Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Ramona, Mila, Bobo i pięćdziesiąt sześć innych zwierząt ebook

Kamil Sipowicz  

4.5 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 142 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ramona, Mila, Bobo i pięćdziesiąt sześć innych zwierząt - Kamil Sipowicz

Filozoficzne opowiastki o relacji ludzi i zwierząt, których autorem jest jeden z wielkich buntowników – Kamil Sipowicz, rockmen, dziennikarz, artysta, poeta i zwolennik legalizacji marihuany. Jednak w tych krótkich historiach pokazuje nam się jako wrażliwy, spostrzegawczy i dowcipny obserwator. Uzupełnieniem tych subtelnych wspomnień są ilustracje autorstwa Olgi Sipowicz (Kory), która w odmienny sposób wyraziła silną więź z czworonogami. Autorzy żyją w harmonii ze swoimi braćmi mniejszymi w cichym domu na Roztoczu i widać, że dobrze się z tym czują.

 

Bohaterami tej książki są zwierzęta. Dokładnie pięćdziesiąt dziewięć. Psy, koty, nawet węże. Dopuściłem też do głosu kilka grzybów z Roztocza. Wszystko dzieje się właśnie na Roztoczu. To kraina między Piaskami a Lwowem. W głębokich lasach na wzgórzu. Tam mieszkamy. Czasami tylko w tym niby-dzienniku odbywam podróże. W przestrzeni. Do Brazylii, Meksyku i na Kretę. Albo w czasie. Do dzieciństwa w Świdrze, Płocku i Krakowie. A ludzie? Ludzie mają tylko wtedy sens, gdy są blisko zwierząt.

ze Wstępu

Opinie o ebooku Ramona, Mila, Bobo i pięćdziesiąt sześć innych zwierząt - Kamil Sipowicz

Fragment ebooka Ramona, Mila, Bobo i pięćdziesiąt sześć innych zwierząt - Kamil Sipowicz

WARSZAWA ‌2016

Projekt ‌graficzny: Andrzej Barecki

Korekta: ‌Jolanta Spodar

Copyright for ‌the ‌text © ‌by Kamil Sipowicz

Copyright for ‌the illustrations © by Olga ‌Sipowicz

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, ‌Warszawa ‌2016

ISBN ‌978-832-440-445-2 (epub)

ISBN ‌978-832-440-445-2 ‌(mobi)

Wydawnictwo Iskry

al. Wyzwolenia 18, ‌00-570 ‌Warszawa

tel. 22 827 94 15

iskry@iskry.com.pl, ‌www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji ‌do wersji elektronicznej

Bohaterami tej książki są zwierzęta.Dokładnie pięćdziesiąt dziewięć.Psy, koty, nawet węże. Dopuściłem też do głosu kilka grzybów z Roztocza. Wszystko dzieje się właśnie na Roztoczu. To kraina między Piaskami a Lwowem. W głębokich lasach na wzgórzu. Tam mieszkamy.Czasami tylko w tym niby-dzienniku odbywam podróże. W przestrzeni.Do Brazylii, Meksyku i na Kretę.Albo w czasie. Do dzieciństwa w Świdrze,Płocku i Krakowie.A ludzie?Ludzie mają tylko wtedy sens,gdy są blisko zwierząt.
Kilka słówo Mili i Belemnitach

Gdy zaczynam pisać te słowa, Mila trąca mnie nosem i zaczepia łapkami. Jest kilkunastoletnim czarno-białym owczarkiem roztoczańskim. Rasa ta nie została jeszcze uznana przez odpowiednie gremia specjalistów. Włosie średniej długości. Podszerstek na miejscu. Długie pludry dekorują tylne łapy. Latem pludry łapią rzepy i gałązki tarniny. Wiosną, w czasie roztopów – błoto. A zimą, jak teraz, śnieg i lód wbity w sierść.

Wyobraźcie sobie, jak Mila protestuje, gdy staramy się z niej to wyciągnąć. Moja żona Ola kilka dni temu z pomocą naszej przyjaciółki Iwonki obcięła jej pludry, a przynajmniej skróciła. Mila, uwięziona w małej wannie w piwnicy, warczała, pokazywała swoje nadal białe zęby. Próbowała ugryźć. A Mila lubi gryźć. Gryzie, gdy jest nieszczęśliwa, ale gryzie też, gdy jest szczęśliwa. Teraz, czyli od trzech lat, szczęśliwa jest cały czas. Od 8 marca, dnia kobiet, kiedy zmarł Brehor. O tym potem.

Teraz do rzeczy. Kilka lat temu zamieszkaliśmy na Roztoczu. Kraina roztoczańska nie jest znana przeciętnemu warszawiakowi, krakowiakowi, a tym bardziej Mazurowi. I całe szczęście. Mało kto wie, że zaczyna się już za Piaskami, a nawet za Fajsławicami, obejmuje Zamość, Szczebrzeszyn, Kraśnik, Zwierzyniec, Józefów Roztoczański, Krasnobród, ba, sam Lwów.

W polskiej części Roztocza nie ma zbyt wielu ludzi. Słabe zagęszczenie. Przypadkowi turyści błądzą zrozpaczeni po lasach. Gdzieniegdzie słychać ich nawoływania w puszczy. Niedawno pewien miły policjant w położonym wśród pagórów nad uroczym zalewem Krasnobrodzie powiedział mi, że jadą na interwencję, muszą ratować warszawiaków, którzy zabłądzili w lesie. A lasy tu są przepaściste. Ciągną się setkami kilometrów. Lasy Komisarskie, w których cieniu mieszkamy, łączą się z Roztoczańskim Parkiem Narodowym, park z Lasami Janowskimi, a te z Puszczą Solską. Krążą opowieści, że w tych lasach nadal mieszkają stare szlacheckie rody przekonane o tym, że rozbiory wciąż trwają w najlepsze.

Powietrze u nas podobno można jeść łyżkami. Ola nie lubi, gdy używam tego zwrotu. Ostatnio po powrocie ze stolicy zgodziła się ze mną. Wzięliśmy łyżki i jedliśmy powietrze. Jod i olejki eteryczne. Buki, sosny, jodły, świerki, wielkie brzozy. Na dole paprocie, skrzypy i wiele grzybów. Na przewalonych w poprzek debr omszałych kłodach rosną huby i grzyby o malowniczych, literackich nazwach: twardzioszek, klejówka, czernidłak. Że o czasznicy oczkowatej, czarnobrzuszku filcowatym i czubajeczce cuchnącej nie wspomnę.

– Jeszcze ja! Jeszcze ja! – krzyczy galaretek kolczasty, który przylgnął do sosnowego pieńka i nie chce być pominięty w mykologicznej poezji.

Miliony lat temu rozlewały się tu płytkie, gorące oceany. Leniwie taplały się w nich wielkie gady i płazy, pożerając się nawzajem jakby od niechcenia. W tutejszych skałach znajdujemy ślady po tamtym płodnym życiu. Odciśnięte wielkie muszle, nawet całe ryby i wicienie. Grzebiąc w miejscowych kamieniołomach, natykamy się na kamień piorunowy. Wieść niesie, że powstaje jako efekt uderzenia pioruna w skałę. Skamieniały piorun. Są to belemnity. Żyjątka z dna czasu. Noszenie ich jako amulet chroni przed złymi duchami. Może i nasze kości kiedyś skamienieją. Nadadzą się komuś na amulet. Będzie z nas pożytek.

Nasze roztoczańskie stado:Mila, Ramona, Pikuś, Ola i ja

Żyjemy w odludnym miejscu, na zboczu góry Szczob, blisko lasu. Żadna oficjalna droga do nas nie prowadzi. Gdyby ktoś chciał do nas dojechać z pomocą GPS-u, będzie błądził godzinami. Aż w końcu zakopie się w śniegu lub błocie. Zrezygnowany i pokonany będzie czekał na jakiś traktor, którego kierowca, przejeżdżając późną porą, wyciągnie go z tarapatów.

Nasze stado to Ola – homo sapiens, suczka Ramonka, trzy koty: Bobo, Rudzik, Kuki, i ja – też homo sapiens, od niedawna mąż Oli. Są jeszcze z nami dwa, a czasami trzy psy przechodnie.

Do przechodnich zalicza się przede wszystkim Mila, którą już poznaliście. A także Pikuś i bardzo rzadko Pipi. Psy przechodnie pojawiają się u nas co kilka dni. Najdłużej potrafi z nami mieszkać Mila. Tydzień. A nawet miesiąc. Mila przychodzi czasami z Pikusiem. Pikuś też jest przedstawicielem rasy owczarka roztoczańskiego.

Iwonka (homo sapiens), i Ramona na słynnej czerwonej kanapie w Bliżowie, na podłodze Pikuś i Mila

Pikuś jest młodszy od Mili o dziesięć lat. Jest też mniejszy. Mila i Ramonka mają już koło nastu lat. Są nastolatkami. Pikuś ma grube rudawe futerko. Pyszczek rudy, przy samym nosku białe kółko i mała biała kreska na czubku głowy. Nóżki krótkie. Oczy brązowe, wesołe. Kontaktowe. Jest psem wyjątkowym. Jest psem śmiejącym się. U wybitnego rosyjskiego pisarza Michaiła Bułhakowa pojawia się sabaka, katoraja gawarit, a u nas jest pies, który się uśmiecha. Pikuś. Najbardziej łagodne, radosne, wolne stworzenie świata. Gdy niedawno w Berlinie skręcałem się od wymiotów (zaatakowała mnie okropna grypa żołądkowa), to wystarczyło, że przypomniałem sobie Pikusia i od razu poprawił mi się nastrój. Kynoterapia na odległość.

Pikuś najczęściej przychodzi do nas z Milą. Zdarza się także, że przychodzi sam. Zostaje na jeden lub kilka dni. Raz mieszka na zewnątrz, a raz wewnątrz. Kiedyś był u nas podział na psy wewnętrzne, jak Ramonka, oraz psy zewnętrzne, jak Mila i Pikuś. Nie dało się tego dłużej utrzymać. Psy zewnętrzne skolonizowały wnętrze domu.

Pikuś jak gdyby nigdy nic potrafi spać w ulubionym kojcu kotów. Muszą się zmywać jak niepyszne i szukać innych miejsc do wylegiwania się. Kocich legowisk jest w naszym drewnianym domu wiele. Na kanapach, fotelach, pufach, stołach w piwnicy, na podgrzewanej podłodze w kuchni, na parapetach, łóżkach i leżakach. Czasami niechcący koty zostają zamknięte w jakimś odległym pomieszczeniu. I tylko słychać nie wiadomo skąd cichy jęk. Nie wiemy, czy to metalowe gąsiory na dachu skrzypią tak na wietrze, czy to jakiś kot piszczy schowany w piwnicy. Gdy się go w końcu uwolni, to na długo zostaje ślad jego obecności.

Pikuś i Mila – psy przechodnie

Pikuś i Mila od dwóch lat kursują między leśną partyzancką wsią Wojda a Kolonią Bliżów, gdzie stoi nasz dom. Około dwóch kilometrów. Przez las, łąki i wzgórza. Psy urozmaicają sobie drogę, robiąc dodatkowe, nadmiarowe koła. Ich energia wydaje się niewyczerpana. Jod tak na nie działa.

W Wojdzie mieszkają Iwonka i Krakers. Miejscowi, choć z epizodami krakowskimi i wrocławskimi. Wszelaka gadzina, psy i koty, a nawet leśne zwierzęta uwielbiają Iwonkę. Wiele razy woziła ona po okolicznych weterynarzach chore lub poranione sarny.

Mila ma często dylemat – czy być ze mną, jej urzędowym panem, który wyrobił jej książeczkę zdrowia, założył obróżkę i dba o szczepienia, czy z Iwonką. Mila i Pikuś są psami w podróży. Dogs in travel. Raz tu, raz tam. Biegają wolne pomiędzy wsiami. Odwiedzają jeszcze Bliżów, a nawet Szewnię Dolną. Hulaj dusza przez roztoczańskie pagórki i laski. Mamy tu niezliczone drogi. Trakty leśne, czyli dukty, przecinki znane tylko drwalom, drogi gruntowe, drogi w debrach i te przez las, z których korzystają tylko zwierzęta. Wszystkie te drogi psy znają na pamięć. Zapisane są w ich ciałach migdałowatych. W zimową zawieję, w nocną ciemną zamieć, jak dzisiaj, w letni huragan czy wiosenną ulewę – doprowadzą każdego do domu na trasie Wojda – Bliżów Kolonia i z powrotem. Także tego, który zapomniał latarki. Robią przy okazji jeszcze nadliczbowe zakosy. Jakby energii miały nieskończone zasoby, o czym już wspomniałem. Jod, oczywiście.

Z Pikusiem rozmowy o sensie życia

Z Pikusiem lubię rozmawiać o filozofii. Przemawiam do niego: – Ty jesteś najbardziej szczęśliwym stworzeniem na ziemi. Jesteś wolny, możesz biegać, dokąd cię nos poprowadzi. Ludzie, których znasz, kochają cię. A my, rasa ludzka, musimy pracować. Musimy też myśleć. Przynajmniej powinniśmy. Mamy świadomość. Ale czy ta świadomość czyni nas szczęśliwszymi niż ty? I czy uśmiechamy się tak często jak ty? W żadnym wypadku.

W czasie tej pogaduszki na tarasie lub w ogrodzie dochodzimy razem do wspólnego wniosku: psy są bardziej szczęśliwe niż ludzie. Choć są wyjątki. Chociażby wymieniona już kilka razy w tej historii Mila.

Mila i Brehor

Mila – imię po mamie Oli, Emilii – ma smutne oczy. Smutne psie oczy – tak się przecież mówi. Mila ma nie tylko smutne oczy, ale miała też smutną młodość. Wychowywał ją niezrównoważony, samotny i nieszczęśliwy człowiek. Brehor. Warszawiak, który osiadł na roztoczańskim wzgórzu Szczob. Nasz sąsiad. Dzielił nas mur graniczny, o który, jak w Zemście Fredry, toczyliśmy wieloletnią sądową batalię w starym Pałacu Zamoyskich przerobionym na sąd.

Alpaki Lilly i Amy śnią o elektrycznych owcach

Brehor był niedobry dla Mili. Kiedy używał napojów alkoholowych, a robił to czasami kilka dni z rzędu, nazywając ten stan zapojem, to zdarzało mu się kopać małą Milę.

Wśród największych grzechów, jakich człowiek może się dopuścić, drążąc sobie tunel do piekła, kopanie psa jest w pierwszej dziesiątce. Kiedy Brehor był trzeźwy, żywił Milę i dbał o nią. Nawet głaskał. Trwało to krótko. Mila od tych kopnięć, pijackich awantur w domu, bełkotu przyjaciół Brehora stała się nerwowa, niezrównoważona. Smutek w jej oczach na pewno ma w sobie coś ze wspomnienia nogi Brehora.

Brehor był taki, gdyż własny ojciec go nienawidził i często bił. Ojciec był bokserem. Dlaczego ojciec nienawidził swojego małoletniego syna, nie wiemy, może jego ojciec też go nienawidził? Zło jest jak łańcuch. Raz zaczęte ciągnie się w nieskończoność. Należy się zatem najpierw zastanowić, zanim kopnie się psa lub własnego syna.

Brehora dawno już nie ma. Po jednej z licznych libacji zasnął w roztoczańskim rowie. Robił tak już wielokrotnie i nie było w tym nic oryginalnego. Niestety, wiosna, która była się już pojawiła w Bliżowie, zrobiła krok w tył. Jej siostra zima powróciła na kilka dni do wsi. Brehor zamarzł dosłownie kilka metrów od chałupy, gdzie mieszkali jego znajomi, rodzina Łosiów.

Nerwowa suczka Pipi

Z mieszkańców naszego domu i naszych sąsiadów opisałem na razie wszystkie psy, albo prawie. Jest jeszcze Pipi, bo o Ramonie będzie więcej. Pipi to czarna suczka o gładkiej sierści i niespokojnym charakterze. Jest jeszcze bardziej nawet nerwowa niż Mila.

Trzyma ją w swoim obejściu niejaki Cmok. W starej drewnianej chałupie w Wojdzie, blisko pomnika bitwy partyzanckiej. Chodzą nawet plotki po chutorach, że zakłada jej ciężarki na sznurkach na grzbiet, żeby była spokojna. Czasami, gdy Cmok po wypiciu tutejszego trunku „Beczka – owoc leśny” śpi, Pipi udaje się wyzwolić z plątaniny sznurków i jarzma ciężarków. Pipi biegnie w te pędy do Iwonki. Potem razem z Milą i Pikusiem przybiega do nas. Jest tak nerwowa, że w drżącym podnieceniu podchodzi a jednocześnie ucieka. Już, już można dotknąć jej czarnego noska, ale boi się i odskakuje. Trwa to długo. Wtedy staramy się być spokojni i łagodni. Strach w Pipi jest głęboki, zakorzeniony w jej instynkcie i zachowaniu. Gdy przebijemy się przez niepokój i przybliżymy do niej, to całuskom, głaskaniom i moresom nie ma końca. Pipi uspokaja się.

Sara i Cmok

Muszę wspomnieć o psie, którego nikt nie widział, psie fantomie. Podobno bardzo rasowa suka i tym razem nie owczarek roztoczański. Chwalił się tym sam Cmok. Cmok nazywany jest cmokiem, gdyż ma kłopoty z wypowiadaniem słów. Próbując coś powiedzieć, zasysa się głęboko. A potem wydobywa się głośny cmok. Gdy już cmoknie i zda sobie sprawę, że nie udało mu się nic powiedzieć, uśmiecha się przepraszająco. Po litrze bimberku zasysanie i cmokanie jeszcze się wzmagają.

Przy flaszeczce, którą w letni skwarny dzień piliśmy na środku drogi koło jego domu, zagryzając szynką z puszki, Cmok twierdził, że kupił psa wartego tysiąc złotych. Było to co najmniej dziwne, gdyż w tutejszych wsiach na ogół nikt nie kupuje psów. Dostaje w prezencie albo znajduje. Poza tym sam Cmok ma jakąś tam rencinę, tak zwaną strukturalną. Sara podobno była, czy też jest nadal, bardzo piękna. Nikt oprócz samego Cmoka jej nie widział. Nikt nie słyszał. Nawet szczęknięcia.

Kobyłka, matka Pikusia

Mówiąc o psach, trzeba wspomnieć słynną Kobyłkę. Kobyłka jest matką Pikusia oraz wielu innych psów, którymi obdarowany został szeroki świat. Bardzo płodna i seksowna. Wygląda dosyć pokracznie. Niższa wersja owczarka roztoczańskiego. Nie wiedzieć czemu Kobyłka była adorowana przez wszystkie okoliczne psy. Zastanawiam się, czy nie dlatego, że jako jedyna nie została wysterylizowana.

Sam byłem zmuszony kiedyś wyzwalać ją z miłosnego uścisku z pewnym roztoczańskim kundelkiem. A dookoła biegało jeszcze kilkunastu amatorów bezpłatnego seksu, szczekając i śliniąc się bezwstydnie. Nie wiedziałem, jak się zachować. Próbowałem sztuczki z kłuciem szpilką. Sczepione w miłosnym uścisku nawet nie poczuły ukłucia. Dzwoniłem do mojego kumpla lekarza o poradę. Też to nic nie dało. Dopiero mocne szturchnięcie kijem poskutkowało.

Kobyłką, która była obok Mili ulubienicą Brehora, interesowali się też inni ludzie.

Do Brehora Kobyłkę przyprowadził Pawka. Chłopak z kryminalną przeszłością i przyszłością. Wraz ze swoim bratem kopali Brehorowi piwnice w Bliżowie Kolonii. Brehor był niski, z dużą głową jak u karła. Miał dziwne krasnoludowate zamiłowanie do piwnic. Pragnął na całym Roztoczu pobudować sieć piwnic.

Kopanie kilofem w skale, nazywanej tutaj opoką, nie jest łatwą czynnością. Brehor zapewnił swoim robotnikom odpowiedni, przez siebie pędzony na tarninie bimber, żeby robota paliła im się w rękach.

Gdy Brehor po kolejnym z zapojów zasnął na wieki w bliżowskim rowie, pozostawiając po sobie Milę, Kobyłkę, kotkę Kitkę i dwieście siedemdziesiąt litrów bimbru ulokowanego w szklanych gąsiorach, to o pokraczną, lecz bardzo przyjazną Kobyłkę wywiązała się walka. Najpierw chciał ją zatrzymać Szary, warszawski literat, którego zadaniem było pilnowanie chaty Brehora oraz żywego inwentarza przed rozkradzeniem. Zamiast pisać kolejne dzieło, Szary skupił się na gąsiorach z bimbrem. Nie usłyszeliśmy jego nazwiska wśród kandydatów do literackiego Nobla.

Szary troszczył się o Milę, Kobyłkę i Kitkę. Niestety, za jakiś czas pojawili się niczym duchy z piekła rodem bracia Łotry. Pawka i Igor. Obaj noszą na cienkich szyjach długie, sklepione u szczytu w szpic głowy. Wielkie nosy i odstające uszy widać już z daleka. Wypisz wymaluj kozacy z Siczy. Ich zimne oczy rzekły nam bez zbędnego gadania: mamy kosy za pazuchą i jak coś wam się nie spodoba, to bez mrugnięcia oka sprzedamy wam je. Ani ja, ani Szary nie chcieliśmy nic kupować. Pawka przypomniał, że to on przed dwoma laty przywiózł Kobyłkę do Brehora. Była to prawda. Umówiliśmy się z braćmi, że przywieziemy Kobyłkę do Zamościa.

Pojechaliśmy tam kilka dni później samochodem z Szarym i Kobyłką. Tam bracia Łotry na samej historycznej starówce mieli swoje lokum. Koczowali w wielkim mieszkaniu, w którym być może kiedyś mieszkała jakaś bogata rodzina mieszczańska, a może żydowska. Dziś w pięknych kamienicach Zamościa mieszka tak zwany element. Blisko braci Łotrów stoi dom, w którym urodziła się Róża Luksemburg. Onegdaj patronka wielkiej komunistycznej fabryki żarówek.

Niechętnie, ale oddaliśmy Kobyłkę braciom kozakom. W mieszkaniu panował brud i bałagan. Na kanapie siedział jakiś nieogolony typ. Zajadał kaszankę, aż mu się trzęsły wielkie kozackie uszy. Wyglądał, jakby przed chwilą uciekł z pobliskiego więzienia. Kobyłka nie protestowała. Co było robić? Zostawiliśmy ją tam, licząc na to, że nie zostanie zaraz zjedzona, jak skończy się kaszanka.

Po roku doszły nas słuchy o dalszym losie przesławnej Kobyłki. Z ponurego wielkiego mieszkania Pawki i Igora Kobyłkę w ramach jakiejś ugody przejął zamojski prominent i restaurator, pan Obst. Podobno widziano Kobyłkę szczęśliwą i zadowoloną. Siedziała rozparta na szynkwasie w kawiarni i obserwowała z uwagą życie na zamojskim rynku. Po Kobyłce ostał nam się jej synek Pikuś. Moja żona Ola nigdy Kobyłki nie widziała. Chociaż nic straconego. Może natkniemy się kiedyś na nią w słoneczny dzień, jak będzie paradować na swoich koślawych nóżkach pod zamojskim ratuszem.

Jak już wcześniej wspomniałem, Mila i Pikuś miały status psów zewnętrznych. Jedynym psem wewnętrznym w pełnym znaczeniu tego słowa, czyli takim, który może wewnątrz domu biegać gdzie popadnie, jest Ramonka. Reszta piesków przez fakt, że często są zabrudzone, mogła przebywać jedynie na zewnątrz. Tam mają do dyspozycji przygotowane przez nas ciepłe budy z sianem w środku oraz specjalne, wygodne, profesjonalne legowiska. Gdy robi się zimno, jak na przykład teraz, gdy minus dziesięć stopni mrozi nam twarze, a im pyszczki, gdy przenikliwy styczniowy wiatr i zacinający śnieg nie dają oddychać, wpuszczamy psy do środka. U moich stóp leży wpatrzona we mnie Mila. Głaskaniem naprawiam krzywdy wyrządzone przez Brehora. Świeć Panie nad jego duszą.

Ramona – numero uno

Zanim zajmiemy się naszymi domowymi kotami, należy poświęcić trochę atramentu naszej suczce numer jeden, czyli Ramonce. Pseudonim artystyczny Misia.

Ramona jest psem wewnętrznym i zewnętrznym. Ma prawo biegać po ogrodach, sadach i polach oraz w każdej chwili może wejść do domu.

Kamil (homo sapiens), Rudzik i Bobo pod drzewem wiadomości dobrego i jeszcze lepszego

Nawet mając zabłocone wszystkie cztery nóżki, może wskoczyć do łóżka, na świeżo wypraną pościel. Oczywiście to się nie zdarza, bo Ola już zdąży jej umyć łapki pod ciepłą wodą. Ramona może biegać zabłocona po nowych dywanach. Ramona ma najwięcej wolności w naszym domostwie. Jest pieskiem numero uno, jak na Włoszkę przystało. Ramona jest z nami najdłużej, już kilkanaście lat. Jest naszym pierwszym psem. Ani ja, ani Ola nie mieliśmy w dzieciństwie psów. Ola napisała wiersz o Ramonie:

Ramona

Przez urodę, urok, wdzięk,

Przez inteligencję na pięć,

Przez swój rozmiar mały

Pieski rasy bolognese

Bawiły się tylko w pałacach

Na puchach i atłasach.

Białe włosy lekko skręcone,

Czarny nosek i oczy też czarne,

A w nich historia długa i bogata

Tysiąca lat na dworach świata.

Żyły w luksusach dla zabawy

Zawsze na prawach osoby,

Ale jak przyszło co do czego

Nie spadł im włos z głowy.

Kochał je ten, kochał je ów,

Kochał je cały Gonzagów ród,

Kochała je caryca Kasia,

A nade wszystko Madame Pompadour.

Teraz cały urok, wdzięk,

Tę inteligencję na pięć,

Choć nieustannie koty goni,

Mogę podziwiać szczerze.

Dziecięca przygoda z Tarzanem