Wydawca: Słowo/obraz terytoria Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 384 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Raptularz końca wieku - Krzysztof Rutkowski

W Raptularzu końca wieku Krzysztof Rutkowski próbuje przedstawić koniec naszego stulecia, tak jak go widzi mieszkaniec dawnej stolicy świata. Opisuje skrupulatnie wszystko, co go otacza: ludzi, książki, zdarzenia, wynalazki, czas pracy i czas zabawy, czas beztroski i czas trwogi. Przede wszystkim zaś opisuje Paryż, w którym jak w soczewce zbiegają się wszystkie cechy współczesności.

Opinie o ebooku Raptularz końca wieku - Krzysztof Rutkowski

Fragment ebooka Raptularz końca wieku - Krzysztof Rutkowski

KRZYSZTOF RUTKOWSKI

Raptularz końca wieku

Rysunek na okładce / Wojciech Kołyszko

Redakcja / Małgorzata Jaworska

Korekta / Małgorzata Ogonowska

Skład / Piotr Górski

© Copyright by Krzysztof Rutkowski

© Copyright by słowo/obraz terytoria, Gdańsk 1997

wydawnictwo słowo/obraz terytoria

sp. z o.o. w upadłości układowej

80-246 Gdańsk, ul. Pniewskiego 4/1,

tel. (058) 341 44 13, (058) 345 47 07

fax (058) 520 80 63

e-mail:slowo-obraz@terytoria.com.pl

www.terytoria.com.pl

ISBN 978-83-7453-239-6

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dobroczynny, ale raptusowo i jakby od niechcenia,

w sercu pełen namiętności i uczucia, szydził,

aby pokryć, jak wiele cierpiał, jak czuł wiele.

JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI

Przewodnik po raptularzu

Dla wygody Szanownego Czytelnika wyliczam, o czym raptuję

1 – 5. Żale

Żalę się w „żalach” na życie, bo mi się przyśnił Sławomir Mrożek, kiedy wracał do Krakowa: on też trochę narzekał, inni z życia wychodzą przez okno, przed wychodzeniem oknem ostrzegam

6 – 16. Śnitki

Zobaczyłem niedawno Mirona Białoszewskiego na ulicy, z bagietką pod pachą i zrozumiałem, że włóczęgi po Warszawie i po Paryżu prowadzą w tym samym kierunku, więc na skróty prawdę o dwóch miastach bliźniaczych wygaduję

17 – 24. Żary

Rozpanoszyły mi się po domu widma szczególnie obrzydliwe: Beria się pojawił, Sudoplatow, szpiedzy KGB i przestępcy pospolici, Polacy niemili i kilku Francuzów niczym panny głupie: wszyscy, żeby mnie namawiać do złego, i dopiero dzięki Camusowi jakoś na powierzchnię się wydobyłem, więc zdaję sprawę

25 – 28. Pary

Camus pomógł, ale dopiero Nadar przegnał zmory precz i przypomniał mi o energii kolejowych torów, o parowozach, o Juliuszu Verne szydzącym z oparów postępu, poza tym dzięki Nadarowi pojawił się Stanisław Wokulski, więc radością się dzielę

29 – 42. Psoty

Białą lokomotywą dotarłem do krainy płciowych dwuznaczności, erotycznych nie- i dopowiedzeń, szemranego libertynizmu, naprawdę nie chciałem, a kiedy przymknąłem ręką pod pierś, to wyczułem, że coś puka, przecież nie zakładka zeszyta trochę przyciaśnie, tylko co?

43 – 51. Popitki

…A to Polska właśnie: o takich, którym alkohol robił dobrze, i o takich, którym alkohol robił źle, o pinardach, o absyntach, o balsamach i o truciznach – opowiadam

52 – 63. Jęki

Wpadłem w ciała i wygrzebać się z nich nie mogę: w ciała obolałe, w ciała zagubione, zbuntowane, udręczone, uciskane formą, więc z cielesności raport składam

64 – 67. Formy

Skoro pojawił się Gombrowicz, to musiało zapachnieć Jockey-Clubem, Dubuffetem, Jeanem Cocteau, Misią Sert, Laskiem Bulońskim oraz dobrymi manierami: ślad niezapomnianych wrażeń węchowych uwieczniam

68 – 74. Trwogi

Ciało trwoży też ludzi cierpiących na duszy i skrajnych pesymistów: na szczęście Levinas, Reicher, Ionesco, Crevel lub Cioran pięknie wystawiali kostusze język, co wszem wobec rozgłaszam

75 – 77. Biegi

Ratunek w rowerze? w podrygach? w ćwiczeniach cielesno-duchowych? Z nieoczekiwanych biegań powiązanych z unoszeniem się nad ziemię zadyszane sprawozdanie kreślę

78 – 88. Widzenia

Dom mnie odnalazł: stało się to, gdy dobre duchy uznały, że wystarczająco wyostrzyłem oko i nauczyłem się widzieć okiem wewnętrznym – co wypatrzyłem, staram się wysłowić

89 – 97. Bryzgi

Bracia Światło pod koniec tamtego wieku wymyślili kinematograf, cienie błądziły po ścianach, błoto kleiło się do sukni, kawa brązowiła obrusy, latarnie zmieniały Paryż w sen o łaźni – narodziny snów tamtego końca wieku śledzę

98 – 106. Dumki

A z tego końca wieku co dla nas wynika? Cieniom, śmieciom, drobiazgom, ulicom, liściom, trawie, kamieniom się przyglądam, co widzę – opisuję

Poniedziałek

Aj!

Wtorek

Aj!

Środa

Aj!

Czwartek

Aj!

Pierwszy piątek

Od chwili zapoznania się z dziełem Dostojewskiego prześladuje mnie motyw sobowtóra. Od kiedy wyszło „na jaśnię”, jak mawiał Cieszkowski, że dwojnik mój istnieje – w pół Rosjaninie, pół Polaku znów dostrzegłem nauczyciela i mistrza.

O sobie wiemy niewiele, a wstępowanie w głąb własnej duszy zakończyć się może śmiercią, kalectwem lub utratą narzeczonej, o czym poucza utwór literacki pod tytułem Dr Jekyll i Mr Hyde. Wszelkie samopoznanie grozi schizofrenią, czyli rozdwojeniem. Nie sądziłem jednak, że me duchowe eksperymenty nie tylko zwyrodnieją w schizofrenię duchową, lecz objawią się również cielesnymi rozczepinami. Zaczęło się, jak zwykle, niewinnie.

Anonimowy Rodak przysłał mi ukazujący się w Paryżu tygodnik „VSD” z mrożącą krew w żyłach opowieścią o bohaterskich czynach Krzysztofa Rutkowskiego – „Mike Hammera od skradzionych berlin”. Pośrodku fotografia mężczyzny w czarnych okularach, pokazującego „Gazetę Kryminalną” po polsku. Na pierwszej stronie owej gazety ten sam mężczyzna w czarnych okularach mierzy z wielkiej spluwy w dal, a litery krzyczą: „Obroń się sam!”

Bywało, że w snach, a raczej w posennych majakach, widziałem siebie pędzącego na chyżym rumaku przez stepy, machającego zakrzywioną szabelką i ryczącego wniebogłosy: „Jezus Maria, bij Moskala!” Bywało, że obłok fantazmatu przenosił mnie do pól malowanych zbożem rozmaitem, które okazywały się później pyszną skórą baszkirskich branek. Po konferencji romantycznej odprawianej w gronie uczonych polonistów widziałem się oczyma duszy, jak stoję na ubitej ziemi przed znanym poetą i eseistą. Mieliśmy walczyć na rzeźnickie noże. Nigdy jednak nie strzelałem z magnum!

Upłynął czas pewien, jak piszą pisarze. Koledzy usłużnie przysyłali mi kolejne wyrwane strony z innych polskich i niepolskich pism, poświęcone najsławniejszemu w Europie Centralnej, Zachodniej, Wschodniej, Północnej i Południowej poszukiwaczowi skradzionych samochodów – Krzysztofowi Rutkowskiemu. Wtedy po raz pierwszy zamówiłem wizytę u terapeuty, wybitnego ucznia Lacana i miłośnika Gombrowicza.

Kiedy w „Le Monde” ukazał się wywiad z Krzysztofem Rutkowskim, natychmiast rozdzwoniły się telefony, a skrzynka na listy odpadła od ściany pod ciężarem wycinków z dopiskami: „Wiedziałem(am), że prowadzisz podwójne życie, ale nie wiedziałem(am), że do tego stopnia…”

Pojąłem, że na tę martwą już naturę czas najwyższy nałożyć wędzidło. Ruszyłem więc do Warszawy i zadzwoniłem do firmy mego sobowtóra, Doppelgängera, by rozstrzygnąć na wieki, kto z nas Raskolnikow, a kto Swidrygajłow, bo kto w tej nie-boskiej komedii zagra rolę Smierdiakowa, pojąłem natychmiast, gdy tylko w słuchawce posłyszałem: „Halo…” wypowiedziane przez pracownika sławnego detektywa, w ulubionej tonacji bohaterów Marka Nowakowskiego, przy niegłośnym wtórze gitary.

Uprzejmy pracownik wysłuchał mego jęku i zaszczycił komplementem: „Śmiszne pan nieraz kawałki wypisujesz. Wielu myślało, że to szef, ale on na głupoty czasu ni ma…”

Nazajutrz rozmawiałem z Krzysztofem Rutkowskim, bo pracownik numer mój szefowi przekazał. Umówiliśmy się o trzeciej popołudniowej w kawiarni „Czytelnika”. Punktualnie o piętnastej zadzwonił telefon. Przemiła kelnerka oznajmiła, że Krzysztof Rutkowski chce rozmawiać z Krzysztofem Rutkowskim, bo Krzysztof Rutkowski wyjechał pilnie do Monachium, mercedesa goni, przyjść nie może.

Tak oto zamknęło się koło. Cienia własnego nie poznam ani go w dłoń nie uchwycę, idąc, skacząc po górach i przeskakując pagórki…

Kim jestem? Wzorowym kapitanem statku, który nocą wyłowił marynarza z wody i ukrył w kajucie? Kim jest „Tajemny Wspólnik” mej duszy? Przypuszczam, że lepszą częścią mojego „ja”, a na pewno skuteczniejszą – wszak pieści w kaburze wielki swój rewolwer.

Etnologia uczy, że wiarę w istnienie bliźniaczych kopii każdego człowieka, ptaka czy zwierzęcia wyznają prawie wszystkie ludy od początków świata. Do naoczności nie doszło, ale święto Dziadów nadciąga nieuchronnie, a Smierdiakow coraz silniej targa struny swej gitary.

„Obroń się sam”.

Przed sobą.

2.

Przyśnił mi się Sławomir Mrożek. Ostatnim razem widzieliśmy się w Théátre de la Colline na premierze Miłości na Krymie. Było nam serdecznie. Potem napisał, że w końcówce obecnego stulecia dekadencja ogarnia całe narody, dekadencja zeszłowieczna zaś była przywilejem elit. Mrożek próbuje znaleźć ocalenie w Krakowie. Może je znajdzie, chociaż chyba zdaje sobie sprawę, że to ucieczka do przodu – w końcu duchowa melasa zaleje również Sukiennice.

Od dawna zastanawiam się, czym się różni obecny fin de siècle od dziewiętnastowiecznego, bo różni się poważnie. Doszedłem do wniosku, że przede wszystkim wiekiem morderców. Pod koniec obecnego stulecia najzupełniej bezinteresownie zabijają się dzieci. Wbijają sobie noże w serca, torturują, strzelają, tratują. Czułem, udręczony w duszy i w jelitach, że nastroje końca świata i drżenie przed apokalipsą wypełnia powietrze, a złe przybrało obecnie kształt pyska wściekłej krowy.

Dziewiętnastowieczna dekadencja bardziej zdawała się optymistyczna, więcej w niej tkwiło nadziei. Teraźniejszość smutniejsza jakaś, chociaż na pierwszy rzut oka powinno być odwrotnie – bo przecież komunizm upadł, a przynajmniej przykucnął w krzakach ze spuszczonymi gaciami, i rozwiała się największa iluzja XX wieku – ułuda nieskończonego postępu. A jednak smutkiem wieje. Dlaczego?

Tamta dekadencja ponuro nuciła hymn o upadłych wartościach, ale – po pierwsze – były one powszechnie jako wartości rozpoznawane i – po drugie – na niebie jaśniała jutrzenka swobody, w kolorze czerwonym, krwawa jutrzenka, ale za to jakże obiecująca. Dekadenci z końca XIX wieku zalewali się trującym absyntem, cierpieli na spleen, ale widzieli, jak na Polach Marsowych w Paryżu rośnie wieża Eiffla. Koniec starego świata grzebała Utopia, panna Utopia o anielskiej buzi, która dopiero później okazała się krzywą mordą. Pod koniec XIX wieku Utopia, jak alkohol, działała uspokajająco.

A teraz? Pustka. Brak. Marksowska wizja świata jako zagryzających się klas całkiem zbankrutowała, chociaż pojawiają się we Francji autorzy (na przykład Daniel Bensaid), którzy biorą marksizm w histeryczną obronę.

Niespieszne rozważania o Marksie największego filozofa dekonstrukcjonizmu na świecie – Jacques’a Derridy – zmierzają w inną stronę: Derrida zdaje sobie sprawę, że marksizm zwietrzał, ale jednocześnie na naszych oczach bankrutują też liberalno-demokratyczne pomysły na funkcjonowanie gospodarki i społeczeństwa, więc kryzys rozpanoszony w całej Zachodniej Europie to nie jest zwykły kryzys gospodarczy – ponieważ kryzys, jak sama nazwa wskazuje, pojawia się i znika – lecz otwiera się nam pod nogami zapadnia, zabrakło rozsądnych pomysłów na życie zbiorowe, na pracę, na utrzymanie starzejących się coraz bardziej społeczeństw, na edukację. Przede wszystkim okazuje się, że praca nie prowadzi już do dobrobytu, a dobrobyt do szczęścia i że nasze życie powinno rosnąć inaczej. Tylko jak?

Obecny schyłek ujawnia, że rozpada się tak zwane społeczeństwo konsumpcyjne, to znaczy układ prosty jak strzelenie z bicza: pracujesz, zarabiasz, kupujesz przedmioty. Kupując, pozwalasz pracować innym i napędzasz koniunkturę. Rozpada się państwo opiekuńcze, które jeszcze przed dwudziestu laty napawało dumą socjologów zapatrzonych w systemy ubezpieczeń społecznych, rent i emerytur. Poszczególne państwa zachodnioeuropejskie najchętniej ogłosiłyby dziś upadłość. Przedmieścia zaciskają pętlę na szyi wielkich miast. W tryby dostał się piasek duchowy końca wieku. Machina zasapała, zazgrzytała i stanęła. Marks zbankrutował, ale bankrutem okazuje się też Keynes, oczywiście obydwa nazwiska pojmuję emblematycznie.

Co w tej sytuacji począć? Należy wymyślić nowy sposób na życie. Na życie bez pieniędzy, a przynajmniej częściowo bez pieniędzy, na życie bez pracy, to znaczy bez znoju, na życie piękne, godne i zgodne z naturą. Czyżby zatem do bram miasta znów pukała panna Utopia? Niestety, nikt nie puka, bo nikt jeszcze nowej panny Utopii pod koniec wieku za włosy nie złapał. Recepty na życie nie wymyślił, prawdopodobnie dlatego, że wymyślić jej już się nie da.

Poza tym nie bardzo wiadomo, od czego zacząć. Mówi się co prawda, że coś trzeba koniecznie zrobić, stworzyć nową „Europę socjalną”, kształcić i wychowywać młodzież w nowym duchu, odwrócić uwagę od samochodów, telewizorów, wideo, machnąć ręką na karty kredytowe, czeki i gotówkę, ruszyć w jakąś drogę, ale to jedynie słowa, słowa, formy „biernika postulatywnego”. Im częściej słowo „trzeba” powtarzane, tym wyraźnie jszy objawia się brak woli. W końcu dekadencja polega głównie na niemożności, o czym wiedział ciężko doświadczony przez życie paryskie Stanisław Wyspiański, kiedy pisał Wesele.

Nie masz na razie w Paryżu pomysłów na życie, przynajmniej zbiorowe. Jak się okazuje, w Meksyku nie lepiej. Ale czy Kraków jest Itaką?

3.

Sławomir Mrożek wrócił do Krakowa! Zostawił meksykańskie rancho La Epifania. Dlaczego? Bo Suzana i on mogli stracić życie. Szczególnie w sobotę, w dzień wypłaty, kiedy wiadomo, że na rancho są pieniądze. Dlatego potrzebny był Colt Combat Commander 38. Dla Suzany to broń o wiele za duża i za ciężka, więc Sławomir Mrożek musiał colta zarepetować. Spali na zmianę, na stryszku, to najlepsza pozycja strategiczna. Poza tym płonęły lasy. Stąd najdłużej można się było bronić. Przed kim?

W wiosce wiedzieli, że na rancho w soboty wypłata, pewno już tequilla lała się strugą i różni muchachos coraz silniej szarpali struny gitar. Gęba barbarzyńcy. Uśmiech barbarzyńcy. Barbarzyńcy w poncho, barbarzyńcy w dżinsach z ogolonymi głowami, barbarzyńcy w garniturach Bossa i z telefonami komórkowymi w kieszeni. Barbarzyńcy u władzy. Barbarzyńcy w nędzy, barbarzyńcy w szmalu. Barbarzyńcy w beszamelu. Triumf Zenka, gigantyczna wiktoria wielopostaciowych chamideł.

„No i wracam do Krakowa. Wyjechałem z Polski 6 czerwca 1963. Więc po trzydziestu trzech latach emigracji, dokładnie połowa mojego życia”.

Wielkie wrażenie wywarł na mnie tekst Mrożka Dlaczego nie wracam. To była odpowiedź na ankietę „Polityki”, zamieszczona dwa, a może trzy lata wcześniej, czas leci niebezpiecznie i głupio. Sławomir Mrożek opowiadał w niej, jak umierał i jak chwyciła go wtedy za gardło zwierzęca tęsknota za Krakowem. I napisał też, że do Polski nie wraca, ponieważ – jeśli dobrze pamiętam (fotokopia odpowiedzi zawieruszyła się gdzieś w ciasnocie mojej klitki) – Polska zaczyna się upodabniać do Francji, a on przecież z Paryża wyjechał do Meksyku, gdyż to, co rozpoczęło się w Paryżu, okazało się nie do wytrzymania. Owszem, przyznał Mrożek, w Paryżu można żyć wygodnie i na luzie i na pewno nigdzie na świecie nie żyje się sympatyczniej niż tu, ale…

Ale co? Precyzyjnej odpowiedzi zabrakło, lecz ja się domyślam, że dla Mrożka coś w Paryżu bezpowrotnie pękło, może zobaczył przez swe okulary, jak na bulwarach i placach miasta zaroiło się od Zenków. Coraz ich więcej, w różnych postaciach: mlaszczą, podsiadują, popatrują, jedni siorbią piwo z puszki, a  drudzy odegną elegancko paluszek w słynnej restauracji, dawniej zacnej, dziś zhamburgerowanej, jeszcze inni w telewizji przemówią do ludu o wolności, równości i braterstwie, kilku wbije nóż w plecy, wielu rozpłynie się w obłudnym uśmiechu. To przede wszystkim miejscowi, ale przybysze też.

Inwazja Zenków na Paryż nie wiąże się z poczuciem fizycznego zagrożenia, lecz z niebezpieczeństwem utraty sensu życia: duchowego życia. Obsikiwane bezustannie mury kamienic zaczęły cuchnąć w tym mieście ostrzegawczo. I katedra Notre-Dame zamieniła się w obleśny wybieg dla wielojęzycznego stada: oto świątynia w zamtuz zamieniona. Skoro zaś Polska zaczyna upodabniać się do Francji, to kierunek – Meksyk!

Mrożek napisał, że życie paryskie rozwija się w złym kierunku. Skutki tego rozwoju jawią się niekiedy jako zabawne, sympatyczne, a nawet pożyteczne, ale to już nie to. Życie się w po-życiu zapomniało.

Dziesięć lat temu wnosiłem ze Sławomirem Mrożkiem szafę do jego mieszkania na ostatnim piętrze przy ulicy Franco-russe. Po wniesieniu usiedliśmy i wypiliśmy po jednym, jak na dwóch ludzi z szafą przystało. Mieszkanie było długie, przypominało kadłub fregaty ze snu, w oknach piętrzyły się paryskie kominy. Z punktu widzenia strategicznego – wybór znakomity: fregata gwarantowała skuteczną obronę, a nawet kontratak. Pod ścianami półki pełne książek: chwiejne i stanowczo tymczasowe.

Pijemy, gadamy, pytam: „Wybacz śmiałość, ale dlaczego nie sprawisz sobie solidniejszych regałów, przecież to wszystko się wywróci?” „Nie warto, przecież i tak trzeba będzie się niedługo pakować. Należy być gotowym do drogi, zawsze”.

Pierwszy odcinek Dziennika powrotu Sławomira Mrożka, napisany w sobotę 13 kwietnia 1996 roku na rancho La Epifania, rozpoczyna się tak: „Trzy dni temu podczas śniadania. Suzana opowiedziała mi szczegóły jej wczorajszego dnia w Mexico-City. – Jeśli chcesz – ja na to – wracamy do Europy. Paryż czy Kraków, wybieraj. – Kraków – odpowiedziała bez namysłu. I tak po prostu w jednej chwili, rozstrzygnęły się nasze dalsze losy”.

Poszukiwania raju na ziemi kończą się w zasadzie albo źle, albo głupio. Nie ma wysp szczęśliwych. Można uciekać do Paryża albo z Paryża, do Kanady albo z Kanady, do Australii albo do Meksyku, ale wszędzie odnajdzie mnie twarz Zenka, która może się okazać również moją maską.

Ucieczka do raju wiedzie wprost do piekła. Im bardziej rzekomy raj wydaje się rajski: zapachnie chanelem lub palmami, plażą, ukoi żywicą, łagodnością górskich stoków lub prostą pieśnią meksykańskiego ludu – tym okrutniejsze później piekielne męki.

Powrót: czas pogodzić się ze światem i ruszać ku polanie, bo droga jest jak dom.

4.

Utraciłem ojczyznę-synczyznę. Małą ojczyznę, mój powiat, zaścianek mój ciasny – opuszczam Bagno, wygnaniec z Le Marais. Już dawno czułem, że znowu ruszę w drogę wygnania: od czasu kiedy pan Cukerman, latarnik z ulicy des Rosiers, musiał sprzedać swój sklepik z ogórkami kiszonymi, z kaszą, chałwą i preclami, od kiedy chasydzi przestali tańczyć w szabas, od kiedy ksiądz proboszcz z kościoła pod wezwaniem Matki Bożej od Białych Płaszczy zamykał świątynię zaraz po mszy, że nawet zdrowaśki nie zdążyłem odmówić, od kiedy pastor od Świętego Antoniego schudł i sczerniał.

Bagno zamieniło się w oblężoną twierdzę. Z twierdzy słałem raporty. Na próżno. Nadciągnęli barbarzyńcy, którzy już przedtem podbili Hale, okolice Centrum Pompidou i całą trzecią dzielnicę, albo raczej to, co po niej pozostało. Brzuch Paryża zalała maź, paryżanie musieli uciekać: puste kamienice, tysiące mieszkań zamienionych na biura, których nikt nie chce i nie może ani wynająć, ani kupić. Na dole restauracje i kawiarnie, w których ryczy muzyka i rżą najeźdźcy. Nie wierzono mi, mówiono, żem histeryk (prawda), pieczeniarz (nieprawda) i ziółko (gorzkie). Przyjechał Tadeusz Komendant. Przeciągnąłem go po pasażach i pokazałem. Jak wsadził palec w ranę – uwierzył.

Kim są barbarzyńcy? To ludzie nowego typu: sukkuby i inkuby wyjęte spod sztancy. Kubraczki na nich pomarańczowe albo zielone (techno), dżinsy kloszowato rozszerzone (wróciła moda z początku lat siedemdziesiątych), jednakowe fryzury i obowiązkowe noszenie okularów słonecznych w nocy. Nie na nosie, ale na czaszce: okulary służą bowiem przytrzymywaniu grzywki u panienek albo wystają jak różki u inkubów, wystrzyżonych na zero.

Szewcy w reżyserii chyba Jerzego Jarockiego, których widziałem przed laty, kończyli się sceną wypadania z rury dziesiątków jednakowo przystrojonych manekinów, poruszających się rytmicznie i monotonnie. Wizja polskiego reżysera i zakopiańska przenikliwość Stanisława Ignacego stanęła mi gulą w bagnie paryskiej codzienności.

O czym mówią inkuby? O seksie i pieniądzach. Sceptycy powiedzą: przecież to nic nowego? We Francji zawsze się mówiło o seksie i o pieniądzach, na co oburzali się światli Rosjanie w XVIII wieku, którzy przyjechali spijać z ust Diderota i Rousseau oświeceniowe miody mądrości, a oni w salonach gadali tylko o tym, kto z kim jak i za ile. Zgorszeni Rosjanie wracali do domu, by budować Trzeci Rzym, ale przyznawali, że jednak Francuzi dyskutowali o mamonie i sprośnościach z wielką klasą. Inkuby gadają bez klasy, bez sensu i wyglądają telewizyjnie.

ROBERT DOISNEAUWęglarze nad kanałem St-Denis

Aubervilliers 1945

Jak ich nie podsłuchuję, to one mnie gwałcą do słuchania, bo od trzech lat zalęgły się pod naszymi oknami restauracje i czułem się jak bohater nie napisanej sztuki Różewicza: na scenie knajpa, w której goście piją i rajcują. Na środku knajpy – łóżko. Przychodzę z pracy, wkładam pasiastą piżamę, myję zęby, spluwam do kieliszka jednego z rajcujących i pod kołdrę. Walczyłem długo i wytrwale, zawiązywałem koalicje, zbroiłem się. Pan Armand, fryzjer, wspierał mnie duchowo. Polski piekarz, pan Roman z ulicy Starej Świątyni, donosił świeże pieczywo. Rebe Ajsze kiwał się dla mnie nad Pismem, ksiądz Roger – wspierał w niedziele, pastor – pościł. Wszystko na nic. Na Bagnie wybuchła zaraza.

Emigrować. Ale dokąd? Do Krakowa nie sposób, bo jak słusznie szepnął mi Adam Zagajewski, do Krakowa nie każdy może: trzeba być Noblistą, kandydatem na Noblistę, albo przynajmniej wylegitymować się pradziadkiem kamerjunkrem na dworze Franciszka-Józefa.

Więc może „Pogranicze” w Sejnach? Za biedny jestem. Tam przed każdym prawie domem srebrzysty mercedes, bo strefa przygraniczna i handel rozkwita, trzeba mieć koniecznie w kieszeni „telefończyk”… gdzie mnie do wielkiego biznesu. Pozostaje Paryż. Tylko gdzie znaleźć kąt w oblężonym mieście, jeszcze przez barbarzyńców nie zdobyty, przeoczony, zapomniany?

Znalazłem. Cudem. Na rue de La Sourdière, w pierwszej dzielnicy miasta. Cud to prawdziwy, nie mniemany, bo przecież la sourdière to stara nazwa specjalnych drewnianych okiennic, stebnowanych materiałem i grubo wymoszczonych, by po ich zamknięciu hałas nie przedostawał się do wnętrza. A więc po Skarbowej – Tłumikowa, Stłumiona, Ogłuszona, Przyciszona! Ponadto la sourdière to synonim surdynki, tłumika do trąbki, rogu lub klarnetu, więc w każdym razie to znak z wyżej dany, znak spokoju, odetchnienia. Wyczytałem też, że w średniowieczu ulicę przebił sier La Foy de la Sourdière, czyli – powiedzmy – Mścisław z Głuszyc. Dzięki, księże Rogerze! Szalom, rebe Ajsze!

Zawezmę się, lepiej przygotuję obronę. Surdynki barbarzyńcy mi nie gwizdną. Obszedłem już rubieże mego nowego powiatu, który po wygnaniu z Bagna postanowiłem adoptować. Nie jest tak źle: od południa Palais-Royal i Komedia Francuska, można się w ogrodach i w korytarzach teatru długo bronić, liczę na Andrzeja Seweryna – pomoże. Od zachodu kościół Świętego Rocha, mury grube, liczę na wsparcie duchów Adama, księcia Czartoryskiego i księdza Duńskiego, bo na pomoc księży Kajsiewicza i Jełowickiego to ja liczyć nie mogę. Potem linia Tulerii, kolumnada Rivoli i złoty pomnik Darczanki, na północy Place Vendôme – zatem wesprą mnie pani Sand, Chopin, a może nawet Norwid. Od wschodu Biblioteka Narodowa i pasaże – to moje Okopy Świętej Trójcy.

Punkt dowodzenia: szesnastowieczna wieża astrologów Katarzyny Medycejskiej, jedyna pozostałość po Hôtel de la Reine, sterczy przy giełdzie handlowej, niedaleko kościoła Świętego Eustachego.

Na wieży siedział astrolog Ruggieri i przepowiadał królowej przyszłość. Po obejrzeniu wszystkich przyczółków rozpocząłem wspinaczkę. Wiedziałem, że na czubek się nie wdrapię, chociaż wieża ślicznie zdobiona motywem roślinnym i dogodnie wklęsła. Jednak na trzydzieści metrów wysoka, a wróg nie śpi. Wspinałem się w rytm słów: „Słońce zaszło, wołają astronomy z wieży…”, i obiecałem sobie, że jak dotrwam tylko do: „Ciemności kryją ziemię” – to będzie źle, a jak dowspinam do: „Przebudzą się bez czucia, jak bez czucia spali” – będzie jeszcze gorzej. I jak?

Będzie.

5.

Diderot w jednym ze swoich listów z roku 1784 napisał: „Gdy byliśmy młodzi, chodziliśmy czasami do burdelu: Monteskiusz, Buffon, przewodniczący des Brosses i ja. Z nas wszystkich Przewodniczący, jeśli się odpowiednio przygotował, robił najokazalsze wrażenie”.

Ten list cytuje Jean Noël Vuarnet w swojej książce Ładne czasy. Filozofowie i artyści w czasach Regencji i Ludwika XV 1715-1774. Rozdział z książki Vuarneta przetłumaczyła i opatrzyła wstępem profesor Olga Scherer („NaGłos” 1992, nr 8). To jedyny fragment dzieła tego wielkiego francuskiego pisarza-filozofa znany po polsku. Szkoda, bo Vuarnet należał do najbardziej oryginalnych umysłów francuskich naszego stulecia. Twierdzę z głębokim przekonaniem, że jego prace, tłumaczone na niemiecki i włoski, odegrają w kulturze współczesnej rolę porównywalną z myślą Diltheya w początkach wieku. Przede wszystkim ze względu na zuchwałość spojrzenia na splot ciała i duszy.

W Ładnych czasach Vuarnet pisał: „Na skraju miasta odbywają się «kolacje wolnościowe» w obecności okazałych heter, […] przy udziale aktorek, tancerek, dziewcząt z opery, z którymi bez skrupułów obcują, czasem bardzo blisko, panie z towarzystwa (na przykład księżna de Retz, która w najwyższym stopniu zasłużyła na przydomek «Popieprz-mnie»), w Pałacu Luksemburskim amazonka księżna de Berry, ulubiona córka Regenta, oddaje się bez osłonek całemu Paryżowi, łącznie z księżmi i parobkami. Przystojni panowie nie liczą już swoich przygód miłosnych, a ładne kobiety «malują sobie na niebiesko sztuczne żyły, żeby ich skóra wydawała się cieńsza» […]. Wszędzie powstają świątynie innego rodzaju […] mianowicie salony towarzyskie lub literackie i filozoficzne […]. Regent (ten «chełpiący się zboczeniami fanfaron», jak mówił o nim Ludwik XIV) z jednej strony brał żywy udział w owej nieskrępowanej kulturze, zaś z drugiej strony, jak wielu jego przyjaciół, był tytanem pracy, wzorowo zarządzającym sprawami państwa” (przeł. Olga Scherer).

Pracowitość i rozpusta, pracowitość w rozpuście, zaciekłość płciowo-poznawcza. Księżna palatyńska pisała o swym ukochanym synu, że lubi sztukę, zabawia się destylacją alkoholu i perfum, lubi nauki ścisłe, muzykę i kobiety. Czasy Regencji to okres histerycznego karnawału francuskiej kultury. Oni z niego wszyscy. Przyszli lokatorzy Panteonu wtedy właśnie dochodzili do rozumu i wchodzili w ciała pań, których imiona noszą dziś paryskie pasaże, ulice i wytworne przysmaki. Jean Noël Vuarnet nieładne sprawki „ładnych czasów” pokazał tak, jak na prawego historyka przystało: odsłonił zbrukaną bieliznę pałaców, w którą piękno, wiedza i umiarkowane poczucie sprawiedliwości wytrysnęło z wydzieliną.

Jean Noël Vuarnet urodził się w roku 1945 w Lyonie. Pierwszą ze swych książek napisał w wieku lat dwudziestu; nosiła ona tytuł Pośmiertna narzeczona. Opublikował z tuzin powieści i esejów, z powodzeniem dokonywał scenicznych adaptacji dzieł literackich i sam pisał dla teatru. We Francji znany i ceniony, jednak nie tak popularny jak Michel Foucault lub Jacques Derrida, chociaż nie tylko specjaliści i esteci wiedzieli, że mają do czynienia z talentem wyjątkowym. Dlatego Jean Noël Vuarnet tak cenił malarstwo Jana Lebensteina. W tekście opublikowanym w katalogu warszawskiej wystawy artysty napisał: „Bez względu na to, czy pozór w znaczeniu platońskim jest przez Jana Lebensteina użyty z premedytacją, czy też nie, dzieło jego znakomicie wyraża to pojęcie, bowiem pozór, podobnie jak chimera, oddala się od istoty, względnie idei czystej, aby natrafić na zmieszaną nieczystość. Otóż w Państwie Platon podejrzewa wszystkich artystów o to, że są – i to wyłącznie – chimerycznymi wytwórcami-podrabiaczami. Nietzsche powie o nich: «wyznawcy wysokich mocy błędu»” (przeł. Olga Scherer). Vuarnet pisał o Lebensteinie i myślał o sobie.

Vuarnet – pisarz barokowy, doszukujący się sprzeczności w naturze dobrze odżywionej i nie całkiem martwej, w każdej rzeczy, która nasza jest. Sprzeczności ujawniał w strzelistych esejach królewskich, w których umieścił też skład zasad etyczno-estetycznych, tezy o „filozofie-artyście”, bardziej – mym zdaniem – interesujące niż głośne opinie Milana Kundery o powieści. Program Vuarneta dla współczesnego pisarza: zdobywać się na zmysłowe uduchowienie charakteryzujące mistyków, u mistyczek zaś dochodzące do paroksyzmu. Właśnie przeżyciom mistyczek Vuarnet poświęcił trzy rewelacyjne książki: Ekstazy kobiece, Boga kobiet orazOrła-Matkę.

Jean Noël Vuarnet wyskoczył oknem. Jeśli można tak rzec – najzupełniej niespodziewanie. Zabrał teczkę z notatkami do wykładów z estetyki. Kobieta wyszła do kuchni, on – na balkon.

Źli ludzie gadali, że Jean Noël Vuarnet postąpił tak jak jego nauczyciel, mistrz i przyjaciel – wielki francuski filozof – Gilles Deleuze, który w listopadzie ubiegłego roku wyszedł oknem ze swego mieszkania. Ludzka złośliwość i małość, splatająca się nieraz barokowo z tkliwością serca – nie zna granic. W Bogu kobiet Vuarnet napisał: „Na przekór scholastyce Ojców Kościoła, całej racjonalnej teologii, być może na przekór wszystkim dogmatom rozumu, świętość puka do serc szczególnie umęczonych”. On sam szukał świętości i zwykłej chwili wytchnienia.

6.

Dwa tygodnie temu dreptał przede mną rue des Rosiers niewysoki facet w płaszczu – wydało mi się – ortalionowym, z plastikową siatką, z której wystawały lilie-smolinosy, a pod pachą trzymał bagietkę. Przyspieszyłem kroku i chciałem zawołać, ale jak? „Miron!”? Nie mam prawa. „Proszę pana!”? Na środku bagnieńskiej ulicy, po polsku? W Le Marais by to jakoś uszło. Po francusku coś beknąć? Jeśli to on, to głupio.

Zwolniłem kroku i patrzyłem, jak dziwny nieznajomy skręca przy restauracji Goldenberga w prawo, w ulicę Ferdynanda Duval. Bagietka pod pachą jak z obrazu Czapskiego. Niech już tak zostanie. Nie dopadłem go przed laty w Warszawie, na tych Polach Elizejskich na Bagnie już nie wypada. Niech idzie.

Powiecie, że wymyśliłem Białoszewskiego na rue des Rosiers już po lekturze Mirona. Wspomnień o poecie zebranych i opracowanych przez Hannę Kirchner. Przeczytałem książkę w tę, a potem we w tę i nadal podczytuję. Zebrane w niej świadectwa – ważne. Materiał opublikowany przez redaktorkę tomu, Hannę Kirchner – na wagę złota. Trudno, mówcie, co chcecie: ja widziałem, co widziałem, dopiero potem przyjechała książka.

Białoszewski i Paryż. Do tej pory się wydawało, że jedyny paryski donos Mirona to scena z zegarkiem i Sandauerem opisana w Szumach, zlepach, ciągach. W tomie Hanny Kirchner nadziałem się na relację owego Sandauera, pod tytułem: Podzwonne Białoszewskiemu: „Na śmierć byłbym zapomniał o naszym wspólnym pobycie w Paryżu, w 1959 roku. Sam mieszkałem w PEN-Clubie, jego musiałem jednak umieścić w dzielnicy, gdzie by się mógł wyjęzyczyć po polsku. Wynająłem mu pokój przy rue des Rosiers, gdzie na każdym kroku słyszało się oba języki, z którymi osłuchał się od dzieciństwa, żydowski i polski. Dodajmy, że piękności oficjalnych oglądać nie lubił, po muzeach i galeriach chodził niechętnie. Największe wrażenie z przygód paryskich zrobiło na nim runięcie w jego izdebce starej hotelowej szafy, czemu też poświęcił wiersz. […] Po trosze pokazywałem mu Paryż, ba! wybrałem się z nim na strip-tease, gdzie główną striptizerką była – o dziwo – Polka. Ale po nim to wszystko – jak po gęsi woda”. Sandauer albo nie wiedział, co Miron Białoszewski robił w Paryżu, albo bał się wiedzieć, w każdym razie w prawdziwym paryskim pasażu Białoszewskiego nie odegrał żadnej roli.

Białoszewski pojechał do Paryża, by spotkać się w Maisons-Laffitte z Józefem Czapskim, co wynika z relacji, z listów i z rysunków umieszczonych przez Hannę Kirchner w rozdziale O Mironie, o Ludwiku. Dobrze pamiętałem, że na oryginale notatek ze Starobielska Czapski umieścił napis: „W razie mojej śmierci proszę oddać Ludwikowi Heringowi (adres) albo Marii Czapskiej (adres)”. Dzięki Hannie Kirchner i lekturze Mirona mogłem wreszcie powiązać osobne nitki paryskie w dłuższy ciąg.

To Czapski uratował przed wojną Heringa od samobójstwa, to Hering z Ludmiłą Murawską wynosili w 1939 roku obrazy artysty z jego pracowni w Józefowie, to w listach do Józefa Czapskiego Ludwik Hering najpełniej – jak twierdzi Hanna Kirchner, która listy te czytała – wysłowił własny dramat. I to Józef Czapski dzięki interwencji Heringa, wraz z Kotem Jeleńskim, zorganizował w Paryżu w roku 1957 pomoc dla chorego na gruźlicę Białoszewskiego.

30 kwietnia 1958 roku Białoszewski pisał do Czapskiego: „Od paru dni wisi na moich nowych drzwiach (nowego mieszkania) Pana Kasjerka. Zawiesiliśmy ją z Ludwikiem. Patronuje domowi, teatrowi (w mieszkaniu), publiczności. Między jej zawieszeniem (teraz) a zobaczeniem Tramwaju przed siedemnastu laty (u Ludwika) zamyka się moje myślące życie”.

Białoszewski do Czapskiego, lipiec 1958: „Ciągle myślimy (z Ludwikiem), że nasz teatr jest prostszy niż wydaje się Panu z daleka. Podobnie z moimi wierszami. Tak proste (są), że ludziom nie przyjdzie do głowy. Szukają zawsze i wszędzie wygibów, których nie ma”.

W styczniu 1959 roku Białoszewski przyjechał do Paryża i donosił Ludwikowi Heringowi: „Byłem dziś u Józia. I jadę do nich na piątek, sobotę i niedzielę. Bardzo się z tego cieszę i cały czas o tym myślę. Bo Paryża nie mogę jeść. Zostaje malarstwo (które oglądam i Józio). Dwie najciekawsze rzeczy w Paryżu. […] Był taki wieczór […] kiedy przywlokłem się do nich na ostatnich nogach. Usiadłem w fotelu. Józio puścił nagle Requiem Mozarta. […] Józio mnie rysował”.

Na 287 stronicy Mirona znajdujemy ów rysunek Czapskiego. Młody mężczyzna z przymkniętymi oczami, zasłuchany w Mozarta lub w kosmiczne naszeptywania. Przyjrzyjcie się uważnie tej głowie: przecież to Edward Stachura.

Szumy, zlepy i ciągi we mnie: bagietka na rue des Rosiers, Stachura zatopiony w Mozarcie, Czapski troszczący się o gruźlicę Mirona. Tylko ten Sandauer niepotrzebny.

7.

Od czasu pogrzebu Mitterranda setki tysięcy Francuzów ciągną do miasta Jarnac, które leży między Angoul me i Cognac. Na miejscowym cmentarzu, w grobie rodzinnym, spoczęły szczątki prezydenta. Od chwili jego śmierci miasteczko nabrało życia, wypełniło się energią, zabłysło.

Jarnaczanie interesy robią jak nigdy dotąd, zacierają ręce i liczą: w lipcu ze czterysta tysięcy dusz się zjawiło, w sierpniu pielgrzymów jeszcze więcej.

Przycmentarny handelek kwitnie: szaliki w kolorze bordowym z inicjałami „FM”, fajki rzeźbione w drewnie z rysami Ukochanej Twarzy, berety ozdobione podobizną, biusty z czystego brązu odlewane w miejscowej kuźni za jedyne 4000 franków sztuka i czerwone róże, symbol francuskich socjalistów, ulubiony kwiat prezydenta. Ostatnio nawet pojawiły się podobno w butikach przycmentarnych gipsowe figurki przedstawiające labradora Mitterranda, o swojsko brzmiącym imieniu Bałtyk. Bałtyk jeszcze żyje.

Kupcowe i kupcy porozstawiali straganiki; oblepili cmentarne mury i pewno zawodzą jak na Powązkach, jak w „Ooooooooosmędeuszach!” Heringa i Białoszewskiego:

Gdzie Katakumbowa

swoje skarby chowa?

Katakumbowe nie wiedzą, że pielgrzymi ciągną do Jarnac jeszcze przez kogoś, nieświadomie. Przygania ich tutaj duch dziejów i zawirowania „odwiecznej przyjaźni polsko-francuskiej”.

W roku 1910 Rada Miejska Jarnac postanowiła uczcić pamięć zasłużonego syna tej ziemi. Rada radziła długo, czy biust wystawić na rynku, czy też wmurować tablicę. Uradzono fontannę, by w ten sposób – jak czytamy w protokole posiedzenia – „przyjemne udatnie złączyć z pożytecznym”. Na szczycie fontanny postanowiono umieścić głowę Zasłużonego, a na ścianach basenu medaliony przedstawiające rysy Rabelais’go, Montaigne’a, La Fontaine’a i… Mickiewicza.

Zasłużony zwał się Henri Burgaud des Marets. Kochał on Mickiewicza do szaleństwa, dla niego nauczył się polskiego, dla niego tłumaczył Konrada Wallenroda. Dziady wydrukował w sześćdziesięciu egzemplarzach i biegał po snobistycznych paryskich salonach, by odpowiednie osoby zachwycić.

Dla Mickiewicza popadł w zatarg z ojcem, rzetelnym handlarzem wina. Ojciec groził, że go wydziedziczy, i przez pewien czas szantażowal, że jeśli nie zerwie z Polakiem, to nie otrzyma ani grosza na studia prawnicze w Paryżu. Wreszcie ściągnął syna do Jarnac i kazał mu przez trzy lata szpuntować beczki. Henri w ojcowskiej piwnicznej izbie nie wytrzymywał, płakał z rozpaczy i w końcu uciekł do Paryża, do Adama. Z jarnackiej niewoli pisywał przepełnione tęsknotą listy do Bogdana Jańskiego, w których mówił o całowaniu Adamowych dłoni i błagał, by Jański złożył u stóp Mickiewicza kolejne translacyjne próby.

To Burgaud des Marets gościł Andrzeja Towiańskiego w swym wielkim i bogatym apartamencie na ulicy Wrzosowej 21, na prośbę Mickiewicza. To on podjął się adwokackiej roboty w roku 1848, kiedy niejaki Lesman, legionista, oskarżył Mickiewicza, że nie wypłacił żołdu jemu oraz dowodzonej przez niego kolumnie. Burgaud des Marets zgrabnie udowodnił, że Lesman był oszustem, chyba zgodnie z prawdą.

W roku 1882 w „Gazecie Kąpieli Morskich w Royan” ukazał się artykuł Eutrope’a Lamberta poświęcony Burgaud des Marets, w którym autor opisywał, jak stary już i chory wielbiciel cierpiał, że Adam go w końcu odrzucił: „Pewnego dnia, po długim opowiadaniu o swym złamanym sercu, zapragnął zapoznać mnie z brzmieniem poezji Mickiewicza w języku oryginału. Rozpoczął recytowanie głosem pełnym emocji, potem na przemian słodkim i poważnym, aż poczułem, mimo zupełnego braku znajomości polskiego, że strofy tego poety wypełnia czar i piękno: słuchałem w zachwyceniu. Biedny, stary przyjaciel na mych oczach uległ transfiguracji: śmiał się przez łzy, nie myślal już więcej o bólu. […] Duch Mickiewicza w całości w niego wszedł, obudził się w nim i działał przez Burgaud des Marets”.

Burgaud des Marets u schyłku życia powrócił do rodzinnego miasteczka i uwielbiał siadywać w ogródku z innym staruszkiem z Jarnac. Popijali wino, Henri recytował bajki w jarnackiej gwarze i przede wszystkim Adamowe poezje we własnym tłumaczeniu. Na kilka dni przed śmiercią Burgaud des Marets spalił podobno przekład Ksiąg pielgrzymstwa.

Czerstwy staruszek zwał się… Mitterrand. Przyjaźń pradziadka prezydenta Francji z wielbicielem Mickiewicza opisał Robert Mitterrand w swej książce Brat tego, który został kimś.

Z gędźby mej wynika niezbicie, że Katakumbowym z Jarnac gwiazdka pomyślności świeci z przyczyn bardziej złożonych, niż potrafią pojąć.

8.

Raptularz o Mironie zaczęty w roku 1983: Białoszewski obudził polską literaturę z przedziwnego snu, który z różnymi nawrotami w cyklu przebudzeń i kolejnych drzemek morzył ją od roku – w przybliżeniu – 1949. Należał do tych nielicznych, których ominęły zaczarowania, ekspiacje i obrzędy wyzwolin. Nie zaznał smaku dwumyśli, a więc nie musiał budować zawiłych rozumowań, które usprawiedliwiałyby sen w świetle przebudzenia. Przykucnął pod stołem i ocalał – tylko wyjątkowi ignoranci mogą sprowadzać znaczenie tych słów do pacyfizmu. Przykucnął i ocalał.

Może te słowa brzmią patetycznie i sugerują coś, co się wydaje zbyt odległe od twórczości Mirona: związek pomiędzy literaturą i polityką. Nie chodzi jednak o analogie, ale o doświadczenie, którego sens nie dotyczy laboratoryjnych prób ze słowem, lecz podstaw porozumiewania się. Białoszewski dokonał przewrotu w polszczyźnie pisanej. Potężnego przewrotu. Wstrząsnął polszczyzną jak w poprzednim stuleciu – Mickiewicz. Proszę nie traktować mnie jak wariata – wiem, co mówię.

Bez analizy technik Białoszewskiego stosowanych w wierszach i w prozach, tak znakomicie opisanych przez Marię Janion, Janusza Sławińskiego, Michała Głowińskiego, Stanisława Barańczaka i wielu innych znawców, nie można by zrozumieć sensu tego przewrotu. Dręczy mnie jednak równie natarczywe, co niejasne poczucie, że ów sens wykracza poza sprawy techniczne i laboratoryjne, a nawet poza literaturę, ponieważ jeśli powiadam, że przewrót Białoszewskiego dotyczy porozumiewania się, to mam na myśli ruch logosfery.

Termin „logosfera” określa wypowiedź w „przestrzeni logicznej” mowy (por. Michał Heller, Józef Życiński, Wszechświat i filozofia, Kraków 1980, s. 142 i następne). Logosfera, podobnie jak czas, jest równocześnie czymś oczywistym i trudnym do zdefiniowania. Jeśli funkcjonuje względnie normalnie – nie zdajemy sobie sprawy z jej istnienia; czujemy niewygodę dopiero wtedy, gdy przybiera postać patologiczną, a więc przestaje być tym, czym jest: warunkiem możliwości składni i semantyki. Wiadomo: oddychamy, nie myśląc o oddychaniu, dopóki w powietrzu znajduje się tlen.

Logosfera to obszar tego, co da się powiedzieć. Świat wypowiedzi o różnym statusie, stopniu rozwoju i doniosłości. Występują tu obok siebie gatunki mowy (według terminologii Michała Bachtina – oddzielił on gatunki mowy od zdań w sensie czysto składniowym i od gatunków literackich), którymi posługujemy się we wszelkich życiowych okolicznościach – od codziennych rozmów i gadanin aż do wierszy, powieści, dramatów.

Czym innym są jednak formy artystyczne, a czym innym gatunki mowy, w których owe formy się realizują. Odróżniam strofę saficką od oktawy. Niezależnie od czasu, miejsca powstania i „treści” utworów mogę określić gatunkowe różnice między – powiedzmy – Barbarą Radziwiłłówną i Dziadami. Ale jeśli chcę myśleć o nich jako o gatunkach mowy, to muszę pytać nie tylko o nie same, ale przede wszystkim o ich miejsce w „przestrzeni” mowy.

Porządek myślenia będzie wówczas mniej więcej taki: pośród złożonych, pisanych gatunków mowy znajdują się takie, jak sonet, powieść, dramat. Co to znaczy, że są pisane? Z jakich innych gatunków pisanych lub mówionych powstały? Jakie inne gatunki wtopiły się w nie i na jakich zasadach? Co zmienia ich obecność w porządku logosfery? Ważne zatem stają się nie tylko cechy „same w sobie” tych utworów, ale ich życie jako aktów mowy.

Literatura wyzyskuje setki drobniejszych gatunków mowy dysponujących niewyczerpaną rezerwą znaczeń. Sprawa ta jest przecież dobrze znana: żadna lektura udałego utworu literackiego nie wyczerpuje jego sensu. Miron Białoszewski: „Każde pokolenie od początku tołkuje się z romantyzmem, z Mickiewiczem. A tym bardziej piszący. Ustawiać się do wieszczów, do Kochanowskiego, do Izajasza… Dzieło sztuki nie jest ustalone raz na zawsze. Samo się zmienia, kruszeje w fakturze słów. I zmienia się otoczenie. Odbiór dzieła sztuki ma za życia autora niejaki wpływ na autora. A więc niejaki wpływ na jego sztukę i na dzieło sztuki już niby zakończone. Po śmierci zdawałoby się, że wpływu mieć nie może, a jednak coś jest”.

Literatura socrealistyczna miała być narzędziem wychowawczym, instrumentem służącym do prac inżynieryjnych nad duszami. Z tego względu każdy „luksus” znaczeniowy stawał się podejrzany. Czyli literaturę trzeba było (a może chciało się) pisać przeciw „literaturze”. Wiemy dobrze, że żywot takiej niby-literatury jest krótki, i wiadomo, dlaczego tak się dzieje: jeśli następuje gwałt, jeśli gatunki literackie przestają być gatunkami mowy – inne gatunki mowy przejmują funkcję gatunków literackich. To jedno z najważniejszych praw logosfery. Nie można go ani obejść, ani przeskoczyć.

Gdy nastała odwilż, wielu ludzi obudziło się z sennego odrętwienia i tłumaczyło sobie i innym sens wielkiej imitacji, posługując się często argumentami wysuwanymi przez Camusa, Koestlera lub Vercorsa. Klaskali. Klaskaniem mieli obrzękłe prawice. Przebudzenie ze snu – stanu odrętwienia – oznaczało wkroczenie w do-słowność. Odtańcowywanie szamańskiego tańca słów oderwanych od rzeczy, słów, których znaczenie poddawano dowolnym zmianom, redukcjom i wszelkim amputacjom, zakończyło się gigantycznym duchowym kacem.

Nie o poszczególne znaczenia pojedynczych słów tu chodziło, lecz o całą przestrzeń mowy, o niepodzielną i skrzydlatą Rzecz-Pospolitą-Mówiącą, która nie znosi próżni i przemocy. Czarną dziurę po literaturze wypełniły inne akty mowy. W ramach rekompensaty. Z wszystkimi doraźnymi korzyściami i niewygodami dla piszących, mówiących, czytających – dla każdego z nas.

Jeśli w teatrze mowy – w logosferze – socrealistyczna powieść zagrała rolę stręczycielki, to rolę markizy musiała zająć plotka. Akademię Literatury zastąpił magiel, literacką agorę – podwórko. Marek Hłasko opowiadał, że nauczył się pisać na donosach. Donosy rzeczywistości Białoszewskiego zaczynają się tak:

Donos pierwszy:

Markiza wyszła z domu.

9.

Literatura: zbytkowne, rozrzutne, niewyczerpane mówienie, nie cierpiące przymusu, zakazów oraz docisków, wyszła z domu i schroniła się w zaułkach mowy. Nastąpiło odwrócenie porządku słów w odmiennym stanie rzeczy. Nieregularne i niesymetryczne, ponieważ życie języka, jego bogactwo i migotliwość wymyka się wszelkim schematom: można tylko określać w przybliżeniu kierunki przesunięć większych skupisk wypowiedzi.

Funkcje literatury przejęły intymne, familiarne, „domowe” gatunki mowy, gatunki mowy mówionej: szumy, zlepy, ciągi, frywole, cytaty (przedrzeźniane), śnitki, ujścia, szepty, wyzwiska, wiąchy i setki innych form wypowiedzi. Ich bytowanie, podobnie jak ich nazwy, charakteryzuje ulotność i niestałość, jednorazowość, bo taka jest natura prostych gatunków mowy, które jak bańki mydlane unoszą się, falują na wietrze i – pękają.

Oto sytuacja paradoksalna: warunkiem możliwości literatury staje się jej milczenie. Literatura uciekła do schronu, do magla, do podziemia. Myślę nie tylko o milczeniu pisarzy, którzy nie chcieli uczestniczyć w żałosnym cyrku i wycofali się ze sceny. Za wycofanie niekiedy płacili srogą cenę, o czym świadczą najlepiej losy Mirona Białoszewskiego. Nade wszystko myślę o azylu literatury znalezionym w żywej mowie, o literaturze, która schroniła się pośród „niskich” i codziennych gatunków mowy, aby ocalić siebie, swą istotę i swą wolność, prawo do błędu, obłędu, naciągania, bajdurzenia, fantazjowania, zmyślania, dawania świadectwa prawdzie i zadawania kłamu, prawo do gędźby i prawo do ględźby.

Tu był azyl: w maglu, oczywiście pojmowanym również przenośnie. Nie lubiono onego czasu gadułów. Mój wujek opowiadał (a mieszkał na Stalowej we wspólnym pokoju przedzielonym dechami na małe klitki, zupełnie jak u Białoszewskiego na Poznańskiej), że jego sąsiad zza desek nazwał lekkomyślnie Stalinogród Katowicami. Prosto zza desek trafił za kratki z poręki lokatora sąsiedniej klitki.

Swoją rację mieli ci, którzy nie lubili gadułów, a gaduły słusznie pokutowały srożej niż sprawcy innych przestępstw. Bo biada rządzącym, którzy lekceważą naszepty. Władza ryczy, naród szepcze. Naród nie zapomina, a raczej mowa nie traci pamięci. I naszeptywanie się odkłada w pamięci mowy, by potem wybuchnąć świętem wyzwolonych słów. Z pewnego punktu widzenia rzec można, że dzieje polszczyzny, logosfery po polsku, to ciągła walka karnawału z postem.

Gatunki literackie znalazły się w peerelu w granicach martwego języka. Dostały paraliżu. Paraliż chwycił nie tylko znaczenia rzeczowników, czasowników, przymiotników i wszelkich części mowy, lecz także składnię, szyk zdania, jego kontekst i wypowiedź w całości, czyli to, co specjaliści zwą fortunnością aktów mowy. Były one „fortunne” o tyle, o ile piszący potrafili je wystarczająco „od-znaczyć”, czyli pozbawić naturalnych właściwości charakteryzujących wypowiedzi w naturalnym, codziennym kontekście językowym.

Gatunki literackie stały się odmianą „papki słownej” podobnej do ploty, bajdurzenia bajki niemagicznej. „Od-znaczanie” odbywało się zgodnie z nieprzekraczalnymi normami, ale to sprawa raczej drugorzędna. Ważne, że wszyscy (z wyjątkiem osób głęboko pogrążonych w Dömmerzustand) wiedzieli, iż takie pisanie literatury to mowa-trawa. Powtarzam: pisanie to mowa-trawa.

Nie tylko wiedzieli, ale dawali temu publiczny wyraz w formie może nieco zawoalowanej, ale wystarczająco czytelnej. Na przykład minister kultury mówił w latach pięćdziesiątych do literatów (według Aleksandra Wata, por. Klucz i hak): „Dajemy wam tym razem nagrody i sceny, ale pamiętajcie, jeżeli szybko nie nauczycie się pisać, nie będzie ani nagród, ani scen”. Jeżeli szybko nie nauczycie się pisać, czyli „od-znaczać”, patroszyć gatunki mowy.

Pismo nie gwarantowało już obecności sensu w mowie, wręcz przeciwnie: przenosiło osobliwą semantykę języka podporządkowanego rygorom doktryny. Wypowiedzi literackie utrwalone na papierze im staranniej spełniały stawiane przed nimi wymagania, tym silniej eliminowały adresata rozpoznającego w nich fałsz i nieprzystawalność słów do rzeczy. Pismo stawało się zaklęciem w przestrzeni nieoznaczoności. Zdawali sobie z tego sprawę piszący, gdy budzili się z sennego zaczadzenia. Powtarzali: to nie ja pisałem, to ktoś inny. Sobowtór zrodzony w martwym czasie. Sobowtór, którego jak najszybciej trzeba było zabić. Ale – jak mawiał Edward Stachura – czas nie może być cofniony. Wielkie wywrócenie świata mowy na nice nastąpiło i po wywróceniu odwrócenie go na prawą stronę sprawia poważne trudności.

10.

Mowa i pismo. Mówienie o pisaniu. Pisanie o mówieniu. Mówienie o niepisaniu. Pisanie o niemożliwości dalszego pisania. Dzięki Mironowi Białoszewskiemu, Edwardowi Stachurze, Zygmuntowi Hauptowi rozpoczął się kolejny akt dramatu mowy, przekształceń polszczyzny ujawniających swą doniosłość pod koniec wieku, których konsekwencje trudno jeszcze ogarnąć. Wiadomo jednak, że są niemałe.

TŁUMACZENIE SIĘ Z TWÓRCZOŚCI

chcą od mojego pisania nabrania życia

otoczenia

a ja ich łapię za słowa

po tocznie

po tworzę

Oto wiersz Mirona z cyklu Mironia. OtoRomantyczność XX wieku przeciwstawiająca mędrca „szkiełku i oku” – „bełtanie mowy i snu”.

Marzenie Mallarmégo i wielu prawdziwych poetów: „o-znaczyć” świat na nowo z wszelkimi konsekwencjami, bez względu na koszty własne, na cenę, którą przychodzi za to zapłacić. Trud Białoszewskiego wydaje się heroiczny: zatykał on „czarną dziurę” w logosferze, przywracał porządek w świecie mowy. Miron pokazał, że skoro w gatunkach literackich nie ma żadnej głębi, naprawdę głęboka jest tylko powierzchnia. Skoro pismo zagnano do rozmowy, to rozmowa stała się racją odnowienia pisma. Skoro rozpadła się składnia, to rozpad jest sensem języka.

„Głębia” i „powierzchnia”. To nieprawda, że świat życia codziennego i codzienne gatunki mowy znajdują się „na powierzchni” w stosunku do „głębi” nadającej im cel i sens. Miron Białoszewski odkrył przez poezję to, o czym pisała Hannah Arendt, powołując się na wyniki dociekań współczesnych filozofów, biologów, fizyków i psychologów, prowadzonych niezależnie od siebie w różnych miejscach globu: „Ta hierarchia została współcześnie zakwestionowana w istotny sposób. Czy nie może być tak, że zjawiska nie są dla procesu życia, lecz, przeciwnie, że proces życiowy jest dla zjawisk? Skoro żyjemy w pojawiającym się świecie, to czy nie jest bardziej prawdopodobne, że ważne i pełne znaczenia w naszym świecie jest to, co znajduje się na powierzchni?”

Jeśli świat codziennego życia uznam za wtórny, powierzchowny, to w tym samym momencie, w geście lekceważenia, unieważniam swoje wypowiedzi, całą logosferę, bo odrzucam podstawowy warunek istnienia mowy. Wydaję się na łup martwego języka, który odbiera mi język, choć jednocześnie nie pozwala milczeć. Ten martwy język nakazuje mi mówić tylko w jeden sposób, redukuje mnie do roli mówiącej maszyny. Redukuje też relacje między mówiącymi: nie ma już związków: „ja – ty – on”, pozostaje tylko hierarchiczny system luster absolutnego „ja”, bezwzględnego podmiotu mówienia.

Opór świata codziennego, naszego świata, polega na demistyfikowaniu absolutnego „ja” – uzurpatora, ponieważ nasz świat uwzględnia prawo do rozmowy, do pomyłki, do „widzi mi się”, uwzględnia prawo do bycia nie całkiem, bycia tak sobie, bycia sobie jednym. Potoczny świat codzienności chroni podstawy mowy powstającej pośród złudzeń wynikających z naszej duchowej i cielesnej ułomności. Możemy jednak, wspólnie zainteresowani rzeczą, wymienić swoje sądy i w ten sposób określić (współokreślić) jej sens, powołać ją do życia oraz wywołać nasze „jestem” przez mowę. I chociaż błądzimy, mamy różne zdania o rzeczy: tak – świecznik, tak – mina byka, to przecież wiemy, że mówimy o tym samym, istniejemy w rozmowie, w dogadywaniu:

Może najwięcej prawdy

jest w domysłach

Tu jest punkt wyjścia, miejsce narodzin wszelkich gatunków mowy. Tu jest źródło, na powrocie do źródla polega rzecz o wolności słowa obracana wytrwale przez Mirona Białoszewskiego. Miron wydobył na jaw to, co dzieje się z każdym spośród nas, gdy chce coś powiedzieć. Odkrył oczywistość – czyli objawił poezję:

Gdyby to było coś, co jest

a racja…: jest…

ale dlaczego tego nie ma?

czy ja się mglę

czy coś

11.

Sen o Warszawie, czyli śnitka o Mironowej Rzeczy-Pospolitej-Mówiącej z roku 1983:

– To miasto? – pyta Wędrowiec.

– Nie ma tego miasta, zeszło pod ziemię. Świeci jeszcze – odpowiada Chór.

– Jak próchno w lesie. Posłuchaj, Wędrowcze: jeszcze drży powietrze po tamtych głosach. Wędrowiec buszujący w Śródmieściu i kosmosie ulic ostatecznych. Pielgrzym w nie bardzo dobrym mieście – Miron Białoszewski. „Postanowiłem pojechać w głąb Alej Jerozolimskich. Tych nowych. Jak tylko się da. Odnajduję przystanek i autobus zaraz nadjeżdża. «Globusowa». Wsiadam. Dużo ludzi. Siadam może na ostatnim wolnym miejscu. Więc i tu jeżdżą? I to tak rano? Czytam: «Krańcowa, Techników, Globusowa». Co za perspektywy. Same ostateczności. Kraniec. Za krańcem technicy, bo tylko oni coś w kosmosie umieją. I globus. Chyba już ten następny. Mijamy przystanek. Ktoś pokrzykuje:

– Panie kierowco!

– No to trzeba dzwonić, co pan myśli, że ja będę patrzył?

Patrzy w lusto. Włosy długie. Jak z Rafaela. Włączył radio, bo skręciliśmy w Krańcową. Te przedłużenia Alej były błyszczące, wodniste, góra – dół, ni to w polu, ni to na Księżycu. Pomyślałem za Jadwigę, że właśnie tu szkoda nie patrzeć. Radio gra bigbity.

Miał być kraniec wszystkiego, a tu powoli coraz więcej domów, wysiadają, wsiadają, deszcz gęsty, stajemy koło żółtozielonego kościoła. Napis: «Misje Św. zapraszają». Coraz to nowe perspektywy”.

Potem wraca się z autobusowej wyprawy kosmicznej, z podwójnej podróży w przestrzeni i w czasie: „i tramwaj skręca przez wykopy, że mi się wszystko myli”. W centrum miasta: „Dziwnie to wszystko wygląda po tych Globusowych, połyskujących Alejach w nieskończoność. A może to przez deszcz”.

Różne mogą być wyprawy do miasta. Najlepiej nocne. Bo wtedy dwa miasta przenikają się wzajem, wyzierają z ciemności ułomkami, migają jak upiory w lustrzanym odbiciu: pamięci? deszczu? snu? Dwa obrazy łączą się w jednym, nie tracąc w podwojeniu na jedności. Wędrowiec przemyka się – Białoszewski powiada: „lata” po ulicach. Nasłuchuje, węszy i widzi nie tylko okiem cielesnym, ale i okiem duchowym. Ciemnym świecidłem rozprasza blask dnia. „Zamknij oko cielesne – radził jeden z najwybitniejszych malarzy romantycznych Caspar David Friedrich – abyś najpierw zobaczył swój obraz okiem duchowym. Wtedy wydobądź na światło dzienne to, co zobaczyłeś w ciemnościach, by mogło powtórnie oddziałać na kogoś innego od zewnątrz do wewnątrz”.

Miron Białoszewski starannie zaklejał swoje okna i badał jakość zasłon, czy nie przepuszczają niepotrzebnie dziennego światła. Nie chciał zbyt natarczywego i niedelikatnego dzielenia rozdziałów w księdze jestestw – jak by powiedział Mochnacki – rzeczywistości, snu i zniknienia.

Miasto, którego już nie ma, powraca nocą i zaczyna tętnić życiem. Trzaskają drzwiczki od warsztatu krawca Bojmala na Lesznie 99, stara Hotkiewiczowa urządza teatr na schodach półpiętra, teść strzela do zięcia, który kic, kic przemyka się opłotkami Karolkowej, a z piwnic na Rybakach słychać codzienne litanie.

Ale to drugie Miasto z mrówkowcami atakującymi pola i pasącymi się na polach krowami, z latarniami tworzącymi dyszel Wielkiego Wozu na Ostrobramskiej, z niespodziankami w rodzaju babki klozetowej w podziemnym pasażu Alej i Marszałkowskiej, którą nieznana siła odśrodkowa – pewno siła odśrodkowa wirujących planet – wysadziła z właściwego jej przybytku aż na środek ulicy, to miasto też jest nie całkiem. Dopiero się staje, odsłania, pokazuje w migach, omamach, w szelestach.

Dwa Miasta, dwojniki, wywołują się nawzajem i nasłuchują, obecne są przez podwójność, jak w zwierciadle. Tu nachodzą się czasy i przestrzenie. W nocy na Agrykoli, między słupami gazowych latarni i drzewami łazienkowskiego parku, spacerują w dół i w górę cienie zmarłych. Miasto i jego sobowtór: Pola Elizejskie wypełnione obecnością i głosami, więc nie rozróżnisz, kto żyw, a kto umarły: „Pierwszego żywego człowieka zobaczyłem na motorowej łodzi na odnodze Wisły, drugi wyminął mnie z rozmachem na pustym moście.

Trzecim byłem ja sam czekający w mieszkaniu. Bo mieszkanie zastaje się niby puste. Ale od progu przychodzący przelatuje migiem w zamieszkałego”.

Cykl wielokrotnych odbić i przedstawień zawraca czas i kumuluje przestrzeń. Zaklina linię czasu w koła i spirale. Nieobecne kształty przywraca istnieniu.

Przechodniu, próżno pytasz, które Miasto jest realne, a które widmowe. Obydwa są i nie są jednocześnie: jedno jest obrazem drugiego, jego refleksem, odbiciem. Pojawiają się w „medium przestrzennym” – jak pisał w Sporze o istnienie świata Roman Ingarden – „wyłaniają z pewnego mrocznego ośrodka, w którym na zmianę zacierają się i wyraźniej występują, zawsze jednak przesłonione jakimś welonem czy niby lekką niewidzialną gazą, nie posiadając tej prostej bezpośredniości pojawiania się, którą mają przedmioty dane nam w spostrzeżeniu zmysłowym”.

Maurycy Mochnacki, chmurny młodzieniec, pisał: „Natura wszędzie prawie stawia przed oczy człowieka naśladowane obrazy pierwotnych kształtów swoich i postaci. Nie masz podobno zjawiska na świecie materialnym, które by tym sposobem zdania naszego nie oszukiwało. Wszystko się na dwoje roznosi […]. Echo jest jako obraz, jako cień, a może jako zwierciadło dźwięku… Obłoki w powietrzu – otóż niby fantastyckie myśli ziemi. Patrząc na te górne krajobrazy, na te urwiska skał, na te przepaści, groty, lasy, na tych jeźdźców harcujących na mglistym błoniu, rzekłbyś, że ziemia duma i zawiesza wysoko nad nami senne kształty swoje fantazji”.

Późny wnuk polskich romantyków wędrujący po Mieście też napotyka jego „naśladowane obrazy pierwotnych kształtów swoich i postaci”. Ale przecież Mochnacki mówił o Naturze, która „bytów łańcuchem złotym” łączy się w całość przez podwojenia i odbicia, by uznać się w jestestwie swoim. Gdzież Natura, a gdzie Miasto? Dla dawniejszych romantyków Natura była tekstem do czytania, w którym zapisano prawdy o powszechnym związku każdej rzeczy z całością kosmosu, prawdy żywe o jedności wszechświata. Nie ma rzeczy martwych, każda żyje swoim życiem, niechby nawet życiem utajonym, ale życiem rzeczywistym. Tylko nasze zawodne oczy i szkiełka oraz uprzedzenie odgradzają nas od życia rzeczy.

Gustaw w IV części Dziadów każe Księdzu rzucić kamień bez sądu do piekła, gdyby pod głową Wędrowca leżącego w „trunie” z tego kamienia „gorzka łza nie ciekła”.

Miron zapisał: „Czytam czeskiego pisarza okultystycznego z modernistycznych czasów. O życiu kamienia ktoś mówi: Kamień ma dwa dojścia. Od strony uduchowienia go i od strony materii, która go ożywia. Może obydwa dojścia prowadzą do tego samego?”

Maria Janion: „Figura kamienia w romantyzmie, silnie przenikniętym alchemiczną teorią uniwersum, ma szczególne znaczenie. To co miało być symbolem zimnej martwoty (uzyskującym wykładnię w potocznym powiedzeniu «jak kamień», «jak głaz»), nabrało u alchemików i romantyków kolorów najgłębszego życia wywierającego doniosły wpływ na ludzi. Paradoksalne życie kamieni to prawdziwe życie romantyzmu. Novalis […] minerały nazywał w swej wartościującej, poetycko-metafizycznej nomenklaturze «skamieniałymi światłami», a więc wcieleniem esencji życia”.

Właśnie romantycy