Red Rising. Tom 3. Gwiazda zaranna - Pierce Brown - ebook
Opis

Nadzieja umiera ostatnia…

Darrow au Andromedus nie ma już nadziei. Stracił wszystko, o co walczył.

Przyjaciel zdradził go w dniu Triumfu.

Towarzysze broni, Synowie Aresa, zostali zabici.

Rodzina trafiła do niewoli okrutnego Szakala.

Ukochana zniknęła bez słowa.

Tajemnica jego przemiany z Czerwonego górnika w Złotego arystokratę wyszła na jaw. Jego misja, by siać chaos wśród Złotej Elity, straciła sens.

Zamknięty w mrocznej, kamiennej celi Darrow powoli popada w obłęd.

Jednak nie wszyscy buntownicy zginęli. Ci, którzy przeżyli, podjęli walkę i próbują wydostać Darrowa z więzienia.

Muszą się śpieszyć. Wśród PodKolorów rodzi się powstanie przeciw władzy. A wśród Złotych powiększa się rozłam.

W Układzie Słonecznym wybucha wojna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 726

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Pierce Brown

Red Rising

Gwiazda zaranna

Przekład Małgorzata Koczańska

Warszawa 2016

Dotychczas ukazały się:

Red Rising

Złota krew

Red Rising

Złoty syn

Red Rising

Gwiazda zaranna

Tytuł oryginału: RED RISING TRILOGY #3: Morning Star

Copyright © 2016 by Pierce Brown

All rights reserved.

Projekt okładki: Design Partners

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:drageus@drageus.com

www.drageus.com

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

ISBN ePub: 978-83-64030-83-3

ISBN mobi: 978-83-64030-84-0

Dla siostry, która nauczyła mnie słuchać

W poprzednich tomach:

Złota krew

Darrow to Czerwony, górnik pracujący pod powierzchnią Marsa. Jego lud trudzi się, aby przystosować planetę do zasiedlenia. Jednak ludzie ci zostali zdradzeni – Mars od dawna jest zamieszkany i rządzony przez pozbawionych skrupułów Złotych. Kiedy ArcyGubernator planety skazuje żonę Darrowa na śmierć za głoszenie buntowniczych idei, górnik przyłącza się do organizacji Synów Aresa, którzy dążą do rewolucji. Aby pomóc Synom, Darrow zostaje fizycznie przemieniony w Złotego i wysłany, aby od wewnątrz wprowadził chaos do rządzącej Elity.

Zaczyna od Instytutu, szkoły, która z rozpieszczonej Złotej młodzieży tworzy najlepszych wojowników w społeczeństwie. Darrow uczy się nie tylko walki, lecz także sposobów na przetrwanie wśród uczniów, którzy bez wahania potrafią uciec się do zdrady, byle osiągnąć swoje cele, poznaje też politykę Złotych. Okazuje się, że będzie musiał zaufać i polegać na przyjaciołach, jeżeli ma skończyć Instytut i uniknąć jego największych zagrożeń.

Złoty syn

Po zakończeniu nauki w Instytucie Darrow otrzymuje prestiżowe stanowisko w świcie ArcyGubernatora Marsa, Nero au Augustusa. Okazuje się jednak, że niełatwo sprostać własnej reputacji. W Akademii, gdzie Złoci uczą się walk w kosmosie, Darrow przegrywa pojedynek flot. Po klęsce traci w oczach ArcyGubernatora – przegrał przecież z przedstawicielem rodu, który rywalizuje z Augustusem. Darrow może jednak zapewnić żądnemu władzy Złotemu spełnienie marzeń – wywołać wojnę domową.

Darrow zaczyna siać niezgodę i chaos w Elicie, wykorzystując wrogość między rodami Augustus i Bellona. Zbiera też imponującą armię Złotych oraz paru wątpliwych sojuszników, a potem przeprowadza natarcie, które pozbawia ród Bellona władzy nad Marsem. Jednak podczas Triumfu, gdy świętowane jest zwycięstwo, Darrow ponownie pada ofiarą zdrady i traci wszystko, co osiągnął. Przyjaciele i sprzymierzeńcy znikają lub giną, a Darrow trafia do niewoli. Na dodatek jego prawdziwa tożsamość wychodzi na jaw. Los Synów Aresa i rewolucji wisi na włosku…

DRAMATIS PERSONAE

Złoci

Octavia au Lune – Władczyni Elity

Lysander au Lune – wnuk Octavii, dziedzic rodu Lune

Adrius au Augustus/Szakal – ArcyGubernator Marsa, brat bliźniak Virginii

Virginia au Augustus/Mustang – siostra bliźniaczka Adriusa

Magnus au Grimmus/Pan Popiołów – ArcyImperator floty Władczyni, ojciec Ai

Aja au Grimmus – Pani Przemian, komendantka ochrony Władczyni

Cassius au Bellona – Rycerz Świtu, strażnik Władczyni

Roque au Fabii – Imperator Armady Miecza

Antonia au Severus-Julii – siostra przyrodnia Victry, córka Agrippiny

Victra au Julii – siostra przyrodnia Antonii, córka Agrippiny

Kavax au Telemanus – głowa rodu Telemanusów, ojciec Daxa i Paxa

Daxo au Telemanus – dziedzic Kavaxa, brat Paxa

Romulus au Raa – głowa rodu Raa, ArcyGubernator Io

Chwast – dawniej jedna z Wyjców, obecnie porucznik Jeźdźców Kości

Lilath au Faran – prawa ręka Szakala, dowódca Jeźdźców Kości

Vixus au Sarna – dawniej z Domu Mars, porucznik Jeźdźców Kości

Średnie i niższe Kolory

Trigg ti Nakamura – legionista, brat Holiday, Szary

Holiday ti Nakamura – legionistka, siostra Trigga, Szara

Regulus ag Sun/Żywe Srebro – najbogatszy człowiek na świecie, Srebrny

Alia Śnieżna Jaskółka – królowa Walkirii, matka Ragnara i Sefi, Obsydianka

Sefi Milcząca – przywódczyni Walkirii, córka Alii, siostra Ragnara, Obsydianka

Orion xe Aquarii – kapitan okrętu, Niebieska

Synowie Aresa

Darrow z Lykos/Kosiarz – dawniej Lansjer rodu Augustus, Czerwony

Sevro au Barca/Goblin – dowódca Wyjców, Złoty

Ragnar Volarus – jeden z nowych Wyjców, Obsydian

Tancerz – adiutant Aresa, Czerwony

Mickey – Snycerz, Fioletowy

Prolog

Budzę się w ciemności, daleko od ogrodu, który spłynął krwią moich przyjaciół. Złoty, który zabił mi żonę, leży obok na zimnym, metalowym stole. Stracił życie z ręki własnego syna.

Jesienny wiatr mierzwi mi włosy. Pod podłogą łomocze silnik okrętu. Niebo w oddali spowija pomarańczowa łuna. Telemanusowie schodzą z orbity, aby mnie uratować. Lepiej by było, gdyby tego nie robili. Lepiej niech mnie pochłonie mrok, a sępy rozszarpią moje sparaliżowane ciało.

Za plecami słyszę głosy wrogów. Potężnych demonów o anielskich twarzach. Najniższy z nich pochyla się i głaszcze mnie po głowie, a potem spogląda na swojego martwego ojca.

– Koniec zawsze jest taki sam – mówi. – Nie ma krzyku. Nie ma gniewu. Tylko cisza.

Roque, który mnie zdradził, siedzi w kącie. Był moim przyjacielem. Ma zbyt dobre serce, jak na swój Kolor. Kiedy odwraca głowę, dostrzegam jego łzy. Jednak Roque nie płacze nade mną. Płacze nad sobą. Płacze za tym, co stracone. Za tymi, których mu odebrano.

– Nie ma Aresa, który by cię obronił. Ani Mustang, która cię kochała. Zostałeś sam, Darrow. – Szakal beznamiętnie spogląda w dal. – Jak ja.

Podnosi maskę bez otworów na oczy, ale za to z kagańcem, i zakłada mi na twarz. Znowu nic nie widzę.

– Właśnie taki jest koniec.

Aby mnie złamać, zamordował tych, których kocham.

Jednak nadzieja pozostaje w sercach żyjących. W Sevrze. W Ragnarze i Tancerzu. Myślę o moich ludziach skrywających się w ciemności, myślę o wszystkich Kolorach na każdym ze światów, zniewolonych i upodlonych we władzy Złotych. I wtedy na dnie mojej duszy, gdzie Szakal zostawił mroczną, głęboką wyrwę, rodzi się palący gniew. Nie jestem sam. Nie jestem jego ofiarą.

Niech Szakal spróbuje mnie złamać. Jestem Kosiarzem.

Znam cierpienie.

Znam ciemność.

To wcale nie koniec.

CZĘŚĆ PIERWSZACiernie

Per aspera ad astra

Rozdział pierwszyTylko mrok

W głębokiej ciemności, z dala od słońca i księżyca, z dala od ciepła, leżę nieruchomy jak kamień – jeden z tych, które spoczywają wokół mnie, więżą moje skulone ciało w przerażającej macicy. Nie mogę wstać. Nie mogę się wyprostować. Mogę tylko kulić się i upodabniać do zwiniętej skamieliny człowieka, jakim kiedyś byłem. Ręce mam skute na plecach. Naga skóra dotyka zimnej skały.

Samotny w mroku.

Wydaje się, jakby od czasu, gdy mogłem wyprostować kolana lub kręgosłup, minęły miesiące, lata, milenia. Ból doprowadza mnie do szaleństwa. Stawy trzeszczą jak zardzewiałe łożyska. Ile czasu minęło od tamtego dnia, gdy patrzyłem, jak moi Złoci przyjaciele wykrwawiają się na trawie? Jak dawno temu Roque złożył pocałunek na moim czole i złamał mi serce?

Czas to nie rzeka, nie płynie.

Nie tutaj.

W tym grobowcu czas skamieniał. Jest mrokiem, absolutnym i nieprzeniknionym, mierzonym tylko przez bliźniacze wahadła życia – oddech i bicie serca.

Wdech. Hy… bum. Hy… bum.

Wydech. Hy… bum. Hy… bum.

Wdech. Hy… bum. Hy… bum.

Wieczna powtarzalność. Dopóki… Dopóki co? Dopóki nie umrę ze starości? Dopóki nie rozbiję sobie czaszki o kamienną ścianę? Dopóki nie przegryzę rurek, które Żółci wbili mi w brzuch, aby wmuszać w moje ciało pożywienie oraz wyprowadzać odchody?

A może dopóki nie popadnę w obłęd?

– Nie. – Zaciskam zęby.

O ta-ak…

– To tylko ciemność – szepczę. Uspokajam się. Dotykam ścian w kojącej kolejności. Plecami, końcami palców, kością ogonową, piętami, kolanami, głową. I jeszcze raz. Dziesiątki razy. Setki. Dlaczego nie powiedzieć tego jasno? Tysiące.

Tak. Jestem sam.

Na pozór mogłoby być gorzej, ale teraz wiem, że nie ma nic gorszego. Człowiek nie jest samotną wyspą. Potrzebuje tych, którzy go kochają. Potrzebuje też tych, którzy go nienawidzą. Potrzebujemy innych, aby wiązali nas z życiem, dawali nam powód do życia, powód do uczuć. A ja mam tylko mrok. Czasami śmieję się wśród nocy albo za dnia, kto wie o jakiej porze? Śmieję się, aby zająć czas, spalić trochę kalorii dostarczanych mi na rozkaz Szakala i przez ten wysiłek skłonić ciało do snu.

Czasami też szlocham. Nucę. Gwiżdżę.

Słucham głosów nade mną. Dochodzą z bezkresnego morza ciemności. Są jak szaleńczy brzęk łańcuchów i klekot kości, wibrują w ścianach mojego więzienia. Tak blisko, a jednak oddalone o tysiące kilometrów, jakby za granicą mroku istniał świat, którego nie mogę ani dotknąć, ani posmakować, ani zobaczyć. Nie mogę przebić się przez tę zasłonę i znaleźć się znowu w realnym świecie. Jestem więźniem samotności.

I słyszę głosy. Łańcuchy i kości rezonujące echem w mojej celi.

Czy to mój głos?

Śmieję się z tej myśli.

Przeklinam.

Spiskuję. Zabić. Zaszlachtować. Udusić. Rozszarpać. Spalić.

Błagam. Mam omamy. Targuję się.

Szepczę błogosławieństwa dla Eo, szczęśliwy, że ominął ją los podobny do mojego.

Ona nie słucha.

Śpiewam dziecięce piosenki i recytuję „Umierającą Ziemię”, „Latarników”, „Ramajanę”, „Odyseję” – najpierw po grecku, potem po łacinie, wreszcie w martwych językach: arabskim, angielskim, mandaryńskim i niemieckim. Korzystam z pamięci, wszczepionej mi przez Mattea, gdy byłem ledwie dojrzałym chłopcem. Próbuję czerpać siłę z wędrówek króla Itaki, który pragnął tylko odnaleźć drogę do domu.

Zapominasz, co uczynił.

Odyseusz był bohaterem. Rozbił niezdobyte mury Troi przy pomocy drewnianego konia. Tak jak ja rozbiłem armie Bellony w Stalowym Deszczu nad Marsem.

I wtedy…

– Nie – warczę. – Cisza.

…wojownicy wdarli się do Troi. Znaleźli matki. Znaleźli dzieci. Zgadnij, co zrobili?

– Milcz!

Wiesz, co zrobili. Pot. Szkielet. Ciało. Popiół. Lament. Krew.

Ciemność chichocze z uciechy.

Kosiarzu, Kosiarzu, Kosiarzu… Każda śmierć znaczona jest krwią.

Czy ja śnię? Czy się obudziłem? Straciłem poczucie własnych wartości. Wszystko spłynęło krwią, utopiło mnie w złudzeniach, szeptach i głosach. Znowu szarpię Eo za delikatne, drobne stopy. Uderzam Juliana pięścią w twarz. Słyszę ostatnie tchnienie Paxa, Quinn, Tactusa, Lorna i Victry. Tak wiele bólu. I po co? Zawiodłem swoją żonę. Zawiodłem moich ludzi.

I zawiodłem Aresa. I przyjaciół.

Ilu ich jeszcze zostało?

Sevro? Ragnar?

Mustang?

Mustang. A jeżeli ona wie, że tu jesteś?… A jeżeli nie przyjdzie… Czemu by miała przychodzić? Przecież ją zdradziłeś. Okłamałeś. Wykorzystałeś jej wiedzę. Jej ciało. Jej krew. Ukazałeś prawdziwe oblicze, a Mustang uciekła. A jeżeli to była jej twarz? Jeżeli to ona cię zdradziła? Czy mógłbyś ją wciąż kochać?

– Zamknij się! – wrzeszczę na siebie w ciemności.

Nie chcę myśleć o Mustang. Nie chcę o niej myśleć.

Dlaczego? Przecież za nią tęsknisz.

Przed oczyma duszy pojawia się obraz wśród mroku – dziewczyna pędząca na koniu przez zieleń łąki. Obraca się w siodle i ze śmiechem każe mi się pośpieszyć. Jej włosy, niczym siano latem nad wozem rolnika, unoszą się na wietrze.

Pragniesz jej. Kochasz. Złotą dziewczynę. Zapomnij o tej Czerwonej suce.

– Nie. – Uderzam głową w kamienną ścianę i szepczę: – To tylko mrok.

To tylko ciemność zwodzi mój umysł. A jednak wciąż próbuję zapomnieć o Eo. I o Mustang. Nie ma żadnego świata poza granicą mroku. Nie mogę tęsknić za czymś, co nie istnieje.

Ciepła krew kapie mi z czoła na rozjątrzone ponownie strupy, spływa po nosie. Wysuwam język, dotykam zimnego kamienia, nim wreszcie odnajduję ciepłą kroplę. Smakuję sól i marsjańskie żelazo. Powoli. Powoli. Niech to nowe doznanie trwa jak najdłużej. Niech ten smak przypomni mi, że jestem człowiekiem. Czerwonym z Lykos. Helldiverem.

Nie, wcale nie. Jesteś nikim. Twoja żona opuściła cię i zabrała dziecko. Twoja dziwka też się od ciebie odwróciła. Byłeś zbyt dumny. Zbyt głupi. Zbyt przebiegły. Teraz jesteś zapomniany.

Doprawdy?

Kiedy ostatni raz widziałem Złotą dziewczynę, klęczałem obok Ragnara w szybie górniczym przy Lykos i prosiłem Mustang, aby zdradziła swój lud i żyła dla czegoś więcej. Wiedziałem, że gdyby zgodziła się do nas przyłączyć, marzenie Eo by rozkwitło. Lepszy świat był na wyciągnięcie ręki. Mustang jednak wolała odejść. Czy zdołała o mnie zapomnieć? Czy jej miłość do mnie przepadła?

Kochała tylko twoją maskę.

– To tylko mrok. Tylko mrok. Tylko mrok – mamroczę coraz szybciej.

Nie powinienem tu być.

Powinienem umrzeć. Po śmierci Lorna powinni mnie wydać Octavii, żeby jej Snycerze rozkawałkowali mnie i dowiedzieli się, w jaki sposób stałem się Złotym. Żeby sprawdzili, czy takich jak ja może pojawić się więcej. Lecz Szakal zawarł umowę, zatrzymał mnie dla siebie. Torturował mnie w swojej posiadłości, Attyce, wypytywał o Synów Aresa, o Lykos, o moją rodzinę. Nigdy nie zdradził, jak poznał moją tajemnicę. Błagałem, aby zakończył moje życie.

Wtedy dał mi kamień.

– Kiedy wszystko jest stracone, honor wymaga śmierci – powiedział mi kiedyś Roque. – To szlachetny koniec.

Co jednak bogaty poeta mógł wiedzieć o śmierci? Nędzarze znają śmierć. Niewolnicy znają śmierć. Jednak, mimo że jej pragnę, równie mocno się boję. Ponieważ im dłużej patrzę na okrucieństwa tego świata, tym mniej wierzę, że po końcu zaznam przyjemności.

Dolina nie istnieje.

To kłamstwo, wmawiane nam przez rodziców, aby swoim głodującym dzieciom dać wyjaśnienie dla tej grozy. A przecież nie ma wyjaśnienia. Eo zginęła. Nigdy nie ujrzała, jak walczę za jej marzenie. Nie przejmowała się tym, co się ze mną działo w Instytucie ani moją miłością do Mustang, ponieważ w dniu, w którym umarła, zmieniła się w nicość. Nie istnieje nic poza tym światem. To nasz początek i koniec. Nasza okazja do zaznania radości przed śmiercią.

Tak. Lecz tobie koniec nie jest dany. Mimo to możesz stąd uciec – szepcze do mnie mrok. Wystarczy, że wypowiesz odpowiednie słowa. Śmiało. Powiedz. Wiesz, że to prawda.

Tak, to prawda.

– Musisz tylko powiedzieć: „Złamałeś mnie”, a to wszystko się skończy – powiedział Szakal dawno temu, gdy zamykał mnie w tym piekle. – Potem znajdziesz się w pięknej posiadłości do końca swoich dni, dostaniesz ciepłe, piękne Różowe i tyle jedzenia, że roztyjesz się bardziej niż Pan Popiołów. Jednak te słowa mają swoją cenę.

Warto ją zapłacić. Ocal się. Nikt inny ci nie pomoże.

– Tą ceną, drogi Kosiarzu, jest twoja rodzina.

Rodzina, którą porwał z Lykos przy pomocy swoich agentów i którą więzi w podziemiach Attyki, swojej fortecy. Nigdy nie pozwolił mi jej zobaczyć. Nigdy nie pozwolił mi powiedzieć, jak bardzo ją kocham i jak mi przykro, że nie okazałem się dość silny, aby ochronić bliskich.

– Nakarmię twoją rodziną więźniów fortecy – wyjaśnił Szakal. – Tych ludzi, którzy według ciebie powinni rządzić światem zamiast Złotych. Gdy tylko ujrzysz w ludziach zwierzęta, zrozumiesz, że to nie ty, lecz ja miałem rację. Złoci muszą rządzić.

Zostaw ich – namawia mrok. Poświęcić ich to praktyczne posunięcie. Rozsądne.

– Nie… Nie będę…

Twoja matka chciałaby, żebyś przeżył.

Nie za taką cenę.

Jaki człowiek pojmie matczyną miłość? Żyj. Dla niej. Dla Eo.

Czy Eo by tego chciała? Czy mrok ma rację? Przecież jestem ważny. Eo tak powiedziała. Ares też tak powiedział. Wybrał mnie. Mnie ze wszystkich innych Czerwonych. Mogę zerwać pęta, może żyć dla czegoś więcej. Ucieczka z tego więzienia to nie egoizm. W wielkiej pajęczynie zdarzeń to altruizm.

Altruizm, naprawdę…

Matka błagałaby mnie, abym złożył tę ofiarę. Kieran zrozumiałby. Moja siostra także. Przecież mogę ocalić nasz lud. Marzenie Eo musi się spełnić, nieważne, za jaką cenę. Mam je ocalić, to mój obowiązek. To moje prawo.

Wypowiedz słowa.

Uderzam czołem w kamień i z wrzaskiem nakazuję, aby mrok mnie opuścił. Nie może mnie zwieść. Nie może mnie złamać.

Nie wiedziałeś? Każdego człowieka można złamać.

Jego piskliwy śmiech drwi ze mnie, niesie się echem w nieskończoność.

I wiem, że to prawda. Każdego człowieka można złamać. Sam się załamałem podczas tych tortur. Powiedziałem, że pochodzę z Lykos i gdzie mieszkają moi najbliżsi. Istnieje jednak sposób, żeby się stąd wydostać i uhonorować to, kim jestem. To, co kochała Eo. Uciszyć głosy.

– Miałeś rację, Roque – szepczę. – Miałeś rację.

Chcę tylko wrócić do domu. Wydostać się stąd. Ale nie mogę. Wszystko, co mi pozostało, jedyne honorowe wyjście, to śmierć. Zanim zdradzę siebie jeszcze bardziej.

Śmierć to jedyne wyjście.

Nie bądź głupcem. Przestań. Przeeestań!

Uderzam czołem w kamień mocniej niż poprzednio. Nie po to, żeby się ukarać, lecz żeby się zabić. Skończyć ze sobą. Skoro potem, po egzystencji na tym świecie, nie czeka mnie żadna przyjemność, nicość będzie musiała wystarczyć. Jeżeli jednak istnieje poza tym światem Dolina, znajdę ją. Nadchodzę, Eo. Nareszcie kroczę własną drogą.

– Kocham cię.

Nie. Nie. Nie. Nie. Nie.

Uderzam ponownie czołem w kamień. Gorąco spływa mi po twarzy. Iskry bólu tańczą wśród czerni. Mrok skamle, ale to mnie nie powstrzymuje.

Jeżeli taki jest koniec, przyjmę go z wściekłością.

Kiedy jednak odchylam głowę, żeby zadać sobie ostatni cios, rzeczywistość skrzeczy. Dudni jak trzęsienie ziemi. Nie mrok. Coś poza nim. Coś w samym kamieniu, narastające coraz głośniej i głębiej nade mną, aż ciemność pęka i przebijają ją oślepiające klingi światła.

Rozdział drugiWięzień nr L17L6363

Sufit się rozsuwa, światło wypala mi oczy. Zaciskam powieki, a wtedy podłoga zaczyna się podnosić, żeby zatrzymać się z cichym trzaskiem, i oto leżę nagi na płaskim kamiennym blacie. Prostuję nogi, z ust wyrywa mi się jęk. Ból jest tak straszny, że omal nie mdleję. Stawy trzeszczą, zastałe ścięgna nie chcą się rozciągnąć. Walczę, aby otworzyć oczy pomimo oślepiającego światła. Spod powiek płyną łzy. Jest tak jasno, że udaje mi się wychwycić tylko rozmyte plamy otaczającego mnie świata.

Słyszę urywki rozmów, obce głosy.

– Adriusie, co to jest?

– …był tutaj przez cały czas?

– Ten smród…

Leżę na kamieniu. Rozciąga się wokół mnie z każdej strony. Czarny, poprzecinany błękitem i fioletem, niczym pancerzyk walijskiego żuka. Podłoga? Nie – dostrzegam kubki i talerzyki. Wózek z kawą. To stół. Moim więzieniem był stół, nie jakaś niesamowita otchłań. Po prostu kawał marmuru pusty w środku, szeroki na metr i długi na dwanaście. Co wieczór na nim jadano, parę cali nade mną. Głosy, te odległe szepty, które słyszałem w ciemności, dochodziły właśnie stąd. Brzęk sztućców i zastawy towarzyszyły mojej samotności.

– Co za barbarzyństwo…

Właśnie sobie przypomniałem. To stół, za którym siedział Szakal, gdy odwiedziłem go po wyleczeniu się z ran odniesionych podczas Stalowego Deszczu.

Czy już wtedy planował, że mnie tutaj uwięzi? Miałem na głowie worek, gdy mnie tutaj przyprowadzono. Myślałem, że znalazłem się w lochach pod fortecą. Ale nie. Gości zapraszanych na kolacje dzieliło od mojego piekła tylko trzydzieści centymetrów kamienia.

Patrzę na tacę obok mojej głowy. Ktoś mi się przygląda. Kilku ktosiów. Nie mogę ich dostrzec przez łzy w przekrwionych oczach. Odwracam się i kulę jak ślepy kret, wyciągnięty po raz pierwszy w życiu na powierzchnię ziemi, jestem zbyt oszołomiony i przerażony, aby pamiętać o dumie lub nienawiści. Ale wiem, że on też mi się przygląda. Szakal. Szczupły, z dziecinną twarzą i zaczesanymi na bok włosami barwy piasku. Chrząka.

– Szacowni goście. Oto więzień L17L6363.

Jego twarz przypomina mi i anioła, i diabła.

Ujrzeć innego człowieka…

Wiedzieć, że nie jest się samotnym…

Ale zaraz przypominam sobie, co mi zrobił… I to wspomnienie rozdziera mi duszę.

Inne głosy niosą się i huczą ogłuszająco. Chociaż skuliłem się w kłębek i otacza mnie hałas, czuję coś jeszcze. Coś naturalnego, delikatnego i przyjemnego. Mrok przekonał mnie, że już nigdy tego nie poczuję.

A jednak chłodny, orzeźwiający podmuch z otwartego okna przedziera się przez smród zgnilizny i muska mi skórę. Przywołuje myśl, że gdzieś tam dziecko biega po śniegu między drzewami, przesuwa dłonią po chropowatej korze i sosnowych gałęziach, a na włosy spadają mu białe płatki. Wydaje się, że to wspomnienie, ale wiem, że nigdy czegoś takiego nie przeżyłem w dzieciństwie, choć czuję, że powinienem. Takiego życia pragnąłem. Mógłbym mieć takie dziecko.

Płaczę. Mniej nad sobą, bardziej nad tym chłopcem, przekonanym, że żyje w świecie, w którym ojciec i matka są wielcy i silni jak góry. Gdybym tylko mógł stać się znowu tak niewinny. Gdybym tylko wiedział, że ta chwila to nie złudzenie. Ale jest złudzeniem. Szakal nie daje niczego, czego nie chce odebrać. Wkrótce światło stanie się tylko wspomnieniem, a mrok powróci. Zaciskam mocno oczy i słucham, jak krew z mojej twarzy kapie na kamień. Czekam na przełom.

– Cholera jasna, Augustusie. Czy to naprawdę było konieczne? – mruczy kocia zabójczyni. Ma chrapliwy akcent, złagodzony tym przeciągniętym zaśpiewem Księżyca, wyuczonym na dworach Wzgórza Palatyńskiego, gdzie wszystko na wszystkich robi mniejsze wrażenie niż gdzie indziej. – Cuchnie jak śmierć.

– Skwaśniały pot i martwy naskórek pod magnetycznymi kajdanami. Widzisz tę zżółkniętą skorupę na jego przedramionach, Ajo? – rzuca Szakal. – A jednak, wziąwszy wszystko pod uwagę, wciąż jest całkiem zdrowy i gotowy do badań przez twoich Snycerzy.

– Znasz tego człowieka lepiej niż ja. – Aja zwraca się do kogoś jeszcze. – Upewnij się, że to on, nie jakiś oszust.

– Wątpisz w moje słowa? – Szakal udaje oburzenie. – Łamiesz mi serce.

Wyczuwam, że ktoś się zbliża. Wzdrygam się.

– Ależ, ArcyGubernatorze, musiałbyś mieć serce, żebym mogła je złamać. Chociaż jesteś człowiekiem o wielu zaletach, obawiam się, że wrażliwe serce do nich nie należy.

– Schlebiasz mi.

Łyżeczki brzęczą na porcelanie. Chrząknięcia rozlegają się wokół. Marzę, aby zasłonić sobie uszy. Tak wiele dźwięków. Tak wiele informacji.

– Naprawdę można dostrzec w nim Czerwonego. – Zimny, kulturalny głos kobiety z północnego Marsa. Bardziej ostry akcent niż ten z Księżyca.

– Właśnie, Antonio! – odpowiada Szakal. – Byłem ciekaw, co z tego wyniknie. Ktoś z genomem Aureatów nigdy nie upadłby tak nisko, jak to stworzenie. Wiecie, że prosił mnie o śmierć, zanim go tutaj zamknąłem? Zaczął błagać. Co za ironia, bo przecież mógł się zabić, kiedy tylko chciał. Nie zrobił tego jednak, ponieważ tak naprawdę chyba polubił tę norę. Widzicie, Czerwoni już dawno przystosowali się do ciemności. Jak robaki. W ich Zardzewiałej rasie nie ma dumy. Ten osobnik poczuł się w mroku jak w domu. O wiele lepiej niż wśród nas.

Wreszcie przypomina mi się nienawiść.

Otwieram oczy, żeby zebrani wokół stołu wiedzieli, że ich widzę. Słyszę ich. Jednak gdy podnoszę powieki, mojego wzroku nie przyciągają wrogowie, lecz zimowy pejzaż za oknem, za plecami Złotych. Sześć lub siedem szczytów Attyki lśni w promieniach porannego słońca. Chrom i szkło budynków wyrastają ze śniegu i skał na tle błękitnego nieba. Mosty spinają zbocza. Pada biały puch. Dla moich oczu ten widok to zamglony cud.

– Darrow? – Znam ten głos. Odwracam nieco głowę i przyglądam się poznaczonym odciskami rękom opartym na krawędzi stołu. Kulę się znowu w oczekiwaniu uderzenia. Ale cios nie pada. Na środkowym palcu jednej dłoni pręży się orzeł Bellony. Rodu, który zniszczyłem. Drugą dłoń odciąłem na Księżycu, podczas naszego ostatniego pojedynku – tę nową odtworzył Snycerz Zanzibar. Na jej palcach widzę dwa pierścienie z głowami wilków – pierścienie Domu Mars. Jeden należy do mnie. Jeden do niego. Każdy z nas dostał taki za cenę życia młodego Złotego.

– Poznajesz mnie? – pada pytanie.

Unoszę głowę, żeby przyjrzeć się twarzy mężczyzny. Ja jestem pobity i złamany, ale Cassiusa au Bellony nie tknęła ani wojna, ani czas. Wygląda piękniej, niż pamiętam, emanuje życiem. Ponad dwa metry wzrostu, otulony peleryną bieli i złota Rycerza Świtu. Falujące włosy opadają niczym warkocz komety. Świeżo ogolone policzki, lekko skrzywiony po niedawnym złamaniu nos. Kiedy napotykam jego spojrzenie, z całych sił powstrzymuję szloch. W oczach tego mężczyzny dostrzegam smutek, niemal czułość. Jak bardzo stałem się cieniem dawnego siebie, skoro zasłużyłem na współczucie kogoś, kogo zraniłem tak głęboko?

– Cassius… – szepczę bez żadnego powodu, byle tylko wymówić to imię. Byle odezwać się do innego człowieka. By zostać usłyszanym.

– No i? – Aja au Grimmus odzywa się niecierpliwie zza pleców Rycerza Świtu. Najbardziej okrutna z Furii Władczyni nosi tę samą zbroję, w której widziałem ją, gdy pierwszy raz spotkaliśmy się w iglicy Cytadeli na Księżycu. Mustang uratowała mnie wtedy, a Aja zatłukła Quinn na śmierć. Pancerz jest powyginany, nosi ślady walki. Moją nienawiść tłumi strach, odwracam wzrok od ciemnoskórej kobiety.

– Przynajmniej żyje – stwierdza Cassius cicho. Patrzy na Szakala. – Co mu zrobiłeś? Te blizny…

– Sądziłem, że to oczywiste – prycha Szakal. – Odwróciłem produkcję Kosiarza.

Wreszcie mogę spojrzeć na swoje ciało przez rozwichrzoną brodę, żeby sprawdzić, o co mu chodziło. Przypominam zwłoki. Blady szkielet. Żebra niemal przebijające skórę, bladą i cieńszą niż kożuch na mleku. Kolana wystające z chudych nóg. Długie, zakrzywione paznokcie u stóp przypominają szpony. Blizny po torturach znaczą moje ciało. Mięśnie uwiędły. A z brzucha wystają rurki, które trzymały mnie przy życiu w mroku, czarne i giętkie jak pępowina łącząca mnie wciąż z podłogą mojej celi.

– Jak długo tu był? – pyta Cassius.

– Trzy miesiące przesłuchań, a potem dziewięć w samotności.

– Dziewięć…

– Stosownie do potrzeb. Wojna nie powinna zwalniać nas od metafor. Przecież nie jesteśmy dzikusami, co, Bellono?

– Obrażasz wrażliwość Cassiusa, Adriusie – wtrąca Antonia, która stoi obok Szakala. Ta kobieta to zatrute jabłko. Olśniewająca i inteligentna, obiecująca, lecz do szpiku kości przegniła i zrakowaciała. Zamordowała mi przyjaciółkę, Leę, w Instytucie. Własnej matce strzeliła w głowę, a potem Victrze, swojej siostrze, przestrzeliła kręgosłup. A teraz sprzymierzyła się z Szakalem, mężczyzną, który w Instytucie ją ukrzyżował. Co za świat. Za Antonią stoi smagła Chwast, kiedyś jedna z Wyjców, teraz sojuszniczka Szakala, sądząc po medalionie z ptasią czaszką, który nosi na piersi. Nie patrzy na mnie, lecz na czubki swoich butów. Podlega łysej kapitan Lilath, która siedzi po prawicy Szakala. Lilath, ulubiona zabójczyni mojego oprawcy jeszcze z czasów Instytutu.

– Przebacz, jeśli nie pojmuję, po co torturować pokonanego wroga – stwierdza Cassius. – Zwłaszcza że podał wszystkie informacje, które znał.

– Po co? – Szakal podnosi na niego spokojne spojrzenie, gdy wyjaśnia beznamiętnie. – To kara, do licha. To… stworzenie sądziło, że wolno mu należeć do nas. Jakby był nam równy, Cassiusie. A nawet stał wyżej. Zadrwił z nas. Spał z moją siostrą. Wyśmiewał i zrobił z nas głupców, dopóki nie odkryliśmy, kim jest naprawdę. Musi wiedzieć, że jego porażka to nie przypadek że jego klęska była nieuchronna. Czerwoni to przebiegłe małe dranie. A on, przyjacielu, stanowi uosobienie tego, czym pragną się stać i czym by się stali, gdybyśmy im pozwolili. Zatem niech czas i mrok odtworzą go takim, jakim jest naprawdę. Homo flammeus, gdyby użyć nowego systemu taksonomii, jaki zaproponowałem w Zarządzie. Odmiana człowieka nieznacznie odbiegająca od Homo sapiens na ewolucyjnej osi czasu. Reszta to tylko maska.

– Chcesz powiedzieć, że zrobił głupca z ciebie– prycha Cassius. – Bo twój ojciec wolał wyrzeźbionego Czerwonego niż następcę z własnej krwi, nieprawdaż? Tylko o to chodzi, Szakalu.O rozdrażnienie i wstyd niekochanego i niechcianego chłopca.

Szakal krzywi się na te słowa. Ai również nie podoba się zachowanie młodszego towarzysza.

– Darrow odebrał życie Julianowi – odzywa się Antonia. – A potem zmasakrował twoją rodzinę. Wysłał zabójców, aby zarżnęli dzieci z twojej krwi, gdy ukrywały się na zboczach Olympus Mons. Ciekawe, co by powiedziała twoja matka, Cassiusie, o współczuciu, które okazujesz wrogowi?

Cassius ich ignoruje. Skinieniem głowy przywołuje Różowe czekające pod ścianą.

– Przynieście więźniowi koc.

Ani drgną.

– Co za brak manier. Nawet u ciebie, Chwast?

Chwast milczy. Z parsknięciem pogardy Cassius zdejmuje swoją białą pelerynę i okrywa moje drżące ciało. Przez chwilę wszyscy milczą, jakby ten czyn zaskoczył ich równie mocno, jak mnie.

– Dziękuję ci – udaje mi się wychrypieć. Ale Cassius odwraca wzrok od mojej zapadniętej twarzy. Współczucie to nie wybaczenie, a wdzięczność nie oznacza zadośćuczynienia.

Lilath wybucha śmiechem, nie podniósłszy nawet głowy znad misy z gotowanymi na miękko jajami kolibrów. Siorbie je jak cukierki.

– Jest granica, za którą honor staje się wadą charakteru, Rycerzu Świtu. – Łysa kobieta zerka na Aję, jej oczy przypominają ślepia węgorzy w jaskiniach Wenus. Połyka z mlaśnięciem kolejne jaja. – Stary Arcos doświadczył tego na własnej skórze.

Aja nie odpowiada, maniery ma nienaganne. Jednak emanuje od niej śmiertelna cisza, cisza, jaką zapamiętałem, zanim ta Furia zabiła Quinn. Lorn uczył Aję szermierki. Z pewnością nie życzyłaby sobie, aby drwiono z jej nauczyciela. Lilath łakomie połyka kolejne jaja – poświęca dobre maniery dla obelgi.

Między tymi sprzymierzeńcami panują animozje. Jak zwykle. Jednak wyraźnie rysuje się nowy podział – rozłam między starymi Złotymi a tymi bardziej nowoczesnymi, do których należy Szakal.

– Wszyscy jesteśmy przyjaciółmi – zapewnia Szakal beztroskim tonem. – Zważaj na maniery, Lilath. Lorn był Żelaznym Złotym, który po prostu stanął po niewłaściwej stronie.

Nawet nie spojrzy na swoją podwładną. Przygląda się Ai.

– Przyznam, że jestem ciekaw, Ajo. Teraz, gdy już nie będę miał Kosiarza, jakie masz wobec niego plany? Nadal zamierzasz go rozłożyć na części pierwsze?

– Owszem – potwierdza Aja ze spokojem. Niepotrzebnie dziękowałem Cassiusowi, wcale nie chodziło mu o honor, tylko o higienę. – Zanzibar jest ciekaw, jak Darrow został zrobiony. Ma parę teorii, ale brakuje mu materiału do badań. Mieliśmy nadzieję, że złapiemy Snycerza, który dokonał dzieła, ale chyba zginął w bombardowaniu Kato w prowincji Alcidalia.

– Albo ktoś chce, żebyś tak myślała – zauważa Antonia.

– Ten Snycerz był tutaj kiedyś, prawda? – wytyka Aja.

Szakal kiwa głową.

– Miał na imię Mickey. Stracił licencję po tym, jak wyrzeźbił wbrew prawu Aureata. Rodzina chciała uchronić swoje dziecko przed Zarządem Kontroli Jakości. W każdym razie potem Mickey wyspecjalizował się w tworzeniu latających i podwodnych odmian do sprzedaży na czarnym rynku. Miał nawet warsztat w Yorkton, zanim Synowie Aresa nie zwerbowali go do wykonania ich zamówienia. Darrow pomógł mu uciec z mojego więzienia. I jeżeli mogę wyrazić swoje zdanie, uważam, że Mickey nadal żyje. Moi agenci wskazali, że zaszył się w Tinos.

Aja i Cassius spoglądają na siebie porozumiewawczo.

– Jeżeli masz ślad, który wiedzie do Tinos, powinieneś nam o nim powiedzieć – rzuca Cassius.

– Jeszcze nie wiadomo na pewno. Tinos… dobrze się maskuje. Jak dotąd nie udało się nam pojmać żadnego z kapitanów ich okrętów… żywego. – Szakal popija kawę. – Ale żelazo już jest gorące, a wy pierwsi dowiecie się, co się z tego wykuje. O ile w ogóle cokolwiek. Ale muszę przyznać, że moi Jeźdźcy Kości chętnie dopadliby Wyjców jako pierwsi. Prawda, Lilath?

Próbuję nie drgnąć, gdy słyszę tę nazwę, ale to trudne. Żyją. Przynajmniej niektórzy. I wybrali Synów Aresa zamiast Złotych…

– Tak, panie – przyznaje Lilath i wbija we mnie wzrok. – Zorganizujemy prawdziwe polowanie. Zwalczanie Czerwonego Legionu i innych powstańców staje się nudne, nawet dla Szarych.

– Zresztą Władczyni potrzebuje nas w domu, Cassiusie – dodaje Aja, a potem odwraca się do Szakala. – Odlecimy, gdy tylko mój Trzynasty opuści kotlinę Golan. Zapewne rankiem.

– Zabierasz swoje legiony z powrotem na Księżyc?

– Tylko Trzynasty. Reszta pozostanie pod twoim nadzorem.

Szakal wygląda na zaskoczonego.

– Pod moim nadzorem?

– Pod twoimi rozkazami, dopóki to… powstanie nie zostanie stłumione. – Aja praktycznie wypluwa każde słowo. Wszystkie wieści to dla mnie nowość. – To dar Władczyni na znak zaufania. Wiesz, że jest zadowolona z postępów, jakie tutaj osiągnąłeś.

– Pomimo twoich metod – dorzuca Cassius, czym prowokuje niezadowolony grymas Ai.

– No, to skoro odlatujecie rano, powinniście rzecz jasna zjeść dziś ze mną kolację. Czekałem na okazję, żeby przedyskutować pewne… kwestie związane z rebelią na Obrzeżach. – Szakal unika konkretów, bo słucham go uważnie. Informacja to jego broń. Wmawiał mi, że przyjaciele mnie zdradzili. Nie wyjawił jednak którzy. Podrzucał sugestie i wskazówki podczas tortur, zanim zamknął mnie w mroku.

Szary podchodzi i mówi mu, że jego siostra czeka w salonie. Palce pachną mu jak spieniony czaj, ulubiony napój wspomnianej siostry. Czy ona wie, że tu jestem? Czy siedzi czasem przy tym stole? Szakal wciąż mówi. Trudno śledzić wszystkie głosy. Tak wiele do zrozumienia. Zbyt wiele.

– …każę moim ludziom umyć Darrowa przed podróżą, a po naszej dyskusji możemy wydać ucztę jak u Lukullusa. Wiem, że Voloxowie i Corialusowie nie mogą się doczekać, aby znowu się z wami spotkać. Sam od dawna nie miałem tak szacownych gości jak dwoje Rycerzy Olimpijskich. Tak często wychodzicie w pole, patrolujecie granice prowincji, walczycie w tunelach, na morzach i w gettach. Kiedy ostatnio jedliście porządny posiłek i nie martwiliście się o nocny atak czy zamachowców-samobójców?

– Dawno – przyznaje Aja. – Przyjęliśmy gościnę u braci Rath, kiedy mijaliśmy Tessaloniki. Bardzo gorliwie starali się nam pokazać swoją lojalność po swoim… zachowaniu podczas Deszczu Lwa. Było to… niepokojące.

Szakal parska śmiechem.

– Obawiam się, że moje przyjęcie będzie nędzne w porównaniu z tamtym. Ostatnio przyjmowałem tylko polityków albo żołnierzy. Możecie sobie wyobrazić, jak ta przeklęta wojna zakłóca mój kalendarz towarzyski.

– Zapewne nie chodzi bynajmniej o twoją reputację ani sławetną gościnność? – pyta Cassius. – Ani o twoją dietę?

Aja wzdycha, starając się opanować rozbawienie.

– Zważaj na maniery, Bellono.

– Bez obaw… Trudno zapomnieć o wrogości między naszymi rodami, Cassiusie. Jednak w tak trudnych czasach musimy szukać porozumienia. Ze względu na Złotych. – Szakal uśmiecha się, lecz wiem, że w głębi duszy wyobraża sobie, jak podcina obojgu gardła tępym nożem. – Zresztą wszyscy mamy zaszłości ze szkoły. I bynajmniej nie jestem zawstydzony.

– A jednak jest sprawa, którą chcielibyśmy omówić – oznajmia Aja.

Tym razem wzdycha Antonia.

– Mówiłam, że będzie. Czego tym razem życzy sobie Władczyni?

– Cassius już o tym wspomniał.

– Moje metody – upewnia się Szakal.

– Właśnie.

– Myślałem, że Władczyni jest zadowolona z moich wysiłków pacyfikacyjnych.

– Owszem, ale…

– Prosiła o zaprowadzenie porządku. Zaprowadziłem. Helium-3 dostarczane jest nieustannie, a jego wydobycie spadło jedynie o trzy i dwie dziesiąte procent. Powstanie się dusi, wkrótce Ares zostanie znaleziony, a Tinos i wszystko inne zniknie z naszej pamięci. Tylko Fabii zbiera swój…

– Chodzi o szwadron śmierci – przerywa Aja.

– Ach.

– A także o procedury likwidacji, które wprowadziłeś do zbuntowanych kopalń. Władczyni martwi się, że surowość twoich metod skierowanych przeciwko PodKolorom uderzy w nas z porównywalną siłą, jak wcześniej propaganda. Na Wzgórzu Palatyńskim zdarzyły się zamachy bombowe. Objęły także latyfundia na Ziemi. Odbyły się nawet protesty pod bramą Cytadeli. Bunt wciąż ma siłę ducha. Ale jest podzielony. I tak musi pozostać.

– Wątpię, czy zobaczymy więcej protestów, gdy wyśle się Obsydianów – uśmiecha się chytrze Antonia.

– Mimo to…

– Nie ma zagrożenia, że opinia publiczna dowie się o moich posunięciach. Propagowanie wiadomości przez Synów Aresa zostało zneutralizowane – zapewnia Szakal. – Teraz ja kontroluję informacje, Ajo. Ludzie wiedzą, że ta wojna jest już przegrana. Nigdy nie zobaczą zdjęć trupów. Nigdy nie dowiedzą się o zlikwidowanych kopalniach. Nieustannie widzą tylko Czerwonych atakujących cele cywilne. Dzieci ŚródKolorów i NadKolorów zabite w szkołach. Opinia publiczna stoi po naszej stronie…

– A jeżeli dowie się, co naprawdę robisz? – pyta Cassius.

Szakal nie odpowiada od razu, tylko wzywa skinieniem ledwie okrytą Różową, czekającą na sofie w przyległym pomieszczeniu. Dziewczyna, niewiele starsza od Eo, podchodzi do boku Szakala ze wzrokiem wbitym pokornie w ziemię. Jej oczy przypominają różowy kwarc, srebrzysto-różowe warkocze opadają na nagie plecy. Ta dziewczyna została wychowana do dostarczania przyjemności tym potworom i ogarnia mnie strach na myśl, co rozgrywało się na tych jej łagodnych oczach. Mój ból wydaje się nagle mały. Szaleństwo w moim umyśle – spokojne. Szakal głaszcze dziewczynę po policzku, a potem – wciąż patrząc na mnie – wsuwa palce do jej ust i rozwiera zęby. Kikutem popycha Różową, aby odchyliła głowę, i wtedy widzę, podobnie jak Aja i Cassius.

Dziewczyna nie ma języka.

– Zrobiłem to własnoręcznie po tym, jak ją pojmaliśmy osiem miesięcy temu. Próbowała zabić jednego z moich Jeźdźców Kości w klubie Pereł w Agei. Nienawidzi mnie. Niczego na świecie nie pragnie bardziej, niż ujrzeć moje gnijące zwłoki. – Szakal puszcza dziewczynę, wyciąga broń z kabury przy pasie, a potem podaje Różowej. – Strzel mi w głowę, Kaliope. Za wszystkie poniżenia, jakich doznaliście ode mnie ty i twój rodzaj. Śmiało. Wyrwałem ci język. A pamiętasz, co ci zrobiłem w bibliotece? Zrobię to znowu, a potem jeszcze raz i jeszcze… – Ściska jej drobny podbródek. – I jeszcze raz. Pociągnij za spust, ty mała dziwko.Strzelaj!

Różowa trzęsie się ze strachu, wypuszcza broń z drżących rąk, opada na kolana i czołem dotyka stóp swojego oprawcy. Szakal prostuje się z zadowoleniem i niemal z miłością dotyka jej głowy.

– No, już dobrze, Kaliope. Dobrze się spisałaś. Naprawdę dobrze. – Odwraca się do Ai. – Dla tłuszczy zawsze lepszy jest miód niż dziegieć. Ale jedynym sposobem na tych, którzy walczą podstępem, trucizną, akcjami sabotażowymi w kanałach oraz terroryzują ulice, jest strach.

Spogląda mi w oczy.

– Strach i eksterminacja.

Rozdział trzeciUkąszenie Węża

Krew kapie, gdy wibrujący metal ścina mi włosy. Brudne jasne kosmyki opadają na beton, gdy Szary goli mi głowę elektryczną golarką. Jego towarzysze nazywają tego mężczyznę Danto. Szary obraca mi głowę, żeby sprawdzić, czy wykonał dokładnie zadanie, po czym mocno uderza mnie w kark.

– Co powiesz na kąpiel, domine? – pyta. – Grimmus lubi, gdy jej więźniowie ładnie i cywilizowanie pachną, rozumiesz?

Poklepuje kaganiec. Musieli mi go nałożyć po tym, jak próbowałem ugryźć Szarego, który ściągał mnie ze stołu Szakala. Zapięli mi też na szyi obrożę elektryczną, spętali ręce na plecach, a oddział dwunastu ciężkozbrojnych wyjadaczy powlókł mnie przez korytarze jak worek śmieci.

Drugi Szary szarpnięciem za obrożę podnosi mnie ze stołka, podczas gdy Danto pochyla się, żeby rozwinąć wąż. Obaj moi strażnicy czy też oprawcy są o głowę ode mnie niżsi, ale muskularni i silni. Życie, jakie tutaj prowadzą, nie należy do łatwych – ścigają uciekinierów, śledzą zabójców z Syndykatu w głębiach Księżyca, polują na Synów Aresa w kopalniach…

Nienawidzę, gdy mnie dotykają. Nienawidzę ich widoku i odgłosów, które wydają. To za wiele. Za mocno. Za głośno. Wszystko, co robią, rani. Szarpią mnie. Biją obojętnie. Staram się, jak mogę, aby powstrzymać łzy, ale nie umiem sobie z tym poradzić.

Dwunastu żołnierzy zbija się w gromadę i przygląda, jak Danto wyciąga wąż w moją stronę. Wśród Szarych stoi trzech Obsydianów. Jak w większości oddziałów zwiadowczych.

Woda uderza mnie w pierś niby końskie kopyto. Zdziera skórę. Przetaczam się po betonowej podłodze, ślizgam po pomieszczeniu, aż strumień wody wciska mnie w kąt. Głowa odbija mi się od ściany, przed oczyma tańczą gwiazdy. Połykam wodę. Dławię się i kulę, aby osłonić twarz, ponieważ ręce wciąż mam spętane za plecami.

Kiedy „kąpiel” jest skończona, kaszlę i charczę pod kagańcem. Nie mogę nabrać tchu. Wreszcie jeden z Szarych zdejmuje mi kajdanki. Wsuwam nogi i ręce w czarny kombinezon więzienny, a potem znowu zostaję skuty. Czeka jeszcze kaptur, który założą mi na głowę, aby pozbawić mnie resztek człowieczeństwa. Potem zostaję przywiązany do krzesła. Nic nie pozostawia się przypadkowi, każdy mój ruch jest obserwowany. Szarzy pilnują mnie jak kogoś, kim byłem, nie tego, kim jestem. Mrużę oczy, wzrok mi się rozmywa. Woda kapie z rzęs, próbuję pociągnąć nosem, ale wewnątrz mam zakrzepłą krew – po złamaniu przegrody przy zakładaniu kagańca.

Czekam w pokoju przed salą Zarządu Kontroli Jakości, który nadzoruje administracyjnie więzienie pod fortecą Szakala. Budynek to betonowe pudło, jak każda siedziba rządowa. Blade oświetlenie sprawia, że każdy wygląda tutaj jak zombie, a pory na jego skórze wydają się kraterami po meteorytach. Oprócz Szarych, Obsydianów i Żółtego lekarza w pomieszczeniu znajduje się stół do badań i wąż. Jednak to smugi na metalowej podłodze i ślady paznokci na metalowym krześle świadczą o przeznaczeniu tego pokoju. Właśnie tutaj zaczyna się koniec życia.

Cassius nigdy by nie wszedł do tej nory. Niewielu Złotych musiało lub chciało tu przebywać, chyba że uczynili sobie wrogów z nieodpowiednich ludzi. To wnętrze zegara, gdzie kręcą się i przesuwają zębatki. Jak ktokolwiek może wykazać się odwagą w tak nieludzkim miejscu?

– Obłęd, nie? – rzuca Danto do Szarych za swoimi plecami, a potem zerka na mnie wymownie. – W życiu nie widziałem niczego tak dziwacznego.

– Snycerz musiał mu dodać ze sto kilo – komentuje inny Szary.

– Więcej. Widzieliście go w zbroi? Potwór jak cholera.

Danto szarpie mnie za kaganiec wytatuowanym palcem.

– Założę się, że drugie narodziny bolą. Szacunek za to. Ból to uniwersalny język. Co nie, Rdzewiaku?

Kiedy nie odpowiadam, pochyla się i staje mi na nagich stopach. Ma buty wzmocnione stalą. Mój paluch pęka. Ból i krew buchają spod rozerwanego paznokcia. Głowa mi opada, rozpaczliwie nabieram tchu.

– Co nie? – powtarza Danto.

Z oczu płyną mi łzy, nie przez ból, lecz obojętność tego okrucieństwa. Czuję się przez to mały. Dlaczego tak niewiele mu potrzeba, aby zranić mnie tak mocno? Prawie zaczynam tęsknić za swoją kamienną celą.

– To tylko małpa przebrana za człowieka – mówi inny Szary. – Zostaw go. Nawet nie rozumie, o co ci chodzi.

– Nie rozumie? – prycha Danto. – Gówno prawda. Lubił stroić się w szaty pana. Lubił nam rozkazywać.

Przykuca, żeby popatrzeć mi w oczy. Próbuję odwrócić wzrok, bo ogarnia mnie strach, że znowu mnie zrani, ale Danto tylko przytrzymuje mi głowę i rozwiera powieki kciukami.

– Moje dwie siostry zginęły w tym twoim Deszczu, Rdzewiaku. Straciłem też wielu przyjaciół, słyszysz? – Uderza mnie w skroń czymś metalowym. Przed oczyma latają mi świetliste plamy, czuję krew spływającą po twarzy. Za plecami Danta centurion sprawdza swój tablet. – Chcesz tego samego dla moich dzieci, co?

Danto wbija wzrok w moje oczy, szukając odpowiedzi. Nie znam żadnej, którą chciałby usłyszeć.

Podobnie jak inni, Danto to legionista weteran, brytan, twardy i wysłużony jak pordzewiała krata zamykająca kanał ściekowy. Na jego czarnym kombinezonie bojowym technicy umieścili purpurowe, mgliste smoki zwijające się w kunsztowny symbol. W oczy Szarego wszczepiono implanty do widzenia w podczerwieni i odczytu map bojowych. Pod skórą ma jeszcze więcej technicznych nowinek, które wspomagają Danta przy ściganiu Złotych i Obsydianów. Wszyscy pilnujący mnie Szarzy mają na szyi wytatuowany numer XIII opleciony przez poruszającego się smoka morskiego, a poniżej kupkę popiołu. Można po tym poznać, że to członkowie Legio XIII Dracones, ulubionego legionu Pretorianów Pana Popiołów, a teraz także jego córki, Ai. Cywile pewnie przezwaliby tych Szarych „dragonami”. Mustang nienawidziła tych fanatyków. To niezależna, trzydziestotysięczna armia wybrana przez Aję, aby stała się zbrojnym ramieniem Władczyni z dala od Księżyca.

Nienawidzą mnie.

Nienawidzą PodKolorów do szpiku kości, a w swoim rasizmie górują nawet nad Złotymi.

– Jak chcesz, żeby kwiczał, weź się za jego uszy, Danto – proponuje wysoka Szara. Stoi przy drzwiach, a jej kwadratowa szczęka porusza się rytmicznie przy żuciu gumy. Kobieta ma popielate włosy przycięte w krótkiego irokeza, a w jej głosie pobrzmiewa akcent ziemskiego dialektu. Opiera się o framugę obok ziewającego żołnierza z nosem delikatnym i wąskim jak u Różowego. – Uderz stulonymi dłońmi, ciśnienie zerwie bębenki.

– Dzięki, Holi.

– Służę pomocą.

Danto zwija dłoń.

– Tak? – Uderza mnie w głowę.

– Musisz trochę bardziej zgiąć…

Centurion przerywa pstryknięciem tę rozmowę.

– Danto, Grimmus chce go w jednym kawałku. Cofnij się, niech doktor mu się przyjrzy.

Oddycham z ulgą, że tortury zostały przerwane.

Żółty lekarz pochyla się nade mną i przygląda paciorkowatymi oczami o tęczówkach w barwie ciemnej ochry. Światło z góry sprawia, że pas łysiny lśni niczym woskowata skórka jabłka. Mężczyzna przesuwa bioskopem nad moją piersią i przygląda się moim wskaźnikom życiowym przez implanty w oczach.

– No i, doktorze?

– Nadzwyczajne – szepcze Żółty po chwili. – Gęstość kości i organów wewnętrznych jest bardzo dobra, pomimo niskokalorycznej diety. Mięśnie uległy atrofii, jak wykazały badania laboratoryjne, ale nie tak bardzo, jak u naturalnych Aureatów.

– Chcesz powiedzieć, że jest lepszy od Złotego? – pyta centurion.

– Nic podobnego nie powiedziałem – obrusza się lekarz.

– Spokojnie, tu nie ma kamer. To poczekalnia. Jaki werdykt?

– Można to transportować.

– To? – udaje mi się warknąć groźnie zza kagańca.

Doktor cofa się zaskoczony, że mogę mówić.

– Długoterminowa sedacja? Podróż na Księżyc z tej orbity potrwa trzy tygodnie.

– Jak najbardziej. – Lekarz zerka na mnie z przestrachem. – Ale podniósłbym dawkę do dziesięciu miligramów na dzień, kapitanie, tak na wszelki wypadek. To ma nienormalnie wytrzymały układ krążenia.

– Świetnie. – Centurion skinieniem głowy przywołuje Szarą. – Zajmij się tym, Holi. Połóż go na pryczy, potem znajdź wózek i przewieź. Jesteś wolny, doktorze, możesz wracać do swojego świata mocnego espresso i jedwabiu. Zajmiemy się…

Pyk. Pół czoła centuriona znika. Rozlega się metaliczne uderzenie w ścianę. Patrzę na dowódcę Szarych, ale nie potrafię zrozumieć, dlaczego nie ma twarzy. Mózg odmawia mi współpracy. Pyk. Pyk. Pyk. Pyk. Jak trzask stawów. Czerwona mgła bucha z głów najbliższych dragonów. Pryska mi w oczy, pochylam się niepewnie. Z tyłu kobieta z kwadratową szczęką przechodzi obojętnie za swoich towarzyszy, po czym strzela im w kark. Reszta wyciąga niezdarnie broń, ale nie ma już czasu nawet na przekleństwa, gdy drugi Szary spod drzwi zabija pięciu staroświeckim rewolwerem. Tłumik na lufie tak cudnie wycisza huk wystrzałów. Obsydiani padają w kałużach krwi.

– Czysto – oznajmia Szara.

– Zostało dwóch – burczy Szary. Zabija Żółtego lekarza, gdy ten czołga się do drzwi w nędznej próbie ucieczki. Potem żołnierz przyciska stopą tors Danta. Mój oprawca spogląda na towarzysza broni, po podbródku spływa mu krew.

– Trigg… Czemu…

– Ares przesyła pozdrowienia, skurwielu. – Szary przykłada broń tuż pod bojowym hełmem Danta i strzela mu między oczy, a potem prostuje się, dmuchnięciem rozwiewa dym unoszący się z lufy i chowa rewolwer do kabury przy udzie. – Czysto.

Poruszam ustami pod kagańcem i usiłuję wydusić choć jedno zrozumiałe słowo.

– Kto… wy?

Szara kopniakiem odsuwa sobie ciało z drogi.

– Nazywam się Holiday ti Nakamura. A to Trigg, mój najmłodszy brat. – Unosi brew przeciętą blizną. Na szerokiej twarzy ma mnóstwo piegów, do tego płaski od złamań nos i ciemnoszare, wąskie oczy. – Pytanie tylko, kim ty jesteś?

– Kim ja jestem? – mamroczę.

– Przyszliśmy po Kosiarza. Ale jeżeli to ty, chyba powinniśmy dostać zwrot kasy. – Nieoczekiwanie mruga do mnie porozumiewawczo. – Żartuję, proszę pana.

– Przestań, Holiday. – Trigg odsuwa ją na wszelki wypadek. – Nie widzisz, że ten człowiek jest w szoku?

A potem podchodzi do mnie czujnie, z uniesionymi rękami.

– Jest pan naszym celem – wyjaśnia uspokajającym tonem. – Przyszliśmy panu na ratunek.

Jego głos jest bardziej chrapliwy i mniej wyszkolony niż Holiday. Kulę się, gdy robi następny krok. Przyglądam się jego dłoniom, szukam broni. Na pewno chce mnie skrzywdzić.

– Rozkuję pana. Nic więcej. Przecież pan tego chce, tak?

To kłamstwo. Sztuczka Szakala. Ten Szary ma tatuaż „XIII”. Ci dwoje to Pretorianie, nie Synowie Aresa. Kłamcy. Zabójcy.

– Bez pana zgody nie rozepnę kajdanek.

Nie. Nie – przecież zabił strażników. Przyszedł mi pomóc. Musi być tutaj, żeby mi pomóc. Kiwam głową, a Trigg staje za moimi plecami. Nie ufam mu. Niemal czekam na ukłucie igły. Przekręt. Ale zaraz jestem wolny i czuję, że ryzyko się opłacało. Kajdanki spadają. Stawy ramion mi trzaskają, gdy z jękiem przenoszę dłonie na kolana. Po raz pierwszy od dziewięciu miesięcy. Ból sprawia, że drżą. Paznokcie wyrosły mi długie i obrzydliwe. Ale to znowu moje ręce. Zmuszam nogi do ucieczki i walę się na podłogę.

– No, no… – Holiday podsadza mnie z powrotem na krzesło. – Spokojnie, bohaterze. Masz straszną atrofię mięśni. Będziesz musiał się podtuczyć.

Trigg staje przede mną, uśmiecha się krzywo – szczerze, chłopięco, o wiele mniej przerażająco niż jego siostra, pomimo dwóch złotych kropel wytatuowanych tak, jakby spływały mu z prawego oka. Trigg wygląda jak wierny pies. Ostrożnie ściąga mi kaganiec, a potem nagle sobie coś przypomina.

– Mam coś dla pana.

– Nie teraz, Trigg. – Holiday zerka na drzwi. – Nie mamy czasu.

– Ale on tego potrzebuje – szepcze Trigg, jednak czeka, aż Holiday skinie głową, zanim wyciąga skórzane zawiniątko z plecaka w swoim pancerzu. Podaje mi. – Należy do pana. Proszę. – Wyczuwa jednak moją niechęć. – Hej, przecież pana nie okłamałem i rozkułem, nie?

– No…

Wyciągam ręce, a Trigg kładzie na nich skórzane zawiniątko. Palce mi się trzęsą, ale rozwiązuję rzemień. Wyczuwam moc, zanim jeszcze dostrzegam śmiercionośny błysk. Niemal upuszczam zawiniątko, przerażony nim tak samo, jak światłem.

To moje ostrze. To, które dostałem od Mustang. To, które odebrano mi dwukrotnie – za pierwszym razem zrobił to Karnus, drugi raz Szakal podczas Triumfu. Białe ostrze, gładkie niby dziecięcy mleczny ząb. Przesuwam dłonią po zimnym metalu i poplamionej solą skórzanej rękojeści. Dotyk budzi melancholijne wspomnienia siły dawno utraconej i długo zapomnianego ciepła.

Zapach orzechów przywołuje obrazy sali ćwiczeń u Lorna, gdzie uczył mnie fechtunku, podczas gdy jego wnuczka piekła swoje pierwsze ciasto w przyległej kuchni.

Ostrze przecina powietrze, tak piękne, tak złudne w swojej obietnicy mocy. Ta broń przekonała mnie, że jestem bogiem, tak jak wmawiała to pokoleniom ludzi przede mną. Lecz teraz już wiem, że to kłamstwo. Straszliwą cenę trzeba zapłacić za dumę.

Przeraża mnie, że miałbym ująć tę broń ponownie.

Z sykiem niczym zew godowy żmii jaskiniowej, ostrze rozciąga się w zakrzywiony kształt slinga. Było puste i gładkie, gdy ostatnio je widziałem, jednak teraz migocze obrazami wytrawionymi w metalu. Obracam sling, żeby lepiej się przyjrzeć temu, co znajduje się tuż przy rękojeści. Patrzę z niedowierzaniem. A Eo patrzy na mnie. Jej wizerunek wygrawerowany na ostrzu. Artysta nie uchwycił jej na szubienicy, nie w tamtej chwili, która na zawsze ją utrwaliła w pamięci innych, lecz jako dziewczynę, którą kochałem. Z rozwianymi włosami do ramion, pochyloną, by zerwać kwiat haemanthusa, z ustami rozchylonymi do uśmiechu. A nad Eo mój ojciec całuje matkę w progu naszego domu. A dalej, ku końcówce ostrza, Leanna, Loran i ja ścigamy Kierana w głąb tunelu – na twarzach mamy maski ze Święta Nocy Sierpniowej. To moje dzieciństwo.

Ten, kto wykonał te grawerunki, dobrze mnie zna.

– Złoci zamieszczają swoje uczynki na mieczach. Wielkie, pełne przemocygówno, którego się dopuścili. Ares uznał jednak, że wolałbyś zobaczyć ludzi, których kochasz – wyjaśnia cicho Holiday zza pleców brata. Zerka przez ramię na drzwi.

– Ares nie żyje.

Obserwuję ich twarze, żeby wychwycić oszustwo, złośliwy błysk w oku.

– Szakal was przysłał. To podstęp. Pułapka. Żebym doprowadził was do bazy Synów Aresa. – Zaciskam dłoń na slingu. – Chcecie mnie wykorzystać. Kłamiecie.

Holiday cofa się, czujnie wpatrzona w broń, ale Trigga rani bardziej oskarżenie.

– Kłamać? Tobie? Oddalibyśmy za pana życie! Oddalibyśmy życie dla Persefony… dla Eo. – Krzywi się, próbując znaleźć odpowiednie słowa, a ja odnoszę wrażenie, że zwykle to siostrze pozwala mówić w swoim imieniu. – Za tymi murami czeka armia… Czy to się nie liczy? Armia, która czeka na powrót… swojego ducha. – Pochyla się do mnie znacząco, aż Holiday zerka spod drzwi. – Pochodzimy z Południowej Pacyfiki, zapadłej dziury na Ziemi. Myślałem, że umrę tam, strzegąc silosów zbożowych. Ale znalazłem się tutaj. Na Marsie. I moim jedynym zadaniem jest zabrać pana do domu…

– Spotkałem już lepszych kłamców niż ty – syczę.

– Walić to. – Holiday wyciąga swój unipad.

Trigg próbuje ją powstrzymać.

– Ares powiedział, że tylko w ostateczności. Jeżeli sygnał zostanie zhakowany…

– Popatrz na niego. To jest ostateczność. – Odpina unipad i rzuca go mnie. Połączenie z innym aparatem. Ekran miga błękitem, oczekuje, aż odbiorę. A kiedy to robię, pojawia się holograficzny obraz nie większy niż moja pięść – hełm z kolcami. Czerwone oczy błyszczą złowrogo pod przyłbicą.

– Fitchner?

– Zgaduj po raz drugi, kretynie – dobiega warkot spod hełmu.

Niemożliwe.

– Sevro? – To imię wyrywa mi się niemal jak jęk.

– O, chłopie, wyglądasz, jakbyś wyczołgał się z własnego grobu.

– Żyjesz… – Gdy to mówię, holograficzny hełm znika i ukazuje się wykrzywiona twarz mojego przyjaciela. Sevro szczerzy w uśmiechu ostre zęby. Obraz migocze.

– Nie ma takiego Pixie na świecie, który mógłby mnie zabić. – Śmieje się złośliwie. – Ale czas, abyś wrócił do domu, Kosiarzu. Nie mogę przyjść do ciebie, więc ty musisz pofatygować się do mnie. Rozumiesz?

– Jak? – Ocieram łzy z oczu.

– Zaufaj moim Synom. Możesz?

Zerkam na Szare rodzeństwo i kiwam głową.

– Szakal… Więzi moją rodzinę.

– Ten zasrany kanibal gówno ma. Twoja rodzina jest ze mną. Zabrałem ich z Lykos, gdy cię złapano. Matka na ciebie czeka. – Znowu zaczynam płakać. Ulga jest zbyt wielka, abym mógł to znieść. – Ale musisz się wziąć w garść, chłopie. Rusz się.

Potem zerka w bok.

– Daj mi Holiday.

Robię, jak każe.

– Postaraj się zrobić to czysto, jeżeli się uda. Ale nie cofaj się przed niczym, jeżeli będzie trzeba. Zrozumiano?

– Zrozumiano.

– Zerwij pęta.

– Zerwij pęta – powtarza Szara, a obraz Sevra znika.

– Nie patrz na nasz Kolor – mówi mi Holiday. Wyciąga wytatuowaną rękę. Patrzę na Szare Sigile wytrawione w jej skórze, potem unoszę wzrok na piegowatą, twardą twarz. Jedno z oczu Holiday jest bioniczne, nie mruga jak drugie. Słowa Eo brzmią dziwnie w jej ustach. A jednak chyba właśnie wtedy odzyskuję duszę. Nie umysł. Wciąż czuję w nim pęknięcia i podstępnie wkradający się tam mrok zwątpienia. Ale powraca nadzieja. Rozpaczliwie zaciskam palce na dłoni Szarej.

– Zerwij pęta – powtarzam ochryple. A potem wskazuję na swoje bezwartościowe nogi. – Będziecie musieli mnie nieść. Nie mogę ustać.

– Właśnie dlatego mamy dla ciebie specjalny koktajl. – Holiday wyjmuje z plecaka strzykawkę.

– Co to takiego? – pytam podejrzliwie.

Trigg tylko parska śmiechem.

– Coś, co cię wzmocni, przyjacielu. Serio. I naprawdę nie chcesz wiedzieć, co w tym jest. – Szczerzy się. – Draństwo ożywiłoby trupa.

– No to dawaj. – Wyciągam rękę.

– Będzie bolało – ostrzega Trigg.

– To duży chłopiec. – Holiday podchodzi bliżej.

– Proszę… – Trigg podaje mi swoją rękawicę. – Włóż między zęby.

Chociaż pewność siebie znowu mnie opuszcza, zaciskam zęby na skórze i kiwam głową do Holiday. Pochyla się, ale nie nad moim ramieniem, lecz do piersi, aby wbić igłę prosto w serce. Metal przebija ciało, tłok uwalnia zawartość.

– Jasna kurwa! – próbuję wrzasnąć, ale wyrywa mi się tylko nieartykułowany gulgot. Pożar rozprzestrzenia się w żyłach, serce galopuje, jakby miało mi się wyrwać z piersi. Spoglądam na siebie w przekonaniu, że zaraz wybuchnę. Czuję każdy mięsień. Każda moja komórka eksploduje, pulsuje energią. Dostaję mdłości. Zwalam się na podłogę, przyciskając pięści do piersi. Oddycham płytko. Spluwam. Uderzam w podłogę. Szarzy odskakują od mojego wijącego się w konwulsjach ciała. Przewracam krzesło, wyrywam je z miejsca, gdzie było przykręcone. A potem puszczam wiązankę przekleństw, przy których Sevro by się zarumienił. Kiedy już tylko się trzęsę, podnoszę głowę.

– C-co… to… było? – pytam Szarych.

Holiday z trudem powstrzymuje śmiech.

– Mama nazywa to „Ukąszenie Węża”. Z twoim metabolizmem podziała najwyżej pół godziny.

– Twoja matka to zrobiła?

Trigg wzrusza ramionami.

– Jesteśmy z Ziemi.

Rozdział czwartyCela nr 2187

Holiday i Trigg eskortują mnie jak więźnia przez korytarze. Z workiem na głowie i niezatrzaśniętymi kajdankami na rękach za plecami. Brat po prawej, siostra po lewej – muszą mnie podtrzymywać. Ukąszenie Węża pozwala mi iść, ale niezbyt sprawnie. Moje ciało, choć naćpane po dziurki w nosie, nadal wydaje się ciężkie i bezwładne jak mokra ścierka. Ledwie czuję zmiażdżony paluch i niepewne stopy. Cienkie więzienne buty skrzypią na posadzce. Głowa mi się kiwa, ale myśli mkną z hiperprędkością. I są maniakalnie skoncentrowane. Przygryzam język, żeby nie szeptać, i muszę się napominać, że nie otacza mnie mrok. Szarzy ciągną mnie przez betonowy korytarz. To marsz do wolności. Do moich bliskich. Do Sevra.

Nikt nie ośmieli się zatrzymać dwóch dragonów z Trzynastki, nie wtedy, gdy mają przepustki, a Aja we własnej osobie przebywa w fortecy. Wątpię, aby wielu z armii Szakala zdawało sobie nawet sprawę, że żyję. Popatrzyliby co najwyżej na mój wzrost i bladą skórę, a potem uznaliby mnie za jakiegoś pechowego Obsydiana. A jednak czuję obce spojrzenia. Ogarnia mnie paranoja.

Wiedzą. Wiedzą o pozostawionych ciałach. Ile minie czasu, zanim ktoś otworzy drzwi? Ile potrwa, zanim zostaniemy przyłapani?

Myśli kłębią się, gdy rozważam mnóstwo możliwych zakończeń. Gdy wszystko pójdzie źle. To narkotyki. To tylko narkotyki.

– Nie powinniśmy jechać w górę? – pytam, gdy opadamy w windzie grawitacyjnej głębiej w czeluści lochów górskiej fortecy. – Czy na dole jest hangar?

– Słuszny domysł – przyznaje Trigg, na którym chyba zrobiłem wrażenie. – Czeka tam na nas statek.

Holiday zaczyna żuć kolejną gumę.

– Masz coś na nosie, Trigg. O… tu.

– Przymknij się. To nie ja się rumieniłem, gdy on był nagi.

– Jesteś pewien, młody? Cisza. – Winda zwalnia, a rodzeństwo nieruchomieje w napięciu. Słyszę, jak oboje odbezpieczają broń. Drzwi się otwierają, ktoś wchodzi do kabiny.

– Domine – Holiday wita nowo przybyłego i odsuwa mnie w kąt, żeby zrobić miejsce. Buty, które słyszę, są ciężkie, w sam raz dla Obsydiana albo Złotego. Ale do Obsydianów Szarzy nie zwracają się per domine. Zresztą żaden Obsydian nie pachniałby cynamonem i koniczyną.

– Sierżancie. – Głos zgrzyta mi w uszach. Należy do człowieka, który kiedyś zrobił sobie naszyjnik z uszu. Vixus. Jeden ze starej bandy Titusa. Brał udział w masakrze podczas mojego Triumfu. Wciskam się bardziej w kąt windy, która znowu jedzie w dół. Vixus mógłby mnie rozpoznać. Wyczuje mnie. Pewnie już to robi, bo patrzy w moją stronę. Słyszę szelest jego kołnierza.

– Legion Trzynasty? – pyta po chwili. Pewnie zauważył tatuaże na szyjach rodzeństwa. – Od Ai czy jej ojca?

– W tej turze u Furii, domine – odpowiada chłodno Holiday. – Ale służymy Panu Popiołów.

– Ach, zatem walczyliście w bitwie o Deimosa w zeszłym roku?

– Tak, domine. Byliśmy z Furią w pierwszym szeregu promów bojowych posłanych na Telemanusów, zanim au Fabii i okręty Arcosa tam dotarły. Ten tutaj, mój brat, postrzelił starego Kavaxa w ramię. Prawie go powalił, zanim Augustus i żona Kavaxa rozbili nasz oddział uderzeniowy.

– No, no – w głosie Vixusa brzmi aprobata. – To by dopiero był wyczyn godny nagrody. Ale i tak powinieneś sobie wytatuować kolejną łzę na twarzy, legionisto. A ja ścigałem z Siódemką tego Obsydianowego psa. Pan Popiołów wyznaczył całkiem niezłą nagrodę za odzyskanie swojego niewolnika.

Prycha pod nosem. Przypomina to odgłos upuszczanej pary.

– A to kto?

Pyta o mnie.

Serce podchodzi mi do gardła.

– Podarunek dla Pretor Grimmus w zamian za… paczkę,którą zabiera do domu – wyjaśnia Holiday. – Sam rozumiesz, panie.

– Paczkę. Ale dość Przerdzewiałą – śmieje się z własnego żartu Vixus. – Znam go?

Dotyka skraju kaptura, który mam na głowie. Cofam się bardziej w kąt.

– Wyjec sprawiłby przyjemność. Kamyk? Klaun? Nie, za wysoki…

– Obsydian – wyjaśnia szybko Trigg. – Szkoda, że nie Wyjec.

– Fuj. – Vixus cofa dłoń jak oparzony. – Zaraz, zaraz…

Ma pomysł.

– Wsadźmy go do celi z tą suką Julii. Niech walczą o kolację. Co myślicie, trzynastki? Zabawimy się?

– Trigg, wyłącz kamerę – rozkazuję ostro spod kaptura.

– Co? – Vixus odwraca się zaskoczony.

Pyk. Właśnie włączyło się pole zakłócające.

Ruszam, niezdarnie, ale szybko. Wyrywam ręce z kajdanków, wyszarpuję ukryty nóż jedną ręką, drugą zdzieram kaptur. Przybijam Vixusowi ramię do ściany i z głowy uderzam go w twarz. Nie jestem jednak taki, jak byłem, nawet na dopalaczach. Wzrok mi się rozmywa. Potykam się. A Vixus trzyma się prosto i zanim udaje mi się zareagować, zanim skupię wzrok, wyciąga miecz.

Holiday zasłania mnie własnym ciałem, odpycha na bezpieczny dystans. Upadam. Trigg jest jeszcze szybszy, gdy wyszarpuje rewolwer i wbija lufę w otwarte usta Vixusa. Złoty zamiera, gdy widzi broń. Jego ostrze zatrzymuje się o milimetry od gardła Holiday.

– Ciii… – szepcze Trigg. – Opuść miecz.

Vixus puszcza.

– Co ty sobie myślisz, do cholery? – pyta mnie Holiday gniewnie. Ciężko dyszy, ale pomaga mi wstać. Wciąż kręci mi się w głowie. Przepraszam. To było głupie z mojej strony. Opieram się o ścianę i przyglądam Vixusowi uważnie. A on patrzy na mnie ze zgrozą. Nogi mi się trzęsą, muszę podtrzymywać się poręczy. Serce mi łomocze od narkotyków w krwiobiegu. Głupi pomysł tak rwać się do walki. Jeszcze głupszym było użycie zakłócacza. Zieloni, którzy monitorują systemy więzienia, na pewno szybko poskładają elementy układanki w całość. I wyślą Szarych, żeby sprawdzili pomieszczenie przy Zarządzie Kontroli Jakości. A wtedy znajdą ciała.

Staram się opanować kłębiące się myśli. Skupić się.

– Czy Victra żyje? – udaje mi się wychrypieć.

Trigg cofa nieco broń, żeby Vixus mógł odpowiedzieć. Ale Złoty milczy. Na razie.

– Wiesz, co mi zrobił Szakal? – pytam. Po chwili Vixus przytakuje ruchem głowy. Śmieję się. Ten śmiech przypomina pękający lód, rozszerza się, rozciąga się i rozprasza, ale w porę przygryzam sobie język, aby nie trwał za długo. – I… I nadal masz odwagę zmuszać mnie, abym zapytał cię po raz drugi?

– Victra żyje.

– Kosiarzu… zaraz po nas przyjdą. Wiedzą, że kamera jest zakłócana. – Holiday zerka na kamerę pod sufitem windy. – Nie możemy zmienić planów.

– Gdzie ona jest? – Obracam ostrze. – Gdzie?

Vixus syczy z bólu.

– Poziom dwudziesty trzeci, cela dwadzieścia jeden-osiemdziesiąt siedem. Mądrze by było, gdybyś mnie nie zabił. Możesz mnie zostawić w jej celi. Uciec. Podam ci, jak tam dotrzeć, Darrow. – Muskuły i żyły wiją się pod jego skórą na szyi jak węże pod piaskiem. Ani grama tłuszczu. – Z dwojgiem zdradzieckich Pretorianów nie zajdziesz daleko. W tej górze kryje się armia. Legiony stacjonują w mieście i na orbicie. Trzydziestu Niezrównanych Naznaczonych. Jeźdźcy Kości na południu Attyki. – Ruchem głowy wskazuje małą czaszkę ptaka w klapie marynarki swojego munduru. – Pamiętasz ich?

– Nie potrzebujemy go – wtrąca Trigg z palcem na spuście.

– Czyżby? – śmieje się Vixus. Wraca mu pewność siebie, gdy widzi moją słabość. – A co zamierzacie zrobić w obliczu Rycerza Olimpijskiego, zakute łby? Och, zaraz. Przeciwko dwojgu Rycerzom.

Holiday tylko prycha.

– To samo, co ty, złotowłosy. Uciekniemy.

– Poziom dwudziesty trzeci – mówię Triggowi.

Trigg wbija guziki na panelu windy i zmienia naszą trasę ucieczki. Włącza mapę na swoim unipadzie, przygląda się jej krótko wraz z siostrą.

– Cela dwadzieścia jeden-osiemdziesiąt siedem jest… tutaj. Zamek z kodem. Kamery.

– Za daleko od punktu ewakuacyjnego. – Holiday zaciska wargi. – Jeżeli odejdziemy tak daleko, już po nas.

– Victra to moja przyjaciółka – upieram się. Na dodatek myślałem, że zginęła, a jednak udało się jej przeżyć postrzał. – Nie zostawię jej.

– Nie mamy wyboru – protestuje Holiday.

– Zawsze jest wybór. – Nawet w moich własnych ustach te słowa brzmią jak brednie.

– Spójrz na siebie, człowieku. Jesteś wrakiem!

– Odczep się od niego, Holi – warczy Trigg.

– Ta Złota suka nie jest jedną z nas! Nie zaryzykuję dla niej życia.

Ale Victra poświęciłaby dla mnie życie. W mroku myślałem o niej często. Wspominałem dziecięcą radość w jej oczach, gdy u Szakala podarowałem jej fiolkę z zapachem kamieni po deszczu. „Nie wiedziałam, Darrow, nie wiedziałam…” – to były jej ostatnie słowa, które powiedziała do mnie po zdradzie Roque’a. Wokół panowała śmierć, w plecach miała dwie kule, a chciała tylko, żebym nie myślał o niej źle w tej ostatniej godzinie.

– Nie zostawię jej – powtórzyłem z uporem.

– Pójdę z tobą – zapewnia Trigg. – Cokolwiek rozkażesz, Kosiarzu. Jestem z tobą.

– Trigg – szepcze Holiday. – Ares powiedział…

– Ares nie odwrócił przeznaczenia. – Trigg ruchem głowy wskazuje na mnie. – On może. Idziemy z nim.

– A jeżeli nasze okno do ucieczki się zamknie?

– Zrobimy sobie nowe. Mamy sporo materiałów wybuchowych.

Spojrzenie Holiday staje się nieobecne, Szara w zamyśleniu żuje gumę. Znam ten wyraz twarzy. Ona nie dostrzega w swoim bracie tego, co ja. Dla niej to nie brytan ani zabójca, lecz tylko chłopiec, z którym się wychowała.

– No dobra. Wchodzę w to – zgadza się niechętnie.

– Co z Naznaczonym? – pyta Trigg.

– Jeżeli wpisze kod, przeżyje – mówię cicho. – Zastrzel go, jeżeli spróbuje czegoś głupiego.

Wychodzimy z windy na poziomie dwudziestym trzecim. Znowu mam na głowie kaptur, a Holiday prowadzi mnie korytarzami. Vixus idzie przodem, jakby odprowadzał nas do celi, Trigg z bronią gotową do strzału niemal depcze mu po piętach. W korytarzach panuje cisza. Nasze kroki odbijają się echem od ścian. Nic nie widzę przez kaptur.

– To tutaj – mówi Vixus, gdy docieramy do drzwi.

– Wpisz kod, dupku – rozkazuje Holiday.

Vixus wpisuje i drzwi z sykiem się odsuwają. Otacza nas ryczący hałas. Straszliwe trzaski z głośników. W celi panuje przejmujący mróz, wszystko spowija biel. Światło z sufitu jest tak oślepiające, że odwracam wzrok. W kącie celi leży wygłodzony więzień – nogi podciągnięte pod brodę w pozycji embrionalnej, plecami do mnie. Na skórze widać ślady oparzeń i smugi po uderzeniach. Przed przenikliwym światłem kobietę chronią tylko skołtunione białe włosy, które spadają na oczy. Nie rozpoznałbym jej, gdyby nie dwie blizny po kulach na wysokości kręgosłupa między łopatkami.

– Victro! – próbuję przekrzyczeć hałas. Nie słyszy mnie. – Victro!

Tym razem mój głos się przebija, bo hałas cichnie, zastąpiony łomotem serca z głośników. Victra torturowana jest światłem i dźwiękiem. Doznaniami. Dokładnie odwrotnie niż męczarnie, jakie Szakal zgotował mnie. Wreszcie Victra może mnie usłyszeć. Odwraca głowę w moją stronę. Złote oczy spoglądają dziko spod kołtuna włosów. Nawet nie wiem, czy mnie rozpoznała. Śmiałość, z jaką ta dziewczyna obnosiła się kiedyś ze swoją nagością, znikła. Zasłania się, wystawiona na ciosy. Przerażona.

– Podnieś ją – rozkazuje Holiday i uderza Vixusa w brzuch. – Musimy iść.

– Jest sparaliżowana… – wtrąca niepewnie Trigg. – Prawda?

– Cholera. No to ją zaniesiemy.

Trigg chce podejść do Victry. Powstrzymuję go, kładąc otwartą dłoń na jego torsie. Nawet w takim stanie Victra mogłaby wyszarpnąć mu ramię i oderwać od reszty ciała. A ponieważ znam przerażenie, jakie odczuwałem, gdy zostałem wyciągnięty ze swojego więzienia, zbliżam się powoli. Mój strach cofa się w głąb umysłu, wyparty przez gniew na widok tego, co własna siostra zrobiła tej dziewczynie. I wiem dobrze, że to moja wina.

– Victro, to ja, Darrow. – Nie daje żadnego znaku, że mnie rozpoznaje czy choćby słyszy. Kucam przy niej. – Zabieramy cię stąd. Możemy podnieść…

Rzuca się na mnie. Atakuje tylko rękami.

– Zdejmij swoją twarz! – wrzeszczy. – Zdejmij swoją twarz!

Holiday doskakuje i wbija paralizator w krzyż więźniarki. Impuls elektryczny nie wystarcza.

– Przestań! – krzyczy Holiday. Victra uderza pięścią w napierśnik z durostali, cios posyła Szarą na ścianę kilka metrów dalej. Trigg z wielofunkcyjnego karabinu strzela strzałkami ze środkiem uspokajającym, dwie trafiają Victrę w udo. Medykamenty szybko zaczynają działać, ale dziewczyna wciąż dyszy i obserwuje mnie, mrużąc oczy. Wreszcie traci przytomność.

– Holiday… – zaczynam.

– Pozłociła mnie – burczy Szara, gdy się podnosi. Na napierśniku ma wgniecenie wielkości pięści. Przygląda mu się z podziwem. – Ma siłę ta Pixie. Ten pancerz podobno wytrzymuje serię z automatu.

– Geny rodu Julii – mamrocze Trigg. – Dobrze, że pilnowała kalorii.

Unosi Victrę na ramieniu i rusza za Holiday na korytarz. Szara warczy na mnie, żebym się pośpieszył. Zostawiamy Vixusa na podłodze celi, zgiętego po ciosie Holiday. Ale żywego, jak obiecałem.

– Znajdziemy cię. – Vixus podnosi się, gdy właśnie zamierzam zamknąć drzwi. – Wiesz, że tak będzie. Przekaż małemu Sevrowi, że już idziemy. Jeden Barca mniej. Jeden został.