Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 532 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 6 min Lektor: Krzysztof Banaszyk

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 6 min Lektor: Krzysztof Banaszyk

Opis ebooka Raport Pelikana - John Grisham

Zamordowanych zostaje dwóch sędziów Sądu Najwyższego USA. Tę sprawę zaczyna badać studentka prawa Darby Shaw. W dokumencie zwanym „Raportem pelikana” formułuje hipotezę, że zabójstwa zlecił Victor Mattiece, bogaty przedsiębiorca inwestujący w wydobycie ropy naftowej. Sądy niższej instancji zablokowały jego starania o prawo do eksploatacji złóż na terenie siedliska zagrożonych wyginięciem pelikanów; zaś dwóch zamordowanych sędziów, znanych było z proekologicznych poglądów. Darby pokazuje raport swojemu wykładowcy i kochankowi, Thomasowi Callahanowi, który wkrótce potem ginie. Studentka znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie…

Fabuła, która zmusi Cię, byś czytał do bladego świtu!

The Cincinnati Post 

Opinie o ebooku Raport Pelikana - John Grisham

Fragment ebooka Raport Pelikana - John Grisham

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

Podziękowania

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Przypisy

O książce

Dwa morderstwa popełnione na sędziach Sądu Najwyższego wstrząsają nie tylko Waszyngtonem. Okoliczności ich śmierci wywołują spekulacje na temat sprawców i motywów zbrodni.

FBI porusza się po omacku i wie tylko jedno: sprawca – jeśli działał w pojedynkę – musiał być profesjonalistą, i to doskonałym w swoim fachu.

Darby Shaw, ambitna studentka prawa z Nowego Orleanu, zainspirowana dyskusją na uczelni, zaczyna na własną rękę analizować sprawę zabójstw. Wkrótce opracowuje „Raport Pelikana” – dokument, w którym przedstawia swoją teorię na temat waszyngtońskich wydarzeń – a jej kochanek, Thomas Callahan, przekazuje go przyjacielowi z FBI.

Niedługo po tym Thomas ginie w wyniku zamachu. Darby, żeby nie podzielić jego losu, musi uciekać. Nie wie, kto ją ściga, a co gorsza – nie wie, komu może wierzyć. Ale komuś zaufać musi. FBI? Raczej kiepski pomysł. A może Grayowi Granthamowi, dziennikarzowi śledczemu „Washington Post”? Hmm…

JOHN GRISHAM

Współczesny pisarz amerykański, autor 30 powieści, w tym czterech dla młodzieży, fabularyzowanego reportażu oraz zbioru opowiadań. Jego książki ukazują się w 40 językach, a ich łączny nakład osiągnął 275 milionów egzemplarzy. Dziewięć z nich zostało zekranizowanych. W 2011 pisarz otrzymał prestiżową nagrodę literacką Harper Lee.

www.jgrisham.com

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

FIRMAKANCELARIAZAKLINACZ DESZCZUKRÓL ODSZKODOWAŃWIĘZIENNY PRAWNIKOSTATNI SPRAWIEDLIWYCALICO JOEKOMORADARUJMY SOBIE TE ŚWIĘTAUŁASKAWIENIERAPORT PELIKANANIEWINNY CZŁOWIEKTRENERAPELACJABRACTWOTESTAMENTJake BriganceCZAS ZABIJANIACZAS ZAPŁATYTheodore BooneOSKARŻONYAKTYWISTA

Tytuł oryginału:THE PELICAN BRIEF

Copyright © John Grisham 1992All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Marek Fedyszak 2014

Redakcja: Monika Strzelczyk

Zdjęcie na okładce: © Tim Fitzharris/Minden Pictures/Corbis/Fotochannels

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-108-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

Mojemu komitetowi czytelniczemu: Renée — mojej żonie i nieoficjalnej redaktorce; siostrom, Beth Bryant i Wendy Grisham; teściowej, Lib Jones, oraz przyjacielowi i współspiskowcowi, Billowi Ballardowi

Podziękowania

Bardzo dziękuję mojemu agentowi literackiemu, Jayowi Garonowi, który pięć lat temu odkrył moją pierwszą powieść i kolportował jej rękopis w Nowym Jorku dopóty, dopóki ktoś nie zgodził się w końcu jej opublikować.

Podziękowania należą się również Davidowi Gernertowi, mojemu redaktorowi, który jest także moim przyjacielem i, podobnie jak ja, purystą w kwestiach terminologii baseballowej, oraz Stevowi Rubinowi, Ellen Archer i reszcie „rodziny” z wydawnictwa Doubleday. Dziękuję też Jackie Cantor, mojej redaktorce w Dell.

Serdeczne dzięki tym z Was, którzy do mnie piszą. Starałem się odpowiedzieć na wszystkie listy, ale wybaczcie, jeżeli parę przeoczyłem.

Szczególne podziękowania składam Raymondowi Brownowi, dżentelmenowi i znakomitemu prawnikowi z Pascagouli w stanie Missisipi, który wybawił mnie z opresji, oraz Chrisowi Charltonowi, kumplowi z wydziału prawa, który zna wszystkie zaułki Nowego Orleanu. Dziękuję również Murrayowi Aventowi, przyjacielowi z Ole Miss, Uniwersytetu Missisipi w Oxfordzie, który teraz mieszka w Waszyngtonie, Gregowi Blockowi z „Washington Post” oraz, oczywiście, Richardowi i ekipie ze Square Books.

Rozdział 1

Wydawał się niezdolny do wywołania takiego chaosu, ale można było go obarczyć odpowiedzialnością za znaczną część tego, co widział teraz u swoich stóp. I wcale mu to nie przeszkadzało. Miał dziewięćdziesiąt jeden lat, był sparaliżowany, przykuty do wózka i podłączony do respiratora. Drugi udar, którego doznał siedem lat temu, omal go nie uśmiercił, lecz Abraham Rosenberg wciąż żył i mimo rurek w nosie miał silniejszą pozycję niż pozostała ósemka. Był jedyną legendarną postacią, jaka pozostała w składzie sądu, a fakt, że nadal oddychał, budził poirytowanie większości zgromadzonego na dole tłumu.

Siedział w małym wózku inwalidzkim w gabinecie na parterze gmachu Sądu Najwyższego. Stopami dotykał ramy okna. Gdy hałas się nasilił, wyciągnął szyję. Nie znosił gliniarzy, ale widok zwartych i równych policyjnych szyków poprawiał trochę samopoczucie. Stali wyprostowani i nie ustępowali pola, gdy co najmniej pięćdziesięciotysięczny tłum głośno domagał się krwi.

— Takiego tłumu tutaj jeszcze nigdy nie było! — krzyknął do okna. Był prawie zupełnie głuchy. Jason Kline, jego starszy sekretarz, stał za nim. Był pierwszy poniedziałek października, pierwszy dzień nowej sesji, i tego dnia tradycyjnie obchodzono wprowadzenie pierwszej poprawki do konstytucji. Obchodzono wspaniale. Rosenberg był zachwycony. Dla niego wolność słowa oznaczała wolność wszczynania zamieszek.

— Są tam Indianie? — zapytał głośno.

Jason Kline nachylił się do prawego ucha sędziego.

— Są!

— W barwach wojennych?

— Tak! W strojach bitewnych.

— Tańczą?

— Tak!

Indianie, czarni, biali, kolorowi, kobiety, geje, miłośnicy przyrody, aktywistki proaborcyjne, Aryjczycy, naziści, ateiści, myśliwi, miłośnicy zwierząt, biali supremacjoniści, przeciwnicy płacenia podatków, drwale, farmerzy — całe morze manifestantów. A policjanci z oddziałów prewencji ściskali w rękach czarne pałki.

— Indianie powinni mnie kochać!

— I na pewno pana kochają. — Kline skinął głową i uśmiechnął się do słabowitego drobnego mężczyzny z zaciśniętymi pięściami. Jego ideologia była bardzo prosta: rząd ponad biznesem, człowiek ponad rządem, środowisko ponad wszystkim. A Indianom dać to, czego tylko zechcą.

Zakrzykiwanie mówców, modlitwy, śpiewy, skandowanie i wrzaski zrobiły się głośniejsze i policjanci zwarli szeregi. Tłum był większy i bardziej hałaśliwy niż w ostatnich latach, a sytuacja bardziej napięta. Przemoc stała się powszechnym zjawiskiem. W klinikach aborcyjnych podkładano bomby. Zatrudnieni w nich lekarze byli atakowani i bici. W Pensacoli jednego zakneblowano, związano w pozycji embrionalnej, oblano kwasem i zabito. Bójki na ulicach zdarzały się co tydzień. Wojowniczy geje profanowali kościoły i lżyli księży. Biali supremacjoniści działali w szeregach kilkudziesięciu znanych i nieznanych organizacji paramilitarnych i coraz śmielej napadali na czarnych, Latynosów i Azjatów. Demonstrowanie nienawiści było teraz ulubioną rozrywką.

A Sąd Najwyższy, rzecz jasna, stanowił łatwy cel. Od 1990 roku ilość gróźb, tych poważnych, pod adresem sędziów wzrosła dziesięciokrotnie. Policja strzegąca Sądu Najwyższego potroiła liczebność swoich szeregów. Do ochrony każdego sędziego przydzielono co najmniej dwóch agentów FBI, a kolejnych pięćdziesięciu zajmowało się śledztwami w sprawie pogróżek.

— Oni mnie nienawidzą, prawda? — powiedział głośno, patrząc przez okno.

— Owszem, niektórzy tak — odparł z rozbawieniem Kline.

Rosenberg lubił to słyszeć. Uśmiechnął się i wciągnął głęboko powietrze. Osiemdziesiąt procent śmiertelnych gróźb kierowano pod jego adresem.

— Widzisz którąś z tych tablic? — Sędzia był ślepy jak kret.

— Niejedną.

— Co jest na nich napisane?

— To co zwykle. „Śmierć Rosenbergowi”. „Przenieście Rosenberga w stan spoczynku”. „Odetnijcie mu tlen”.

— Od lat wymachują tymi samymi tablicami. Czemu nie sprawią sobie jakichś nowych, do cholery?

Sekretarz nie odpowiedział. Abe powinien był odejść na emeryturę wiele lat temu, ale będą musieli wynieść go kiedyś na noszach. Trzech jego sekretarzy wykonywało większość analiz badawczych, ale on uparcie sam pisał opinie. Robił to grubym mazakiem, gryzmoląc na białych kartkach notesu niczym uczący się pisać pierwszoklasista. W żółwim tempie, ale kto nominowany dożywotnio przejmuje się czasem? Sekretarze sprawdzali jego opinie i rzadko znajdowali w nich błędy.

Rosenberg zachichotał.

— Powinniśmy rzucić Indianom na pożarcie Runyana. — Runyan, twardy konserwatysta mianowany przez republikańskiego prezydenta, był przewodniczącym Sądu Najwyższego, znienawidzonym przez Indian i większość pozostałych mniejszości. Siedmiu spośród dziewiątki sędziów otrzymało nominacje od republikańskich prezydentów. Rosenberg przez piętnaście lat czekał na pojawienie się demokraty w Białym Domu. Chciał zrezygnować, musiał to zrobić, nie mógł jednak znieść myśli, że jego ukochane miejsce zajmie jakiś prawicowiec pokroju Runyana.

Mógł czekać. Mógł tu siedzieć w wózku, wdychać tlen i chronić Indian, czarnych, kobiety, ubogich, niepełnosprawnych i środowisko naturalne do czasu, aż skończy sto pięć lat. I nikt na całym świecie nic nie mógł na to poradzić; mogli go co najwyżej zabić. Co zresztą nie byłoby wcale złym pomysłem.

Głowa tego wielkiego człowieka opadła na ramię. Znowu zasnął. Kline odsunął się bezszelestnie i powrócił do swojej pracy w bibliotece. Miał wrócić za pół godziny, żeby sprawdzić działanie respiratora i podać Abe’owi tabletki.

* * *

Biuro przewodniczącego znajduje się na parterze i jest większe i bardziej wystawne niż biura pozostałych ośmiu sędziów Sądu Najwyższego. Gabinet zewnętrzny wykorzystywany jest na małe przyjęcia i oficjalne spotkania, a w wewnętrznym przewodniczący pracuje.

Drzwi do tego gabinetu były zamknięte, a w środku siedzieli Runyan, jego trzej sekretarze, kapitan policji sądowej, trzej agenci FBI oraz K.O. Lewis, zastępca dyrektora Federalnego Biura Śledczego. Panował nastrój autentycznej powagi, autentycznie też starano się ignorować hałas docierający z ulicy. Nie było to łatwe. Przewodniczący omawiał z Lewisem najnowszą serię śmiertelnych gróźb, a wszyscy pozostali przysłuchiwali się ich rozmowie. Sekretarze robili notatki.

W ciągu ostatnich sześćdziesięciu dni FBI zarejestrowało ponad dwieście gróźb, odnotowując nowy rekord. Oprócz zwyczajnych, typu „Wysadzić sąd!”, trafiało się wiele zawierających konkretne informacje — nazwiska sędziów, sprawy i rozstrzygane kwestie.

Runyan nie próbował ukryć zaniepokojenia. Opierając się na poufnym zestawieniu z FBI, odczytał nazwiska ludzi i nazwy grup podejrzewanych o wystosowanie tych pogróżek. Klan, Aryjczycy, naziści, Palestyńczycy, czarni separatyści, homofoby, przeciwnicy aborcji. A nawet IRA. Wszyscy, jak się zdawało, oprócz rotarian i skautów. Jakieś wspierane przez Irańczyków bliskowschodnie ugrupowanie groziło rozlewem krwi na amerykańskiej ziemi w odwecie za śmierć dwóch ministrów sprawiedliwości w Teheranie, chociaż nie było absolutnie żadnych dowodów, że te zabójstwa mają związek ze Stanami Zjednoczonymi. Nowy krajowy oddział terrorystyczny o nazwie Armia Podziemna, który zyskał niedawno rozgłos, zabił sędziego sądu federalnego w Teksasie, wysadzając w powietrze jego samochód. Nikogo nie aresztowano, lecz AP wzięła na siebie odpowiedzialność za ten zamach. Terroryści z AP byli również głównymi podejrzanymi w kilkunastu zamachach bombowych na biura ACLU1, ale nie zostawiali żadnych śladów.

— A ci portorykańscy terroryści? — zapytał Runyan, nie unosząc wzroku.

— To amatorzy. Nie budzą naszych obaw — odparł beztrosko Lewis. — Grożą nam od dwudziestu lat.

— Cóż, może tym razem coś zrobią. Atmosfera temu sprzyja, nie sądzisz?

— Niech pan zapomni o Portorykańczykach, szefie. — Runyan lubił, gdy tak się do niego zwracano. Nie „przewodniczący” ani „panie przewodniczący”. Po prostu „szefie”. — Grożą, bo robią to wszyscy inni.

— Bardzo zabawne — zauważył szef bez cienia uśmiechu. — Bardzo zabawne. Bardzo bym nie chciał, by pominięto jakąś grupę. — Cisnął wykaz na biurko i pomasował skronie. — Porozmawiajmy o sposobach ochrony. — Zamknął oczy.

K.O. Lewis położył swój egzemplarz zestawienia na biurku przewodniczącego.

— Dyrektor uważa, że powinniśmy przydzielić każdemu sędziemu czterech agentów, przynajmniej na najbliższe trzy miesiące. Do pracy i do domu będą jeździli limuzynami z eskortą, a policja sądowa zapewni wsparcie i ochronę tego gmachu.

— A podróże?

— To nie jest dobry pomysł, przynajmniej na razie. Dyrektor uważa, że sędziowie powinni do końca roku pozostać w Waszyngtonie.

— Zwariowałeś? Czy on zwariował? Gdybym poprosił moich kolegów, by zastosowali się do tego życzenia, dziś wieczorem wszyscy wyjechaliby z miasta i podróżowali przez najbliższy miesiąc. To niedorzeczne. — Runyan spojrzał z marsową miną na swoich sekretarzy, którzy pokręcili z niesmakiem głowami. Naprawdę niedorzeczne.

Lewis nie przejął się tym. Mógł się spodziewać takiej reakcji.

— Jak pan sobie życzy. To tylko propozycja.

— Głupia propozycja.

— Dyrektor nie liczył na pańską współpracę w tej kwestii. Oczekiwałby jednak powiadamiania z wyprzedzeniem o wszystkich planach podróży, tak żebyśmy mogli przygotować ochronę.

— Mam rozumieć, że zamierzacie eskortować każdego sędziego, ilekroć będzie wyjeżdżał z miasta?

— Tak, szefie. Taki mamy zamiar.

— Spełznie na niczym. Ci ludzie nie są przyzwyczajeni do takiej opieki.

— Tak, proszę pana. Nie są też przyzwyczajeni do prześladowania. My po prostu staramy się ochronić pana i pańskich szanownych kolegów. Oczywiście nikt nie twierdzi, że musimy cokolwiek robić. Chyba to pan nas wezwał, ale jeżeli pan chce, możemy wyjść.

Runyan pochylił się w fotelu i zabrał do rozginania spinacza do papieru, próbując go idealnie wyprostować.

— A co z ochroną tutaj?

Lewis westchnął i powstrzymał uśmiech.

— O ten budynek się nie martwimy, szefie. Jest łatwy do ochrony. Tutaj nie spodziewamy się kłopotów.

— A gdzie się spodziewacie?

Lewis skinął głową w stronę okna.

— Wszędzie. Na ulicach aż roi się od idiotów, szaleńców i fanatyków.

— I oni wszyscy nas nienawidzą.

— Najwyraźniej tak. Niech pan posłucha, szefie, bardzo martwimy się o sędziego Rosenberga, który nadal nie wpuszcza naszych ludzi do swojego domu. Zmusza ich do siedzenia przez całą noc w samochodzie. Pozwala wprawdzie swojemu ulubionemu funkcjonariuszowi policji sądowej… jak on się nazywa? Ferguson… Jemu pozwala siedzieć przed drzwiami z tyłu domu, ale tylko od dziesiątej wieczorem do szóstej rano. Do środka nie wchodzi nikt oprócz sędziego Rosenberga i jego pielęgniarza. To miejsce nie jest bezpieczne.

Runyan dłubał sobie spinaczem pod paznokciami i uśmiechał się pod nosem. Śmierć Rosenberga, w każdym wypadku i z jakiegokolwiek powodu, zostałaby przyjęta z ulgą. Nie, wróć, byłaby cudownym zrządzeniem losu. Przewodniczący musiałby się ubrać na czarno i wygłosić mowę pogrzebową, ale za zamkniętymi drzwiami chichotałby z radości wraz ze swoimi sekretarzami. Spodobała mu się ta myśl.

— Co proponujesz?

— Może pan z nim porozmawiać?

— Próbowałem. Wyjaśniłem mu, że przypuszczalnie jest najbardziej znienawidzonym człowiekiem w Ameryce, że miliony ludzi przeklinają go co dnia, że większość chciałaby go widzieć martwego, że otrzymuje cztery razy więcej obraźliwych listów niż reszta z nas łącznie i że będzie doskonałym i łatwym celem potencjalnych zamachowców.

Lewis czekał na puentę.

— No i?

— Powiedział, żebym go pocałował w dupę, a potem zasnął.

Sekretarze zachichotali stosownie do okoliczności i wtedy agenci FBI zrozumieli, że demonstrowanie poczucia humoru nie jest zabronione, i szybko uderzyli w śmiech.

— Więc co mamy zrobić? — zapytał Lewis, któremu wcale nie było do śmiechu.

— Chrońcie go najlepiej, jak umiecie, udokumentujcie to na piśmie i nie martwcie się tym. On się niczego nie boi, nawet śmierci, a skoro sam się nie przejmuje, to czemu wy mielibyście się przejmować?

— Dyrektor się przejmuje, więc ja też, szefie. To bardzo proste. Jeżeli jednemu z was stanie się krzywda, ucierpi na tym Biuro.

Przewodniczący zakołysał się w fotelu. Dolatujący zza okien harmider działał mu na nerwy. To spotkanie trwało już wystarczająco długo.

— Zapomnijcie o Rosenbergu. Może umrze we śnie. Bardziej martwię się o Jensena.

— Z Jensenem jest kłopot — rzekł Lewis, przewracając kartki raportu.

— Wiem o tym — odparł powoli Runyan. — Zachowuje się w żenujący sposób. Teraz uważa się za liberała. W połowie spraw głosuje tak jak Rosenberg. W przyszłym miesiącu będzie białym supremacjonistą i poprze segregację w szkołach. Potem zakocha się w Indianach i zapragnie oddać im Montanę. Niczym opóźnione w rozwoju dziecko.

— Leczy się z depresji.

— Wiem, wiem. Opowiada mi o tym. Jestem dla niego autorytetem. Jaki lek zażywa?

— Prozac.

Przewodniczący nadal dłubał sobie pod paznokciami.

— A ta instruktorka aerobiku, z którą się spotykał? Nadal z nią kręci?

— Niezupełnie, szefie. Myślę, że nie interesuje się kobietami. — Lewis był z siebie zadowolony. Wiedział nie tylko to. Zerknął na jednego ze swoich agentów, szukając potwierdzenia tego pikantnego szczegółu.

Runyan go zignorował, nie chciał tego słyszeć.

— Współpracuje?

— Ależ skąd. Pod wieloma względami jest gorszy od Rosenberga. Pozwala, byśmy go eskortowali do budynku, w którym mieszka, po czym zmusza nas do sterczenia przez całą noc na parkingu. A przypominam, że jego mieszkanie jest siedem pięter wyżej. Nie możemy nawet usiąść w holu. Twierdzi, że to mogłoby denerwować jego sąsiadów. Siedzimy więc w samochodzie. Budynek ma pięć wejść i w ten sposób nie da się ochronić Jensena. Lubi się bawić z nami w chowanego. Stale się wykrada, nie wiemy więc, czy jest w budynku, czy go nie ma. W przypadku Rosenberga przynajmniej wiadomo, gdzie spędza noc. Jensen jest niepoprawny.

— To świetnie. Skoro wy nie potraficie go śledzić, jak zdołałby to zrobić zamachowiec?

Lewis nie pomyślał o tym. Nie dostrzegł komizmu sytuacji.

— Dyrektor bardzo niepokoi się o bezpieczeństwo sędziego Jensena.

— Przecież on nie dostaje aż tylu listów z pogróżkami.

— Jest szósty na liście, otrzymał zaledwie kilka mniej niż szanowny pan sędzia.

— O! Więc jestem na piątym miejscu.

— Owszem. Tuż za sędzią Manningiem, który, nawiasem mówiąc, współpracuje. W pełni.

— On boi się własnego cienia — odparł przewodniczący i po krótkim wahaniu dodał: — Nie powinienem był tego mówić. Przepraszam.

Lewis puścił to mimo uszu.

— Tak naprawdę, współpraca układa się dość dobrze, jeśli nie liczyć Rosenberga i Jensena. Sędzia Stone psioczy, ile wlezie, ale nas słucha.

— On psioczy na wszystkich, więc nie bierzcie tego do siebie. Dokąd, waszym zdaniem, wymyka się Jensen?

Lewis zerknął na jednego ze swoich agentów i odparł:

— Nie mamy pojęcia.

Znaczna część tłumu nagle złączyła głosy w jeden niepowstrzymany chór i wydawało się, że przyłączyli się do niego wszyscy zgromadzeni na ulicach. Przewodniczący nie mógł tego zlekceważyć. Szyby drżały. Wstał i oznajmił, że zebranie skończone.

* * *

Gabinet sędziego Glenna Jensena znajdował się na pierwszym piętrze, z dala od ulic i hałasu. Był przestronny, lecz najmniejszy z dziewięciu sędziowskich gabinetów. Jensen, jako najmłodszy członek Sądu Najwyższego, miał szczęście, że dostał własne biuro. Gdy sześć lat wcześniej, w wieku czterdziestu dwóch lat, otrzymał nominację, uważano, że jest ścisłym interpretatorem prawa o głęboko konserwatywnych przekonaniach, bardzo przypominających poglądy człowieka, który go powołał. O zatwierdzenie jego kandydatury w Senacie toczyła się ostra walka. Przed Komisją Sędziowską wypadł bardzo słabo. W kwestiach drażliwych siedział okrakiem na barykadzie i zbierał cięgi z obu stron. Republikanie byli zażenowani. Demokraci zwietrzyli szansę. Prezydent naciskał, aż złamał opór i Jensen przeszedł jednym głosem.

Ale dopiął swego, na dobre. W ciągu sześciu lat urzędowania nie zadowolił nikogo. Głęboko zraniony przesłuchaniami w Senacie, poprzysiągł wykrzesać z siebie współczucie i orzekać zgodnie z jego nakazami. To wywołało gniew republikanów. Poczuli się zdradzeni, zwłaszcza gdy odkrył w sobie utajony entuzjazm do praw przestępców. Wykazując brak skłonności do ideologii, szybko opuścił szeregi prawicy, przesunął się do centrum, a potem na lewo. Po czym, gdy uczeni prawnicy gładzili się po swoich kozich bródkach, błyskawicznie wrócił na prawicę i przyłączył się do sędziego Sloana w jednym ze swoich okropnie mizoginicznych zdań odrębnych. Jensen nie lubił kobiet. Był neutralny w kwestii modlitwy w szkołach, sceptyczny w kwestii wolności słowa, życzliwie nastawiony do przeciwników płacenia podatków, obojętny na żądania Indian, bał się czarnych, twardo zwalczał pornografię, łagodnie traktował przestępców i dość konsekwentnie opowiadał się za ochroną środowiska. I ku dalszemu oburzeniu republikanów, którzy stoczyli zaciekłą walkę o zatwierdzenie jego nominacji, przejawiał niepokojącą sympatię dla praw homoseksualistów.

Na jego życzenie przydzielono mu paskudną „sprawę Dumonda”. Ronald Dumond przez osiem lat mieszkał ze swoim kochankiem. Tworzyli szczęśliwą parę, całkowicie sobie oddaną i gotową dzielić życiowe doświadczenia. Chcieli się pobrać, ale prawo stanu Ohio nie zezwala na takie związki. Potem kochanek Dumonda zaraził się AIDS i zmarł okropną śmiercią. Ronald wiedział dokładnie, jak ma go pochować, lecz wskutek interwencji rodziny zmarłego został wykluczony z udziału w ceremonii pogrzebowej. Zrozpaczony, pozwał rodzinę kochanka, żądając odszkodowania za krzywdy emocjonalne i psychiczne. Sprawa przewijała się przez sądy niższych instancji przez sześć lat i teraz nagle trafiła na biurko Jensena.

Chodziło o prawa „małżonków” gejów. Nazwisko Dumond stało się zawołaniem bitewnym gejowskich aktywistów. Sama wzmianka o nim wywoływała starcia uliczne.

I Jensen dostał tę sprawę. Drzwi do jego niewielkiego gabinetu były zamknięte. Razem z trzema swoimi sekretarzami siedział przy stole konferencyjnym. Poświęcili „sprawie Dumonda” dwie godziny i do niczego nie doszli. Byli zmęczeni ciągłymi sporami. Jeden sekretarz, liberał z Uniwersytetu Cornella, żądał wyraźnego orzeczenia przyznającego szerokie prawa gejowskim partnerom. Jensen też tego chciał, ale nie był skłonny się do tego przyznać. Dwaj pozostali sekretarze podchodzili do sprawy sceptycznie. Wiedzieli, podobnie jak Jensen, że uzyskanie poparcia większości będzie niemożliwe.

Rozmowa zeszła na inne tematy.

— Przewodniczący jest na ciebie wkurzony, Glenn — rzekł sekretarz, absolwent Uniwersytetu Duke’a. W sędziowskim gabinecie zwracali się do niego po imieniu. „Sędzia” był bardzo niezręcznym tytułem.

Glenn potarł oczy.

— To żadna nowość. Macie coś jeszcze?

— Jeden z jego sekretarzy poinformował mnie, że przewodniczący i FBI martwią się o twoje bezpieczeństwo. Twierdzi, że nie współpracujesz i że jego szef jest dość poważnie zaniepokojony. Chciał, żebym ci to przekazał. — W Sądzie Najwyższym wszystko przekazywano za pośrednictwem sekretarzy. Wszystko bez wyjątku.

— Powinien się niepokoić. To jego obowiązek.

— Chce ci przydzielić dwóch następnych agentów do ochrony osobistej, a oni chcą mieć dostęp do twojego mieszkania. A FBI ma cię wozić z domu do pracy i z powrotem. Masz też ograniczyć częstotliwość swoich podróży.

— Już to słyszałem.

— Tak, wiemy o tym, ale sekretarz powiedział, że Runyan pragnie przekonać cię do współpracy z FBI, żeby mogli uratować ci życie.

— Rozumiem.

— Tak więc teraz po prostu cię przekonujemy.

— Dzięki. Wracajcie do swoich kolegów i powiedzcie sekretarzowi przewodniczącego, że nie dość, że mnie przekonywaliście, to jeszcze zrobiliście mi piekło, a ja byłem wdzięczny za to przekonywanie i za to piekło. Tyle że to wszystko weszło jednym uchem i wyszło drugim. Powiedzcie im, że Glenn uważa, że jest dużym chłopcem.

— Oczywiście. Nie boisz się, prawda?

— Ani trochę.

Rozdział 2

Thomas Callahan należał do najpopularniejszych profesorów Uniwersytetu Tulane’a, głównie dlatego, że nie prowadził zajęć przed jedenastą rano. Za kołnierz nie wylewał, podobnie jak większość jego studentów, i pierwszych godzin każdego ranka potrzebował na sen, a potem na reanimację. Wyznaczanie zajęć na dziewiątą i dziesiątą jest niegodziwością. Popularność zawdzięczał również temu, że był wyluzowany — sprane dżinsy, tweedowe marynarki z wytartymi łatami na łokciach, żadnych skarpet, żadnych krawatów. Szykowny styl uniwersyteckiego liberała. Miał czterdzieści pięć lat, ale z ciemnymi włosami i okularami w rogowej oprawie można go było wziąć za trzydziestopięciolatka, co nie znaczyło, że przejmował się choć trochę tym, na ile lat wygląda. Golił się raz w tygodniu, gdy zaczynała go swędzić twarz; a kiedy — rzecz rzadka w Nowym Orleanie — robiło się chłodno, zapuszczał brodę. Miał na swoim koncie intymne kontakty ze studentkami.

Popularności przysparzał mu także fakt, że wykładał prawo konstytucyjne, przedmiot najmniej popularny, ale obowiązkowy. Swą błyskotliwością i luzem sprawiał, że prawo konstytucyjne było wręcz interesujące. Nikt inny na wydziale nie potrafiłby tego dokonać. Tak naprawdę nikt nie chciał, więc studenci walczyli o miejsce na wykładach Callahana o jedenastej, trzy razy w tygodniu.

Osiemdziesięcioro z nich siedziało w sześciu rzędach w amfiteatralnej sali i szeptało do siebie, gdy Callahan stał przed biurkiem i przecierał szkła okularów. Było dokładnie pięć po jedenastej. Wciąż zbyt wcześnie, pomyślał.

— Kto rozumie zdanie odrębne Rosenberga w sprawie Nash przeciwko stanowi New Jersey?

Wszyscy pochylili głowy i w auli zapadła cisza. To pewnie z powodu paskudnego kaca. Miał zaczerwienione oczy. Gdy zaczynał od Rosenberga, wykład zazwyczaj miał burzliwy przebieg. Nikt nie zgłosił się do odpowiedzi. Nash? Callahan powoli i metodycznie sunął wzrokiem po sali i czekał. Głucha cisza.

Rozległ się głośny szczęk klamki i napięcie osłabło. Drzwi otworzyły się szybko i atrakcyjna młoda kobieta w obcisłych spranych dżinsach i bawełnianym swetrze wślizgnęła się z gracją na salę i jakby przemknęła wzdłuż ściany do trzeciego rzędu. Tam, zręcznie manewrując między fotelami, dotarła do swojego miejsca i usiadła. Faceci w czwartym rzędzie patrzyli na nią z zachwytem. Ci w piątym wyciągali szyje, żeby zerknąć. Od dwóch lat jedną z niewielu przyjemności na wydziale prawa było obserwowanie, jak ozdabia uczelniane korytarze i sale swoimi długimi nogami i wyciągniętymi swetrami. Wiedzieli, że pod nimi kryje się wspaniałe ciało. Ale ona nie była dziewczyną skłonną się nim popisywać. Była po prostu jedną z paczki i nosiła przepisowy strój studentów prawa, złożony z dżinsów, flanelowych koszul i starych swetrów oraz za dużych kurtek khaki. Ileż by dali, żeby włożyła minispódniczkę z czarnej skóry.

Posłała przelotny uśmiech siedzącemu obok niej studentowi i na chwilę wszyscy zapomnieli o Callahanie i pytaniu o Nasha. Ciemnorude włosy sięgały jej dokładnie do ramion. Przypominała śliczną cheerleaderkę z idealnymi zębami i idealnymi włosami, w której każdy chłopak zakochiwał się co najmniej dwa razy w szkole średniej. I chyba co najmniej raz podczas studiów na wydziale prawa.

Callahan nie zwracał uwagi na jej wejście. Gdyby była studentką pierwszego roku i gdyby się go bała, pewnie napadłby na nią i nakrzyczał. „Adwokat nigdy nie spóźnia się na rozprawę!” — powtarzali od wieków, aż do znudzenia, profesorowie prawa.

On nie był jednak w nastroju do krzyków, a Darby Shaw nie bała się go i przez ułamek sekundy wykładowca zastanawiał się, czy ktoś wie, że ze sobą sypiają. Prawdopodobnie nikt. Darby nalegała, by utrzymać ich romans w całkowitej tajemnicy.

— Czy ktoś czytał zdanie odrębne Rosenberga w sprawie Nash przeciwko stanowi New Jersey?

Nagle znowu znalazł się w centrum uwagi i znowu zapadła głucha cisza. Podniesienie ręki mogło oznaczać maglowanie przez następnych trzydzieści minut. Ochotników nie było. Palacze w ostatnim rzędzie zapalili papierosy. Większość z osiemdziesięciorga gryzmoliła coś nie wiadomo po co w notatnikach. Wszyscy mieli pochylone głowy. Przerzucanie kartek zbioru orzeczeń w poszukiwaniu sprawy Nasha rzucałoby się w oczy i było zbyt ryzykowne, i w dodatku spóźnione. Każdy ruch mógłby zwrócić uwagę wykładowcy. I tak za chwilę ktoś zostanie przyparty do muru.

Sprawy Nasha nie było w zbiorze orzeczeń. Należała do kilkunastu drobnych casusów, o których Callahan wspomniał w pośpiechu przed tygodniem, i teraz chciał sprawdzić, czy ktoś go przestudiował. Słynął z takich zabiegów. Egzamin końcowy u niego obejmował tysiąc dwieście spraw, z których tylko dwieście omówiono w zbiorze orzeczeń. Egzamin był koszmarem, ale Callahan tak naprawdę miał miękkie serce, oceniał łagodnie i trzeba było być wyjątkowym matołem, żeby oblać.

W tym momencie nie sprawiał wrażenia człowieka o miękkim sercu. Rozejrzał się po auli. Czas wybrać ofiarę.

— Co pan na to, panie Sallinger? Może pan objaśnić zdanie odrębne Rosenberga?

— Nie, panie profesorze — odpowiedział natychmiast student z czwartego rzędu.

— Rozumiem. Czyżby dlatego, że go pan nie przestudiował?

— Nie, panie profesorze.

Callahan spojrzał na niego piorunującym wzrokiem. Zaczerwienione oczy sprawiły, że grymas niezadowolenia na jego twarzy wyglądał jeszcze bardziej złowieszczo. Widział go jednak tylko Sallinger, ponieważ wszyscy inni utkwili spojrzenia w swoich notatnikach.

— A to czemu?

— Ponieważ staram się nie studiować zdań odrębnych. Zwłaszcza tych Rosenberga.

Dureń do kwadratu. Sallinger postanowił stawić opór, ale brakowało mu amunicji.

— Ma pan coś przeciwko Rosenbergowi?

Callahan szanował Rosenberga. Otaczał go czcią. Czytał książki o nim i o jego poglądach. Studiował jego orzeczenia. Kiedyś nawet zjedli razem kolację.

Sallinger wiercił się nerwowo.

— Ależ nie, panie profesorze. Po prostu nie lubię zdań odrębnych.

W odpowiedziach Sallingera było trochę poczucia humoru, ale twarz wykładowcy nie rozjaśniła się uśmiechem. Później, przy piwie, on i jego kumple ryczeli ze śmiechu, gdy opowiadał o Sallingerze i jego antypatii do zdań odrębnych, zwłaszcza Rosenberga. Ale teraz zachowywał powagę.

— Rozumiem. A studiuje pan opinie prawne większości?

Chwila wahania. Nieudolna próba słownego pojedynku z profesorem miała za moment zakończyć się upokorzeniem Sallingera.

— Tak, panie profesorze, bardzo często.

— Świetnie. Niech pan zatem wyjaśni z łaski swojej opinię większości w sprawie Nash przeciwko stanowi New Jersey.

Sallinger nigdy nie słyszał o sprawie Nasha, ale teraz miał ją zapamiętać na resztę swojej prawniczej kariery.

— Tej chyba nie czytałem.

— A więc nie czyta pan zdań odrębnych, teraz zaś dowiadujemy się, że lekceważy pan również opinie większości. Co w takim razie pan czyta? Romanse, artykuły w brukowcach?

Gdzieś za czwartym rzędem rozległ się bardzo cichy śmiech. Wydobył się z ust studentów, którzy nie mogli powstrzymać wybuchu wesołości, a zarazem nie chcieli zwracać na siebie uwagi.

Sallinger, czerwony jak burak, tylko gapił się na Callahana.

— Czemu nie przestudiował pan tej sprawy, panie Sallinger?

— Sam nie wiem. Chyba po prostu ją przeoczyłem.

Callahan przyjął to ze spokojem.

— Nie jestem zaskoczony. Wspomniałem o niej w zeszłym tygodniu. Dokładnie w zeszłą środę. Ten temat będzie na egzaminie końcowym. Nie rozumiem tylko, dlaczego zignorował pan casus, który pojawi się w pytaniach na egzaminie. — Przechadzał się teraz powoli przed biurkiem, patrząc na swoich studentów. — Czy ktoś raczył go przestudiować?

Cisza. Wykładowca wbił wzrok w podłogę i pozwolił, by ta cisza dzwoniła w uszach. Wszyscy spuścili oczy, wszystkie pióra i ołówki zastygły w bezruchu. Z ostatniego rzędu snuł się dym papierosowy.

W końcu, powoli, siedząca w trzecim rzędzie Darby Shaw podniosła nieznacznie rękę i cała aula odetchnęła z ulgą. Znowu ich uratowała. Właściwie to tego od niej oczekiwano. Niewiele ustępując najlepszemu studentowi w ich grupie, potrafiła sypać faktami, nazwami holdingów, przykładami zbieżności poglądów, zdań odrębnych i opinii większości w praktycznie każdej sprawie, o jaką Callahan mógłby ich zapytać. Dostrzegała każdy szczegół. Doskonała cheerleaderka ukończyła z wyróżnieniem studia na wydziale biologii i zamierzała tak samo ukończyć studia prawnicze, a potem dobrze zarabiać, pozywając koncerny chemiczne za zanieczyszczanie środowiska.

Callahan patrzył na nią z udawanym poirytowaniem. Trzy godziny wcześniej wyszła z jego mieszkania po długiej nocy spędzonej na dyskusjach prawnych przy winie. Nie wspominał w nich jednak o sprawie Nasha.

— Proszę, proszę, panno Shaw. Dlaczego Rosenberg jest zaniepokojony?

— Uważa, że ustawa stanowa narusza drugą poprawkę do konstytucji. — Darby nie patrzyła na profesora.

— Dobra odpowiedź. Przez wzgląd na resztę grupy proszę wyjaśnić, co ta ustawa powoduje.

— Zakazuje, między innymi, posiadania broni półautomatycznej.

— Znakomicie. I żeby nie psuć jeszcze zabawy, co Nash posiadał w momencie swojego aresztowania?

— Karabin szturmowy AK-czterdzieści siedem.

— I co się z nim stało?

— Został skazany na trzy lata i wniósł apelację. — Znała szczegóły sprawy.

— Czym zajmował się Nash?

— W zdaniu odrębnym tego nie określono, wspomniano jednak o dodatkowym zarzucie handlu narkotykami. W momencie aresztowania Nash nie był notowany w rejestrze karnym.

— A więc był handlarzem narkotyków posiadającym kałasznikowa. Ale w Rosenbergu znalazł sprzymierzeńca, nieprawdaż?

— Oczywiście. — Teraz patrzyła na niego. Napięcie osłabło. Większość zebranych wodziła oczami za Callahanem, gdy chodził powoli, rozglądając się po sali, by wybrać kolejną ofiarę. Darby najczęściej dominowała w dyskusjach na jego wykładach i Callahan potrzebował szerszego grona dyskutantów.

— Jak sądzicie, dlaczego Rosenberg się z nim solidaryzuje?

— Uwielbia dealerów. — To był Sallinger, zraniony, ale próbujący odzyskać pole. Callahan cenił dyskusje na zajęciach. Uśmiechnął się do swojej ofiary, jakby chciał go zachęcić do zaciekłego sporu.

— Tak pan sądzi?

— Oczywiście. Dealerzy narkotyków, pedofile, przemytnicy broni, terroryści. Rosenberg zachwyca się takimi ludźmi. To jego słabe i wykorzystywane dzieci, musi więc ich chronić. — Sallinger starał się dać wyraz swojemu słusznemu oburzeniu.

— A co, zgodnie z pana uczoną opinią, należy robić z tymi ludźmi?

— To proste. Powinni mieć uczciwy proces i obrońcę w postaci dobrego adwokata, a potem szybki i uczciwy proces apelacyjny, po nim zaś ponieść karę, jeżeli są winni. — Sallinger w swoich wypowiedziach niebezpiecznie przypominał prawicowego zwolennika prawa i porządku, co było kardynalnym grzechem popełnianym przez studentów Uniwersytetu Tulane’a.

Callahan skrzyżował ręce na piersi.

— Proszę kontynuować.

Sallinger wyczuł pułapkę, ale brnął dalej. Nie miał nic do stracenia.

— Chodzi mi o to, że studiowaliśmy kolejne casusy, w których Rosenberg próbował napisać konstytucję na nowo, by stworzyć kolejną furtkę pozwalającą wykluczyć dowody winy i uwolnić od niej oskarżonych w oczywisty sposób odpowiedzialnych za zarzucane im czyny. To obrzydliwe. On uważa, że zamykanie w więzieniach jest rzeczą okrutną i niesłychaną, i dlatego na mocy ósmej poprawki wszyscy więźniowie powinni wyjść na wolność. Na szczęście jest w mniejszości, w kurczącej się mniejszości.

— Podoba się panu dyrektywa Sądu Najwyższego, prawda, panie Sallinger? — Callahan uśmiechał się i równocześnie marszczył czoło.

— Cholernie mi się podoba.

— Należy pan do tych normalnych, pełnokrwistych, miłujących ojczyznę Amerykanów o umiarkowanych poglądach, którzy pragną, by ten stary drań umarł we śnie?

W auli rozległo się kilka chichotów. Śmiech nie był już tak ryzykowny. Sallinger miał dość oleju w głowie, by skłamać w odpowiedzi.

— Tego nie życzyłbym nikomu — rzekł niemal z zażenowaniem.

Callahan znowu zaczął chodzić.

— Cóż, dziękuję, panie Sallinger. Zawsze lubię słuchać pańskich komentarzy. Jak zwykle, zapoznał pan nas z opinią laika o prawie.

Śmiech zabrzmiał teraz znacznie głośniej. Sallinger spłonął rumieńcem i zagłębił się w fotelu.

Callahan nie uśmiechał się.

— Chciałbym podnieść poziom intelektualny tej dyskusji. A pani zdaniem, panno Shaw, czym Rosenberg kieruje się w swojej solidarności z Nashem?

— Druga poprawka zapewnia ludziom prawo do posiadania i noszenia broni. Dla sędziego Rosenberga to prawo jest jednoznaczne i niczym nieograniczone. Niczego nie należy zakazywać. Skoro Nash chce posiadać karabin AK-czterdzieści siedem, granat ręczny albo bazookę, to stan New Jersey nie może uchwalić prawa, które tego zabrania.

— Zgadza się pani z tym?

— Nie, i nie jestem jedyna. Decyzja zapadła stosunkiem głosów osiem do jednego. Nikt go nie poparł.

— Jakie były przesłanki decyzji pozostałych ośmiu sędziów?

— To naprawdę oczywiste. Władze stanowe mają istotne powody, by zakazywać sprzedaży i posiadania pewnych typów uzbrojenia. Interesy stanu New Jersey przeważają nad prawami pana Nasha, gwarantowanymi drugą poprawką do konstytucji. Społeczeństwo nie może pozwolić jednostkom na posiadanie takiej broni.

Callahan przyjrzał się jej uważnie. Atrakcyjne studentki prawa były tutaj rzadkością, ale gdy już się taka trafiała, szybko wkraczał do akcji. W ostatnich pięciu latach miał na koncie spore sukcesy. Na ogół odnosił je z łatwością. Kobiety przychodziły na studia prawnicze jako osoby wyzwolone i rozwiązłe. Darby była inna. Po raz pierwszy spostrzegł ją w bibliotece podczas drugiego semestru jej studiów i potrzebował miesiąca, żeby zaprosić ją na kolację.

— Kto jest autorem opinii większości? — zapytał.

— Sędzia Runyan.

— I zgadza się pani z nim?

— Tak. To tak naprawdę prosta sprawa.

— Co w takim razie stało się Rosenbergowi?

— Myślę, że nienawidzi pozostałych sędziów Sądu Najwyższego.

— Więc składa zdanie odrębne z czystej przekory?

— Często tak. Jego opinie stają się coraz trudniejsze do obrony. Weźmy sprawę Nasha. Dla liberała, takiego jak Rosenberg, kwestia kontroli dostępu do broni jest prosta. Powinien był napisać opinię większości i tak by zrobił dziesięć lat temu. W sprawie Fordice przeciwko stanowi Oregon z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego siódmego roku przyjął znacznie węższą interpretację drugiej poprawki. Przykłady jego niekonsekwencji budzą niemal zażenowanie.

Callahan zapomniał o sprawie Fordice’a.

— Sugeruje pani, że sędzia Rosenberg jest zdziecinniałym starcem?

Niczym dotknięty encefalopatią bokser, Sallinger przystąpił do ostatniej rundy.

— Nie da się obronić jego opinii. Jest kompletnym świrem, i pan o tym wie.

— Nie zawsze, panie Sallinger, ale przynajmniej jest w stanie…

— Ciałem tak, ale w stanie śmierci mózgowej.

— On oddycha, panie Sallinger.

— Owszem, z pomocą respiratora. Muszą mu tłoczyć do nosa tlen.

— Ale to nie zmienia postaci rzeczy, panie Sallinger. To ostatni z wielkich reformatorów prawa i nadal żyje.

— Radziłbym zadzwonić i się upewnić — odparł Sallinger cichnącym głosem. Dosyć już powiedział. Nie, powiedział za dużo. Pochylił głowę, gdy profesor spiorunował go wzrokiem. Skulił się nad swoim notesem i zaczął zastanawiać, po co to wszystko mówił.

Callahan spojrzał na niego, po czym znowu zaczął chodzić. Miał naprawdę paskudnego kaca.

Rozdział 3

W słomianym kapeluszu, czystych ogrodniczkach i starannie wyprasowanej koszuli roboczej koloru khaki przywodził na myśl starego farmera. Żuł tytoń i spluwał do czarnej wody poniżej molo. Żuł niczym farmer. Jego pick-up, choć kupiony niedawno, był dostatecznie podniszczony i wyglądał jak po jeździe zakurzoną drogą. Rejestracja z Karoliny Północnej. Stał sto metrów dalej, zaparkowany na piasku przy drugim końcu molo.

Była północ, pierwszy poniedziałek października. Przez następnych trzydzieści minut miał czekać w mrocznym chłodzie opustoszałego molo, żując w zamyśleniu tytoń. Wspierał się na barierce i bacznie wpatrywał w morze. Był sam, tak jak zaplanowali. O tej porze molo zawsze było puste. Światła jakiegoś samochodu zamigotały na nabrzeżu, ale w środku nocy auta nigdy się tu nie zatrzymywały.

Obserwował czerwono-niebieskie światła kanałów podejściowych z dala od brzegu. Zerknął na zegarek, nie poruszywszy głową. Chmury były gęste i niskie i trudno byłoby dojrzeć łódź z dala od molo. Tak przewidywał plan.

Pick-up nie pochodził z Karoliny Północnej, farmer także nie. Tablice rejestracyjne skradziono z wraku ciężarówki na złomowisku koło Durham. Pick-up został skradziony w Baton Rouge. Farmer nie wziął się znikąd i nie był sprawcą żadnej z tych kradzieży. Był zawodowcem, więc tą drobną brudną robotą zajął się ktoś inny.

Po dwudziestu minutach oczekiwania z mroku wyłonił się obiekt płynący w kierunku molo. Stłumiony warkot silnika stał się głośniejszy. Obiekt przybrał kształt łodzi z przyczajoną sylwetką zamaskowanego człowieka obsługującego silnik. Farmer nawet nie drgnął w niecierpliwym oczekiwaniu na przybysza. Warkot ucichł i czarny gumowy ponton zatrzymał się na gładkiej powierzchni wody dziesięć metrów od molo. Na brzegu nie było widać świateł przejeżdżających samochodów.

Farmer ostrożnie wsunął do ust papierosa, zapalił go, zaciągnął się dwa razy, po czym rzucił go między molo a ponton.

— Co to za papieros? — zapytał mężczyzna na wodzie. Widział sylwetkę człowieka przy barierce, ale nie widział jego twarzy.

— Lucky strike — odparł farmer. Hasło i odzew wybrane do tej idiotycznej zabawy. Ilu innych czarnych gumowych pontonów nadpływających od strony Atlantyku można było się spodziewać dokładnie o tej godzinie przy tym starym molo? Idiotyczne, ale jakże ważne.

— Luke? — dobiegł głos z pontonu.

— Witaj, Sam — odparł farmer. Przybysz w rzeczywistości miał na imię Khamel, lecz przez kilka następnych minut, dopóki nie przycumował pontonu, mógł być Samem.

Nie odpowiedział, nie musiał, uruchomił tylko silnik i skierował ponton wzdłuż molo na plażę. Luke podążył za nim górą. Gdy spotkali się przy pick-upie, obyło się bez uścisku dłoni. Khamel położył między nimi swój czarny worek gimnastyczny z logo Adidasa i półciężarówka ruszyła wzdłuż brzegu.

Luke prowadził, Khamel palił i obaj zupełnie nie zwracali na siebie uwagi. Nie chcieli spojrzeć sobie w oczy. Gęsta broda, ciemne okulary i czarny golf sprawiały, że twarz Khamela wyglądała złowieszczo, ale nie sposób było jej rozpoznać. Luke nie chciał jej widzieć. Oprócz przyjęcia tego cudzoziemca miał za zadanie powstrzymać się od patrzenia na niego. To naprawdę nie było trudne. Człowieka o tej twarzy poszukiwano w dziewięciu krajach.

Po drugiej stronie mostu w Manteo Luke zapalił następnego lucky strike’a i doszedł do wniosku, że już się kiedyś spotkali. Z tego, co pamiętał, było to krótkie, lecz drobiazgowo zaplanowane spotkanie na lotnisku w Rzymie, przed pięcioma lub sześcioma laty. Obyło się bez wzajemnej prezentacji. Spotkali się w toalecie. Luke, wówczas w idealnie skrojonym garniturze amerykańskiego dyrektora, umieścił dyplomatkę ze skóry węgorza przy ścianie obok umywalki, w której powoli mył ręce, i nagle teczka zniknęła. W lustrze mignął mu jakiś mężczyzna — teraz miał już pewność, że był nim Khamel. Pół godziny później dyplomatka eksplodowała pod nogami brytyjskiego ambasadora w Nigerii.

Z ust swoich niewidzialnych kolegów Luke często słyszał wypowiadane powściągliwym szeptem słowa o Khamelu, posługującym się wieloma językami człowieku wielu imion i twarzy, zamachowcy, który uderzał szybko i nie zostawiał śladów, pedantycznym zabójcy, który przemierzał świat, ale nie sposób było go znaleźć. Gdy jechali w ciemności na północ, Luke siedział nisko na swoim fotelu, z rondem kapelusza sięgającym niemal nosa i nadgarstkiem opartym bezwładnie na kierownicy, próbując sobie przypomnieć opowieści, które słyszał o swoim pasażerze. Zdumiewające dokonania terrorystyczne. Tamten brytyjski ambasador. Khamelowi przypisywano urządzenie zasadzki na siedemnastu izraelskich żołnierzy na Zachodnim Brzegu w 1990 roku. Był jedynym podejrzanym o wysadzenie samochodu z niemieckim bankierem i jego rodziną. Chodziły słuchy, że za ten zamach otrzymał trzy miliony w gotówce. Większość speców od wywiadu uważała, że to on zaplanował próbę uśmiercenia papieża w 1981 roku. Ale wtedy obwiniano go o niemal wszystkie niewyjaśnione ataki terrorystyczne i zabójstwa. Łatwo było to robić, bo nikt nie miał pewności, że Khamel naprawdę istnieje.

Luke był przejęty tym, że jego pasażer niebawem wystąpi na amerykańskiej ziemi. Nie znał celów szykowanego ataku, ale miała się w nim polać krew ważnych osób.

O świcie skradziona farmerska półciężarówka zatrzymała się na rogu M Street i Trzydziestej Pierwszej Ulicy. Khamel zabrał swój worek i bez słowa wysiadł. Przeszedł chodnikiem i minąwszy kilka przecznic, dotarł do hotelu Four Seasons. W holu kupił „Post” i spokojnie wjechał windą na szóste piętro. Dokładnie kwadrans po siódmej zapukał do drzwi na końcu korytarza.

— Tak? — zapytał ktoś w środku nerwowym głosem.

— Szukam pana Snellera — odparł Khamel powoli w perfekcyjnej amerykańskiej odmianie języka angielskiego, zasłaniając kciukiem otwór judasza. — Pan Sneller?

— Tak. Edwin F. Sneller.

Klamka nie obróciła się ani nie szczęknęła i drzwi pozostały zamknięte. Minęło kilka sekund i spod drzwi wysunęła się biała koperta. Khamel podniósł ją i na tyle głośno, by usłyszał to Sneller lub człowiek, który się za niego podawał, rzekł:

— W porządku.

— To sąsiedni pokój — wyjaśnił Sneller. — Zaczekam na telefon od pana. — Brzmienie głosu wskazywało na to, że jest Amerykaninem. W odróżnieniu od Luke’a nigdy nie widział Khamela i naprawdę nie miał na to ochoty. Luke widział go już dwa razy i miał szczęście, że nie przypłacił tego życiem.

W pokoju Khamela stały dwa łóżka i mały stół koło okna. Rolety były szczelnie zaciągnięte; światło słoneczne nie docierało do środka. Położył worek na łóżku, obok dwóch grubych teczek. Podszedł do okna i zerknął na zewnątrz, po czym sięgnął po telefon.

— To ja — rzekł do Snellera. — Co z samochodem?

— Jest zaparkowany na ulicy. Zwykły biały ford z tablicami z Connecticut. Kluczyki leżą na stole. — Sneller mówił powoli.

— Kradziony?

— Oczywiście, ale zdezynfekowany. Jest czysty.

— Zostawię go przy lotnisku Dullesa tuż po północy. Ma zostać zniszczony, czy to jasne? — Jego angielszczyzna była nienaganna.

— Tak. Takie mam instrukcje. — Sneller był układny i skuteczny.

— To bardzo ważne, rozumie pan? Zamierzam zostawić w nim broń. Po broni zostają kule, a ludzie zwracają uwagę na samochody, więc to ważne, by całkowicie zniszczyć to auto i całą jego zawartość. Rozumiemy się?

— Takie mam instrukcje — powtórzył Sneller. Nie podobał mu się ten wykład. Nie był w tej grze w zabijanie nowicjuszem.

Khamel usiadł na brzegu łóżka.

— Cztery miliony dotarły tydzień temu, z jednodniowym opóźnieniem. Jestem teraz w Waszyngtonie, więc żądam następnych trzech.

— Zostaną przesłane przed południem. Tak przewidywała umowa.

— Owszem, ale obawiam się, że jej nie dotrzymacie. Spóźniliście się o jeden dzień, pamięta pan?

Ta uwaga zirytowała Snellera, który nie musiał skrywać lekkiej irytacji, ponieważ zabójca znajdował się w sąsiednim pokoju i nie zamierzał z niego wychodzić.

— To wina banku, nie nasza.

Tym razem to Khamel się zirytował.

— Świetnie. Chcę, byście razem z waszym bankiem przelali następne trzy miliony na rachunek w Zurychu, gdy tylko otworzą oddział w Nowym Jorku, a więc mniej więcej za dwie godziny. Będę sprawdzał stan konta.

— W porządku.

— I nie chcę żadnych problemów po wykonaniu zadania. Za dwadzieścia cztery godziny będę w Paryżu, a stamtąd pojadę prosto do Zurychu. Kiedy tam dotrę, reszta forsy ma być na koncie.

— Będzie tam, jeżeli zadanie zostanie wykonane.

Khamel uśmiechnął się pod nosem.

— Zostanie wykonane przed północą. O ile wasze informacje są ścisłe.

— Na chwilę obecną są. I dzisiaj nie spodziewamy się żadnych zmian. Nasi ludzie są na ulicach. Wszystko jest w tych dwóch teczkach. Mapy, schematy, harmonogramy, narzędzia i przedmioty, których pan sobie zażyczył.

Khamel spojrzał na leżące za nim teczki i prawą dłonią potarł oczy.

— Muszę się zdrzemnąć — wymamrotał do słuchawki. — Nie spałem od dwudziestu czterech godzin.

Sneller nie wiedział, co odpowiedzieć. Zostało mnóstwo czasu i skoro Khamel chciał się zdrzemnąć, nic nie stało na przeszkodzie. Płacili mu dziesięć milionów.

— Chciałby pan coś zjeść? — zapytał z zakłopotaniem.

— Nie. Niech pan do mnie zadzwoni za trzy godziny, dokładnie o dziesiątej trzydzieści. — Odłożył słuchawkę na widełki i wyciągnął się na łóżku.

* * *

Drugiego dnia sesji jesiennej ulice wokół gmachu sądu były puste i ciche. Sędziowie spędzili ten dzień w ławie sędziowskiej, słuchając, jak kolejni prawnicy omawiają skomplikowane i dość nudne casusy. Rosenberg spał podczas większości wystąpień. Ożywił się na krótko, gdy prokurator generalny stanu Teksas dowodził, że pewien czekający na egzekucję więzień powinien otrzymać leki w celu przywrócenia go do stanu przytomności przed wstrzyknięciem zabójczej trucizny. Jeżeli jest umysłowo chory, jak można wykonać na nim egzekucję? — pytał Rosenberg z niedowierzaniem. Spokojnie, odparł prokurator z Teksasu, jego chorobę można powstrzymywać lekami. Należy więc dać mu lekki zastrzyk, żeby oprzytomniał, a potem drugi, żeby go zabić. Wszystko może się odbyć porządnie i w zgodzie z konstytucją. Rosenberg ciskał gromy i psioczył przez krótki czas, po czym opadł z sił. Jego mały wózek inwalidzki był znacznie niższy od masywnych skórzanych tronów jego kolegów. Sędzia wyglądał dość żałośnie. W przeszłości był tygrysem, bezlitosnym potworem, który zapędzał w kozi róg nawet najbardziej wygadanych prawników. Ale to było kiedyś. Teraz zaczął mamrotać, po czym umilkł. Prokurator uśmiechnął się do niego szyderczo i mówił dalej.

Podczas ostatniego ustnego sporu tego dnia, toczonego o sprawę bezdusznej desegregacji w Wirginii, Rosenberg zaczął chrapać. Przewodniczący Runyan spojrzał gniewnie z ławy sędziowskiej i Jason Kline, starszy sekretarz Rosenberga, zrozumiał aluzję. Powoli odsunął wózek od ławy sędziowskiej i wywiózł starca z sali rozpraw, po czym, pchając wózek, szybko ruszył tylnym korytarzem.

Sędzia ocknął się w swoim gabinecie, zażył tabletki i oznajmił swoim sekretarzom, że chce jechać do domu. Kline zawiadomił FBI i chwilę później Rosenberg został umieszczony razem z wózkiem z tyłu swojej furgonetki zaparkowanej w podziemiach budynku. Przyglądali się temu dwaj agenci FBI. Pielęgniarz sędziego, Frederic, przypiął wózek, a sierżant Ferguson z policji sądowej zasiadł za kierownicą samochodu. Sędzia nie dopuszczał do siebie żadnych agentów FBI. Mogli jechać za nim swoim samochodem i obserwować jego dom z ulicy; i tak mieli szczęście, że im na to pozwolił. Nie ufał glinom, a już z całą pewnością nie darzył zaufaniem funkcjonariuszy Biura. Nie potrzebował ochrony.

Na Volta Street w Georgetown furgonetka zwolniła, zatrzymała się i wjechała tyłem na krótki podjazd. Pielęgniarz i policjant delikatnie wytoczyli wózek na zewnątrz. Agenci przyglądali się temu ze służbowego dodge’a. Trawnik przed domem był maleńki i ich samochód stał zaledwie parę metrów od drzwi. Dochodziła szesnasta.

Po kilku minutach Ferguson musiał wyjść z budynku i odbył rozmowę z agentami. Tydzień wcześniej, po długiej dyskusji, Rosenberg ustąpił i pozwolił, by po przybyciu do domu Ferguson spokojnie sprawdzał każde pomieszczenie na piętrze i parterze. Potem musiał wyjść, ale mógł wrócić dokładnie o dziesiątej wieczorem i siedzieć przed drzwiami z tyłu domu do szóstej. Mógł to robić tylko on i był już zmęczony nadgodzinami.

— Wszystko gra — oznajmił agentom. — Przypuszczam, że wrócę tam o dziesiątej.

— On jeszcze żyje? — zapytał jeden z agentów. Standardowe pytanie.

— Niestety tak. — Idący do furgonetki Ferguson wyglądał na zmęczonego.

Pucołowaty Frederic był wątłej budowy, ale do opieki nad jego pacjentem siła nie była niezbędna. Ułożywszy odpowiednio poduszki, podniósł go z wózka i ostrożnie umieścił na kanapie, gdzie starzec miał siedzieć nieruchomo przez dwie godziny, drzemiąc i oglądając CNN. Frederic zrobił sobie kanapkę z szynką, przyszykował talerz ciasteczek i przy stole kuchennym przeglądał egzemplarz „National Enquirer”. Rosenberg mamrotał coś głośno i zmieniał pilotem kanały w telewizorze.

Dokładnie o siódmej na stół wjechała kolacja złożona z bulionu z kurczaka, gotowanych ziemniaków i duszonej cebuli — dieta dla osób po przebytym udarze — i Frederic przetoczył sędziego na wózku. Rosenberg uparł się, że sam będzie jadł, i nie był to przyjemny widok. Frederic oglądał telewizję. Później uprzątnie ten bałagan.

O dziewiątej starzec był wykąpany, ubrany w koszulę szpitalną i okryty szczelnie kołdrą. Leżał na wąskim jasnozielonym łóżku z demobilu, z twardym materacem, guzikami do regulacji kąta nachylenia oparcia i składanymi poręczami, które uparcie kazał opuszczać. Łóżko stało w małym pokoju za kuchnią, który do czasu pierwszego udaru przez trzydzieści lat służył mu jako gabinet. Teraz był mało przytulny i wypełniała go woń środków antyseptycznych oraz czyhającej śmierci. Obok łóżka znajdował się duży stół z lampą szpitalną i co najmniej dwudziestoma buteleczkami tabletek. Grube i ciężkie książki prawnicze leżały porozkładane w równych stosach w całym pokoju. Obok stołu, na wytartym rozkładanym fotelu z podnóżkiem, zasiadł pielęgniarz i zaczął czytać na głos omówienie sprawy. Czytał, dopóki nie usłyszał chrapania — zgodnie z cowieczornym rytuałem. Robił to powoli, wykrzykując słowa w stronę Rosenberga, który był sztywny i nieruchomy, ale słuchał. Omówienie dotyczyło sprawy, w której miał być autorem opinii większości. Przez jakiś czas chłonął każde słowo. Po godzinie tej krzykliwej lektury Frederic był zmęczony, a sędzia odpływał. Powoli podniósł dłoń, po czym zamknął oczy. Przyciskiem na poręczy łóżka przygasił światła. W pokoju zrobiło się niemal zupełnie ciemno. Frederic szarpnął do tyłu i fotel się rozłożył. Położył tekst na podłodze i zamknął oczy. Rosenberg chrapał.

Nie dane mu było chrapać zbyt długo.

* * *

Tuż po dziesiątej, gdy w domu panowały ciemność i cisza, drzwi do sypialni uchyliły się i ostrożnie wyszedł z niej Khamel. Opaski na jego nadgarstkach, nylonowa czapka i spodnie do biegania miały szafirowy kolor. Do tego koszulka z długimi rękawami, skarpetki i reeboki — wszystko białe z szafirową lamówką. Idealny dobór kolorów. Khamel biegacz. Był gładko ogolony, a jego bardzo krótkie włosy były teraz jasne, niemal białe.

W sypialni, podobnie jak w korytarzu, panował mrok. Schody zaskrzypiały lekko pod naciskiem sportowych butów. Miał sto siedemdziesiąt trzy centymetry wzrostu i ważył niespełna sześćdziesiąt osiem kilo; ani grama tłuszczu. Nie rozluźniał się, bo chciał, by jego ruchy były szybkie i bezszelestne. Schody prowadziły do holu i kończyły się przy drzwiach od ulicy. Wiedział, że w samochodzie zaparkowanym przy krawężniku siedzą dwaj agenci, przypuszczalnie nieobserwujący domu. Wiedział, że Ferguson przyjechał siedem minut temu. Słyszał chrapanie z pokoju w głębi domu. Czekając w garderobie, myślał o tym, żeby zaatakować wcześniej, przed przybyciem Fergusona — wtedy nie musiałby go zabijać. Zabójstwo nie było problemem, ale zmuszało do zajęcia się kolejnym ciałem. Sądził — błędnie, jak się okazało — że Ferguson, obejmując służbę, melduje się u pielęgniarza. Gdyby tak było, to policjant znalazłby zmasakrowane zwłoki, a on straciłby kilka godzin. Czekał więc aż do tej pory.

Bezszelestnie prześlizgnął się przez hol. Lampka okapu w kuchni oświetlała blat, przez co sytuacja stała się nieco bardziej ryzykowna. Przeklinał siebie za to, że nie wykręcił wcześniej żarówki. Te drobne błędy były niewybaczalne. Dał nura pod okno wychodzące na ogród za domem. Fergusona nie zauważył, wiedział jednak, że policjant ma prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu, sześćdziesiąt jeden lat i zaćmę w obojgu oczach, i że ze swojego magnum .357 nie trafiłby nawet w słonia.

Obaj chrapali. Khamel uśmiechnął się pod nosem, gdy przykucnął w drzwiach sypialni i szybko wyciągnął automatyczną dwudziestkędwójkę oraz tłumik spod bandaża, którym owinął się w pasie. Nakręcił dziesięciocentymetrową rurę na lufę i wemknął się do pokoju. Pielęgniarz leżał rozwalony na fotelu, ze stopami w powietrzu, zwisającymi bezwładnie rękami i otwartymi ustami. Khamel umieścił koniec tłumika w odległości dwóch centymetrów od jego prawej skroni i strzelił trzy razy. Ręce Frederica drgnęły, a stopy zadrżały gwałtownie, ale oczy pozostały zamknięte. Khamel szybko wyciągnął rękę ku pomarszczonej i bladej twarzy sędziego Abrahama Rosenberga i wpakował mu w głowę trzy kule.

W sypialni nie było okien. Zabójca przyglądał się ciałom swoich ofiar i nasłuchiwał przez pełną minutę. Głowa pielęgniarza drgnęła kilka razy, po czym zastygła w bezruchu. Ciała były nieruchome.

Fergusona chciał zabić w środku. Było jedenaście po dziesiątej, pora odpowiednia na to, by sąsiad wyszedł z psem po raz ostatni przed udaniem się na spoczynek. Khamel zakradł się chyłkiem w ciemnościach do drzwi z tyłu domu i spostrzegł gliniarza spacerującego spokojnie sześć metrów dalej wzdłuż drewnianego płotu. Khamel instynktownie otworzył tylne drzwi, zapalił światło na patio i głośno powiedział:

— Ferguson.

Drzwi zostawił otwarte i ukrył się w ciemnym kącie obok lodówki. Ferguson posłusznie poczłapał przez patio i wszedł do kuchni. Nie był zaskoczony. Frederic często zapraszał go do środka, gdy szanowny pan sędzia zasypiał. Pili wtedy rozpuszczalną kawę i grali w remika.

Tym razem Frederic nie czekał z kawą. Khamel strzelił Fergusonowi trzy razy w potylicę i policjant runął na kuchenny stół. Zgasił światło na patio i odkręcił tłumik. Przestał mu być potrzebny. Wsunął go pod bandaż razem z pistoletem i zerknął przez okno od frontu. Światło pod sufitem radiowozu się paliło, a agenci czytali. Khamel przestąpił Fergusona, zamknął tylne drzwi domu i zniknął w ciemnościach, w których pogrążony był niewielki trawnik. Bezszelestnie przeskoczył przez dwa płoty i trafił na ulicę. Zaczął truchtać. Khamel biegacz.

* * *

Glenn Jensen siedział sam na ciemnym balkonie kina Montrose i na ekranie u dołu oglądał nagich i dość aktywnych mężczyzn. Jadł popcorn z dużego pudełka i zwracał uwagę wyłącznie na ich ciała. Ubrany był dość zachowawczo; granatowy rozpinany sweter, spodnie khaki oraz mokasyny. Miał też szerokie okulary przeciwsłoneczne, żeby zasłonić oczy, i zamszową fedorę, żeby okryć głowę. Natura obdarzyła go twarzą, która nie zapadała w pamięć i zamaskowana była nie do rozpoznania. Zwłaszcza o północy, na opustoszałym balkonie niemal pustego kina porno dla gejów. Żadnych kolczyków, bandan, złotych łańcuchów, biżuterii, niczego, co by wskazywało, że szuka towarzystwa. Chciał być niezauważony.

Tak naprawdę ta zabawa w kotka i myszkę z FBI i resztą świata stała się wyzwaniem. Tego wieczoru agenci sumiennie zajęli pozycje na parkingu przed jego budynkiem. Kolejna para zaparkowała przy wyjściu koło werandy z tyłu domu. Pozwolił, by wszyscy sterczeli tam przez cztery i pół godziny, po czym przeszedł nonszalancko w przebraniu do garażu w podziemiach i wyjechał stamtąd samochodem znajomego. Budynek miał zbyt wiele wyjść, żeby ci biedacy z FBI mogli go upilnować. Odnosił się w miarę życzliwie do ich pracy, ale przecież miał swoje życie. Skoro federalni nie mogli go znaleźć, jak mógłby to zrobić zabójca?

Balkon był podzielony na trzy niewielkie części po sześć rzędów w każdej. Było tam bardzo ciemno, jedyne światło wydobywało się sinoniebieską smugą z projektora. Wzdłuż zewnętrznych przejść stały sterty uszkodzonych foteli i składanych stolików. Aksamitne draperie na ścianach były postrzępione i miejscami opadały. To miejsce wspaniale nadawało się na kryjówkę.

Kiedyś obawiał się, że zostanie przyłapany. W pierwszych miesiącach po zatwierdzeniu jego nominacji był przerażony. Nie mógł jeść popcornu i oczywiście nie potrafił się cieszyć oglądanymi filmami. Postanowił, że w razie gdyby został przyłapany bądź rozpoznany, albo w jakiś okropny sposób zdemaskowany, będzie po prostu twierdził, że prowadził badania w toczącej się właśnie sprawie obsceniczności zachowań. Zawsze coś było na wokandzie i być może jakoś dano by temu wiarę. Wielokrotnie powtarzał w duchu, że to może być skuteczna wymówka, i poczynał sobie coraz śmielej. Jednak pewnego wieczoru w 1990 roku w kinie wybuchł pożar i zginęły cztery osoby. Ich nazwiska pojawiły się w gazecie. W obszernym artykule. Tak się złożyło, że sędzia Glenn Jensen był w toalecie, gdy usłyszał krzyki i wyczuł dym. Wypadł na ulicę i zniknął. Wszystkie ofiary śmiertelne znaleziono na balkonie. Jedną z nich znał. Na dwa miesiące zrezygnował z oglądania filmów, potem jednak znowu zaczął bywać w kinie. Wytłumaczył sobie, że potrzebuje dalszych badań.

A gdyby został przyłapany? Nominacja była dożywotnia. Wyborcy nie mogli go odwołać.

Lubił Montrose, ponieważ we wtorki filmy puszczano przez całą noc, na widowni jednak nigdy nie było tłumu. Popcorn mu smakował, a piwo z beczki kosztowało pół dolara.

Dwaj starsi mężczyźni w środkowej części balkonu obmacywali się i pieścili. Jensen zerkał na nich od czasu do czasu, ale koncentrował uwagę na filmie. Pomyślał, że smutno jest mieć siedemdziesiąt lat i patrząc śmierci w oczy i wymykając się AIDS, być skazanym na szukanie szczęścia na brudnym kinowym balkonie.

Dołączył do nich jakiś czwarty mężczyzna. Spojrzał na Jensena oraz splecioną w uścisku dwójkę i spokojnie, z piwem i prażoną kukurydzą w rękach, przeszedł do ostatniego rzędu foteli w środkowej części. Kabina projekcyjna była za jego plecami. Na prawo od niego, trzy rzędy niżej, siedział sędzia. Siedzący przed nim posiwiali i leciwi kochankowie całowali się, szeptali do siebie i chichotali, nie zważając na otaczający ich świat.

Mężczyzna był ubrany stosownie do miejsca i okoliczności. Obcisłe dżinsy, czarna jedwabna koszula, kolczyk w uchu, ciemne okulary w rogowej oprawie. Do tego starannie przystrzyżone włosy i wąsy typowego geja. Khamel homoseksualista.

Odczekał kilka minut, a potem przesunął się powoli w prawo i usiadł przy przejściu. Nikt nie zwrócił na to uwagi. Kto by się przejmował, gdzie on siedzi?

O dwudziestej czwartej starcy opadli z sił. Wstali razem i wyszli na palcach, nie przestając szeptać i parskać śmiechem. Jensen nie patrzył na nich. Był pochłonięty oglądaniem filmu, wielką orgią na jachcie podczas huraganu. Khamel przesunął się niczym kot na miejsce położone trzy rzędy za fotelem sędziego. Wypił łyk piwa. Byli sami. Odczekał minutę i szybko przesiadł się rząd niżej. Jensen znajdował się w odległości dwóch i pół metra. Filmowa orgia rozwijała się w tempie szalejącego na morzu huraganu. Wycie wiatru i krzyki hulaków zagłuszyły wszystkie inne odgłosy w niewielkim kinie. Khamel odstawił piwo i popcorn na podłogę i wyjął zza pasa metrowy kawałek żółtej nylonowej linki holowniczej. Szybko owinął sobie jej końce wokół dłoni i przestąpił rząd foteli dzielący go od dyszącej ciężko ofiary, w której ręce trzęsło się pudełko z prażoną kukurydzą.

Atak był szybki i brutalny. Khamel zarzucił pętlę tuż pod krtanią Jensena i gwałtownie szarpnął. Pociągnął linkę w dół, sprawiając, że głowa sędziego uderzyła o oparcie fotela, i łamiąc mu kark. Skręcił linkę i zawiązał ją za karkiem ofiary, po czym wsunął w pętlę węzła piętnastocentymetrowy pręt. Zaciskał tę opaskę, dopóki z rozciętej skóry nie pociekła krew. W ciągu dziesięciu sekund było po wszystkim.

Nagle huragan ucichł i dla uczczenia tego faktu rozpoczęła się następna orgia. Jensen osunął się w fotelu. Wokół jego stóp leżał rozsypany popcorn. Khamel nie zamierzał podziwiać swojego dzieła. Opuścił balkon, przeszedł obojętnie między stojakami z czasopismami i rozmaitymi gadżetami w holu kina, po czym zniknął na chodniku.

Białym fordem z tablicami z Connecticut pojechał na lotnisko Dullesa, przebrał się w toalecie i czekał na swój lot do Paryża.

1American Civil Liberties Union — Amerykański Związek Swobód Obywatelskich.