Wydawca: Drageus Publishing House Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2015

Red Rising. Tom 1. Złota krew ebook

Pierce Brown  

4.41176470588235 (17)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 529 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Red Rising. Tom 1. Złota krew - Pierce Brown

Życie Czerwonych na Marsie nie jest łatwe. Zwłaszcza życie Helldiverów, którzy w kopalniach Marsa wydobywają cenne helium-3. Nigdy nie widzą słońca. Nie zawsze mają co jeść. Żyją krótko. Umierają młodo.

I nie ma dla nich sprawiedliwości.

Darrow Helldiver, Czerwony górnik, przez okrutne prawo Złotych władców traci żonę, a potem sam zostaje skazany na śmierć. Nie wie jeszcze, że to dopiero początek.

Los daje mu szansę, aby walczyć o wolność dla swoich ludzi. O wolność wszystkich Kolorów niewolonych surowym prawem Złotych najeźdźców, którzy przed wiekami opanowali Układ Słoneczny.

Darrow musi tylko stać się Złotym. Wślizgnąć się w szeregi panujących i rozbić system od środka.

Przed nim nie tylko bolesna przemiana, lecz także długa i żmudna walka o pozycję na szczycie społecznej piramidy. Żeby stać się Złotym, Czerwony Helldiver musi nie tylko zmienić skórę, lecz także przeżyć. Co wcale nie jest takie proste, bo Instytutem Marsa, szkołą przyszłych władców, rządzi tylko jedna zasada: przeżyją najsilniejsi.

Czy słaby Czerwony zdoła skończyć szkołę bogów?

Czy zdoła rozpalić zarzewie zagłady i obalić Złotą tyranię?

Opinie o ebooku Red Rising. Tom 1. Złota krew - Pierce Brown

Fragment ebooka Red Rising. Tom 1. Złota krew - Pierce Brown

Pierce Brown

Red Rising

Złota krew

Przekład Kinga Składanowska

Warszawa 2015

Tytuł oryginału: RED RISING TRILOGY #1: RED RISING1

Copyright © 2014 by Pierce Brown

Projekt okładki: Design Partners www.designpartners.pl

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:drageus@drageus.com

www.drageus.com

Opracowanie wersji elektronicznej:

ISBN epub: 978-83-64030-71-0

ISBN mobi: 978-83-64030-72-7

Dla Ojca, który nauczył mnie chodzić

PODZIĘKOWANIA

Jeśli pisanie jest wspólnym dziełem serca i rozumu, to chciałbym podziękować Aaronowi Phillipsowi, Hannah Bowman oraz Mike’owi Braffowi, którzy obdarzyli mnie swoją mądrością i radami.

Dziękuję rodzicom, siostrze, przyjaciołom oraz klanowi Phillipsów, którzy troszczyli się o mnie z miłością i lojalnością.

Dziękuję również i Tobie, czytelniku. Na pewno pokochasz kolejne dwie części.

Chciałem żyć w pokoju. Ale moi wrogowie rozpętali wojnę.

Patrzę na setki ich najsilniejszych synów i córek słuchających mowy bezlitosnego Złotego, stojącego między wielkimi marmurowymi filarami. Słuchają bestii, która sprowadziła ogień trawiący moje serce.

– Nie wszyscy ludzie zostali stworzeni równi – ogłasza. Wysoki, władczy, ideał człowieka. – Słabi was oszukali. Powiedzieli, że cisi na własność posiądą Ziemię. Że silniejsi będą karmić słabszych. To Najszlachetniejsze Kłamstwo Demokracji. Rak, który zatruwa ludzkość. – Przeszywa wzrokiem zebranych uczniów. – Wy i ja należymy do Złotych. To my stoimy na końcu łańcucha ewolucji. Górujemy ponad resztą, prowadząc niższe rangą Kolory. To dziedzictwo jest w waszych rękach. – Milknie, obserwując twarze zebranych. – Ale nie jest za darmo. Po władzę trzeba sięgnąć. Bogactwo wygrywa. Rządy, panowanie, imperium, to wszystko okupuje się krwią. Wy, nieznające strachu dzieci, nie zasługujecie na nic. Nie wiecie nic o bólu. Nie macie pojęcia, co wasi przodkowie poświęcili, aby zapewnić wam najwyższe miejsce w hierarchii. Wkrótce się tego dowiecie. Wkrótce nauczymy was, dlaczego Złoci rządzą ludzkością. I przysięgam, że ci spośród was, którzy są zdolni sięgnąć po władzę, tylko oni przetrwają.

Ja jednak nie należę do Złotych. Jestem jednym z Czerwonych.

Wydaje mu się, że ludzie tacy jak ja są gorsi. Uważa mnie za głupka, słabeusza, podgatunek człowieka. Nie wychowałem się w pałacach. Nie jeździłem konno po łąkach i nie jadłem wymyślnych dań. Zostałem wykuty w trzewiach tego okrutnego świata. Zahartowany nienawiścią. Wzmocniony miłością.

Ten człowiek nie ma racji.

Żaden z nich nie przetrwa.

CZĘŚĆ PIERWSZANIEWOLNIK

Na Marsie rośnie pewien kwiat. Jest czerwony i zahartowany do życia w naszej nieprzyjaznej glebie. Nazywa się haemanthus. To znaczy krwawy kwiat.

Rozdział pierwszyHelldiver

Pierwsza rzecz, jaką musicie o mnie wiedzieć, to że jestem synem swego ojca. Kiedy po niego przyszli, zrobiłem, co mi kazał. Nie płakałem. Nie zrobiłem tego, gdy telewizja transmitowała moment aresztowania. Ani wtedy, gdy Złoci go skazali. Ani wtedy, gdy Szarzy go powiesili. Matka spoliczkowała mnie za to. To mój brat Kieran miał zachować stoicki spokój. Był starszy. To ja miałem płakać. Zamiast tego Kieran szlochał jak baba, gdy mała Eo wsunęła haemanthus do lewego roboczego buta mojego ojca i uciekła, by stanąć u boku własnego taty. Moja siostra Leanna lamentowała obok mnie. Ja zaś obserwowałem ich i przeszło mi przez myśl, że to wstyd, że umarł, tańcząc bez swoich butów do tańca.

Na Marsie nie ma zbyt wielkiej grawitacji. Żeby skazańcowi złamać kark, trzeba go mocno pociągnąć za nogi. Pozwalają, żeby zajęła się tym najbliższa rodzina.

 

Czuję swój własny smród wewnątrz skafandra termicznego. To rodzaj jakiegoś nanoplastiku, który jest równie gorący, jak sugeruje jego nazwa. Izoluje mnie od stóp do głów. Nic nie przedostaje się do środka. Nic nie wychodzi na zewnątrz. A zwłaszcza gorąco. Najgorsze jest to, że nie można wytrzeć potu zalewającego oczy. Okropnie piecze, gdy przecieka przez opaskę na czole i zbiera się w kałuży na piętach. Nie wspominając już o smrodzie, kiedy sikasz. Co, oczywiście, zawsze robisz. Trzeba wypić mnóstwo wody przez rurkę. Równie dobrze mogliby zaopatrzyć nas w cewniki, ale my wolimy śmierdzieć.

Wiertacze z mojego klanu plotkują przez wspólne łącze w moim uchu, gdy stoję na szczycie świdra. Jestem sam w głębokim tunelu nad maszyną wyglądającą jak olbrzymia metalowa dłoń chwytająca i mieląca ziemię dookoła. Kontroluję jej topiące skały palce z gniazda na wierzchołku świdra, w miejscu, w którym normalnie byłby staw łokciowy. To tam, z dłońmi wsuniętymi w rękawice kontrolujące, poruszające wieloma podobnymi do macek świdrami, siedzę jakieś dziewięćdziesiąt metrów pod swoją półką. Mówią, że jeśli się chce być Helldiverem, palce muszą być równie szybkie co języki ognia. Moje śmigają jeszcze szybciej.

Pomimo głosów jestem sam w tunelu. O mojej egzystencji świadczy wibracja, echo oddechu oraz upał tak gęsty i nieznośny, że czuję się, jakbym pływał w gorących sikach.

Nowy strumyczek potu przecieka ze szkarłatnej opaski zawiązanej na czole i wpada mi do oczu, wypalając je, aż są równie czerwone, jak moje rdzawe włosy. Kiedyś miałem w zwyczaju unosić rękę i próbować zetrzeć pot z czoła, lecz tylko drapałem płytę zabezpieczającą. Nadal mam odruch, aby to zrobić. Nawet po trzech latach łaskotanie i pieczenie potu to czysta udręka.

Ściany tunelu wokół mojego gniazda są skąpane w żółtym, siarkowym świetle padającym z korony reflektorów. Ich zasięg słabnie, gdy zaglądam do wąskiego, pionowego szybu, jaki dziś wyżłobiłem. Powyżej błyszczy cenne helium-3 przypominające płynne srebro, ale ja wpatruję się w cienie, rozglądając się za jaskiniowymi żmijami pełzającymi w ciemnościach i szukającymi ciepła bijącego z mojego świdra. Mogą również wgryźć się w skafander, przebić przez osłonę, a potem próbować zagnieździć się w najcieplejszym miejscu, zazwyczaj w brzuchu, żeby złożyć jaja. Zostałem kiedyś ukąszony. Nadal śni mi się ta bestia – czarna, podobna do grubego, wijącego się sznura. Mogą być szerokie jak ludzkie udo i osiągać długość trójki dorosłych mężczyzn, ale to małych trzeba bać się najbardziej. One nie wiedzą, jak dawkować truciznę. Podobnie jak ja, ich przodkowie wywodzili się z Ziemi, a potem Mars i przepastne tunele zmieniły je na zawsze.

W tunelach jest przerażająco. Samotnie. Nie licząc ryku wiertła, słyszę głosy swoich przyjaciół, samych starszych. Nie widzę ich jednak w ciemności. Drążą wysoko nade mną, w pobliżu ujścia tunelu, który wywierciłem, opadając na linach i hakach, żeby zebrać całą rudę helium-3. Kopią długimi na metr wiertłami, zbierając urobek. Ich praca również wymaga niebywałej zręczności rąk i stóp, ale to ja zarabiam w tej grupie. To ja jestem Helldiverem. Trzeba mieć do tego pewne predyspozycje – a na dodatek jestem najmłodszy w historii.

Pracuję w kopalni od trzech lat. Zaczyna się schodzić do roboty po skończeniu trzynastego roku życia. Wówczas człowiek jest wystarczająco dorosły, żeby pieprzyć. A przynajmniej tak powiedział wujek Narol. Sęk w tym, że ożeniłem się zaledwie sześć miesięcy temu, więc nie mam pojęcia, dlaczego to powiedział.

Eo wiruje w moich myślach, gdy wpatruję się w ekran kontrolny i obejmuję mackami wiertła nową żyłę, topiąc i zdrapując skałę wokół, żeby wydobyć minerał, nie niszcząc go po drodze. Eo. Czasami trudno mi myśleć o niej inaczej niż tak, jak nazywaliśmy ją w dzieciństwie.

Mała Eo – drobniutka dziewczyna, ukryta pod grzywą rudych włosów. Rudych jak otaczające mnie skały, ale nie prawdziwie czerwonych, tylko czerwonych jak rdza. Czerwonych jak nasz dom, jak Mars. Eo również ma szesnaście lat. I choć jest podobna do mnie – wywodzi się z klanu Czerwonych górników, klanu pieśni, tańca i ziemi – równie dobrze mogłaby być z powietrza, z eteru wiążącego gwiazdy w całość. Nie żebym kiedykolwiek widział gwiazdy. Żaden Czerwony z górniczej kolonii nigdy nie widział gwiazd.

Mała Eo. Chcieli wydać ją za mąż, gdy skończyła czternaście lat, jak wszystkie dziewczęta. Ona wolała jednak jeść mniejsze racje żywnościowe i poczekać, aż sam skończę szesnaście, zanim wsunęła na palec obrączkę. Wiedziała, że się pobierzemy od czasu, gdy byliśmy dziećmi. Ja nie.

–Czekaj. Czekaj!– odzywa się przez wspólne łącze głos wujka Narola. –Darrow, zatrzymaj się, chłopaku!– Moje palce zastygają w bezruchu. Jest wysoko nade mną wraz z resztą, obserwując moje postępy na ekranie wmontowanym w hełm.

– Co znowu? – pytam poirytowany. Nie lubię, gdy mi się przeszkadza.

– Co znowu, pyta mały Helldiver – chichocze stary Barlow.

– Pęcherz gazowy, ot co – warczy Narol. To on zawsze mówi w imieniu naszej całej dwustuosobowej załogi. – Wstrzymaj pracę. Wzywam grupę skanującą, żeby sprawdziła wszystkie dane, zanim wyślesz nas do piekła.

– Mówisz o tym pęcherzu? Jest malutki – mówię. – Przypomina bardziej pryszcza. Poradzę sobie z nim.

– Pracuje na świdrze zaledwie rok i już mu się wydaje, że pozjadał wszystkie rozumy, szczyl mały – stwierdza cierpkim tonem stary Barlow. – Pamiętaj o słowach naszego Złotego przywódcy. Cierpliwość i posłuszeństwo, młody. Cierpliwość to zaleta męstwa. A posłuszeństwo jest zaletą ludzkości. Słuchaj starszyzny.

Przewracam oczami, słuchając jego uwag. Gdyby starszyzna mogła dokonać tego, co ja, to może słuchanie ich miałoby jakiś sens. Oni są jednak zbyt spowolnieni fizycznie i umysłowo. Czasami odnoszę wrażenie, że chcą, abym był taki sam. Zwłaszcza mój wujek.

– Ale się wzruszyłem. Jeśli sądzisz, że to pęcherz gazowy, to zeskoczę tam i przeskanuję go ręcznie. To łatwizna. Nie marnujmy czasu.

Wiem, że zaraz będzie kazanie o ostrożności. Jakby ostrożność kiedykolwiek im w czymś pomogła. Nie zdobyliśmy Lauru od wieków.

– Chcesz, żeby Eo została wdową? – śmieje się Barlow głosem trzeszczącym od zakłóceń. – Jak dla mnie to w porządku. Ładna z niej mała. Wwierć się w ten pęcherz i zostaw ją mnie. Może jestem stary i tłusty, ale moje wiertło ciągle daje radę.

Na górze wybucha śmiechem dwustu wiertaczy. Moje dłonie bieleją na uchwytach kontrolnych.

– Słuchaj wujka Narola, Darrow. Lepiej się wycofać do czasu, aż dostaniemyskan – dodaje mój brat Kieran. Jest trzy lata starszy. Wydaje mu się, że został mędrcem, że wie więcej. Tak naprawdę wie cokolwiek tylko o ostrożności. – Będziemymieli czas.

– Czas? Cholera, to zajmie wieki – warczę. Wszyscy są przeciwko mnie. Wszyscy są w błędzie i nie rozumieją, że Laur jest o jeden śmiały krok przed nami. Co więcej, wątpią we mnie. – Jesteś tchórzem, Narol.

Na drugim końcu połączenia zapada cisza.

Nazywanie mężczyzny tchórzem to niezbyt dobry sposób, aby zyskać jego poparcie. Nie powinienem tego mówić.

–Sam zajmij się zrobieniem skanu– odzywa się skrzekliwym głosem Loran, mój kuzyn i syn Narola. –A jak nie, to Gamma nie będą się niczym różnić od Złotych – dostaną Laur już chyba setny raz.

Laur. Dwadzieścia cztery klany w podziemnej górniczej kolonii Lykos, jeden Laur na każdy kwartał. To oznacza więcej pożywienia, niż jesteś w stanie zjeść. Więcej papierosów do wypalenia. Importowane kilty z Ziemi. Piwo ze znakiem jakości Elity. Oznacza wygraną. Klan Gamma miał Laur, odkąd wszyscy pamiętają. Zawsze było tak, że niżej stojące w hierarchii klany dostawały określony przydział, wystarczający zaledwie na przeżycie. Eo mówi, że Laur to marchewka, którą macha nam przed nosem Elita i która zawsze pozostanie poza naszym zasięgiem. Wystarczająco daleko, żebyśmy wiedzieli, jak mało znaczymy i jak niewiele możemy z tym zrobić. Mieliśmy być pionierami. Eo nazywa nas niewolnikami. Ja z kolei myślę, że nigdy się wystarczająco nie staramy. Nigdy nie podejmujemy wielkiego ryzyka z powodu starców.

– Loran, zamknij się i przestań gadać o Laurze. Darrow, jak trafisz w pęcherz, ominą nas wszystkie cholerne Laury do końca świata – warczy wujek Narol.

Bełkocze. Prawie czuję smród alkoholu przez łącze. Chce wezwać grupę sensorów, żeby ratować własny tyłek. Albo jest przerażony. Ten pijak od małego sikał ze strachu. Strachu przed czym? Przed naszymi panami, Złotymi? Ich sługusami, Szarymi? Kto wie? Kogo to obchodzi? Tak naprawdę tylko jednemu człowiekowi zależało na moim wujku, ale on umarł w chwili, gdy Narol pociągnął go za stopy.

Mój wujek jest słaby. Ostrożny i nie zna umiaru w piciu. To zaledwie blady cień ojca. Mruga powoli i z trudem, jakby oczy bolały go za każdym razem, gdy musi je otwierać i patrzeć na świat. Nie ufam mu na dole, w kopalniach, i nigdzie indziej. Ale moja matka każe mi go słuchać. Zawsze przypomina mi, żebym szanował starszych. Choć jestem żonaty i jestem Helldiverem swojego klanu, matka zawsze powtarza, że moje „pęcherze nie stały się jeszcze nagniotkami”. Jestem posłuszny, choć doprowadza mnie to do szału równie mocno, jak strużka potu płynąca po twarzy.

– Dobra – mamroczę.

Zaciskam pięść wiertła i czekam, aż wujek zgłosi się do mnie z bezpiecznej jamy nad głębokim tunelem. To zajmie wiele godzin. Liczę szybko w głowie. Osiem godzin do momentu sygnału gwizdkiem. Żeby pokonać Gamma, muszę utrzymać wskaźnik sto pięćdziesiąt sześć i pół kilograma na godzinę. Dwie i pół godziny zajmie grupie skanującej dotarcie tutaj i wykonanie roboty. W najlepszym razie. Potem muszę pompować dwieście dwadzieścia siedem i sześć dziesiątych kilo na godzinę. To niemożliwe. Jeżeli będę pracował dalej i zignoruję ten nudny skan, zwycięstwo będzie nasze.

Zastanawiam się, czy wujek Narol i Barlow wiedzą, jak niewiele nam brakuje. Pewnie tak. Tyle że nie sądzą, by cokolwiek było warte takiego ryzyka. Wydaje im się, że jakaś boska interwencja zaprzepaści nasze szanse. Gamma dostanie Laur. Tak było zawsze i zawsze będzie. My z Lambda próbujemy przeżyć na naszych skromnych racjach żywnościowych i marnych wygodach. Żadnego awansu. Żadnego upadku. Nic nie jest warte ryzyka zmiany hierarchii. Mój ojciec odkrył to w drodze na stryczek.

Nic nie jest warte ryzyka śmierci. Na piersi czuję ciężar ślubnej opaski z włosów i jedwabiu, zwisającej ze sznurka oplatającego moją szyję, i myślę o żebrach Eo.

W tym miesiącu na pewno zobaczę więcej kości wystających spod jej skóry. Za moimi plecami pójdzie do rodzin Gamma prosić o resztki. A ja będę udawał, że o niczym nie wiem. Ale nadal będziemy głodni. Jem dużo, bo mam szesnaście lat i nadal rosnę. Eo kłamie i mówi, że nigdy nie ma wielkiego apetytu. Niektóre kobiety sprzedają się za jedzenie i towary luksusowe Blaszakom (a konkretnie rzecz ujmując, Szarym), wojskowemu garnizonowi Elity naszej niewielkiej kolonii. Eo nie sprzedałaby swojego ciała, żeby mnie nakarmić, prawda? Choć z drugiej strony, ja zrobiłbym wszystko, żeby miała wystarczająco dużo jedzenia...

Spoglądam ponad krawędź wiertła. Upadek na dno szybu byłby długi i bolesny. Nie ma tam nic prócz płynnych skał i syku wierteł. Zanim jednak orientuję się, co robię, odpinam pasy, chwytam skaner w dłoń i zeskakuję dwieście metrów w dół, ku palcom wiertła. Odbijam się między ścianami szybu a podłużnym, wibrującym korpusem wiertła, żeby spowolnić upadek. Upewniam się, że nie jestem w pobliżu gniazd jaskiniowych żmij, gdy wyciągam rękę i zaciskam ją na kole zębatym tuż nad mackami świdra. Wtedy jego odnóża zaczynają błyszczeć z gorąca. Powietrze migocze i faluje. Czuję żar na twarzy, kłuje mnie w oczy, brzuch i jaja. Te wiertła mogą stopić kości, jeśli nie jest się ostrożnym. A ja nie jestem ostrożny. Tylko zwinny.

Opuszczam się powoli, wkładając stopy między wiertła tak, że mogę umieścić skaner wystarczająco blisko pęcherza gazowego i zrobić odczyt. Gorąco jest nieznośne, a nagrzanym powietrzem praktycznie nie da się oddychać. To był błąd. Słyszę wrzask przez łącze. Prawie dotykam jednego z wierteł, gdy w końcu udaje mi się przysunąć do pęcherza. Skaner mruga w mojej dłoni i robi odczyt. Mój skafander zaczyna wrzeć, a ja czuję zapach czegoś słodkiego i ostrego, jak przypalony syrop. Dla Helldivera to zapach śmierci.

Rozdział drugiOsiedle

Mój skafander nie radzi sobie z temperaturą panującą na dole. Zewnętrzna warstwa prawie się stopiła. Wkrótce zejdzie następna. Chwilę później skaner mruga na srebrno i mam już to, po co przyszedłem. Prawie tego nie zauważam. Oszołomiony i przestraszony, odsuwam się od wierteł. Podciągam się w górę na rękach, uciekając od potwornego gorąca. Wtedy zawadzam o coś nogą. Okazuje się, że moja stopa utknęła tuż pod kołem zębatym, blisko świdra. Wciągam gwałtownie powietrze w przypływie paniki. Ogarnia mnie strach. Na własne oczy widzę, jak topi się podeszwa mojego buta. Pierwsza warstwa schodzi. Druga zaczyna bulgotać. Następna w kolejce jest moja skóra.

Zmuszam się do zaczerpnięcia powietrza i tłumię narastający w gardle krzyk. Przypominam sobie o istnieniu ostrza. Z tylnej osłony pasa na broń wyciągam nóż. To wrednie wyglądający obcinak długi jak moja noga, zaprojektowany do odcinania i przyżegania kończyn, które zaplątały się w maszynerię, zupełnie jak moja. Większość mężczyzn panikuje, gdy wpadnie w jakąś dziurę, więc ostrze ma kształt półksiężyca i posłużyć się nim mogą nawet niezdarne ręce. Tnę trzy razy, rozcinając nanoplastik zamiast ciała. Przy trzecim zamachu udaje mi się uwolnić stopę. Gdy to robię, ocieram się dłonią o krawędź wiertła. Przeszywający ból. Czuję smród palonego ciała, ale udaje mi się podciągnąć, uciec jak najdalej od piekielnego gorąca, wspiąć z powrotem do swojej kabiny i śmiać się przez całą drogę. Tak naprawdę czuję, jakbym miał się zaraz rozpłakać.

Mój wujek miał rację. Myliłem się. Ale prędzej szlag mnie trafi, niż dam mu satysfakcję.

– Idiota – oto jego najłagodniejszy komentarz.

– Wariat! Cholerny wariat! – drze się Loran.

– Niegroźny gaz – mówię. – Można wiercić.

Biorę się do pracy i nie przerywam aż do chwili, gdy słychać gwizd. Wysuwam się z kabiny, pozostawiając ją w tunelu na czas nocnej zmiany, i chwytam linę, którą inni spuścili w dół kilometrowego szybu, żeby wyciągnąć mnie na wierzch. Pomimo oparzenia na grzbiecie dłoni szybko posuwam się w górę, aż w końcu wyłażę na zewnątrz. Kieran i Loran idą ze mną, żeby dołączyć do pozostałych przy najbliższej windzie, kilometr wzdłuż odwiertów ogromnej, nowej kopalni. Żółte światła dyndają z sufitu jak pająki.

Mój klan oraz trzystu ludzi z klanu Gamma stoją już pod metalową barierką, gdy docieramy do prostokątnej windy grawitacyjnej. Unikam wuja – jest na mnie wystarczająco wściekły – a ludzie klepią mnie po plecach z uznaniem za mój wyczyn. Młodzi, tacy jak ja, myślą, że zdobyliśmy Laur. Znają mój miesięczny wskaźnik wydobycia surowego helium-3. Jest lepszy niż ten, który mają Gamma. Stare pierniki ograniczają się do zrzędzenia i narzekania, że jesteśmy głupcami. Chowam rękę i staję razem z innymi.

Grawitacja się zmienia, a my wystrzeliwujemy w górę. Jakiś Gamma z co najmniej tygodniowym brudem za paznokciami zapomniał wsadzić stopy pod barierkę. Wisi więc w powietrzu, gdy winda pruje pionowo sześć kilometrów. W uszach aż strzela.

– Mamy tu fruwającego Gammę – śmieje się Barlow do pozostałych Lambd.

I choć to tylko drobiazg, zawsze fajnie widzieć, jak Gammom coś nie wychodzi. Dostają więcej jedzenia, więcej papierosów, więcej wszystkiego z powodu Lauru. Przywykliśmy ich nienawidzić. Ciekawe, czy teraz oni będą nienawidzić nas.

Ale dość tego. Chwytam za pokryty rdzą, czerwonawy skafander nieostrożnego dzieciaka i ściągam go na dół. Dzieciak. Śmiechu warte. Jest ledwie trzy lata młodszy ode mnie.

I śmiertelnie zmęczony, ale kiedy dostrzega mój zakrwawiony strój, sztywnieje, unika mojego wzroku i jest jedynym, który widzi poparzenie na dłoni. Mrugam do niego i wydaje mi się, że właśnie narobił w skafander. Wszystkim się to zdarza. Pamiętam, jak spotkałem swojego pierwszego Helldivera. Uważałem go za boga.

Teraz nie żyje.

W hali, wielkiej szarej jaskini z betonu i metalu, ściągamy hełmy i wciągamy do płuc świeże, zimne powietrze świata, w którym nie ma wierteł. Nasz zbiorowy smród i pot wkrótce sprawią, że będzie tu jechać jak w kiblu. Światła migają w oddali, każąc nam trzymać się z dala od magnetycznych torów pociągu po drugiej stronie jaskini.

Nie mieszam się z Gammami, gdy stajemy w kolejce rdzawoczerwonych skafandrów. Połowa Lambd ze znakiem L, połowa Gamm z rysunkiem trzcin na ciemnoczerwonym tle na plecach. Dwójka szkarłatnych dowódców. Dwóch czerwonych jak krew Helldiverów.

Oddział Blaszaków przygląda nam się bacznie, gdy posuwamy się powoli po wytartej betonowej podłodze. Ich szare, wytrzymałe zbroje są proste i znoszone, równie niechlujne, jak ich włosy. Powstrzymałyby cios zwykłego noża, ale już nie jonowego, a elektryczne ostrze i kosa wbiłyby się w pancerz jak w masło. Ale takie rzeczy widzieliśmy tylko na hologramach. Szarzy nie silą się na pokaz władzy. Pałki zwisają im po bokach. Wiedzą, że wcale nie muszą ich wyciągać.

Posłuszeństwo to największa cnota.

Kapitan Szarych, Brzydki Dan, oślizgły drań, rzuca we mnie kamykiem. Choć jego skóra pociemniała od ekspozycji na słońce, włosy ma szare jak reszta jego Koloru. Zwisają mu smętnie nad oczami, bryłkami lodu obtoczonymi w popiele. Sigil jego Koloru, wijący się, szary symbol w postaci cyfry cztery z widocznymi obok kilkoma kreskami, oplata mu dłonie i nadgarstki. Jest okrutny i ponury, jak wszyscy Szarzy.

Słyszałem, że ściągnęli go tu z pierwszej linii frontu jeszcze z Eurazji – gdziekolwiek to jest – po tym, jak został kaleką, a oni nie chcieli kupić mu nowej ręki. W jej miejscu jest przestarzały substytut. Ma z tego powodu kompleks, a ja upewniam się, że widzi, jak zerkam na jego rękę.

– Zdaje się, że miałeś dziś ekscytujący dzień, kochanie. – Głos ma równie ciężki i stęchły, jak powietrze w moim skafandrze termicznym. – Odważny z ciebie koleś, Darrow. Zawsze wiedziałem, że zostaniesz bohaterem.

– To ty jesteś bohaterem – mówię, kiwając głową w stronę ręki.

– A tobie wydaje się, że jesteś mądralą, co?

– Tylko Czerwonym.

Mruga do mnie.

– Pozdrów ode mnie swoją małą ptaszynę. Dorodna z niej dziewczyna – mówi, oblizując wargi.

– Nigdy nie widziałem ptaka. Poza tymi na hologramie.

– Też mi coś – chichocze. – Chwila, dokąd to? – pyta, gdy się odwracam. – Ukłon dla lepszych od ciebie nie zaszkodzi, nie sądzisz? – Parska śmiechem w stronę swoich towarzyszy. Nie robiąc sobie nic z jego kpin, odwracam się i robię głęboki ukłon. Mój wuj widzi to i odwraca się z niesmakiem.

Zostawiamy Szarych za plecami. Nie mam nic przeciwko kłanianiu się, ale gdybym kiedykolwiek dostał szansę, prawdopodobnie poderżnąłbym Brzydkiemu Danowi gardło. Ale to zupełnie jakbym powiedział, że pojadę sobie na Wenus, jeśli będę miał taką zachciankę.

– Hej, Dago! Dago! – woła Loran do Helldivera Gamm. Facet jest chodzącą legendą. Reszta to tylko gwiazdy jednego sezonu. Mam szansę być lepszy od niego. – Co wyciągnąłeś?

Dago, blady strzęp pomarszczonej skóry ze złośliwym uśmieszkiem zamiast twarzy, zapala długiego papierosa i wydmuchuje chmurę dymu.

– Nie wiem – odzywa się, przeciągając sylaby.

– Daj spokój!

– Nie obchodzi mnie to. Surowy urobek się nie liczy, Lambdo.

– Cholera, pewnie, że nie! Ile wyciągasz na tydzień? – pyta Loran, gdy ładujemy się do pociągu. Wszyscy zapalają papierosy i odkorkowują piwo. I uważnie słuchają każdego słowa.

– Dziewięć tysięcy osiemset dwadzieścia jeden kilo – przechwala się Gamma. Słysząc to, odchylam głowę i uśmiecham się. Młodsze Lambdy wiwatują. Starsi nie reagują w żaden sposób. Jestem zajęty zastanawianiem się, co Eo zrobi w tym tygodniu z cukrem. Nigdy wcześniej nie zdobyliśmy cukru. Kiedyś udało nam się wygrać go w karty. I owoce. Słyszałem, że dzięki Laurowi dostaje się owoce. Eo pewnie rozda wszystko głodnym dzieciom, choćby tylko po to, żeby udowodnić Elicie, iż nie potrzebuje ich nagród. Jeśli chodzi o mnie, zjadłbym owoce i bawił się w politykę z pełnym brzuchem. Jednak Eo ma pasję do wzniosłych idei, podczas gdy ja nie mam pasji do niczego prócz niej.

– I tak nie wygracie – mówi Dago, gdy pociąg rusza. – Darrow to młody szczeniak, ale wystarczająco bystry, żeby to wiedzieć. Prawda, Darrow?

– Młody czy nie, skopię twój pomarszczony tyłek.

– Jesteś pewny?

– Jak cholera. – Mrugam i posyłam mu całusa. – Laur jest nasz. Tym razem to ty będziesz musiał przysłać swoje siostry po cukier do mojego osiedla.

Moi przyjaciele śmieją się i klepią pokrywami skafandrów o swoje uda.

Dago obserwuje mnie uważnie. Po chwili zaciąga się głęboko papierosem, który jasno płonie i szybko się wypala.

– To ty – mówi. Po niecałej minucie z papierosa zostaje tylko popiół.

 

Po wyjściu z pociągu kieruję się do Oczyszczalni z resztą górników. Miejsce jest zimne, zatęchłe i cuchnie dokładnie tak jak trzeba: zatłoczonym, metalowym barakiem, w którym tysiące mężczyzn rozbierają się ze skafandrów po wielu godzinach sikania i pocenia się, żeby wziąć powietrzny prysznic. Jest ciemno. Na podłodze zalega brud. Ściany są popękane. W betonie widać szczeliny, w których gromadzą się ludzkie włosy i inne takie.

Zdejmuję skafander, zakładam czepek i idę nago do jednego z najbliższych przezroczystych cylindrów. W Oczyszczalni stoją ich całe tuziny. Szum silników i pogwizdywanie wypełniają to miejsce, gdy nadzy chłopcy i mężczyźni przepychają się między sobą w kolejce pod prysznic. Tutaj nie ma zabawy ani przechwałek. Łączy nas wspólne zmęczenie i ciche plaśnięcia dłoni o uda, tworzące rytm przy akompaniamencie świstu pryszniców.

Drzwi cylindra zamykają się za mną z sykiem, tłumiąc odgłosy muzyki. Ustrojstwo jest dość zniszczone. Ziemia, fragmenty martwego naskórka oraz stare włosy pokrywają zaskorupiałą warstwą otwory na dole, gdzie wypływa powietrze. Odsuwam stopy od brudu, gdy maszyna uruchamia się. Z silnika wydobywa się znajomy szum, a po nim następuje ogromny nacisk atmosfery i jednostajna wibracja, gdy pełne antybakteryjnych molekuł powietrze wystrzeliwuje z góry i zalewa mnie, zrywając martwą skórę i brud, które znikają w odpływie na dnie cylindra. Boli jak cholera.

Później dołączam do Lorana i Kierana, którzy idą na Błonia pić i tańczyć w tawernach, zanim oficjalnie rozpocznie się Święto Lauru. Blaszaki będą rozdawać przydziały na żywność i ogłoszą o północy, kto zdobędzie Laur. Tańce rozpoczną się przed tym i będą trwały później dla nas, którzy zeszliśmy z dziennej zmiany.

Legenda głosi, że bóg Marsa był ojcem łez, wrogiem tańców i zabawy. Zgadzam się co do pierwszego. Lecz my z kolonii Lykos, jednej z pierwszych założonych pod powierzchnią Marsa, jesteśmy ludźmi tańca, pieśni i rodziny. Plujemy na legendę i sami tworzymy naszą historię. To jedyna forma oporu, jaką jesteśmy w stanie wymóc na Elicie, która nami rządzi. Dodaje nam to odrobiny charakteru. Nie obchodzi ich, że tańczymy i śpiewamy, o ile dalej posłusznie kłaniamy im się w pas. Tak długo, aż przygotujemy planetę do życia dla innych. Mimo to, żeby przypomnieć nam, gdzie nasze miejsce, jedna pieśń i jeden konkretny taniec są karane śmiercią.

Dla mojego ojca ten taniec był ostatnim. Widziałem to tylko raz. Pieśń również słyszałem tylko raz. Nie zrozumiałem jej, gdy byłem mały. Mówiła o odległych dolinach, mgle, zagubionych kochankach i żniwiarzu prowadzącym nas do naszego niewidocznego domu. Byłem mały i ciekawski, gdy kobieta śpiewała to, kiedy jej syna wieszano za kradzież żywności. Byłby wysokim chłopakiem, ale nigdy nie miał dość jedzenia, by rosnąć jak należy. Jego matka umarła następna. Mieszkańcy Lykos wykonali dla nich Pieśń Żałobną – tragicznie brzmiące uderzanie pięści o klatki piersiowe, cichnące powoli, aż w końcu pięści, tak jak jej serce, przestały bić.

Ten dźwięk prześladował mnie tamtej nocy. Płakałem samotny w naszej małej kuchni, zastanawiając się, dlaczego robiłem to wtedy, a nie w chwili, w której zginął mój ojciec. Leżąc na zimnej podłodze, usłyszałem ciche drapanie do drzwi mojego domu. Gdy je otworzyłem, w kupce czerwonej ziemi znalazłem mały pączek haemanthusa. Wokół nie było żywego ducha, tylko malutkie odciski stóp Eo. To był drugi raz, kiedy przyniosła kwiaty po czyjejś śmierci.

Skoro pieśni i tańce mamy we krwi, nikogo nie zdziwi moje odkrycie, że właśnie przez nie zakochałem się w Eo. Ale nie w małej Eo, tylko w Eo takiej, jaką jest teraz. Mówi, że kochała mnie, zanim powieszono mojego ojca. Dopiero w zadymionej tawernie, gdy jej rdzawe włosy wirowały w powietrzu, stopy poruszały się w takt melodii wygrywanej na cytrze, a biodra kołysały w rytmie bębnów, moje serce zamarło na moment. Nie chodziło wcale o jej piruety ani wygibasy, żaden z chełpliwych wygłupów, które tak bardzo widać w popisach nastolatków. Jej ruchy były dumne i pełne wdzięku. Beze mnie nie miałaby co włożyć do ust. Bez niej nie miałbym po co żyć.

Może mi za to dokuczać, ale to ona jest dobrym duchem naszego ludu. Nasze życie nie jest usłane różami. To my mamy się poświęcić dla dobra mężczyzn i kobiet, których nie znamy. To my mamy przygotować Marsa dla innych. To sprawia, że część z nas staje się naprawdę nieprzyjemna. Ale dobroć, jaką emanuje Eo, jej radość, wola przetrwania, to najlepsze, co może pochodzić z domu takiego jak nasz.

Szukam jej w naszym osiedlu, oddalonym pół mili drogi tunelem od Błoni. Osiedle jest jednym z dwudziestu czterech innych otaczających Błonia. Konstrukcją przypomina ul, zlepek mieszkań wyciętych w skalnych ścianach starych kopalni. Kamień i ziemia są naszymi sufitami, podłogami, domem. Klan to wielka rodzina. Eo dorastała o rzut kamieniem ode mnie. Jej bracia są jak moi właśni. Jej ojciec jak ten, którego straciłem.

Plątanina elektrycznych przewodów łączy się ze sobą wzdłuż sklepienia jaskini jak dżungla czarnych i czerwonych lian. Z tej dżungli zwisają światła, kołysząc się łagodnie, gdy powietrze z centralnego systemu tlenowego Błoni krąży wokół. Na samym środku osiedla wisi masywny ekran hologramowy. To kwadratowe pudło z obrazami na każdej stronie. Piksele są wygaszone, a obraz niewyraźny, ale to urządzenie jeszcze nigdy nie miało awarii. Nigdy nie zostało wyłączone. Zalewa nasze ściśnięte domostwa swoim własnym bladym światłem. Nagraniami wideo od Elity.

Mój rodzinny dom jest wykuty w skale sto metrów nad klepiskiem osiedla. Na ziemię prowadzi z niego stroma ścieżka, choć liny i wózki mogą zawieźć każdego jeszcze wyżej. Korzystają z nich wyłącznie starzy i niedołężni. Jednych i drugich mamy niewielu.

Nasz dom ma tylko kilka pokoi. Dopiero niedawno Eo i ja mogliśmy wziąć jeden z nich wyłącznie dla siebie. Kieran i jego rodzina zajmują dwa, a moja matka i siostra zamieszkują pojedynczy pokój na piętrze.

Wszystkie Lambdy w Lykosie mieszkają w naszym osiedlu. Omegi i Upsilon zajmują kwatery minutę stąd, jeśli podążać szerokim tunelem prowadzącym na drugą stronę. Wszyscy jesteśmy połączeni. Poza Gammami. Oni mieszkają na Błoniach, ponad tawernami, warsztatami naprawczymi, sklepami z jedwabiem i bazarami. Blaszaki zajmują górującą nad nami wszystkimi fortecę blisko jałowej powierzchni nieprzyjaznego świata. To tam są porty, którymi sprowadzana jest z Ziemi żywność dla nas, porzuconych pionierów.

Hologram nade mną pokazuje trudy ludzkości, po których rozbrzmiewa wzniosła muzyka towarzysząca triumfowi Elity. Ich Sigil, złota piramida, z trzema równoległymi liniami łączącymi się z trzema stronami piramidy, wpisana w koło, ukazuje się na ekranie. Głos Octavii au Lune, podstarzałej Monarchini, opowiada o trudach, jakie ludzkość musi podjąć w celu kolonizacji pozostałych planet i księżyców Układu Słonecznego.

– Od czasu zmierzchu rodzaju ludzkiego nasza opowieść jako gatunku łączyła się niezmiennie z wojnami współplemieńców. Z próbą, poświęceniem, odwagą sprzeciwienia się narzuconym przez naturę ograniczeniom. Teraz, poprzez obowiązek i posłuszeństwo, jesteśmy zjednoczeni, ale nasza walka nie różni się od tamtej. Synowie i córki wszystkich Kolorów, znów zostaliśmy poproszeni o ofiarę. Tutaj, w tej oto godzinie, wysyłamy naszych najlepszych ludzi do gwiazd. Gdzie najpierw mamy zacząć się rozwijać? Na Wenus? Na Marsie? Księżycach Neptuna albo Jowisza?

Jej głos poważnieje, gdy spogląda na dół królewskim spojrzeniem. Grzbiety jej dłoni migoczą, ozdobione złotymi symbolami – kropką w centrum uskrzydlonego koła. Tylko jedna niedoskonałość zniekształca złocistą twarz – długa, sierpowata blizna biegnąca przez prawy policzek. Jest równie piękna, jak drapieżny ptak.

–Odważni Czerwoni pionierzy Marsa – najsilniejsi z rasy ludzkiej – poświęcacie się dla postępu, przecierając szlak przyszłym pokoleniom. Wasze życie, wasza krew są zapłatą za nieśmiertelność ludzkości, gdy przeniesiemy się poza Ziemię i Księżyc. Wy idziecie tam, dokąd my nie potrafimy. Cierpicie, żeby inni nie musieli cierpieć. Składam wam hołd. Kocham was. Helium-3, które wydobywacie, jest siłą napędową procesu terraformowania. Wkrótce Czerwona Planeta będzie miała powietrze nadające się do oddychania i glebę zdatną do uprawy. Niedługo, gdy Mars będzie się nadawał do zamieszkania, gdy wy, odważni pionierzy, przygotujecie planetę dla naszych pozostałych Kolorów, dołączymy do was i będziemy was obdarzać najwyższym szacunkiem pod niebem, które stworzyła wasza ciężka praca. Wasz pot i krew są siłą napędową terraformowania! Odważni pionierzy, zawsze pamiętajcie, że posłuszeństwo jest najwyższąz cnót. Ponad wszystko posłuszeństwo, szacunek, poświęcenie, hierarchia...

Kuchnia jest pusta, ale słyszę Eo krzątającą się w sypialni.

– Stój tam, gdzie jesteś! – rozkazuje przez drzwi. – Pod żadnym pozorem nie zaglądaj do tego pokoju.

– W porządku.

Zatrzymuję się.

Wychodzi po minucie, podenerwowana i zarumieniona. Włosy ma pokryte kurzem i pajęczynami. Przeczesuję dłonią ich gąszcz. Przyszła prosto z Pajęczarni, w której zbierają biojedwab.

– Nie byłaś w Oczyszczalni – mówię, uśmiechając się.

– Nie miałam czasu. Musiałam coś zabrać.

– Co takiego?

Uśmiecha się słodko.

– Nie ożeniłeś się ze mną dlatego, że wszystko ci mówię, pamiętasz? I nie wchodź do tamtego pokoju.

Rzucam się w stronę drzwi. Eo blokuje wejście i naciąga mi opaskę na oczy. Przyciska czoło do mojej piersi. Śmieję się, zdejmuję opaskę i chwytam żonę za ramiona wystarczająco mocno, żeby spojrzała mi w oczy.

– Bo co? – pytam z uniesionymi brwiami.

Uśmiecha się tylko i przekrzywia głowę. Odsuwam się od metalowych drzwi. Bez mrugnięcia okiem potrafię wskoczyć do głębokiego tunelu. Ale są ostrzeżenia, które można zignorować, oraz takie, których nie można.

Eo staje na palcach i całuje mnie w nos.

– Dobry chłopak. Wiedziałam, że łatwo cię będzie wyszkolić – mówi. Jej nos marszczy się, gdy wyczuwa woń poparzenia. Nie skacze nade mną jak nad jajkiem, nie krytykuje, nie mówi nic prócz zwykłego „kocham cię” z zaledwie śladem zmartwienia w głosie.

Wyciąga stopione kawałki skafandra z mojej rany, która ciągnie się od kłykci aż po nadgarstek, i bandażuje ciasno paskiem jedwabiu, nasączonym antybiotykiem i biopolimerem.

– Skąd to masz? – pytam.

– Ja nie będę cię pouczać, ty nie będziesz zadawał mi zbędnych pytań.

Całuję ją i bawię się cienką opaską splecionych włosów wokół jej palca serdecznego. Moje włosy połączone z kawałkami jedwabnych nici tworzą ślubną obrączkę.

– Mam dla ciebie niespodziankę – mówi.

– A ja mam jedną dla ciebie – odpowiadam, myśląc o Laurze. Zakładam swoją opaskę na jej głowę. Wygląda jak korona. Eo marszczy nos z powodu wilgoci.

– Och, cóż, właściwie to mam dla ciebie dwie, Darrow. Szkoda, że na to nie wpadłeś. Mógłbyś przynieść mi kostkę cukru albo satynowe prześcieradło, albo... może nawet kawę na pierwszy prezent.

– Kawę! – Wybucham śmiechem. – Jaki Kolor wydaje ci się, że poślubiłaś?

Eo wzdycha.

– Żadnego pożytku z Helldivera, zupełnie żadnego. Szalony, uparty, narwany...

– Zręczny? – pytam z diabelskim uśmieszkiem, przesuwając dłoń w górę po jej spódnicy.

– To chyba ma swoje zalety. – Uśmiecha się i odpędza moją rękę jak pająka. – A teraz zakładaj rękawiczki, jeśli nie chcesz, żeby kobiety zaczęły trajkotać. Twoja matka zdążyła już wyjść.

Rozdział trzeciLaur

Ręka w rękę idziemy wraz z innymi mieszkańcami osiedla przez tunele aż do Błoni. Octavia au Lune rozprawia o czymś wysoko na hologramie. Pokazują okropieństwa zamachu bombowego, w którym zginęła załoga górnicza Czerwonych oraz grupa techniczna Pomarańczowych. Winę za to ponoszą Synowie Aresa. Ich dziwny glif, groźnie wyglądający hełm z kolczastymi promieniami słońca wychodzącymi z korony, płonie na ekranie. Z kolców kapie krew. Pokazują okaleczone dzieci. Synowie Aresa są nazywani mordercami i wichrzycielami. Są potępieni. Szara policja Elity i żołnierze usuwają gruz. Dwóch Obsydianowych żołnierzy, ogromna kobieta i mężczyzna prawie dwukrotnie przewyższający mnie wzrostem, wynosi razem ze zwinnymi Żółtymi lekarzami ofiary z miejsca eksplozji.

W Lykosie nie ma żadnych Synów Aresa. Ich bezcelowa wojna nie dotyka nas bezpośrednio, choć za informacje o Aresie, królu terrorystów, są oferowane nagrody. Słyszeliśmy tę transmisję setki razy, a ona nadal wydaje się fikcją. Synowie myślą, że jesteśmy źle traktowani, więc wysadzają wszystko w powietrze. Daremny trud. Każde zniszczenie, jakie powodują, opóźnia proces przygotowywania Marsa pod zasiedlenie dla innych Kolorów. To krzywdzi ludzkość.

W tunelu, gdzie chłopcy rywalizują ze sobą, próbując dotknąć sklepienia, mieszkańcy osiedla maszerują z radością na tańce. W trakcie marszu śpiewamy piosenkę Święta Lauru – o tym, jak mężczyzna znajduje swoją ukochaną na polu złota. Ludzie śmieją się, gdy młodzi chłopcy biegają wzdłuż ścian i robią fikołki, tylko po to, by upaść na twarz lub zostać zauważonym przez dziewczęta.

W długim korytarzu zawieszono światła. W oddali pijany wujek Narol, wyglądający jak starzec w wieku trzydziestu pięciu lat, gra na cytrze dla dzieci, które tańczą u jego stóp. Nawet on nie może być ponury przez cały czas. Instrument ma zawieszony na pasach na ramionach, tak że część spoczywa mu na biodrach. Plastikowe pudło rezonansowe i mnóstwo naprężonych metalowych strun są zwrócone w stronę sufitu. Prawym kciukiem trąca struny, nie licząc momentu, w którym wybiera pojedynczą, a lewa ręka wygrywa linię basową. Strasznie trudno sprawić, żeby cytra wydawała z siebie coś innego prócz żałobnych dźwięków. Wujkowi Narolowi się to udaje, choć moja cytra gra jedynie tragiczne melodie.

Kiedyś grał także i dla mnie, ucząc mnie kroków różnych tańców, których mój ojciec nigdy nie miał szansy mi pokazać. Nauczył mnie nawet zakazanego tańca, takiego, za który mogą zabić. Tańczyliśmy go w starych kopalniach. Smagał mnie po kostkach rózgą, dopóki nie nauczyłem się wirować bezbłędnie w skocznych momentach, a kawałek metalu w mojej dłoni nie przypominał miecza. Gdy robiłem to dobrze, całował mnie w czoło i mówił, że jestem nieodrodnym synem swojego ojca. To dzięki jego lekcjom nauczyłem się poruszać i biłem na głowę każdego dzieciaka, gdy bawiliśmy się w duchy w starych tunelach.

– Złoci tańczą w parach, Obsydianowi trójkami, a Szarzy w dwunastu – powiedział mi kiedyś. – My tańczymy sami, ponieważ Helldiverzy wiercą wyłącznie w samotności. Tylko w samotności chłopiec może stać się mężczyzną.

Tęsknię za tamtymi dniami, gdy byłem na tyle mały, że nie osądzałem go za odór piwa wyczuwalny w oddechu. Miałem wtedy jedenaście lat. Zaledwie pięć lat temu, a mam wrażenie, jakby upłynął szmat czasu.

Lambdy klepią mnie po plecach z uznaniem. Nawet Varlo, piekarz, skłania przede mną głowę i rzuca Eo kawałek chleba. Bez wątpienia słyszeli o Laurze. Eo chowa chleb w fałdach spódnicy na później i rzuca mi pełne zaciekawienia spojrzenie.

– Szczerzysz się jak idiota – mówi, podszczypując mnie. – Co takiego zrobiłeś?

Wzruszam ramionami i staram się zetrzeć uśmiech ze swojej twarzy, ale to niemożliwe.

– Jesteś z czegoś dumny – dodaje podejrzliwym głosem Eo.

Reagan i Iro, syn i córka Kierana, mój bratanek i bratanica, biegną przed siebie. Bliźniaki są wystarczająco szybkie, żeby prześcignąć zarówno Dionę, żonę Kierana, jak i moją matkę.

Uśmiech mojej matki należy do kobiety, która przekonała się, co życie ma jej do zaoferowania, i jest w najlepszym razie zaskoczona.

– Wygląda na to, że się oparzyłeś, kochanie – mówi, gdy widzi moje obciągnięte rękawiczkami dłonie. Ton jej głosu jest leniwy, ironiczny.

– To pęcherz – mówi za mnie Eo. – Całkiem paskudny.

Matka wzrusza ramionami.

– Jego ojciec wracał do domu z gorszymi.

Obejmuję ręką jej ramiona. Są szczuplejsze niż dawniej, gdy uczyła mnie pieśni naszego ludu, podobnie jak inne kobiety uczyły swoich synów.

– Czyżbym słyszał w twoim głosie zmartwienie, mamo? – pytam.

– Zmartwiona? Ja? Och, ty głuptasie – wzdycha z leniwym uśmiechem. Całuję ją w policzek.

Połowa klanów jest pijana, gdy docieramy na Błonia. Prócz tego, że jesteśmy narodem tańczącym, jesteśmy również narodem pijącym. Blaszaki nam tego nie utrudniają. Gdyby powiesili kogoś bez żadnego powodu, w osiedlu odezwałyby się pomruki niezadowolenia. Ale gdyby chcieli wymusić na nas trzeźwość, nie pozbieraliby się przez miesiąc. Eo jest zdania, że grendel, grzyb, który destylujemy, nie należy do naturalnej flory Marsa i został tu posiany, byśmy stali się niewolnikami piwa. Przypomina o tym za każdym razem, gdy moja matka warzy nową partię. Matka zazwyczaj odpowiada na to, upijając łyk i mówiąc: „Piwo jest lepszym panem od człowieka”.

A będzie jeszcze lepsze dzięki syropom, jakie zdobędziemy w laurowych pudłach. Smakują alkoholem, jak jagody i coś, co zwą cynamonem. Możliwe, że dostanę nawet nową cytrę, z drewna zamiast z metalu. Czasami je rozdają. Moja jest stara i zniszczona. Zbyt długo na niej grałem. Należała jeszcze do mojego ojca.

W oddali słychać muzykę – wesołe melodie improwizowanych perkusji i zawodzących cytr. Dołączają do nas Omega i Upsilon, podskakując radośnie w kierunku tawern. Wszystkie drzwi stoją otworem, więc dym i hałas z ich wnętrza kłębią się na głównym placu. Otaczają go stoły, a wokół środkowej szubienicy zrobiono wolne miejsce do tańczenia.

Błonia to wielopoziomowa, kolista spirala. Tawerny i warsztaty naprawcze zajmują najniższy poziom. Domy Gamm znajdują się na kilku kolejnych razem z punktami dostawczymi. Później widać przezroczysty mur, a wysoko nad nim zapadniętą, metalową kopułę z portami widokowymi z nanoszkła. Nazywamy to miejsce Kotłem. To forteca, w której mieszkają i śpią nasi opiekunowie. Za nią rozciąga się nienadająca się do zamieszkania powierzchnia naszej planety – jałowa pustynia, którą znam jedynie z hologramu. Helium-3, które wydobywamy, ma to zmienić.

Tancerze, żonglerzy i śpiewacy już zaczęli świętować. Eo dostrzega Lorana i Kierana i przywołuje ich okrzykiem. Stoją przy długim, zatłoczonym stole w pobliżu Mokrej Szubienicy, tawerny, gdzie najstarszy z naszego klanu, Ol’Ripper, czyni honory i opowiada baśnie pijanym ludziom. Dzisiaj zasnął na stole. Szkoda. Wolałbym, żeby widział, jak w końcu zdobywam dla nas Laur.

Na uczcie, gdzie dla każdego ledwie starcza jedzenia, picie i tańce stanowią główną atrakcję. Loran nalewa mi kufel piwa, zanim jeszcze zdążę usiąść. Zawsze stara się upić wszystkich dokoła, żeby wtykać im we włosy śmieszne wstążki. Robi miejsce dla Eo obok swojej żony, Dio, jej siostry bliźniaczki z wyglądu, jeśli nie z urodzenia.

Loran kocha Eo tak samo, jak jej brat Liam, ale ja wiem, że był nią kiedyś zauroczony bardziej niż Dio. W zasadzie to uklęknął przed moją żoną, gdy ta skończyła czternaście lat. Choć, z drugiej strony, zrobiła to ponad połowa chłopaków. Eo wcale się tym nie przejęła. Wyraziła się jasno, jakiego dokonała wyboru.

Kierana otaczają jego dzieci. Żona całuje go w usta. Ja całuję go w czoło i mierzwię jego rude włosy. Nie mam pojęcia, jakim cudem po całym dniu ciężkiej pracy w Pajęczarni kobietom udaje się wyglądać tak cudownie i uroczo. Urodziłem się przystojny, z nieregularnymi rysami twarzy i smukłą sylwetką, ale kopalnie odcisnęły na mnie swoje piętno. Jestem wysoki, nadal rosnę. Mam włosy w kolorze zaschniętej krwi, a tęczówki nadal rdzawoczerwone, tak jak Octavia au Lune ma złociste. Moja skóra jest sprężysta i blada. Cały jestem w bliznach po poparzeniach i nacięciach. Jeszcze trochę, a zacznę wyglądać na równie zahartowanego co Dago albo zmęczonego jak wujek Narol.

Jednak kobiety prześcigają nas pod względem urody. Są wystrojone i piękne pomimo pracy w Pajęczarni i mimo dzieci, które urodziły. Noszą warstwowe spódnice sięgające za kolana i bluzki w odcieniach czerwieni. Nic innego. Zawsze czerwień. Są sercem naszych klanów. Będą wyglądały jeszcze piękniej w importowanych kokardkach, wstążkach i koronkach, jakie znajdują się w laurowych pudłach.

Dotykam Sigili na swoich kościstych dłoniach. Składają się na nie prymitywne czerwone koła przecięte strzałami i siatka nakładających się na siebie kresek. Czuję się z nimi dobrze, są na właściwym miejscu. Ale nie Eo. Z wyglądu może należeć do nas, ale równie dobrze mogłaby być jedną ze Złotych, których widzimy na hologramie. Zasługuje na to. Widzę, jak trzepie po głowie Lorana, który wypija jednym haustem kufel ryżowego piwa matki. Uśmiecham się. Gdy spoglądam ponad jej ramieniem, mój uśmiech blednie. Nad skaczącym tłumem, na zimnej, wysokiej szubienicy kołysze się samotny szkielet. Pozostali go nie zauważają. Dla mnie jest przypomnieniem losu, jaki spotkał mego ojca.

Choć jesteśmy górnikami, nie pozwalają nam grzebać naszych zmarłych. To kolejne z praw narzuconych przez Elitę. Mój ojciec wisiał dwa miesiące, zanim odcięli jego szkielet i starli kości na proch. Miałem zaledwie sześć lat, ale próbowałem ściągnąć go stamtąd już pierwszego dnia. Powstrzymał mnie przed tym mój wuj. Znienawidziłem go, bo trzymał mnie z dala od ciała ojca. Znienawidziłem go po raz kolejny, gdy odkryłem, jakim był słabym człowiekiem. Mój ojciec umarł za sprawę, podczas gdy Narol żył, upijał się i przegrywał swój los.

„To szaleniec. Któregoś dnia się o tym przekonasz. Szalony, wspaniały i szlachetny, Narol to najlepszy z moich braci” – powiedział kiedyś mój ojciec.

Teraz został ostatnim.

Nigdy nie sądziłem, że mój ojciec odtańczy Taniec Diabła, coś, co starzy ludzie nazywają śmiercią przez powieszenie. Był uczciwym, spokojnym człowiekiem. Jego głównym poglądem stała się wolność, nasze własne prawa. Marzenia były jego bronią. Do spuścizny ojca należy Taneczna Rebelia, która umarła wraz z nim na szubienicy. Dziewięciu mężczyzn naraz, wierzgających w powietrzu, aż w końcu tylko on pozostał.

Nie była to rebelia w pełnym tego słowa znaczeniu. Myśleli, że pokojowy protest przekona Elitę do zwiększenia racji żywnościowych. Odtańczyli więc Taniec Dożynek przed windami grawitacyjnymi i usunęli fragmenty maszynerii z wierteł tak, że przestały pracować. Ich strategia upadła. Tylko zdobycie Lauru może zapewnić więcej jedzenia.

Jest po jedenastej, gdy mój wujek siada do swojej cytry. Rzuca mi groźne spojrzenie. Jest pijany jak bela. Nie zamieniamy ani słowa, choć zwraca się uprzejmie do Eo, a ona do niego. Wszyscy kochają Eo.

Dopiero gdy matka Eo podchodzi i całuje mnie w tył głowy, mówiąc bardzo głośno: „Słyszeliśmy wieści, nasz złoty chłopcze. Laur! Jesteś nieodrodnym synem swego ojca”, wujek wierci się nerwowo.

– O co chodzi, wujku? – pytam. – Masz gazy?

Jego nozdrza drżą.

– Ty mały gówniarzu!

Rzuca się przez stół i obaj spadamy na ziemię w plątaninie rąk i nóg. Jest wielki, ale obracam go na plecy i walę w nos poranioną ręką tak długo, aż ojciec Eo i Kieran mnie odciągają. Wujek Narol pluje na mnie. Więcej w tym krwi i gorzały niż czegokolwiek innego. Chwilę później znów pijemy na przeciwnych końcach stołu. Moja matka przewraca oczami.

– Jest zły, że nie zrobił ani jednej cholernej rzeczy, żeby zdobyć Laur. Popisuje się tylko – mówi Loran o swoim ojcu.

– Cholerny tchórz nie wiedziałby, jak wygrać Laur, nawet gdyby ten wylądował mu na kolanach – mówię, patrząc spode łba.

Ojciec Eo klepie mnie po głowie i widzi, jak jego córka opatruje pod stolikiem moją poparzoną dłoń. Nasuwam z powrotem rękawiczki. Ojciec Eo mruga do mnie.

Eo domyśliła się, o co chodzi z tym całym zamieszaniem z Laurem, zanim zjawili się Blaszaki, ale nie jest tym podekscytowana tak, jak miałem nadzieję. Gniecie w dłoniach rąbek spódnicy i uśmiecha się do mnie. Przypomina to zresztą bardziej grymas niż uśmiech. Nie wiem, dlaczego jest taka pełna obaw. Nikt z pozostałych klanów nie jest. Wielu przyszło złożyć wyrazy szacunku, wszyscy Helldiverzy prócz Dago, który siedzi w otoczeniu błyszczących stołów Gamma – jedynych, na których jest więcej jedzenia niż piwa – i pali papierosa.

– Nie mogę się doczekać, aż ten łajdak zacznie jeść zwykłe racje – chichocze Loran. – Dago nigdy wcześniej nie próbował chłopskiego żarcia.

– A mimo to jest chudszy niż kobieta – dodaje Kieran.

Śmieję się razem z Loranem i podaję Eo skromny kawałek chleba.

– Rozchmurz się – mówię. – Świętujemy.

– Nie jestem głodna.

– Nawet gdy chleb będzie posypany cynamonem?

Wkrótce tak właśnie będzie.

Rzuca mi ten swój półuśmiech, jakby wiedziała coś, o czym ja nie mam pojęcia.

O dwunastej grupa Blaszaków opuszcza Kocioł w specjalnych butach grawitacyjnych. Ich zbroje są liche i poplamione. Większość z nich to chłopcy lub starsi mężczyźni, którzy odeszli na emeryturę po wojnach na Ziemi. To nie ma jednak znaczenia. Do pasów na broń mają przypięte pałki i miotacze. Nigdy nie widziałem, żeby użyli któregoś z nich. Nie ma takiej potrzeby. Mają powietrze, jedzenie i port. My nie mamy nawet jednego miotacza. Nie żeby Eo nie spodobał się pomysł ukradzenia jakiegoś.

Mięśnie jej szczęk napinają się, gdy Blaszaki dryfują w powietrzu i dołącza do nich Główny Zarządca Kopalni, Timony cu Podginus, malutki miedzianowłosy człowieczek z Koloru Miedzi.

– Patrzcie, patrzcie, Czerwoni! – woła Brzydki Dan. Zapada cisza, gdy tamci unoszą się nad nami. Buty grawitacyjne Głównego Zarządcy są poniżej standardów, więc chwieje się w powietrzu jak starzec. Zastępy Blaszaków zjeżdżają na dół windą, gdy Podginus rozkłada swe malutkie, zadbane dłonie.

– Koledzy pionierzy, jakże cudownie jest oglądać wasze święto. Muszę się przyznać – mówi, chichocząc nerwowo – że darzę wielkim sentymentem prostotę waszego szczęścia. Zwykłe napitki, zwykłe jedzenie, zwykły taniec. Och, jakże fantastycznie musicie się bawić. Sam chciałbym tak umieć. Nie potrafię już odnaleźć przyjemności nawet w Różowym burdelu po posiłku złożonym z przedniej szynki i wspaniałych ananasowych tart! Jakie to smutne! Gdybym tylko mógł być taki jak wy. Jednak mój Kolor to mój Kolor, i jestem skazany na nudny żywot wypełniony informacjami, biurokracją i zarządzaniem. – Cmoka, a jego miedziane loki podskakują. – A wracając do sedna sprawy, wszystkie Parytety zostały przyznane, nie licząc Mu i Chi. A zatem w tym miesiącu nie otrzymają wołowiny, mleka, przypraw, środków higienicznych ani opieki dentystycznej. Tylko zboże i podstawowe rzeczy. Rozumiecie chyba, że statki z orbity ziemskiej są w stanie przetransportować ograniczone ilości towarów dla kolonii. To cenne zasoby! A my musimy podzielić je między tych, którzy się wykazują. Być może następnym razem, Mu i Chi, będziecie się mniej ociągać.

Mu i Chi stracili tuzin ludzi w eksplozji gazu podobnej do tej, której obawiał się wujek Narol. Nie ociągali się. Zwyczajnie zginęli.

Podginus trajkocze bez sensu jeszcze przez jakiś czas, zanim dochodzi do sedna. Wyjmuje Laur i unosi go w powietrze. Wieniec jest pomalowany sztuczną złotą farbą, ale jego małe gałązki i tak błyszczą. Loran szturcha mnie łokciem. Wujek Narol patrzy spode łba. Odchylam głowę w tył, świadom wpatrujących się we mnie oczu. Młodzi biorą ze mnie przykład. Dzieci uwielbiają wszystkich Helldiverów. Starsi również przypatrują mi się uważnie. Jak to zawsze mawiała Eo, jestem ich dumą, ich złotym chłopcem. Teraz pokażę im, jak zachowuje się prawdziwy mężczyzna. Nie będę skakał z radości z powodu zwycięstwa. Uśmiechnę się tylko i pokiwam głową.

– W imieniu ArcyGubernatora Marsa, Nero au Augustusa, mam zaszczyt ogłosić, że Laur miesięcznej efektywności, doskonałości, męstwa, posłuszeństwa, poświęcenia otrzymują...

Szok i niedowierzanie. To niemożliwe!

Laur dostali Gamma.

A my nie.

Rozdział czwartyPrezent

Gdy owinięte laurem pudła trafiają do klanu Gamma, rozmyślam o tym, jakie to wszystko sprytne i zaplanowane. Nie pozwolą nam zdobyć Lauru. Nie obchodzi ich, że wyliczenia się nie zgadzają. Mają gdzieś, że młodzi krzyczą w wyrazie protestu, a starzy wygłaszają po raz kolejny te same stare mądrości. To po prostu demonstracja siły. Oni wybierają zwycięzcę. Zasługują na to z racji urodzenia. Dzięki temu utrzymują hierarchię. To sprawia, że ciągle się staramy, lecz nigdy przeciw nim nie spiskujemy.

Pomimo rozczarowania jakaś część nas nie obwinia za to Elity. Winnymi są Gamma, którzy otrzymują dary. Kiedy człowiek widzi sterczące żebra swoich dzieci, podczas gdy sąsiedzi napełniają brzuchy mięsnymi gulaszami i posypanymi cukrem tartami, trudno ich nie nienawidzić. Można by pomyśleć, że się z tobą podzielą. Nie robią tego.

Wujek wzrusza ramionami. Reszta jest wściekła. Loran wygląda, jakby chciał zaatakować Blaszaki lub Gammy. Jednak Eo nie dopuszcza do tego, żebym kotłował się od środka ze złości. Nie pozwala, by moje palce pobielały od zaciskania się w pięści z furii. Zna mnie lepiej niż moja własna matka i wie, co zrobić, żeby wściekłość wyparowała. Moja mama uśmiecha się łagodnie, patrząc, jak Eo ujmuje mnie za rękę. Bardzo kocha moją żonę.

– Zatańcz ze mną – szepcze. Krzyczy do cytrzystów i bębniarzy, by grali dalej. Bez wątpienia dolewa oliwy do ognia. Nienawidzi Elity bardziej niż ja. Ale to dlatego kocham swoją żonę.

Wkrótce skoczna muzyka płynąca z cytr robi się głośniejsza, a starcy zaczynają uderzać dłońmi w stoły. Warstwowe spódnice wirują w powietrzu. Stopy przytupują. Chwytam żonę w objęcia, gdy klany płyną w tańcu przez plac, by do nas dołączyć. Pocimy się i śmiejemy, próbując zapomnieć o złości. Razem dorastaliśmy i jesteśmy dorośli. W oczach Eo widzę swoje serce. W jej oddechu słyszę swoją duszę. Ona jest moją ziemią. Moją rodziną. Miłością.

Odciąga mnie w tył ze śmiechem. Przedzieramy się przez tłum, żeby pobyć chwilę w samotności. Gdy nam się udaje, Eo wcale się nie zatrzymuje. Prowadzi mnie wzdłuż metalowych pasaży z niskimi, mrocznymi sufitami do starych tuneli i Pajęczarni, gdzie harują wszystkie kobiety. Jest przerwa między zmianami.

– Dokąd właściwie idziemy? – pytam.

– Jeśli nie zapomniałeś, to wiesz, że mam dla ciebie prezenty. A jak będziesz mnie przepraszał za to, że twój prezent okazał się kiepski, to palnę cię w łeb.

W tym momencie widzę pączek krwistoczerwonego haemanthusa wystający ze ściany. Zrywam go i podaję Eo.

– Mój prezent. Miałem zamiar cię zaskoczyć.

Eo chichocze.

– W porządku. Wewnętrzna część jest moja. Zewnętrzna należy do ciebie. Nie! Nie ciągnij za niego. Zatrzymam twoją połowę.

Wącham kwiat w jej dłoni. Pachnie rdzą i kiepskimi gulaszami mamy.

We wnętrzu Pajęczarni grube jak ludzkie udo jedwabniki o długich, kościstych odnóżach, pokryte czarnym i brązowym futrem, tkają wokół nas jedwab. Pełzają po swoich żerdziach na nogach nieproporcjonalnie cienkich do krępych odwłoków. Eo prowadzi mnie na najwyższy poziom. Stare, metalowe żerdzie są owinięte jedwabiem. Drżę, patrząc na stworzenia widoczne w dole i na górze. Jaskiniowe żmije rozumiem, jedwabników nie. Stworzyli je Snycerze Elity. Śmiejąc się, Eo prowadzi mnie w stronę ściany i odciąga na bok grubą zasłonę pajęczyn, odsłaniając zardzewiały, metalowy kanał.

– To przewód wentylacyjny – tłumaczy. – Tynk na ścianach opadł jakiś tydzień temu, odsłaniając to.

– Eo, zostaniemy wychłostani, jeśli nas tu złapią. Nie wolno nam...

– Nie pozwolę, żeby i ten prezent zniszczyli. – Całuje mnie w nos. – Chodź, Helldiverze. W tym tunelu nie ma ani jednego wiertła.

Idę za nią wąskim, krętym tunelem, aż w końcu wychodzimy przez kratę do świata pełnego nieludzkich odgłosów. W ciemności słychać bzyczenie. Eo ujmuje mnie za rękę. To jedyna znajoma rzecz.

– Co to takiego? – pytam, mając na myśli dźwięk.

– Zwierzęta – mówi, prowadząc mnie dalej w osobliwą ciemność. Pod stopami czuję coś miękkiego. Podenerwowany, pozwalam, żeby ciągnęła mnie dalej. – Trawa. Drzewa. Darrow, drzewa. Jesteśmy w lesie.

Zapach kwiatów. Światełko w ciemności. Migoczące żyjątka z zielonymi podbrzuszami przecinają mrok. Wielkie robaki o opalizujących skrzydełkach wyłaniają się z cieni. Pulsują kolorami i życiem. Oddech więźnie mi w gardle, a Eo wybucha śmiechem, gdy motyl przelatuje tak blisko nas, że mogę go dotknąć.

Te wszystkie stworzenia istnieją w naszych pieśniach, ale widzieliśmy je wyłącznie na hologramach. Ich barwy są niepodobne do żadnych innych. Moje oczy nie widziały niczego prócz ziemi, blasku świdrów, Czerwonych oraz szarości betonu i metalu. Ekran hologramu był jedynym oknem, przez które mogłem zobaczyć kolory. Ale to całkiem odmienny spektakl.

Barwy fruwających stworzeń ranią moje oczy. Drżę, śmieję się i wyciągam ręce, żeby dotknąć zwierząt latających przede mną w ciemności. Chwytam je w dłonie i patrzę na przejrzystą kopułę. To transparentna bańka spoglądająca na niebo.

Niebo. Kiedyś to było tylko słowo.

Nie dostrzegam powierzchni Marsa, ale mam przed sobą widok, jaki się z niej roztacza. Gwiazdy płoną wdzięcznie na gładkim, czarnym niebie, jak światła porozwieszane nad naszym osiedlem. Eo wygląda tak, jakby mogła do nich dołączyć. Jej twarz płonie, gdy mnie obserwuje. Śmieje się, kiedy osuwam się na kolana i wdycham zapach trawy. To dziwna woń, słodka i nostalgiczna, choć nie posiadam żadnych wspomnień dotyczących trawy. Owady bzyczą między drzewami, a ja kładę Eo na ziemi i całuję ją z otwartymi oczami po raz pierwszy. Drzewa i ich liście kołyszą się łagodnie w powietrzu wypływającym z wentylatorów. Upajam się dźwiękami, zapachami i widokami, gdy kochamy się na łożu z trawy pod sklepieniem z gwiazd.

– To Galaktyka Andromedy – mówi Eo po wszystkim, gdy leżymy na plecach. Z ciemności dobiegają odgłosy wydawane przez jakieś zwierzęta. Niebo nade mną jest przerażające. Jeśli zacznę się w nie wpatrywać zbyt intensywnie, zapomnę o przyciąganiu i będę miał wrażenie, że się zapadam. Dreszcz przebiega mi po plecach. Jestem istotą tuneli, zakamarków i szybów. Kopalnia jest moim domem. Część mnie chce uciec z tego dziwacznego pomieszczenia żyjących stworzeń i wielkich przestrzeni.

Eo przekręca się na brzuch, żeby na mnie spojrzeć, i przesuwa palcami po bliznach od oparzeń, pokrywających moją pierś. Niżej na brzuchu odnajduje ślady po ukąszeniu żmii.

– Mama opowiadała mi historie o Andromedzie. Malowała je farbami, które dostała od tamtego Blaszaka, Bridge’a. Zawsze ją lubił.

Gdy tak leżymy razem, Eo bierze głęboki wdech, a ja już wiem, że chce mi o czymś powiedzieć. Że zostawiła coś właśnie na tę chwilę. To miejsce jest kartą przetargową.

– Wszyscy wiemy, że zdobyłeś Laur.

– Nie musisz mnie pocieszać. Nie jestem już zły. To bez znaczenia. Po zobaczeniu tego miejsca nic już nie ma znaczenia.

– Co masz na myśli? – pyta ostrym tonem. – To wszystko liczy się bardziej niż kiedykolwiek. Zdobyłeś Laur, ale oni nie pozwolili ci go wziąć.

– To bez znaczenia. To miejsce...

– Istnieje, ale oni nie pozwalają nam tu przychodzić, Darrow. Szarzy sami z niego korzystają. Nie dzielą się niczym.

– A powinni? – pytam zdezorientowany.