawsze tak podpisujemy listy do siebie.

Skinął głową i wyjął jej kartkę z palców.

– Och, zaczekaj! – zawołała i odebrała mu ją. – Muszę dodać postscriptum.

– Rzeczywiście?

– Pokojówka – wyjaśniła Poppy. – Była moją przyzwoitką dzisiejszego popołudnia i…

– W grocie był ktoś jeszcze? – spytał ostro kapitan.

– Nie, oczywiście, że nie – zapewniła go szybko Poppy. – Udało mi się pozbyć jej w Charmouth.

– Oczywiście.

Powiedział to takim tonem, że musiała spojrzeć na niego z ukosa.

– Nie jest dość mocnej konstytucji fizycznej, by mi towarzyszyć – powiedziała z przesadną cierpliwością. – Zostawiłam ją w herbaciarni. Wierz mi, tak było lepiej dla nas obu.

– A potem zostałaś porwana na statek i popłyniesz do Portugalii.

Punkt dla niego. Niech to diabli.

– Tak czy inaczej – ciągnęła – Mary mogłaby stanowić pewien problem, ale tylko w przypadku, gdyby Elizabeth nie spotkała się z nią, zanim się zorientuje, że coś jest nie tak. Jeśli Elizabeth poleci jej nic nie mówić, nic nie powie. Jest diabelnie lojalna. Mary, o niej mówię. Cóż, Elizabeth także, ale to co innego.

Kapitan potarł dłonią czoło, mocno, jakby nie bardzo mógł za nią nadążyć.

– Pozwól mi tylko dodać jeszcze kilka słów – powiedziała i dopisała szybko:

PS Zapewnij, proszę, Mary, że nic mi nie grozi. Powiedz jej, że spotkałam jednego z moich kuzynów i postanowiłam towarzyszyć mu na wycieczce. Mary musi zachować pełną dyskrecję. Przekup ją, jeśli będzie to konieczne, a ja oddam Ci należność po powrocie.

– Kuzyni? – mruknął kapitan.

– Mam ich wielu – odparła, starając się, by zabrzmiało to złowróżbnie.

Jego jedyną reakcją były lekko uniesione brwi. Poppy podniosła ukończony już teraz list, a on wziął go, jeszcze raz przebiegł wzrokiem, a potem starannie złożył na pół.

Ruch ten był szybki i ostateczny. Poppy wypuściła powietrze, bo inaczej musiałaby się rozpłakać. Czekała, żeby już poszedł – oczywiście powinien teraz wyjść – on jednak stał ciągle przed nią z zamyślonym wyrazem twarzy, aż w końcu powiedział:

– Masz naprawdę niezwykłe imię. Skąd się wzięło?

– Nie jest takie niezwykłe – mruknęła.

Nachylił się do niej, a ona nie była jakoś w stanie odwrócić wzroku. W kącikach jego oczu ukazały się wesołe zmarszczki.

– Nie brzmi jak Róża czy Hortensja.

Przez chwilę Poppy nie miała zamiaru odpowiadać, potem jednak usłyszała własny głos:

– Moje imię nie ma nic wspólnego z kwiatami[1].

– Naprawdę?

– To mój brat… Miał jakieś cztery lata. Mama pozwoliła mu dotknąć swojego brzucha, kiedy mnie nosiła, a on powiedział, że podskakuję w środku.

Uśmiechnął się, przez co wydał jej się jeszcze przystojniejszy niż do tej pory.

– Domyślam się, że opowiada o tym bez końca.

I to przerwało zaklęcie.

– On nie żyje – powiedziała Poppy i odwróciła wzrok. – Zmarł pięć lat temu.

– Przykro mi.

– Z nawyku czy z serca? – spytała kąśliwie, zanim zdążyła się zastanowić nad swoimi słowami. I tonem głosu.

– Z serca – odparł cicho.

Nic nie odpowiedziała, tylko opuściła wzrok na stół, próbując pojąć jakoś tę przedziwną rzeczywistość, w jakiej się nagle znalazła. Piraci, którzy przepraszają? Wyjęty spod prawa, który wyraża się jak książę? Kim są ci ludzie?

– Gdzie to dostarczyć? – spytał kapitan, podnosząc list.

– Do Briar House – odparła Poppy. – To niedaleko…

– Moi ludzie będą wiedzieli, gdzie to jest – przerwał i podszedł do drzwi.

– Sir! – zawołała nagle. – To znaczy, kapitanie – poprawiła się, wściekła na siebie, że potraktowała go z takim szacunkiem.

Uniósł pytająco jedną brew.

– Pańskie nazwisko, kapitanie. – Była zachwycona, że udało jej się wypowiedzieć to tonem żądania, a nie pytania.

– Oczywiście – odparł, kłaniając się dwornie. – Kapitan Andrew James, do usług. Witam na pokładzie „Infinity”.

– A nie „Z prawdziwą przyjemnością witam na pokładzie”? – zapytała Poppy.

Zaśmiał się, kładąc dłoń na klamce.

– To się okaże.

Wystawił głowę przez drzwi i warknął czyjeś imię; Poppy słyszała, jak kogoś instruuje i daje mu list. Pomyślała, że teraz już na pewno wyjdzie, on jednak zamknął drzwi, oparł się o nie i spojrzał na nią z wyrazem rezygnacji na twarzy.

– Stół czy łóżko? – zapytał.

Co?

Więc powiedziała to na głos.

– Co?

– Stół – skinął głową w jej stronę, a potem w stronę kąta – czy łóżko?

To na pewno nie było nic dobrego. Poppy próbowała myśleć dość szybko, by w ciągu ułamka sekundy rozważyć i jego intencje, i swoje możliwe odpowiedzi. Ale wydusiła tylko:

– Ehm…

– A więc łóżko – oznajmił cierpko.

Poppy wydała skrzekliwy okrzyk, bo nagle znowu chwycił ją w ramiona i rzucił na łóżko.

– Będzie lepiej dla nas obojga, jeśli nie będziesz się wyrywała – ostrzegł ją.

Jej oczy zrobiły się wielkie z przerażenia.

– Och, na litość… – urwał, zanim bluźnierstwo spłynęło z jego ust, po czym powiedział coś znacznie gorszego. Opanował się i oznajmił: – Nie zamierzam pozbawić cię dziewictwa, panno Bridgerton. Masz moje słowo.

Milczała.

– Ręka – rzucił.

Nie miała pojęcia, o co mu chodziło, ale podniosła dłoń.

– Druga – rzucił ostro i chwycił ją za lewą rękę – tę, którą pisała, mimo wysiłków guwernantki, by przestawić ją na prawą – i pociągnął do poręczy łóżka. Zanim zdążyła policzyć do pięciu, była przywiązana do długiej drewnianej deski.

Oboje spojrzeli na jej wolną rękę.

– Możesz próbować – powiedział – ale i tak nie uda ci się tego rozwiązać. – A potem uśmiechnął się, niech go wszyscy diabli. – Nikt nie wiąże takich węzłów jak marynarze.

– W takim razie może rozwiązałbyś mi kostki?

– Dopiero na morzu, panno Bridgerton.

– Nie umiem pływać – skłamała.

– Może wrzucimy cię do wody, żeby sprawdzić, czy to prawda? – spytał. – Coś, jak podpalenie czarownicy. Jeśli spłonie, to znaczy, że była niewinna.

Poppy zacisnęła zęby.

– Jeśli utonę…

– Będę wiedział, że można ci wierzyć – dokończył, uśmiechając się szeroko. – Cóż, spróbujemy?

– Wyjdź stąd – rzuciła oschle.

Roześmiał się.

– Zobaczymy się znowu, kiedy wypłyniemy już na morze, moja mała kłamczucho.

A potem, zanim zdążyła choćby pomyśleć o tym, czym w niego rzucić, już go nie było.