Red Rising. Tom 2. Złoty syn - Pierce Brown - ebook
Opis

Człowiek może stać się potworem, ale żaden potwór nie stanie się człowiekiem.

Darrow au Andromedus, sławny absolwent Instytutu Marsa, wspina się coraz wyżej po szczeblach kariery wśród Złotej Elity. Jego drogę znaczy krew nie tylko wrogów, lecz i przyjaciół. Jednak celem Darrowa nie jest awans i bogactwo. Młodzieniec wypełnia inną misję – próbuje osłabić Złotych tyranów od wewnątrz i obalić ich bezwzględne rządy nad ludzkością.

Wydaje się, że jest już blisko osiągnięcia celu, gdy ponosi klęskę.

Świat Złotych gardzi przegranymi i spycha ich na dno bez litości. Nie ma tu przyjaźni, lecz tylko sojusze – dawni bracia stają się wrogami, a śmiertelni wrogowie aliantami.

Darrow boleśnie się o tym przekona.

Czy uda mu się podnieść? Czy zdoła wypełnić swoją misję? Czy też stanie się potworem jak inni i polubi okrucieństwo, w którym nauczył się żyć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 615

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Pierce Brown

Red Rising

Złoty syn

Przekład Małgorzata Koczańska

Warszawa 2015

Tytuł oryginału: RED RISING TRILOGY #2: GOLDEN SON

Copyright © 2015 by Pierce Brown

Projekt okładki: Design Partners www.designpartners.pl

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:drageus@drageus.com

www.drageus.com

Opracowanie wersji elektronicznej:

ISBN epub: 978-83-64030-69-7

ISBN mobi: 978-83-64030-70-3

Dla Matki,

która nauczyła mnie mówić

Prolog

Dawno, dawno temu z nieba zstąpił mężczyzna i zabił mi żonę. Kroczę teraz obok niego po zboczu góry, która wznosi się nad naszym światem. Pada śnieg. Blanki z białego kamienia i lśniącego szkła wystają ze skał.

Wokół nas kłębi się chaos chciwości. Wszyscy wielcy Złoci z Marsa przybyli do Instytutu, aby zabrać najlepszych i najbystrzejszych z naszego rocznika. Ich okręty tłoczą się na nieboskłonie o poranku, promy przecinają śnieżne pola i mijają płonące twierdze pod Olimpem, który zdobyłem ledwie parę godzin temu.

– Przyjrzyj się po raz ostatni – mówi mężczyzna, gdy dochodzimy do jego promu. – Wszystko, co stało się wcześniej, było tylko szeptem w naszym świecie. Kiedy opuścisz tę górę, wszelkie więzi zostaną zerwane, a przysięgi stracą ważność. Nie jesteś na to gotów. Nikt nie jest.

W tłumie widzę Cassiusa z ojcem i krewnymi. Idą do swojego promu. Ich palące spojrzenia mierzą nas znad bieli, a ja przypominam sobie uderzenie serca Juliana... Ostatnie uderzenie. Twarda ręka opada na moje ramię, kościste palce zaciskają się zaborczo.

Augustus spogląda na swoich wrogów.

– Bellona nie wybacza ani nie zapomina. Jest ich wielu, ale nie mogą cię skrzywdzić. – Jego zimne oczy wbijają się we mnie, nowo zdobyte trofeum. – Ponieważ należysz do mnie, Darrow, a ja chronię to, co moje.

Jako i ja.

Przez siedemset lat moi ludzie żyli w niewoli, bez prawa głosu, bez nadziei. Stałem się ich mieczem. I nie wybaczam. Ani nie zapominam. Zatem niech Augustus zaprowadzi mnie do swojego promu. Niech myśli, że mnie posiadł. Niech zaprosi mnie do swojego domu, żebym mógł spalić tę siedzibę na popiół.

Wtedy jednak córka Augustusa ujmuje mnie za rękę i czuję, jak brzemię moich kłamstw przygniata mi barki. Powiada się, że królestwo rozdarte wewnętrznie nie przetrwa. O rozdartym sercu nie wspomniał nikt.

CZĘŚĆ PIERWSZAPokłon

Hic sunt leones.

Tu są lwy.

– Nero au Augustus

Rozdział pierwszyDowódcy

Moje milczenie jest jak grzmot. Stoję na mostku swojego okrętu, złamane ramię zostało zabezpieczone w żelusztywnieniu, na szyi wciąż mam otwarte rany. Jestem piekielnie zmęczony. Ostrze mojego slinga owija się wokół zdrowego, prawego ramienia jak zimny, metalowy wąż. Przede mną otwiera się przestrzeń kosmiczna, bezkresna i straszna. Niewielkie okruchy światła przebijają mrok, odwieczny cień spowija gwiazdy na granicy pola widzenia.

Asteroidy. Przepływają powoli wokół mojego okrętu wojennego, „Quietusa”. Rozglądam się wśród czerni w poszukiwaniu zdobyczy.

– Odnieś zwycięstwo – powiedział mój pan. – Wygraj ty, skoro moje dzieci nie potrafią, a przyniesiesz zaszczyt nazwisku Augustus. Odnieś zwycięstwo w Akademii, a zasłużysz sobie na flotę.

Lubi dramatyczne powtórzenia. Podkreśla tak większość swoich stwierdzeń.

Chciałby, abym zwyciężał dla niego, lecz ja zrobię to dla dziewczyny zrodzonej wśród Czerwonych, która miała marzenie ponad własną miarę, marzenie wielkie jak świat. Zwyciężę, a wtedy Augustus zginie i przesłanie tej dziewczyny wyryje się w pamięci pokoleń na wieki.

Mam dwadzieścia lat. Jestem wysoki i szeroki w ramionach. Noszę czarny, pognieciony mundur. Mam długie włosy oraz oczy Złotego, teraz nabiegłe krwią. Mustang powiedziała kiedyś, że rysy mojej twarzy są ostre, a kości policzkowe i nos chyba wykuto z marmuru pełnego złości. Unikam luster. Lepiej zapomnieć o masce, którą noszę, masce skrywającej bliznę Aureatów rządzących od Merkurego po Pluton.

Jestem jednym z Niezrównanych Naznaczonych. Najbardziej okrutnych i wspaniałych spośród ludzi. Brakuje mi jednak tej, która prosiła, żebym został, gdy żegnałem się z nią na balkonie prawie rok temu – Mustang. Dałem jej wtedy złoty pierścień z wyrzeźbionym koniem, a ona podarowała mi nóż. Stosownie.

Smak jej łez wyrył mi się w pamięci. Od opuszczenia Marsa nie miałem od niej wieści. Co gorsza, nie miałem także wieści od Synów Aresa, odkąd ponad dwa lata temu zwyciężyłem w Instytucie Marsjańskim. Tancerz obiecał, że skontaktuje się, gdy tylko skończę szkołę, ale porwały mnie wtedy tłumy Złotych.

Jakże daleko odszedłem od przyszłości, którą wyobrażałem sobie jako chłopiec. I jakże daleko od przyszłości, którą pragnąłem zapewnić swojemu ludowi, kiedy pozwoliłem, aby wyrzeźbili mnie Synowie Aresa. Myślałem, że zmienię całe światy. Któryż z młodych głupców tak nie myśli? Lecz tylko wpadłem w tryby machiny bezkresnego imperium, nieuchronnie miażdżącej wszystko i wszystkich.

W Instytucie uczono nas przetrwać i zwyciężać. Tutaj, w Akademii, uczymy się wojny. Sprawdza się nasz potencjał. Prowadzę flotę wojenną przeciwko innym Złotym. Strzelamy ślepakami i posyłamy oddziały bojowe z okrętu na okręt zgodnie z prawidłami kosmicznych bitew. Nie ma sensu niszczyć okrętu, którego budowa pochłonęła większość rocznego dochodu dwudziestu miast, skoro do jego zdobycia wystarczy posłać niewielką jednostkę wypchaną Obsydianami, Złotymi i Szarymi, aby zniszczyli najważniejsze systemy.

Oprócz lekcji z taktyki walk międzygwiezdnych nauczyciele wbili nam do głów fundamentalne maksymy naszej rasy. Przeżyją tylko najsilniejsi. Tylko najbystrzejsi będą sprawować władzę. A potem zostawili nas na pastwę losu i pozwolili, abyśmy skakali z asteroidy na asteroidę, szukali zaopatrzenia i baz, polowali na innych studentów do chwili, aż pozostaną tylko dwie floty.

Wciąż balansuję na krawędzi. Jednak ta rozgrywka nie jest jeszcze śmiertelna.

– To pułapka – stwierdza Roque u mego boku.

Jego włosy urosły, podobnie zresztą jak moje, ale twarz mu zmiękła jak u kobiety i złagodniała jak u filozofa. Zabijanie w przestrzeni kosmicznej różni się od tego na ziemi. Roque osiągnął w tym pierwszym wybitną sprawność. Jest w takiej walce poezja, zapewnia. Poezja sfer niebieskich i żeglujących pośród nich okrętów. Gdy to mówi, przypomina jednego z Niebieskich, którzy zajmują się nawigacją międzygwiezdną, również na pokładzie tej jednostki – zwiewnych ludzi polatujących jak zjawy przez logicznie uporządkowane metalowe korytarze.

– Ale nie tak elegancka pułapka, jak mogło się wydawać Karnusowi – mówi dalej Roque. – Wie, że chcemy jak najszybciej zakończyć grę, więc po prostu czeka po drugiej stronie. Zamierza ściągnąć nas tam, gdzie będziemy łatwym celem dla jego pocisków. Skuteczna taktyka, wypróbowana i stara jak świat.

Roque wskazuje przestrzeń między dwoma dużymi asteroidami.

– Pułapki są wszędzie – ziewa Tactus. Opiera się o panel iluminatora, splata ramiona i krzywi nos, bawiąc się pierścieniem na palcu. Wyrzuca zużytą baterię na podłogę. – Karnus wie, że jest zgubiony. Tylko nas męczy. Bawi się w berka, byle nie dać nam spać, samolubny drań.

– Ależ z ciebie Pixie, tylko paplasz i jęczysz – prycha Victra au Julii z miejsca naprzeciw iluminatora. Jej nierówne, postrzępione włosy sięgają uszu z jadeitowymi kolczykami. Porywcza i okrutna, ale nigdy do przesady, gardzi makijażem i z dumą prezentuje blizny zdobyte przez dwadzieścia siedem lat swojego życia. Wiele blizn. Oczy ma głęboko osadzone, przymknięte, usta wydatne i zmysłowe, o wargach stworzonych do obelg wypowiadanych niemal pieszczotliwie. Victrę łączy większe podobieństwo ze sławną matką niż młodszą siostrą Antonią, ale w zdolnościach do siania chaosu przewyższa je obie.

– Pułapki są nieważne – zapewnia. – Jego flota została rozgromiona. Został mu tylko jeden okręt. My mamy siedem. Może po prostu zaatakujemy i rozwalimy Karnusa?

– To Darrow ma siedem okrętów – przypomina Victrze Roque.

– Mówiłeś coś? – Poprawka wyraźnie ją drażni.

– Darrow ma siedem okrętów. Powiedziałaś, że to my je mamy. Nie mamy. To Darrow jest Prymusem.

– Pedantyczny poeta kontratakuje. Ale to nie zmienia sytuacji, drogi panie.

– Że powinniśmy działać brawurowo zamiast rozważnie? – rzuca Roque.

– Że to walka siedem na jednego. I że pozwalamy się haniebnie długo wodzić za nos. Rozdepczmy tę jednostkę Bellony, wracajmy do bazy, odbierzmy nagrodę od starego, dobrego Augustusa i zabawmy się jak należy. – Wymownie rozgniata wysokim obcasem wyimaginowanego robaka dla podkreślenia wypowiedzi.

– Właśnie – popiera ją natychmiast Tactus. – Królestwo za gram pyłu demonów.

– Czy to nie twoja piąta dawka, Tactusie? – pyta Roque.

– Tak! Dziękuję, że liczyłeś. Matko kochana, męczy mnie ten wojskowy chłam. Tęsknię do Perłowych klubów i ogromnych ilości porządnych dopalaczy.

– Szybko się wypalisz.

Tactus uderza się w uda.

– Żyj krótko, umieraj młodo. Zanim zmienisz się w nudnego, zasuszonego starucha. Pozostanę wspomnieniem lepszych czasów i wspanialszej epoki.

Roque kręci głową.

– Pewnego dnia, mój lekkomyślny przyjacielu, spotkasz kogoś, kogo pokochasz, a wtedy będziesz się śmiał ze swojej obecnej głupoty. Doczekasz się dzieci. Będziesz miał posiadłość. I przekonasz się, że w życiu liczy się coś więcej niż tylko Róż i narkotyki.

– Na Jupitera. – Tactus spogląda na Roque’a z nieskrywaną grozą. – Co za żałosny i nędzny los!

Ignoruję ich przekomarzania. Zerkam na ekran taktyczny.

Zdobyczą, którą ścigamy, jest Karnus au Bellona, starszy brat mojego dawnego przyjaciela, Cassiusa, oraz Juliana – chłopaka, którego zabiłem podczas Chrztu. W tej familii o kręconych włosach Cassius jest ulubionym synem, ale Julian okazał się najbardziejprzyjazny. A Karnus? Moja złamana ręka to świadectwo, że Karnus jest potworem wypuszczonym z rodowych lochów, aby zabijał bez opamiętania.

Po Instytucie stałem się sławny i kiedy wieść o mnie dotarła do Fioletowych, zaczęły krążyć pogłoski, że ArcyGubernator w końcu posłał mnie na dalsze studia. Wówczas Karnus au Bellona i paru starannie dobranych krewniaków również zostało wydelegowanych przez matkę Cassiusa na dalsze „studia”. Ród Bellona zapragnął dostać moją głowę na tacy. Dosłownie. Powstrzymuje ich tylko to, że służę teraz Augustusowi. Gdyby mnie zaatakowali, byłby to akt agresji wobec ArcyGubernatora.

Ani trochę nie obeszłaby mnie zemsta Bellony, a potem krwawy odwet mojego pana. Pragnę mieć flotę, którą wykorzystam dla Synów Aresa. Cóż za szaleństwo i chaos mógłbym rozpętać! Zapoznałem się dokładnie z liniami zaopatrzenia, stanowiskami czujników, kluczowymi bazami danych i węzłami ich przepływu – wszystkimi wrażliwymi obszarami, od których zależy spokojna egzystencja społeczeństwa.

– Darrow... – Roque podchodzi bliżej. Strzeż się nadmiernej pewności siebie. Pamiętaj Paxa. Duma zabija.

– Chcę, żeby to była pułapka – mówię mu. – Niech Karnus zawróci i stawi nam czoła.

Mój przyboczny przechyla głowę.

– Zastawiłeś własne sidła. Na niego.

– Skąd to przypuszczenie?

– Mogłeś nam powiedzieć. Przygotowałbym...

– Karnus dzisiaj poniesie klęskę, bracie. I tylko to się liczy.

– Oczywiście. Chcę jedynie pomóc. Wiesz o tym.

– Wiem. – Opanowuję ziewnięcie i omiatam spojrzeniem stanowiska na mostku, zarówno te poniżej, jak i za mną. Pracują tu Niebiescy o wielu różnych odcieniach, którzy obsługują systemy mojego okrętu. Mówią wolniej niż inne Kolory, oprócz Obsydianów, preferują komunikację cyfrową. Wszyscy są ode mnie starsi i wszyscy ukończyli Szkołę Północy. Za nimi stoją na straży Szarzy komandosi i kilku Obsydianów.

– Już czas. – Klepię Roque’a po plecach. – Żeglarze kosmosu – zwracam się do Niebieskich w dole – przygotujcie się. Zachowajcie czujność. Oto wbijemy wkrótce ostatni gwóźdź do trumny rodu Bellona. Gdy tylko wyrzucimy tego drania Karnusa w eter, przyrzekam wam najwspanialszy prezent, jaki władny jestem dać: tydzień porządnego snu. Najwyższa jakość!

Kilku Szarych na końcu mostka wybucha śmiechem. Niebiescy tylko bębnią palcami w swoje konsole i panele sterownicze. Oddałbym połowę zawartości mojego rachunku bankowego, który zawdzięczam hojności ArcyGubernatora, żeby zobaczyć uśmiech choć jednego z tych bladych jajogłowych.

– Dość już zwlekania – mówię. – Działa na pozycje. Roque, zewrzyj niszczyciele w szyk. Victro, zajmij się namierzaniem. Tactusie, rozlokuj obronę. Zakończymy to jeszcze dzisiaj.

Spoglądam na drobnego sternika z Niebieskich. Stoi na środku sterowni pod pomostem z moim stanowiskiem dowodzenia, otoczony pięćdziesięcioma innymi. Wężowy Sigil, który znaczy łyse czaszki i pajęcze dłonie, lśni odcieniami błękitu i srebra, gdy nawigatorzy synchronizują umysły z komputerami okrętu. Spojrzenia Niebieskich stają się nieobecne, gdy ich nerwy wzrokowe przełączają się na widzenie w rzeczywistości wirtualnej. Do nas odzywają się tylko z uprzejmości.

– Sternik, moc napędu na sześćdziesiąt procent.

– Tak jest, domine. – Sternik ma głos jak maszyna. Zerka na ekran taktyczny, kulisty hologram unoszący się nad jego głową. – Zwracam uwagę, że koncentracja metali w asteroidach utrudnia uzyskanie odczytów spektralnych. Jesteśmy trochę ślepi. Flota może się ukrywać po drugiej stronie asteroid.

– Karnus nie ma floty. Cała naprzód – rozkazuję.

Silniki okrętu ożywają z rykiem. Podnoszę wzrok na Roque’a i mówię:

– Hic sunt leones. – Słowa naszego pana, Nerona au Augustusa, ArcyGubernatora Marsa, trzynastego przedstawiciela rodu na tym stanowisku. Moi dowódcy powtarzają tę frazę.

Tu są lwy.

Rozdział drugiWyłom

Na ekranie taktycznym sześć zwinnych niszczycieli krąży wokół mojego okrętu flagowego. Nienaturalnie milczący Niebiescy zajmują się obsługą systemów bojowych. W obszarze, gdzie teraz dryfują ich umysły, zwykłe słowa są wolniejsze niż pływające góry lodowe. Porucznicy monitorują moją flotę. W innej sytuacji znajdowaliby się na mostkach swoich niszczycieli lub prowadzili eskadry szturmowców, ale w chwili zwycięstwa chcę mieć swoich towarzyszy broni blisko. Jednak nawet gdy stoją tutaj, przy moim boku, dzieli nas dystans, głęboka przepaść między ich światem a moim.

– Sygnatura pocisku – odzywa się Niebieski łącznik. Na mostku nie wybucha krzątanina. Żadne alarmowe światła nie straszą załogi. Żaden krzyk nie zakłóca ciszy. Niebiescy to opanowani osobnicy, od narodzin wychowywani w komunalnych sektorach, gdzie uczy się ich logicznego myślenia i wypełniania zadań z zimną skutecznością. Mawia się często, że Niebiescy bardziej przypominają komputery niż ludzi.

Mroczną przestrzeń za panoramicznymi iluminatorami na mostku rozświetlają małe iskry. Z naszych dział strzelają wielkie białe chmury. Nadlatujące pociski wybuchają, gdy ostrzał artylerii detonuje przedwcześnie uzbrojone ładunki wroga. Jeden pocisk się przedostaje i niszczyciel na skrzydle rozpada się w symulowanej eksplozji nuklearnej. Z okrętu wyleją się ludzie. Zaczną ulatniać się gazy. Wybuchy mogą wybić dziury w metalowym kadłubie, a spalający się tlen buchnie wtedy jak krew z wieloryba i w okamgnieniu pochłonie go czerń. Na szczęście to tylko gra wojenna i nie mamy prawdziwych głowic jądrowych. Najbardziej śmiercionośną broń stanowią tutaj studenci.

Kolejny niszczyciel pada ofiarą pocisków, które przedostały się przez obronę przeciwlotniczą.

– Darrow... – Victra wyraźnie się niepokoi.

Stoję pogrążony w myślach i odruchowo przesuwam palcem po miejscu, gdzie kiedyś nosiłem obrączkę Eo.

Victra odwraca się do mnie.

– Darrow... Rozrywa nas na części, gdybyś jeszcze nie zauważył.

– Ta pani ma rację, Kosiarzu – dodaje Tactus. Jego twarz spowija niebieska poświata ekranu taktycznego. – Jeżeli coś przygotowałeś, pora to wykorzystać.

– Łączność. Przekazać eskadrom Żniwiarza i Szpona, żeby zaatakowały wroga.

Obserwuję ekran taktyczny, gdy eskadry, które wysłałem pół godziny temu, wylatują łukiem zza asteroid i ruszają, żeby oskrzydlić Karnusa. Nie można ich zobaczyć gołym okiem z takiej odległości, ale na wyświetlaczu pulsują złotem.

– Gratulacje, przyjacielu – szepcze Roque, zanim jeszcze zadanie zostanie wykonane. W jego głosie słyszę, co zaskakujące, szacunek. Zniknęło też zdenerwowanie. – To zmienia wszystko. – Roque dotyka mojego ramienia. – Wszystko.

Patrzę, jak moja pułapka się zamyka, zbliżające się zwycięstwo sprawia, że trochę się rozluźniam. Szarzy na mostku robią krok w moją stronę. Nawet Obsydianowi pochylają się nad ekranem, gdy na okręcie Karnusa wykrywają sygnatury moich eskadr. Karnus próbuje uciec, daje pełny ciąg silników, byle oddalić się od tego, co ma się stać. Ale wszystko jest przeciwko niemu. Moje eskadry wypuszczają pociski, zanim zdąży uruchomić działa albo wystrzelić własną salwę. Trzydzieści symulowanych wybuchów głowic jądrowych dziurawi jego ostatnią jednostkę. Na tym etapie gry nie ma sensu przejmować tego okrętu, nie warto przesadzać.

I tak właśnie odnoszę zwycięstwo.

Na mostku podnosi się gwar i okrzyki Szarych oraz Pomarańczowych z obsługi technicznej. Niebiescy tak żywiołowo bębnią palcami, aż bieleją im kłykcie. W przeciwieństwie do załogi zajmującej się zaawansowanymi technicznie systemami Obsydianowi milczą. Moja służąca, Teodora, uśmiecha się do podwładnych na stanowisku służby. Dawna kurtyzana z Różowych, która lata świetności ma już dawno za sobą, poznała niejeden sekret i doradza mi w sprawach kontaktów interpersonalnych.

Przez wszystkie pokłady, od maszynowni po kubryk, zwycięstwo pokazywane jest na holoekranach. To nie tylko moja wygrana. Każdy członek załogi ma w tym swój udział. W tym właśnie kryje się podstęp społeczeństwa. Aby powodziło się niższym grupom, ich zwierzchnik musi prosperować. Kiedy znalazłem się pod patronatem Augustusa, PodKolory musiały poszukać patrona we mnie. W ten sposób tworzy się wobec Złotych lojalność z konieczności, jaka nie powstaje tylko na fundamencie reguł systemu Kolorów.

Teraz, gdy moja gwiazda wschodzi, skorzystają na tym wszyscy na pokładzie.

Władza i obietnice w tej kulturze odgrywają najważniejszą rolę. Nie tak dawno temu, gdy ArcyGubernator ogłosił, że będzie sponsorował moje studia na Akademii, na kanałach holowizji wybuchły ogniste dyskusje i spekulacje. Czy ktoś tak młody, ktoś z tak pośledniego rodu, wygra? Ale spójrzcie, co zrobił w Instytucie. Złamał zasady gry. Wyzwał Cenzorów, zabił jednego, a resztę wyłapał jak dzieci. Ale może to był tylko przypadkowy sukces, pojedynczy zryw? Teraz ci paplający dranie mieli na to odpowiedź.

– Sternik, kurs do Akademii. Mamy do odebrania laury – ogłaszam wśród wiwatów. Laury. Słowo odbija się echem znaczeń z mojej przeszłości, smakuje goryczą w moich ustach. Pomimo uśmiechu nie czuję wielkiej radości z tego zwycięstwa. Tylko ponurą satysfakcję.

Krok po kroku, Eo. Jeden krok naraz.

– Pretor Darrow au Andromedus – Tactus wypróbowuje wymowę tytułu. – Bellona się wścieknie. Ciekawe, czy mógłbym wykorzystać to w dowództwie? I czy musiałbym dołączyć do twojej floty? Nigdy nie wiadomo. Przeklęta biurokracja jest nudna. Miedziaki na łapówki. Złoto na politykę. Moi bracia pewnie będą chcieli wydać dla nas ucztę. – Szturcha mnie. – Na braterskim przyjęciu nawet ty w końcu znajdziesz sobie dziewczynę.

– Jakby w ogóle chciał dotykać twoich przyjaciółek. – Victra ściska mi rękę, muska mnie palcami, jakby nosiła suknię, nie zbroję. – Choć przyznaję to niechętnie, Antonia nie myliła się co do ciebie.

Czuję, że Roque się wzdraga, i przypominam sobie charczenie, gdy Antonia poderżnęła gardło Lei, żeby w Instytucie wywabić mnie z kryjówki. Ukrywałem się w mroku i tylko słyszałem, jak moja mała przyjaciółka upadła na mech. Roque kochał Leę na swój nerwowy, pośpieszny sposób.

– Mówiłem ci już, abyś nie wspominała imienia swojej siostry w naszej obecności – napominam cicho, a Victra krzywi się na tę uprzejmą odprawę.

Odwracam się do Roque’a.

– O ile dobrze pamiętam, jako Pretorowi wolno mi zaciągnąć do swojej floty załogę, którą sam wybiorę. Może powinniśmy ściągnąć paru starych znajomych? Sevra z Plutona, Wyjców, choć nie mam pojęcia, gdzie ich posłano, i może... Quinn z Ganimedesa?

Roque rumieni się na wzmiankę o Quinn.

Osobiście najbardziej zależy mi na Sevrze. Żaden z nas nie starał się utrzymywać kontaktów, zwłaszcza ja, ponieważ nie miałem dostępu do holosieci od rozpoczęcia nauki na Akademii. Tak czy inaczej, Sevro od czasu do czasu przesyłał mi wiadomości z wyjątkowo perwersyjnymi jednorożcami i filmy, na których opowiada dowcipy. Pluton sprawił, że stał się niemal obcy.

– Domine. – Głos Niebieskiego sternika przywraca mnie do rzeczywistości i do ekranów taktycznych.

– O co chodzi? – pytam.

Oczy mu płoną. Spojrzenie ma nieobecne, połączone z czujnikami okrętu i skupione na czystej informacji, którą po obróbce widzę na monitorach.

– Nie wiadomo, domine. Zakłócenia czujników. Rozproszenie danych.

Na wielkim ekranie centralnym asteroidy widoczne są w kolorze niebieskim. My w złotym. Wrogowie – w czerwieni. Tych ostatnich powinno już nie być. A jednak czerwona kropka drży na wyświetlaczu. Roque i Victra podchodzą bliżej. Roque ruchem ręki przenosi dane na swój tablet i wyświetla mniejszą kulę. Powiększa obraz i przepuszcza cyklicznie przez filtry analityczne.

– Promieniowanie? – zgaduje Victra. – Szczątki?

– Złoża metali na asteroidzie powinny spowodować mniejszą refrakcję naszych sygnałów – zauważa Roque. – Nie może to być oprogramowanie... Już go nie ma.

Czerwona kropka mignęła i znikła, ale na mostku narasta napięcie. Spojrzenia wbite są w hologram taktyczny. Nic. Nie ma tam nikogo poza moją flotą i pokonanym okrętem flagowym Karnusa.

Chyba że...

Roque odwraca się do mnie z twarzą bladą i przerażoną.

– Uciekaj... – udaje mu się wydusić, zanim rozbłyska czerwony sygnał alarmu.

– Silniki pełna moc! – ryczę. – Trzydzieści stopni powyżej naszej linii.

– Wystrzelić pozostałe pociski w powierzchnię asteroidy – rozkazuje Tactus.

Za późno.

Victra łapie nerwowy oddech, a ja na własne oczy widzę już, co nasze czujniki próbowały wychwycić. Zamaskowany niszczyciel wynurza się z zagłębienia w asteroidzie. Okręt, który, jak sądziłem, pokonaliśmy trzy dni temu. Jakby czeka, silniki ma wyłączone. Dziób jest rozdarty i czarny od osmaleń. Włącza silniki na pełną moc. I rusza kursem prosto w mój okręt.

Zamierza nas staranować.

– Skafandry ewakuacyjne i szalupy! – rozkazuję. Ktoś krzyczy, abyśmy przygotowali się na zderzenie. Gnam pod ścianę mostka, gdzie wbudowany jest panel mojej kapsuły ratunkowej. Otwiera się na mój głos. Tactus, Victra i Roque pędzą do środka. Zatrzymuję się i wołam na Niebieskich, aby się pośpieszyli i rozłączyli. Są logiczni, ale dla swojego okrętu poświęciliby życie.

Wychylam się, krzyczę, żeby aktywowali swoją szalupę ratunkową, a sternik wreszcie reaguje i wciska guzik, który sprawia, że podłoga w dole się rozmywa, ukazując otwór. Jeden po drugim Niebiescy odłączają się od wirtualnej rzeczywistości i spadają w grawitacyjny tunel, a potem do swoich kapsuł.

– Teodora! – Dostrzegam, jak szarpie się z młodym Niebieskim, wciąż ściskającym w przerażeniu swój panel. Kłykcie mu pobielały, tak kurczowo się trzyma. – Szlag, uciekaj do kapsuły!

Teodora nie słucha. Niebieski też, bo nie puszcza panelu. Rzucam się do nich, a czujniki zbliżeniowe po raz ostatni sygnalizują alarm.

Świat zwalnia.

Światła mostka ciemnieją do czerwieni.

A niszczyciel wroga uderza w środek mojego okrętu.

Przyciskam Teodorę do piersi, gdy impet kolizji rzuca mnie trzydzieści metrów przez mostek. Uderzam w metalową ścianę. Lewe ramię eksploduje bólem, usztywniony opatrunek pęka. Ogarnia mnie ciemność. Światła tańczą, najpierw jak gwiazdy, potem niczym kołyszące się tumany piasku wzburzonego wiatrem.

Przez powieki sączy się czerwony blask. Delikatna dłoń szarpie mnie za ubranie.

Otwieram oczy. Leżę pod zniszczoną kolumną elektryczną. Okręt drży jak umierająca starożytna bestia, zapada się w mrok. Kolumna trzęsie się coraz mocniej, obija mi brzuch, podczas gdy kadłub pęka i rozwiera się coraz bardziej. Z powolnym okrucieństwem.

Słyszę swoje imię. Powraca mi słuch.

Mostek zalewa zmienna poświata we wszystkich morderczo krwistych odcieniach czerwieni. Wyją syreny. Łabędzi śpiew okrętu. Pomarszczone dłonie Teodory zaciskają się na moim ubraniu niczym szpony ptaka na zwalonym pomniku. Po czole spływa mi krew. Mam złamany nos. Wycieram oczy i przewracam się na bok. Nieopodal migocze uszkodzony wyświetlacz. Widać na nim smugi mojej krwi. Spadł na mnie? Obok leży poprzeczka. Spoglądam na Teodorę. Odsunęła ją. Ale przecież jest taka drobna. Ujmuje moją twarz w dłonie.

– Wstań, domine. Jeżeli chcesz przeżyć, musisz wstać. – Ręce starej kobiety drżą ze strachu. – Proszę, wstań.

Jęcząc, dźwigam się z podłogi. Moja kapsuła ratunkowa znikła. Musiała automatycznie wystrzelić się podczas kolizji. Albo towarzysze mnie porzucili. Szalupa Niebieskich również się już oderwała. Przerażony operator zmienił się w smugę na iluminatorze. Teodora nie może oderwać wzroku od tego makabrycznego widoku. Łzy zasnuwają jej oczy.

– W mojej kabinie jest jeszcze jedna kapsuła – mamroczę. I wtedy dostrzegam, dlaczego Teodora się krzywi. Nie ze strachu, lecz z bólu. Ma zmiażdżoną nogę. Różowi nie zostali stworzeni do takich obciążeń.

– Nie dotrę tam, domine. Idź.

Przyklękam i zarzucam ją sobie na nieuszkodzone ramię. Jęczy straszliwie, gdy noga jej zwisa, szczęka zębami. A ja zrywam się do biegu. Przecinam zniszczony mostek i gnam do rany, która zabija mój okręt. Korytarz na poziomie dowodzenia otwiera się na chaos. Ludzie tłoczą się na głównych pokładach, porzuciwszy swoje stanowiska i zadania, próbują dotrzeć do kapsuł ratunkowych i transportowców w hangarach na dziobie. Ludzie, którzy dla mnie walczyli – elektrycy, woźni, żołnierze, kucharze, służący. Nie zdołają się uratować. Wielu odwraca się na mój widok. Ruszają do mnie w szalonej panice, byle znaleźć drogę ucieczki. Napierają na mnie z krzykiem, błagają. Odpycham ich. Serce mi się ściska, że muszę ich tak zostawić. Ale nie mogę ich ocalić. Nie mogę! Jakiś Pomarańczowy chwyta Teodorę za zdrową nogę, a sierżant Szarych bije go w głowę, aż nieszczęśnik wreszcie pada.

– Zróbcie przejście! – krzyczy do tłumów muskularna Szara. Wyrywa zza pasa broń i strzela w sufit. Kolejny Szary, opamiętawszy się lub może uznawszy, że ucieknie ze mną, przyłącza się do towarzyszki broni. Wkrótce jeszcze dwóch żołnierzy toruje mi drogę przez zamieszanie.

Z ich pomocą udaje mi się dotrzeć do kajuty. Drzwi rozsuwają się z sykiem na dotyk z moim DNA. Szarzy za nami celują do trzydziestu zdesperowanych członków załogi, próbujących przepchnąć się bliżej. Wejście już ma się zamknąć, gdy jedna z Obsydianów wyrywa się z tłumu i rzuca na framugę. Dołącza do niej Pomarańczowy, a potem Niebieski niskiej rangi. Bez wahania sierżant Szarych strzela Obsydianowej w głowę. Pozostali Szarzy zdejmują Niebieskiego i Pomarańczowego, po czym odpychają ich z przejścia, żeby drzwi mogły się zamknąć. Odwracam oczy od krwi na podłodze i kładę Teodorę na jednej z sof.

– Domine, ile miejsc znajduje się w kapsule ratunkowej? – pyta Szara sierżant, gdy podchodzę do pryzmatu otwierającego przy ścianie. Włosy ma ścięte krótko, po żołniersku, spod kołnierza na opalonej szyi widać część tatuażu. Przesuwam dłońmi nad pryzmatem, wprowadzając hasło określoną sekwencją ruchów.

– Cztery. Dwa są dla was. Wybierzecie sami, kto poleci.

Jest nas sześcioro.

– Dwa? – powtarza zimno sierżant.

– Ale Różowa to niewolnica! – syczy inny Szary.

– Nic niewarte gówno – dodaje kolejny.

– To moja niewolnica – warczę. – Róbcie, co mówię.

– Pieprzyć to... – Milczenie, które zapada, nie tylko słyszę, lecz także czuję. Wiem, że jeden z Szarych właśnie wycelował we mnie broń. Muskularny starszy Szary nie jest głupi. Cofnął się poza zasięg moich rąk. Nie mam pancerza, tylko sling. Ale mógłbym zabić tego żołnierza. Pozostali pytają, co, u diabła, robi?

– Jestem wolnym człowiekiem. Powinienem polecieć. – Głos Szarego drży. – Mam rodzinę. Mam prawo polecieć.

Spogląda na swoich towarzyszy skąpanych w jaskrawej, czerwonej poświacie alarmu.

– To tylko dziwka. Zwykła dziwka.

– Marcel, opuść broń – rozkazuje ciemnoskóry kapral. Spogląda karcąco na starszego przyjaciela. – Pamiętaj o przysiędze. Sporo już przeżyliśmy.

– To nie fair! Ona nawet nie może mieć dzieci!

– A co twoje dzieci sobie pomyślą? – wtrącam.

Oczy Marcela wypełniają się łzami. Pistolet drży w jego potężnej dłoni. Pada strzał. Ciało Szarego sztywnieje i bezwładnie opada na pokład, gdy pocisk przebija mu głowę i rykoszetuje na stalowej ramie iluminatora.

– Polecą najwyżsi rangą – oznajmia sierżant, po czym chowa broń do kabury.

Gdybym wciąż był mężczyzną, jakiego znała Eo, zamarłbym ze zgrozy. Lecz tamten człowiek już umarł. Opłakuję go każdego dnia, ponieważ zapominam stopniowo, kim byłem, jakie miałem marzenia, co kochałem. Smutek rozwiewa się coraz bardziej z każdym dniem. A ja podążam dalej przez życie, niepomny na cień, jaki rzuca na mnie przeszłość.

Kapsuła ratunkowa otwiera się, magnetyczne zamki puszczają z hukiem, sycząc, uchyla się właz. Podnoszę Teodorę z sofy i przypinam pasami do jednego z foteli. Pasy są za długie, przystosowane dla Złotych. I wtedy z trzewi mojego okrętu dobywa się ryk – pewnie z odległości pół kilometra lub więcej. Wybuchły nasze składy torped.

Znika sztuczna grawitacja. Znikają stabilne ściany. I to nieprzyjemne doznanie. Wszystko zaczyna wirować. Uderzam w ścianę albo sufit kapsuły ratunkowej – nie wiem. Z okrętu ulatuje powietrze, ciśnienie spada. Ktoś wymiotuje. Nie tyle słyszę to, ile wyczuwam. Wołam do Szarych, aby weszli do kapsuły. Teraz zostaje tylko jeden. Twarz ma pustą i spokojną, gdy sierżant i kapral wciskają się do środka. Przypinają się do foteli naprzeciw mnie. Włączam funkcję odpalenia szalupy i salutuję Szaremu, który został. Odpowiada na salut z dumą i lojalnością, chociaż w ostatnich chwilach pewnie myślami jest daleko – przy ostatniej miłości, zmarnowanych okazjach, może przy rozważaniach, dlaczego nie urodził się Złotym.

Drzwi kapsuły zasuwają się i Szary znika z mojego życia.

Przyśpieszenie wciska mnie w fotel, gdy kapsuła oddala się od umierającego okrętu. Przebija się przez szczątki. A potem znowu jesteśmy w nieważkości i kłopoty się kończą, gdy włącza się wewnętrzna sztuczna grawitacja. Przez iluminator dostrzegam, jak z mojego okrętu buchają błękitne i czerwone płomienie. Zmodyfikowane helium-3, które napędza oba okręty, zapala się w sekcji napędu i wywołuje reakcję łańcuchową. Eksplozja rozrywa kadłub na strzępy. I wtedy uświadamiam sobie, że to nie szczątki okrętu obijały się o kapsułę podczas ucieczki, lecz ludzie. Moja załoga.Setki niższych rangą Kolorów rozrzucone w przestrzeni kosmicznej.

Szarzy siedzą naprzeciw mnie.

– Miał trzy dziewczynki – mówi ciemnoskóry kapral. Trzęsie się, gdy adrenalina przestaje działać. – Za dwa lata przeszedłby na emeryturę. A ty strzeliłaś mu w głowę.

– Po moim raporcie ten tchórz nie dostałby nawet głodowej zapomogi – syczy sierżant.

Kapral mruga zaskoczony.

– Ty zimnokrwista suko.

Ich rozmowę zagłusza łomot krwi w skroniach. To moja wina. Złamałem zasady w Instytucie. Zmieniłem wzorzec i sądziłem, że nikt tego nie wykorzysta, że nie zmieni dla mnie strategii.

A teraz przeze mnie tak wielu ludzi straciło życie. Pewnie nigdy nie dowiem się ilu.

W okamgnieniu zginęło ich więcej niż przez rok w Instytucie – ich śmierć otwiera pustkę w moim wnętrzu.

Roque i Victra wzywają mnie przez komunikatory. Prześledzili dane z okrętu i wiedzą, że jestem bezpieczny. Ledwie ich słyszę. Gniew gotuje się we mnie, wywołuje drżenie rąk i ucisk w piersi.

Jednostce Karnusa, pomimo uszkodzeń i zniszczeń, jakich doznała po rozbiciu mostka na moim okręcie, udaje się lecieć dalej. Rozpinam pasy, podnoszę się z fotela w kapsule. Na końcu kabiny znajduje się pancerny skafander z załadowanym programem wspomagającym – strój pozwalający zmienić człowieka w żywy pocisk. Jest przeznaczony do wystrzeliwania Złotych na powierzchnię asteroid lub planet, ponieważ kapsuła nie zawsze przetrwa ponowne wejście w atmosferę. Jednak ja zamierzam wykorzystać skafander do zemsty. Wystrzelę się w mostek tego cholernego drania od Bellony.

Teodora nadal pozostaje nieprzytomna. To dobrze.

Rozkazuję, żeby kapral pomógł mi ze skafandrem. Dwie minuty później mam na sobie metalowy pancerz. Dwie kolejne minuty tracę na kłótnię z komputerem o obliczenia potrzebne do ustalenia mojej trajektorii na zderzenie z jednostką Karnusa, co pozwoli mi przebić się na mostek przez iluminator. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś tak zrobił. Nie wiem, czy ktokolwiek podjął choćby próbę. To szaleństwo. Ale Karnus zapłaci.

Rozpoczynam własne odliczanie.

Trzy... Wrogi okręt oddala się arogancko o setki kilometrów. Przypomina czarnego węża z niebieskim ogonem i mostkiem w miejscu oczu. Między nami setki szalup ratunkowych migoczą jak rubiny w słońcu. Dwa... Modlę się, żebym odnalazł zieloną Dolinę, jeżeli tego nie przeżyję. Jeden. Kontrolki gasną, na wyświetlaczu po wewnętrznej stronie hełmu błyska czerwień. Cenzorzy przejęli sterowanie nad moim komputerem i wyłączyli mi dostęp.

– Nie! – ryczę, patrząc, jak okręt Karnusa znika w mroku kosmicznej pustki.

Rozdział trzeciKrew i mocz

Ośmiuset trzydziestu trzech ludzi. Mężczyzn i kobiet. Ośmiuset trzydziestu trzech zabitych dla gry. Żałuję, że poznałem to zestawienie. Powtarzam tę liczbę raz po raz, gdy siedzę w fotelu pasażera na pokładzie jednostki ratowniczej, która przetransportuje mnie do Akademii. Moi porucznicy boją się spojrzeć mi w oczy. Nawet Roque zostawia mnie w spokoju.

Instruktorzy wyłączyli mój skafander, zanim zdążyłem się wystrzelić. Powiedzieli, że zrobili to, aby uchronić mnie od błędu. Gambit był pośpieszny, bezmyślny i niestosowny dla Złotego Pretora. Spoglądałem na nich beznamiętnie, gdy wyjaśniali mi to przez holosieć.

Docieramy do Akademii o zmierzchu według dobowego cyklu na pokładzie mojego okrętu. Na miejscu wznosi się wielka metalowa kopuła kosmoportu na skraju pola asteroid, otoczona pierścieniem doków dla niszczycieli i okrętów flagowych. Większość jest zajęta. Znajduje się tutaj Akademia oraz sztab dowództwa środkowych planet Układu Słonecznego, czyli Marsa, Jowisza i Neptuna, choć port służy też jednostkom z pozostałych światów, gdy ich orbity przebiegają akurat w pobliżu. To również jeden z ośrodków spotkań militarnej elity. Inni studenci zapewne będą obserwować mój powrót ze swoich kwater, podobnie jak wielu oficerów floty i Niezrównanych, którzy przybyli, aby zobaczyć ostatnie tygodnie gry i zabawić się w gronie śmietanki towarzyskiej.

Nikt nie wspomni o ofiarach, które zapłaciły najwyższą cenę za zwycięstwo Karnusa. Ta klęska na dodatek spowolni moją misję. Synowie Aresa mają szpiegów. Mają też hakerów i kurtyzany do wykradania sekretów. Brakowało im tylko floty. I nadal brakuje.

W dokach nikt nie wita ani mnie, ani moich podwładnych.

Czerwoni i Brązowi krzątają się pod rozkazami dwóch Fioletowych i Miedzianego, który zajmuje się przygotowaniem wielkiej sali na Uroczystość Zwycięstwa Karnusa. Błękit i srebro rodu Bellona króluje w metalowych korytarzach. Herb rodowy z orłem zdobi ściany. Rozsypano dla Karnusa płatki białych róż. Czerwone są zarezerwowane na Triumf, prawdziwą wiktorię, podczas której przelana została Złota krew. Krew ośmiuset trzydziestu trzech PodKolorów nie liczy się ani trochę. To tylko statystyki.

Moi porucznicy przespali podróż do portu. Ja nie. Tactus i Victra wloką się przede mną w milczeniu, jakby nadal jeszcze spali. Pomimo brzemienia spoczywającego na barkach nieśpieszno mi do snu. Żal skrywam pod przekrwionymi powiekami. Gdybym zasnął, ujrzałbym twarze tych, których zostawiłem na pokładzie okrętu. Wiem też, że ujrzałbym Eo. Dzisiaj nie mógłbym spojrzeć jej w oczy.

W Akademii unosi się zapach środków czystości i kwiatów. Płatki białych róż spoczywają w koszach pod ścianami. Filtry w górze z pomrukiem oczyszczają powietrze. Fluorescencyjne strugi światła sączą się z sufitu, jakby miały nam przypomnieć, że to nie miejsce dla dzieci lub marzycieli. Światło, podobnie jak tutejsi ludzie, jest zimne i nieprzyjazne.

Roque idzie u mojego boku, choć wygląda jak trup. Nakazuję, żeby się przespał. Zasłużył.

– A na co ty zasłużyłeś? – prycha. – Nie na ponure myśli. Nie na samooskarżenia. Ze wszystkich studentów zdobyłeś drugie miejsce. Drugie! Dlaczego, bracie, nie jesteś z tego dumny?

– Nie teraz, Roque.

– Daj spokój – nie daje za wygraną. – To nie zwycięstwo czyni mężczyzną, lecz porażka. Myślisz, że nasi przodkowie nigdy nie przegrywali? Nie unoś się dumą i nie powtarzaj tych banałów po starożytnych Grekach. Przestań się dąsać. To była tylko gra.

– Myślisz, że obchodzi mnie gra? – Odwracam się do niego. – Zginęli ludzie.

– Wybrali życie w służbie floty. Znali ryzyko i zginęli za sprawę.

– Jaką sprawę?

– Dopilnowania, aby nasze społeczeństwo było silne.

Spoglądam na Roque’a. Jak mój przyjaciel, mój życzliwy i dobry przyjaciel może być tak ślepy? Jakiż niby wybór mieli tamci ludzie? Zostali wcieleni do floty. Potrząsam głową.

– Nic nie rozumiesz, prawda?

– Jasne, że nie rozumiem. Nikogo do siebie nie dopuszczasz. Nie mnie. Nie Sevra. Spójrz, jak traktujesz Mustang. Odpychasz swoich przyjaciół, jakbyś miał do czynienia z wrogami.

Gdyby Roque tylko wiedział.

 

Ogród okazuje się pusty. Znajduje się na szczycie budowli, umiejscowiony w wielkiej, przeszklonej sali. Ziemia i zieleń zostały zaprojektowane jako azyl dla zmęczonych fluorescencyjnym oświetleniem żołnierzy. Karłowate drzewa kołyszą się na sztucznym wietrze. Zdejmuję buty i skarpety. Wzdycham, gdy pod bosymi stopami czuję trawę.

Lampy nad drzewami imitują słońce. Wchodzę między pnie i zanurzam się w małym gorącym źródle na środku niedużej polany. Sińce, w większości już znikające, plamią moją skórę niczym błękitne jeziorka otoczone czerwonym i żółtawym piaskiem. Ciepła woda koi mój ból. Schudłem bardziej, niż powinienem, ale ciało mam napięte niczym struna. Gdyby nie złamane ramię, mógłbym powiedzieć, że jestem w lepszej kondycji niż w Instytucie. Jajecznica na bekonie w Akademii bije na głowę tamtejszą na wpół surową kozinę.

Na skraju gorącego źródła znajduję kwitnący haemanthus. Wyrósł tam, gdzie nie sięgały fale. Kwiat, podobnie jak ja, pochodzi z Marsa, dlatego go nie zrywam. Pochowałem Eo w miejscu podobnym do tego. Złożyłem ją w sztucznym lesie nad kopalniami Lykos, tam, gdzie kochaliśmy się ostatni raz. Byliśmy wtedy chudzi, niezdarni i niewinni. Jak w tak kruchej dziewczynie mógł się zrodzić tak mocarny duch, marzenie wielkie jak wolność, gdy tak wiele silnych dusz garbiło się i ze strachem chyliło karki?

Wrzasnąłem na Roque’a, że nie obchodzi mnie porażka. A jednak obchodziła i miałem z tego powodu poczucie winy, ponieważ powinienem opłakiwać zmarłych, którzy się dla mnie poświęcili. Jednak wcześniej, przed porażką, cieszyło mnie zwycięstwo, ponieważ każda wiktoria przybliżała mnie do urzeczywistnienia marzeń Eo. Niedawna klęska zaś ograbiała mnie z tej bliskości – wiedziałem, że dzisiaj zawiodłem zmarłą żonę.

Jakby znając moje myśli, unipad łaskocze moje ramię. Augustus mnie wywołuje. Przesuwam palcem po cienkim jak włos wyświetlaczu i zamykam oczy.

Słowa Augustusa odbijają się echem w moich wspomnieniach.

„Jeśli przegrasz albo nie zdołasz zwyciężyć sam, nie dopuść przynajmniej, aby zatriumfowała Bellona. Jeszcze jedna flota w rękach tego rodu zmieni znacząco układ sił”.

No i tyle, jeśli chodzi o przestrogi. Unoszę się na wodzie, przysypiam niemal, a skóra na palcach marszczy mi się od wilgoci. Ogarnia mnie znudzenie. Nie przywykłem do takich spokojnych chwil. Wstaję, żeby się ubrać. Nie mogę pozwolić, aby Augustus czekał zbyt długo. Pora stawić czoła staremu lwu. A potem porządnie się przespać. Może. Najpierw będę musiał stać i patrzeć na świętowanie zwycięstwa przez Karnusa, ale potem nareszcie będę mógł opuścić to paskudne miejsce i wrócić na Marsa. I chyba do Mustang.

Mojego ubrania nie ma, noża również.

I wtedy ich wyczuwam.

 

Za plecami słyszę tupot nóg w wojskowych butach. Głośne, podniecone oddechy. Zgaduję, że intruzów jest czterech. Podnoszę z ziemi kamień. Gdy się odwracam, dostrzegam siedmiu Złotych blokujących jedyne drzwi do ogrodu. Wszyscy z rodu Bellona. Moi śmiertelni wrogowie.

Wraz z nimi nadchodzi Karnus, prosto z pokładu swojego okrętu. Twarz ma równie wychudzoną jak ja, barki już nie tak szerokie jak kiedyś. Spogląda na mnie z góry – Obsydian w każdym calu, poza urodzeniem i umysłowością. Jego uśmiech skrywa rzadko spotykaną inteligencję. Pociera się w policzek z dołeczkiem, napięte mięśnie przedramienia wyglądają jak wyrzeźbione z wygładzonego drewna. Bliskość kogoś tak ogromnego, że czuje się w kościach wibracje jego głosu, odruchowo budzi strach.

– Zdaje się, że złapaliśmy złotą rybkę Augustusa. Witaj, Kosiarzu.

– Goliacie – używam jego kryptonimu z pola bitwy.

Goliat rębacz. Goliat, syn zabójcy. Goliat dzikus. Mustang twierdzi, że kiedyś złamał kark jednemu ze Złotych, podopiecznemu rodu Lune, ponieważ smarkacz śmiał ochlapać mu twarz drinkiem w jakimś nocnym klubie. Matka Karnusa przekupiła potem Sędziego, żeby pozwolił jej synowi uniknąć wyroku.

Lista łapówek, jakie zapłacono, aby zatuszować morderstwa, jest dłuższa niż moje ramię. Szarzy, Różowi, nawet Fioletowi. Jednak reputację Karnus zawdzięcza zamordowaniu Claudiusa au Augustusa, ukochanego syna i dziedzica ArcyGubernatora. Brata Mustang.

Krewniacy Karnusa orbitują wokół niego. Wszyscy z rodu Bellona. Wszyscy urodzeni pod błękitno-srebrnym godłem zwycięskiego orła. Bracia, siostry i kuzyni Cassiusa. Włosy mają kręcone i bujne, twarze nieskazitelnie piękne. Ich wpływy rozciągają się na całe społeczeństwo.

Jeden jest starszy ode mnie, niższy, ale silniejszej budowy, przypomina pniak pokryty jasnym mchem. Zbliża się już do trzydziestki. Przypominam sobie jego imię – Kellan. To Legat wysokiej rangi. Ale przybył tutaj ze swoim rodzeństwem i krewnymi ze względu na mnie. Bije od niego arogancja. Udaje ziewnięcie, jakby brał udział w nudnej, szkolnej bójce.

Moją pierś ściska strach.

Trudno mi nabrać tchu. A jednak uśmiecham się, a za plecami głaszczę komunikator, aby go włączyć.

– Siedmioro z rodu Bellona – chichoczę. – Po co ci aż siedmioro, Karnusie?

– Było siedem twoich okrętów przeciw jednemu mojemu – odpowiada Karnus. – Przyszedłem kontynuować naszą grę.

Przechyla głowę.

– Myślałeś, że to się skończy po zniszczeniu twojego okrętu?

– Gra skończona. – Wzruszam ramionami. – Wygrałeś.

– Doprawdy, Kosiarzu?

– Za cenę życia ośmiuset trzydziestu trzech ludzi.

– Jęczysz, bo przegrałeś? – wtrąca się Cagney. To najmniejsza z grupy, około dwudziestoletnia przyboczna ojca Karnusa. Właśnie ona trzyma mój nóż, ten, który podarowała mi Mustang. Przecina nim powietrze. – Chyba zatrzymam to ostrze. Nie słyszałam, żebyś choć raz go użył. Nic dziwnego. Noże są ryzykowne. Niebezpieczne dla niewprawnych i niewyszkolonych.

– Zajmij się lepiej swoimi kuzynami – syczę. – Nie bez powodu wszyscy wyglądacie tak samo.

– Musimy wysłuchiwać, jak się odszczekuje, Karnusie? – marudzi Cagney.

– Nauczyłem Juliana, jak się łowi, Kosiarzu – odzywa się niespodziewanie Legat Kellan. – W dzieciństwie tego nie lubił, bo uważał, że łowienie sprawia rybom zbyt wiele bólu. Sądził, że jestem okrutny. Taki był chłopiec, którego zabiłeś dla swojego pana. To właśnie miara okrucieństwa Augustusa. Poczułeś się wtedy wielki i odważny?

– Nie chciałem go zabić.

– Za to my chcemy zabić ciebie – dudni Karnus. Kiwa głową na swoich krewnych. Dwaj odłamują konary drzew i rzucają swoim towarzyszom. Mają noże, ale najwyraźniej nie zamierzają ich użyć.

– Jeżeli mnie zabijecie, nie ujdzie wam to płazem. – Z rękoma za plecami dotykam mojego unipada. – To nieusankcjonowany pojedynek, a ja jestem Niezrównanym. I chroni mnie konwencja. To będzie morderstwo. Rycerze Olimpijscy złapią was. Staniecie przed sądem. Zostaniecie skazani na śmierć.

– Kto mówi o morderstwie? – prycha Karnus.

– Należysz do Cassiusa – dodaje Cagney, a jej lisią twarz rozciąga uśmiech.

– Na razie chroni cię Augustus – stwierdza Karnus. – Jesteś jego wybrańcem. Zabicie cię oznaczałoby wojnę. Ale nikt nie rozpocznie wojny z powodu zwykłej bójki.

Cagney oszczędza lewą nogę – zranione kolano. Jej kuzyn odchyla się nieco. Boi się mnie. Karnus prostuje się, co znaczy, że nie obchodzi go, czy przeżyję. Kellan uśmiecha się, rozluźniony. Nie znoszę takich ludzi, trudno ich rozgryźć. Oceniam swoje szanse. A potem przypominam sobie, że mam złamane ramię i popękane żebra. Moje szanse spadają o połowę.

Boję się. Członkowie rodu Bellona nie mogą mnie zabić, a mnie nie uda się zabić ich. Nie tutaj. Nie teraz. Wszyscy wiemy, jak skończy się ten taniec. A jednak tańczymy.

Na pstryknięcie Karnusa grupa rzuca się na mnie jak jeden mąż. Ciskam kamień w twarz Cagney. Upada. Ruszam na Karnusa, wyjąc jak szalony wilk, robię unik przed jego pięścią, po czym puszczam serię ciosów w unerwione, wrażliwe punkty – wbijam łokieć w prawy biceps przeciwnika, rozdzieram tkankę. Karnus zatacza się, więc nacieram mocniej, wykorzystując wielkoluda jak tarczę do osłony przed resztą krewnych i ich kijami. Wyrywam konar jednej z kuzynek, powalam ją ciosem z łokcia w skroń, po czym z obrotu uderzam Karnusa kijem w twarz. Jednak atak nie sięga celu. Dostaję w kark. Gałąź pęka. Drzazgi wbijają mi się w głowę. Nie zataczam się. Padam dopiero po ciosie Karnusa łokciem w twarz – uderzenie jest tak silne, że wybija mi zęby.

Bellona nie podchodzą do mnie pojedynczo. Otaczają mnie i wymierzają mi karę przy pomocy skutecznej i śmiercionośnej sztuki walki zwanej Kravat. Mierzą w sploty nerwowe i organy wewnętrzne. Udaje mi się podnieść, uderzyć paru napastników. Ale nie utrzymuję się długo w tej pozycji. Dostaję kijem w kręgosłup, uderzenie paraliżuje mi obwodowy układ nerwowy. Opadam na ziemię jak roztopiony wosk, a Karnus kopie mnie w głowę.

Przygryzam sobie język.

Ziemia wydaje się miękka.

Czuję w ustach smak soli.

Nacisk stopy Karnusa na mój żołądek, a potem na gardło wypycha mi z płuc powietrze wraz z krwią.

– Jak rzekł Lorn au Arcos, skoro musisz pozostawić człowieka przy życiu, lepiej najpierw zabij w nim dumę.

Charczę, próbując nabrać tchu.

Cagney zastępuje Karnusa, siada mi na piersi, kolanami unieruchamia ramiona. Łapię płytki oddech. Cagney uśmiecha się, rozchyla usta podniecona dominującą pozycją. Chwyta mnie za włosy. Jej gorący oddech pachnie miętą.

– Co my tu mamy? – Ściąga mi unipad z przedramienia. – Niech to! Przesłał wszystko Augustusowi. Wolę nie walczyć z suką ArcyGubernatora bez zbroi.

– Więc nie zwlekaj – warczy Karnus. – Zrób to.

– Cii... – szepcze Cagney, gdy próbuję się odezwać. Przesuwa nożem po moich wargach, wciska mi ostrze do ust, aż metal zgrzyta na zębach. – Dobry gnojek, cichy gnojek.

A potem szarpnięciem wyrywa mi garść włosów.

– Cichy i spokojny. Dobry Kosiarz. Dobry.

Krew szczypie mnie w oczy, gdy Karnus odpycha Cagney i podrywa mnie z ziemi lewą ręką. Cofa prawą z przekleństwem, bo zmiażdżony biceps nie pozwala mu wyprowadzić mocnego ciosu, ale zaraz uśmiecha się i uderza mnie głową w pierś, a potem w podbrzusze. Świat wywraca się na nice. Słyszę trzask. Z ust wyrywa mi się świszczący, nieludzki charkot. Karnus uderza mnie jeszcze raz, po czym ponownie rzuca na ziemię.

Czuję ciepłą ciecz na skórze i ostry zapach moczu. Członkowie rodu Bellona śmieją się, a Karnus szepcze mi w ucho:

– Matka kazała ci przekazać, że żebrak nigdy nie zostanie księciem. Za każdym razem, gdy popatrzysz w lustro, przypomnij sobie, co ci zrobiliśmy. Żyjesz tylko dlatego, że ci na to pozwalamy. I pamiętaj, że twoje serce pewnego dnia znajdzie się na naszym stole. Wspinasz się tak wysoko, że upadniesz w błoto.

Rozdział czwartyUpadły

Stoję przed swoim panem, ale jego to nie obchodzi.

Ściany gabinetu wyłożone są drewnem, a podłogę wyściela dywan, który waleczny przodek Augustusa zabrał z pałacu na Ziemi po upadku Imperium Hinduskiego, ostatniego wielkiego państwa walczącego przeciwko Złotym. Cóż za zgrozę musieli czuć ci naturalnie urodzeni ludzie na widok zdobywców spadających z nieba – ludzi udoskonalonych, którzy jednak nie przynieśli nadziei, lecz okowy.

Stoję przed biurkiem Augustusa, surowym meblem z żelaza i drewna. Dostrzegam na krawędzi blatu siedemsetletnią smugę krwi w miejscu, gdzie ostatni władca Hindusów został pozbawiony głowy przez wprawnego Złotego zabójcę.

Nero au Augustus głaszcze lwa leżącego obok biurka. Wyglądają obaj jak bliźniacze posągi. Za nimi znajduje się wolna przestrzeń. Iluminator panoramiczny pokazuje ciemność, w której niczym uśpione olbrzymy spoczywają okręty Wielkiej Armady. Minęliśmy je podczas ostatniego etapu trzytygodniowej podróży z Marsa.

Augustus spogląda na biurko, po blacie przepływa strumień danych.

Wydaje się, że minęło już tyle czasu, odkąd wziął mnie na obchód Marsa, aby pokazać nasze włości – od latyfundiów, gdzie Czerwoni wysokiej rangi pracują wśród łanów pszenicy, po górskie pasma polarne, gdzie w średniowiecznej izolacji mieszkają Obsydiani. Wtedy Augustus mnie faworyzował, trzymał blisko, uczył mnie tego, czego sam dowiedział się od ojca. Byłem ulubieńcem, pierwszym po Leto. Teraz traktuje mnie jak obcego, przynoszę mu wstyd.

Minęły dwa miesiące od dnia, gdy Karnus pobił mnie w Akademii. Chociaż włosy mi odrosły, a połamane kości są już całe, nie odzyskałem reputacji. I z tego powodu życie pod rozkazami ArcyGubernatora Augustusa stało się, mówiąc oględnie, trudne. Od tamtego dnia liczba moich wrogów tylko rośnie. Lecz ci nowi wolą szeptać za plecami, niż użyć noża.

Coraz mocniej zaczynam wierzyć, że Synowie Aresa nie wybrali dobrze. Nie jestem stworzony do zimnej wojny ani do polityki. Nie znam się na subtelnościach. Do diabła, umiałbym pokonać każdego w otwartym starciu, ale nie potrafiłbym nikogo przekupić, nawet gdyby od tego zależało moje życie.

Cichy, ciepły głos, dopasowany do mówienia półprawdy, niesie się po gabinecie ArcyGubernatora.

– Trzy rafinerie, dwa kluby nocne. Dwa posterunki policyjne Szarych. Wszędzie podłożono bomby, odkąd opuściliśmy Marsa. Siedem ataków, panie mój. Pięćdziesiąt dziewięć ofiar śmiertelnych wśród Złotych.

Pliniusz. Szczupły i zwinny jak salamandra, o skórze gładkiej niczym u Różowego. Ten polityk nie należy do Niezrównanych Naznaczonych, nigdy nawet nie był w Instytucie. Jego błyszczące oczy przesłaniają długie rzęsy. Wyciszająca szminka pokrywa cienkie wargi. Włosy Pliniusz nosi utrefione i uperfumowane. Drobne, choć zapewne silne mięśnie rysują się pod zbyt przylegającą, jedwabną tuniką. Dziecko pokonałoby tego mężczyznę, bardziej przypominającego kociaka. Jednak to on stoi za większością pogłosek i paszkwilów. Ma siłę innego rodzaju niż moja. Ja wykorzystuję energię kinetyczną, on – potencjalną.

Słyszałem też, że to właśnie on odpowiada za zrujnowanie mi reputacji. Tactus podejrzewał nawet, że to Pliniusz mógł podjudzić Karnusa do incydentu w ogrodzie, albo przynajmniej tak ustawił holokamery, aby zarejestrować najlepsze momenty z mojego poniżenia.

U boku Pliniusza stoi czwarty mężczyzna – Leto. To dumny wojownik, starszy ode mnie o dziesięć lat, z włosami zaplecionymi w warkocz i na wpół rozmarzonym uśmiechem. To także poeta z bronią, przez niektórych uważany za młodsze wcielenie Lorna au Arcosa. Prawdopodobnie właśnie Leto odziedziczy włości ArcyGubernatora, a nie rodzone dzieci Augustusa – Mustang i Szakal. Lubię Leta.

– Synowie Aresa stali się nazbyt bezczelni – mruczy Augustus.

– Tak, suzerenie. – Pliniusz mruży oczy. – O ile to właśnie oni dopuścili się tych występków.

– Któż inny by się ośmielił?

– Nikt, o kim mielibyśmy pojęcie. Ale na tym świecie wiele jest szczurów, pająków i lisów. Podkładanie bomb to dość prymitywna zagrywka, jak na Aresa, zbyt bezpośrednia i nietypowo brutalna. Odbiega od wzorca, nie pasuje do profilu. Ares wcześniej dokonywał głównie sabotaży technicznych i rozpowszechniał wrogą propagandę. Nigdy nie uciekał się do bezpośredniej przemocy, dlatego trudno mi uwierzyć, że zaplanował te ataki.

Augustus marszczy brwi.

– Więc kogo podejrzewasz?

– Może istnieje inna grupa terrorystyczna, suzerenie. Trudno oczekiwać, że wśród osiemnastu miliardów ludzi tylko jeden człowiek będzie miał monopol na terroryzm. Ani że będzie to tylko jeden syndykat zbrodni. Przygotowuję bazę danych, którymi mogę się podzielić...

Pliniusz ma rację. Ataki terrorystyczne, które spadły na Marsa i inne planety, nie mają sensu. Tancerz mówił o sprawiedliwości, nie o zemście. A te akty przemocy są przerażające – podkładanie bomb pod baraki, magazyny, bazary, sklepy i restauracje Kolorów wyższych rangą. Ares nigdy by ich nie zlecił. Przyciągają za wiele uwagi i nie przynoszą proporcjonalnych korzyści, prowokują tylko Złotych do działania, do zniszczenia Synów Aresa.

Posyłałem wiadomości do Tancerza, ale bez skutku. Zginął? A może Ares mnie opuścił i wybrał strategię podkładania bomb?

Pliniusz ziewa.

– Może Ares zmienił taktykę? To przebiegły facet.

– O ile to w ogóle facet – wtrąca Leto.

– Intrygujące. – Augustus obraca się szybko. – Co każe ci podejrzewać, że Ares to nie mężczyzna?

– Dlaczego zakładamy, że to mężczyzna? Przecież to może być kobieta. Albo jakaś grupa. To ostatnie zwłaszcza może stanowić wyjaśnienie niejasności i odmiennej natury ostatnich ataków. – Leto zwraca się do mnie, a gdy mówi, patrzy mi w oczy. – Darrow, co o tym sądzisz?

– Nie obciążaj Darrowa skomplikowanymi pytaniami – skrzeczy Pliniusz z udawaną troską. – Sformułuj to jak najprościej, aby można było odpowiedzieć „tak” lub „nie”, inaczej nie zrozumie.

Posyła mi fałszywie współczujący uśmiech i pokrzepiająco ściska ramię.

– Chyba wiesz, że Darrow to uczciwa, prosta bestia, ale poza tym potrafi się tylko grzecznie uśmiechać.

Słyszę to i przyjmuję bez drgnienia powieki. Pliniusz odsuwa się ode mnie i mówi dalej:

– Zapominasz zresztą, Leto, że zorganizowaliśmy społeczność Czerwonych jako silnie patriarchalną. Ich tożsamość jako ludzi koncentruje się wokół wydobycia złóż surowców stanowiących podstawę procesu terraformowania Marsa. Tym żmudnym i wyczerpującym zadaniem, wymagającym siły fizycznej, zajmują się mężczyźni. Nie dopuszczamy do niego kobiet. Nawet gdyby umiały sobie poradzić, zakazuje tego Protokół Stratygraficzny. Jak widzisz zatem, nie może to być kobieta, ponieważ żaden osiłkowaty Rdzawy nie posłuchałby rozkazów kobiety ani mężczyzny, który nigdy nie sterował świdrem.

Leto uśmiecha się przebiegle.

– O ile Ares to Czerwony.

Pliniusz i Augustus wybuchają śmiechem.

– Może to jakiś obłąkany Fioletowy, którego szaleństwo przejawia się eskalacją przemocy – podsuwa Pliniusz.

– Albo cinkciarz oburzony spadkiem zysków z lokalnych haraczy – dodaje Leto.

– Skądże! Powiedziałbym raczej śmiało, że to Obsydian, który przełamał swój lęk przed techniką i nauczył się wreszcie obsługiwać holokamerę! – Pliniusz klepie się w uda. – Oddałbym jedną z moich Róż, żeby zobaczyć...

– Niech to zaraza, wystarczy – przerywa im Augustus. Bębni palcami po blacie. Pliniusz i Leto wymieniają szerokie uśmiechy, po czym skupiają uwagę na ArcyGubernatorze. – Co doradzasz, Pliniuszu?

– Oczywiście, już mówię – odchrząkuje Pliniusz. – W przeciwieństwie do propagandy i cyberataków przeciwdziałanie aktom przemocy jest dość łatwe. To kwestia prostej odpowiedzi na brutalność. Nasze oddziały czekają w gotowości do taktycznego uderzenia na kilka terrorystycznych obozów szkoleniowych, ukrytych pod powierzchnią Marsa. Powinniśmy uderzyć jak najszybciej. Jeżeli będziemy zwlekać, obawiam się, że Pretorianie Władczyni wezmą sprawy w swoje ręce. A to przecież obcy, nie pochodzą stąd i nie rozumieją Marsa. Po ich przejściu zostaną tylko zgliszcza.

– Głupiec zrywa liście. Osiłek łamie gałęzie. Mędrzec wykopuje korzenie. – Augustus zamyśla się. – Lorn au Arcos powiedział to kiedyś mojemu ojcu. Wykuto te słowa w Sali Ostrzy w Nowych Tebach. Uderzenie w ośrodki szkoleniowe nie przyniesie żadnych korzyści, tylko wypełni wiadomości w holosieci nagraniami z eksplozji. Mam dość rozgrywek politycznych. Pora zmienić strategię. Z każdą podłożoną bombą rośnie niezadowolenie Władczyni moim zarządzaniem.

– RządziszMarsem –stwierdza Leto z naciskiem. – To nie Wenus ani Ziemia. Mars nie jest tak uległy. Czego oczekuje Władczyni?

– Efektów.

– Jaki masz pomysł, suzerenie? – pyta Pliniusz.

– Zamierzam wytruć korzenie Synów Aresa. Nie chcę mieć Szarych, lecz zamachowców samobójców. Znajdźcie najgorszych, najbardziej wrednych Czerwonych na Marsie, porwijcie ich bliskich, a potem zagroźcie, że synowie i córki zginą, jeżeli ojcowie nie wykonają naszych rozkazów. Poślijcie zamachowców samobójców na powierzchnię, w obszary, gdzie przebywa najwięcej młodych, oraz do dwóch wybranych kopalni. Żadnych kobiet z bombami. Chcę, aby społeczeństwo się podzieliło. Kobiety przeciw przemocy.

Jakże niewiele znaczy tutaj życie. To tylko słowa rzucone w przestrzeń.

– I na obszary miejskie – ciągnie ArcyGubernator. – Nie tylko na Brązowych i Czerwonych górników czy rolników. Chcę śmierci Niebieskich i Zielonych dzieci w szkołach lub centrach rozrywki, w pobliżu symboli Synów Aresa. I wtedy zobaczymy, czy inne Kolory nadal będą śpiewać piosenkę tej przeklętej dziewczyny.

Serce mi zamiera. Piosenka Eo rozniosła się dalej, niż moja żona się spodziewała, dotarła do holosieci i pomknęła przez Układ Słoneczny. Odsłuchano ją miliardy razy dzięki grupom hakerów-anarchistów. Znowu wzbiera we mnie lęk, że zostanę rozpoznany. Może jakiś Złoty przeszuka pliki i odkryje, że mąż Eo też miał na imię Darrow? Jednak nawet mnie trudno byłoby rozpoznać siebie w tamtym kościstym chłopaku. A jeżeli chodzi o imię... Tak naprawdę nie prowadzi się ewidencji imion niższych rangą Kolorów. Miałem numer ewidencyjny, przydzielony mi przez jakiegoś Miedzianego urzędnika administracji. L17L6363. A L17L6363 zawisł na stryczku, dopóki nie umarł, po czym jego zwłoki zostały skradzione przez nieznanego sprawcę i najprawdopodobniej pogrzebane głęboko w sztolni.

– Planujesz wyalienowanie Czerwonych od innych Kolorów, a potem odizolowanie Synów Aresa od Czerwonych – uśmiecha się Pliniusz. – Panie mój, zastanawiam się czasami, po co ci jestem potrzebny.

– Nie traktuj mnie protekcjonalnie, Pliniuszu. To poniżej godności nas obu.

Pliniusz kłania się uniżenie.

– Istotnie. Proszę o wybaczenie, panie mój.

Augustus przenosi spojrzenie na Leta.

– Wiercisz się jak szczeniak.

– Martwię się, że to tylko pogorszy sprawę. – Leto marszczy brwi z namysłem. – W tej chwili Synowie Aresa stanowią utrapienie, owszem, ale bynajmniej nie nasz główny problem. Jeżeli postąpimy zgodnie z twoim planem, możemy zaognić sytuację. I co gorsza, będziemy wtedy tak samo winni jak Synowie Aresa. Staniemy się terrorystami.

– Nie poniesiemy żadnej odpowiedzialności. – Pliniusz śledzi nerwowo strumień danych na swoim unipadzie. – Nie wtedy, gdy będziemy sędziami.

Letowi to nie wystarcza.

– Nasze prawo do sprawowania rządów opiera się na przekonaniu, że jesteśmy najlepiej przygotowani do przewodzenia ludzkości. Jesteśmy władcami, jakich wyobrażał sobie filozof Platon. Naszym celem jest porządek. Zapewniamy stabilność. Synowie Aresa to anarchiści. Ich celem jest chaos. I właśnie tego powinniśmy użyć jako naszej broni. Nie Szarych w mroku nocy i zamachowców poszczutych na dzieci.

– Powinniśmy aspirować do wyższych celów? – prycha Pliniusz.

– Tak! Może przeprowadzić kampanię w mediach skierowaną przeciwko Synom Aresa. Nie sądzisz, Darrow?

Ponownie nie odpowiadam. Milczę, dopóki ArcyGubernator nie zauważy mojej obecności. Augustus nie pozwala na bezczelność lub brak manier, chyba że przynosi mu to korzyści.

– Idealizm – wzdycha Pliniusz. – Godne podziwu u młodych, nawet jeżeli się mylą.

– Wysil się i mów do mnie, Polityku – warczy Leto, obrzuciwszy spojrzeniem uśmiechniętą i gładką, pozbawioną blizny Naznaczonych twarz Pliniusza. – Twój plan powinien być mniej brutalny, ArcyGubernatorze. Tylko o to mi chodzi.

– Brutalność... – Augustus pozwala, aby to słowo zawisło w powietrzu. – Nie jest ani dobra, ani zła. To po prostu opis danego aktu, w tym przypadku naszych działań. Należy jednak przede wszystkim zanalizować naturę tych działań. Czy powstrzymanie terrorystów, którzy mordują niewinnych, jest dobre, czy złe?

– Dobre, jak sądzę.

– Więc jakie znaczenie mają nasze metody? Wyrządzimy mniejszą krzywdę niewinnym niż Synowie Aresa, gdybyśmy nadal pozwalali im działać. – Augustus splata długie palce. – Jednak to nie jest właściwie kwestia filozoficzna. To kwestia polityczna. Synowie Aresa nie stanowią zagrożenia. Wcale. Są jedynie bronią dla naszych wrogów politycznych, a dokładniej dla rodu Bellona, idealnym powodem, by twierdzić, że nie potrafię rządzić Marsem.

Spogląda Letowi w oczy.

– Bellona już szuka sposobu, aby pozbawić mnie stanowiska. Jak wiadomo, Władczyni ma prawo usunąć mnie ze stanowiska nawet bez głosowania Senatu. Jeżeli zechce, może przekazać władzę nad Marsem innemu rodowi – albo Bellonie, albo naszym sprzymierzeńcom, Julii, albo nawet rodowi, który nie pochodzi z Marsa. Nikt z nich nie zdoła władać Marsem równie skutecznie jak ja. A kiedy władza nad planetą jest skuteczna, wszyscy czerpią z tego korzyści – i ci najwyżej, i ci najniżej. Nie jestem despotą. Ojciec jednak musi szarpnąć za ucho dzieci, które podłożyły ogień pod dom. Dlatego jeżeli będę musiał, w imię wyższych celów zabiję kilka tysięcy ludzi. Uczynię to dla stałego napływu helium-3 oraz dla obywateli tego świata, aby mogli wieść życie w pokoju.

Rysy jego twarzy twardnieją.

– Co prowadzi nas do Darrowa au Andromedusa. – Jego zimne spojrzenie opada na mnie, rozpalone wydanym właśnie rozkazem zamordowania tysięcy niewinnych, a ja nie mogę opanować drżenia, gdy wzbiera we mnie mroczna nienawiść. Opuszczam głowę w obojętnie uprzejmym ukłonie.

– Wezwałeś mnie, panie?

– Owszem. I twój pobyt tutaj będzie krótki. Byłeś rozgrywającym, gdy zabrałem cię z Instytutu i zatrudniłem. Wiesz o tym?

– Tak.

– Uznałem, że korzyści z ciebie będą wystarczające, a twoja rywalizacja z Cassiusem au Belloną wydawała mi się na swój szkolny sposób zabawna. Ale zadeklarowana waśń między waszymi rodami stała się – zerka na Pliniusza – ciężarem dla moich interesów, zarówno pod względem ekonomicznym, jak i politycznym. Szlaki transportowe zostały utracone przez wzrost podatków w Centrum, gdzie Bellona ma swoich popleczników. Rody rozważają, czy dotrzymać zobowiązań zawartych wiele lat temu przy zawieraniu traktatów handlowych. Dlatego dla złagodzenia niepokojów tych stron postanowiłem sprzedać twój kontrakt innemu rodowi.

Wzdrygam się wewnętrznie.

– Panie mój... – próbuję przerwać. To nie dzieje się naprawdę. Jeżeli Augustus pozbawi mnie pozycji, prawie trzy lata pracy pójdą na marne. – Jeżeli mogę...

– Nie możesz. – ArcyGubernator otwiera szufladę i rzuca lwu kawałek mięsa. Lew czeka, aż jego pan pstryknie palcami, zanim weźmie się do jedzenia. – Decyzja zapadła miesiąc temu. Nie ma potrzeby o tym ze mną dyskutować. Nie jestem Żywym Srebrem, żeby negocjować cenę litu w oparciu o przyszłe korzyści. Pliniuszu...

– Szczegóły są dość proste, Darrow, więc powinieneś zrozumieć je bez trudu. – Pliniusz nie spuszcza ze mnie wzroku. – ArcyGubernator okazał wielką życzliwość, dając ci uczciwy okres wypowiedzenia kontraktu przed jego zakończeniem.

– W moim kontrakcie okres wypowiedzenia wynosi pół roku.

– Przypomnij sobie punkt osiem, podpunkt c, który stwierdza, że należy ci się sześciomiesięczny okres wypowiedzenia, chyba że narazisz swoim niestosownym dla podopiecznego zachowaniem... honor szacownego rodu Augustus.

– To jakiś żart? – Spoglądam na Leta i Augustusa.

– A czy ktoś się śmieje? – pyta surowo Pliniusz. – Nie? Słyszałeś, żeby ktoś choć zachichotał?

– Ze wszystkich podopiecznych zająłem drugie miejsce w Akademii! Ty nie zdołałbyś nawet przejść przez Instytut!

– Och, nie chodzi o to. Spisałeś się... dość dobrze.

– Więc o co?

– Chodzi o twoją nieustanną obecność w holowizyjnych programach.

– Nigdy nie chodziłem do holowizji! Nawet jej nie oglądam!

– Och, błagam. Napawasz się swoją sławą. Nawet gdy się z ciebie drwi, puszysz się w światłach reflektorów i sprowadzasz hańbę na ród, który cię wziął pod opiekę. Znamy historię wyszukiwarki z twojego unipada. Widzieliśmy, jak się wdzięczysz przed holokamerami jak przed lustrem. Krążą plotki o tobie i córce ArcyGubernatora...

– Mustang przebywa na dworze na Księżycu!

– Do czego zapewne ją zachęcałeś. Poprosiłeś ją, aby dołączyła do dworu Władczyni? To część twojego planu, aby rozłączyć ojca z córką?

– Pleciesz bzdury, Pliniuszu.

– A ty szargasz dobre imię rodu Augustus. Prowokujesz bójki z członkami rodu Bellona w łaźniach przeznaczonych do odświeżenia i kontemplacji. Dłużej nie możemy tego tolerować.

Nawet nie wiem, co odpowiedzieć. On to wszystko zmyślił. Miałby dość prawdziwych materiałów, aby mnie oskarżyć, ale wybrał kłamstwo, aby cisnąć mi to w twarz i pokazać, że ma mnie w garści.

– Kontrakt zostanie zerwany za trzy dni – kończy Pliniusz.

– Trzy dni – powtarzam.

– Zanim to nastąpi, udasz się z nami na powierzchnię Księżyca i zostaniesz w rezydencji przygotowanej dla rodu Augustus na Zgromadzenie, jednak od tej chwili nie jesteś już podopiecznym tej rodziny. Nie reprezentujesz już ArcyGubernatora i nie wolno ci powoływać się na jego nazwisko, aby otrzymać dostęp do wygód albo wkraść się w łaski młodych dam lub młodzieńców przy pomocy przechwałek, obietnic lub gróźb. Rodowy unipad zostanie ci odebrany. Unieważniono ci już kody dostępu do sieci i hasła, nie wolno ci uczestniczyć w żadnym projekcie, do którego zostałeś wcześniej przydzielony.

– Miałem przydział tylko do zadań konstrukcyjnych.

Usta Pliniusza rozciągają się w gadzim uśmiechu.

– Zatem zamknięcie tego nie będzie trudne.

– Komu zostanę sprzedany? – udaje mi się wykrztusić. Augustus nie patrzy mi w oczy, gdy mnie porzuca. Głaszcze swojego lwa. Można by pomyśleć, że nie ma mnie w tym gabinecie. Leto wbija wzrok w podłogę. Zawstydzony. Jest zbyt szlachetny na tę szaradę, ale Augustus chciał, aby był przy tym i patrzył, żeby nauczyć się, jak amputować gnijącą kończynę.

– Nie zostaniesz sprzedany, Darrow. Pomimo twojego niskiego urodzenia oczekiwałem, że wiesz, gdzie twoje miejsce. Nie jesteśmy Różowymi lub Obsydianowymi, żeby nas sprzedawać jak niewolników. Twoje usługi zostaną sprzedane na aukcji – wyjaśnia Pliniusz.

– Żadna różnica – syczę. – Porzucacie mnie. Ktokolwiek kupi moje usługi, nie zdoła mnie ochronić przed Belloną. Ci kędzierzawi dranie zapolują na mnie i zabiją. Nie zrobili tego dwa miesiące temu tylko dlatego, że byłem...

– ...reprezentantem rodu Augustus? – podsuwa Pliniusz. – Lecz ArcyGubernator nic ci nie zawdzięcza, Darrow. Wydaje ci się, że wręcz przeciwnie? W rzeczywistości to ty jesteś mu coś winien! Straciliśmy sporo pieniędzy, aby zapewnić ci ochronę. Straciliśmy też okazje do zysków, umowy i porozumienia handlowe. I właśnie te straty okazały się za duże. Musimy być postrzegani jako ci, którzy dążą do pokoju z rodem Bellona. Władczyni życzy sobie pokoju. A ty? Ty stanowisz źródło zamieszania, niepokoju, przysłowiowy wrzód na tyłku. Dlatego teraz przekuwamy nasz miecz na lemiesz.

– Ale wcześniej użyjecie go jeszcze do ścięcia mi głowy.

– Darrow, nie błagaj – wzdycha Pliniusz. – Okaż trochę stanowczości, młody człowieku. Twój czas tutaj dobiegł końca, ale nabrałeś dojrzałości i młodzieńczego wigoru. Dlatego teraz wyprostuj się i odejdź z godnością Złotego, który wie, że starał się najlepiej jak potrafił.

Jego oczy śmieją się ze mnie.

– Co znaczy: opuść ten gabinet. Już, do diabła. Zanim Leto wyrzuci cię na ten pobliźniony, zbity pysk.

Zwracam spojrzenie na ArcyGubernatora.

– Czy właśnie tak mnie postrzegasz? Bierzesz mnie za smarkacza, którego posyła się do kąta?

– Darrow, będzie lepiej, jeżeli... – zaczyna Leto.

– To ty posłałeś nas do kąta – odpowiada Pliniusz i kładzie mi dłoń na ramieniu. – Jeżeli martwisz się, że nie otrzymasz stosownej odprawy, niepotrzebnie. Zapewnimy ci dość pieniędzy, żebyś...

– Ostatnim razem, kiedy dotknął mnie jeden z ArcyGubernatorskich przydupasów, wbiłem mu nóż w mózg. Sześć razy. – Spoglądam znacząco na rękę Pliniusza, którą ten szybko cofa. Prostuję plecy. – Nie będę odpowiadał gładkolicemu, bezwartościowemu Pixie. Jestem Niezrównanym Naznaczonym. ArcyPrymusem z Pięćset Czterdziestej Drugiej Klasy w Instytucie Marsjańskim. Odpowiadam tylko przed ArcyGubernatorem.

Robię krok do Augustusa, przez co zmuszam Leta, by zajął pozycję obronną na skrzydle. Mój temperament jest dobrze znany.

– Postawiłeś Juliana au Bellonę przeciwko mnie na Chrzcie, mój suzerenie. – Wbijam w niego wzrok. – Dla ciebie zabiłem tego chłopca. Ścierałem się z Karnusem dla ciebie. Trzymałem język za zębami i nakazałem to samo moim ludziom, gdy próbowałeś w Instytucie kupić zwycięstwo dla swojego syna.

Leto krzywi się na ostatnie słowa.

– Wymazałem nagrania. Dowiodłem, że jestem lepszy niż twoje rodzone potomstwo. A jednak, panie mój, mówisz, że jestem ciężarem.

– Jesteś Niezrównanym Naznaczonym – przyznaje ArcyGubernator, nie podnosząc oczu znad przepływających po blacie biurka strumieni danych. – Ale niewiele posiadasz. Twoi bliscy nie żyją. Zostawili cię bez ziemi, bez złóż surowców lub przemysłu, bez żadnej pozycji w rządzie. Wszystko zostało przejęte, gdy nadeszła pora, by spłacić długi, nawet honor. Szanuj te okrawki, jakimi zostałeś obdarowany przez lepszych od siebie. Pamiętaj przysługi, jakie ci wyświadczono.

– Myślałem, że cenisz bardziej uczynki niż tytuły. Mustang cię opuściła, panie mój. Nie popełniaj błędu i nie odcinaj się ode mnie tak, jak od niej.

Nareszcie Augustus podnosi głowę i spogląda mi w twarz. Jego oczy nie są ludzkie – lśnią oderwanym, nieczułym wyrachowaniem podsycanym przez monstrualną, bezduszną dumę. Dumę, która obejmuje nie tylko Nerona au Augustusa, lecz sięga w całą jego przeszłość, aż do człowieka, który zrobił pierwszy, niepewny krok w kosmos. To duma dziesiątek pokoleń ojców i dziadów, sióstr i braci, wszystko to skupione w jednym lśniącym i doskonałym naczyniu, Aureacie, który nie ma żadnej skazy i nie znosi żadnych porażek.

– Moi wrogowie poniżyli cię, a to znaczy, że poniżyli też mnie, Darrow. Powiedziałeś mi, że zwyciężysz, ale przegrałeś. A to wszystko zmienia.