Rebel Fleet. Tom 4. Flota Ziemi - B.V. Larson - ebook

49 osób właśnie czyta

Opis

Ziemia nareszcie dysponuje garstką własnych okrętów. Ludzkość, otoczona przez rebelianckich i imperialnych Kherów oraz przez tajemniczych Nomadów, ośmiela się bronić swojego prawa do niepodległości.

To wywołuje ostrą reakcję społeczności międzygwiezdnej. W oczach sąsiadów jesteśmy raczkującą cywilizacją złożoną z niebezpiecznych istot, które nie znają swojego miejsca.

Wśród Kherów panuje zasada, że wolność da się uzyskać jedynie w walce. Wrogo nastawione floty nadlatują, by nam o tym przypomnieć, a kapitan Leo Blake znów rusza w podróż w nieprzyjazne zakątki kosmosu.

Nie jesteśmy gotowi, ale nie możemy zwlekać. Rozpoczyna się gra o wszystko.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 365

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Earth Fleet (Rebel Fleet Series Book 4)

Copyright © 2018 by Iron Tower Press, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:[email protected]

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-66375-12-3

ISBN MOBI: 978-83-66375-13-0

1

Szkolenie nowych załóg w Dowództwie Sił Kosmicznych nigdy mi się nie nudziło. Co trzy miesiące przychodził kolejny zespół, a ja byłem ich instruktorem walki – choć oni nazwaliby mnie inaczej. Miałem dzięki temu okazję poznać ludzi, zobaczyć nowe twarze… a potem wdeptać je w podłogę.

– Hej! Kapitanie Blake! – zawołał do mnie pewien chorąży pierwszego dnia szkolenia. – Nie dam się dzisiaj nabrać na żadne sztuczki. Żeby była jasność.

Pozostali zamilkli i wpatrzyli się w nas. Wcześniej, kiedy wszedłem do sali, rozmawiali półgłosem, ale teraz zrobiło się całkiem cicho.

Na moich zajęciach panowała względnie luźna atmosfera. Tak chciałem i informowałem o tym na samym początku. Jednak mimo wszystko ten chorąży był pierwszą osobą, która głośno wyraziła swoje zdanie, w dodatku niezbyt uprzejmie.

Patrzyłem na niego przez kilka długich sekund, a on odwzajemniał spojrzenie. Wreszcie opuścił wzrok, ale zaraz potem znów na mnie spojrzał.

Nie czułem do dzieciaka żadnej szczególnej niechęci. Był w porządku. Zajęcia miały na celu nauczyć świeżo upieczonych oficerów raczkującej ziemskiej floty kosmicznej, jak nie dać się stłamsić w Galaktyce, gdzie hołdowano innym zasadom niż te, które znali. Takie chwile walki o dominację były w zasadzie kluczowe dla procesu szkolenia.

Po latach życia w wojsku należało oduczyć tych oficerów dyscypliny, bo tylko tak mogli sobie poradzić wśród kosmitów. W starych, dobrych czasach dyscyplina stanowiła element każdej szanującej się marynarki wojennej na Ziemi, a Brytyjczycy byli pionierami, jeśli chodzi o morskie standardy. Zbudowali największe w historii imperium, choć sami żyli na maleńkiej wysepce.

Jednak czasy się zmieniły. Przestaliśmy być więźniami pojedynczej kuli błota. Różne ziemskie siły zbrojne nie marnowały już czasu na sprzeczki między sobą – w każdym razie niezbyt często. Obecnie wojny toczyły się w kosmosie, a walczącymi zawsze była mieszanka ludzi i innych Kherów.

To dobrze, że chorąży na chwilę opuścił wzrok. Choć o tym nie wiedział, uchroniło go to przed ostrym laniem.

Jako instruktor walki i pierwszy łącznik między nimi a resztą sił zbrojnych, miałem za zadanie nauczyć tych ludzi kultury Kherów, nie mogłem więc pozwolić, by ktoś otwarcie rzucał mi wyzwanie. To obniżyłoby mój status w oczach pozostałych, znacznie utrudniając pracę.

Upłynęła kolejna pełna napięcia chwila. Wezwałem chorążego przed klasę. Pozostali studenci – było ich w sumie koło dwudziestki – odetchnęli z ulgą. Zaczęli się śmiać i drwić z kolegi.

– Masz przerąbane, Billson! – przekrzykiwali się. – Łamacz Szczęk się tobą zajmie!

„Łamacz Szczęk” to mój kryptonim wśród agentów bezpieczeństwa, którzy obserwowali wszystko i wszystkich w dowództwie. Zawsze byłem z niego dumny, a kiedy jakimś sposobem wyciekł, stał się przezwiskiem używanym przez uczniów.

Billson wyglądał na trochę zaniepokojonego, ale robił buntowniczą minę. Był dużym facetem, wielkim jak Samson. Zbliżył się dumnym krokiem, kołysząc szerokimi barkami, eksponując efekty pracy na siłowni. Jego ręce też robiły wrażenie, ale to wszystko nie miało znaczenia.

Billson zwolnił, ale dałem znak, żeby podszedł bliżej. Po chwili stał tuż obok mnie.

W ręku trzymałem kij, tak jak zazwyczaj podczas zajęć. Na końcach kijów do walki często umieszczaliśmy odważniki pokryte cienką warstwą obicia, ale tym razem były zdjęte. Drąg przypominał więc zwykły kij od miotły, wykonany z twardego drewna i długi na półtora metra.

Gwałtownym ruchem zbliżyłem koniec broni do twarzy chorążego. Drgnął.

– Bierz – powiedziałem.

Po chwili wahania wykonał polecenie.

– Proszę posłuchać – odezwał się – nie chciałem…

– Nie, nie – przerwałem, kręcąc głową. – Teraz nie możesz się wycofać. Wypowiedziałeś się. Rzuciłeś wyzwanie. Żaden rebeliancki Kher nie da ci szansy, żeby się po czymś takim wycofywał.

– Ależ, sir, ja tylko…

– Unieś kij! – rozkazałem. – Nie ułatwiaj mi tego za bardzo.

Wreszcie dostrzegł błysk w moich oczach i pojął, że nie wykpi się czczym gadaniem. Sprawiał wrażenie zmartwionego, ale i zdeterminowanego.

Zrobił krok w tył, okręcił sobie kij przez bark i znów go chwycił. Ruszał się jak człowiek wyszkolony w walce. W tym momencie uświadomiłem sobie, że to podstęp. Chłopak trenował sztuki walki. I nieprzypadkowo ćwiczył z bronią, jakiej lubię używać. Zaplanował to sobie.

Zlustrowałem go wzrokiem. Reszta uczniów oszalała:

– Zaczyna się!

– Skop mu tyłek, Billson!

– Sto kredytów na Łamacza Szczęk! Obstawiajcie!

Postarałem się, żeby nikt nie wyczytał z mojej twarzy niepokoju. Zastanawiałem się, czy nie wyjąć drugiego kija z jednej z szafek ustawionej wzdłuż ścian, ale na to było za późno.

Źle oceniłem sytuację. Planowałem pokonać dzieciaka gołymi rękami, żeby go upokorzyć i zyskać w oczach grupy. On jednak okazał się kimś więcej niż kolejnym umięśnionym krzykaczem.

Przez parę sekund ubolewałem nad przeciekami, które znacznie utrudniały mi pracę. Im więcej załóg szkoliłem, tym częściej rozmawiały one z nowym narybkiem. Moje niespodzianki i sztuczki stawały się powszechnie znane. Minęły dni, kiedy mogłem bezkarnie tłuc nowych, aż stali się posłuszni. Ten słodki element zaskoczenia przeszedł do historii. Obecnie miałem do czynienia z załogami, które dobrze wiedziały, co je czeka.

A ten chłopak, Billson, poważnie przygotował się na nieuniknioną konfrontację.

Mierzył mnie wzrokiem człowieka, który znalazł grzechotnika na schodach werandy. Uniósł kij, nerwowo przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę. Raz po raz zaciskał i luzował palce na broni. Był zdenerwowany, spięty, maksymalnie gotowy – a jednak niechętny do zadania pierwszego ciosu.

W tym momencie podjąłem decyzję. Ułożyłem sobie w głowie rozwiązanie problemu taktycznego, jaki stanowił Billson. Otóż w takich sytuacjach należy oszukiwać. Nie jestem z tego dumny. No… może… To jednak kłamstwo. Jestem z tego dumny.

Pierwszorzędny ze mnie oszust. Proszę, stwierdziłem to otwarcie.

Na swoją obronę powołam się na artykuł, w którym czytałem, że politycy, dyrektorzy wielkich firm, a nawet dowódcy wojskowi są cztery razy bardziej skłonni oszukiwać w golfa niż przeciętny człowiek. Przynajmniej znalazłem się w doborowym towarzystwie.

Zamiast przybrać postawę bojową, ruszyłem w stronę szafek, przechodząc obok dzieciaka. Śledził mnie wzrokiem, a gdy tylko go minąłem, zmienił chwyt. Teraz trzymał broń jak kij bejsbolowy i zamierzał potraktować moją krótko ostrzyżoną czaszkę jak piłkę.

2

Nie miałem pewności, czy Billson ma jaja, by zadać cios znienacka, ale tego należało się spodziewać. Dlatego właśnie zaryzykowałem i odwróciłem się do niego plecami.

W ramach szkolenia musiałem czasem atakować swoich uczniów w niehonorowy sposób. Dzięki temu uczyli się, że wśród rebelianckich Kherów – jak nazywaliśmy szeroką gamę stworzeń zamieszkujących planety krążące wokół pobliskich gwiazd – atak z zaskoczenia nie jest wbrew zasadom.

Billson ewidentnie odrobił pracę domową. Jeszcze zanim przestąpił próg klasy, wiedział, że zdradziecki cios od tyłu jest dopuszczalny. A nawet więcej – że tego się od niego oczekuje. Jego jedyny błąd polegał na przekonaniu, że zdoła mnie zaskoczyć. Nie wiedział, że nadal go obserwowałem, odwrócony tyłem. Szczerze mówiąc, nie miał szans o tym wiedzieć. Przecież oszukiwałem.

Jedną z przewag, które dawał mi sym, była moc percepcji. W ten sposób określałem fakt, że symbiotyczne stworzonka żyjące w moim ciele bezustannie gromadziły dane. Sym potrafił łączyć się z siecią za pośrednictwem zwykłego wi-fi i pobierać informacje, przetwarzać je, a potem użyczać mi mentalnego obrazu otoczenia.

Zazwyczaj korzystałem z tej zdolności do obserwacji lokalnej przestrzeni kosmicznej. Pilotując okręt, korzystałem z mentalnego obrazu jak z mapy, na której widziałem pozycję swojej jednostki. Scalając dane z sond, czujników i tak dalej, „widziałem”, gdzie znajduje się mój okręt względem jednostek wroga.

Dziś wykorzystałem znacznie łatwiejszą metodę – posłużyłem się kamerami monitoringu. Dzięki temu widziałem, jak Billson bierze zamach niczym pierwszoligowy bejsbolista, mierząc w czaszkę.

Uchyliłem się. Kij musnął moje krótko przystrzyżone włosy.

Chwyciłem kij i szarpnąłem. Billson popełnił wówczas swój największy błąd, jeśli nie liczyć pyskowania na samym początku. Kurczowo ścisnął broń. Ktoś mądrzejszy zwolniłby chwyt i rąbnął mnie pięścią w nerki.

Dał się jednak zaskoczyć, więc mocno trzymał broń, którą mu dałem, dopatrując się w niej przewagi.

Stracił równowagę, a gdy pociągnąłem za kij, twarz młodego mężczyzny idealnie trafiła w mój wysunięty do tyłu łokieć. Cios wymierzyłem precyzyjnie, całkiem jakbym miał oczy dookoła głowy – bo tak właśnie było.

Przez najbliższych dziesięć sekund zadbałem, aby dzieciak pożałował, że ze mną zadarł. Wkrótce leżał na ziemi, krwawiąc i chowając twarz w pokiereszowanych rękach.

Nie zbiłem go na miazgę. W końcu spuścił wzrok na samym początku, a wyzwał mnie dlatego, że wiedział, co go prędzej czy później czeka. Po szóstym albo siódmym ciosie kija grupka uczniów przestała kibicować i całkiem ucichła. Patrzyli przerażeni, jak Billson jęczy i wije się z bólu.

Nabrałem powietrza, wyprostowałem plecy i oparłem się na zakrwawionej broni. Do skąpanej w czerwieni końcówki przylgnęła kępka ciemnych włosów Billsona, które sterczały mi spomiędzy palców, ale ja prawie tego nie zauważałem. Piekł mnie prawy policzek, a żebra bolały, bo dzieciak nie padł bez walki. Specjalnie więc przybrałem zrelaksowaną pozę, udając, że nawet mnie nie tknął.

– Ktoś jeszcze ma ochotę? – zapytałem.

Nikt się nie odezwał. Nie rozległ się szept ani nawet kaszlnięcie. Wszyscy patrzyli osłupiali i wystraszeni na drżące ciało na podłodze.

– W przeciwieństwie do większości z was – kontynuowałem – Billson postanowił od razu przejść do ostatniego punktu szkolenia. Zaryzykował na samym początku i ja to doceniam. Przyznaję mu za to jeden punkt statusu.

Przykułem ich uwagę. Wciągnęli powietrze i teraz, zamiast na ofiarę, patrzyli na mnie. Świeżo upieczeni rekruci rzadko dostawali punkty.

Flota Rebeliantów działała na zupełnie innych zasadach niż tradycyjne siły wojskowe. Składały się na nią dosłownie tysiące rodzajów istot z różnych planet, a lokalne hierarchie nic nie znaczyły. Choćby ktoś był na Ziemi generałem, hrabią albo królem, we Flocie Rebeliantów było się nikim, dopóki nie zdobyło się pozycji, zaczynając na samym dole.

Należałem do rzadkości, bo jako jeden z nielicznych Ziemian przeszedłem tę drogę. Miałem stopień kapitana w ziemskim Dowództwie Sił Kosmicznych, ale posiadałem również stopień równoważny komandorowi porucznikowi w prawdziwej flocie – Flocie Rebeliantów.

Żeby dosłużyć się tak wysokiej szarży, musiałem zdobyć około miliona punktów. Dzięki temu miałem ich wystarczająco dużo, żeby rozdawać je bez mrug­nięcia okiem osobom niżej postawionym. Otrzymywane punkty zawsze umniejszały pulę przełożonego. Każdy przeskok na wyższy szczebel był dużym awansem, a liczba punktów wymaganych na kolejne stopnie wzrastała wykładniczo. System dawał więc dowódcom możliwość hojnego nagradzania swoich najbardziej obiecujących podwładnych.

Zrobienie dobrego wrażenia na osobie stojącej wyżej nie było jedynym sposobem na otrzymanie punktów. Dało się je również zdobyć, pokonując osobę o podobnej pozycji. Właśnie dlatego pojedynki były tak powszechne.

– Zgadza się – powiedziałem do uczniów, stukając kijem dygoczącego Billsona. – W oczach Floty Rebeliantów ten człowiek was wszystkich przewyższa.

Nad tłumkiem zszokowanych uczniów uniosła się dłoń. Należała do młodej kobiety i drżała z nerwów. Ale przynajmniej jej właścicielka miała dość odwagi, żeby się odezwać.

– O co chodzi? – zapytałem.

– Kapitanie Blake, czy nie powinniśmy wezwać służb medycznych? Billson chyba jest poważnie ranny.

Zmarszczyłem brwi i szturchnąłem Billsona czubkiem buta.

– Billson? – zapytałem, pochylając się nad nim. – Chcesz się przejechać karetką? Tylko ostrzegam, stracisz punkt, który właśnie zdobyłeś.

Billson pokręcił głową i odkaszlnął krwią. Klepnąłem go w ramię i uśmiechnąłem się szeroko.

– Widzicie? Nic mu nie jest. Nie upokarzajcie go! Pamiętajcie, we Flocie Rebeliantów liczy się nie tylko wygrana czy przegrana. Ważne jest to, jak to zrobicie. Jeśli przegracie walkę z silniejszym przeciwnikiem, może dostaniecie punkt albo i dwa za okazanie siły pomimo porażki. Kluczowe jest to, żeby zaimponować innym Kherom. Sprawić, żeby chcieli was słuchać, nawet jeśli pochodzicie z innego świata.

Patrzyli szeroko otwartymi oczami to na Billsona, to na mnie i zakrwawiony kij.

Stanąłem pośrodku klasy, kręcąc nim kółka. Czy ludzie odsunęli się, bo coś z niego skapnęło? Może, ale miałem to gdzieś. Najwyższa pora, żeby te dzieciaki dorosły.

– Nasza Galaktyka jest pełna wrogo nastawionych kosmitów – oznajmiłem. – Większość Kherów jest do nas podobna genetycznie… ale to nie oznacza, że są mili. Wszyscy znaleźli się na szczycie łańcucha pokarmowego na swoich planetach. Są najwredniejszymi istotami, jakie ewolucja zdołała wytworzyć na przestrzeni tysięcy lat.

Przez resztę tygodnia zajęcia przebiegały bez zakłóceń. Z perspektywy czasu doszedłem do wnios­ku, że Billson wyświadczył mi przysługę, rzucając wyzwanie w pierwszych minutach kursu. Nadał ton zajęciom. Uczniowie otrzymali nieplanowaną lekcję, której nigdy nie zapomną.

3

Krótko po czwartej rano obudziło mnie wezwanie z dowództwa. Nie było to miłe ani dla mnie, ani dla Mii, która spała obok. Warknęła i przewróciła się na drugi bok z wysuniętymi pazurami, ale z łatwością uniknąłem poharatania. Spanie z kocią dziewczyną weszło mi w krew.

Ubrałem się szybko i poszedłem korytarzem, żując kawał suszonej dziczyzny i popijając wodą z butelki. Nie było czasu na nic lepszego.

– Wzywa mnie admirał Vega – powiedziałem strażnikom przy ciężkich wrotach.

Zlustrowali mnie i zrobili test nakłuciowy. Opracowaliśmy go niedawno, żeby wykrywać Nomadów. Te sztuczne stworzenia potrafiły upodobnić się do dowolnej osoby, ale nie umiały sfałszować naszej krwi – przynajmniej na razie.

Czekając na wynik, rozcierałem palce, aż krwawienie ustało. Wreszcie strażnicy skinęli głowami.

– Jest pan na liście, kapitanie Blake. Tędy. Mam zadbać, żeby pan dotarł na miejsce jak najszybciej.

– Więc miejmy to za sobą.

Podążyłem za nim do pochylni. Weszliśmy do niewielkiej kapsuły przypominającej windę. A potem mechanizm wystrzelił nas w głąb Ziemi.

Większość ludzi docierała do wnętrza góry jeepem albo elektrycznym wózkiem. Fakt, że pozwolono mi skorzystać z najnowszego gadżetu, był niepokojący – oznaczał, że coś poszło naprawdę nie tak.

Niecałe dwadzieścia minut od pierwszego wezwania wszedłem do centrum kontroli. Miałem nienagannie wyprasowany mundur i gładko ułożone włosy, choć to drugie było jedynie zasługą krótkiej fryzury.

– Tu jesteś, Blake – huknął Vega. – Co tak długo? Znowu się zesrałeś do łóżka?

– Gdyby tak było, przyszedłbym szybciej, admirale – odparłem bez zająknięcia.

Wymamrotał coś pod nosem i odwrócił się, żeby zwymyślać stojącego obok porucznika. Młody mężczyzna cofnął się płochliwie w ciemny zakątek podziemnego centrum dowodzenia, niewątpliwie odesłany z pilną misją zdobycia kubka kawy.

Vega był w złym humorze, ale u niego to nie powinno dziwić. Prawdę mówiąc, nawet jego dobry humor nie napawałby mnie optymizmem. Nadal było przed czwartą, więc nawet nie próbowałem się uśmiechać.

– Blake – odezwał się w końcu – pamiętasz, jak w zeszłym roku przyjechał z Londynu admirał Clemens?

– Yy… no tak – odpowiedziałem ostrożnie.

– Pamiętasz, co nam poradził?

– Coś o działaniu jak jedna drużyna w czasach kryzysu? O to chodzi?

– Dokładnie. Pieprzone farmazony europejskiego wypierdka. Niestety, oni faktycznie ładują dużo kasy w tę kosmiczną flotę, wiesz o tym, Blake?

Pokręciłem głową, choć doskonale znałem sytuację dotyczącą finansowania. Miałem nadzieję, że Vega nie obwini mnie o wszystkie swoje problemy, jeśli udam, że nie mam o niczym pojęcia.

– Właśnie tak jest. W dawnych, lepszych czasach to Stany wydawały najwięcej na obronę. Teraz czasy się zmieniły, a Europejczycy i Chińczycy wreszcie poczuli się na tyle zagrożeni, żeby się dołożyć. Najgorsze, że przez to mogą stawiać warunki i obstawać przy wyssanych z dupy wymogach.

Osobiście miałem gdzieś, skąd pochodził nasz budżet, więc wzruszyłem ramionami.

– Niech sobie sugerują, co chcą. I tak to my rządzimy.

Vega zaśmiał się ponuro.

– Taa, jasne, wmawiaj to sobie dalej. No nieważne, nie wezwałem cię po to, żeby się wypłakiwać. Jesteś tu na oficjalnej wizycie jako mój pośrednik z kosmitami.

Przykuł moją uwagę. Clemens załatwił Vedze stopień admirała w nowej flocie Ziemi. Jak dotąd Vega był jedynym Amerykaninem, który dostąpił takiego zaszczytu. Mimo wysokiej pozycji w nowo utworzonych kosmicznych siłach nadal trzymało go w garści Kolegium Połączonych Szefów Sztabów wraz z rządowymi biurokratami.

– O co chodzi, admirale? – zapytałem poważnie.

Przez chwilę rozglądał się, tak jakby podejrzewał, że w pomieszczeniu kryją się szpiedzy. Wreszcie wyciągnął rękę i wziął mnie za nadgarstek. Mogłem się wyrwać, bo byłem znacznie silniejszy i lepiej wyszkolony, ale zwalczyłem w sobie odruch. Vega odwrócił moją dłoń i przyjrzał się palcom. Uspokoił się dopiero na widok nakłuć.

– Nie otrzymał pan meldunku, sir? – zapytałem. – Zdałem testy. Nie jestem Nomadą.

– Oczywiście – powiedział Vega, nieufnie przemykając wzrokiem po podwładnych – ale w takich chwilach wolę zweryfikować raport pracowników ochrony.

Zachowywał się niepokojąco. Czekałem niecierpliwie, aż przejdzie do rzeczy.

Kiedy już się upewnił, że w pobliżu nie czyhają szpiedzy, odwrócił się z powrotem do mnie.

– Pojawiła się kolejna wyrwa – wyjaśnił cicho. – Jakieś dwieście tysięcy kilometrów od nas.

Zmarszczyłem brwi i przyjrzałem się sytuacji taktycznej wyświetlonej na dzielącym nas stole. Przejechałem dłonią po blacie, a potem za pośrednictwem syma zaczerpnąłem dane z czujników orbitalnych. Zobaczyłem rozdarcie w czasoprzestrzeni. Było wielkie, różnobarwne i imponujące. Miało złotą obwódkę i zielonkawe wnętrze z lawendowymi iskierkami. Było zdecydowanie bardziej kolorowe niż zazwyczaj. Patrzyłem na nie przez chwilę, po czym zwróciłem się do Vegi:

– Kiedy się pojawiło?

– Dwadzieścia minut temu.

– Po prostu sobie wisi i nic nie robi? Wkrótce zniknie.

– To właśnie nas niepokoi. Do tej pory obcy powinni już stamtąd wylecieć. A może już to zrobili, tylko ich nie widzieliśmy.

– Fazowce? – zapytałem.

– Tego nigdy nie sposób wykluczyć. Skoro my je mamy, to czemu następni najeźdźcy nie mieliby dysponować taką technologią?

Ta myśl mroziła krew w żyłach. Fazowce były jak okręty podwodne z przeszłości, tyle że jeszcze trudniejsze do wykrycia. Przypominały najbardziej U-Booty z czasów sprzed wynalezienia sonaru, kiedy były jeszcze nowinką techniczną.

Jednak aby poruszać się niezauważenie przez kosmos, nie stosowały maskowania. Nie do końca. Tego rodzaju okręty potrafiły przejść do innego stanu. Stawały w rozkroku między naszą rzeczywistością a światem tuneli czasoprzestrzennych i innych dziwactw fizyki. Nazywaliśmy to fazowaniem.

Przyglądaliśmy się wyrwie. Ekran wyświetlał trójwymiarowy obraz o nasyconych barwach. Inni pracownicy wrócili cicho i otoczyli stół, przy którym odbywała się nasza prywatna konferencja.

– Co jest? – zapytał Vega. – Macie coś?

– Możliwe, sir – powiedziała komandor o rudobrązowych włosach i bursztynowych oczach. Chyba dowodziła zespołem odpowiedzialnym za czujniki. – Nastąpił skok energii. Coś zaraz przejdzie przez wyrwę.

Zerknąłem na plakietkę z nazwiskiem – komandor Lang­ston. Zanotowałem to w pamięci.

Wszystkie oczy znów skupiły się na blacie stołu taktycznego. Wkrótce w nasze pole widzenia wleciał ogromny okręt, niczym nieznajomy, który o północy wyłania się z gęstej mgły.

Z sykiem nabrałem powietrza.

– Wiem, kto to jest – odezwałem się.

Vega natychmiast podniósł na mnie wzrok.

– Swoi czy wrogowie?

– Zależy od sytuacji – powiedziałem, wpatrując się w jednostkę. – To jest terrapiniański krążownik liniowy, sir. Ręczę głową.

Vega spojrzał na grupkę specjalistów od czujników, którzy już stukali w ekran i otwierali mniejsze okienka.

– Co mówi komputer? – zapytał.

– Rebelianccy Kherowie. Krążownik albo krążownik liniowy. Mamy w zapisach wiele modeli terrapiniańskich jednostek, ale… kapitan Blake może mieć rację.

– Załóżmy, że ma – powiedział Vega. – W końcu po to tu jest. Przynajmniej tamten drań Fex nie próbuje nas znowu zaanektować.

– Jakie rozkazy, sir? – zapytała komandor Lang­ston.

– Okrążyć okręt w bezpiecznej odległości – odpowiedział. – Niech fazowce nie ujawniają swojej pozycji.

– A platformy z uzbrojeniem?

– Wszystkie rakiety w gotowości, ale ostrożnie z czujnikami aktywnymi. Niech nie myślą, że już ich namierzamy i zaraz wystrzelimy. A jeśli chodzi o flotę przy Lunie… niech czeka. Jak szybko może tu być?

– Już leci, sir – powiedział ktoś z podwładnych.

– Czemu? – zażądał odpowiedzi Vega. – Nie rozkazałem…

– Polecenia z Brukseli, sir. Kazali flocie wracać, gdy tylko zobaczyli rozdarcie między nami a orbitą Księżyca.

Vega zmełł w ustach przekleństwo i odwrócił się do mnie.

– Widzisz? Europa się miesza. Dorzucili do budżetu garść drobniaków i nagle im się wydaje, że oni tu rządzą.

– Kilka bilionów „drobniaków” – zauważyłem. – Zresztą to nie była zła decyzja. Jeśli przyjdzie nam walczyć z tym czymś, przyda się każdy okręt.

– Mówiłeś, że nie są wrogo nastawieni.

– Mówiłem, że to zależy od okoliczności. Walczyłem ramię w ramię z Terrapinianami, ale stawałem też przeciw nim. To nic pewnego. Określiłbym ich jako „potężne siły neutralne”.

– Wspaniale – wycedził Vega przez zaciśnięte zęby. Wbił wzrok w ekrany. – Jakieś sugestie, Blake?

– Trzeba się z nimi skontaktować. Zapytać, co tu robią.

Przewrócił oczami.

– To oczywiste. Zamierzałem tak zrobić, ale najpierw chciałem się dowiedzieć, jak z nimi rozmawiać. Zaczynać od ostrzeżeń i pogróżek czy witać jak przyjaciół?

Zastanowiłem się. Terrapinianie potrafili być cennymi sojusznikami albo groźnymi wrogami.

– Niech pan będzie przyjazny, ale bez wylewności. Najlepiej mówić neutralnie i rzeczowo. Oni są mniej emocjonalni niż większość gatunków rebelianckich Kherów.

– Dobra, połączcie mnie.

Łącznościowiec otworzył kanał. Rudowłosa Lang­ston osobiście podała Vedze nadajnik.

– Mówi admirał Vega z Ziemi. Widzimy, że wasz okręt jest modelem terrapiniańskim. Prosimy ujawnić swoją tożsamość i zamiary.

Byłem pod wrażeniem. Do jego wypowiedzi nie przekradła się złość ani ukryte groźby. Zachował neutralny ton, a jego prośba była rozsądna. Przez cały ranek nic, tylko warczał na ludzi, więc spodziewałem się czegoś mniej przyjemnego.

Po krótkiej przerwie nadeszła odpowiedź.

– Rzeczywiście, jesteśmy z Imperium Terrapiniańskiego – przyznał dziwny głos. – W przeszłości ludzie wykazali zdolność do przemocy. Przylecieliśmy w poszukiwaniu tej zdolności.

Vega zmarszczył brwi i odwrócił się w moją stronę. Odwzajemniłem jego ponure spojrzenie.

– Co to niby miało znaczyć, do cholery? – zapytał, nie wciskając przycisku nadawania.

– Muszę przyznać, że to faktycznie niejasne. Oni myślą inaczej niż my. W przeszłości nieraz musiałem dociekać, o co im chodzi.

– Cholerne brednie. Zdolność do przemocy? Znaczy, że co? Chcą z nami walczyć?

Wzruszyłem ramionami.

– Możliwe. Rytualna walka o dominację to u nich standard.

– Byłeś kiedyś ich panem, zgadza się?

– To było dawno temu, a oni uznali, że dług został w pełni spłacony.

Admirał zacisnął wargi w wąską kreskę, a potem ze złością wypuścił powietrze. Zabrzmiało to jak coś pomiędzy prychnięciem a pełnym irytacji sykiem. Wręczył mi nadajnik.

– Ty z nimi gadaj. Chyba że wolisz, żebym im kazał zawracać, bo jak nie, to zrobimy im dziurę w kadłubie.

Zaskoczył mnie. Z ociąganiem wziąłem komunikator. Przyjrzałem się urządzeniu, czując na sobie zdziwione spojrzenia obsady centrum dowodzenia.

Prawdę mówiąc, na usta pchało mi się dokładnie to samo, co Vedze.

4

Kiedy w powietrzu wisi widmo międzygwiezdnej wojny, dobór słów ma ogromne znaczenie.

W tej sytuacji najlepiej byłoby mieć przygotowane przemówienie. Rozmowa z dowódcą terrapiniańskiego krążownika liniowego była sprawą dyplomatyczno-polityczną, ale jeśli chodzi o rebelianckich Kherów, nadawałem się najlepiej do jej przeprowadzenia.

Ktoś mógłby się zastanawiać, w jaki sposób zostałem pośrednikiem między ludzkością a kosmitami, skoro żaden ze mnie polityk. Odpowiedź miała sporo wspólnego z naturą międzygwiezdnej wojskowości. Ziemianie musieli zmienić swoje rozbudowane tradycje związane z dyplomacją i polityką. Podobnie było w połowie ubiegłego stulecia, kiedy powstała broń atomowa, która szybko znalazła się w głowicach pocisków rakietowych mogących dotrzeć do innych krajów w ciągu minut. Kiedy w powietrzu latały anioły śmierci, nie było już czasu na uroczystą kolację, partyjkę golfa i szczerą rozmowę między przywódcami.

Obecnie, tak samo jak wtedy, wojsko uzyskało większą moc sprawczą. Odkąd dołączyliśmy do społeczności innych planet, sprawy miały się coraz gorzej. Wzrosła niepewność, a ludzi znów owładnęła paranoja. Sytuację częściowo wyjaśniał fakt, że tym razem nie mieliśmy do czynienia z garstką dobrze znanych mocarstw, tylko dosłownie z tysiącami obcych światów, z których każdy mógł bez uprzedzenia nasłać na nas okręt wojenny. Na obcych planetach nie mieliśmy nawet swoich konsulatów. Może pewnego dnia tak się stanie – o ile zdołamy wytłumaczyć naszym kherskim braciom, czym jest konsulat.

Sprawy mogły potoczyć się błyskawicznie, więc Dowództwo Sił Kosmicznych zarezerwowało sobie prawo do pierwszego kontaktu z niezapowiedzianymi gośćmi. Wojsko musiało reagować najprędzej, bo zanim jakiś prezydent albo ambasador wcisnąłby się w gajer i napisał przemówienie, intruzi zdążyliby zrównać z ziemią kilkanaście miast.

Nie było czasu do stracenia ani miejsca na błędy.

Spojrzałem więc na nadajnik w swojej dłoni i na pół sekundy zamarłem, gdy wszystkie te myśli przemykały mi przez głowę. Wydało mi się niesprawiedliwe, że akurat mnie postawiono w takiej sytuacji, a wszystko przez to, że byłem wśród pierwszych ludzi, których dawno temu porwali Kherowie.

Nabrałem powietrza i wcisnąłem przycisk na boku urządzenia. Rozświetliło się na znak, że moje słowa zostaną przetłumaczone i nadane do okrętu nad naszymi głowami.

– Mówi komandor Leo Blake z Floty Rebeliantów – odezwałem się. – Wielokrotnie walczyłem z Terrapinianami, zarówno ich pokonując, jak i świętując zwycięstwa wraz z nimi.

Kilka osób nerwowo wciągnęło powietrze. Nie mogli uwierzyć, że wspomniałem o walce przeciwko Terrapinianom, ale to dlatego, że nie do końca rozumieli Rebeliantów.

Na chwilę zaległa cisza, aż wreszcie nadeszła odpowiedź.

– Leo Blake – powiedział głos – prawdziwy oficer. Cieszę się, że nadal się tu liczysz. Ziemia dobrze zrobiła, mianując cię władcą. Zakładam, że istota, którą najpierw usłyszałem, była twoim sługą?

– Tak – odparłem natychmiast, a Vega spiorunował mnie wzrokiem. – Tak szybko przylecieliście, że nie zdążyłem podejść do stanowiska łączności, żeby rozmawiać osobiście.

– Właśnie po to otworzyliśmy przejście dużo wcześ­niej – powiedział głos. – Z szacunku chcieliśmy dać wam czas przygotować się na nasze przybycie.

– Oczywiście – przytaknąłem. – Ale musicie zrozumieć, że moi podwładni są nerwowi. Nie w pełni rozumieją obyczaje panujące we Flocie Rebeliantów.

– Rozumiem. Mogę coś zasugerować?

– Chętnie posłucham.

– Dyscyplina, Blake! – powiedział kapitan obcej jednostki. – Tego wam trzeba. Nie szczędź bata ani kija.

– Yy… dobrze. Z kim rozmawiam?

– Nie poznajesz? Jestem rozczarowany. Znamy się. Dowodziłem kiedyś myśliwcem i latałem z tobą w czasach wielkiej wojny z imperialnymi Khe­rami.

– Naprawdę? Byłeś dowódcą załogi na lotniskowcu Ursahn?

– Tak. Mam na imię Urgh. Od tamtej pory dosłużyłem się stopnia kapitana i własnego okrętu.

– Świetnie! Wspaniale znów słyszeć twój głos, Urgh! – skłamałem z entuzjazmem. Prawda była taka, że Terrapinianie, których spotkałem na pokładzie jednostki Ursahn, byli kompletnymi dupkami. Pewnego razu zafundowali mojej załodze pobudkę za pomocą metalowych pałek.

– Ja się nie cieszę, że słyszę twój – odpowiedział rozmówca – chociaż wiążę z tym pewne nadzieje. Może pogłoski są nieprawdziwe. Może Ziemia nie jest zupełnie niekompetentna i niehonorowa.

Mogłem złapać przynętę, ale zignorowałem obelgę i kontynuowałem neutralnym tonem:

– Skoro już odświeżyliśmy dawną znajomość, co mogę dla ciebie zrobić?

– Dłuższy czas temu wysłaliśmy tu okręt dowodzony przez kapitana Verra. Co się stało z tą jednostką?

Wymieniliśmy spojrzenia z admirałem Vegą. Podejrzewaliśmy, że do tego dojdzie. Ponad rok temu natrafiliśmy na kapitana Verra i jego uszkodzony okręt. Koniec końców, jednostkę zniszczyły miny podłożone przez Nomadów.

– Spotkałem Verra – powiedziałem. – Rozmawialiśmy i zawarliśmy tymczasowe przymierze.

– Który z was dominował?

Rozważyłem kilka kłamstw, ale w końcu wzruszyłem ramionami i powiedziałem prawdę:

– Nigdy tego nie rozstrzygnęliśmy. Nasze jednostki były uwięzione przez drony z ładunkami wybuchowymi Nomadów. Próbowaliśmy ocalić Terrapinian. Niestety, bez skutku. Jego okręt przepadł, a my musieliśmy otworzyć wyrwę i uciec.

– Nomadzi? Masz mnie za głupca?

– Nic podobnego – zaprzeczyłem. – Ale oczekuję, że spojrzysz na dowody, zamiast sobie drwić. Za moment prześlę ci nasze archiwa.

Odwróciłem się do rudowłosej komandor i niecierp­liwie zakręciłem kółko palcem. Lang­ston zmarszczyła brwi i położyła ręce na biodrach, spoglądając na Vegę.

– Admirale – zaczęła – nie możemy pozwolić, żeby kosmici mieli wgląd w nasze tajne pliki.

– Możemy i pozwolimy – wtrąciłem się. – Bo inaczej zrobimy sobie z nich wrogów. Na utratę których miast jest pani gotowa, żeby nasze sekrety się nie wydały?

Vega uniósł dłoń, ucinając kłótnię.

– Znajdźcie i wyślijcie te nagrania – rozkazał. – Terrapinianie zadali uzasadnione pytanie, a my uczciwie odpowiemy.

Poirytowana komandor Lang­ston wykonała polecenie. Czekaliśmy parę chwil, aż wyśle pliki.

Mijały długie minuty. Mogłem się tylko domyślać, że Terrapinianie przeglądają pliki, które w większości składały się z nagrań robionych przeze mnie i moją załogę na pokładzie „Diabła Morskiego”. Wreszcie kapitan jednostki obcych znów się zgłosił.

– Niesamowite – powiedział. – Widzę, że trafiłem w odpowiednie miejsce.

– Raporty cię satysfakcjonują? – zapytałem z nadzieją w głosie.

– Ani trochę. Ale pokazują, że ziemskie załogi i okręty nie są bezbronne. Walczyłeś o dominację z żenującym brakiem honoru, Blake. Ale nie wygrałeś ani nie przegrałeś.

– Obecnie dominacja nie ma znaczenia. Nawet nie wiemy, o co prosisz.

– Dominacja zawsze ma znaczenie – zaprzeczył Urgh. – Jednak dla nas jesteś towarzyszem broni. Odpowiedziałeś na prośbę Verra o pomoc. Zrobisz to samo dziś?

Ponownie wymieniłem spojrzenia z Vegą. Admirał wyjął mi komunikator z ręki.

– Kapitanie – odezwał się – o jaką pomoc prosicie?

– Czemu ten pies szczeka mi do ucha? – zapytał Terrapinianin. – Blake, ktoś się zbuntował i odebrał ci dowodzenie?

Wyjąłem Vedze urządzenie z dłoni. Admirał niechętnie zwolnił uścisk.

– Nie – odpowiedziałem. – Po prostu moi podwładni niecierpliwie czekają na informacje.

– Powinieneś go surowo ukarać, jeśli znów się odezwie. Nie ma szacunku dla twojej władzy.

– Yy… rozważę twoją radę. Tymczasem powiedz: jakiej pomocy wam potrzeba?

Vega wbił we mnie mordercze spojrzenie, ale trzymał gębę na kłódkę. Musiałem jedną rzecz przyznać Terrapinianom – w przeszłości niewielu osobom udało się uciszyć admirała.

– Kutas z ciebie, Blake – wtrącił ostrym szeptem. – Ale nie przestawaj.

Kiedy spojrzałem na leżące w dłoni urządzenie, przypomniał mi się wygląd kapitana Urgha. Ich gatunek miał gruzłowatą, zielonkawą, poznaczoną plamkami skórę. Wielkie czaszki były w kształcie klina, jak u żółwia. Jednak najbardziej niepokojącą cechą były oczy, czarne i lśniące jak krople ropy.

– Co powiesz? – zapytał kapitan Urgh. – Staniesz znów ze mną ramię w ramię?

– Jakiej natury jest kryzys, przed którym stanęliście?

– Co jest? Czyżbym wyczuwał smród tchórzostwa? Co za różnica, przeciw komu staniemy razem do honorowej walki? Odpowiesz na wezwanie czy mnie opuścisz?

Otworzyłem szeroko oczy. Stąpałem po niezbadanym terytorium. Nie dysponowałem władzą, która pozwoliłaby mi obiecać żółwiowi lojalność. Mogłem co najwyżej zalecić ludziom, żeby go zniszczyli.

Vega przyglądał mi się z uniesionymi brwiami. Z pewnością zastanawiał się, jak ucieknę z pułapki, którą sam na siebie zastawiłem. To oczywiste, że jego zdaniem za dużo powiedziałem. I chyba miał rację.

– Na Ziemi – odpowiedziałem Terrapinianinowi – nasza struktura dowodzenia jest nieco inna. Mamy władze cywilne. To taka jakby starszyzna. Oni decydują, które światy są naszymi przyjaciółmi, a które wrogami.

– Odrażające – mruknął Urgh. – Od twojego gadania wywracają mi się oba żołądki. Jak tamci żałośni głupcy, którzy powierzyli ci jednostkę, mogą liczyć na to, że poskromią twojego ducha? Dowódca okrętu kosmicznego leci, dokąd zechce.

– Nasz sposób rządzenia nie stawia tak mocno na indywidualizm – próbowałem wyjaśnić.

– Przykuli cię łańcuchami do fotela dowódcy? Kontrolowane z daleka implanty rażą ci genitalia prądem? A może zagrozili, że wypatroszą twoje młode, jeśli…

– Nic z tych rzeczy – zapewniłem Urgha, śmiejąc się nerwowo. – Źle mnie zrozumiałeś. Dowodzę okrętem, ale tylko jednym. Jeśli porozmawiam ze starszyzną, mogę liczyć na ich mądrość i błogosławieństwo. Jeżeli się zgodzą, dostaniesz większą pomoc. Wystarczy, że wytłumaczysz, w czym problem.

Urgh milczał przez chwilę. Odniosłem wrażenie, że debatuje z innym terrapiniańskim oficerem. To samo działo się po naszej stronie łącza.

– Sir? – powiedziała rudowłosa komandor, nachylając się do mnie. – Bruksela przysłuchuje się tej rozmowie. W żadnym wypadku nie jest pan upoważniony do wysłania choćby pojedynczego okrętu, nie wspominając o całej flocie.

– Wiem o tym, komandorze. Próbuję tylko nawiązać dialog.

Wyciągnęła w moją stronę inny komunikator. Zrozumiałem, że to pewnie ona na mnie doniosła.

– Kolegium dowiedziało się, że to nie nagły kryzys militarny, tylko komunikacja dyplomatyczna, więc chce samodzielnie prowadzić rozmowy.

– Dobra – warknąłem. – Rozłączcie mnie. Niech sobie gadają z Urghem.

Komandor Lang­ston odwróciła się do mnie plecami i wymamrotała coś do nadajnika. Po chwili odwróciła się z powrotem z ponurą miną.

– Szefowie sztabów życzą sobie, aby najpierw doprowadził pan do końca tę kwestię z kapitanem Urghem. Niech poczuje, że jest dla nas ważny i…

– To nie działa w ten sposób – przerwałem. – Kherowie tak nie myślą, z wyjątkiem ssaków naczelnych. Nie znają złożonej polityki, think-tanków i takich tam. Wolą się trochę ponakręcać i poprzechwalać, a potem szybko ruszyć na wojnę.

– No dobrze, sir – powiedziała z udawaną uprzejmością – proponuję go trochę uspokoić.

Odsłoniłem zęby i znów podniosłem nadajnik do ust.

– Urgh? Jesteś tam jeszcze? Twoi technicy nawalili? Lepiej daj im wycisk, bo żaden terrapiniański kapitan nie powinien kazać swojemu towarzyszowi tak długo czekać.

– Blake! Zapewniam, że moi podwładni zapłacą za tę obrazę!

Chyba usłyszałem jakieś uderzenia i stęknięcia. Możliwe, że oficerowie Urgha również mieli zbyt wiele sugestii, jak na jego gust. Zaskoczył mnie, bo Terrapinianie nie należeli do Kherów, którzy łatwo się emocjonowali. Och, jasne, potrafili się wkurzyć, a kiedy postanowili się zemścić, nie umieli odpuścić. Ale nie byli z takich, co knują. Wznosili się na szczyt przebiegłości, planując atak z zaskoczenia na bezbronną załogę. Dla mnie fakt, że kłócili się na pokładzie swojego krążownika, oznaczał, że mają spory problem i naprawdę potrzebują pomocy.

Kiedy zrozumiałem, że są zdesperowani, zacząłem się uśmiechać. Podstępna część mnie już wymyślała sposoby na wykorzystanie sytuacji. Można to nazwać wadą – dla mnie jest darem. Po prostu tak działa mój umysł.

5

– Wbijasz mi twardy kolec w kości, Blake – powiedział kapitan Urgh.

To był chyba idiom, więc udałem, że rozumiem i czekałem na ciąg dalszy.

– Nie mam wyboru, muszę wyjaśnić wprost – kontynuował. – Admirał Fex otoczył moją planetę. Atakowali nas już wcześniej, lata temu. Wtedy, gdy odwiedzili Ziemię. Ale teraz odbudowali flotę i rzucili na nasz świat wszystkie siły.

– Przykro mi to słyszeć, kapitanie – powiedziałem szczerze.

Fex był lokalnym tyranem wśród rebelianckich Kherów. Odkąd przed laty imperialni wycofali swoje siły, Fex wykorzystywał podległe mu floty do podporządkowywania sobie innych cywilizacji. Czasem niemal miałem nadzieję, że Imperium zaatakuje ponownie. Wtedy przynajmniej Kherowie byli zjednoczeni.

Urgh kontynuował po chwili namysłu:

– Według naszych raportów Ziemia zdołała odeprzeć flotę Quoków, gdy ta przyleciała do waszego układu.

– Zgadza się – powiedziałem. – Nasza Flota Alfa zniszczyła większość ich sił. Niestety, sam Fex zdołał uciec.

Admirał Vega skrzywił się na wzmiankę o Flocie Alfa, bo ta była oczywiście wytworem mojej wyobraźni. Tak naprawdę wykorzystaliśmy okręty z Ursy, garstkę fazowców, które wówczas skonstruowaliśmy, oraz jeden lekki krążownik, „Diabła Morskiego”. Reszta jednostek była blefem – ale i tak wygraliśmy.

– Wspaniała bitwa – powiedział Urgh. – My też początkowo odparliśmy Fexa, ale on powrócił. Nasza Wielka Armada poniosła porażkę, a on otoczył nasz rodzinny świat tak licznymi siłami, że nie mamy szans.

– Planeta się poddała?

Usłyszałem, że Urgh nerwowo poprawił się w fotelu.

– Powinienem ci uciąć ten zdradziecki ozór za tak ohydne słowa!

Zmarszczyłem brwi, ale nie przeprosiłem. Kherowie rzadko za cokolwiek przepraszali, bo uchodziło to za oznakę słabości.

– A jednak Fex ma przewagę liczebną – powiedziałem spokojnie – więc jakim sposobem jeszcze was nie pokonał?

– Nasz świat chroni tarcza planetarna. Fex jeszcze się przez nią nie przedarł. Trwa oblężenie.

– Aha. – Zaczynałem rozumieć. – Więc chcesz, żebyśmy pomogli ci przełamać oblężenie. O to chodzi?

– W skrócie tak. Więc co ty na to, mój stary druhu?

Zerknąłem na Vegę. Pokręcił głową, jasno i wyraźnie dając znak, że odpowiedź brzmi „nie”.

– Może – odpowiedziałem. – Serce każe mi lecieć. Ziemianie nienawidzą Fexa równie mocno, co wy.

– Więc przylecisz jednym okrętem, ale my potrzebujemy ich więcej!

Vega wbił we mnie rozzłoszczone spojrzenie. Komandor Lang­ston przyglądała mi się ze zdumieniem. Jej usta poruszały się – mamrotała coś do zestawu słuchawkowego. Na pewno rozmawiała z Brukselą.

– Zobaczę, co da się zrobić – obiecałem terrapiniańskiemu kapitanowi. – Daj mi dzień.

– Dobrze – odpowiedział Urgh. – Ale nie zapominaj, że czas nagli. Fex bombarduje nas kometami z obrzeży układu. Tarcza nie wytrzyma zbyt długo.

Rozłączył się, a wtedy wszyscy na mnie naskoczyli.

– Co ty odpierdalasz, Blake? – zawołał Vega. – Przekraczasz swoje uprawienia!

– Poprawka, admirale – wtrąciła się komandor Lang­ston. – On w ogóle nie ma uprawnień.

Wyciągnąłem rękę w stronę rudowłosej. Cofnęła się i spojrzała na mnie jak na trędowatego.

– Chcę pomówić z Brukselą. Osobiście.

Komandor niechętnie – i trudno jej się dziwić – zdjęła i wręczyła mi zestaw słuchawkowy.

W normalnych warunkach użyłbym syma i porozmawiał z nimi bezpośrednio. Dało się użyć nawet nakładki wirtualnej rzeczywistości – miało się wtedy wrażenie, że rozmówca znajduje się w tym samym pomieszczeniu, choć mógł przebywać na drugim krańcu świata. Jednak tak wymyślne połączenia uznawano za niezbyt bezpieczne. Mogliby nas podsłuchać szpiedzy. Albo Nomadzi. Oni zawsze gdzieś się czaili.

Uniosłem zabezpieczony komunikator i przemówiłem:

– Mówi kapitan Leo Blake, z kim…?

– Tu admirał Clemens – przerwał mi głos starszego mężczyzny z brytyjskim akcentem. – Co ty sobie wyobrażasz? Obiecujesz tym żebrakom swój okręt?

– Rebelianccy Kherowie nie zrozumieliby innej odpowiedzi, sir. Fakt, że zaoferowałem pomoc, może wystarczyć do zawiązania w przyszłości sojuszu.

Brytyjczyk prychnął.

– To brzmiało raczej tak, jakbyś chciał się przechwalać.

– Chciałem tylko utrzymać pokojowe stosunki z kapitanem Urghiem. Reszta zależy od Kolegium i Rady Bezpieczeństwa.

– Cóż za wspaniałomyślność! Więc ludzie po tej stronie Atlantyku nadal mają coś do powiedzenia? Wyobrażam sobie, że z trudem przeszło ci to przez gardło.

– Sir, nie chciałem…

– Wyjaśnijmy coś sobie, Blake. Po pierwsze, nie wysyłamy floty, żeby ratować te cholerne żółwie. Fex na razie zostawił nas w spokoju i nie zamierzamy go prowokować.

– To jest szansa, żeby połączyć dwie floty, sir. Naszą i pozostałość sił terrapiniańskich.

– Zdaje się, że te siły są niewielkie. Ich krążownik liniowy jest uszkodzony i ucieka. Okręt, który ostatnio przysłali, uległ zniszczeniu krótko po przybyciu. Muszę ci przypominać, Blake, że dysponujemy zaledwie pięcioma lekkimi krążownikami i mniej niż dwustoma mniejszymi jednostkami? Każdy okręt jest na wagę złota!

– Ależ, sir – powiedziałem – a co, gdybym poleciał tylko przyjrzeć się oblężeniu? Czy nie byłoby miło zdobyć trochę twardych danych? Bardzo niewiele wiadomo o nowych siłach Fexa.

– Proponujesz samotny wypad? O to chodzi, prawda?

– No cóż, chyba tak, admirale. Mam poczucie…

– Co z tobą nie tak? Chcesz zginąć? Tęsknisz za dalekimi podróżami? Czemu tak cię ciągnie do gwiazd?

– Nie jestem pewien, admirale, ale ja dostrzegam tutaj okazję. Szansę na zwiad, pozyskanie sojusznika i, być może, uniknięcie przyszłej wojny z Fexem.

– Albo na wywołanie nowego konfliktu! – krzyknął Clemens.

– Istnieje pewne ryzyko – przyznałem. – Żadna ścieżka nie jest całkowicie bezpieczna. Wasza decyzja, sir. Pańska i Rady Bezpieczeństwa.

Admirał wymamrotał coś z irytacją i się rozłączył.

Reszta obsady centrum dowodzenia odsunęła się ode mnie. Zachowywali się tak, jakbym umierał na raka – w dodatku zaraźliwego.

Tylko Vega miał odwagę, żeby ze mną zostać.

– Wiesz, Blake, ty to masz jednak jaja ze stali. Zawsze tak mówiłem.

– Faktycznie, mówił pan, sir.

– Co zrobi rada?

Wzruszyłem ramionami.

– Trudno powiedzieć. Ale na razie chciałbym zjeść śniadanie i wziąć prysznic. Pozwoli pan, admirale?

– Proszę bardzo. Każę cię sprowadzić z powrotem, gdy tylko zapadnie decyzja.

– Świetnie, admirale.

Opuszczając centrum dowodzenia, czułem się całkiem nieźle. Przedstawiłem swój punkt widzenia i uznałem, że przeżyję decyzję rady, jakakolwiek by ona była. Och, jasne, że byłbym rozczarowany, gdyby mnie nie puścili. W oczach Urgha stałbym się godnym pogardy kłamcą. Podejrzewałem jednak, że to nie nastąpi, i właśnie dlatego zamiast do mieszkania udałem się do stacji transmatu. Kilka pięter pod centrum dowodzenia zainstalowano system transmatowy, który pozwalał natychmiastowo – albo prawie natychmiastowo – przenosić ludzi do dowolnej innej stacji transmatowej w obrębie Układu Słonecznego.

Gdy tylko wszedłem do środka, natychmiast zapytali mnie, czego chcę, ale wkrótce mnie przepuścili. Poprosiłem operatora, żeby ustawił podróż w jedną stronę na pokład „Diabła Morskiego”, który został na orbicie, po przeciwnej stronie Księżyca.

Jeśli miałem zaraz zostać wezwany do akcji, musiałem osobiście skontrolować stan okrętu. Przyszedł czas sprawdzić, jak się miewa moja dziecina.

6

Transmat wydał dźwięk, który kojarzył się ogromną lampą owadobójczą. Po chwili wkroczyłem na pokład kosmicznego doku. A później znalazłem się wewnątrz swojego okrętu.

„Diabeł Morski” przez długi czas przebywał w suchym doku. Abrams dokonał wielu usprawnień jego prototypowego napędu międzygwiezdnego. Zawsze wybierał moją jednostkę na obiekt eksperymentów.

Pozostałe cztery lekkie krążowniki w maleńkiej ziemskiej flocie były, tak jak mój, zdolne otworzyć wyrwę prowadzącą do gwiazd. Cała piątka była siostrzanymi jednostkami, ale to z „Diabła Morskiego” uczyniono królika doświadczalnego. Od samego początku.

Tymczasem ja spędziłem większość czasu w ziemskiej studni grawitacyjnej, zajęty szkoleniem nowych oficerów w Dowództwie Sił Kosmicznych. Moimi uczniami obsadzano zazwyczaj fazowce, ale nie tylko. Każdy krążownik miał załogę składająca się z około pięciuset ludzi. To znacznie więcej niż siedemdziesiąt parę osób na pokładzie okrętów fazowych.

Abrams w ciągu kilku minut dowiedział się o moim przybyciu. Byłem rozczarowany, bo miałem nadzieję zaskoczyć go w laboratorium albo na dolnych pokładach, w sekcji inżynieryjnej. Oczywiście byłem nierozsądny, mając taką nadzieję, bo Abrams wszędzie miał szpiegów. Podlegali mu wszyscy laboranci i wielu techników. Pewnie otrzymali rozkaz, by zgłaszać pojawienie się najważniejszych oficerów, którzy ośmieliliby się wkroczyć na pokład „Diabła Morskiego” bez konsultacji z Abramsem.

Tak więc nie przeszedłem nawet sześćdziesięciu kroków rozbrzmiewającymi echem korytarzami krążownika, gdy zobaczyłem powiewający połami fartuch i komicznie szeroko otwarte oczy jego właściciela. Po dziewięćdziesięciu sekundach pojawił się Abrams. Wyszedł z turbowindy i zagrodził mi drogę.

– Ach! Tu jesteś, kapitanie Blake – powiedział. – Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? Niezapowiedziana inspekcja?

– Coś w tym stylu – odparłem, rozglądając się. – Okręt jest w opłakanym stanie.

Wszędzie widziałem rury, przewody i otwarte panele. „Diabeł Morski” wyglądał jak pacjent poddany operacji na otwartym sercu.

– Jest w dobrych rękach – powiedział Abrams. – Nie ma powodu do zmartwień. Za sześć do ośmiu tygodni będzie się miał lepiej niż kiedykolwiek.

Przeniosłem wzrok z rozdartej izolacji i odsłoniętych obwodów drukowanych na twarz Abramsa.

– Jaja sobie robisz? Modernizacja i tak trwa już trzy tygodnie dłużej, niż przewidywał harmonogram. Co wy tu wyrabiacie?

– Hmm… – Uśmiechnął się. – Wyczuwam prymitywne pragnienie powrotu do gniazda. Nie masz się czego bać, Blake. Twój okręt będzie gotowy, szybszy niż kiedykolwiek. Kiedy następnym razem otworzysz wyrwę, znajdziesz się dokładnie tam, gdzie chciałeś. Obiecuję.

– Słuchaj, doktorze – powiedziałem. – Nie masz nawet dwóch tygodni, nie wspominając o ośmiu. Zostały ci godziny, nie dni. Niech twoi ludzie zaczną montować wszystko z powrotem. Nie słyszeliście o terrapiniańskiej jednostce na orbicie Ziemi?

Abramsowi zrzedła mina.

– O czym ty mówisz? Rozpętałeś następny konflikt zbrojny?

– Nie ja, tylko admirał Fex.

Pokrótce wyłuszczyłem mu sprawę, a on robił się coraz bledszy, aż wreszcie zzieleniał.

– Oburzające! Jak mam pracować w takich warunkach?!

– Coś wymyślisz – powiedziałem i omiotłem szerokim gestem otaczający nas chaos. – Ale na razie trzeba pozbierać graty. Praca na trzy zmiany. Zero przerw. Jeśli trzeba, zróbcie rotację, weźcie ludzi z innych doków. Niech mój okręt nadaje się do lotu.

Abrams oblizał wargi. Dwa razy. Z rosnącym zaniepokojeniem lustrował rozgardiasz rozbieganym spojrzeniem. Oceniał czekający go wysiłek i z każdą sekundą coraz szerzej otwierał oczy. Dziwnie się na to patrzyło.

Wreszcie warknął gniewnie, odwrócił się na pięcie i zaczął wykrzykiwać rozkazy przez sym-łącze. Pracownicy wyskoczyli z pomieszczeń jak diabły z pudełka. Doktor szybko wydał polecenia, a potem zniknął.

Uznałem, że nie ma co stać i patrzeć, więc ruszyłem na mostek. Jęknąłem, widząc, że panuje tam taki sam bałagan, jak w każdym innym przedziale okrętu. Stacje robocze były wybebeszone. Czułem, jak narasta we mnie frustracja.

Od razu pojąłem, co zamierzał Abrams. Dostał pozwolenie na modernizację napędu nadświetlnego, ale dla niego to było za mało. Odbiło mu, zaczął majstrować przy wszystkich systemach na pokładzie. Przyłapałem go w trakcie orgii usprawnień.

Wziąłem skrzynkę z narzędziami i w ciągu godziny przywróciłem do działania trzy podstawowe stanowiska.

Abrams zastał mnie z kluczem francuskim w ręku, wciśniętego pod stanowisko kontroli operacji taktycznych.

– Kapitanie Blake! – zawołał. – W co ty pogrywasz?

Wysunąłem się spod blatu i przez chwilę mierzyłem go wzrokiem. Przyglądał mi się surowo, opierając dłonie na biodrach i marszcząc czoło.

– Wybacz, doktorze, ale doprowadzam do porządku swój mostek. Myślałem, że docenisz dodatkową pomoc.

– Ale ja nie o tym mówię. Nie ma żadnej sytuacji kryzysowej. Skontaktowałem się ze wszystkimi wysoko postawionymi wojskowymi, których znam. Okazało się, że nie ma rozkazów do wylotu. Nikt nas nie popędza. Terrapiniański okręt jest przyjaźnie nastawiony. Czeka jak żebrak na ulicy i tyle.

– To pewnie prawda – przyznałem – ale prawdopodobnie i tak niedługo wyruszamy. Chcę być gotowy. A teraz przestań zawracać mnie i dowództwu głowę, weź klucz francuski i zajmij się robotą, bo jak nie, to nie zabiorę cię ze sobą.

– Co to ma być? – wykrzyknął oburzony Abrams. – Miesiącami tyram na pokładzie twojej bezwartościowej łajby, więc chyba zasługuję przynajmniej…

Nagle zerwałem się na nogi, a doktor zrobił kilka nerwowych kroczków do tyłu. Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu i wręczyłem mu klucz.

– No to się na coś przydaj. Pokaż, jaki jesteś niezastąpiony.

Wymamrotał coś gniewnie i zajął się stanowiskiem kontroli czujników. Wkrótce leżał na plecach pod stanowiskiem kontroli systemów podtrzymywania życia, dokręcając śruby i rytmicznie klnąc. Nie zważałem na to. Pracował dla mnie i był w tym dobry. Tyle wymagałem od załogi – kompetentnego i szybkiego wykonywania zadań. A jeśli chciał przy tym sobie ponarzekać, jego prawo. Jako kapitan miałem to gdzieś, dopóki robota była wykonana.

Po sześciu godzinach nadeszła wiadomość, na którą czekałem.

– Blake? – usłyszałem w uchu głos admirała Vegi. – Bruksela właśnie się ze mną skontaktowała.

– Szybko się namyślili. Jaka decyzja, sir?

– Chcą wysłać grupę zadaniową na planetę Terrapinian.

– Naprawdę? Grupę zadaniową? Ile krążowników?

– Jeden.

Zmarszczyłem brwi, ale zaraz się z tym pogodziłem. Przecież każdy z naszej piątki krążowników był na wagę złota. Stanowiły trzon maleńkiej ziemskiej floty.

– A ile fazowców? – zapytałem.

– Ani jednego.

– Och. – Zaczynałem rozumieć. – Kto dowodzi tym pojedynczym krążownikiem?

– Masz pod ręką lustro, Blake? – zapytał Vega.

Zaśmiałem się, ale zaraz westchnąłem.

– Rozumiem, sir. Chyba faktycznie byłem zbyt narwany.

– Bingo. Kiedy możesz wylecieć?

Rozejrzałem się po na wpół rozmontowanym mostku i wzruszyłem ramionami.

– Za dwadzieścia cztery godziny. Mniej więcej.

– Postaraj się, żeby to było mniej, a nie więcej. Wysyłam ci załogę. Mądrze z niej korzystaj. Powiadomiliśmy już Urgha, leci po ciebie na przeciwną stronę księżyca.

Przeszło mi przez myśl, że należałoby szczerze coś sobie wyjaśnić.