Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2007

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 375 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rebelia - Mariusz Sieniewicz

Trzydziestotrzyletni Błażej Pindel boleśnie odczuwa terror aroganckiej kultury młodości, wpełzającej w najintymniejsze sfery życia. Świat starych ludzi jest wyszydzany i schodzi do podziemia. Pewnego dnia konspiracyjna grupa emerytów, uznawszy Pindela za „wybrańca”, wykonuje nad nim mistyczny zamach siekierą. Bohater przeobraża się w zdziadziałego Kolumba i wyrusza na tajemniczą wyspę, gdzieś w zaświatach. Wyspą rządzi dyktator, Wielki Bobas, a poddani niewolniczej pracy, wyklęci staruszkowie mumifikują młodzieńcze ciała najcudowniejszych okazów zachodniej cywilizacji, od Jamesa Deana, przez Brigitte Bardot, Jima Morrisona, po dzisiejsze gwiazdy popkultury. Misją Kolumba jest wywołanie geriatrycznej rewolucji i przywrócenie „starego świata”.

Rebelia jest fantazmatyczną, na poły liryczną, na poły groteskową podróżą człowieka przez własne przemijanie i śmierć. Sieniewicz tworzy mitologię starości, zrodzoną z buntu wobec spychania jej w sferę tabu. W dogasającej egzystencji widzi lustro najpełniejszego człowieczeństwa, przesłaniane fałszywymi mirażami hedonistycznej estetyki. To opowieść o rebelii starców, którzy odważyli się sprzeciwić rzeczywistości permanentnego liftingu, by powiedzieć stanowcze: „Nie! Uważajcie, nadchodzimy!” To rok ‘68 à rebours.

Opinie o ebooku Rebelia - Mariusz Sieniewicz

Fragment ebooka Rebelia - Mariusz Sieniewicz

w serii ukazały się

Lidia AmejkoŻywoty świętych osiedlowychDawid BieńkowskiNicDawid BieńkowskiBiało<zerwonyJacek DehnelLalaJacek DehnelRynek w SmyrnieAdam CzerniawskiNarracje ormiańskieIzabela FilipiakMagiczne oko. Opowiadania zebraneManuela GretkowskaMy zdies' emigrantyManuela GretkowskaKabaret metafizyczny

Manuela GretkowskaTarot paryskiManuela GretkowskaPodręcznik do ludzi

Manuela GretkowskaNamiętnikHenryk GrynbergDrohobycz, DrohobyczMariusz GrzebalskiCzłowiek, który biegnie przez lasRadosław KobierskiHararMarek KochanPlac zabawWłodzimierz KowalewskiExcentrycyWłodzimierz KowalewskiŚwiatło i lęk

Wojciech KuczokGnójWojciech KuczokOpowieści przebraneWojciech KuczokWidmokrągMarian MarzyńskiSennik polsko-żydowskiJanusz RudnickiMój WehrmachtJanusz RudnickiChodźcie, idziemySławomir ShutyCukier w normie z ekstrabonusemSławomir ShutyZwałMariusz SieniewiczCzwarte nieboMariusz SieniewiczŻydówek nie obsługujemyMarek SobólMojryJerzy SosnowskiWielościanJerzy SosnowskiPrąd zatokowyMagdalena TulliW czerwieniMagdalena TulliSny i kamienieMagdalena TulliTrybyMagdalena TulliSkazaWitold WedeckiCzarne rondo

archipelagi

Mariusz Sieniewicz Rebelia

Patronat medialny:

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2007 Wydanie I Warszawa 2007

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Cytat

Były to czasy, gdy młode twarze uchodziły za święte obrazy.

Moja Żyrardynko… Nareszcie!

Jeszcze wczoraj byliśmy umęczonymi juwenar-bajterami Wielkiego Bobasa. Dzisiaj z jego martwych rączek wyszarpujemy naszą wolność. Będą na pewno kpić i szydzić, że przypominamy jedynie zmarzlinę starego mięsa, którego od dawna nikt nie nazywa ludźmi. Ale to bez znaczenia. W moim sercu pozostaniesz najpiękniejszym człowieczym ogrodem. Chciałbym całować twoje piersi i szyję, chciałbym wtulić się w twój brzuch i uda, lecz moje ciało zapada się w obezwładniającą ciszę. Usta i język zaczynają śnić biały, niekończący się sen, oczy uciekają do wewnątrz, jakby odkryły piątą stronę świata. Obiecuję – całować cię będę w niebie lub w piekle, tylko nie wypuść mojej dłoni.

Proszę cię, przytul mnie mocniej…

Niebawem świt. Zielona śliwka wyskoczy z oceanu, jaśminowe światło obleje opustoszałe domki, zdewastowane młodnie i plastinaria. My nie doczekamy słonecznika. Spojrzenie zastygnie w pociemniałym obrazie i zapachnę ludzkim trupem… Pamiętasz? Tak bardzo marzyliśmy o tym zapachu przez ostatni ogród, wdychając chininę nad bezwonnymi jak plastik zwłokami.

Obejmij mnie, obejmij mnie mocniej…

Pod skórą zbiegają się lipcowe śliwkowiśnie dzieciństwa. Chcą ruszyć w podróż ze spakowanymi walizkami obrazów. Widzę plecy ojca – napięty trójkąt mięśni, po którym spływa pot. Błysk kosy podpala pszeniczne łany i podrywa skowronka do lotu. Cienie drzew przypominają archipelagi podmywane przez słonecznikową falę. Piegowaty dzieciak przykłada hubę do spieczonych warg. Aż trudno uwierzyć, że istniał tamten świat i my w nim, osobno, bez siebie. Kiedyż to było?…

Jeszcze mocniej, jeszcze. Przytul mnie…

Zimno wpełza przez głowę i stopy, kąsa wnętrzności jak żmije. Gdy dojdą do serca, ciało zmieni się w popielaty wór. Wtedy wyjdzie na jaw, że wszystko, co zdołaliśmy zmieścić pod zmęczonymi powiekami, było prawdziwym życiem, a nie złudzeniem oszalałych młokosów, którym zbyt długo nie potrafiliśmy powiedzieć: dość! Jakże łatwo mylą śmierć z nieśmiertelnością, jakże bezmyślnie odwracają porządek cudów. Ich niemowlęcy Jezus przemienia chleb w ciało, wino w krew i nigdy nie dorośnie do Golgoty.

Teraz to mało ważne. Teraz trzeba patrzeć Wiosence-Śmierci prosto w twarz. I śmiać się, śmiać! Za kilka kropel staniemy się starym jak świat skandalem. Dwa osiemdziesięcioletnie trupy na przekór cywilizacji Wielkiego Bobasa… Nie bój się, proszę… Nasza śmierć będzie nieodwołalnym faktem. Żal mi tylko, że nie zobaczę rozdziawionych ust dziewłopców, oburzenia chłopczynek, ich bezradnej furii. Jeśli odkryją nasze ciała za sto i więcej ogrodów, będą zmuszeni inaczej opowiedzieć minioną epokę. Pod skamieniałym worobiowem odkryją nieusuwalną starość – nasze ostateczne zwycięstwo zza grobu. Stanę się Tutenchamonem w złotej masce bezczasu, ty – ukochaną Anchesenton, a w naszych ciałach przetrwa dawny porządek, wypędzeni bogowie… Obu-obu, uchy-uchy – laur zdobyły dwa staruchy! Uchy-uchy, obu-obu – przechytrzyli gołowąsów, będą solą w młodym oku!… Uśmiechnij się, proszę… Twój uśmiech sprawia, że śmierć zakwita niczym kwiat.

Moja kochana Żyrardynko, wycięliśmy im niezły numer. Nasz numer życia… Przemijalność została ocalona…

Umieramy, przepiękna staruszko! Wyciągamy nogi, szorując zimnymi piętami po niewidzialnym niebie.

Żyrardynko… Jestem szczęśliwy…

***

Późną jesienią nadszedł czas wypadających z okien Batmanów.

Późna jesień była zawsze niebezpiecznym okresem – w wątpliwym świetle stawiała porządek świata. Bulimiczna ciemność pochłaniała popołudnia i poranki. Dni uginały się pod naporem mroku, wiodły szczątkowy żywot. Zegary ścienne i te na rękę traciły znaczenie, pod rozjaśnionymi kloszami lamp, niczym ćmy późnojesienne, migotały odblaski, refleksy, półcienie, wsączając do głów domowników niepokój. Wieczorami dłoń podobna do psiej łapy rysowała na szybie zapotniałe słońca, ale noc zostawiała po sobie odciski zmrożonych kwiatów, zasłaniające widok podwórka, bezlistnej wierzby i białej syrenki, której śniła się korona królowej szos.

A za oknami ciała małych Batmanów uderzały o zeszklone mrozem przydomowe rabaty…

Kiedy jednak patrzyło się na ziemię z niedostępnego zwykłym śmiertelnikom oddalenia, wszystko wyglądało inaczej – Batmani spadali pod postacią czarnych jabłek. Świat był ogromną jabłonią. Jej korzenie sięgały piekła, a pąki na najwyższych gałązkach dotykały raju. Żeby określić wiek tego drzewa, należałoby zliczyć słoje wszystkich sekwoi na świecie i pomnożyć przez wiek madame Jeanne Calment. Pory roku zmieniały się szybko – chwila za chwilą.

Pod jabłoń przychodziła Wiosenka-Śmierć. Przypominała znane w wielu miastach stare wariatki, które na przekór chłodnej aurze noszą fantazyjne tiule, letnie sukienki i tanecznym krokiem mijają zdziwionych przechodniów. Nierzadko śpiewają pod nosem piosenkę, czasami nie dają dojść do głosu niewidzialnemu rozmówcy. We włosy mają wpięte zawsze świeże kwiaty.

Wiosenka dokładnie przeszukiwała trawę, zbierając opadłe przedwcześnie jabłka do rozłożonej chusty. Robiła z nich młode wino. Zamykała dziecięce zwłoki w beczkach i dodawała korzenne przyprawy. Po fermentacji, gdy kości spadły już na dno, przelewała płyn do pękatych flasz i przenosiła do księżycowej piwniczki. Ludzie znali wina gronowe, ziołowe, kochali porto, madery, tokaje. Wiosenka-Śmierć lubiła inne gatunki. Na górnych półkach leżakowały cierpkie w smaku, czarne jak smoła guerniki oraz pełne ognistego blasku i piekącej słodyczy inkwizytaje. Na środkowych dotykały się szklanymi brzuchami zawiesiste birkenały, błękitnawe w odcieniu samobóje, różowe i kwaskowate epidematy. W dolnych rzędach nabierały mocy ateismuty o piołunowym smaku i lekkie nonpanemy na przystawkę. W oddzielnych koszyczkach znalazło się miejsce dla win najmłodszych. Wiosenka nazwała je batmankami. Zgniłozielony kolor świadczył o krótkim czasie fermentacji, po wypiciu zaś kilku kieliszków myśli zaczynały rechotać niczym żaby w porosłym grubą rzęsą stawie.

Wiosenka-Śmierć co wieczór siadała na księżycowej werandzie z kilkoma flaszami batmanek i patrzyła zamglonym okiem na połyskującą miliardami światełek jabłoń. Samotność to fluorescencyjny robak, więc zalewała go rytualnie, aż pojawiała się żaba, potem następna i następna. Robak nie był już sam.

– Spotworniałam z przepicia, do diaska… Jabol, nieszlachetny trunek! Ale co robić, pić trzeba, taka karma – oblizywała ciemny meszek pod nosem.

Ot, czasy – starej zapijaczonej Śmierci. Nieszczęsnej menelki, wyzbytej grozy ostatecznych spraw. Jej danse macabre wywołałby dzisiaj poruszenie równie wielkie jak podanie nóżek w galarecie w lokalu klasy C.

Nazajutrz znów rozłożoną chustę zapełniały czarne jabłka. O zmierzchu znów – jedna, druga flaszka. Gdy wydawało się, że Wiosenki nie czeka nic poza alkoholową wiecznością, wystąpił nowy objaw pijaństwa: wieczorna czkawka-batmanka. Czknęła Wiosenka raz – z ust wyleciała jasna gwiazdka, czknęła drugi – kolejna, jeszcze jaśniejsza gwiazdka.

Tu ż przed czknięciem Wiosenki pewien mężczyzna ogarnął mętnym spojrzeniem niebo i usiadł na ławce. Popołudnie było bezwietrzne. Park spowijał łagodny szkarłat, choć podpływały już pierwsze fale wieczornej czerni. Raptem wydeptaną ścieżyną nadeszły dwie małe dziewczynki w prześwitujących sukienkach. Mężczyzna dojrzał niewykształcone cycuszki i owal cip. Wielkich, rozrośniętych ponad wiek! Jedna z dziewczynek wycedziła znienacka:

– Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. Więc popatrz sobie. Popatrz!

Druga pulchną rączką zaczęła sypać piach na głowę mężczyzny. Ziarenka ściekały niczym woda zaczerpnięta ze strumyka, a ironiczny uśmieszek pełgał na twarzach szkarłatnych od zmierzchu. Usta lśniły kropelkami krwi podobnymi do świeżo zerwanych wiśni. Mężczyzna patrzył jak zahipnotyzowany na dziecięce intymności. Pod czaszką dźwięczał mu głos:

– Z prochu w proch. Gap się! Gap! Piękne są nasze cipy!

Dziewczynki, chwyciwszy się za rączki, zniknęły między drzewami. Na niebie zapłonęła pierwsza gwiaździsta iskra i zaraz zgasła nad pobliskim blokiem. Meteoryt w listopadzie? Pomieszanie z poplątaniem jak te dziewczynki! Prorocza anomalia niebieska potwierdza rozprężenie ziemskich sfer – przemknęła mężczyźnie gorzka myśl. Skrzywił się, jakby rozgryzł ziarnko pieprzu.

Tym mężczyzną był Błażej Pindel, trzydziestotrzy-letni posiadacz mocno znoszonego kostiumu jamniczka Tupty w garderobie nazywanej miastem wojewódzkim. Od pewnego czasu Pindlowi zaczęły przydarzać się przygnębiające historie. Pod swoim oknem znajdował coraz więcej Batmanów, w bramie domu dopadała go banda ośmiolatków z pepeszami, szantażując, że jeśli nie przyłączy się do nich, wpakują mu serię w brzuch. Co kilka dni otrzymywał list polecony, w którym rada pedagogiczna uprzejmie informowała o przyznaniu mu miejsca w osiedlowym przedszkolu. Chodził tam, tłumaczył, wyjaśniał – na próżno. Doprowadzony uporem dyrektorki do granic wytrzymałości, postanowił przy paniach przedszkolankach pokazać siusiaka, by ostatecznie się przekonały, czy z niego Błażejek, czy Błażej. Dyrektorka żachnęła się, urażona:

– To po co mi pan głowę zawracał i miesiącami przysyłał podania? Oj, ludzie, zgubi was to odejmowanie sobie lat. – Poprawiła muszelkowe loki nad czołem, by wreszcie jedną ręką manifestacyjnie wykreślić go z listy, a drugą – pokazać drzwi.

Pindel oczywiście żadnych podań nie pisał… Lecz to nie wszystko! Gdy wychodził z domu, nieważne, o jakiej porze – rankiem, po południu, wieczorem, zmotany browcami czy trzeźwy jak szpadel, w tym samym momencie otwierały się drzwi kamienicy z naprzeciwka i mała, garbata staruszka o lasce, przebiegłszy nadzwyczaj chyżo ulicę, przecinała mu drogę. Tuż przed nosem! Jej zdecydowanie przypominało kawaleryjską szarżę starszych ludzi na otwierające się na przystankach drzwi autobusów. Pindel natychmiast przystawał, by nie przewrócić staruszki, a ona dreptała gdzieś dalej, zostawiając po sobie zapach walerianowych kropli.

– Halo, proszę pani!… Przepraszam! – próbował zatrzymać ją któregoś razu.

Cwana bestyjka! Ubrana w zimowe buty zapomnianej już marki Podhale, przyciasny kubraczek, grubą chuścinę – szybko znikała za rogiem ulicy. Niby nic ważnego, jednak powtarzalność sytuacji sprawiała, że nie mogło być mowy o przypadku! Staruszka stanowiła niepokojącą zagadkę.

Przed dwoma dniami znowu otrzymał przesyłkę. Został „szczęśliwym” posiadaczem złotej karty do małpiego gaju. Znowu zdurniał. W dołączonej ulotce „pani Misia” zachwalała długie zjeżdżalnie, dmuchane skocznie i trampoliny, zapewniała stokrotnie, że Pindel będzie mógł zjeżdżać na pupie i że wyszaleje się za wszystkie czasy. Oczywiście pod czujnym i wykwalifikowanym okiem „pani Misi, pani Kici i pani Cici”.

Teraz te dziewczynki… Złudzenie i prawda, realność i fantom. Na co mi ta cała przebieranka? Po kilkuminutowej szamotaninie zdołał zdjąć pluszowy pysk.

Rozkołysany przed chwilą dzwon usnął w kościelnej wieży. W parku nie było żywej duszy. Kapuśniaczek światła sączył się z pordzewiałych lamp, zdezelowane ławki przypominały czterokopytne zwierzęta, a ustawione między nimi małe śmietniki – patologiczne krasnale z przekrzywionymi czapkami. Patrząc na księżyc, Pindel nie dostrzegł Wiosenki. Znak, że dysponował jeszcze czasem, mimo iż zbliżał się do wieku, w którym nekrolog z jego nazwiskiem nie wywołałby większego skandalu.

A miało być tak cudownie. Jeśli dla Wiosenki świat był wielkim drzewem jabłoni, to dla Błażeja Pin-dla stał się obitą lustrami garderobą, w której trwał nieprzerwany bal. Rzeczywistość, jeszcze do niedawna osądzana krytycznie jako za duża, to znów za ciasna, teraz wydawała się idealnie dopasowana. Ludzie zakładali najwymyślniejsze stroje i maski, wyszukane ciuszki i fatałaszki. Przebrać się, zmienić, ucharakteryzować ciało i język – tym żyła garderoba nocą i dniem. Trwał bałwochwalczy karnawał formy i sezonowych mód. Przez garderobę kroczył paradny pochód. Słowa: normalny, zwyczajny, uchodziły za karygodną obelgę, więc każdy musiał być egzotyczny, wyszukany i kuriozalny. A lustra mnożyły fantastyczne warianty. I człowiek stawał się niepowtarzalny w imię zasady: de gustibus non est disputandum. Egzystencję zaczęto nazywać przymierzaniem, prawdę – migotliwą grą między tym, czym jest człowiek, a tym, czym może zostać.

Ze wszystkich kątów garderoby dochodził jeden krzyk: ekstazo, trwaj! W imię Id i Ego, i Superego! O tożsamości mówiono, że jest efektem wciąż nowych kreacji. Wszystko, co jeszcze wczoraj szlachetne i dobre, dzisiaj wyglądało na staroświeckie. Co złe i brzydkie kilka dni temu, raptem uzyskiwało powszechne uznanie i aprobatę. Czasami tylko, przy pospiesznym zmienianiu strojów, pojawiał się lęk: jak wyglądałoby ciało pozbawione kostiumu? Bez duszy – tiulu, flauszu, tafty, atłasu?… Wyglądałoby koszmarnie i – co najgorsze

– staro! A starość to rodzaj bezbronnej nagości, której niczym nie da się okryć. Obowiązywała także niepisana umowa, że nikt nie ośmieli się tknąć garderobianych ścian. Z dwojga złego lepiej zawierzyć dotykalnej iluzji niż ryzykować doznanie pustki, gdyby w ścianie zrobiła się dziura.

Pierwszym kostiumem Pindla była Wojownicza Marchewka – efekt jego ekologicznych fascynacji. Później był Hipisowskim Kartoflem i Chrupkiem „Absolut”

– to wynik zainteresowania teoriami anarchistycznymi i metafizyką codzienności. Miłe złego początki… Beztroska maskarada pchnęła go ku zgubie. Pindel nie przewidział brzemiennych skutków – strój zaczął dominować, nie bacząc na starzejące się ciało swego twórcy. Może stąd te infantylne sygnały – przedszkole, złota karta do małpiego gaju? Kostiumy zawładnęły Pindlem. I to jakie – karykaturalne płody fantazji! Czy może domagać się powagi istnienia, jeśli zostaje kartoflem, chrupkiem, jamniczkiem? Chrup mu w dupę! Tupta jego kartoflana mać!

Z początku niczego nie żałował. Całkowicie poddał się władaniu garderobianych miraży, ich przymierzalni i luster. Mógł być wszystkim, a świadomość, że owo wszystko jest płynną formą, pozwalała nie przywiązywać zbytniej wagi ani do własnego losu, ani – tym bardziej – do losu innych. Szczególnie uwielbiał zachodzić do miejsca utrzymanego w klimacie mlecznego baru. Siedzieli w nim przebierańcy, których garderobiani musieli dawno temu zwinąć interes, zostawiając jakieś niedokończone, liche stroje. Uwielbiał stanąć w drzwiach i ogarnąwszy spojrzeniem pijaczków pochylonych nad cienkim barszczem, kurewki dziobiące marchewkę, żebraków z kaszą gryczaną na zębach i wielu innych bywalców baru, huknąć na tłustą kucharę:

– Po dwa de volaille'e na głowę! Kartą płacę!

Najgorsze jednak, że niegroźne szaleństwo zmieniło się w koszmar. Od kilku miesięcy pysk Tupty schodził coraz trudniej. Dopasowywał się. Wrastał. Każdego dnia około południa jakaś siła tajemna nakazywała Pindlowi zmieniać się w psa.

Dzisiaj rano kolejny malec roztrzaskał się na chodniku, leżał okryty całunem czarnego płaszczyka. Nikt, ale to nikt nie zauważył groteskowego nieszczęścia, gorszącego kłamstwa i hucpy, pod którymi tkwiła naga prawda. Garderoba przekroczyła granice własnego złudzenia. Co takiego wisi w powietrzu, że szlachetność Batmanów roztrzaskuje się wraz z mózgiem na jezdniach, chodnikach, przydomowych rabatach?… Twarz Błażeja wykrzywił grymas. Język wyswobodził się z kagańca. A język bez kagańca to dzika, sensożerna bestia. Zagryza znaczenia i żyje z garderobą w horrendalnej symbiozie. Choćby takie stare słówko „Bóg” – uwolniony język dogryzł się do jego szpiku i z pogruchotanej kości wypłynęły „Demiurgi”, „Absoluty”, „Praprzyczyny”, „Transcendencje”, „Pierwsze Energie”. Słownik stał się śmietnikiem.

Gdzieś z głębi wieczornego nieba Pindel usłyszał pomruk. Czknęło się, czknęło Wiosence. Czkawka-batmanka: gwiazdka trzecia, gwiazdka czwarta. Echo pomruku przemknęło nad drzewami. Przez sierpowaty księżyc przemknął cień. Wiosenka rzuciła pustą flaszą w najbliższą chmurę. Sypnęło pierwszym śniegiem.

Media nazywały Batmanów gwiazdami nowej ery, telewizja organizowała cotygodniowe konkursyExtra-Batmanana najbardziej spektakularny skok. Matki, osuszywszy łzy, udzielały wyczerpujących wywiadów między reklamami aerodynamicznych kostiumów a wypowiedziami wirtualnych filozofów o tym, że tylko język jest twórcą garderoby.

– Co było pierwsze: język-kura czy garderoba-jajko? Co począć, jeśli kura zmienia się w rozgdakaną bestię? – zapytał sam siebie Pindel i ruszył przez park do domu, z pyskiem Tupty pod pachą, podobnym teraz do głowy błazna.

Drzewa przypominały zgrabiałe dłonie. Wznosiły ku niebu proszący lament, rzucały na ziemię rękawiczki cieni. Był blisko wyjścia, gdy wtem stanął jak wryty… Zza pnia wychynęła starcza głowa z kępami włosów na potylicy. Oczy zamrugały, jakby niedowierzając, że widzą Pindla. Po chwili niezwykle ostrożnie wysunął się grubiutki korpus i patykowate nogi. Tajemniczy ktoś, ni to człowiek, ni to mara, zaczął bić pokłony, przywołując kogoś ręką. Zza drzewa obok wyjrzał ktoś następny. I dalejże kłaniać się, wołać kolejnych.

Stareńkie ktosie wyłaziły spomiędzy drzew. Trochę ludzie, trochę zjawy. Okrąglutcy, pulchni, chudzi, wiórowaci. Deski, szczapy, pączki, bączki. A wszystkie – niedołężne, stetryczałe. Przypominały drewniane świątki, ustawione na skrzyżowaniach zapomnianych dróg.

Słaby refleks ślizgał się po pomarszczonych twarzach, skóra miała kolor okorowanego drewna spalonego słońcem, wysmaganego deszczem… Zmierzwione brody zwisały prawie do kolan, oczy słały pożądliwe spojrzenia, jakby był listonoszem z emeryturą w torbie.

Pindel zrobił krok do przodu, ktosie – krok w tył. Pindel – trzy kroki rakiem, ktosie – w przód kroki trzy. Odrzucił pysk Tupty, ktosie wyrzuciły ręce na boki niczym grupka chińskich staruszków na ćwiczeniach tai-chi. Zaczął coś podejrzewać… Gdyby wygładzić zmarszczki… ogolić brody… gdyby cofnąć czas ciał i starość potraktować na wspak… tak, tak!… Przed Pindlem stanęły zjawy przyjaciół z garderoby. Fatalne qui pro quo! Viola jest przecież wciąż niezłą laską, a przed sobą widział ktosia z piersiami do pępka. Pudlik, zawołany latin lover, a tutaj – ktoś-piernik, zdziadziały ktoś-zgred. Mewa, blondyna, której powab zapierał dech, tutaj – ktoś-prukwa, stary miech. Słyszał, jak rzęzi i kaszle „kchy, kchy”, „kche, kche”. Inni też! Za lat pięćdziesiąt takie spotkanie – trudno. Ale dzisiaj?

– Cześć, rex, cześć, rex! – wychrypiał uroczyście staruszek o twarzy Wafla. Tego, co miał wszystkie kapele z Seattle. Wafel i Pindel byli kiedyś jak bracia.

– Cześć, rex, cześć, rex! – zewsząd padły powitania.

Pudlik zarzucił Pindlowi na ramiona brązowy kostium niczym gronostajowy płaszcz. Wafel podniósł pysk Tupty i wcisnął mu na głowę. Mocno, aż zapiekło, Pindel poczuł krew. Ktosie byli wniebowzięci.

– Cześć, rex! Cześć, rex! – krzyknęli w zachwycie.

Łzy kapały po brodach. Pindel zrozumiał, że przed jego oczami ujawnił się porządek spoza zwykłego poczucia miesięcy i lat. Oto czas odsłonił swój sekretny mechanizm – pokazał, jaką miarę stosuje drugi, poza-garderobiany świat. Nie koniec na tym – naraz, pośród nocy śnieżnej, listopadowej, usłyszał pieśń:

My ze spalonych snów,

My z głodujących jaw.

Za strach i lęk, za lata łez,

Już zemsty nadszedł czas.

– I raz, i dwa, i trzy, i razem! – Wafel wybił rytm nogą.Więc zarepetuj broń

I w gołowąsa mierz!

Słychać już stuk lasek o bruk,

Brzmi geriatryczny śpiew.

– I raz, i dwa, i trzy, lecimy dalej! – znów Wafel, noga, rytm, trzecia zwrotka:

Więc naprzód, starcy, marsz.

Świat ignoruje nas.

Lecz zadrży młódź i zginie młódź

Z ręki wiekowych mas.

Pindel kompletnie się rozkleił. Ach, wyszła do niego starcza przyszłość przyjaciół. Zza sekretnej tarczy czasu! Jednak Wafel coraz uważniej rozglądał się wkoło. Pindel błyskawicznie pojął, w czym rzecz – ktosie nie mogły sobie pozwolić na dekonspirację. Wzniósł oczy ku niebu, pobłogosławił dłonią, wykrzykując niespodziewanie dla samego siebie:

– In nomine patri et filii et spiritus sancti geriatrii! – i dodał z przejęciem: – Na pohybel szczawiom!

– Na pohybel! Na pohybel! – zawołały ktosie i zniknęły za drzewami.

Po kolejnym winku zostało jedynie wspomnienie. Wiosenka puściła ostatnie dwie gwiazdki. Z lekko rozwartych ust wydobył się wiatr i świat pociemniał jak przydymione szkło. Palce puściły opróżnioną flaszę. Brzęknęła na schodkach werandy i poturlała się w puch obłoków. Padało coraz mocniej.

Tej nocy Pindel bardzo długo wracał do domu. Wiedział, że kiedyś zasypie wszystko, zawieje, no i zasypało, zawiało pierwszym tego roku śniegiem – psie kupy, parchate uliczki, zaułki, szkolne boiska, budy z zapiekankami. Ale jemu to nie przeszkadzało, że zasypało wszystko, zawiało.

Księżyc niespiesznie schował się za chmurami. Noc, nie mogąc zwalczyć jasnej poświaty miasta, trzymała się swojej czerni na czubku nieba. Gdyby dosięgnąć wzrokiem tej czerni, wyszłoby na jaw, że z nieba leci popiół, nie śnieg. Dopiero nad ziemią świetlne złudzenie zmienia go w biały puch. Pindel zadarł wysoko głowę. Gap się, gap! Uwierz, że możesz patrzeć na wspak! Popielnik nocy wysypuje inny świat.

A Batmani, którzy z prochu powstali, obracali się w proch.

***

Poranek ofiarowywał świat oswojonych i dobrze znanych rzeczy, po których ześlizguje się rozbudzone spojrzenie. Uspokojone i pewne tego, co widzi. Błękitniejący świt przeciągał się za oknem niczym kocisko nad miską mleka. Nagusieńka i pulchniutka tancereczka wbiegała po diamentowych schodkach, stukając obcasikami i szmaragdową parasolką. Taki nieco pikantny obrazek wywoływały w Pindlu dźwięki ledwie zipiącego pianina. Piętro wyżej sąsiadka ćwiczyła Chopina, ale zdawało się, że ćwiczy batem nieszczęsny instrument.

Sen topił się błyskawicznie, odsłaniając wypadki wczorajszego wieczoru. Och, przebrzydła pamięci wydarzeń przeszłych!My ze spalonych snów, my z głodujących jaw…Cholera jasna, chyba objął dowództwo partyzanckiego oddziału starczych widm, które tylko czekały na sygnał do ataku.Słychać już stuk lasek o bruk, brzmi geriatryczny śpiew…Cicho! Za takie słowa kula w łeb! Swoją drogą, dobrze się zakonspirowały. Czyżby szykowała się wojna z garderobą?…

Odsłonięty mechanizm czasu tykał nieprzerwanie. Ktosie nie dawały spokoju. Coraz nachalniej właziły pod czaszkę. Były w nim i wokół niego. W sercu, w głowie, w mieszkaniu, za oknem, w powietrzu. Przenikały myśli, jak zapach wypalanych traw przenika ubranie.

Spojrzawszy na lustrzane odbicie, poczerwieniał gwałtownie. Usta wypowiedziały dwa proste, bezlitosne zdania:

– Jesteś starcem. Szukasz starców.

Nie było sensu zarzekać się, zaprzeczać, kłamać. W tych słowach tkwiła najszczersza prawda. Gdyby jakiś ankieter zapytał go, na czym polega jego życie, musiałby wyznać:

– Starzeję się. Żyję z taaaką brodą wspomnień!…

Pindel nie pasował do młodniejącej z każdym rokiem garderoby. Odczuwał coraz większą rezerwę i zniesmaczenie. Jak kret zakopywał się wewnątrz siebie – głębiej i głębiej, właśnie tam, gdzie tyka sekretny mechanizm. Tymczasem młodość wygrywała wszelkie rewolucje, tuczyła się marzeniami o własnej doskonałości, wyśpiewywała swą wieczność, decydując, co, kiedy i jak należy nosić.

Każdyjest indywidualną jednostką! – wykrzykiwały piercingowane usteczka. Życie to kwestia pierwszego liftingu – zadzierały się w górę noski. Fuck, faktycznie jestem fajna! – nadymały się gładziutkie pupobuziuchny. Osiemnaście lat upoważnia do brania – modre oczęta zdradzały lisi błysk. Dostojewski mi zwisa, a Szekspir to ramota. Co innego Doda! – tipsowane paznokietki gmerały w zakolczykowanych pępkach. Pojawiały się też i takie, cioranowskie cymesy: Tylko Budda mógłby być moim sponsorem. Wegetarianizm jest lepszy od jedzenia boczku. Jak można mieć czterdzieści lat? Ja to bym chyba strzelił sobie w łeb.

Gówniarze władali garderobą z bezczelną ignorancją, jakby od nich zaczynał się świat. Wiedzieli, że są jego przyszłością, a pamięć wojen ucinała wszelkie dyskusje. Bo młody bez grzechu jest! Lepiej niech dyktuje warunki, niż miałby dziedziczyć występki starszych, trzymanych na pasku historii. Tych gryzło sumienie, więc starali się przypodobać małolatom. Mówiono o nich: młodzi drugiej świeżości. Jakże boleśnie doświadczył tego Pindel, gdy druga świeżość dotknęła jego starych. Któregoś dnia poszedł do nich, licząc na rodzicielski rosół. Zamiast rosołu zobaczył taki cyrk:

– Wyluzuj, bro. Zróbmy oldskulowy megawypas i wyczajmy trochę hajsu na dzielni. Będzie czaderski melanż. Kminisz? – ojciec zamachał gargantuicznymi łapskami, na których widniały jeszcze odciski po budowaniu socjalizmu.

– Niech tato buja Kena – stęknął rad nierad.

– Ale suchar! – syknęła matka, też neofitka młodości, i nadąsana wróciła do pokoju oglądaćAnanasy z naszej klasy.

Starość przeszła do podziemia. Starcy zniknęli w offie garderoby – w zapomnianych hospicjach, przesyconych zatęchłym zapachem potu. W pełnych pajęczyn mieszkaniach, gdzie cisza kładła się na łóżku po zmarłym współmałżonku, nie bacząc na radio grające od świtu po świt. I wspominali czasy bez światła i czyste rzeki, w których pływały szczupaki wielkości owczarka. Czasem wychodzili do sklepu, czasem do gołąbków i kotków. Od święta pokazywano ich jako relikty dawnych pokoleń i mitologicznych bohaterów AK. I starczy, starcy! I basta!

Pindel nie znał ich wnętrza ani wyglądu. Ani świata, w którym żyli! Jakieś tykające zegary, swetry, hospicja. Jeszcze brakuje słoików z konfiturami, pierożków i domowego ciasta. Przeszedł go dreszcz. Garderobianej ludzkości nienawidził, ta druga dla niego po prostu nie istniała. Zobacz więc, kim są. Idź, sprawdź, dotknij – coś prowokowało Błażeja. Biegnij więc, leć więc, pędź. Stań twarzą w twarz. W imię ktosiów z krainy zjaw!

Kocisko zdążyło zmienić się w słonecznego lwa. Postrzępioną grzywę chmur targał wiatr. Dzika bestia wyżerała zaspy ostrymi zębiskami, szarpała białe mięso śniegu, parujące na chodnikach i jezdniach. Po drugiej stronie ulicy grupka gapiów wymieniała poglądy nad pięcioletnim Batmanem. Bezradnie rozłożone ręce, krew niczym czerwone sznurowadło uwiązane ust. W oddali sygnał karetki, w rynnach – dzwonki pędzącej wody. Znał drogę. Zresztą trudno nie trafić. Kościelna wieża wciąż górowała nad miastem.

Pindel nie wierzył w Boga. Kiedyś owszem, ale od dawna miał męczący chaos we łbie. Bo może i istniał Bóg, ale przede wszystkim istniał bolesny wstyd. Pindel wstydził się za katolicyzm, który był posiniaczonymi oczami sąsiadki, nieomylnością parafialnego bonzy, z którego ust wyskakiwały raniące kawałki szkła; rozwartymi w przedśmiertnych drgawkach udami kobiety z wystającą główką niemowlęcia na znak, że życie jest cudem… Gdyby miał literackie zdolności, napisałby powieśćJak nie zostałem katolem.Byłaby bestsellerem… opisałby wstyd za ludzką małość i podłość. Lepiej już zostać małym i podłym człowiekiem bez Boga niż z Bogiem.

Zgrzytnęły masywne drzwi, woń kadzidła przeniknęła Pindla na wskroś. Nic się nie zmieniło. Gigantyczny gotyk ociekał złotem. Od zewnątrz słoneczny lew porykiwał światłem na wielobarwne witraże, w których ożywały heroiczne historie świętych. Przestrzeń od kamiennej posadzki po rozgwiazdy sklepień wypełniała barwa miedzi. Światłocienie spływały po zaklętym posągu melancholijnej Maryi. Święty Piotr trzymał klucz, święty Paweł – ogromny miecz. Między nimi Jezus wskazywał zachęcająco na swoje otwarte serce.

Pindel zbliżył się do kamiennej misy. Palce musnęły święconą wodę; nienaturalnym ruchem uczynił znak krzyża. Kropla zadrgała na czole. Spłynęła po łuku brwiowym wprost do kącika oka, zmieniając się w łzę. Odgłosy modlitwy wypełniały kościół szmerem, jakby ktoś planował spisek. Pindel ruszył bliżej ołtarza. Kilkoro staruszków siedziało w pierwszych ławkach, przebierając mantrycznie paciorki różańca. Usadowił się zaraz za nimi. Na poręczy ktoś wyrżnął scyzorykiem imię „Jadzia”. Nie było ministrantów, milczały organy, ksiądz beznamiętnym głosem czytał Świętą Księgę. Spod babcinych beretów i chustek wyskakiwały warkoczyki. Dziadkom albo świeciły łysiny, albo kogutki piały na czubkach głów. Uderzył go widok nieproporcjonalnie dużych uszu. Czerwonych, owłosionych, z mnóstwem żyłek – pajączków zastygłych w bursztynie.

Obecność Pindla nie uszła uwagi wiernych. Raz po raz jakiś beret albo łysiejąca potylica wykręcała się ostrożnie, śląc zdziwione spojrzenie, jakby zamiast Pindla siedziała w ławce małpa, wielbłąd lub inne egzotyczne stworzenie. Chciał staruszków, ma staruszków. I co dalej? Klękał jak oni, wstawał i siadał razem z nimi. Zaczął nawet podśpiewywać falsetem. Staruszkowie raz po raz odwracali się, sprawdzając, czy jeszcze jest.

Jedna ze staruszek, babcia ubrana w fioletowy płaszczyk, zerkała częściej niż inni. Dość figlarnie. Niczym psotna uczennica odwracała drążącą główkę i uśmiechała się łobuzersko. Raz nawet puściła do Pindla oko i niby bezwiednie poprawiła siwy warkoczyk zapleciony w jodełkę. Uciekł wzrokiem, czepiając się Jezusowego serca. Srebrny cierń wrósł w czerwoną farbę mięsa.

Nagle… myślał, że śni. Podczas Podniesienia, gdy wszystkich hipnotyzował biały krążek opłatka, młodemu księdzu odpadły uszy. Klapnęły o posadzkę, klap! klap! Pindel wydał z siebie głębokie och! och! Staruszkowie pokiwali głowami: tak! tak! Ksiądz nie zauważył niczego.

– Przekażcie sobie znak pokoju – nakazał i odwrócił się w stronę tabernakulum. Jedno ucho kopnął niechcący w kąt.

Staruszkowie skwapliwie wyściskali Pindla, a on stał oszołomiony. Dopiero gdy usiedli na swoich miejscach, bąknął:

– Pokój wam wszystkim… w ucho…

Jodełkowy Warkoczyk znów puściła oko. Niezła bałamutnica, czarodziejka. Najnormalniej w świecie go rwała! Nie bacząc na księdza, który właśnie mówił: „Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata”, odchyliła się przez ławkę.

– Nie przejmuj się. Nic nie słyszy – oznajmiła całkiem głośno. – Nowy. Każdemu nowemu odpadają uszy. Przyzwyczailiśmy się.

– Młody to głuchy. Jasna sprawa. Znowu trzeba będzie pisać do biskupa – wtrąciła się druga, o twarzy Violetty Villas. Duży kok wypychał kraciastą chustę.

– Ale w zeszłym miesiącu taki jeden to nie śpiewał. Na samym początku przegryzł sobie język i odjęło mu mowę. Zupełnie – dodał z wyrzutem kościsty emeryt w okularach a la John Rambo i błysnął złotym zębem.

– Nie mowę, ale oczy. Padło mu na oczy. Walnął o chrzcielnicę i musieliśmy go podnosić. Oczy poturlały się pod ambonę. Niby asceta, a ciężki był jak jasna cholera! – Jodełkowy Warkoczyk zaprotestowała stanowczo.

– Nie cięższy od alumna sprzed roku. Tak dorwał się do wina, że wybił sobie zęby. Pożyczyłam mu swoją szczękę, żeby dokończył mszę – wypaliła czerstwa baba o kształtach wańki-wstańki.

– Młode to i cherlawe. A wikarego pamiętacie? Poszliśmy do niego gęsiego wyspowiadać się na Wielkanoc. Po mojej spowiedzi miał zawał i to ja zrobiłam mu usta-usta… – westchnęła umalowana jejmość w płaszczu z lisim kołnierzem.

Staruszkowie zaczęli kłócić się między sobą, przywołując na wyścigi tragiczne wypadki kolejnych kapłanów. Pindel nie wiedział, klap, klap, o czym oni, och, och, mówili, tak, tak. Zrozumiał tyle, że po każdej mszy księża podupadali na zdrowiu, ich ciała ponosiły wielkie straty.

– Uwaga, idzie! Dziadziejemy, raz, dwa! – ostrzegł dziobaty staruszek o wyglądzie wojaka spod Monte Cassino.

Wszyscy naraz pokurczyli się w sobie, skłonili do ziemi, zgarbacieli, jakby ktoś zarzucił im na plecy worek z dziesiątkiem dodatkowych lat. Poczłapali do komunii. Ksiądz czekał już przed ołtarzem. Zaczęli wysuwać drążące, łaknące języki, zagarniali opłatek do ust. Byli niczym wygłodniałe pisklęta. Pomarszczone dzióbki rozwierały się ufnie.

Prawe ucho świeciło na posadzce. Klap, klap. Gromadka wróciła do ławek, uklękła i pogrążyła się w modlitwie. Jeden tylko Monte Cassino wstał z kolan i szepnął do Pindla przez ramię, uśmiechając się tajemniczo:

– A ty nie idziesz? Błąd! Korzystaj, zanim będzie za późno na metafizykę. Trzydziestotrzyletnie ciało jest zawsze smaczniejsze niż siedemdziesięcioletnie.

Ksiądz dopił wino, sam sobie zadzwonił dzwonkami.

– Idźcie w pokoju, ofiara spełniona – oznajmił i pozdrowił wiernych znakiem krzyża, po czym zniknął w zakrystii. Na ucho nawet nie spojrzał.

Po wyjściu z kościoła staruszkowie naradzali się w zbitej kupie palt i jesionek, z której raz po raz wystrzeliwały ręce Lisiego Kołnierza. Coś gorączkowo tłumaczyła, próbując przekonać resztę. Gdy Pindel podszedł bliżej, zdołał tylko usłyszeć:

– Mówię wam, że nada się, nada, trzeba powiadomić Ras…

Jejmość umilkła. Jej spojrzenie zaczęło skakać po głowach jak pchła, omijając Pindla.

– Dzień dobry, nazywam się Błażej Pindel – chciał jakoś nawiązać rozmowę.

– Pochwalony! W kościółku? Z samego rana? – zdumiał się Monte Cassino.

– Msza z rana jak śmietana! – powiedział dobrodusznie Rambo Złoty Ząb.

Nikt się nie zaśmiał. Zapadło milczenie. Topniejący śnieg ściekał z dachów. Lśniące krople, nanizane na słoneczne nitki powietrza, zmieniały się w srebrne koraliki. Uderzały o parapety. Nieznośna niezręczność narastała niczym zapach jajek w pociągu. Tylko Jodełkowy Warkoczyk pożerała Pindla oczami. Tak nie patrzyła ani matka, ani babcia, ani stara kobieta.

Tak patrzyła kobieta.

– Więc postanowione – odezwała się enigmatycznie Lisi Kołnierz. – I żeby mi nikt nie zapomniał, alzheimery jedne! – huknęła wesoło.

Pindel taktownie zainteresował się tablicą wieści parafialnych, mimowolnie jednak słyszał każde słowo.

– Nooo, dooobrze… postanowione… i bez wymówek o łupaniu w kościach – Wańka-Wstańka powtórzyła z naciskiem.

– Regulujemy zegarki? – zapytał rzeczowo Monte Cassino.

– Ten zawsze z zegarkami wyskoczy. Nie trzeba. Jak zwykle.Godzina „P” po mszy wieczornej – zgromiła dziadka Lisi Kołnierz.

– Ale ja muszę dzisiaj ze swoim zostać… – wtrąciła nieśmiało Villas.

Staruszkowie zachichotali złośliwie. Rambo Złoty Ząb palnął:

– Zawsze miękki był. Wymoczek. Nawet przy remiku męczył się ostatnio.

– Zmień pieluchę, naparz ziółek, niech siedzi w betach. I dość już o tym, na miłość boską! – Lisi Kołnierz załamała ręce.

– Przepraszam bardzo – odwrócił się od tablicy Pindel. Idealny moment, by ofiarować pomoc. – Wprawdzie nie chciałbym się narzucać, ale jakby co, jestem do państwa usług.

– Obejdzie się – fuknęła Villas. – Nie wpychaj nosa w nie swoje…

– Pieluchy – uprzedził ją sarkastycznie Rambo Złoty Ząb.

Staruszkowie znowu zatrzęśli się niczym galaretki. Pindel spąsowiał.

– Ty parkinsonie jeden! Ofiaro respiratora! – Vil-las syknęła urażona i już jej laska wystartowała ku głowie Złotego Zęba.

– Cisza! Cisza! Jak dzieci, jak dzieci – Lisi Kołnierz zablokowała cios Villas swoją laską. – Miły gest, ale może innym razem – dodała, gasząc Pindla jak świecę. – Dziadziejemy! – rozkazała.

– Dziadziejemy na wszystkie strony świata! Raz, dwa! – powtórzył Rambo Złoty Ząb i wszyscy znowu pokurczyli się momentalnie.

Zaczęli powoli opuszczać placyk. Rozchodzili się ze ślimaczą werwą, brnąc przez roztopiony śnieg. Rambo Złoty Ząb z Wańką-Wstańką podreptali na północ, oprócz dziesiątka lat wzięli na plecy słońce, Villas – na południe, twarzą prosto do rozpalonej tarczy. Lisi Kołnierz – na wschód, z coraz to większym cieniem, Monte Cassino – na zachód, z coraz to mniejszym.

Zostali tylko we dwoje. Cisza zapanowała bardziej niezręczna niż po jajkach w pociągu. Niesamowite! Pełne napięcia i radości oczy Jodełkowego Warkoczyka prześwietlały Pindla na wskroś, podważając jego osobność, jak widelczyk podważa skorupę małża. Nie mógł niczego zataić, niczego ukryć. Poczuł nagość ciała, nagość serca, nagość wszelkich słów, które chciałby wypowiedzieć! Pod wpływem jej wzroku traciła znaczenie garderoba.

– I dokąd teraz? Dokąd, gdy wszystkie strony świata zajęte i nie ma nawet wyspy najmniejszej, gdzie nie istniałby przebrany człowiek? – zapytała łagodnie.

Wokół chlupotało błoto, woda i rozmokły śnieg. Ludzie grzęźli w brejowatej melasie na chodnikach. Przerośnięte, rozhukane miasto psychodelicznie goniło własny ogon. Ciężarówki, światła czerwone, pomarańczowe, zielone, mlask-plask pantofli, kozaków, trzewików. I tak w kółko, noga za nogą, koło za kołem, w tę i z powrotem, naprzemiennie, bez końca. Mlask-plask.

– I dokąd teraz, chłopcze? – powtórzyła, aż ciarki przeszły po plecach.

Jeśli istnieje dziewicza wyspa w nieodkrytej stronie świata, to była nią twarz Jodełkowego Warkoczyka. Jej lewe oko przypominało zielone jeziorko. W zielonym jeziorku odbijał się mały księżyc. Prawe błękitniało głębokim morzem, nad którym nigdy nie zachodziło słońce. Z kącików oczu zamiast zmarszczek wypływały leniwe rzeki. Pieprzyki i krostki wyskakiwały z ich nurtu niczym trzepoczące płetwami rybki. Płatki uszu przybierały kształt muszli, w których szemrała niejedna opowieść. Figlarny nosek górował nad wyspą. Gdyby się wspiąć na jego szczyt, niebo byłoby na wyciągnięcie ręki. Chropowatą mierzeją prawego policzka wędrował cień, na lewym rosła poziomka. Wargi były oazami milczenia i falujących dźwięków. Lekkie wzniesienie podbródka prowadziło na biały półwysep szyi, wprost ku dolince przełyku.

Wyspa zaczęła rozpływać się pod powiekami Błażeja. Staruszka czekała po drugiej stronie ulicy z tym samym uśmiechem, chcąc pewnie sprawdzić, czy pójdzie za nią. Ruszył – podekscytowany, prawie że nieprzytomny. Pożądał i podążał. Bał się i pragnął. Szedł za starą kobietą – tajemniczą wyspą pośród śnieżnej topieli miasta – i nic poza nią nie widział.

Jodełkowy Warkoczyk weszła do klatki jakiejś kamienicy i odwróciwszy się na chwilę, łagodnie przywołała go płonącymi oczami. Chcę, pragnę – serce waliło teraz niczym pneumatyczny młot, roztrzaskując poczucie realności. Znalazł się na klatce schodowej. W takich miejscach garderoba ujawnia swoje niedociągnięcia. Śmierdziało zgniłymi ziemniakami i mysim truchłem, ze ścian odchodziły płaty lamperii, sufit pstrzyły wypalone zapałki. Promień słońca pełzł po schodach niczym padalec. Z góry dobiegł go chrobot klucza. Szybciej!

Drzwi były uchylone, zapachniało gotowaną kapustą, zaskrzypiała drewniana podłoga. Pindel trafił do ciasnego labiryntu pokojów, pełnego szaf, stosów ubrań, połamanych krzeseł, obrazów pokrytych kurzem. Ze zdjęć na komodach spoglądały dzieci w białych podkolanówkach, przez las pędził bicyklem wąsaty mężczyzna, pan młody przywierał ustami do pokrytego różem policzka panny młodej. Pindel ocierał się o rozrośnięte fikusy, potrącał grube kryształy, sterty gazet przy byle muśnięciu rozsypywały się niczym talie kart. Jodełkowego Warkoczyka nigdzie nie było. Zaczynał tracić nadzieję, gdy w uchylonych drzwiach kolejnego pokoju spostrzegł zwisającą z krzesła pocerowaną podkolanówkę. Ostrożnie przestąpił próg.

Środek zajmowało duże łóżko zdobione rzeźbionymi kwiatami, na którym ogromniało brzuszysko pierzyny. Obok, na taborecie, wznosiło się miasteczko pigułek i buteleczek, z mostem łyżeczki nad rozwiniętą wstęgą bandaża. Wokół cisnęły się manekiny młodych kobiet – podobne do tych, jakie można zobaczyć w witrynach tekstylnych sklepów. Manekiny były nagie. Złuszczona farba nadawała ich rysom wyraz delikatnej melancholii, choć tkwiło w nich również poczucie krzywdy, o czym świadczyły wydrapane źrenice. Smukłe ramiona spływały miękko wzdłuż bioder, unosiły się w baletowych pozach lub czule niczym wyśnionego kochanka obejmowały powietrze. Twarze wyrażały tęsknotę za czymś, co nigdy się nie zdarzyło, choć przecież te postaci stworzone były do zakosztowania największych, najwspanialszych doznań. I między drewnianą pięknością podobną do zezowatej Edith Piaf a kukłą Marleny Dietrich z pękniętym nosem i złuszczoną farbą ust dostrzegł Jodełkowego Warkoczyka. Stała nieśmiało, zawstydzona, w koronkowej halce.

Co ma być, to będzie, moja ty wyspo dziewicza! – zadecydował, zdejmując ubranie. Jodełkowy Warkoczyk jest błogosławieństwem, świętym dobrodziejstwem! – próbował dodać sobie odwagi. Drżał jak galareta, zbliżając się w slipach i mokrych skarpetkach do staruszki. Nigdy nie był tak blisko nagiej starości. Fizycznie – kilka centymetrów, ale mentalnie – pokonywał lata świetlne. Bo między Bogiem a prawdą, Pindel obawiał się tego ciała, dłoni, brzucha i ust. Tu nie chodziło o wstręt, karty rozdawał lęk przed dotykiem nieznanego świata, który za chwilę ujawni się w ohydnym kształcie albo przeciwnie – rozepnie przed Pindlem tęczę z nigdy niewyśnionych snów. Jej pierś falowała pod halką, białawe ramiona pstrzyły się żyłkami, poniżej postrzępionej koronki rysowały się zygzaki rozstępów. Oczy Jodełkowego Warkoczyka nabiegły łzami rozrzewnienia. Wprawdzie Pindlowi daleko było do Apollina, ale przyjął je z dumą. Tymczasem ona uwolniła ze wstążki długi warkocz i rozpuszczone włosy okryły ciało. Wyrosła przed nim cudownie ośnieżona Jodełka. Chciał odgarnąć włosy z jej czoła, ale staruszka umknęła za manekin Marleny Dietrich i ręką wskazała na pierzynę.

Niech będzie i taka wstępna gra – Błażej przyjął pozycję na wznak. Nie nalegał, wszystko ma przecież odpowiedni czas, choć nieco się zdziwił, gdy Jodełka chwyciła drewnianą Marlenę bez warg i położyła przy nim, pośrodku łóżka, a sama zajęła miejsce po drugiej stronie. I tak znieruchomieli w całkowitej ciszy. Niczym święta trójca kochanków: Pindel, manekin, Jodełka. Bez dotyku, bez słów. Czuł, jak chłodne biodro Marleny Dietrich dotyka jego uda. Za ścianą zegar wybijał pełną godzinę. Postanowił, że zaraz po ostatnim uderzeniu najdelikatniej, jak tylko potrafi, dotknie piersi Jodełkowego Warkoczyka. Tak jakby dotykał opuszką palca kwietnego puchu. Lecz gdy tylko wyciągnął dłoń, Jodełka wyznała mu do ucha:

– Nie trzeba, chłopcze… Tak jest dobrze. Nie trzeba…

I stanowczym ruchem przesunęła mu rękę na pierś manekina, zaczęła nią krążyć wokół martwego, bezbarwnego sutka. Wędrowała jego palcami po drewnianych udach, jego dłonią gładziła śliskie lalkowe podbrzusze, pieściła szyję i sztuczne włosy, pachnące kurzem. Pindel tężał i stygł, i kochał się z Jodełką poprzez dotyk ciała manekinowego! Dotykał jej poprzez chłodną uległość kukły! Tulił Jodełkę, doznając pod dłonią uległości beznosej Marleny! Pustej, beznamiętnej. Raz tylko uniósł nieco głowę. Nagość Jodełki okrywały szczelnie pasma długich siwych włosów.

– Niczego więcej nie trzeba – usłyszał. – Zaraz będziesz musiał sobie pójść. Ale przed wyjściem wysuszę ci skarpetki i napijemy się gorącej herbaty z lipy.

Poczuł się niczym niedołężny, drewniany dziadek. Jeśli istnieje piekło, jest starym magazynem, zaludnionym manekinami. Człowiek trafia do niego wprost z garderoby, jego serce zamienia się w kawałek drewna.

Odrobina istnienia, jaka nie zdążyła stwardnieć, pozwala przyjąć pozę, w której musi pomieścić się całe minione życie. Lecz niemożliwa jest taka poza. Człowiek zastyga w rozpaczy, staje się kukłą nieszczęsną, koślawą.

Pindel nie stanął nad księżycowym stawem. Nie zanurzył ciała w rozsłonecznionej toni jeziora. Nad brzegami leniwych rzek nie złapał błyszczących rybek. Nie wsłuchał się w opowieść szemrzących muszli, nie wspiął się na figlarny szczyt. Piaszczystą mierzeją policzka nie przeszedł ku oazie warg. Dziewicza wyspa zniknęła pod wielką falą manekinowej materii.

Dotykając Marleny Dietrich w ciężkim półśnie, czuł na sobie zimne spojrzenie stojącej tuż obok Edith Piaf.

***

Jamniczek Tupta ma zły dzień. Zwieszony smętnie łeb, niedokładnie zapięty kostium – psisko jest w stanie depresji. Nie merda ogonem, nie aportuje, nie szczeka.

– Ty, Tupta, postaw piwo – skrzekliwy głos wita go w mlecznym barze.

Fioletowy na twarzy alfons napiera na psa. Inni też czegoś żądają. Wyciągają ręce i długie, plamiste szyje. Nędza pazerna jest. Nędza nigdy nie ma dość.

– Za de volaille'a zrobię, co chcesz – rechocze znajoma bladź, ukazując źle skrojony garnitur zębów. Reszta biedaków bije jej brawo.

Po spotkaniu z Jodełką straciła dla Pindla blask maskarada. Dobiegł końca psi karnawał i jeszcze ordynarniej wykrzywił się świat. Błażej nie wiedział, dlaczego tak pokracznie wyszło… Pierzyna, łóżko. Dwa ciała i ścisk manekinów. Pod maską Tupty rosło rozgoryczenie. Jodełkowy Warkoczyk… zatopiona wyspa… niedostępna kraina… Pindel przypomniał sobie, jak siorbał lipową herbatę, czując na sobie oddech kobiecych kukieł, a ona suszyła żelazkiem skarpetki – opadające włosy tworzyły woalkę. Stukając łyżeczką, wysyłał szklany sygnał, odpowiadała mu nitka pary unosząca się ze skarpetek. Mówili innym narzeczami, milczeli w innych rejestrach. Zamiast wyspy, zamiast dotyku Warkoczyka pisana mu tylko kukła! Manekin! Lalka… Jak on sam i jego Tupta.

Istniała jeszcze jedna, ostatnia szansa – park. Niedługo wieczór, więc wróci do swoich. Do Wafla, do Violi, Pudlika… Nie wszystko stracone. Może Jodełka zmieni zdanie, gdy uświadomi sobie, że Pindel jest koronowanym „cześćrexem”, przywódcą starych zjaw, zbuntowanych przeciwko młodości.

Tych kilka godzin przeczekał w chińskiej knajpce naprzeciw parku. Psi pysk wzbudzał zaciekawienie. Dwie panienki chichotały, pokazując sobie Tuptę. Obok łysy kolo w kurtce bordo żarł kurczaka, kręcąc mordą. Pokawałkowane ciała wołów i drobiu skwierczały za przepierzeniem. Pindel obserwował pejzaż za szybą. Pierwszy śnieg stopniał, zima machnęła ręką – nie ma ochoty, jeszcze nie teraz. Jesień również nie chciała wrócić. Zniknęła feeria złota, szkarłatu i miodu. Listopad wyśpiewywał swoje smętne: bo ja jestem, proszę państwa, na zakręcie. Królował mokry popiół ziemi, betonu, asfaltu. Nie było nikogo, kto włączyłby betoniarę zmieniających się aur i krzyknął na zimę: hej, czyść, szpachluj, wybielaj!

Nad drzwiami rozbłysnął żółty smok. Zionął zygzakami ognia, podpalając litery podobne do wiejskich chałupinek na zapadłej chińskiej prowincji. Pora iść

– Pindel dopił piwo i chwycił Tuptę za pysk.

Głęboki zmierzch obsiewał parkowe alejki ciszą. Lampy oliwkowymi sukienkami światła muskały ziemię. Wyglądały jak czuwające panny, czekające na przyjście świtu. Można było ulec złudzeniu, że chimeryczny artysta najpierw wykonał rysunek ołówkiem, ciesząc się z najsubtelniejszych odcieni szarości, ale zaraz rozmyślił się i zaczął zaczerniać węglem wszystko, poza sukienkami panien.

Pindel usiadł na tej samej ławce co poprzedniego dnia. Rozglądał się na wszystkie strony, wypatrywał ruchu między ledwie obrysowanymi konturami drzew. Zarzucił kostium jamniczka na plecy, włożył pysk Tup-ty i zaczął przechadzać się między drzewami. Zaglądał w rozpęknięte pnie, ufając, że w szczelinach otworzy się przestrzeń, przez którą wyjdzie Wafel, Viola i inni.

– Ktosie! To ja, cześćrex. Wychodźcie. Jestem

– prosił i rozkazywał.

Bez skutku. Obiegł cały park, lecz wrócił do punktu wyjścia, na ławkę. Nad głową zgasła lampa. Jedną z czuwających panien zmorzył sen, reszta stała niezmiennie na straży. Żadnej rebelii, żadnych zjaw! Ha, ha! Gówniarzu, jesteś cienką zmarszczką pod okiem wieczności, nigdy nie stanąłeś nad przepaścią rozkładającego się ciała – zaczął szydzić z siebie Pindel. Zamówił taksówkę, tam przy pasach, ha, ha, ha, gdzie odsłonięte pępki panienek zmieniały się w węże, syczały na Pindla, ha, ha, ha, a piersi dziewcząt kusiły jak rajskie jabłka. Ha, ha, ha!

Na księżycowej werandzie dobiegła końca cowieczorna libacja. Głowa Wiosenki opadła miękko na stół. Jej właścicielka wyglądała jak zmęczony Bachus. Pusta flasza, podobna do zdmuchniętej świecy, nie spadła. Chmury przepłynęły bezpiecznie, unosząc gdzie indziej nabrzmiałe pęcherze deszczu i śniegu.

Ha! Ha! Ha! – rechotał Pindel w środku taksówki. Kierowca miał głowę dojrzałego mężczyzny. Ale cóż to za przebieranka?! Resztkami woli powstrzymywał rękę, by nie zedrzeć z niego maski. Kim się okaże naprawdę? Gówniarzem, starcem, a może żabą, różyczką, dzbankiem? Już miał go szarpnąć, gdy taksówka stanęła.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmił gówniarz, starzec, różyczka, dzbanek.

Pindel otworzył drzwi, jakby odchylał rybie skrzela od wewnątrz.

Nawet się nie zdziwił, kiedy zgarbiona staruszka znowu przecięła mu drogę.

***

To nic, że głęboka noc przewraca sen bloku z boku na bok. Pindel ujmuje pilota i czyni sobie posłuszną planetę telewizyjnych kanałów. Tu spieczona Afryka i rozwarta paszcza tygrysa, tu skuta lodem Antarktyda i pingwin we frak dziobem się wgryza, tu powtórka debaty o losach ludzkości. W debacie udział biorą: milusia aktoreczka – piękne, piękne usteczka; młodziutki gwiazdor – oko zrobione jak trzeba, więc okiem do kamery strzela; obandażowany Batman oraz redaktor pisma „Oklaski na Stojąco”. Młodość pierwszej świeżości.

Dziennikarz: Myślę, że nasza garderoba daje młodym za mało szans.

Milusia: Miłość musi być całodobowa, dla samotnych – w promocjach.

Gwiazdor: Nie chcemy być ministrantami, my jesteśmy Janami Pawłami!

Batman: Upadłem koło drogi. Nikt nie zrobił żadnej foty!

Pindel zasłuchał się w oralne popisy późnych wnuków Cycerona, które dowodziły jednego – im głupiej, tym mądrzej. Tymczasem jakaś starucha zaczęła nasłuchiwać pod drzwiami mieszkania. Brakło jej tchu. Jeszcze raz posłuchała, czy nie idzie ktoś po schodach… Namacała siekierę w pętli. Czym nie za bardzo… blada… – pomyślała. – Może by jeszcze zaczekać… aż serce się… Ale serce jakby naumyślnie waliło coraz mocniej. Wolno wyciągnęła rękę i zadzwoniła. Nic, żadnej odpowiedzi. Musi być w domu, przecież wchodził. Zadzwoniła ponownie, zapaliła światło na klatce i rozmyślnie poruszyła się, żeby nie wyglądało na to, że się chowa… Jeszcze mgnienie i dało się słyszeć otwieranie zamka.

Dwoje zdumionych oczu wyjrzało przez szparę drzwi. W obawie, że Pindel się przestraszy, starucha pchnęła drzwi. Ponieważ zagradzał wejście, ruszyła wprost na niego. Odsunął się na bok zdezorientowany.

– Moje uszanowanie – zaczęła możliwie naj-swobodniej, choć skrzeczenie własnego głosu ją samą napawało podejrzliwością. – My się nie znamy… – odchrząknęła – ale przychodzę z wiadomością od ktosiów… Podejdźmy do światła. – Nie czekając, weszła do kuchni i zapaliła lampę.

– Ja panią znam… To pani tak przez ulicę, codziennie, tuż przed nosem.

– Tak, tak – pospieszyła starucha, widać rada, że ją rozpoznał, więc na pewno nabrał ufności. – Nie mogli się zjawić osobiście, więc mnie przysłali. O, tu mam od nich list. Zaraz, zaraz, gdzie ja go wsadziłam – zawiesiła głos i zaczęła przeszukiwać kieszenie wełnianego kubraka.

– Proszę, proszę, niech pani usiądzie – Pindel wskazał krzesło.

– Nie, dziękuję – odparła szybko, oceniając, nie bez słuszności, że przy siedzeniu siekiera zacznie wystawać. – Uff, wysoko pan mieszka. Ależ się zmachałam. Gdyby mógł pan być tak dobry i dać mi trochę wody…

Pindel sięgnął do suszarki po szklankę, tym samym spuszczając babcię z oka. Naiwny synuś – starucha tylko na to czekała. Rozpięła kubrak i wydobyła siekierę z pętli. Ręce okropnie jej osłabły, bała się, że upuści siekierę na podłogę.

– Gazowanej czy z kranu? – Pindel już odwracał głowę.

– Z kranu, z kranu, broń Boże gazowana. Od gazowanej mam zgagę – wyrzuciła pospiesznie. Gazowana stała na stole. Pindel odkręcił kran.

Nie miała ani chwili do stracenia. Uniosła oburącz siekierę i machinalnie spuściła ją obuchem na głowę Pindla, lecz on w tej samej chwili odwrócił się i wypuściwszy szklankę, machinalnie uniósł rękę. Siekiera trafiła w palce, z palców ześlizgnęła się na głowę i wytraciwszy pęd, z hukiem walnęła o podłogę.

– Co pani?! Zwariowała?! – ryknął, choć więcej w tym było zadziwienia niż bólu. – Co pani? Ja tu dla pani wodę, a pani siekierą po głowie?

Cholera jasna! Przecież doskonale znał tę scenę, tyle że wtedy było odwrotnie. Starucha aż skurczyła się od krzyku Pindla. Klapnęła na krzesło i gwałtownie zapłakała.

– Nawaliłam, mój Boże! – szloch wstrząsał zasuszonym ciałkiem, a on patrzył na rozbite szkło.

Nie bolało tak strasznie, jedynie parzyło, jakby ktoś osmalił dłoń ogniem. Z głowy krew ściekała obficie, tworząc na podłodze czerwoną kałużę z archipelagiem ostrych szklanych wysepek. Nie wiedział, co począć. Wyrzucić z domu czy po policję dzwonić? Sięgnął po nową szklankę, nalał wody, napił się, po czym nalał jeszcze raz i wcisnął naczynie do rąk staruchy.

– I co ja mam z babcią zrobić?… Tyłek przetrzepać? Wezwać policję?

– Sromota i hańba! Takich błędów się nie wybacza – rozpaczliwie łykała wodę i łzy, a jej krasnale ciało zwinęło się niczym suchy liść.

– Już dobrze, proszę nie płakać – bąknął pojednawczo.

Żal mu zrobiło się starej. Co ona winna, że zbzikowana? Pomieszało się w siwej główce. Może renty nie ma, może jakiś szlachetny cel kazał machnąć siekierą… Kto wie… Podziemie starców radykalizowało się.

– Pozwól mi, chłopcze. Mogę? – poprosiła, gdy wyjął z szuflady środki opatrunkowe.

Płacz ucichł. Nie czekając na odpowiedź, zaczęła opatrywać mu głowę i rękę. Przemyła wodą utlenioną, przykleiła plastry i dokładnie obandażowała.

– Byłam sanitariuszką – zdradziła nieśmiało.

– No i bardzo ładnie. Sanitariuszki nie płaczą – chciał dodać jej otuchy.

– Masz rację, chłopcze. Nie płaczą, chyba że ukradkiem.

Pindel patrzył jej w oczy i jakby wołał: oj, staruszko, staruszko! Ona patrzyła mu w oczy i jakby wołała: oj, chłopcze, mój chłopcze! I wołali spojrzeniami, starając się przedłużyć ciszę. Co począć ze sobą? Co począć z siekierą przy zlewie? Ktoś tutaj miał zostać mordercą, ktoś leżeć miał martwy od paru chwil. A przecież zbrodnia i kara to papużki nierozłączki, podkarmiane rączką Soni.

Nagle na schodach dał się słyszeć tupot wielu nóg. Hałas narastał i od przedpokoju padł okrzyk:

– No i co, Raskolnica, mamy go?!…

W progu kuchni stanął John Rambo Złoty Ząb. Za nim do mieszkania wgramoliła się Villas i Lisi Kołnierz, i Wańka-Wstańka, i Monte Cassino i… och, ona… Jodełkowy Warkoczyk. Wpakowali się wszyscy. Po twarzach przemknęły błyskawice, lecz widząc żywego Pindla, zamarli.

– Mamy… klops – wyjąkał Monte Cassino.

– Taaak… – Lisi Kołnierz przeciągnęła słowo, chcąc pewnie zyskać na czasie.

Raskolnica znów uderzyła w płacz i schowała się za plecami Pindla, który patrzył melancholijnie na Jodełkowy Warkoczyk. Wysyłał ckliwe spojrzenia, lecz ona nic a nic. Jakby nigdy nie leżeli nago w jednym łóżku, jakby nie pili razem lipowej herbaty. Jej twarz była pustą ślizgawką, porysowaną łyżwami czasu.

– Do wesela się zagoi – walnął Rambo Złoty

Ząb.

– Oby. Ale jak już tak jesteśmy razem, to niech państwo przynajmniej usiądą – zaproponował z przekąsem Pindel, kryjąc żal do niewdzięcznicy.

Warkoczyk to jedno, a sytuacja – drugie. Był ciekaw, dokąd to wszystko zmierza. Staruszkowie zerkali na pokrwawioną siekierę.

– Usiąść zawsze można. Tylko niech Raskolnica przestanie płakać, bo nie wytrzymam, zdzielę przez łeb.

– Lisi Kołnierz przysiadła na brzeżku krzesła, zaplecionymi dłońmi objęła wydatny brzuch.

Tamta momentalnie zamilkła, reszta usiadła za stołem niczym apostołowie do Ostatniej Wieczerzy. Brakowało miejsc, więc Pindel przyniósł z pokoju dodatkowe krzesła. O dziwo, siekiera zniknęła, a staruszkowie udawali, że w kuchni nie zaszła żadna zmiana. Pierwsza niewinna, Raskolnica, grzebała paluszkiem w doniczce.

– Załatwmy sprawę szybko. Późno, niedługo świt. Niech ktoś mi powie, o co w tym wszystkim chodzi… No więc?… – Pindel ziewnął ostentacyjnie.

Staruszkowie popatrzyli na siebie, jakby wypychając się kolejno do odpowiedzi. I ni stąd, ni zowąd Villas wydarła się wniebogłosy:

– O ty, wybawicielu nasz, ostatnia szanso! – padła przed Pindlem na kolana. – Nadstaw się jeszcze raz i wybacz krwawy występek; on zrodzon z wiary, że zabite ciało wstępuje do krainy, gdzie zanurzone w śmiertelnej formalinie losy naszych bliskich odwrócić można. O ty, naznaczony świętym stygmatem przemijania naszego! O, ty…

– Zwariowałaś?! Na miły Bóg, Lodzia?! – przerwała lamentacje Lisi Kołnierz. – Wazeliniaro. Nie mogę tego słuchać. Tu trzeba bardziej racjonalnie, na chłodno. On nie jest idiotą.

– To sama sobie mów! – dotknięta do żywego Villas wstała z kolan.

– Tak, tak, Jadzia, mów. Ty najlepiej, ty umiesz

– przytaknęli staruszkowie.

Jadzia-Lisi Kołnierz zrobiła wyniosłą minę starej hrabiny i z ust wypuściła jedno zdawkowe słowo niczym białą haftowaną chusteczkę:

– Miejsce…

Cassino podniósł się błyskawicznie, stawiając swoje krzesło pośrodku kuchni.

– Siadaj, siadaj, to dla ciebie – zachęcił Pindla niczym uniżony paź hrabiny.

Hola, hola! Siekiera