Rebel Fleet. Tom 3. Flota Alfa - B.V. Larson - ebook

17 osób właśnie czyta

Opis

Kapitanowi Leo Blake’owi ludzkość zawdzięcza zarówno swoje przetrwanie, jak i obecne kłopoty. Gdy nad Ziemią ze świetlistych wyrw w czasoprzestrzeni wyłaniają się tajemnicze okręty, sławny dowódca zostaje ponownie wezwany do czynnej służby.

Nowo przybyła flota nie jest jednak tym, czym się wydaje, a Blake nie ma pewności, czy dotychczasowi sojusznicy ludzkości są godni zaufania. Każdy błąd może zaś oznaczać potencjalną zagładę życia na naszej planecie.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 369

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Alpha Fleet (Rebel Fleet Series Book 3)

Copyright © 2017 by Iron Tower Press, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:[email protected]

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-66375-06-2

ISBN MOBI: 978-83-66375-07-9

1

Po wszystkich ekscytujących bitwach i przygodach pośród gwiazd powrót na Ziemię był… no cóż, trochę nudny. Z początku załoga „Młota” postrzegała to inaczej. Cieszyli się, że w końcu mogą się odprężyć, i niestraszne im były nawet niezliczone przesłuchania. Jako załoga jedynego ziemskiego okrętu bojowego byliśmy dość ważnymi osobistościami.

Wkrótce jednak wszystkich zaczęło ogarniać znużenie. Dalton jako pierwszy mnie o to spytał.

– Kiedy znów wyruszymy, kapitanie? Nie mogę tyle siedzieć na dupie na tej kupie błota. Zaraz mi odwali.

– Nie wydano mi jeszcze żadnych nowych rozkazów. Możliwe, że nawet nie będziemy już w załodze.

– Co? – wyraźnie się wzburzył. – Co zjebaliśmy, że nas skreślili? No, fakt, że mieliby z czego wybierać.

– Nie, nie o to chodzi. Załoga „Młota” to teraz skarb dla planety. Źródło niezbędnego doświadczenia. Innymi słowy, chcą z nas zrobić instruktorów.

Dalton zmrużył na chwilę oczy i miałem poczucie, że próbuje zgadnąć, czy robię sobie z niego jaja. W końcu roześmiał się gorzko.

– Ja? Instruktorem? Was, jankesów, chyba całkiem porąbało.

Wyszedł, podśmiewając się i kręcąc głową. Nie byłem pewien, o czym myśli, ale znając Daltona, raczej o niczym przyjemnym dla całej reszty.

W Dowództwie Wojsk Kosmicznych służyło teraz znacznie więcej ludzi. Dawne tunele NORAD-u już nas nie mieściły. Większość personelu skoszarowano poza górą Cheyenne, w nowo wybudowanych monumentalnych gmachach. Wyrastały na zboczu jak chwasty i wciąż doprowadzano do nich nowe drogi.

Przed przypominającą cytadelę bazą znajdowało się coś w rodzaju fosy, nad którą przechodziła szosa. Wszystko to przypominało fortecę. Świeżo pomalowane wieżyczki strażnicze umieszczono wzdłuż całego zagłębienia.

Stałem na górnym piętrze nowego budynku dowództwa. Musiałem przyznać, że ładnie je urządzili. Widać było, że nie szczędzili budżetu. Marmurowe kolumny, posągi, ciągłe wizyty polityków i cholera wie co jeszcze, w tej do niedawna niemal pustej okolicy w Górach Skalistych.

Dowództwo Wojsk Kosmicznych zdecydowanie miało się teraz nieźle. Zaczynała się wiosna i przez ogromne okna spoglądałem na pokryte śniegiem szczyty. Wiedziałem, że powinienem być wniebowzięty. Jednak moje oczy wciąż wędrowały w górę, z dala od fosy, robót drogowych i maszerujących żołnierzy.

Nad tym wszystkim było niebo. Ponad strzępiastymi chmurami atmosfera robiła się rzadsza i zwodniczo bladobłękitna. Tak naprawdę kosmos był oczywiście głównie czarno-biały. Lśniąca rzeka białych gwiazd na tle czarnej kosmicznej otchłani.

– Leo? – odezwał się kobiecy głos. – Przeszkadzam ci?

Była to Gwen. Odwróciłem się do niej i uśmiechnąłem. Najwyraźniej do mnie mówiła, a nie słuchałem.

– Nie, oczywiście, że nie. Po prostu rozmyślam o gwiazdach. Tęsknisz za nimi czasem?

– Co, za walką i umieraniem wśród zimnej próżni?

– Tak.

Na sekundę zamilkła, po czym westchnęła.

– Tak, czasami tak. Tutaj wszystko jest takie małe. Pamiętam, jak imperialni po raz pierwszy się wycofali. Komandor Shaw i cała reszta byli przygnębieni.

– Tak, po wojnie nie czekały ich kolejne punkty statusu. Wszyscy wracali do domu, a garstkę zawodowych oficerów Floty Rebeliantów czekała nudna papierkowa robota.

Gwen podeszła do mnie i spojrzała w górę. Ręce trzymała za plecami.

– To prawie rok – stwierdziła. – Ludzie zaczynają myśleć, że imperialni nie wrócą przez kolejne tysiąc lat. Słyszałeś, że chcą rozwiązać naszą załogę i zrobić z nas instruktorów?

– Słyszałem. O to właśnie chodzi w tym zebra­niu.

Rozejrzała się, wyraźnie zaskoczona.

– Dlatego przyszedłeś wcześniej, prawda? Nigdy nie przychodzisz przed czasem.

– Owszem.

– Czego zażądasz?

Przyjrzałem jej się.

– Chodzi ci o stopień?

Skinęła głową.

Odwróciłem się do okna i niedbale wzruszyłem ramionami.

– Nie obchodzi mnie to. Jeśli uważają, że w ten sposób najbardziej się przysłużę planecie, to niech tak będzie.

– Płyniesz z prądem? To do ciebie niepodobne.

Prawda była taka, że czułem się rozdarty. Ziemia zbudowała przez ostatni rok ponad dwadzieścia okrętów fazowych podobnych do „Młota”, ale nie przydzielono mnie na żaden z nich.

Nowe okręty były szybsze, wydajniejsze i bardziej śmiercionośne niż moja stara łajba, ale naszym technikom nie udało się zreplikować niektórych rzeczy. Pewne cechy kadłuba i sprzętu nadal były poza zasięgiem ziemskich inżynierów.

Wszystko dlatego, że niektóre części „Młota” pochodziły z myśliwca Kherów, który sprowadziłem na Ziemię. Doktor Abrams i jego ekipa nie wszystko jeszcze rozgryźli.

Uśmiechnąłem się na tę myśl. To wyzwanie zapewne doprowadzało Abramsa do szału.

– Zostawić was dwoje na chwilę samych? – odezwał się za naszymi plecami tubalny głos.

Odwróciliśmy się i ujrzeliśmy generała Vegę. Był dowódcą bazy i nigdy nie dogadywaliśmy się zbyt dobrze. Śmiał się z własnego żartu i gmerał przy laptopie z przodu sali. Gwen i ja byliśmy kiedyś parą, ale mieliśmy to dawno za sobą. Jednak niektórzy, jak Vega, czasami wciąż o tym przypominali, gdy tylko widzieli nas razem.

– Po prostu ranne z nas ptaszki – odparła Gwen. Jej ton mówił, że wkurzają ją aluzje Vegi. – Sprawdzę, co z resztą. Powinni już tu być.

Wyszła z pomieszczenia pod czujnym okiem generała.

Gdy jego wzrok wrócił do mnie, pokręcił głową.

– Nie wiem, czemu rzuciłeś ją dla jakiegoś futrzaka z ogonem – powiedział bez ceregieli.

Ten komentarz sprawił, że miałem ochotę na niego wrzasnąć, ale zrobiłem głęboki wdech i się powstrzymałem.

– Wszyscy mamy swoje życie prywatne, sir.

Znów pokręcił głową i napisał coś na komputerze.

– Nie wiem, co ci się nie podoba w ziemskich kobietach. Ale nie o to dzisiaj chodzi, prawda?

– Nie, sir.

– Słyszałem, że awanse ci w głowie.

Zamrugałem.

– Nic mi o tym nie wiadomo, panie generale.

Znów się zaśmiał i pokręcił głową. Otworzył na ekranie plik i na środku stołu konferencyjnego wyświet­liła się notatka. Skąd by się nie spojrzało, była obrócona w stronę patrzącego. Była to imponująca sztuczka, którą przejęliśmy z ukradzionych systemów kosmitów.

– O, tutaj. Drugiego sierpnia, potem w listopadzie i ostatnio w marcu. Odrzucałeś zaproszenia do grona instruktorów.

– To prawda, sir. Ale nie wspominałem nic o awansie.

– Tylko głupiec wspomniałby o tym na piśmie, a ty, cokolwiek by o tobie gadali, głupi nie jesteś. Po co ktoś miałby odrzucać przeniesienie do łatwego życia w najważniejszej bazie wojskowej na Ziemi? Po nic, chyba że czekałby na lepszą ofertę. Więc jaki jest twój kolejny ruch?

Zdumiony, wzruszyłem ramionami.

– Miałem nadzieję na dowództwo, generale. Na jednym z okrętów, które ostatnio dostajemy co trzy tygodnie.

– No tak… – Wrócił do przeglądania plików na komputerze. – Wiedziałem, że spróbujesz tej gadki. Co dalej? Zagrozisz, że odejdziesz, jeśli nie dostaniesz tego, czego chcesz? Do tego w końcu dojdziesz? Może już teraz przeskoczmy do tego etapu.

Zacząłem w końcu marszczyć czoło. Vega był typem człowieka, który robił się tym bardziej irytujący, im dłużej się z nim rozmawiało. O czymkolwiek.

– Nigdzie w tych dokumentach nie groziłem, że odejdę.

– Nie, rozgrywasz to po mistrzowsku, chłopcze. Wiesz dobrze, jak ważny jesteś dla ziemskich sił obronnych. Gdyby chodziło o kogoś innego niż wielki Leo ­Blake, po prostu dostałby przeniesienie. Gdyby chciał odejść, droga wolna. Ale ty i twoi ludzie jesteście wyjątkowi. Wiecie, że was potrzebujemy, i wykorzystujecie to. Trudno mi nawet was winić, chociaż to nieco nieetyczne.

Coraz bardziej marszczyłem czoło. Zanim jednak zdążyłem odpowiedzieć, usłyszałem głosy na korytarzu. Spojrzałem na drzwi, spodziewając się, że grupa starszych oficerów dołączy do nas, ale poszli dalej. Wyglądało na to, że są czymś podekscytowani.

Wskazałem na wyjście.

– Co tu się dzieje, generale? Czy to nie miała być większa konferencja? Dlaczego tylko my tu siedzimy?

– To jakieś bzdury. – Vega machnął ręką. – Po ostatniej wojnie wszyscy boją się cieni.

– Jakich cieni?

– Jakiś jajogłowy zobaczył migotanie na dalekiej orbicie kilka milionów kilometrów stąd. Niektórzy twierdzą, że to wyrwa czasoprzestrzenna, ale to nonsens. Poza tym tego rodzaju zjawiska występują też czasem naturalnie.

– No tak…

– Wróćmy do istotniejszej kwestii. Przyjmiesz funkcję instruktora pod moim dowództwem?

– Nie wróciłem do służby Ziemi, aby uczyć.

– Skończże wreszcie – powiedział i pochylił się do przodu. – Potrzebujemy cię. Twojego doświadczenia. Gdy wybuchnie kolejna wojna, nie możemy mieć tylko jednej doświadczonej załogi. Chcę zyskać sto załóg, które wyszkoli twoja załoga.

– No tak. – Odwróciłem się znów do okna. – Rozumiem. Zwykle próbowałbym się wymknąć z pańskich sideł. Ale ma pan rację. Lepiej przysłużę się Ziemi, szkoląc nowych ludzi. Ale proszę mi powiedzieć jedno, generale. Czy jeśli przyjmę tę robotę, to w przyszłości znów dostanę dowodzenie nad okrętem?

– Oczywiście. – Wyraźnie się ucieszył. – To rozumie się samo przez się! Nikt nie pozbywa się takiego tygrysa. Zbyt dobrze sobie radzisz jako oficer liniowy.

– Tak myślałem. – Rzecz jasna wiedziałem, że łże jak z nut. Jako doświadczony naciągacz sam łatwo wyczuwam kłamstwo.

– Dobrze więc. – Vega uśmiechnął się szeroko. – W dalszej części zebrania skupimy się na tym, jak sprawić, aby dołączyli do nas pozostali członkowie twojej załogi. Jak myślisz, co byłoby…

Przerwał, gdy do sali wbiegła grupa podekscytowanych oficerów. Było ich pięcioro, w tym Gwen.

– Przepraszam, próbowałam skontaktować się z panem, ale nie łączyło mnie z symami.

– Zawsze blokuję połączenia, gdy biorę udział w ważnym spotkaniu – odparł sztywno generał Vega. – Nienawidzę, jak mi się przerywa, gdy rozmawiam z kimś na żywo. Nie wiem, jak wam, młodym, udaje się robić cokolwiek, gdy co chwila ktoś gada wam w głowie.

Symy oparte były na technologii obcych, którą wdrożono w ziemskich siłach zbrojnych na dużą skalę. Były to symbiotyczne formy życia zamieszkujące nasze ciała i łączące się z otaczającą technologią. Pierwotna forma syma nie była zupełnie nieszkodliwa, jako że ­mogli nimi sterować wysoko postawieni oficerowie rebelianckich Kherów. Mój był właśnie tego typu.

Na potrzeby zwykłych żołnierzy doktor Abrams sklonował mojego syma i dokonał pewnych modyfikacji genetycznych. Według niego nowe, ziemskie symy były odporne na wpływy z zewnątrz. Zastanawiało mnie, na ile to rzeczywiście prawda, jako że nie mieliśmy okazji przetestować ich na Kherach.

– Technicy uważają, że mamy gościa – wyjaśniła Gwen. – To wyrwa.

– Mamy potwierdzenie? Jakieś okręty?

– Jeszcze nie, generale.

– Tak myślałem. Codziennie mamy fałszywe alarmy. Dlaczego kazano mi dowodzić gromadką dzieci, które podniecają się byle czym?

Jego oficerowie wyraźnie poczuli się obrażeni i zaczęli kłócić się z Vegą o wagę odkrycia, ale zignorowałem ich wszystkich. Otworzyłem syma i połączyłem się z jego pomocą z siecią sensorów otaczających bazę.

Wciąż miałem odpowiednie uprawnienia. Mój umysł bez problemu sięgnął poprzez fale radiowe do przewodów, a następnie do samych instrumentów. Zebrawszy wszystkie istotne dane, kazałem symowi wyświetlić ogólny widok. Zabrało to kilka sekund.

Gdy go zobaczyłem, aż się zachłysnąłem. Wszyscy spojrzeli na mnie.

Ruchem ręki rzuciłem obraz na stół konferencyjny. Stał się trójwymiarowym hologramem unoszącym się pośród nas. Wyostrzał się w miarę zbierania kolejnych danych przez mojego syma. Na dalekiej orbicie za Księżycem rosła właśnie wirująca wyrwa czasoprzestrzenna.

Ludzie przestali się wykłócać. Wpatrywali się tylko w obraz z fascynacją. Coś – ktoś przybywał z wizytą. Nikt już nie mógł temu zaprzeczyć, nawet generał Vega.

Miał nas odwiedzić okręt międzygwiezdny. Przyjazny czy wrogi? Nie mieliśmy pojęcia.

2

Technikom przeprowadzenie podobnej analizy nie zajęło zbyt wiele czasu. Doszli wkrótce do tych samych wniosków.

Wkrótce rozległy się alarmy. Z kilkunastu wieżyczek dochodziło zawodzenie syren. Hałas odbijał się od granitowych ścian otaczających nas gór, aż w końcu był niemal nie do zniesienia.

– Lepiej módl się, żeby nasi goście spuścili na to miejsce atomówki, ­Blake – powiedział Vega i ruszył w stronę centrum dowodzenia. – Tylko tak wywiniesz się od nowych obowiązków.

Zanim zdążyłem zapewnić go, że nie zamierzam sprzeciwiać się jego planom, wyszedł. Wróciłem do okna i spojrzałem w górę. Gołym okiem nie widziałem niczego niezwykłego.

Pokusa, by znów użyć syma i monitorować sytuację, okazała się nie do odparcia. Zamknąłem oczy, otworzyłem umysł i obserwowałem wydarzenia w przestrzeni ponad chmurami.

Z początku sytuacja była niejasna. Widziałem wirującą wyrwę, feerię świetlistych kolorów. Dopiero gdy nałożyłem na to dane nawigacyjne, wiedziałem, co się dzieje.

Nasze małe okręty ruszyły na spotkanie gościa. Wszystkie były fazowcami, niewidzialnymi, jako że nie znajdowały się w pełni w naszym wymiarze przestrzeni. Wykorzystując to jako swoją jedyną przewagę, zbliżały się do wyrwy w kilku płaszczyznach.

W mojej głowie kłębiły się myśli. Trzy z naszych okrętów znajdowały się dość blisko, by dotrzeć do zjawiska. Nowa flota Ziemi nie była szczególnie wielka według standardów bardziej zaawansowanych światów rebelianckich Kherów. Niektórzy z naszych starszych kuzynów dysponowali setkami wielkich jednostek. My mieliśmy tylko dwadzieścia okrętów zwiadowczych, w których stosowano ledwie zrozumiałą dla nas technologię.

Wyrwa robiła się coraz szersza i widać było już gwiazdy po drugiej stronie. Zachłysnąłem się nieco powietrzem i nie byłem jedyny. Ktoś inny zrobił to w tym samym czasie za moimi plecami.

Otworzyłem oczy i odwróciłem się. Zapomniałem, że przekazuję wciąż obraz z syma na stół konferencyjny. Wyrwa czasoprzestrzenna unosiła się nad płaską, lustrzaną powierzchnią.

– Blake – odezwał się komandor porucznik Jones – powiedz mi, że to się nie dzieje.

– Przykro mi, ale to prawda. To obraz z kosmosu, odbierany przez nasze czujniki.

– Otwiera się wyrwa? Jak daleko?

– Może trzysta tysięcy kilometrów nad nami. Zaraz za orbitą Księżyca.

– Ale czemu? Po co mieliby pojawiać się właśnie tam?

Zawahałem się. Miałem pomysł, ale wszystko, co wiedziałem o zachowaniach wroga, było ściśle tajne. W bazie mieliśmy już naruszenia protokołu bezpieczeństwa, na tyle poważne, abym nie lekceważył tych kwestii.

– Do cholery, człowieku! – powiedział Jones. – Wiem, że nie jestem we wszystko wtajemniczony, nikt mi nic nie mówi, ale zasługuję na to, aby wiedzieć, że zginę, jeśli tak ma się stać.

Zmrużyłem oczy. Był moim przyjacielem, uratowałem mu życie, a on uratował mnie. Ale skąd tu się wziął? Był szefem bezpieczeństwa wewnętrznych tuneli, a nie zewnętrznej części bazy.

– Co tu właściwie robisz? – spytałem. – Czemu nie siedzisz w tunelach i nie obserwujesz transmatu?

Wyraźnie go zaskoczyłem.

– Myślałem, że wiesz. Sprowadzono mnie, żebym przekonał cię do przyjęcia stanowiska, które ma dla ciebie Vega. Wiesz, jak przyjaciel przyjaciela.

Prawie się roześmiałem. Podszedłem do niego i spojrzałem na stół. Wyrwa rozszerzała się jak źrenica oka.

– Poznajesz te gwiazdy widoczne przez portal? – spytałem. – Ta jest czerwona i cholernie duża.

– Hm… Myślisz, że to Antares?

Skinąłem głową. W ciągu paru ostatnich lat wszyscy musieliśmy poduczyć się astronomii. Antares był czerwonym nadolbrzymem, tak wielkim, że nasze słońce wyglądałoby przy nim jak maleńka świetlna kropka. Znajdował się około pięciuset lat świetlnych od nas i używało się go jako punktu nawigacyjnego przy dłuższych skokach.

– To oznacza, że przylatują z punktu nawigacyjnego. – Jones się zamyślił. – Pewnie ich miejsce startu jest jeszcze dalej, jeśli musieli zrobić tam przystanek.

– Owszem.

– Ale nie powiedziałeś mi, kto…

Wtedy mu przywaliłem prosto w szczękę. Niczego się nie spodziewał i od razu poczułem wyrzuty sumienia.

Jones był moim przyjacielem, ale byłem pewien, że to nie jest Jones.

Mężczyzna upadł, przewracając po drodze kilka krzeseł. Nie wyłożył się całkiem, tylko oparł się o ziemię rękami i kolanami.

– Skąd wiedziałeś? – spytał.

– Po prostu wiedziałem.

– Kłamiesz. W jakiś sposób się zdradziłem.

Nie znałem jego prawdziwego nazwiska, ale wiedziałem, kim jest. Dla mnie zawsze był Godwinem.

– Godwin – stwierdziłem, pochyliwszy się nad nim. – Czy to wasze okręty? Najeżdżacie moją planetę?

Pokręcił głową i starł z twarzy krew. Zmieniała się już pigmentacja skóry. Jego głowa zmieniała kształt i robiła się nieco mniejsza. Wyglądało to fascynująco.

– Mogę wstać? – spytał. – Czy nadal masz ochotę na bójkę?

– Mam, ale wstawaj.

Cofnąłem się ostrożnie o krok, a on się podniósł.

– Nie pozwolę ci tego powtórzyć. Po raz trzeci uderzyłeś mnie bez ostrzeżenia.

– Z tego, co pamiętam, za pierwszym razem to ty rzuciłeś się na mnie z nożem.

– Racja. No dobra, to po raz drugi.

Tymczasem jego transformacja postępowała, przez co mówił nieco niewyraźnie. Komandor porucznik Jones był starszym, wysokim czarnym facetem. Zmieniał się jednak w Godwina – białego, przeciętnego wzrostu i takiej też budowy ciała. Wtedy właśnie przyszło mi do głowy, że skoro potrafił zmieniać kształt, to wybrał bardzo przeciętną postać, aby lepiej wtapiać się w tłum.

– Dalej bawisz się w szpiega? – spytałem. – Podczas gdy jakaś armada ma właśnie naruszyć naszą lokalną przestrzeń? I nie rozumiesz, dlaczego jestem nieufny?

Godwin – bo teraz wyglądał już całkiem jak on – przyjrzał się holograficznemu obrazowi wiszącemu nad stołem.

– Boisz się – powiedział. – Uderzyłeś mnie ze strachu?

– Na to wygląda. Ale nazwałbym to raczej ostrożnością połączoną z wkurzeniem na twoją próbę oszukania mnie.

Oderwał wzrok od hologramu i spojrzał na mnie.

– Wiesz, że jesteś jedynym człowiekiem, który mnie wypatrzył? I to trzykrotnie.

– Jesteś szpiegiem. Potrafisz zmieniać wygląd, ale nie zmienisz tego, kim i czym jesteś. Teraz cię znam i zawsze poznam.

– Niepokojące… W każdym razie jestem tu, aby wam pomóc, nie przeszkadzać. Przybywające okręty nie pochodzą z moich światów.

– Ile ich jest?

– Na początek kilka. Więcej, jeśli nie spełnicie żądań.

Spojrzałem mu prosto w oczy.

– A czego zażądają od nas te okręty?

Wzruszył ramionami.

– Zapewne tego, co zwykle. Rezygnacja z suwerenności. Być może okresowa danina. Na pewno przynajmniej polityczne i militarne podporządkowanie się.

Gdy tak spokojnie mówił o niewyobrażalnym upokorzeniu dla mojej planety, zmroziło mi krew w żyłach.

– Skąd wiedziałeś, że nadchodzą?

– Wiemy, co się dzieje w tym układzie. Nieustannie was obserwujemy. Zwykle nie interweniujemy, ale to może być coś większego.

– Więc jesteś jednym z Nomadów? Tych, których imperialni Kherowie wypędzili z Galaktyki?

Jego oczy zapłonęły gniewem. Wyraźnie uderzyłem w czuły punkt. Zrobiło to na mnie wrażenie, jako że wcześniej zdarzało mi się go zranić, ale nawet wtedy nie wydawał się szczególnie zdenerwowany.

– Tak nas nazywają – odparł ponuro. – Twoi przodkowie byli dawniej naszymi przyjaciółmi. Partnerami handlowymi. Ale złamali każdą umowę, jaką z nimi zawarliśmy, i wbili nam nóż w plecy, gdy byliśmy słabi. Wycofaliśmy się, ale nie zostaliśmy pokonani.

Próbowałem jakoś to wszystko ogarnąć. Wcześniej już zacząłem nagrywać rozmowę na syma. Wiedziałem, że nasz wywiad będzie nią zainteresowany.

– Imperialni to nie mój lud – powiedziałem. – Jesteśmy rebelianckimi Kherami, jesteśmy inni. Sam to powiedziałeś. Poza tym mordują nas tak samo ochoczo jak was.

Powoli skinął głową.

– Dobrze więc, udzielę ci pewnych informacji. Nadchodzące okręty to Rebelianci, jak wy. Byli waszymi przyjaciółmi, gdy zaatakowali was imperialni, ale teraz myślą, że Imperium się wycofało. Wydaje im się, że mogą was zdominować. I chyba nawet słusznie.

– Mamy okręty – odpowiedziałem. – Nie jesteśmy bezbronni.

Pokręcił głową.

– Oni mają ich więcej.

Zmarszczyłem brwi.

– To co mamy zrobić?

Znów wzruszył ramionami.

– To, co wszystkie podbite ludy. Paść na kolana, udawać posłuszeństwo, a tymczasem snuć plany buntu. Przetrwać, aby wasze dzieci kiedyś…

Miałem ochotę znów mu przywalić. Może to wyczuł, bo przestał gadać.

– Nigdy! – zawołałem. – Nie uklękniemy przed nimi. Powinieneś znać nas dostatecznie dobrze, by zdawać sobie z tego sprawę.

Zrobił krok w tył.

– Dostarczyłem wiadomość. Przybyłem tu, by przemówić ci do rozumu, ale poniosłem porażkę. Moja praca tutaj dobiegła końca…

Odwrócił się do wyjścia, ale złapałem go za ramię i zaciągnąłem z powrotem. Przyjrzał mi się z irytacją.

– Czemu miałbym cię puścić? – spytałem. – Dlaczego nie miałbym wsadzić cię teraz do celi?

– Wątpię, aby jakiekolwiek więzienie na tej planecie było w stanie mnie zatrzymać – odparł z nutą arogancji w głosie. – Ale dam ci powód, abyś oszczędził sobie kłopotu. Pomyśl o tym, że przybyłem tu, aby cię znaleźć. Przekazałem ci cenne informacje. Co ty dałeś mi w zamian? Czcze przechwałki i piąchę w twarz.

– No tak… – przyznałem. – Mniej więcej tak było.

– Cóż, wyobrażasz sobie sytuacje w przyszłości, w których mogę wiedzieć o czymś istotnym dla Ziemi?

Powoli skinąłem głową.

– Tak. Proponujesz, że będziesz dostarczać mi informacje? Nieoficjalnym kanałem?

– Niczego nie obiecuję. Po prostu wskazuję na fakty, które powinny być oczywiste.

– Dobrze. – Puściłem go. – Jeszcze jedno pytanie i możesz iść. Nie włączę alarmu przez dziesięć minut.

– Nie masz tyle czasu.

Zamrugałem oczami, po czym spojrzałem na obraz wyrwy. Nie zmienił się, ale miałem wrażenie, że niedługo przestanie być tak spokojnie.

– Dlaczego ja? – spytałem. – Czemu mnie wybrałeś, Godwin?

– Dysponujesz większą wyobraźnią niż większość twoich pobratymców. A poza tym, gdy przybędą najeźdźcy, będą ­chcieli rozmawiać z tobą. Pomyślałem, że najlepiej przyjść do ciebie, bo będziesz bezpośrednio zamieszany w tę międzygwiezdną konfrontację.

„Międzygwiezdną konfrontację”? Jak na mój gust, brzmiało to niepokojąco podobnie do wojny.

Czy czekała nas wojna? Była to przygnębiająca myśl. Widziałem dziesiątki spalonych światów, których mieszkańcy zmienili się w popiół.

– Idź już – burknąłem. – Muszę pomyśleć. Masz minutę na…

Chciałem spojrzeć na niego, ale zdążył zniknąć. Wybiegł na korytarz? Zrobił się niewidzialny?

Nie miało to znaczenia. Godwin zostawił mi wielką kupę gówna i wiedziałem, że nagranie jego słów nic nie zmieni.

3

Wyszedłem na pusty korytarz. Wszyscy ruszyli na stanowiska bojowe. W całej bazie ogłoszono alarm i nikogo nie przydzielono do pilnowania sali konferencyjnej na górnym piętrze.

Czułem się nieco pominięty. Miałem ochotę znaleźć „Młota”, zebrać swoją załogę i odlecieć, ale nie było to teraz możliwe. „Młot” został zaparkowany na geosynchronicznej orbicie ziemskiej. Nadal traktowałem go jako swój okręt, ale bardzo niewiele osób zgadzało się ze mną w tej kwestii.

Było to frustrujące, ale mog­łem jedynie przechadzać się po bazie i szukać sposobu na włączenie się do akcji. W centrum operacyjnym ­mogli przebywać tylko upoważnieni, szczególnie w przypadku stanu wojny, ale uznałem, że jeśli się tam zjawię, ktoś może zaprosić mnie do środka.

Możliwość obserwowania wydarzeń w kosmosie za pośrednictwem syma nie zadowalała mnie. Nie mog­łem zrobić nic sensownego. Lepiej byłoby już nic nie wiedzieć. Czasami ignorancja to błogosławieństwo.

– Co pan tu robi, kapitanie ­Blake? – spytał wartownik, gdy podszedłem do budynku.

– To zależy od generała Vegi. Mieliśmy prywatne spotkanie, gdy to wszystko się zaczęło. Jest w środku?

Wzdrygnął się nieco, gdy wspomniałem nazwisko Vegi. Generał miał reputację kogoś, kto tratuje ludzi stojących mu na drodze. Widziałem, że wartownik próbuje wymyślić, co robić. Zatrzymując mnie, mógłby się narazić Vedze, gdyby okazało się, że powinien mnie przepuścić. Ale gdybym okazał się po prostu kolejnym nieupoważnionym turystą, byłoby jeszcze gorzej.

Ostatecznie wybrał bezpieczniejszy wariant i pokręcił głową.

– Sir, nie mogę pana wpuścić. Takie mamy przepisy, przykro mi.

– Żaden problem – odparłem.

Podszedłem do jednej z betonowych kolumn przy wąskiej drodze dojazdowej do budynku i oparłem się o nią.

– Sir! – zawołał strażnik. – Nie powinien pan być teraz gdzieś indziej?

– Nie mam oficjalnego stanowiska w łańcuchu dowodzenia bazy. Moje miejsce jest tam, na „Młocie”… ale tam też mnie teraz nie wpuszczają.

Wartownik na chwilę zamilkł, ale niemal słyszałem, jak się niespokojnie wierci.

– Co tu się dzieje, sir? – w końcu wydusił z siebie. – Czy są tam jakieś obce okręty? Nad chmurami?

Zamknąłem oczy i powędrowałem umysłem poprzez armię komputerów i satelitów. W końcu znalaz­łem jednego skupionego na wyrwie.

Tym razem zobaczyłem nowy okręt, a po chwili pojawił się kolejny. Wyglądały na ciężkie krążowniki, ale poruszały się ostrożnie. Być może wiedzieli, że dysponujemy własnymi okrętami.

– Pokazali się – powiedziałem do wartownika, otworzywszy oczy. – Widzę ich za pośrednictwem syma. Właśnie przybyły dwa okręty. Może zjawi się więcej.

Wyglądał, jakby miał popuścić, ale uznałem, że nie czas teraz go pocieszać ani się z niego wyśmiewać. Musiałem to wykorzystać.

Oddychał płytko. Spojrzał w górę i znów na mnie.

– Proszę wejść, kapitanie ­Blake – powiedział w końcu. – Zna pan tych kosmitów lepiej niż ktokolwiek na Ziemi. Proszę coś zrobić. Zatrzymać ich, rozwalić, cokolwiek!

Uśmiechnąłem się przyjaźnie i skinąłem głową. Nieco przeceniał moje możliwości, ale nie powiedziałem mu tego.

– Zrobię, co w mojej mocy.

Wewnątrz centrum dowodzenia panował chaos. Wszyscy byli spięci i niemal panikowali, ale nie ­­mogli na razie zrobić nic poza krzyczeniem na siebie nawzajem i żądaniem dalszych informacji.

Dowódcy bazy na górze Cheyenne nie mieli bezpośredniego zwierzchnictwa nad naszą flotą okrętów fazowych – nimi dowodzili ludzie siedzący wewnątrz samej góry – ale nadal otrzymywali dane o sytuacji.

Nad naszymi głowami migotał obraz przedstawiający scenę, którą już ujrzałem z pomocą syma. Ich wersja miała jednak dużo lepszą rozdzielczość. Na hologram nałożono liczby – odległości, prędkości, wektory kursu.

Trzy z naszych fazowców znajdowały się w zasięgu, a sześć kolejnych było w drodze. W ciągu kilku minut intruzi mieli zostać otoczeni.

Mogło to jednak nie mieć znaczenia. Okręty obcych były dużo bardziej zaawansowane od naszych. A jeśli było ich więcej – choćby druga pełna eskadra – nie mieliśmy najmniejszych szans.

Wokół projekcji zgromadziła się grupa oficerów. Pracowali nad liczbami, zgłaszali anomalie i czekali, aż zostaną wezwani do działania.

– Jeśli zaczną strzelać, niewiele zdołamy zrobić – powiedziałem, podchodząc nonszalancko do stołu.

Kilkoro oficerów spojrzało w moją stronę.

– Kapitan ­Blake? – odezwała się oficjalnym tonem Gwen. Przydzielono ją tu kilka miesięcy wcześniej, jako że nie upierała się przy służbie w kosmosie. Teraz nieco jej zazdrościłem. – Kiedy pana wezwano?

– Wezwali mnie kilka lat temu – odparłem. – Rebelianccy Kherzy.

Wypuściła z siebie powietrze.

– Myślisz, że to oni? Skąd ta pewność?

– To nie okręty Imperium, tylko niezależna konstrukcja. Albo rebelianccy Kherowie z innej pobliskiej planety, albo mamy naprawdę spore kłopoty.

– Co planują, sir? – spytał inny oficer.

– Skąd mam wiedzieć, poruczniku? Jestem dowódcą okrętu, nie telepatą.

Przestali zadawać pytania i na szczęście nie spytali, po co właściwie przyszedłem. Wszyscy założyli, że ktoś mnie wezwał – i w zasadzie mieli rację – tyle że na pewno nie uznaliby Godwina za upoważnionego do wydawania rozkazów.

Gwen wskazała na projekcję i syknęła przez zęby. Pojawił się trzeci okręt i zajął miejsce obok pozostałych. Wspólnie ruszyły powoli w stronę Ziemi.

Poczułem, że się pocę. Ile jeszcze ich było? Już dysponowali większą siłą ognia niż wszystkie nasze fazowce. Po swojej stronie mieliśmy tylko efekt zaskoczenia. Ale może ci kosmici już je widzieli? Nie sposób było tego stwierdzić na podstawie ich dotychczasowych działań.

– Wysyłają jakieś sygnały? – spytałem.

– Nie – odparła Gwen. – Cisza radiowa. Może nie mają pojęcia, że mamy własne okręty.

– Po co wysyłaliby wtedy trzy ciężkie krążowniki? Czemu nie po prostu jeden okręt pełen bomb?

Skupiło się na mnie kilka par zaniepokojonych oczu.

– Myśli pan, że zaatakują, kapitanie? – spytał oficer wachtowy.

– Żeby to stwierdzić, musiałbym wiedzieć, skąd właściwie pochodzą.

Przyjrzał mi się uważnie.

– Nie wiem, czy jest pan upoważniony do tych informacji, ale to chyba nie ma już wielkiego znaczenia. Oto, co na razie ustaliliśmy: to okręty z planety Quok. Ich załogi składają się zazwyczaj z naczelnych zwanych Grefami.

– Quok… – zamyśliłem się. – To planeta, z której pochodzi admirał Fex.

Nagle zrobiło mi się nieco niedobrze. Zanim zwolniono mnie z czynnej służby we flocie rebelianckich Kherów, miałem do czynienia z admirałem Fexem. Sekretarz Shug umieścił go na okręcie pełnym Grefów w wyniku moich oskarżeń.

– Hm… – odezwałem się, patrząc na nadlatujące jednostki. – Na waszym miejscu założyłbym, że to wrogie okręty.

– Co pan wie?

– Tyle że admirał Fex, jego pobratymcy z Quok i same Grefy… cóż, nie przepadają szczególnie za ludźmi. Nasz ostatni kontakt z nimi nie był zbyt przyjazny.

Zalała mnie fala wspomnień. Strzelaliśmy do Grefów z zakłócaczy, aż przez całe dnie prześladował nas swąd spalonej sierści.

Oficer wachtowy przez chwilę mi się przyglądał, po czym skontaktował się z generałem Vegą. Skrzywiłem się, gdy wspomniał moje nazwisko.

– Generale, zgodnie z opinią zespołu operacyjnego, w tym eksperta, którego pan przysłał, mają wrogie zamiary. Tak, generale? Jakiego eksperta…? Mówię o kapitanie ­Blake’u, sir.

Nadal uśmiechałem się, choć niezbyt przekonująco. Oficer wachtowy wysłuchał odpowiedzi, po czym spojrzał na mnie spode łba.

– Generał Vega chce z panem porozmawiać, kapitanie.

– Nie wątpię – wtrąciła Gwen.

Spojrzałem na nią z ukosa i włączyłem się do rozmowy z Vegą z pomocą syma. Wyglądało na to, że znowu jest wkurzony.

– Blake, co robisz poza swoim miejscem pracy? Zaraz zacznie się wojna…

– Nie przydzielono mi miejsca pracy w tej bazie, sir. Ale technicznie rzecz biorąc, nadal jestem kapitanem „Młota”. Jeśli tak pan sobie życzy, udam się do Genewy i…

– Twoje miejsce jest w ośrodku szkoleniowym! – ryknął generał. – A teraz wynoś się z centrum operacyjnego i daj mi z powrotem komandora Teneta.

– Już się robi, sir. Na pewno doskonale poradzi pan sobie z Fexem i jego okrętami.

– Fexem?

– Admirałem Fexem. Kosmitą dowodzącym tą grupą krążowników.

– Skąd wiesz, że to on?

Bez zająknienia streściłem mu informacje, które otrzymałem od oficera wachtowego. Wniosek był dla mnie oczywisty, ale musiałem wyjaśnić nieco szczegółów generałowi.

– Na pewno ma pan sprawę pod kontrolą. Udam się…

– Zamknij się – przerwał mi. – Zostań, gdzie jesteś. Nie opuszczaj centrum operacyjnego do czasu, aż osobiście każę ci odejść.

– Tak jest, panie generale.

Gdy się rozłączył, nie rozejrzałem się nawet po zgromadzonych żołnierzach. Wiedziałem jednak, że zmienili nastawienie do mnie. Początkowo zakła­dali, że jestem tam jako przysłany przez dowództwo ekspert, a teraz zastanawiali się, co tu się właściwie dzieje.

Innymi słowy, znalazłem się znów w doskonale znanej sytuacji.

Generał Vega zjawił się zaskakująco szybko. Wbiegł do sali i kazał mi iść za sobą. Zabrał ze sobą dwóch żandarmów, więc się nie wykłócałem.

Gwen spojrzała mi z niepokojem w oczy. Odpowiedziałem wzruszeniem ramion. Być może tym razem czekał mnie pluton egzekucyjny, ale szczerze w to wątpiłem.

Vega kazał mi wsiąść do humvee i odjechaliśmy w stronę góry. Nic nie wyjaśniał, a ja o nic nie pytałem.

Najwyraźniej jechałem do prawdziwego centrum dowodzenia. Do miejsca, gdzie tak naprawdę podejmowano decyzje.

4

Ruszyliśmy chłodnymi tunelami. Wiatr i ryk silnika dudniły mi w uszach. Sierżant żandarmerii za kierownicą jechał trzy razy szybciej, niż przewidywały przepisy, ale nie zamierzałem narzekać.

Stara baza NORAD-u zmieniła się od czasów, gdy stanowiła centrum obrony kraju. Stała się jeszcze bardziej imponująca i pełna sekretów. Jej zadanie było w zasadzie podobne, ale poważniejsze. Dowództwo Wojsk Kosmicznych stało obecnie na czele obrony całej Ziemi.

Tunele powiększono, a sklepienia wzmocniono. Znacznie zmodernizowano komputery i resztę sprzętu. Dotarliśmy do centrum dowodzenia, ale wiedziałem, że pod nami znajduje się wiele nowych poziomów. Wciąż wiercono głębiej i głębiej.

Przedstawiono mi zgromadzonych i pozwolono zająć miejsce przy centralnym stole. Chociaż otaczały mnie szychy, czułem się jak ryba w wodzie. W końcu znałem kosmitów lepiej niż ktokolwiek inny. Moje miejsce było właśnie tu.

– Kapitanie ­Blake. – Vega machnął w moim kierunku. – Na pewno wszyscy znają pana i pańską reputację.

– Dziękuję, generale – odparłem pewnie.

– Znamy go jak zły szeląg – wtrącił doktor Abrams, który właśnie podszedł do stołu. Położył na blacie swoje długie palce i pochylił się do przodu. Nastroszył brwi, wyraźnie niezadowolony. – Zapewniano mnie, że nie będzie obecny na spotkaniu.

– Nie mamy czasu na małostkowe sprzeczki, doktorze – powiedział Vega.

Abrams wydał z siebie dźwięk przywodzący na myśl dławiącego się kota, ale milczał.

– Dobrze więc – stwierdził Vega. – ­Blake uważa, że załogę okrętów stanowią Grefy. Co wiemy o tym gatunku?

– To absurd! – odparł Abrams. – Grefy nie zbudowałyby tak zaawansowanych jednostek. Ich okręty to złom z drugiej ręki!

– Nie powiedziałem, że Grefy je zbudowały – wyjaśniłem – tylko tyle, że stanowią ich najemną załogę. Zbudowali je Quokowie.

Naukowiec zmrużył oczy.

Dobrze go znałem i uznałem, że pewnie, zanim się zjawiłem, to on był głównym ekspertem od kosmitów. Sporo wiedział, ale nie posiadał mojego doświadczenia.

To nie miało jednak znaczenia dla Abramsa. Dla niego mógł istnieć tylko jeden mądrala i musiał to być właśnie on. Każdy, kto się z nim nie zgadzał, był albo głupcem, albo, co gorsza, sabotażystą.

– Dlaczego znowu się do wszystkiego mieszasz, ­Blake? – marudził. – Ostatnio skończyło się to katastrofą.

To mnie zaskoczyło. Przecież gdy ostatnio imperialni zmierzyli się z rebelianckimi Kherami, spisałem się na medal.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, Abrams odwrócił się do generała Vegi.

– Proszę to przemyśleć. Zaniedbania tego człowieka opóźniły nasz rozwój technologiczny o całe lata.

Wiedziałem już, w czym problem. Wciąż miał mi za złe, że wyrzuciłem w kosmos jego przyciągające Łowcę urządzenie. Stworzył je, aby wedle uznania odstraszało lub przyciągało te kolosalne okręty. Od tego czasu nie udało mu się zbudować zadowalającej kopii.

Vega machnął ręką.

– Zamknijcie się. Obaj.

Chciałem zaprotestować, jako że nic nie mówiłem, ale uznałem, że to mi nie pomoże. Skrzyżowałem ręce na piersi i patrzyłem na generała.

– Reszta z was niech mówi – dodał Vega. – Czy to się zgadza? Czy te okręty zbudowały jakieś sprytniejsze małpy… jak im tam?

– Quokowie – powiedział Abrams. – I technicznie rzecz biorąc, nie są małpami. Owszem, można ich przypisać do rzędu naczelnych, ale zgodnie z moją klasyfikacją…

– Mniejsza z tym – przerwał mu generał. – Czy odpowiedzieli na nasze sygnały? Możecie nadawać w ich języku?

– Słyszą nas, panie generale – zapewnił go jeden z oficerów komunikacyjnych. – Ale nie odpowiadają.

– Czy wysunęli jakieś żądania? Cokolwiek?

– Nie, sir.

Generał Vega masował podbródek i przyglądał się mapie. W porównaniu z Ziemią wrogie okręty wyglądały względnie niegroźnie, ale wiedziałem, że przy zwykłych jednostkach są ogromne. Każdy z nich był cięższy niż w pełni załadowany supertankowiec.

– Blake, słuchaj mnie uważnie – odezwał się Vega. – To bardzo ważne. Czy w twojej opinii te okręty to wyraźne bezpośrednie zagrożenie bezpieczeństwa Ziemi?

– Myślę, że można tak powiedzieć, panie generale.

Powoli skinął głową.

– Zgadzam się. Dlaczego się nie odzywają? Czemu bez słowa lecą powoli w naszą stronę?

Wzruszyłem ramionami.

– W tej chwili mogę jedynie spekulować…

– Owszem! – wybuchnął Abrams. – To tylko hipoteza. Musimy zebrać twarde dane, zanim podejmiemy działania, generale.

Vega uniósł dłoń.

– Wiem, doktorze. ­Blake, mów dalej. Dlaczego milczą?

– Czy nie tak zachowują się drapieżniki? Może chcą podkraść się bliżej, jak kot wśród wysokiej trawy. Tygrysy przed atakiem nie ryczą groźnie. Po prostu podchodzą i skaczą bez ostrzeżenia.

– Tygrysy? – spytał Abrams. – Ach, no tak, jesteś w końcu ekspertem od podobnych stworzeń.

Spojrzałem na niego z ukosa. Była to wredna aluzja do mojej dziewczyny.

Vega zignorował Abramsa i zwrócił się do mnie.

– Masz rację. Nie mamy wyjścia. Każcie fazowcom wystrzelić rakiety. Osobiście poinformuję szefów sztabów.

To mnie zaniepokoiło. Zgromadzeni oficerowie zdawali się czekać na jego rozkaz i natychmiast zaczęli się krzątać.

Wyminąłem stół i podszedłem do Vegi, zanim wyszedł z pomieszczenia.

– Sir…? Generale? Czy to nie pochopna decyzja?

– Naprawdę tak uważasz, ­Blake? Sam powiedziałeś, skradają się do nas. Nie przybyli, by się zaprzyjaźnić. Przyjaciele nie przylatują nieproszeni trzema okrętami bojowymi i nie lecą bezpośrednio nad nasze miasta.

– Musimy z nimi porozmawiać – nalegałem.

– Nie są zainteresowani, ­Blake. Jasno to pokazali.

– Czy naprawdę pan podejmuje takie decyzje samodzielnie? A co z szefami sztabów? Z politykami?

– Nie można prowadzić wojny międzyplanetarnej z parlamentu. Dostałem uprawnienia potrzebne do obrony planety.

Nieco osłupiałem.

– Więc… dowodzi pan całą flotą?

– W czasie pokoju dowodzę tą bazą. Poufnie zadecydowano, że w przypadku wojny moja rola ulegnie zmianie.

– Dlaczego to taki sekret?

– Mamy tu obcych szpiegów, ­Blake. Z pewnością o tym wiesz.

Pomyślałem o Godwinie i skinąłem głową.

– Nie powinniśmy mieć dużej floty kosmicznej, pamiętasz? Zbudowaliśmy fazowce w sekrecie, wbrew edyktom rebelianckich Kherów.

W końcu załapałem.

– Jest pan dowódcą zwykłej bazy przez większość czasu… aż wybuchnie wojna? Żeby zaskoczyć wroga, tak jak z fazowcami?

– Owszem. I niech Bóg ma nas w opiece, bo najgorsze właśnie chyba przed nami.

– Przynajmniej spróbujmy ich najpierw ostrzec, generale – nalegałem. – Powiedzmy im, że mają się zatrzymać albo zostaną zniszczeni.

Zamyślił się na chwilę, po czym pokręcił głową.

– To dobry pomysł, ale niepraktyczny. Te okręty mogą zniszczyć kilkanaście naszych miast, podczas gdy my będziemy stali z palcami w tyłkach. Które miasto chcesz zaryzykować?

Pytanie było niełatwe i nieco zwątpiłem w swoją rację. Na Vedze spoczywała wielka odpowiedzialność. Jego zadaniem było chronienie Ziemi. W takiej sytuacji nie mógł ryzykować.

– Posłuchaj – odezwał się, widząc wyraz mojej twarzy – doceniam twój wkład, nawet jeśli wygląda na to, że nie będzie nam potrzebny łącznik. Ale nie ja wybrałem się na ich planetę, żeby grozić cywilom. To oni najechali naszą przestrzeń.

– Proszę chociaż spróbować. Może ich pan odstraszy.

– Nasze okręty to małe jednostki zwiadowcze, ­Blake. Cały sens fazowca polega na niespodziewanych atakach. Jeśli im pogrozimy, stracimy jedyny atut. Wiesz o tym.

– Wiem, sir. Ale częścią siły technologii maskującej jest niepewność, jaką czuje w jej obliczu wróg. Jeśli dobrze pan to sprzeda i uwierzą, że może pan ich zniszczyć jednym rozkazem, mogą się wycofać. Fex i jego pobratymcy nie należą do najodważniejszych. Dlatego tak się skradają. Chcą to zrobić bez strat.

– Hmm… – odparł po chwili. – Nieco zmieniłeś mój punkt widzenia.

Z ulgą podszedłem razem z nim do centralnego stołu. Mina jednak nieco mi zrzedła, gdy usłyszałem jego rozkaz.

– Zniszczyć pierwszy okręt, który się zbliży. Wszystkie jednostki mają skupić na nim ogień. Każcie naszym kapitanom zmieść go z nieba i znów się przefazować.

Pozostali byli w takim samym szoku jak ja.

– Ale, sir… – ośmielił się zaprotestować jeden z obecnych – na pewno stracimy w ten sposób część z naszych jednostek. Nie możemy zniszczyć krążownika jedną salwą, to będzie bitwa na małym dystansie.

– Wiem – odparł Vega. – I mam nadzieję, że ich odstraszy.

5

Tym razem nie dało się wybić Vedze z głowy rozpoczęcia wojny. Czułem się za to trochę odpowiedzialny. Pomyślałem, że jeśli nasze okręty ulegną przez to zniszczeniu, część winy spadnie na mnie.

Oficerowie przy stole z ponurymi minami przyglądali się rozpoczynającej się bitwie. Obce okręty wciąż się zbliżały. Wyraźnie się nie spieszyły i utrzymywały zwarty szyk. Dobre wieści były takie, że wykryliśmy tylko trzy. Obawiałem się wcześniej, że zaraz dołączy do nich jeszcze kilkanaście.

Nasze okręty zbierały siły, aż w zasięgu znalazło się jedenaście z nich. Okrążyły wroga jak duchy. Nawet my nie wiedzieliśmy, gdzie są. Ich wyświetlone pozycje były jedynie szacunkowe. Wiedzieliśmy, gdzie rozkazaliśmy im się udać, i pozostawało nam tylko mieć nadzieję, że tam dotarły.

Prowadzący okręt rozpoczął zasadzkę. Jako że żaden z fazowców nie wiedział, gdzie znajdują się pozostałe, dowódca zajął pozycję i uderzył pierwszy. To stanowiło sygnał dla reszty.

– Ten kapitan ma jaja – mruknął Vega. – Czy przeżyje, czy nie, należy mu się odznaczenie.

– Zanotowano, generale.

Przyglądałem się ekranom i żałowałem, że nie ma mnie na którymś z okrętów. Moje miejsce było na froncie. Podczas ostatnich kilku sekund przed atakiem zauważyłem, że Vega mi się przygląda.

– Chciałbyś tam być, ­Blake? – spytał.

– Tak.

Skinął głową i klepnął mnie po plecach.

– Cofam wszystko, co o tobie gadałem za twoimi plecami. Kimkolwiek byś jeszcze był, jesteś też oddanym obrońcą Ziemi.

– Uch… dziękuję, generale.

Nasze systemy podświetliły wiązkę energii łączącą maleńki fazowiec z rufą jego zdobyczy. Osłony krążownika zamigotały, ale nie opadły.

– Mocne kopnięcie w dupę! – krzyknął Vega i uderzył pięścią w stół. Obraz zadrżał, ale generał nie wyglądał, jakby go to obchodziło.

– Nie ma przebicia, generale.

– I jeszcze jeden!

W momencie gdy krążownik zaczął obracać się w stronę pierwszego napastnika, pojawił się następny fazowiec. Pozostałe krążowniki zareagowały chwilę później i skupiły działa na naszym okręcie prowadzącym.

Do drugiego szybko dołączył trzeci. Razem trafiły w burtę krążownika i tym razem przebiły się przez osłony. Przeciążony przez nadchodzące z wielu kierunków promienie i niezdolny do przewidywania następnych ataków, okręt odniósł uszkodzenia.

– Trafienie! – roześmiał się Vega. – Patrz, uchodzi z niego powietrze! Czy to paliwo?

– Radioaktywny gaz według spektrometrów.

Myślałem, że pierwszy fazowiec znów się zamaskuje i ucieknie, ale oczywiście nie takie miał rozkazy. Pozostał na miejscu i wykonywał uniki, ale nie wycofywał się.

Znów wystrzelił i tym razem osmalił dziób krążownika.

– Wygląda na to, że wróg stracił jedną z baterii dziobowych.

Wtedy właśnie wszystko się zmieniło, tak jak przewidywałem. Krążownik w końcu namierzył napastnika i odpowiedział atakiem. Trzy promienie uderzyły w maleńki fazowiec i sprawiły, że wyparował.

Wśród zgromadzonych zapanowała konsternacja. Znikła cała brawura. Nikt głośno nie rozpaczał, ale wszyscy byli przygnębieni.

– Dwa kolejne z naszych okrętów… nie, trzy… atakują krążownik.

– Dobrze – odparł cicho Vega.

W napięciu przyglądaliśmy się, jak nasze jednostki znów ostrzeliwują rufę krążownika. Atak był dobrze skoordynowany. Większość naszych sił umieściliśmy przed wrogimi jednostkami, podczas gdy wiodący okręt zaatakował od rufy. Gdy wróg się obrócił w stronę napastnika, pozostałe znalazły się za nim. Uderzyły jednocześnie i poczyniły znaczne szkody.

Krążownik był uszkodzony, ale nie wyeliminowany.

– No dalej… – powiedział Vega. – Dalej, giń, do cholery!

Rozkazał ziemskim okrętom walczyć aż do zniszczenia wroga. Jeśli wytrzymają jeszcze chwilę…

– Generale, pozostałe dwa krążowniki namierzają cel. Kazać naszym wycofać się?

– Nie! – krzyknął Vega. – Nie… Trzymamy się planu.

Poczułem teraz do niego szacunek. Dowodził i czuł się jak ryba w wodzie. A także cierpiał wraz z naszymi najlepszymi załogami, które ginęły, próbując wykonać jego rozkazy. Ale nadal się nie wycofywał.

Nieuszkodzone krążowniki zniszczyły kolejne dwa fazowce. Wtedy jednak ujawniły się wszystkie nasze okręty. Przyszło mi do głowy, że nie są idealnie skoordynowane. Gdyby były, dziesięć z nich zaatakowałoby w momencie, gdy pierwszy krążownik się obrócił.

Nie miało to już jednak znaczenia. Zmasowany atak sprawił, że krążownik rozpadł się na drobne kawałki. Nasze okręty znów się przefazowały.

Dwa pozostałe krążowniki próbowały ostrzeliwać prawdopodobne ścieżki ucieczki fazowców. Obserwowaliśmy obraz w napięciu przez kolejne dziesięć minut, ale na szczęście żadnego nie trafiły.

– Wycofały się, generale.

Vega skinął głową i beznamiętnie wpatrywał się w pole bitwy. Z epicentrum eksplozji nadal rozchodziło się promieniowanie, kłęby gazu i metalowe odłamki. Za kilka godzin miały spaść w atmosferę Ziemi i spłonąć jak spadające gwiazdy.

– Zostało siedemnaście okrętów – powiedział Vega, odwróciwszy się do mnie – plus twoja przestarzała łajba. Ziemia może znów potrzebować „Młota” w czynnej służbie.

– Jestem gotów, generale.

– Dobrze – powiedział. – Znów skontaktujcie się z nadlatującą flotą. Wyślijcie komunikat, że to było ostrzeżenie i że jeśli natychmiast się nie wycofają, wszyscy ulegną zniszczeniu w naszym następnym ataku.

Zespół tłumaczy chwilę nad tym pracował, po czym wysłał wiadomość. Czekaliśmy w przyćmionym świetle i przyglądaliśmy się gasnącym ogniom pobojowiska.

– Myślisz, że zrozumieli nasz komunikat, ­Blake? – spytał Vega.

– Admirał Fex raczej nie mógł go przegapić.

Czekaliśmy przez chwilę, która wydawała się nam zdecydowanie zbyt długa. Wróg jednak w żaden sposób nie dawał do zrozumienia, że otrzymał wiadomość. W końcu jednak dostaliśmy odpowiedź.

– Tu admirał Fex. Wasz niesprowokowany atak na rebelianckich Kherów oznacza, że wasz świat został uznany za zbuntowaną planetę. Jesteście teraz banitami. Nawet sekretarz Shug wam nie pomoże.

Przeszły mnie ciarki. Czyżby to była prawda? Czy popełniliśmy straszliwy błąd?

Zacząłem analizować w myślach zachowanie Fexa. Czy przyleciał, skradając się, a jednocześnie wyglądając tak groźnie, jak tylko się dało, aby sprowokować właśnie taką reakcję?

Doktor Abrams, który miał dość rozumu, żeby siedzieć cicho w czasie bitwy, wykorzystał tę chwilę, by znów znaleźć się w centrum uwagi.

– Tak właśnie kończy się słuchanie ­Blake’a, generale. To niebezpieczny podżegacz. Jego kontakty z rebelianckimi Kherami skutkują tylko nieporozumieniami i rozlewem krwi.

W słowach Abramsa było nieco prawdy, przez co tym bardziej bolały.

Generał Vega pokręcił jednak głową.

– To była moja decyzja – powiedział. – I moja odpowiedzialność, na dobre i na złe.

Abrams miał na twarzy nieznośny uśmieszek.

– A pan – warknął Vega – lepiej niech ma nadzieję, że się pan myli, a ­Blake ma rację. Bo teraz zależy od tego pańskie życie. Życie nas wszystkich.

Mina naukowca nieco zrzedła. Ze zdziwieniem spojrzał na ekrany taktyczne.

– No cóż… Przynajmniej ich okręty nie zbliżają się już do Ziemi.

Wszyscy wróciliśmy wzrokiem do projekcji i przyjrzeliśmy się pomiarom prędkości.

– Rzeczywiście – stwierdziłem. – Hamują, praktycznie stoją w miejscu.

Vega znów klepnął mnie w plecy.

– Może jednak nas wszystkich nie zabiłeś, ­Blake. Jeszcze nie.

Uśmiechnąłem się szeroko.

– To najlepsze wieści, jakie słyszałem tego cholernego dnia.

6

– Zostanę za to zdegradowany – stwierdził Vega – ale już mnie to nie obchodzi. Dam odpowiedź tym włochatym draniom.

Dowództwo Wojsk Kosmicznych otrzymało taktyczną kontrolę nad wszelkimi bitwami, ale teraz wkraczaliśmy na terytorium dyplomatyczne.

Do naszej górskiej fortecy już jechała cała gromada grubych ryb. Przynajmniej dwudziestu kilku admirałów, generałów i szefów sztabów irytowało się, że nie było ich tu, gdy rozpętało się piekło. Cóż, zaraz mieli się zjawić. Wtedy Vega straci pełnię władzy nad sytuacją.

– To nie koniec bitwy – oznajmił. – Wróg się jeszcze nie wycofał. Może zmienić zdanie i znów ruszyć naprzód albo po prostu zbombardować nasze miasta z aktualnych pozycji. Czy mamy jakieś skutecznie środki obrony przed takim atakiem?

Wszyscy wokół pokręcili głowami i wyraźnie pobledli. Na tyle skupiliśmy się na budowie fazowców, że zapomnieliśmy o podstawach.

– Chyba nikt się nie spodziewał, że czeka nas bezpośrednia inwazja – powiedziałem.

– Idiotyzm – rzucił Vega. – Ostatnie dwa razy okręty Kherów przybyły tu w poszukiwaniu rekrutów. Imperialni w ogóle się nie zjawili. Zbudowaliśmy więc małą flotę zdolną do obrony w kosmosie. Ale nie skonstruowaliśmy fortec na Księżycu ani orbitalnych platform pełnych rakiet.

– Co pan rozkaże, generale? – spytała jedna z oficerów. Wyglądała na przerażoną, ale zdetermino­waną.

– Spróbujmy porozmawiać. Dowiedzmy się, co tu robią.

Kobieta wywołała pozostałe dwa krążowniki i czekaliśmy. W końcu otrzymaliśmy sygnał zwrotny.

– To transmisja na żywo – stwierdziła oficer. – Czy mam…

– Tak, do cholery. Daj go na ekran.

Obraz okrętów na tle kosmosu zniknął i zastąpiła go obca twarz. Był to admirał Fex we własnej osobie. Poznałbym wszędzie tę długoręką małpę. W jego oczach widać było naturalny spryt.

– Admirale Fex – odezwał się Vega – przykro mi, że rozmawiamy w takich okolicznościach.

– Mnie również – odparł Fex przez translator. – Czemu ma służyć ta rozmowa?