Wydawca: Zysk i S-ka Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Raj od kuchni - Mirosława Kareta

„Przeżyj wspaniały śródziemnomorski romans! Do śmierci będziesz to pamiętać...” - Sylwia i Kasia, świeżo upieczone maturzystki, wiele sobie obiecują po wakacjach na Sardynii. Słońce, plaża, egzotyczna kuchnia i do tego… przystojni wyspiarze. Raj!

Tymczasem już od pierwszej chwili wszystko idzie na opak. Sympatyczna pani, do której jadą, okazuje się szaloną, gadającą z duchami staruszką, zamiast luzu czeka je harówka od rana do nocy, miłosne przygody przydarzają się zawsze nie w porę, a otaczająca je rzeczywistość aż wibruje od różnych tajemnic.

Zagubione na brzegu rajskiej wyspy, dziewczyny szukają odpowiedzi na wiele pytań. Jak rozpoznać prawdziwą miłość? Dlaczego niektórzy są tak bezinteresownie wredni? Co sprawia, że życie na ziemi staje się czasem odblaskiem prawdziwego raju? I wreszcie: Czy to możliwe, że właśnie Sardynia jest zaginioną przed trzema tysiącami lat Atlantydą, jak sądzą lokalni patrioci?

Lekka i zabawna powieść dla młodych wiekiem i duchem Czytelniczek, które – jak bohaterki książki – z zaciekawieniem spoglądając na świat i ludzi poszukują wrażeń.

Opinie o ebooku Raj od kuchni - Mirosława Kareta

Fragment ebooka Raj od kuchni - Mirosława Kareta

Okładka

Strona tytułowa

Mirosława Kareta

Raj od kuchni

Strona redakcyjna

Copyright © by Mirosława Kareta-Gala, 2012

All rights reserved

Projekt okładki

Joanna Dąbrowska

Redaktor

Joanna Brodniewicz

Skład i łamanie

Teodor Jeske-Choiński

Wydanie I

ISBN 978-83-7785-042-8

Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67www.zysk.com.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

Raj od kuchni

Włochy przywitały je czterdziestostopniowym upałem. Aż dziw, że buchające gorącem niebo nie miało czerwonego koloru. Ale nie – było lazurowoniebieskie, urzekające. Takie właśnie, jak włoskie niebo być powinno. Poniżej mieniło się tysiącem blasków i białymi grzebieniami fal Morze Tyrreńskie. Też było takie, jak być powinno – przejrzyste, chłodne, zapraszające do kąpieli. Sylwia najchętniej zdarłaby z siebie przepocony podkoszulek oraz dżinsy i skoczyła prosto z promu w te zielonkawe fale. Ale Kasia, która stała obok, mocno ściskała ją za łokieć, podskakując i wydając z siebie co chwilę pełne podniecenia piski. Skutecznie powstrzymywała swoją zmaltretowaną kuzynkę przed popełnieniem jakiegoś szalonego czynu.

– Patrz, już widać wyspę! Dopływamy!!!

Na horyzoncie zamajaczyły kontury lądu.

„Dzięki Bogu, już niedługo” – pomyślała Sylwia. Wiedziała, że gdzieś na dnie swojej podróżnej torby ma spakowanych kilka letnich sukienek. „Dlaczego nie ubrałam jednej z nich na czas podróży? Dlaczego od razu nie zdecydowałam się jechać w bikini?”.

Słońce prażyło niemiłosiernie. Sylwia czuła, jak po szyi spływają jej strumyczki potu.

– Żeby ta koszmarna podróż wreszcie się skończyła! – jęknęła mimowolnie.

Miały za sobą dwadzieścia godzin jazdy w śmierdzącym autokarze na trasie Kraków-Livorno, wieczór na niewygodnej ławce na przystani promów, wreszcie kilka godzin przerywanego snu na rozkładanych fotelach pośród chmary innych – rozbawionych aż do rana – pasażerów trzeciej klasy.

– Coś ty, nie podoba ci się? – Kaśka spojrzała na nią z niedowierzaniem. – Kobieto, jesteśmy w Italii! Całe życie o tym marzyłaś!

Życie Sylwii trwało od dziewiętnastu lat, jeśli pominąć okres płodowy. Trudno powiedzieć, ile lat z tej czarownej liczby przypadało na jej w pełni świadome istnienie w świecie. Różne są co do tego teorie: niektórzy twierdzą, że już roczne dziecko zaczyna dostrzegać swą odrębność od otoczenia, inni wiążą to zjawisko z chwilą osiągnięcia wieku szkolnego. Tak czy owak, marzenia Sylwii dotyczące wyjazdu do Włoch nie sięgały tak daleko wstecz. Zaczęły się w pierwszej klasie liceum. Wtedy też rozpoczęła intensywną naukę języka włoskiego, składając grosz do grosza na opłacenie przyszłej podróży. Kwota, którą drogą wielkich wyrzeczeń uzbierała w ciągu trzech lat, wystarczyłaby może na bilet do kopalni soli w jej rodzinnej Wieliczce. Na szczęście jednak znalazł się sponsor wyjazdu, a była nim mama Kaśki, ciocia Renia.

Wkrótce po śmierci męża owa dzielna niewiasta uległa namowom swojej znajomej i zaopatrzona jedynie w rozmówki polsko-włoskie oraz spory zapas dobrej woli wyjechała na Sardynię, by zająć się tam całodobową opieką nad starszą panią, przykutą do wózka inwalidzkiego. Jak się jej tam wiodło, nikt tak naprawdę nie wiedział, ciocia Renia bowiem była osobą twardą i nie lubiła się nad sobą użalać. Jeśli nie liczyć krótkich wizyt w domu z okazji świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy, spędziła w Dorgali ponad dwa lata. Zyskała dość dobrą znajomość włoskiego, niewielką kupkę oszczędności oraz poczucie, że potrafi na siebie zarobić. Za życia męża, z wyjątkiem krótkiego epizodu sprzed urodzenia Kasi, ciocia Renia nie zajmowała się czymś takim jak praca zawodowa.

W czasie jej nieobecności, pozostawiona pod opieką rodziny Kaśka zdołała jako tako zdać maturę oraz nie zajść w ciążę, co – zważywszy na jej rozrywkową i żywiołową naturę – było sporym sukcesem. Udało się jej natomiast doprowadzić niemal do ruiny odziedziczone po ojcu gospodarstwo pod Wieliczką, na które składał się wielki sad z drzewami owocowymi oraz spore uprawy truskawek, malin i porzeczek.

Ciocia Renia wytrzymała tę sytuację przez półtora roku, po czym postanowiła działać. Wiosennymi pracami w sadzie i na polu sterowała na odległość, wykorzystując jako posłańców Kaśkę oraz Sylwię i jej matkę, a swoją rodzoną siostrę, Marysię. Natomiast najmem sezonowych robotników, zbiorami oraz zbytem owoców postanowiła pokierować już sama, na miejscu. W tym celu, w dwa dni po uroczystym zakończeniu edukacji szkolnej na poziomie średnim, wyekspediowała swą córkę do Włoch. Przez najbliższe miesiące Kasia miała ją zastępować u boku chorej staruszki, za tysiąc euro plus wikt i opierunek. Sfinansowanie przez ciotkę wyjazdu Sylwii było natomiast rodzajem wynagrodzenia za jej zaangażowanie w owocowy biznes oraz czuwanie nad dobrym prowadzeniem się kuzynki.

Kaśka długo i łzawo żegnała się ze swoim chłopakiem, trzy razy zmieniała zdanie i wreszcie, tylko na wyraźne żądanie zniecierpliwionej już matki, zdecydowała się opuścić rodzinne miasteczko. Sylwii nie trzeba było namawiać. Czuła się jak w cudownym śnie. Pierwsza miłość, zdana matura, perspektywa studiów, a wcześniej jeszcze wyjazd na Sardynię… Wszystko układało się tak pięknie! Zbyt pięknie, żeby mogło dłużej trwać. Powinna się spodziewać, że sen zaraz się skończy.

– Teraz się zastanawiam, czy rzeczywiście marzyłam o tej podróży – mruknęła, ocierając czoło. Była jasną blondynką i źle znosiła słońce. „Dlaczego, u licha, nie pomyślałam o tym przed wyjazdem?” – pytała się w duchu i przysięgała sobie, że zaraz w porcie kupi kapelusz z wielkim rondem oraz krem przeciw promieniowaniu UVA i UVB. Z najwyższym możliwym faktorem.

Kontury lądu wyostrzyły się i dziewczyny zaczęły rozpoznawać pierwsze wyraźne kształty. U Kaśki wywołały one radosny szczebiot. Sylwia pogrążona była w milczeniu. W każdym razie na zewnątrz, w myślach bowiem prowadziła intensywny monolog.

„No tak, nie pomyślałam o tym, bo ten wyjazd miał zupełnie inaczej wyglądać – udzieliła sama sobie odpowiedzi.

– To nie Kaśka miała mnie ściskać, tylko Krzysiek. Gdyby on tu był, nie miałabym czasu zastanawiać się nad rodzajami promieniowania i faktorami. I pewnie by mnie głowa nie bolała…”.

– Ty, a dlaczego właściwie Krzycho rozmyślił się w ostatnim momencie? – spytała Kaśka, tak jakby czytając w jej myślach.

– Studia – wzruszyła ramionami Sylwia. Nie widziała powodu, żeby mówić kuzynce prawdę. Tym bardziej że ta prawda ciągle bardzo bolała. – Twierdzi, że musi poczekać, aż będzie znał listę przyjętych. Żeby w razie czego poszukać sobie miejsca na innym kierunku.

– Aha. Ma rację, na informatykę trudno się dostać… – Kasia obojętnie przyjęła informację, przygładziła dłonią swoje czarne loki, wymykające się zawsze spod klamry wpiętej we włosy i zaraz zajęła się czym innym. – Patrz, jak tu pięknie! Patrz, będziemy już wpływać do portu!

W porcie w Olbii było jeszcze goręcej niż na morzu, na którym przynajmniej czuło się świeży powiew płynący od wody i ruch powietrza, gdy prom pruł turkusowe fale. Tutaj spiekota wisiała nieruchomo nad wybetonowaną powierzchnią. Czuć było jej nacisk na głowę i ramiona. Ludzie brodzili w niej jak w zupie.

– No i klops! – oświadczyła Kaśka po półgodzinnym oczekiwaniu w umówionym miejscu. Wyjęły z torebek jedwabne błękitne chustki – znak rozpoznawczy, po którym miał do nich trafić przysłany przez staruszkę kierowca. Z Olbii do Dorgali, gdzie zamieszkiwała starsza pani, było sto kilometrów. Żeby złapać autostop musiałyby dojść od jakiejś większej drogi. Na piechotę, objuczone bagażami, nie miały żadnych szans.

Stały tak, rozglądając się wkoło i powiewając swoimi chustkami. Prócz kilku rozbawionych spojrzeń nie przyciągnęły niczyjej uwagi. Nikt się po nie nie zjawił.

– Nie ma rady. Dzwoń! – Kaśka zarzuciła sobie chustkę na plecy i wręczyła Sylwii komórkę z włoską kartą telefoniczną. Otrzymała ją od matki i był to najcenniejszy przedmiot, jaki posiadały podczas tej podróży. Dawał im gwarancję bezpieczeństwa. Teraz miało się okazać, czy była to gwarancja z pokryciem.

– Allo! – usłyszała Sylwia w słuchawce drżący nieco, dystyngowany głos, gdy tylko wykręciła numer. – Signorina Kasja, czy to pani?

– Dzień dobry, nazywam się Sylwia Makowska, Kasia jest moją kuzynką. Czekamy w porcie, żeby nas ktoś odebrał.

Kasia z entuzjazmem pokiwała głową, mimo że rozumiała piąte przez dziesiąte. Była pełna uznania dla zdolności językowych kuzynki i nie miała wątpliwości, że Sylwia zrealizuje swoje plany i jeszcze tej jesieni zacznie studiować italianistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ona sama, opanowawszy w zadowalającym stopniu program z angielskiego na poziomie szkoły średniej, uznała, że jest w stanie porozumieć się praktycznie z każdym i to właściwie na całym świecie, nie przemęczała się zatem przesadnie nauką innych języków.

– Wysłała kogoś po nas. Mówi, że już dawno powinien tu być – westchnęła Sylwia, kończąc rozmowę. Upał dawał się jej bardzo we znaki, w głowie czuła ucisk i stłumione łupanie u podstawy czaszki. Wiedziała, że to początek migreny. – Sprawdzi, co się z nim dzieje i za chwilę oddzwoni. Chodź, schowajmy te kretyńskie chustki i siądźmy gdzieś na ławce. Niedobrze mi.

Ledwo zdążyły się przemieścić w stronę wolnej ławeczki pod wielką palmą daktylową, gdy komórka rozgwizdała się przeraźliwie, sygnałem jak z czajnika z wrzącą wodą. Krzywiąc się z bólu, Sylwia wcisnęła zielony klawisz.

– Wybaczcie, dziewczynki! Ten Giuseppe, co za łobuz! Nigdzie nie pojechał, spił się jak świnia! Wybaczcie! Mój bratanek, Sergio, już po was jedzie! Cierpliwości! Wybaczcie! – zalał ją rwący potok słów starszej pani.

– Ktoś inny nas odbierze. Mamy czekać – oznajmiła Sylwia krótko po zakończeniu rozmowy, oddając Kaśce komórkę. Zamknęła oczy i odchyliła głowę na oparcie ławki.

Pod powiekami już zaczynały jej latać świetliste płatki. – Sorry, ale ten upał po prostu mnie wykończył. Nie masz jakichś środków przeciwbólowych?

– Paracetamol – odpowiedziała Kasia, patrząc na nią z niepokojem. – Sylwia, nie wygłupiaj się nawet! Nie zamierzasz chyba teraz chorować…

– Nie zamierzam – odparła słabo Sylwia, z trudem podnosząc głowę. – Nie masz czegoś mocniejszego? Trudno. Będzie musiało wystarczyć – łyknęła na raz dwie tabletki, popiła wodą z butelki. Resztę wody wylała na błękitną chustkę i położyła sobie na twarzy wilgotny kompres.

– Jakiś facet ma przyjechać. Sergio – oświadczyła słabo. – Gdy go zobaczysz, możesz mnie obudzić.

Ułożyła się możliwie wygodnie, opierając głowę o torbę. Łupanie w dole czaszki ustało, ból przeniósł się teraz na czoło i skronie. Nie miała siły otworzyć oczu. Odgłosy kroków, stukot obcasów, szuranie bagaży i wszechobecne dźwięki włoskiej mowy zlały się stopniowo w jeden szum, który z wielką prędkością oddalał się od niej. Pędziła gdzieś w przestrzeń, jakieś fale migały jej w oczach, wiatr świstał w uszach i porywał ze sobą strzępki bólu. Zasnęła.

Obudziło ją szarpanie za rękę.

– Wstawaj, Sylwia, wstawaj! On już jest, przyjechał! – usłyszała drżący z emocji głos Kaśki. Miała zdrętwiałą głowę. Nie czuła bólu, dopóki się nie poruszyła. Owszem, tkwił tam nadal, choć otumaniony lekarstwem i zwinięty w ciężką ołowianą kulę. Kiedy wstawała, czuła, jak ta kula toczy się w jej głowie i obija o ściany czaszki.

– Buon giorno[1]– usłyszała miły, męski głos. – Czy to Kasja i Silvia?

– Si! [2]– pisnęła Kaśka, a Sylwia ostrożnie ściągnęła sobie chustkę z twarzy, mrużąc oczy w oślepiającym słońcu. Przed nimi stał chłopak o typowo południowej urodzie i ściskał oburącz kartkę w kratkę. Widniały na niej wypisane flamastrem ich imiona. Był od nich chyba trochę starszy, mógł mieć ze dwadzieścia pięć lat. Uśmiech miał miły, choć nieco asymetryczny, gęstą czuprynę i wielki nos.

– Jestem Sergio. Przepraszam w imieniu cioci, że musiałyście czekać. Zaszło nieporozumienie – powiedział, sięgając po walizkę. – Proszę za mną, parkuję tu niedaleko.

Walcząc z bólem głowy i z napadami nudności, Sylwia wstała z ławeczki. Nie miała siły gadać ani nawet się uśmiechnąć, choć młodzieniec wyglądał sympatycznie. Zresztą Kaśka strzelała oczami i prezentowała swoje dołeczki za dwie, nadrabiając mimiką braki w znajomości języka. Sylwia westchnęła, schylając się po torbę. Nie była lekka. Gdy zarzuciła sobie pasek na ramię i napięła mięśnie karku, poczuła nagłe zawroty głowy. Przez chwilę obraz świata zamazał się jej w oczach i przestała widzieć cokolwiek. Pomyślała, że zaraz upadnie, ale przypomniała sobie, co czytała na ten temat w literaturze kobiecej i szybko opuściła głowę na piersi, spuszczając jednocześnie swój bagaż na ziemię. Jak ręką odjął, czarna zasłona sprzed jej oczu rozrzedziła się i znikła. Ich towarzysz jednak zorientował się, że coś jest nie w porządku.

– Źle się czujesz? – zapytał troskliwie, zwalniając.

– Głowa mnie boli – odpowiedziała z trudem, patrząc na niego spode łba. Wiedziała, że głupio to wygląda, ale bała się podnieść głowę. Każde słowo łomotało jej w czaszce ostrym bólem. – Po podróży.

*

– W porządku – zadecydował, oceniając spojrzeniem rozmiary ich bagażu. – Ja wezmę dwie torby, a ty walizkę – powiedział, zwracając się do Kasi. Zarzucił sobie ich torby na oba ramiona i nogi się pod nim nieznacznie ugięły. Na miękkich kolanach, drobnymi kroczkami ruszył w kierunku auta, nie oglądając się już za siebie. Poszły za nim, Sylwia – ciągle ze spuszczoną głową, zwalczając kolejne fale mdłości, a Kaśka, ciągnąc za sobą walizę na kółkach.

„Dzięki Bogu, już niedługo…” – pomyślała jeszcze Sylwia, zanim padła na wskazane jej miejsce obok kierowcy w czarnej, mocno zakurzonej terenówce. Kaśka umościła się za nimi, nieco rozczarowana, że to nie ona siedzi koło przystojniaka z przodu. Jak jednak wyjaśnił Sergio, dla cierpiącej kuzynki tak jest lepiej. Więcej powietrza i mniej trzęsie.

– Za godzinę będziemy w domu – powiedział, mierząc Sylwię uważnym spojrzeniem. Gdyby nie ból głowy, pewnie pochlebiałaby jej ta jego troska. Teraz jednak nie miała sił, by o tym myśleć. Było jej niedobrze, a smród spalin jeszcze ten stan pogarszał. Słońce oślepiało ją, chciała tylko położyć się spać w jakimś chłodnym i cichym miejscu. No, może jeszcze umyć się wcześniej po tej koszmarnej podróży.

Odchyliła głowę na oparcie, zakrywając twarz swoją błękitną chustką. Poczuła, jak kierowca pochyla się nad nią i zapina jej pas. „Ładnie pachnie” – zanotowała resztką świadomości. Potem zapadła w drzemkę. Nawet nie wiedziała, kiedy rozpoczęła się jazda przez zupełnie nieznaną jej wyspę.

SARDYNIA – SARDEGNA – SARDINIA

Po Sycylii druga co do wielkości wyspa Morza Śródziemnego, położona w odległości dwunastu kilometrów na połu dnie od francuskiej Korsyki, mniej więcej w połowie drogi między Europą a Afryką.

Jej powierzchnia wynosi ponad 24 tys. km kw. Stolicą jest leżące na południowym krańcu Cagliari, oddalone zaledwie o 180 km od wybrzeży Algierii i Tunisu.

Od roku 1948 Sardynia stanowi autonomiczną prowincję Włoch. Włoski – choć jest tu powszechnie używany – jest jednak drugim językiem na wyspie. Starsi mieszkańcy, szczególnie w górskich rejonach, posługują się na co dzień sardu. Jest to odrębny język z grupy języków romańskich, w którym chyba najlepiej zachował się fundament klasycznej łaciny. Sardu ma wiele dialektów – niekiedy nawet w sąsiadujących ze sobą miasteczkach używa się zupełnie odmiennej mowy. Wpływ na to miały dzieje Sardynii, która na przestrzeni wieków służyła jako pole kolonizacji różnych narodów: Fenicjan, Kartagińczyków, Rzymian, Bizantyjczyków, Maurów, Pizańczyków i Genueńczyków, Hiszpanów, wreszcie – w koronie dynastii sabaudzkiej – Włochów. Języki najeźdźców, z których żadnemu nie udało się podbić całej wyspy, miały wpływ na kształtowanie się poszczególnych dialektów. Dopiero pokojowa ekspansja Włoch sprawiła, że włoski urósł do rangi oficjalnego oraz literackiego języka Sardyńczyków. W nim tworzyła pochodząca z Nuoro Grazia Deledda, laureatka literackiej Nagrody Nobla w roku 1926.

Ślady najstarszej, prehistorycznej cywilizacji sardyńskiej zachowały się w starych nazwach miejscowości, gór, rzek, dolin i roślin. Jej pozostałością są także rozsiane po wyspie niezliczone nuragi – okrągłe wieże, wzniesione z wielkich, ociosanych bloków skalnych, na sucho, tj. bez użycia zaprawy. Budowniczowie wież – Tyrrhenoi, którym prawdopodobnie swoją nazwę zawdzięcza Morze Tyrreńskie – znani byli też ze swojego kunsztu w obróbce metali, a szczególnie z wytopu brązu. Wyrabiano z niego broń, narzędzia oraz ozdobne statuetki – bronzetti. Pochodzące z Sardynii wielkie sztaby miedzi, głównego składnika tego stopu, w charakterystycznym kształcie byczych skór, znajdowane są na całym obszarze Morza Śródziemnego, aż po Egipt. Twórcy nuragów prowadzili bardzo intensywny handel i mieli ogromny wpływ na rozwój całej cywilizacji śródziemnomorskiej. W XI wieku p.n.e. ślady ich działalności nagle się urywają.

Sardynia, do lat 60. XX wieku raczej zapomniana i niedoinwestowana, została na nowo odkryta przez arabskiego księcia i milionera Karim Aga Khana. Budowa luksusowego centrum wypoczynkowego – Costa Smeralda – zapoczątkowała rozwój wyspy jako regionu turystycznego, tak że obecnie uchodzi ona za wakacyjny raj. Sardynia jest ceniona nie tylko ze względu na swój klimat, turkusowe wody, czyste, dziewicze plaże i fantastyczne formacje skalne (ponad 1800 km bardzo urozmaiconego wybrzeża), wspaniałą dziką przyrodę oraz bogatą historię, której pozostałości są widoczne na każdym kroku. Równie znana i podziwiana jest gościnność jej mieszkańców, a także oryginalna – bardzo różna od włoskiej! – kuchnia.

****

– Boże, po co ja tu w ogóle przyjechałam!!! – jęczała Sylwia następnego dnia z rana, tuląc twarz w czystą, pachnącą proszkiem do prania poduszkę. Głowa już jej nie bolała, czuła tylko niemiły ucisk na czole, pozostałość wczorajszej migreny. Zalewała ją za to fala wstydu i upokorzenia na wspomnienie minionego dnia.

Leżała na wąskim tapczaniku w pokoju, który przez dwa lata zajmowała ciocia Renia. Kaśka spała tuż obok, na łóżku składanym, nieco dla niej przykrótkim. Mimo niewygody spała zdrowo, z rozchylonymi ustami i wyrazem spokojnego rozmarzenia na twarzy. Chyba się jej tu podobało.

Sylwia nie pamiętała nawet, kiedy kuzynka położyła się spać. Ona sama, po krótkim powitaniu z gospodynią i nieco dłuższym pobycie w łazience, od razu zaszyła się w pokoju cioci Reni, w którym czekało już świeżo pościelone łóżko. Widocznie Sergio dyskretnie zapoznał panią Gisellu z dramatycznymi wydarzeniami, które nastąpiły w podróży, gdyż staruszka nie zadawała żadnych pytań, za to pełna współczucia zaserwowała Sylwii wielką, białą tabletkę przeciwbólową wraz z butelką wody mineralnej i foliowym woreczkiem. Wyposażona w te niezbędne do przetrwania środki dziewczyna spędziła w łóżku całe popołudnie i wieczór, drzemiąc, dochodząc do siebie i wymazując z pamięci twarz Sergia, a szczególnie wyraz jego oczu, w których obrzydzenie mieszało się z troską. Na próżno. Aż jęknęła na samo wspomnienie.

Wszystko było dobrze, aż do chwili, gdy w podróży natknęli się na roboty drogowe. Jechali szybko z otwartymi oknami, gdyż w samochodzie Sergia nie było klimatyzacji. Radio grało jakieś włoskie melodie, a chustka na twarzy Sylwii chroniła jej skórę i oczy przez wszędobylskim słońcem. Ból nie ustąpił i nadal rozsadzał jej głowę od środka, jednak nie musiała się już nigdzie spieszyć, nic robić, mówić czy załatwiać. Siedziała zrelaksowana, na wpół drzemiąc i starając się nie myśleć o niczym. Najmniej o Krzyśku.

Było nieźle, aż do momentu, gdy ich kierowca gwałtownie przyhamował. Sylwii żołądek podszedł do gardła, a czaszkę przeszył ostry ból, jakby ktoś ścisnął ją z obu stron w imadle. Jednocześnie uderzył ją duszący smród płynnej smoły. Zerwała zasłonę z twarzy i oślepiona słońcem przez chwilę próbowała przezwyciężyć mdłości.

Jeden pas ruchu był zablokowany, drugim auta wlokły się gęsiego z prędkością 60 kilometrów na godzinę, a w powietrzu wisiał ciężki zapach rozgrzanego asfaltu. Robotnicy w pomarańczowych kamizelkach, przypiekani od góry letnim słońcem, a z dołu przez parujący bitum, kładli nową nawierzchnię. Mimo urokliwego górzystego krajobrazu i błękitu nieba, Sylwia pomyślała przez chwilę, że znalazła się w piekle. A potem nie była w stanie już nic zrobić, poderwała się tylko z miejsca i na tyle, na ile jej pozwalał pas bezpieczeństwa, wychyliła przez okno.

Gdyby jechali szybciej, prawdopodobnie cała zawartość jej żołądka znalazłaby się w aucie, wepchana do środka przez pęd powietrza. Dzięki ograniczeniu prędkości Sergio musiał zwolnić swą dotychczasową brawurową jazdę, wywołującą u Kaśki piski, westchnienia i miłe łaskotanie w brzuchu. Był zniecierpliwiony, stukał palcami w kierownicę, ale jechał z nakazaną szybkością i tylko dlatego fontanna, która wydarła się z ust Sylwii, przynajmniej częściowo pozostała w plenerze. Wsiąkła błyskawicznie w świeży asfalt i tym sposobem na długo stała się częścią sardyńskiego krajobrazu. Reszta opryskała całkowicie twarz nieszczęsnej Sylwii oraz upstrzyła przednią szybę jadącego za nimi auta. Kierowca, nagle oślepiony, skręcił kierownicą, skosił dwa pachołki oddzielające pas robót drogowych od pasu ruchu, zahamował gwałtownie, o mały włos nie doprowadzając do karambolu, po czym uruchomił wycieraczki i trąbiąc przeraźliwie oraz wygrażając im pięścią, z powrotem włączył się w leniwy strumień pojazdów.

– O mamma mia! – stęknął tylko Sergio, widząc, co się dzieje.

Sylwia, prawie płacząc ze wstydu, schowała brudną twarz w swej błękitnej chustce, wycierając przy okazji wymiociny z policzków, oczu i grzywki. Kaśka, wzywając imion wszystkich świętych, szukała gorączkowo w torebce chusteczek i wody. Choć przez otwarte okno z tyłu trafiły ją tylko nieliczne odpryski z potężnego pawia kuzynki, zachowywała się tak, jakby została ohaftowana od stóp do głów. Na szczęście miała na tyle przyzwoitości, by po dokonaniu wielu zabiegów higienicznych wokół własnej osoby podzielić się resztką wody i chusteczek z nieszczęsną Sylwią.

Płonąc rumieńcem upokorzenia, resztę czasu w aucie Sylwia musiała spędzić z odkrytą twarzą, gdyż brudna chustka nie nadawała się już do użytku.

Przez kilka najbliższych kilometrów Sergio nie mógł ani zatrzymać samochodu, ani pojechać szybciej. Dopiero gdy w okolicach Budoni skończyły się roboty, rozpędził się trochę i zgubił wydzierającego się do nich przez opuszczoną szybę kierowcę obluzganego auta, a następnie zajechał z fasonem na stację benzynową. Mamrocząc pod nosem na przemian grazie[3] i scusi[4], Sylwia i Kaśka truchtem pobiegły do toalety, podczas gdy ich towarzysz wziął się do zmywania karoserii skąpą ilością wody z płynem oraz do czyszczenia plam na tapicerce papierowymi ręcznikami.

Pomimo zbiorowych wysiłków, by zapomnieć o przykrym incydencie, nieprzyjemny zapach trwał uporczywie we wnętrzu auta i nawet urywający głowy pęd powietrza ze wszystkich otwartych okien nie był w stanie do końca go wywietrzyć. Jeśli nie liczyć radia, panowała pełna napięcia cisza. Sergio kilka razy próbował nawiązać rozmowę, pytając Sylwię jak się czuje, o przebieg podróży i jej plany na pobyt na Sardynii, dziewczyna jednakże odpowiadała mu zbywająco półgębkiem, gdyż z zażenowania nie mogła z siebie wydobyć głosu. Opróżnienie żołądka, choć odbyło się w sposób tak dramatyczny, odniosło zbawienny skutek i głowa bolała ją teraz dużo mniej. Ściskając w ręce reklamówkę, którą Kaśka przezornie wręczyła jej przed rozpoczęciem dalszej jazdy, i unikając nawet spoglądania w stronę kierowcy, mogła do woli podziwiać krajobraz i rozpamiętywać swoje upokorzenie.

Dopiero gdy już dojeżdżali, bratanek pani Gisellu wpadł wreszcie na pomysł, jak rozluźnić atmosferę. O nic już nie pytając, zaczął opowiadać o terenach, przez które jechali. A że robił to w sposób interesujący, Sylwia zasłuchała się i jakimś cudem uniknęła całkowitego spalenia ze wstydu.

– Opuściliśmy właśnie cywilizowane rejony – zażartował, wskazując przez otwarte okno na otaczające ich góry.

– Tu się kończy Baronia. Teraz wjeżdżamy do Barbagii. To kraj dziki, kraj nigdy niezdobyty, kraj gór i wolnych ludzi. Starożytni Rzymianie nazwali go Barbarią, gdyż bardziej nieprzystępną okolicę trudno było znaleźć w całym rzymskim imperium.

Sylwia mimowolnie rozejrzała się wokół. Nawet Kaśka natężyła uwagę, gdy Sergio, wypuszczając z rąk kierownicę, szerokim gestem omiótł okolicę. Widok był piękny.

– Największy rozgłos zawdzięcza Barbaria swej rozbójniczej tradycji – ciągnął, kątem oka rejestrując ich zainteresowanie. – Jak wszędzie na wyspie, pełno tu było niesprawiedliwości społecznej i konfliktów. Nikt nie miał szans zwrócić się ze swą krzywdą do sądu, toteż ludzie nawet nie próbowali – sami wymierzali sobie sprawiedliwość. W górach kryły się setki banditi d’onore, ludzi, którzy weszli w konflikt z prawem z powodu doznanego uszczerbku na czci. To mogła być kradzież bydła czy owiec, ale wystarczyła czasem tylko niegrzeczna uwaga sąsiada. Różnie bywało. A że naród żyje tu porywczy, więc zemsta była szybka i najczęściej krwawa…

Sylwii przypomniała się legenda o Janosiku i cieplej się zrobiło koło serca. Wiedziała też, jak szybko szły w ruch ciupagi na góralskich weselach. Znała te klimaty.

„Tak, widocznie wszyscy ludzie gór mają ze sobą coś wspólnego…”.

– Problem w tym, że te waśnie ciągnęły się potem przez pokolenia – ciągnął Sergio. – Zemsta goniła zemstę, zgodnie z zasadą oko za oko, ząb za ząb. I coraz więcej młodych mężczyzn musiało się kryć w górach z jednej strony przed wendetą, a z drugiej przed karzącą ręką sprawiedliwości. Jeszcze do dziś ludzie odczuwają skutki tych dawnych uprzedzeń, a starsi mieszkańcy pewnych miasteczek nie potrafią ze sobą rozmawiać.

Umilkł. Dziewczyny też się nie odzywały, zmęczone i pogrążone we własnych myślach.

****

Kasia przeciągnęła się nagle, wyrzucając obie ręce nad głowę i strącając nogami jakąś książkę ze stojącego przy ścianie regału.

– Uch, ależ tu niewygodnie – stęknęła, podnosząc głowę i wspierając się na łokciu. – Całą noc nie mogłam oka zmrużyć! To łóżko skrzypi pierońsko i sprężyny z niego wystają na wszystkie strony. Jedna mi chyba zdążyła wrosnąć w kręgosłup.

– Księżniczka na ziarnku grochu… – mruknęła Sylwia pod nosem, ale kuzynka dosłyszała.

– Następnej nocy ty śpisz na łóżku turystycznym! Sama się przekonasz! – parsknęła, siadając gwałtownie i spuszczając na ziemię gołe nogi. Leżanka rzeczywiście wydała z siebie zgrzytliwy jęk. – A w ogóle to nieźle wczoraj dałaś czadu! Nikt mi w domu nie uwierzy, jak im opowiem!

– Spróbuj tylko! – warknęła Sylwia, również zrywając się z łóżka. Chwyciła to, co miała pod ręką, czyli poduszkę, i walnęła nią w Kaśkę. – Jeśli piśniesz w domu choćby słówko, to marny twój los!

Kuzyneczka, doprowadzona do porządku tym szantażem, mruknęła pod nosem coś uspakajającego, po czym zerknęła na zegarek i poderwała się, jak ukłuta szpilką.

– Już siódma! O cholera, trochę jestem spóźniona…

O tej porze mam już być u babci w pokoju, pomóc się jej umyć, ubrać i uczesać, a potem przygotować śniadanie – mieliła językiem, wrzucając na siebie w pośpiechu luźną, wymiętą w walizce sukienkę. – Wczoraj przeleciała ze mną cały plan dnia, szkoda, że cię nie było, bo niewiele zrozumiałam, ale z tego, co zrozumiałam, to czeka mnie harówka po szesnaście godzin dziennie… I, gdyby się coś działo, to w nocy także… Boże, już się nie mogę doczekać, kiedy się te wakacje wreszcie skończą!

Wypadła z pokoju, pozostawiając za sobą otwarte na oścież drzwi, i ruszyła z impetem do sypialni starszej pani. Na szczęście zdążyła jeszcze w ostatniej chwili wyhamować i zapukała dziarsko w kremowe drewno, zanim weszła do środka.

Sylwia ubrała się, skorzystała z łazienki, po czym – nie wiedząc, co ma z sobą dalej zrobić – nieśmiało weszła do salonu. Urządzony był dość staroświecko, z ciężkimi drewnianymi meblami ustawionymi wzdłuż ścian. W powietrzu wisiał wyraźnie wyczuwalny zapach obcego domu – perfum, kawy, lekarstw i czegoś jeszcze. Może wełny? Zamknięte okiennice przepuszczały do środka bardzo niewiele światła, panowała duchota, więc Sylwia – po chwili zastanowienia – postanowiła przewietrzyć. Uchyliła ostrożnie płócienną zasłonkę, przez chwilę mocowała się z metalowym uchwytem, po czym okno z lekkim skrzypieniem ustąpiło. Poczuła zapach słońca, drewna, chodnika i świeżego pieczywa. Przesunęła zasuwkę, pchnęła drewnianą, obłażącą z farby okiennicę i wystawiła głowę… prosto na chodnik. Jakaś przechodząca kobieta wykonała zręczny unik, w przeciwnym razie okiennica trafiłaby prosto w jej twarz. Wykończona przeżyciami poprzedniego dnia Sylwia nie zwróciła wcześniej uwagi, że mieszkanie staruszki mieści się aż tak nisko, praktycznie na poziomie chodnika.

– Buon giorno! Pozdrowienia dla signory Gisellu! – zawołała z uśmiechem przechodząca kobieta, po czym pospieszyła do piekarni, położonej w sąsiednim domu.

– Buon giorno… – wyszeptała za nią Sylwia, mocno speszona. Za taki zamach na przechodnia spodziewałaby się raczej wiązanki złorzeczeń niż uśmiechu.

Zasunęła zasłonkę, żeby przez otwarte okno nie lazły do pokoju muchy, po czym usiadła na brzeżku wyściełanego fotela i spróbowała uporządkować myśli. Odnaleźć się w tym nowym miejscu. Zastanowić się, co dalej.

Gdyby miała – zgodnie z tym, co zalecają popularne poradniki dla kobiet – posłuchać swego najsilniejszego w tej chwili pragnienia, zabrałaby nierozpakowaną jeszcze torbę i tego samego dnia wsiadła z powrotem na prom. Wróciłaby do Wieliczki, pogodziłaby się jakoś z Krzyśkiem, może wyskoczyliby jeszcze w te wakacje na wędrówkę w góry. Ale, oczywiście, to nie wchodziło w grę. Nie mogła tego Kaśce zrobić. I cioci Reni. I mamie, która liczyła na euro, które Sylwia na Sardynii zarobi. I sobie, bo przecież chciała przez ten czas szlifować włoski.

„Sprawa więc załatwiona. Nie trzeba się rozczulać i wsłuchiwać w siebie, tylko zostać, i kwita”.

Nad wygaszonym kominkiem, na honorowym miejscu, wisiał oprawiony w złocone ramy obraz Jezusa. Sylwia przez chwilę przypatrywała się bezmyślnie, zanim wreszcie pojęła, skąd go zna. „Ależ to jest obraz z Łagiewnik! Taki sam, jak wisiał przez wiele lat w Wieliczce, w pokoju babci! No, no, signora Gisellu musi być bardzo pobożną osobą. Bo chyba to nie ciocia Renia powiesiła ten obrazek na głównej ścianie w salonie!”.

W pokoju więcej było zresztą akcentów religijnych. Nad wejściem wisiał spory drewniany krucyfiks, koło okna zaś stała na stoliku figurka Matki Boskiej z Dzieciątkiem, w otoczeniu świeżych kwiatów i dwóch woskowych świec. „Nie ma co, zupełnie jak w starych domach w Polsce…”.

Ciocia Renia niezbyt wiele opowiedziała im o swojej staruszce. Signora Gisellu, której pełne imię brzmiało Catarina, ale przez wszystkich nazywana była Calliną, miała być – według jej zwięzłej relacji – życzliwa, pogodna i zupełnie niezgorzkniała, pomimo swego wieku i choroby. Sylwia jednak traktowała te superlatywy dość nieufnie. Uważała, że są przeznaczone przede wszystkim dla uszu Kaśki, która miała wielkie opory przed zastąpieniem mamy w opiece nad inwalidką. Kuzynka zgodziła się na wyjazd tylko dzięki obietnicy, że Sylwia pojedzie razem z nią. A także trochę pod wpływem groźby, że matka odetnie jej dopływ gotówki i nie sfinansuje nauki w Studium Kosmetologii. Domniemane przymioty ducha pani Gisellu nie miały na tę decyzję żadnego wpływu.

Z tego, co Sylwia zapamiętała jeszcze ze słów cioci Reni, starsza pani zaczęła chorować na jakiś rodzaj dystrofii mięśni jeszcze za życia męża. Jej stan pogorszył się jednak drastycznie w chwili jego śmierci. Od tego czasu poruszała się przede wszystkim na wózku inwalidzkim, choć o kulach lub z czyjąś pomocą też mogła przejść parę kroków. Nie radząc sobie z utrzymaniem dużego domu, oddała go w zarząd jakiejś swojej powinowatej, która prowadziła tam pensjonat. Signora Gisellu natomiast wynajmowała sobie niewielkie mieszkanie w centrum Dorgali, na niskim parterze, z małym tarasem na tyłach i widokiem na góry.

Był to trzypokojowy apartament złożony z salonu, przestronnej kuchni, sypialni oraz małego gabinetu. Gabinet ten, mieszczący wielkie dębowe biurko świętej pamięci pana Gisellu, jego sporą bibliotekę, rzeźbioną szafę i wąski tapczanik, służył przez ostatnie dwa lata za mieszkanie cioci Reni. Teraz miały w nim sypiać obie kuzynki, w każdym razie do czasu, gdy Sylwia znajdzie sobie jakąś pracę i ewentualnie nowe lokum.

Kiedy dwuskrzydłowe drzwi do sypialni staruszki otworzyły się z trzaskiem i wyszła z nich Kasia, popychając przed sobą wózek inwalidzki ze starszą panią, Sylwia miała już opracowany wstępny plan działania. Zamierzała dzisiejszy dzień – i, jeśli trzeba, wszystkie następne – spędzić na poszukiwaniu pracy. Wiedziała, że musi się pospieszyć, gdyż w gabinecie signory Gisellu było stanowczo zbyt mało miejsca, by pomieścić i Kaśkę, i ją.

– Buon giorno! – powiedziała staruszka z uśmiechem. Była ubrana całkiem na czarno, a srebrne włosy miała starannie spięte w kok. – Jak się mamy? Czy już się panienka lepiej czuje?

– Tak, dziękuję bardzo. I, jeśli można, proszę mi mówić po imieniu. Nazywam się Sylwia.

– Bardzo chętnie. Signora Renja pisała mi, że świetnie mówisz po włosku. I rzeczywiście! Gdzie się nauczyłaś włoskiego?

– W liceum. Przez ostatni rok chodziłam też na prywatne lekcje do mojej znajomej z Mediolanu, która mieszka w Krakowie. Zamierzam studiować italianistykę.

– To wspaniale! Gratuluję! – zawołała signora Gisellu i zanim Sylwia zdążyła jej wyjaśnić, że na gratulacje jeszcze za wcześnie, bo listy przyjętych będą podane dopiero w lipcu, ciągnęła dalej: – Czas na śniadanie, zjemy sobie w kuchni przy stole! Tu za rogiem jest piekarnia, zaraz pokażę, gdzie są pieniądze i co rano signorina Kasja skoczy dla nas po bułeczki na śniadanie. Jeszcze tego nie wiecie, ale pieczywo to nasza narodowa specjalność!

Starsza pani popchnęła swój wózek do kuchni, pokazała Kaśce szufladę z pieniędzmi i wyjaśniła jej, że ma kupić „to co zawsze” dla signory Gisellu.

– Matko Boska – jeszcze raz – jak mam to powiedzieć po włosku?! – szepnęła Kaśka w panice, przechodząc w stronę drzwi, a po drodze chwytając Sylwię kurczowo za ramię i wlokąc za sobą do przedpokoju.

– Ja jestem Sylwia, a nie Matka Boska, nie poznajesz? – zakpiła kuzynka, ale oczywiście zaraz pospieszyła z pomocą: Quello che sempre per signora Gisellu, per favore[5].

Kaśka wyszła, mamrocząc w kółko pod nosem podane jej zdanie, a Sylwia wróciła do kuchni. Pani Callina, usadowiona już za stołem, objaśniła jej, jak zaparzyć dla wszystkich aromatyczną kawę oraz poleciła wyjąć z lodówki masło i różne dżemy.

– I co zamierzasz dalej, Silvia? – zapytała, śledząc jej ruchy uważnym spojrzeniem. – Masz już jakiś plan?

– Chcę się dzisiaj rozglądnąć za jakąś pracą na wakacje i za miejscem do spania – odparła Sylwia trochę sztywno. Wydawało się jej, że staruszka ponagla ją do opuszczenia domu. – Popytam w knajpkach i hotelach. Mam nadzieję, że w sezonie nie jest ciężko znaleźć jakieś dorywcze zajęcie.

– Różnie z tym bywa – pokręciła głową signora Callina. – Miejscowi też nie zawsze mają pracę, a jeśli ktoś ma do wyboru swojego albo obcego, to oczywiście zatrudni swojego, prawda?

Mina Sylwii zrzedła chyba w bardzo widoczny sposób, gdyż starsza pani uśmiechnęła się do niej krzepiąco.

– Jeśli nic nie znajdziesz, to spróbuję ci pomóc. Mam znajomego gospodarza, który zawsze potrzebuje rąk do pracy w swoim ogrodnictwie. Ale to jest już kawałek drogi stąd, kilka dobrych kilometrów w stronę Nuoro, i nie mogłabyś wtedy tak często nas widywać, swojej kuzynki i mnie.

– To bardzo miło z pani strony – powiedziała Sylwia, trochę ugłaskana, stawiając na stole śniadanie: dżem z pomarańczy, marmoladę z winogron i miód.

Signora Gisellu sięgnęła po filiżankę z kawą i wskazała jej miejsce za stołem.

– Wiesz, mam wrażenie, że Kasja nie całkiem rozumie, co do niej mówię – zaczęła innym tonem, z zupełnie innej beczki. – A muszę jej dużo objaśnić. To są bardzo delikatne, intymne sprawy – uśmiechnęła się z zażenowaniem.

– Ja nie mogę się sama umyć, potrzebuję też pomocy w toalecie. Hm, nie wiem, jak to będzie. Naprawdę szkoda, że signora Renja musiała wyjechać. To taka dobra, serdeczna osoba! Mam nadzieję, że tu do mnie wróci…

– Oczywiście, taki ma zamiar – wtrąciła Sylwia. Dotąd myślała przede wszystkim o tym, jak ciężka harówka czeka jej kuzynkę w tym domu przy pielęgnowaniu niepełnosprawnej osoby. Teraz poczuła coś na kształt współczucia dla starszej pani, zdanej całkowicie na opiekę i towarzystwo Kasi, z którą – dosłownie i w przenośni-nie miała wspólnego języka. – Musiała tylko uporządkować pewne swoje sprawy w Polsce…

Staruszka spojrzała na nią uważnie i już otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale w tej chwili trzasnęły drzwi i po chwili do kuchni wtargnęła Kaśka, cała w rumieńcach, uśmiechach i prawie bez tchu.

– Zrobione! – rzuciła zwycięsko, z rozmachem kładąc na stole brązową torbę z bułkami. A następnie, z wyrazem dużego wysiłku na twarzy, zwróciła się do gospodyni:

– Io… Io… I’ho… fatto…[6].

Droga Pani Callino, proszę mi wybaczyć błędy, ale to mój pierwszy list po włosku.

Tak jak się spodziewałam, od chwili powrotu mam pełne ręce roboty, bo są upały i truskawki oraz czereśnie dojrzewają jak wściekłe. Zaraz będą pierwsze porzeczki i maliny, a potem już wszystko na raz – jabłka, śliwki i gruszki. Pracy co niemiara, chętnych do pomocy niewielu, a ci, co się najęli, mają na dzień więcej wymagań i pretensji, niż potrafią uzbierać skrzynek. Ceny w skupie tak niskie, że lepiej nie gadać. Signor Antoni mocno by się uśmiał!

Kasia trochę uczyła się włoskiego, ale ciągle jej inne rzeczy w głowie, więc boję się, jak sobie poradzi. Wszystko jej wytłumaczyłam, to chętna dziewczyna, tylko trochę impulsywna. Proszę mieć dla niej cierpliwość i wyrozumiałość. Z końcem września na pewno zjadę z powrotem.

Za to Sylwia, moja siostrzenica, to czyste złoto. Gdyby Pani nie mogła się z Kaśką dogadać, to Sylwia może wszystko przetłumaczyć! Po włosku mówi świetnie, chodziła na prywatne lekcje i będzie od jesieni studiować włoski w Krakowie.

Mam wielką prośbę, żeby spróbowała jej Pani pomóc znaleźć jakąś pracę na wakacje. U niej w domu jest bardzo ciężko, ojciec choruje od wielu lat i nie może pracować, matka – moja siostra – prowadzi u nas w miasteczku mały bar, ale pieniędzy im ledwo na życie wystarcza. A tu jeszcze dwoje młodszych do odchowania i wykształcenia, Justynka w gimnazjum i Szymek teraz zaczął podstawówkę. Ledwo wiążą koniec z końcem, choć cała nasza rodzina tutaj, jak może, to im pomaga. Za swoje lekcje włoskiego Sylwia sama płaciła, zarabiała przez cały rok, udzielając korepetycji. Bardzo, bardzo dzielna dziewczyna, a przy tym uczciwa. Można ją z czystym sumieniem polecić komuś do pracy.

Z góry dziękuję, Signora Gisellu, za przyjęcie moich dziewcząt i za pomoc. Lecę teraz do znajomej Włoszki Sylwii, żeby mi ten mój list sprawdziła. Jutro rano obie panny wyruszają autokarem do Livorno, a stamtąd promem na Sardynię. Już się boję, jak sobie poradzą. Ale na pewno wszystko będzie dobrze. Niech je Bóg ma w swojej opiece, i Panią również.

Załączam serdeczne pozdrowienia dla Pani i wszystkich znajomych,

Teresa Wiśniewska.

****

Znajomy gospodarz pani Calliny, signor Antoni Pianello, przyjął nową siłę roboczą z otwartymi ramionami. W każdym razie takie sprawiał wrażenie przez telefon. Starsza pani została wprost zasypana lawiną informacji na temat dojrzewających pomidorów, papryki, fasolki i wszelakiej zieleniny oraz problemów pana Antonia ze znalezieniem choćby pary przyzwoitych rąk do pracy.

– To katastrofa! – powtarzał tak głośno, że siedząca kilka metrów dalej Sylwia mogła dobrze słyszeć jego słowa, wywrzaskiwane pani Gisellu prosto do ucha.

Wysiłki Sylwii, by znaleźć pracę w Dorgali, spełzły na niczym. Cały dzień poświęciła na poszukiwania, zaczynając od kilku większych hoteli w centrum miasteczka, przez stylowe restauracje, małe knajpki i rodzinne pensjonaty, po sklepiki z pamiątkami oraz warsztaty rękodzieła. Nawet w porze sjesty próbowała dobijać się do zaryglowanych drzwi, ale nadaremnie. Dała więc spokój i po południu spróbowała od nowa, choć język plątał się jej coraz mocniej, a to, co mówiła – nawet dla niej – robiło się coraz mniej zrozumiałe.

Wszystko na nic. Zawsze mierzono ją badawczym spojrzeniem – od czubka jasnej głowy, przez całość szczupłej sylwetki, po wystające z sandałków palce stóp z pomalowanymi na karminowo paznokciami. Po takich oględzinach następowało najczęściej wzruszenie ramion i przeczący ruch głową. Niektórzy mężczyźni wypowiadali na pocieszenie jakieś uprzejme zdanie, kilku młodszych wykazywało nawet jednoznaczną ochotę na nawiązanie bliższej znajomości, na przykład wieczorem na plaży. Sylwii na flircie nie zależało w tym momencie zupełnie. Chciała tylko znaleźć jakieś zajęcie. Odwracała się więc na pięcie i szła dalej. Nikt jej nie pytał, skąd jest, co tu robi i dlaczego szuka pracy. Widać takich niebieskich ptaków mieli na pęczki.

Do domu pani Gisellu wróciła z głową pękającą od upału i napięcia, znowu bliska torsji. Kiedy dochodziła do siebie przy szklance gorącej, bardzo mocnej herbaty, którą na polecenie starszej pani zaparzyła jej naburmuszona Kaśka, Callina Gisellu ustawiła swój fotel przy stoliku z telefonem i zdecydowanym ruchem sięgnęła po słuchawkę. W kwadrans później Sylwia miała załatwioną pracę w hacjendzie pod Nuoro. Signor Antoni miał ją odebrać z miasteczka w środę, kiedy to będzie w okolicy z transportem świeżych warzyw i owoców do sklepów oraz restauracji.

– To mój daleki kuzyn – wyjaśniła pani Gisellu, odkładając z ulgą słuchawkę i rozcierając sobie ucho. – Nasze prababki były siostrami. Bardzo uczciwy człowiek, ma złote serce. I robi najlepszą nalewkę z mirtu pod słońcem. Mam nadzieję, że nie zapomni o małej butelczynie dla samotnej staruszki.

Mimo swoich ciągłych uwag na ten temat signora Gisellu bynajmniej samotna nie była. W czasie pokutnej wędrówki Sylwii po ulicach miasteczka starsza pani zdążyła przyjąć odwiedziny trzech sąsiadek i jednego bratanka, owego łobuza, który z powodu nadużycia alkoholu nie zdążył na czas odebrać dziewczyn z promu. Bardzo długo i wylewnie się za swoje przewinienie tłumaczył, całując po rękach rozzłoszczoną ciotkę oraz zakłopotaną Kaśkę, wreszcie, nie uzyskawszy przebaczenia, opuścił mieszkanie, ścigany jeszcze gniewnymi okrzykami starszej pani. W drzwiach zderzył się z Sylwią, którą w przelocie też buchnął w mankiet i uściskał tak, jakby się doskonale znali od lat, po czym zniknął.

– Ten Giuseppe! – nadawała staruszka, kiwając głową z irytacją. – Czarna owca! Do czego się nie weźmie, wszystko zawali!

– Drzwi się tutaj po prostu nie zamykają! – zrzędziła Kaśka po polsku do drugiego ucha Sylwii. – Wizyta za wizytą, a każdemu zrób herbatę albo zaparz kawę, podaj ciasteczka, a potem pozmywaj jeszcze filiżaneczki! A w międzyczasie wysadź jeszcze panią ze trzy razy na toaletę, połóż ją do łóżka, bo sjesta, a potem pomóż jej wstać, bo kolejni goście.

– Cicho bądź! – warknęła Sylwia, nie panując już nad sobą. W głowie czuła nadciągającą znowu migrenę, w sercu miała świadomość zupełnej klęski, a przez otwarte drzwi salonu trafiło ją spod obrazu Chrystusa Miłosiernego przenikliwe spojrzenie staruszki. Tak, jakby signora doskonale rozumiała, o czym Kaśka nadaje w przedpokoju w swej słowiańskiej mowie.

– Dobrze wiedziałaś, po co tu przyjeżdżasz! – wysyczała Sylwia kuzynce prosto w twarz, udając, że poprawia torebkę na wieszaku. – I nie gadaj tak przy niej, bo ona wszystko rozumie! Nie robiłabyś przynajmniej cioci Reni wstydu!

Kaśka zamknęła się, a Sylwia, ściskając dłońmi skronie, weszła do dużego pokoju.

– I co? – zapytała starsza pani spokojnie.

– Nic – odparła Sylwia, opadając na wolny fotel. – Miała pani rację. Nie chcą obcych.

– Nie załamuj się, moje dziecko – staruszka tak dziarsko, na ile tylko pozwalała jej choroba, chwyciła za koła swego wózka i puściła je w ruch. – Zaraz zobaczę, co się da zrobić!

– Sylwia, czy ja dobrze rozumiem?! Czy ty stąd wyjeżdżasz?! – ryknęła Kaśka, wpadając do salonu, kiedy signora Gisellu skończyła rozmowę ze swym kuzynem w czwartej linii.

– Si – odrzekła Sylwia promiennie. Po kawie z ibuprofenem ból głowy jakby zelżał. – Kasia, zacznij mówić po włosku. Musisz ćwiczyć język.

– Nie! Przecież mi obiecałaś, że tu ze mną zostaniesz! Nie możesz sobie tak po prostu wyjechać! – zawołała kuzynka, w rozpaczy rzucając się na krzesło i zupełnie ignorując jej uwagę o języku.

– Muszę. W Dorgali nie znalazłam żadnej pracy – Sylwia konsekwentnie odpowiadała po włosku. Nie chciała, żeby pani Gisellu myślała, że mają przed nią jakieś tajemnice.

– Mówżesz do mnie po ludzku, do jasnej cholery! – wrzasnęła Kaśka, zaciskając pięści i prawie płacząc ze złości. – Zostawiasz mnie tu samą, tak?! Wyjeżdżasz?!

– Rozmawiajcie sobie spokojnie po waszemu – wtrąciła się signora Callina. – Mnie to zupełnie nie przeszkadza.

Popchnęła wózek w stronę kuchni, zostawiając dziewczyny same.

– Tak, Kasiu. Wyjeżdżam. Będę pracować w gospodarstwie rolnym gdzieś pod Nuoro. Jeszcze nie wiem, jak daleko stąd. Ale przysięgam, że cię będę w miarę możliwości odwiedzać.

Radość Sylwii ze znalezienia zajęcia nagle przygasła. Kaśka miała prawdziwe łzy w oczach. Bała się. Właściwie Sylwia też powinna się zastanowić nad tą decyzją-wyjazd gdzieś na odludzie, z zupełnie nieznanym facetem, w góry słynące ze swej dzikości i rozbójników.

Z drugiej strony signor Antoni był przecież kuzynem pani Gisellu. Ciocia Renia też go znała. Znajdowali się w środku cywilizowanego kraju, w torebce miała telefon komórkowy z miejscową kartą i gaz pieprzowy w sprayu na wypadek, gdyby znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Ten ostatni był prezentem od Krzyśka, który martwił się o nią, gdy wracała późnym wieczorem z lekcji włoskiego do domu.

Na myśl o Krzyśku i domu jej także zrobiło się łzawo. Podeszła do Kaśki, która zupełnie oklapła na swoim krześle i uściskała ją, klękając obok.

– Słuchaj, mnie też nie jest łatwo. Ale pomyśl, to tylko cztery miesiące, może nawet krócej. Przyzwyczaimy się jakoś, zarobimy, a potem wracamy do siebie! Lepiej się zastanów, na co wydasz te wszystkie euro! – szepnęła pocieszająco. – Cztery tysiące! Jest o co powalczyć, nie?

Nawet już się nie czuła głupio, pocieszając swoją o dwa miesiące starszą kuzynkę. Od chwili wyjazdu cioci Reni często pełniła wobec Kaśki matczyne funkcje i sama nie wiedziała, skąd jej się brały przy takich okazjach wszystkie te pokrzepiające i pełne rozsądku słowa. Może to zresztą nie były jej słowa. Może tylko zapamiętała je z rozmów z własną mamą, kiedy ta jej pomagała przezwyciężać różne chandry i załamania…

– No – pociągnęła nosem Kaśka, trochę rozpogodzona. – Tylko że to jest takie trudne! Przynieś, wynieś, pozamiataj. W domu nikt mi tak ciągle nie rozkazywał, nikt mną tak nie pomiatał.

– Na tym polega chyba każda praca – mruknęła Sylwia. – Poza tym nie wydaje mi się, żeby ta pani tobą pomiatała. Mówi ci tylko, co masz zrobić.

– No właśnie – Kaśka najwidoczniej odzyskała już pewność siebie. Podniosła nawet głos. – Bez przerwy mi mówi! Tak jakbym sama nie wiedziała!

– Bo może ona myśli, że nie wiesz? – odkryła Sylwia. – Może musisz jej pokazać, że dobrze się orientujesz w swoich obowiązkach damy do towarzystwa? Zanim ona jeszcze zdąży otworzyć usta, ty już jesteś przy gościach, uśmiechasz się uroczo i pytasz, co będą pili… Albo wnosisz talerz ciasteczek.

– Tak, tak… – pokiwała głową zrezygnowana Kaśka.

– Idealna służąca. Boże, jak moja mama mogła sobie wybrać takie zajęcie!

„Przy tobie w domu też nic innego nie robiła” – pomyślała Sylwia, ale głośno nic nie powiedziała. Nie chciała Kaśki bardziej dołować. Dobrze jednak pamiętała, jak rodzina w Wieliczce komentowała porządki panujące u cioci Reni w domu.

– Józek i Kasia traktują Terenię po prostu jak służącą! – oburzała się dawno temu ciocia Bogusia, trzecia z sióstr, kiedy przyjechała z krótką wizytą z Wrocławia. – Dlaczego ona w ogóle na to pozwala!

Potem wujek Józek zmarł na zawał serca, ale w domowych układach niewiele się zmieniło.

– Kasieńko, zrobić ci herbatki? Kasieńko, guzik w płaszczu ci zaraz odpadnie, daj, to szybko przyszyję!

– Idźżeż, nie teraz! Nie widzisz, że się spieszę! – fukała Kaśka, odpędzając matkę niecierpliwym ruchem. Kiedyś w dzieciństwie rozwaliła talerz o posadzkę w kuchni, bo na obiad był ryż, a nie jej ulubiony makaron. Do dziś ciocia Renia chętnie opowiadała tę anegdotkę przy okazji rodzinnych spotkań.

– Tak jakby było się czym chwalić! – wzdychała przy takich okazjach ciocia Bogusia.

Ale od czasu wyjazdu matki do pracy na Sardynię Kaśka musiała nauczyć się sama przyszywać guziki.

– No dobra, postaram się z tymi ciasteczkami – mruknęła Sylwii do ucha, już pocieszona i pogodzona z losem.

Odwzajemniła jej uścisk, po czym wstała z krzesła i przeciągnęła się. – Na szczęście już dzisiaj żadnych więcej gości! Pomogę jej położyć się spać, a potem sama idę lulu! Zamawiam tapczan!

Chyba w złą chwilę wypowiedziała te słowa, bo jeszcze jej Sylwia nie zdążyła odpowiedzieć, że może już sobie ten tapczan zachować do końca pobytu, gdy przy drzwiach wejściowych zabrzmiał niski dźwięk gongu.

– O matko, a któż tam znowu! – jęknęła Kaśka, ruszając do drzwi.

Sylwia zerknęła na wielki ścienny zegar i skonstatowała, że jest już dwudziesta druga. Poczuła w sercu ukłucie niepokoju, a potem cała zalała się czerwienią. Na progu stał Sergio. Całe to nieszczęsne zajście znowu stanęło jej przed oczami. Poczuła, że ze wstydu i upokorzenia zaraz zapadnie się pod ziemię. Musiała szybko gdzieś się schować.

Niestety, signora Gisellu wypchnęła swój wózek z kuchni i skutecznie zablokowała jej drogę ucieczki do gabinetu-sypialni. Wylewnie witała się z bratankiem, nadstawiając mu suche, pomarszczone policzki, po czym wszyscy, wraz z Kasią, ruszyli do salonu. Sergio mamrotał jakieś usprawiedliwienia.

– Siadaj, siadaj, godzina jeszcze młoda! – machnęła ręką starsza pani, wskazując mu krzesło przy stole i ustawiając swój wózek naprzeciw. – Poprosimy o herbatę i ciasteczka – zwróciła się do Kaśki, która stała gapiowato, zapatrzona w przystojnego młodzieńca. – I co, duży ruch tam u was, na przystani? Dopisali turyści?

– Dziękuję, nie narzekamy – odparł Sergio z lekkim roztargnieniem. – Mniej więcej tyle samo, ile każdego roku…

Jego spojrzenie obiegło pokój i trafiło prosto w Sylwię, która kuliła się w fotelu w kącie. Nie mogła przemknąć koło nich, nie zwracając na siebie uwagi, więc wolała na razie zostać tam, gdzie była, licząc na to, że gość jej nie zauważy. Niestety. Utkwił w niej oczy, uśmiechnął się nawet szeroko, ale widząc jej zmieszanie i brak odpowiedzi, zaraz odwrócił wzrok i wbił go w stół.

Signora Gisellu spostrzegła to od razu, wykręciła się do tyłu i też dostrzegła czerwoną jak burak Sylwię.

– Chodź tu do nas, cara mia[7] – zawołała, wykonując zapraszający gest. – Znacie się już, ale jeszcze nie wiesz, że to mój ulubiony bratanek! Bardzo się troszczy o starą ciotkę, odwiedza mnie, robi zakupy, wozi do kościoła.

Do pokoju weszła Kaśka obładowana tacą.

– Siadajcie, dziewczęta – zachęciła je starsza pani i Sylwia, chcąc nie chcąc, przysiadła na brzeżku krzesła, między staruszką a jej bratankiem.

Czuła się okropnie. W duszy widziała siebie, z twarzą i włosami opryskanymi wymiocinami, tak jak on musiał ją widzieć ze swojego miejsca za kierownicą. Zrobiło się jej jeszcze goręcej, a rumieniec zaczął wędrować z policzków w dół szyi. W panice podniosła wzrok i trafiła prosto w jego spojrzenie. Nie spuszczał z niej oka. Czy jej się zdawało, czy był rozbawiony?! Coś tam migotało na dnie jego ciemnych oczu.

Jego myśli wędrowały tą samą ścieżką, co jej. On też przypominał sobie teraz to koszmarne zajście, którego był świadkiem.

„Już zawsze, patrząc w moją stronę, będzie mnie widział taką, jak wtedy – śmieszną i żałosną. Boże!”. Mimowolnie jęknęła, podnosząc dłoń do czoła. Znowu zaczynała ją boleć głowa. I na dodatek brzuch.

Sergio przygryzł wargi. Zduszonym głosem podziękował Kaśce za ciasteczka i ledwo łyknął herbaty.

– Brzydzi się – pomyślała Sylwia i poczuła, jak na domiar złego nabiegają jej do oczu łzy.

Signora Callina badawczo wodziła wzrokiem od Sylwii do swojego bratanka i z powrotem. Jedynie Kaśka nie dostrzegła panującego w pokoju napięcia. Słodziła herbatę i pogryzała ciasteczko, starając się przez cały czas prezentować swój uroczy dołeczek w prawym policzku i czarny lok nad uchem. Wyglądała rzeczywiście ślicznie, tyle że jedyny obecny w pokoju mężczyzna wcale w jej stronę nie patrzył.

– Wiesz, znaleźliśmy dzisiaj pracę dla Sylwii – powiedziała w końcu staruszka, sięgając po ciastko i mocząc je w herbacie. – Antoni ją u siebie zatrudni. Wszystko mu teraz dojrzewa, zbyt ma wielki, ale nie nadąża zbierać. Szczęśliwie się złożyło, nieprawdaż?

– Antoni Pianello? – zdziwił się Sergio. – Nasz dostawca? Ależ to przecież harówka! Pracowałaś kiedyś w polu? – zwrócił się bezpośrednio do Sylwii, patrząc znowu tym uważnym spojrzeniem.