Rausz - Tomasz Białkowski - ebook
Opis

"Rausz" to wstrząsająca opowieść o upodobaniu ludzi do okrucieństwa, o podłości, a także przewrotności ślepego losu. Współczesna opowieść o zbrodni i karze i próbie gloryfikacji zła, gdy człowiek staje się jego narzędziem. W tym świecie nie ma miłosierdzia, a współczucie jest dawno zapomnianym luksusem, na który nikogo już nie stać.

Młody pruski arystokrata Egon von Rausch, członek SS, dostaje od III Rzeszy tajne zadanie – ma uczestniczyć w Action T-4. Naziści oczyszczają świat z psychicznie chorych, epileptyków, alkoholików, gruźlików i upośledzonych. Starają się więc usprawnić machinę, która szybko i skutecznie pozwoli eliminować niepożądane jednostki, a tym samym udoskonalać germańską rasę panów.

Tymczasem los bywa naprawdę okrutny, a upiory raz spuszczone ze smyczy żądają wciąż więcej krwi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 476

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Adrianna Michalewska

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Kamil Kowalski

© by Tomasz Białkowski

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

ISBN 978-83-287-0311-7

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2016

Wydanie I

FRAGMENT

PROLOG

– Auć!

Mężczyzna uniósł górną wargę, odsłaniając równe, mocne zęby. Równocześnie pajęczyna króliczych zmarszczek oplotła jego nos i powieki. Ale tylko na ułamek sekundy. Ból ustąpił, a twarz znowu stała się harmonijna, gładka, a zdaniem mężczyzny – zwyczajnie piękna. Lubił swoje odbicie w lustrze. Zaglądał w nie przy byle okazji. Miał prosty nos, wysokie czoło, pociągłą twarz i delikatnie wystające kości policzkowe. Rozcapierzonymi palcami prawej dłoni musnął zaczesane do tyłu jasne włosy. Dopiero teraz wyjął ośliniony palec wskazujący lewej ręki wciśnięty między zęby. Ich doskonały wygląd zawdzięczał ojcu. Syn lekarza musiał dbać o stan swojego uzębienia. Matka dała mu oczy. Ciemne i zimne. Hipnotyzujące. Lubił, kiedy ludzie bali się tych oczu. Tak jak i on ciągle bał się wzroku matki. Po tylu latach.

Mężczyzna wytarł ośliniony palec jedwabną chusteczką z wyszytym monogramem „VB” i ponownie sięgnął do metalowej klamry skórzanego pasa oplatającego mu biodra. Nie cierpiał tego cholernego zapięcia. Najchętniej zamieniłby je na zwykłe dwa bolce. Kiedyś nawet powiedział o tym Himmlerowi: „Pan wie, że jestem dumny, nosząc klamrę z napisem »Meine Ehre heißt Treue«[1], lecz proszę zauważyć, że zapięcie nie jest wykonane najlepiej. Może jednak dałoby się coś z tym zrobić?”. Dokładnie pamiętał, że użył tych słów. „Coś z tym zrobić”. W odpowiedzi usłyszał: „Pański ojciec, drogi Viktorze, był wiernym i oddanym lekarzem mojej rodziny, za co go niezmiernie cenię. Czy to jakaś prowokacja?”. Przesada, pomyślał. To, że te gówniane klamry zaprojektował sam Führer, wcale nie znaczy, że są dobre. Przezornie jednak zachował tę myśl wyłącznie dla siebie. Pomyślał też, że swoim gadulstwem narobił sobie niepotrzebnego kłopotu. Ten cholerny, oschły, chamowaty i konfliktowy Himmler nie da mu teraz spokoju. Jeśli tylko zobaczy go gdzieś bez okrągłej klamry nad jajami, może go tych jaj pozbawić. Pod pozorem honoru i wierności.

Mężczyzna podjął kolejną próbę odpięcia żelastwa. Tym razem się udało. Skórzany pasek spadł na lśniący, dębowy parkiet. „Proszę mi mówić po imieniu, drogi panie Viktorze! Nalegam! Znamy się już tyle lat. Czy pamięta pan, drogi Viktorze, nasze szalone wyprawy? Zjeździliśmy całą Niederbayern. Znakomity był z pana, drogi Viktorze, szofer. Nie ma co. Czasami myślę sobie, jak by to było miło znowu wsiąść do naszego grossera i puścić się szosą przed siebie. Zapomnieć o problemach”. Taaa. Wsiąść do grossera. Wszystko przekłamuje. Jak zawsze. Ten model mercedesa zaczęli robić od trzydziestego. Mężczyzna zapamiętał, że etat kierowcy dostał dwa lata wcześniej. Woził go. Żaden wstyd. Woził, bo mały Heini nie miał wtedy jeszcze prawa jazdy. On ukończył studia ekonomiczne w München. Nie byle jakie, bo Ludwig-Maximilian-Universität[2]. Wtedy potrzebował pieniędzy. Woził człowieka, który każe mu mówić sobie po imieniu, nie żadnym mercedesem, a bmw dixi, które Himmler kupił po awanturze z żoną. Ona chciała taniego hanomaga. Wypominała mu te trzy tysiące marek przy byle okazji. Fakt, to bmw było całkiem, całkiem. Ale tylko wtedy, gdy jeździli we dwóch. Kiedy na plecach czuł oddech tej pielęgniarki spod Bromberga, robiło się nieprzyjemnie. Blondyna w majtkach o rozmiarze pięćdziesiąt. Margarete Boden, córka właściciela ziemskiego. Faktycznie, czuć od niej było ziemistość. Nie mógł pojąć, jak ta jędzowata i nerwowa kobiecina o horyzontach szerokich na paznokieć mogła owinąć sobie wokół tłustego palca, było nie było, Reichsführera SS. Co prawda kiedy się poznali, jeszcze nim nie był. Lecz funkcja zastępcy szefa propagandy to też nie było byle co. Ta Margarete nadawała się tylko do hodowania kurczaków. Trzymała je zresztą na farmie w Waldtrudering pod München. Naczelna Kwoka Rzeszy. Zanim uwiodła młodszego od siebie o siedem lat faceta, prowadziła w Berlinie dom opieki. Podejrzewał, że dzień, w którym sprzedała swoje udziały, był najszczęśliwszym w życiu pensjonariuszy tej instytucji. „Panie Reichsführerze, marzę aby ponownie zasiąść za kierownicą tamtego rządowego grossera”. Jasne. Już pędzi. Całe szczęście, że pojawił się wtedy Bouhler i wyciągnął go z tego gówna. Philipp Bouhler, syn wojskowego, facet od palenia na stosach niewygodnych książek, niespełniony student germanistyki, obecnie szef kancelarii Hitlera. Z takim warto trzymać, przy nim zajdzie daleko. Albo na szafot. Wtedy dostał robotę w sztabie NSDAP[3] w München. Co prawda ferma kurczaków Margi i Heiniego była całkiem blisko… Na tyle jednak daleko, że nie czuł smrodu kurzego gówna i przyprawiającego o zawroty głowy zapachu ziół, które to babsko uprawiało z jakąś niepojętą zawziętością. Oficjalna żona jednego z najpotężniejszych ludzi w państwie. To jakiś kiepski żart!

Mężczyzna preferował czarną marynarkę, pod którą nosił białą koszulę i czarny krawat. Dzisiaj założył mundur galowy, chociaż mógłby mieć na sobie ten noszony na co dzień. Wówczas koszula byłaby brunatna. Jego mundur zyskał taką brunatną barwę kilka lat temu. Jak mundury ich wszystkich. Dobrze się stało, że ktoś ruszył głową i dokonał zmiany. Czerń jest zdecydowanie bardziej elegancka. Marynarka powędrowała na stojący przy drzwiach fantazyjnie powykręcany, dwumetrowy drewniany stojak. Mężczyzna spojrzał na sterczące ku lampie pod sufitem odnóże. Zdmuchnął niewidoczny kurz z czapki. Na czarnym tle orzeł i totenkopf[4] wyglądały znakomicie. Szczególnie dobrze prezentowała się trupia czaszka. W promieniach letniego słońca, uparcie drążącego kremowej barwy firany, połyskiwała i odbijała światło niczym podręczne lusterko. Czasami mężczyzna wydobywał z szuflady mahoniowego biurka niewielki przedmiot z greckim motywem i ustawiał go pod odpowiednim kątem. Puszczał na ściany zajączki. Jasny ślad biegał po tapetach i meblach. Kic, kic. To go odprężało. Hop. Z szafy na szafę. Zatrzymywał się dłużej na portrecie w ciężkiej, przeładowanej złotymi ornamentami ramie. To był obraz od Himmlera. Prezent z gatunku tych, które wypada przyjąć. Byli przecież podobno przyjaciółmi. Przynajmniej wszyscy tak myśleli. Portret przedstawiał, a jakże, Reichsführera, Kwokę i ich dziecko. Heini zasłaniał dłonią cofnięty podbródek, źródło wielkich kompleksów. Wyjątkowo nie trzymał się za wiecznie bolący go żołądek. Stojąca obok pani Cip, Cip, dźwigała na rękach Gudrun. Trudno było pojąć, jak tak brzydka kobieta mogła urodzić tak ładną dziewczynkę. Naprawdę ładną. Na obrazie mała Püppi miała we włosach wieniec upleciony z kwiatów. Ziół? Himmler stał po lewej stronie, wpatrywał się w dziecko. Ubrany był w bawarski strój ludowy. Mówiąc inaczej, nosił głupie skórzane gacie do kolan i białe skarpetki naciągnięte do granic możliwości. Chociaż był to ciepły dzień, miał na sobie marynarkę. Jego Margarete uśmiechała się krzywo, ponuro łypiąc błękitnymi ślepiami na psa Töhle. Nienawidziła go. Trzymała wyłącznie do odstraszania złodziei. Włożyła białą letnią sukienkę do kolan. Podobnie jak mąż miała na stopach sandały. Nie wiedzieć czemu opasała się sznurem, do którego przytwierdziła pęk kluczy. Wiadomo, chytra kwoka musi trzymać pazur na całym interesie. Ale żeby to zaraz malować? Mężczyzna wiedział, że obraz powstał na farmie. Dowodem na to był stojący w tle ich drewniany dom. Współczuł artyście, który musiał zapewne bardzo cierpieć, wdychając smród kurzego kału, paszy i piołunu. Zioła nie bez powodu zwanego psią rutą. Śmierdzi jak mało co.

Teraz Margarete mieszka w czternastopokojowym domu w bogatym berlińskim Dahlem. Od rana do nocy krąży między służbą, powtarzając: „Niech oni wszyscy zdechną!”. Heini z czasem zamienił dixi na znacznie większy pojazd. Jeździ pociągiem. Nazwał go skromnie „Heinrich”. Czasami musi pożyczyć go Lammersowi albo Ribbentropowi. Wtedy lepiej schodzić mu z oczu. Dostaje szału i biega po korytarzach z kartonowym pudłem wypełnionym świecznikami. Wpada do gabinetów z tymi julleuchter i rozkazuje w nich palić świece. Światło Jula. Niby chodzi o jakieś stare obrzędy, ale i tak wszyscy dookoła wiedzą, jak jest naprawdę. Kiedy Himmler coś pali, zaczyna się uspokajać. W tym roku Heini rozdał już tych świeczników ponad pięćdziesiąt tysięcy! Wysyła je pocztą, wręcza na zebraniach, przychodzi z nimi na wesela swoich esesmanów. Albo wpada z nimi do jego pokoju. Tylko co potem z tym szkaradztwem robić? Gdzie to trzymać? Mężczyzna ma już całą szafę świeczników. Do tego od jakiegoś czasu doszły soki owocowe vitaborn i kartony książek grafomana Johsta. Jedyną osobą, która może Heiniego na chwilę wyrwać z tego szaleństwa, jest ta mała blondyneczka Haschen. Oficjalnie to jego sekretarka. Po godzinach Heini posuwa pannę Potthast z wielkim zaangażowaniem. Haschen od roku jest jego rozkosznym płomykiem. Można go zrozumieć, bo dziewczyna jest młodsza od Margi o prawie dwadzieścia lat. Teraz to ona, rozkładając szeroko zgrabne nogi, szepcze mu do ucha: „Mój okropny chłopcze!”. On zaś, dochodząc, krzyczy: „Anständ!”[5].

Mężczyzna zrezygnował z ulubionej rozrywki. Rozejrzał się po gabinecie, jakby czegoś w nim szukał. Kilka lat wcześniej trafił tutaj razem z Bouhlerem. Życie w Berlinie bardzo różniło się od tego w München. Przede wszystkim nie trzeba było wdychać ziół i jeść każdego dnia jajecznicy z farmy szefowej. Mężczyzna pracował w Hauptamt SS[6]. Tu żarty się kończyły. Hauptamt SS dawał dużo możliwości. A za to równie dużo wymagał. Mężczyzna pracował nad wielkimi zadaniami. Teraz zasiadł w wygodnym skórzanym fotelu i wprawnym ruchem przekręcił klucz w zamku jednej z szuflad. Wciągnął brzuch, wysunął płaską skrzynkę wypełnioną papierami. Potrzebował tej konkretnej kartki. Oglądał ją od miesięcy. Znał każdą linijkę na pamięć. Wiedział, że tego dnia nie włoży jej ponownie do szuflady, którą zamknie na klucz stale trzymany w lewej kieszeni spodni. Wiedział, że właśnie kończy pracę przyprawiającą go o zawroty głowy, powodującą bezsenność, nerwowość, a ostatnio nawet lęki. Znalazł rozwiązanie. W swojej prostocie genialne. Krzyżyk. Właściwie to plus. Zwyczajowo wartość dodatnia. Czynnik potrzebny. Coś, co należy chronić. Niechby i nawet chwilowo. Jak te cholerne kurczaki spod München. Lecz nie w tym przypadku. To właśnie w całej tej sprawie jest najlepsze. Zapewne wielu zaskoczy. Pomyślą, że to jakiś ponury żart.

Mężczyzna wziął do ręki swoje ulubione pióro Meisterstück. Kiedy przyszedł rano do biura, zażyczył sobie, aby jego srebrne włoskie kałamarze wypełniono czerwonym atramentem. Teraz zaciągnął tłoczek i nabrał rzadkiej cieczy. Przyłożył złotą stalówkę do papieru. Tym modelem hamburskiego montblanca podpisywał tylko najważniejsze dokumenty. Wykreślił prostokąt. Uśmiechnął się, przecierając brew. Wewnątrz prostokąta postawił krzyżyk. „Piękny. Znienawidzicie go. Będziecie się go bać. Będzie się wam śnił po nocach”. Powiedział to całkiem głośno. Mężczyzna odłożył pióro do mosiężnego pojemnika. Sięgnął po lusterko. Ustawił je pod kątem, tak by pochwycić promienie światła. Zajączek skoczył po biuście Margarete. Pobiegł dalej, tam gdzie widać było fragment płotu jej kurzej farmy. „A jak się pojawi krzyżyk to pod nożyk. Ciach. Łba nie ma”. Mężczyzna właśnie w tej chwili odkrył, dlaczego żona Himmlera z takim oddaniem hodowała ptactwo. Już wiedział, że robiła to dla zabijania. Tylko jak zabić kilkaset tysięcy kurczaków, które mają domy i krewnych? Jak to zrobić, żeby nikt o tym nie wiedział?

CZĘŚĆ PIERWSZACZERWONY KRZYŻYK

Rausz – z niemieckiego der Rausch. Stan odurzenia, oszołomienia osoby będącej pod wpływem alkoholu.

Przybyły nosił nazwisko Rausch. Właśnie minął główny hol. W ciężkich oficerkach stawiał regularne mocne kroki na posadzce z czarnego granitu. Pewnym wzrokiem lustrował wyłożone jedwabną tapetą ściany o perłowym kolorze. Były zdobione dekoracyjnym wzorem układającym się w splecione orchidee. Nad głową miał ciężkie żyrandole. Mijał kolejne drzwi w kolorze palisandru. Przy ścianach poustawiano jasne skórzane fotele. Przy schodach prowadzących na piętro za biurkiem siedział strażnik w stopniu Rottenführera SS. O niskim stopniu świadczyły dwa lekko pochylone paski na jego naramiennikach. Na widok munduru Untersturmführera SS, w jakim był Rausch, żołnierz wstał i energicznie zasalutował. Mężczyzna wyciągnął niewielką książeczkę. Strażnik uważnie obejrzał soldbuch przybyłego i załączoną do niego kartkę. Po chwili złożył ją dwa razy i oddał Rauschowi. Potem skierował go na piętro, wskazał właściwe drzwi. Rausch chwycił za zimną poręcz balustrady i po kręconych schodach ruszył w górę. Lekko zadyszany stanął przed drzwiami do gabinetu. Wyrównał oddech. To był cel jego wizyty. Wcześniej jednak wszedł do sekretariatu, gdzie za ciężkimi biurkami siedziały dwie młode kobiety i nieznacznie od nich starszy mężczyzna. W powietrzu roznosił się zapach Chanel No 5. Najwidoczniej jedna z kobiet utrzymywała bliższe kontakty z dobrze sytuowanym mężczyzną, pomyślał.

Rausch wyraźnie wymówił swoje nazwisko. Nienagannie ubrany żołnierz za biurkiem, w randze podoficera, poderwał się z krzesła, lekko kiwnął głową. Laminowany blat zajmowały: maszyna do pisania, kilkanaście równiutko ułożonych papierowych teczek i bakelitowy telefon Ericssona. Poprowadził przybyłego do masywnych drzwi. W oczekiwaniu na zaproszenie Rausch obejrzał sekretariat. Tutaj podłoga była inna niż w holu. Dębowy parkiet lśnił lakierem, drewno przyjemnie trzeszczało pod ciężarem kroków. Ściany oklejono tapetą imitującą jedwab. Był gorący letni dzień. Drewniane żaluzje w oknach chroniły pracowników sekretariatu przed słońcem. Ograniczały też dostęp światła. Dlatego na wysokości okiennych nadproży zapalono mosiężne kinkiety z mlecznego szkła.

Rausch wszedł do gabinetu. Ukrył oczy przed ostrym słońcem. Po chwili zobaczył mężczyznę za biurkiem, który bawił się lusterkiem. Na widok przybyłego odłożył je na ogromny mebel ze srebrnymi okuciami, które również odbijały światło. Świetlne refleksy rozchodziły się po jasnozłotych ścianach pociętych sztukaterią. Nad głową niepokojąco drgały kryształy w kształcie sopli. Żyrandol zajmował sporą część sufitu. Mężczyzna za biurkiem wstał z fotela i wyciągnął rękę do przybyłego. Ma zimne i miękkie palce, odnotował Rausch; zaproszony ruchem dłoni gospodarza, usiadł na krześle oklejonym naturalnym fornirem. W gabinecie czuć było zapach tytoniu.

– Wyczuł pan, prawda? – Mężczyzna za biurkiem uśmiechnął się, zrobił przy tym minę dziecka przyłapanego na niedozwolonej zabawie. – Tak, wiem. Zakaz palenia we wszystkich biurach. Wymyślił go niedawno mój przyjaciel Heinrich Himmler. Sam nasz wódz rzucił palenie i ma świętą rację. To bardzo niezdrowe. Czy pan wie, panie Untersturmführerze, że swego czasu wódz palił nawet czterdzieści papierosów na dobę?! Tak, tak. Ale to jednostka wybitna, człowiek o niezwykłej sile woli. Dał radę. Rzucił raz na zawsze. Ja, niestety, ciągle przegrywam ten bój. Ale staram się, naprawdę. Wierzy mi pan, von Rausch? Wierzy mi pan, Egonie? Proszę wybaczyć tę poufałość. Mnie niechaj pan również mówi po imieniu. Będziemy widywali się od dzisiaj często. Przynajmniej taką mam nadzieję… Wracając do palaczy. Nasz wódz uważa, że palenie tytoniu osłabia siłę bojową naszych żołnierzy. A od kiedy trafiła w jego ręce rozprawa doktorska niejakiego Müllera, opisująca opłakane skutki wdychania dymu papierosowego, nabrał pewności, że należy temu nałogowi wypowiedzieć wojnę. Jak, nie przymierzając, Polsce. To już lada dzień, niechaj mi pan wierzy, von Rausch. Wiem, co mówię. Co prawda Göring, Bormann i nasza najdroższa Eva popalają po kątach, a tym samym dają zły przykład narodowi, lecz miliony poszły w ślady Führera. Są teraz zdrowi. Jak nigdy wcześniej. I tu, panie von Rausch, dochodzę do drażliwej kwestii, jaką są w naszym kraju ludzie, co tu kryć, chorzy. W ich przypadku to, czy palą, czy też nie, nie ma większego znaczenia. Niestety.

Egon von Rausch nerwowo zacisnął palce obu dłoni na poręczach krzesła. Czuł suchość w gardle. Z utęsknieniem wpatrywał się w kryształową karafkę wypełnioną do połowy przezroczystą cieczą. Miał nadzieję, że mężczyzna za biurkiem domyśli się i zaproponuje mu szklankę wody. Ten jednak tego nie zrobił. Mówił dalej.

– Bo czy komuś, kto cierpi na niedorozwój umysłowy albo, mówiąc wprost, jest dotknięty idiotyzmem, rzucenie palenia coś pomoże? Czy matka takiego dziecka nie cierpi na jakieś poważniejsze zatrucie niż nikotynowe? Bo niby dlaczego urodziła półprodukt? My, von Rausch, jesteśmy ludźmi wykształconymi. Wiemy, kim był Galton. Pan i ja możemy o sobie powiedzieć – eugenes. Obaj jesteśmy dobrze urodzeni. Rzecz jasna nie mam na myśli naszej sytuacji ekonomicznej. Obaj jesteśmy dziećmi wspaniałych rodziców. Ja, na przykład, synem lekarza. Pan pochodzi ze szlachty. Zdaje się, że należy do briefadel? Mówię teraz o naszych genach. Ulepszanych z pokolenia na pokolenie, byśmy byli teraz tym, kim jesteśmy. Jednostkami wartościowymi dla naszego społeczeństwa.

Mężczyzna przerwał i ku uciesze przybyłego sięgnął po karafkę. Najwyraźniej od mówienia zaschło mu w gardle. Nalał do kryształowej szklanki wody i uniósł migające błękitną barwą naczynie do ust. Egon von Rausch przełknął ślinę. Zrobił to na tyle głośno, że gospodarz odczytał jego intencję.

– Koniak? Wódka?

Esesman skierował wzrok na karafkę.

– Proszę się obsłużyć – mężczyzna palcem wskazał paterę, na której stały czyste szklanki.

Egon von Rausch nalał sobie wody aż po krawędź naczynia. Wiedział, że drugiej propozycji już nie otrzyma, a ta rozmowa mogła trwać nie wiadomo jak długo.

– Jest czasami takie życie, które nie jest warte trwania. Niech mi pan wierzy. Takich niepotrzebnych żywotów jest całkiem sporo. Zadaliśmy sobie trud i policzyliśmy te biedne żywoty. To było zadanie ciężkie, odpowiedzialne, i co tu kryć, smutne. Wyszła nam całkiem spora liczba. Proszę zgadywać, no, śmiało! Ile pańskim zdaniem jest w naszym wspaniałym narodzie jednostek wybrakowanych, uszkodzonych, felernych? Milczy pan, von Rausch. Rozumiem pana. Bo jak to właściwie ocenić? Myśmy również mieli z tym problem. Prawdę powiedziawszy, mamy go ciągle. Nasze dane są szacunkowe.

Egon von Rausch szybko przełknął łyk wyjątkowo smacznej wody. Prawie się zadławił, a krawędzią szklanki uderzył w przednie zęby. Poczuł nieprzyjemny ból. Przezornie milczał.

– Tysiące, panie Untersturmführerze. Tysiące! I tutaj zaczyna się pańska rola.

Mocno skupiona twarz esesmana teraz stała się twarzą wyrytą w marmurze. Mięśnie zastygły, przymrużone oczy śledziły ruchy ust człowieka za biurkiem.

– Powstał pewien dokument. Nie ukrywam, że przy moim skromnym współudziale. Właściwie to raptem jedna kartka. – Przesunął w kierunku von Rauscha papier z kilkoma rubrykami i wykreślonym w lewym dolnym rogu prostokątem. – To taka ankieta. Arkusz informacji zbiorczej. Chociaż ja wolę używać nazwy kwestionariusz zgłoszeniowy.

Przybyły esesman wreszcie wydobył z siebie głos:

– Panie Standartenführerze, kwestionariusz zgłoszenia czego, jeśli wolno zapytać?

– Zgłoszenia skazania na śmierć.

Wojskowy zielony junkers 52, zwany przez pilotów Ciotką Ju, płynnie wzbił się nad Devau. Niebo było bezchmurne i pasażerowie samolotu mogli obserwować budynki portu lotniczego, długie hangary przypominające błyszczące skorupy żółwi, żyłki dróg dojazdowych tnące teraz białą od śniegu dzielnicę na nieregularne prostokąty, wreszcie sam Königsberg. Trzysilnikowy samolot przeleciał nad tysiącami mieniących się w porannym słońcu dachów, monumentalnym zamkiem, gotycką katedrą i błyskawicznie opuścił stolicę Ostpreußen, stanowiącą również siedzibę Regierungsbezirk Königsberg[7]. Miasto poprzez lotnisko w Devau miało połączenia z Paryżem, Berlinem, Moskwą, a nawet z Pekinem. Lecz Ciotka Ju z dwunastoma umundurowanymi pasażerami na pokładzie kierowała się bliżej, bo do Allenstein. Miasta leżącego na południe od Königsberga, będącego również siedzibą Landkreis[8].

Egon von Rausch sięgnął po papierową teczkę, którą cały czas trzymał w skórzanej raportówce. Oparł plecy na jasnym wygodnym fotelu, wcześniej rozłożył dokument na kolanach. Siedzenia były pojedyncze i gdyby nawet rozparty niedbale po drugiej stronie wąskiego korytarzyka barczysty oficer w stopniu Sturmbannführera SS chciał zobaczyć, co w wielkim skupieniu czyta Rausch, niczego by nie dojrzał. Odległość dawała poczucie bezpieczeństwa, intymności i co najważniejsze – swobodę ruchów. Egon von Rausch otrzymał rozkazy Komitetu, dające mu szerokie uprawnienia i przywileje. Do nich należało podróżowanie samolotami bez wcześniejszego zdobywania biletów. Wystarczyło zgłosić się na miejscowe lotnisko i zamachać obsłudze opatrzonym kilkoma pieczęciami dokumentem z podpisem samego Bouhlera. Prawdę powiedziawszy, podróż samolotem nie stanowiła problemu. Program Nadreński działał doskonale. Nowoczesnych maszyn było coraz więcej. Egon von Rausch działał jednak z zachowaniem dyskrecji i daleko posuniętych środków ostrożności. Dlatego korzystał z uprawnień Komitetu wstrzemięźliwie, by nie powiedzieć – minimalnie. Pojawiał się na lotnisku, uprzejmie prosił o miejsce na najbliższy lot. Płacił gotówką, odbierał bilet. Czekał. Z delegacji rozliczał się po powrocie do Berlina, przedstawiając koszty noclegów, biletów i rachunki za posiłki w restauracjach. Lot do Allenstein był już siódmym, który odbywał. Za każdym razem rozmyślał o rozmowie, jaką przeprowadził z nim w lipcu Viktor Brack.

– Dziecko nosi nazwisko Knauer. – Brack sięgnął po leżącą na blacie kartkę. Uniósł ją na wysokość twarzy i ustawił pod światło wpadające przez okno. Promienie słoneczne natychmiast przedarły się przez delikatną bibułę, czyniąc tekst prawie niewidocznym. Viktor Brack, mrużąc oczy i delikatnie poruszając kartką trzymaną między kciukiem a palcem wskazującym, mówił dalej. – To chłopiec. Mały Saksończyk na imię ma Gerhard. Piękne imię. Nosiło je wielu wybitnych ludzi. Chociażby Hansen. Zna pan, oczywiście, Hansena? Dał światu wiedzę na temat trądu. Gerhard Knauer ma kilka miesięcy i ze stuprocentową pewnością mogę pana zapewnić, drogi panie von Rausch, że to dziecko w przyszłości naszemu państwu nic nie da. Są dwa tego powody. Zaraz pan je pozna. – Viktor Brack ciągle wpatrywał się w kartkę. – Otóż mały Knauer urodził się ślepy jak kret. Żeby tego było mało, nie wykształciła mu się stopa i przedramię. Powie pan, że przywołany tutaj Hansen chorował na syfilis, co, rzecz jasna, nie jest powodem do dumy. Albo że było wielu genialnych ślepców. Na przykład Homer. Bo ja wiem kto jeszcze? Podobno prezes prokuratury generalnej w Polsce jest niewidomy, ale to raczej zły przykład. Lecz pal licho ślepotę i brak stopy u małego Knauera. Żołnierzem naszej dzielnej armii by nie został, trudno. Dziecko to jest chore na coś znacznie poważniejszego, ma wrodzony idiotyzm. Jego ojciec jest zrozpaczony. On cierpi. Nie takiego syna pragnął mieć. Nie takiego chciał dać kochanej ojczyźnie. – Brack nieustępliwie wpatrywał się w zawieszoną nad biurkiem kartkę. – Pan Knauer to człowiek mądry i odpowiedzialny. Postanowił działać. Widząc stan swojego syna, napisał list do samego Führera z prośbą o pomoc. Nasz wódz potraktował sprawę priorytetowo, z wielką powagą. Polecił przebadanie chłopca w klinice pediatrycznej. Przypuszczenia się potwierdziły. Profesor Catel z Leipzig, ceniony w środowisku specjalista, orzekł że chłopczyk faktycznie cierpi na idiotyzm. Taką też ocenę przesłał do kancelarii Führera. Nasz wódz, jak przystało na człowieka prawego i sprawiedliwego, by uniknąć jakiegokolwiek błędu, polecił kolejną ekspertyzę doktorowi Brandtowi tu u nas, w Berlinie. Jak można się było spodziewać, wynik badania nie różnił się znacząco od tego wcześniejszego. Osobisty lekarz Führera rzadko się myli.

Egon von Rausch niczym zahipnotyzowany wpatrywał się w kartkę, którą machał Brack. Wreszcie zapytał:

– Powiedział pan, że istnieją dwa powody, dla których chłopiec nie rokuje na przyszłość. Pierwszym jest jego kalectwo i idiotyzm. Jaki jest drugi powód?

Viktor Brack uśmiechnął się delikatnie, podał kartkę von Rauschowi.

– Przepraszam pana, że używałem czasu teraźniejszego, mówiąc o malcu. Rzeczywiście, mój błąd. Dzisiaj, drogi panie Egonie, Gerhard Knauer otrzymał zastrzyk barbituranów, który uwolnił go od wszelkich problemów, jakie zapewne przyniosłaby mu przyszłość. Tę kartkę, a ściślej list, napisał ojciec zmarłego chłopca. Otrzymałem go od Philippa Bouhlera, który zajmuje się prywatną korespondencją Führera. Pokazuję go panu, bo tylko w ten sposób mogę przedstawić wagę sprawy, którą się będziemy zajmowali.

Egon von Rausch powoli czytał list napisany starannie, chociaż najwyraźniej ręką nienawykłą do trzymania pióra. Ojciec zamordowanego chłopca zaczynał go słowami:

Najdroższy Wodzu! Jako oddany Ojczyźnie obywatel, Niemiec, a wreszcie ojciec, proszę o łaskę śmierci dla mojego syna. Niechaj nią będzie usunięcie Gerharda…

Kiedy skończył, odłożył papier na biurko. Viktor Brack schował list do szuflady, przebiegł palcami po stole, jakby imitował grę na fortepianie. Uśmiech zniknął z jego twarzy. Teraz miał lodowate oczy, a kąciki jego ust drgały nerwowo.

– To co? Możemy przejść do szczegółów? – Wygrywające na stole jakąś tylko jemu znaną melodię palce zacisnęły się w pięść.

Egon von Rausch milczał.

– Pan się waha, prawda? – Viktor Brack ciągle zaciskał pięść, wpatrując się zimnym wzrokiem w Egona von Rauscha. – Wy, briefadel, jesteście, jak by to rzec, zachowawczy. Co innego wygodne życie w pułku Reiterei SS[9], a co innego twarda służba. Tam koniki, karty i rauty. Tutaj surowe życie, prawdziwa walka, krew i ofiarność. Liczyłem na pana, von Rausch. Liczyłem bardzo. Jak mam rozumieć to pańskie milczenie?

– Nie briefadel, a uradel. Pochodzę ze starej szlachty. – Egon von Rausch wstał z krzesła, oczy mu błyszczały. – Moi przodkowie byli patrycjuszami! Czy pan chce mnie obrazić, nazywając mój ród nową szlachtą? Powtarzam, jestem z uradel. Moja rodzina ma majątek w Regierungsbezirk Gumbinnen[10]. Pod miastem Insterburg. Owszem, jak większość szlachty, służę w Reiterei SS. Ściślej, w pułku Reiterei SS Nordost w Treuburgu. Cała reszta już się nie zgadza. Zgłosiłem się do służby w Hauptamt SS, bo jestem zdania, że mogę zrobić dla ojczyzny znacznie więcej niż, jak pan to raczył ująć, zajmować się zabawą w wyścigi na koniach, podszczypywaniem fordanserek w kasynie i wielogodzinnym rozprawianiem o błahostkach. Jestem Niemcem. Mam obowiązek wobec narodu i historii!

– Proszę mi wybaczyć. Zapomnijmy o tej mojej niezręczności. Jestem tylko synem lekarza i prostym członkiem naszej Narodowosocjalistycznej Partii Robotników. – W głosie Viktora Bracka przybyły wyczuł ironię.

Równocześnie Egon von Rausch zwiesił głowę. Obnoszenie się ze swoim wysokim urodzeniem wydało mu się teraz wielce niestosowne. Niepotrzebnie się uniósł.

– Prawda, że mi pan wybacza? – Viktor Brack również wstał z fotela i wyciągnął rękę w kierunku przybyłego oficera. – Tak? W takim razie zacznijmy naszą rozmowę jakby od nowa. Usiądźmy.

Egon von Rausch przyjął propozycję. Zanim jednak usiadł, uścisnęli sobie ręce. Dłoń esesmana cały czas była zimna, wilgotna i miękka. Skojarzyła mu się z rybą złapaną kiedyś w rzece Pregel.

– Co pan, drogi von Rausch, wie na temat sterylizacji?

Egon von Rausch nie był zaskoczony pytaniem. Temat był mu znany. Mówiono o nim na ulicach, pisały na ten temat media, dyskutowali znani lekarze i prawnicy.

– Od kilku lat jest ona dopuszczalna w naszym kraju. Chodzi o ograniczenie do minimum przekazywania potomstwu chorób…

– Zgadza się. Ustawa o zapobieganiu chorobom dziedzicznym obowiązuje w naszym kraju od trzydziestego trzeciego. Sterylizacja to nasza odpowiedź na problem. Mówimy o przypadkach dziedzicznie obciążonych. Mam na myśli wszelkiej maści wariatów, nosicieli bardzo poważnych schorzeń fizycznych, ludzi z wadami biologicznymi. To blisko pół miliona osobników. Liczba ogromna, nie do przyjęcia! Owszem, ustawa z czerwca trzydziestego piątego idzie nieco dalej, dopuszczając przerywanie ciąży ze względów lekarsko-medycznych, zaś kolejna, z tego samego roku, zakazuje zawierania związków małżeńskich przez jednostki dotknięte chorobami dziedzicznymi czy też zagrażającymi zdrowiu współmałżonka, lecz to nie załatwia problemu…

– Co pan ma na myśli? – Egon von Rausch w skupieniu wpatrywał się w Bracka. Ten wyjął z szuflady cienką teczkę, otworzył ją na pierwszej stronie i wolno czytał:

– Zdaniem ministra spraw wewnętrznych Wilhelma Fricka, wspomniane pół miliona nosicieli schorzeń umysłowych i fizycznych to poważne obciążenie budżetu i, co istotniejsze, czystości rasy. To osobnicy niepożądani, ich potencjalne potomstwo jest zwyczajnie państwu niepotrzebne. To duże pieniądze na ich utrzymanie. Sama opieka lekarska idzie w miliony marek. To obniżenie poziomu stopy życiowej pracujących Niemców. Dochodzą do tego recydywiści, od których próżno oczekiwać poprawy. Tacy ludzie nie powinni się mnożyć. Powiem więcej, oni nie powinni żyć wśród nas.

Egon von Rausch pobladł.

– Czy pan chce przez to powiedzieć, że trzeba ich pozabijać?! Ależ to zbrodnia!

– Czyżby? A mały Knauer, który dzisiaj powędrował na tamten świat? Führer osobiście polecił mojemu przełożonemu, aby w podobnych przypadkach lekarze stosowali identyczną procedurę. Czy chce pan, drogi von Rausch, rzec, że nasz najdroższy wódz nie wie, co robi?

– Tego nie powiedziałem! Oczywiście, jestem przeciwnikiem rozmnażania się tych istot… Lecz ich fizyczna eliminacja…

– Słucham, słucham…

– Ona budzi moje wątpliwości. To jednak ludzie. Owszem, chorzy, ale ludzie… To nieetyczne…

– Etyka! Ileż razy już to słyszałem. Odwoływanie się do solidarności ze słabszymi, miłosierdzie, wrzaskliwe slogany o życiu jako darze bożym. A co z drugą stroną? Co z milionami uczciwie pracujących obywateli? Robotnikami w fabrykach budującymi wielkość naszego państwa? Komu bardziej są potrzebne szpitale, naszym dzielnym żołnierzom, którzy lada dzień ruszą na wojnę z Polakami, czy bezużytecznym pożeraczom chleba? Co jest teraz ważniejsze, działo flakpanzer czy setka nowych Knauerów? Pocisk czy talerz zupy dla obłąkanego? Pan, drogi von Rausch, stanowi elitę naszego narodu. Jego przyszłość. Nie szaleńcy w szpitalnych pawilonach.

Egon von Rausch powoli zaczynał rozumieć, jakiego rodzaju zadania będzie wykonywał, jeśli zgodzi się podjąć współpracę z Viktorem Brackiem. Ten człowiek za biurkiem nie zaprosił go do siebie, aby przekonywać do eutanazji. Nie będą dyskutowali na temat ludzkiego cierpienia, o pragnieniu życia. Egon von Rausch uświadomił sobie, że decyzja o uśmiercaniu jednostek chorych, nierokujących na przyszłość, już zapadła. Brack potrzebował jedynie wykonawców. Chciał, aby jednym z nich był on. Pytanie sprowadzało się jedynie do tego, jakie rozkazy będzie otrzymywał i czy rzeczywiście chce wejść w skład personelu Hauptamt SS.

– Misja jest ze zrozumiałych powodów całkowicie utajniona. – Viktor Brack w skupieniu wpatrywał się w oczy przybyłego. – Będzie pan moim kurierem. Zostanie pan geheimnisträger. Wtajemniczony. To bardzo ważne zadanie. Jedyne w swoim rodzaju. Wymagające wielkiej dyskrecji. Będzie pan dużo podróżował. Czasu na jazdę konną w tej sytuacji może zabraknąć…

Zapadła cisza. Zza okna dochodził gwar berlińskiej ulicy. Wiatr lekko poruszał firany, wpadające powietrze było nagrzane, słodkie i ciężkie. Egon von Rausch musiał podjąć decyzję. Wreszcie powiedział:

– W Insterburgu mamy hipodrom. Kiedy jestem w naszym majątku, korzystam z niego. Myślę, że mimo wszystko znajdę chwilę, aby się tam pojawiać.

Viktor Brack uśmiechnął się szeroko, odsłaniając równe białe zęby.

– Gratuluję, właśnie dostąpił pan zaszczytu przystąpienia do najściślej strzeżonego projektu naszych czasów. A teraz pozwoli pan, że sięgnę po zakazany owoc.

Zaciągnął się mocno papierosem marki Haus Bergmann. Gabinet zastępcy szefa kancelarii Hitlera wypełniły kłęby dymu.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Moim honorem jest wierność.

[2] Uniwersytet Ludwika Maksymiliana.

[3] Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników.

[4] Trupia główka.

[5] Przyzwoitość!

[6] Główny Urząd SS.

[7] Rejencja Królewiecka.

[8] Powiat ziemski.

[9] Jednostka kawaleryjska SS.

[10] Rejencja Gumbińska.

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz