Wydawca: HarperCollins Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 502 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Raj nie istnieje - Michael Robotham

Dwie wyraziste bohaterki, które mają wiele do ukrycia, mistrzowski styl i zawrotne tempo akcji. Z połączenia tych składników powstała książka, od której trudno się oderwać, chociaż czasami trzeba zamknąć oczy ze strachu. Stephnen King, „People”. Nazywa się Agatha. Ani brzydka, ani ładna. Układa towary na sklepowych półkach. Dręczy ją bolesna przeszłość i obsesyjne pragnienie dziecka, miłości i rodziny. Ukradkiem obserwuje Meghan, kobietę, która ma wszystko, o czym ona może tylko marzyć. Powoli zdobywa jej zaufanie, z perfidią realizuje plan, który nabiera coraz wyraźniejszych kształtów. Uparcie dąży do celu i jest zdolna do najgorszego, bo dawno przestała odróżniać dobro od zła.

Opinie o ebooku Raj nie istnieje - Michael Robotham

Fragment ebooka Raj nie istnieje - Michael Robotham

Michael Robotham

Raj nie istnieje

Tłumaczenie:

Dla Sary i Marka

PODZIĘKOWANIA

To fantastyczne uczucie, gdy ma się na koncie dwanaście powieści i znów zasiada się przed białą czystą kartką z tą samą radością i zaciekawieniem, jak wtedy, gdy zanotowałem pierwsze słowa „The Suspect” w 2002 roku. Czytelnicy często pytają, czy wśród napisanych przeze mnie książek mam jedną ulubioną, a ja zawsze odpowiadam, że gdybym wybrał jedną z nich, to tak jakbym publicznie wyjawił, że jedno z moich dzieci jest moim faworytem (każde chwilami bywa).

Mogę zatem powiedzieć, że staram się rozwijać jako pisarz i nigdy się nie powtarzać, nie sięgać dwa razy po tę samą formę ani nie pisać dwa razy tej samej historii. Dotyczy to szczególnie „Raj nie istnieje”, powieści, która dzięki swojej strukturze, opowiadanej historii i dwóm głosom – dwóm narratorkom – jest moim jak dotychczas najambitniejszym przedsięwzięciem twórczym. Jeśli ta próba jest udana, zawdzięczam to fantastycznym redaktorom, przede wszystkim Markowi Lucasowi, Lucy Malagoni, Rebecce Sauders, Ursuli Mackenzie, Colinowi Harrisonowi i Richardowi Pine’owi.

Jestem niezmiernie wdzięczny moim wspaniałym wydawcom z Little Brown Book Group UK, Hachette Australia, a także niemieckiemu Goldmannowi i słynnemu amerykańskiemu wydawnictwu Scribners, którzy po raz pierwszy publikują moją powieść. Mam nadzieję, że to początek owocnej współpracy.

Na koniec zostawiam najważniejsze podziękowania dla moich pięknych i utalentowanych córek, Alexii, Charlotte i Belli, oraz dla kobiety, której zawdzięczają najwięcej, ich matki, a mojej żony Vivien, tej jedynej. Ona wie, że jest moją faworytką.

Czuję się nieznośnie zraniona i upokorzona, widząc dojrzewające zboża, fontanny nieprzerwanie tryskające wodą, owcę, która wydaje na świat setki owieczek, nie wspominając już o szczennych sukach; wydaje się, jakby cały świat chciał mi pokazać swoje kruche śpiące maleństwa, podczas gdy ja zamiast warg mojego dziecka czuję tu dwa ciosy młotem.

Federico Garcia Lorca „Yerma”

CZĘŚĆ PIERWSZA

AGATHA

Nie jestem najważniejszą postacią w tej opowieści. Ten honor należy do Meg, żony Jacka, z którym tworzą parę idealnych rodziców dwójki idealnych dzieci, chłopca i dziewczynki, jasnowłosych i błękitnookich, słodszych niż miodowe ciastka. Meg znów jest w ciąży, a ja cieszę się niewysłowienie z tego powodu, ponieważ ja też oczekuję dziecka.

Opierając czoło o szybę, patrzę przez okno w lewo, potem w prawo na warzywniak, salon fryzjerski i butik z ciuchami. Meg się spóźnia. Zazwyczaj o tej porze Lucy jest już w szkole, a Lachlan w przedszkolu, zaś Meg siedzi z przyjaciółkami w kawiarni na rogu. Tworzą specjalną grupę, bo wszystkie są mamami. Spotykają się w każdy piątkowy poranek, zajmują stolik na zewnątrz, przepychają się z wózkami dziecięcymi niczym kierowcy na pokładzie dla samochodów na promie. Zamawiają jedno cappuccino z chudym mlekiem, jedno chai latte i dzbanek ziołowej herbaty…

Ulicą przejeżdża czerwony autobus i zasłania mi znajdujący się naprzeciwko park Barnes Green. Kiedy się oddala, na odległym końcu ulicy dostrzegam Meg. Ma na sobie dżinsy ze stretchem i luźny sweter, w ręce niesie kolorowy rowerek na trzech kółkach. Pewnie Lachlan się uparł, że pojedzie do przedszkola na rowerku, i przez to Meg jest spóźniona. Po drodze zatrzymywał się, żeby popatrzeć na kaczki i na uczniów, którzy mieli lekcję wuefu na dworze, i na starych ludzi ćwiczących tai-chi, którzy poruszają się tak powoli, że mogliby być kukiełkami z filmu animowanego kręconego klatka po klatce.

Patrząc z tej perspektywy, nie widzę, że Meg jest w ciąży. Dopiero kiedy się odwraca bokiem, jej brzuch przypomina wielkością piłkę do kosza, zgrabną i okrągłą, która codziennie trochę się obniża. Słyszałam, jak w zeszłym tygodniu Meg skarżyła się na spuchnięte w kostkach nogi i bolące plecy. Teraz wiem, co to znaczy. Moje dodatkowe kilogramy zamieniły wchodzenie po schodach w niezgorszą zaprawę, a mój pęcherz jest wielkości orzecha włoskiego.

Rozglądając się na boki, Meg przechodzi na drugą stronę Church Road i bezgłośnie mówi do przyjaciółek „przepraszam”, całuje się ze wszystkimi w policzki, przemawia pieszczotliwie do ich dzieci. Ludzie mówią, że niemowlęta są słodkie, i chyba się z nimi zgadzam. Widywałam w wózkach stworzenia podobne do Golluma, z wybałuszonymi oczami i dwoma sterczącymi kosmykami, a jednak zawsze znajdowałam w nich coś, co było ładne, bo były takie małe i niewinne.

Powinnam szybko uzupełniać towar na półkach w trzeciej alejce. Ta część supermarketu jest zwykle bezpiecznym miejscem do leserowania, ponieważ kierownik, pan Patel, ma jakiś problem z produktami do higieny osobistej kobiet. Za Chiny nie wypowie takich słów jak „tampony” czy „podpaski” – nazywa je „tymi rzeczami dla kobiet” – albo po prostu wskazuje palcem na pudełka, które trzeba rozpakować.

Pracuję cztery dni w tygodniu, od wczesnego ranka do trzeciej, chyba że zachoruje któraś z innych osób niebędących na pełnym etacie. Moim zadaniem jest przede wszystkim układanie produktów na półkach i przyklejanie cen. Pan Patel nie pozwala mi pracować na kasie, bo mówi, że wszystko tłukę.

Okej, raz mi się zdarzyło, i to wcale nie była moja wina.

Sądząc z nazwiska, spodziewałam się, że pan Patel okaże się Pakistańczykiem albo Hindusem, tymczasem jest bardziej walijski niż żonkil. Z burzą rudych włosów i przyciętymi wąsami wygląda jak rudy owoc miłości Adolfa Hitlera.

Pan Patel nie darzy mnie specjalną sympatią, a odkąd mu oznajmiłam, że jestem w ciąży, ma wielką chęć się mnie pozbyć.

– Nie oczekuj żadnego urlopu macierzyńskiego, nie pracujesz na pełnym etacie.

– Wcale nie oczekuję.

– Do lekarza możesz chodzić tylko po godzinach pracy.

– Jasne.

– Jak nie będziesz mogła dźwigać pudeł, będziesz musiała odejść.

– Mogę dźwigać pudła.

Pan Patel ma żonę i czwórkę dzieci, co bynajmniej nie przekłada się na przychylność w stosunku do mojej ciąży. Nie wydaje mi się, żeby w ogóle lubił kobiety. Nie chcę powiedzieć, że jest gejem. Kiedy zaczęłam pracować w supermarkecie, nie mogłam się go pozbyć jak uciążliwej wysypki. Wciąż znajdował jakiś pretekst, by się o mnie otrzeć w magazynie, albo przyczepiał się, gdy myłam podłogę mopem.

– Ups! – mawiał, przyciskając swoją erekcję do moich pośladków. – Tylko parkuję rower.

Zbok!

Wracam do wózka z pudełkami i biorę do ręki metkownicę, pamiętając, by odpowiednio ją ustawić. W zeszłym tygodniu nakleiłam niewłaściwą cenę na brzoskwiniach w puszce i pan Patel potrącił mi osiem funtów.

– Co robisz? – wyszczekuje ktoś.

I pan Patel podchodzi do mnie od tyłu.

– Układam nowe tampony – dukam.

– Gapiłaś się przez okno. Twoje czoło zostawiło na szybie tłustą plamę.

– Nie, panie Patel.

– Płacę ci za to, żebyś śniła na jawie?

– Nie, proszę pana. – Wskazuję półkę. – Wyszły nam Tampaxy Super Plus, te z aplikatorem.

Pan Patel wygląda, jakby mu się zebrało na wymioty.

– No to poszukaj w magazynie. – Wycofuje się. – W drugiej alejce coś się rozlało. Wytrzyj podłogę.

– Tak, panie Patel.

– Potem możesz iść do domu.

– Kiedy ja kończę o trzeciej.

– Devyani cię zastąpi. Ona może wchodzić na drabinę.

Ma na myśli, że ona nie jest w ciąży ani nie boi się wysokości, i że pozwoli mu „zaparkować rower”, a nie będzie kaprysiła jak jakaś feministka. Powinnam go oskarżyć o seksualne molestowanie, ale lubię tę pracę. Dzięki niej mogę być w Barnes i bliżej Meg.

W magazynie na tyłach sklepu napełniam wiadro gorącą wodą z płynem i wybieram mopa z gąbką, która jeszcze całkiem nie odkleiła się od metalu. Druga alejka znajduje się bliżej kas. Mam dobry widok na kawiarnię i stoliki na zewnątrz. Nie śpieszę się, myjąc podłogę, trzymam się z dala od pana Patela. Meg i jej przyjaciółki właśnie skończyły spotkanie. Całują się w policzki, sprawdzają telefony, przypinają dzieci do wózków z budką i wózków spacerowych. Meg mówi coś jeszcze na koniec i śmieje się, odrzucając do tyłu jasne włosy. Niemal nieświadomie odrzucam swoje włosy, ale nic z tego. To problem z lokami – odbijają się jak sprężynki i wracają na swoje miejsce.

Fryzjer Meg, Jonathan, uprzedził mnie, że na moich włosach nie sprawdzi się jej fryzura, ale nie chciałam go słuchać.

Meg stoi przed kawiarnią i pisze SMS-a. Pewnie do Jacka. Ustalają, co będzie na kolację, albo robią plany na weekend. Podobają mi się jej dżinsy dla ciężarnych z elastycznym pasem. Chciałabym takie mieć. Ciekawe, gdzie je kupiła.

Chociaż widzę Meg niemal codziennie, tylko raz z nią rozmawiałam. Spytała, czy mamy jeszcze płatki bran flakes, ale akurat się sprzedały. Żałuję, że nie mogłam jej odpowiedzieć twierdząco. Żałuję, że nie mogłam pójść do magazynu za wahadłowymi plastikowymi drzwiami i wrócić z pudełkiem bran flakes tylko dla niej.

To było na początku maja. Już wtedy podejrzewałam, że Meg jest w ciąży. Dwa tygodnie później wzięła test ciążowy z alejki aptecznej i moje podejrzenia się potwierdziły. Teraz obie jesteśmy w trzecim trymestrze, przed nami ostatnie sześć tygodni ciąży. Meg jest dla mnie wzorem, bo sprawia wrażenie, że małżeństwo i macierzyństwo to bułka z masłem. Poza tym jest superatrakcyjna. Założę się, że bez problemu mogłaby być modelką – nie taką bulimiczką na wybiegu, ale laską jak z trzeciej strony The Sun, tyle że zdrowo wyglądającą i w typie dziewczyny z sąsiedztwa, z takich, co reklamują proszek do prania czy ubezpieczenie domu i zawsze biegną przez ukwieconą łąkę albo z labradorem wzdłuż plaży.

W niczym ich nie przypominam. Nie jestem szczególnie ładna, chociaż też nie jakaś paskudna. Pewnie najwłaściwszym określeniem mojej urody byłoby słowo „bezpieczna”. Jestem tą mniej atrakcyjną przyjaciółką, której potrzebują wszystkie ładne dziewczyny. Wiadomo, że nie znajdę się w centrum uwagi i z radością przyjmę pozostawione przez nich resztki (jedzenie i chłopaków).

Jedną ze smutnych prawd na temat handlu detalicznego jest to, że ludzie nie zauważają pracowników, którzy układają towar na półkach. Jestem jak śpiący w bramie bezdomny czy żebrak, który trzyma kartkę z prośbą o datek. Po prostu niewidoczna. Od czasu do czasu ktoś zada mi jakieś pytanie, ale nikt z tych pytających nie patrzy mi w twarz, kiedy odpowiadam. Gdyby w supermarkecie był alarm bombowy i wszyscy poza mną zostaliby ewakuowani, a policja spytałaby:

– Widzieliście jeszcze kogoś w sklepie?

Z pewnością by odpowiedzieli:

– Nie.

– A co z tą osobą, która układa towar na półkach?

– Z kim?

– Tą osobą, która zapełnia półki.

– Prawie go nie zauważyłem.

– To była kobieta.

– Naprawdę?

To ja – niewidoczna, pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia osoba wykładająca towar na półki.

Zerkam na zewnątrz. Meg idzie w stronę supermarketu. Otwierają się automatyczne drzwi. Meg bierze plastikowy koszyk i rusza alejką numer jeden, gdzie są owoce i warzywa. Kiedy dotrze do końca, odwróci się i pójdzie w tę stronę. Śledzę jej kroki i widzę ją przez moment, gdy mija makarony i pomidory w puszkach.

Skręca w moją alejkę. Przesuwam na bok wiadro i cofam się, zastanawiając się przy tym, czy powinnam nonszalancko wesprzeć się na mopie, czy może oprzeć go na ramieniu jak strzelbę.

– Ostrożnie, podłoga jest mokra – mówię, jakbym zwracała się do dwulatka.

Mój głos ją zaskakuje. Cicho mi dziękuje, po czym mnie mija, a jej brzuch omal nie dotyka mojego brzucha.

– Kiedy ma pani termin? – pytam.

Meg zatrzymuje się i odwraca.

– Na początku grudnia. – Zauważa, że też jestem w ciąży. – A pani?

– Tak samo.

– Jaki dzień ? – pyta.

– Piąty grudnia.

– Chłopiec czy dziewczynka?

– Nie wiem. A pani?

– Chłopiec.

Meg trzyma rowerek Lachlana.

– Już ma pani dziecko – mówię.

– Dwoje – odpowiada.

– Wow!

Gapię się na nią. Mówię sobie, że powinnam się odwrócić, zerkam na moje stopy, potem na wiadro, na mleko skondensowane i krem w proszku. Powinnam coś jeszcze powiedzieć. Nie jestem w stanie myśleć.

Koszyk Meg jest ciężki.

– Cóż, powodzenia.

– Dla pani też – mówię.

Meg odchodzi, idzie do kas. Nagle myślę o wszystkich rzeczach, które mogłam jej powiedzieć. Mogłam zapytać, gdzie będzie rodziła. Jaki to ma być poród. Mogłam skomentować jej dżinsy ze stretchem. Spytać, gdzie je kupiła.

Meg stoi w kolejce do kasy i przegląda magazyny plotkarskie. Nowy Vogue jeszcze się nie sprzedał, ale ona wybiera Tatlera i Private Eye.

Pan Patel zaczyna skanować kupione przez nią towary: jajka, mleko, ziemniaki, majonez, rukolę i parmezan. Wiele można powiedzieć o człowieku na podstawie zawartości jego koszyka. Widać, kto jest wegetarianinem, weganinem, alkoholikiem, czekoladoholikiem, osobą na diecie, chorym na celiakię, kto nie toleruje laktozy oraz kto zmaga się z łupieżem, kto jest diabetykiem, kto ma niedobór witamin, zatwardzenie czy wrastające paznokcie.

Stąd tak dużo wiem o Meg. Wiem, że jest niepraktykującą wegetarianką, która znów zaczęła jeść czerwone mięso, kiedy zaszła w ciążę, najprawdopodobniej z powodu żelaza. Lubi sosy na bazie pomidorów, świeży makaron, biały ser, gorzką czekoladę i te kruche herbatniki w puszkach.

No cóż, w końcu trochę z nią porozmawiałam. Nawiązałyśmy jakąś więź. Będziemy przyjaciółkami, Meg i ja, a ja będę taka jak ona. Będę miała piękny dom i będę uszczęśliwiała mojego męża. Będziemy chodzić na jogę i wymieniać się przepisami, i spotykać się w każdy piątkowy ranek na kawie z naszą grupą matek.

MEGHAN

Kolejny piątek. Odliczam je, skreślam w kalendarzu, zaznaczam na ścianie. Ta ciąża wydaje się trwać dłużej niż dwie wcześniejsze. Zupełnie jakby moje ciało buntowało się przeciw temu pomysłowi, domagało się odpowiedzi, dlaczego tego z nim nie skonsultowałam.

Wczoraj wieczorem myślałam, że mam zawał, a to była tylko zgaga. Kurczak z curry okazał się wielkim błędem. Wypiłam całą butelkę gavisconu, który smakuje jak kreda w płynie, a ja bekam po nim jak kierowca ciężarówki. To dziecko będzie podobne do Andy’ego Warhola.

Teraz chce mi się siku. Powinnam była pójść do toalety w kawiarni, ale wtedy wydawało mi się, że nie mam takiej potrzeby. Mięśnie dna mojej macicy pracują nadprogramowo, kiedy śpieszę przez park, przeklinając za każdym razem, gdy rowerek Lachlana wali mnie w goleń.

Proszę, nie chcę siusiać, powtarzam w duchu. Proszę, nie chcę siusiać.

W jednym z zakątków parku odbywa się lekcja wuefu. Gdzie indziej trenerzy personalni stoją nad swoimi klientami i każą im zrobić jeszcze jedną pompkę albo przysiad. Może kiedy to się skończy, ja też zatrudnię takiego trenera. Jack zaczął robić złośliwe żarty na temat mojego rozmiaru. Wie, że tym razem jestem grubsza, bo po urodzeniu Lachlana nie wróciłam do poprzedniej wagi.

Złości mnie, że próbuje wzbudzać we mnie poczucie winy. Ciężarne kobiety powinny jeść czekoladę, nosić wygodną piżamę i kochać się przy zgaszonym świetle. Co prawda ostatnio niewiele tego seksu. Jack od tygodni mnie nie tknął. Wydaje mi się, że czuje dziwną awersję do sypiania z kobietą, która nosi jego dziecko, jakby we mnie widział Madonnę dziewicę, której nie wolno skalać.

– To nie dlatego, że jesteś gruba – powiedział minionej nocy.

– Nie jestem gruba, jestem w ciąży.

– Oczywiście, to właśnie miałem na myśli.

Nazwałam go dupkiem, a on nazwał mnie „Meghan”. Tak dzieje się tylko wtedy, gdy się sprzeczamy. Nie znoszę pełnej formy mojego imienia. Lubię Meg, przypomina mi słowo nutmeg, które w języku angielskim oznacza gałkę muszkatołową, egzotyczną przyprawę, o którą ludzie i państwa toczyli ze sobą wojny.

My z Jackiem raczej nie rozgrywamy bitew, tylko potyczki. Jesteśmy niczym dyplomaci z czasów zimnej wojny, którzy mówią sobie miłe słowa, a w tajemnicy gromadzą broń i amunicję. Ciekawe, kiedy parom kończą się tematy do rozmowy. Kiedy gaśnie namiętność? Kiedy rozmowy stają się tępe i nudne? Kiedy iPhone’y trafiają na stół w jadalni? Kiedy grupy matek przechodzą od rozmów o dzieciach do narzekania na mężów? Kiedy uczenie mężczyzny porządku staje się dowodem miłości? Kiedy przepaść między wymarzonym mężem każdej kobiety a wymarzoną żoną każdego mężczyzny osiąga taką wielkość, jak odległość od bieguna do bieguna?

No, brzmi naprawdę świetnie, podsumowuję w duchu. Powinnam to zapisać na moim blogu.

Nie, nie mogę tego zrobić. Kiedy poślubiłam Jacka, obiecałam sobie, że nie będę jedną z tych żon, które próbują zmienić męża w kogoś, kim nie jest. Zakochałam się w nim i wzięłam go z całym dobrodziejstwem inwentarza, prosto z pudełka, bez konieczności dopasowywania. Jestem zadowolona z moich wyborów i nie zamierzam tracić czasu na kontemplowanie alternatywnego życia.

Nasze małżeństwo nie jest takie złe. To związek partnerski podobnych umysłów i bratnich dusz. Dopiero przyglądając się z bliska, można dostrzec pewne niedoskonałości, jak na delikatnym wazonie, który się stłukł i został sklejony. Wydaje się, że nikt z zewnątrz niczego nie zauważa, ale ja dbam o ten wazon z nadzieję, że jeszcze nie przecieka, kiedy wleje się do niego wodę, i mówię sobie, że kryzysy wieku średniego są jak progi zwalniające na drodze, które każą nam zwolnić i wąchać róże.

Nie planowaliśmy z Jackiem kolejnego dziecka. To nasza wpadka, wypadek, dziecko nieprzewidziane, co nie znaczy, że niechciane – w każdym razie jeśli o mnie chodzi. Wyjechaliśmy akurat na weekend, co rzadko nam się zdarza, na czterdzieste urodziny naszego przyjaciela. Moja matka zaoferowała się, że zaopiekuje się Lucy i Lachlanem. Za dużo wypiliśmy, tańczyliśmy, nieprzytomni padliśmy na łóżko. Rano się kochaliśmy, a Jack zapomniał o prezerwatywie. Zaryzykowaliśmy. Czemu nie mielibyśmy zaryzykować, kiedy weźmie się pod uwagę, ile razy ryzykowaliśmy szybki numerek i w samym środku przerywały nam słowa: „Mamusiu, pić mi się chce” albo „Mamusiu, nie mogę znaleźć króliczka”, albo „Mamusiu, posikałem się do łóżka”.

Moje poprzednie ciąże były przygotowywane niczym kampanie wojskowe, ale ta była dosłownie strzałem w ciemno.

– Jeśli to dziewczynka, powinniśmy ją nazwać Ruletka – oznajmił Jack, kiedy już otrząsnął się z szoku.

– Nie nazwiemy jej Ruletka.

– Okej.

Takie żarty pojawiały się po sprzeczkach i wzajemnym oskarżaniu się, które już ustało, choć ilekroć Jack jest zły czy zestresowany, istnieje szansa, że znów wypłynie na powierzchnię.

Jack jest dziennikarzem sportowym w jednym z kanałów telewizji kablowej, komentuje na żywo transmisje z meczy Premier League i przygotowuje podsumowania goli i oceny strzelców. W lecie zajmuje się rozmaitymi dyscyplinami sportu, w tym Tour de France, ale nigdy nie komentuje Wimbledonu ani The Open. Jest wschodzącą gwiazdą, co dla niego oznacza ważniejsze mecze, więcej czasu antenowego i większą popularność.

Jack uwielbia być rozpoznawany. Zwykle poznają go ludzie, którym się wydaje, że już kiedyś gdzieś go spotkali.

– Czy nie jest pan przypadkiem tym kimś? – pytają, przerywając naszą rozmowę.

Rozpływają się nad Jackiem, a mnie ignorują. Patrzę na tył ich głów i mam ochotę powiedzieć:

– Cześć, nie jestem byle kim.

Ale zamiast tego uśmiecham się i pozwalam im nacieszyć się tą chwilą.

Później Jack mnie przeprasza. Bardzo mi się podoba, że jest taki ambitny i odniósł sukces, ale czasami chciałabym, żeby dla nas, swoich najbliższych, częściej był takim super-Jackiem, a nie tym zestresowanym Jackiem, który wraca do domu późno czy wychodzi wcześnie.

– Może gdybyś wróciła do pracy – rzekł wczoraj wieczorem. To kolejny drażliwy temat. Jack jest niezadowolony, że ja „nie mam pracy”. To jego słowa, nie moje.

– Kto zajmowałby się wtedy dziećmi? – spytałam.

– Inne mamy pracują zawodowo.

– Mają nianie albo opiekunki do dzieci.

– Lucy jest w szkole, a Lachlan w przedszkolu.

– Pół dnia.

– A teraz znów jesteś w ciąży.

Przerzucamy się argumentami jak granatami z przeciwległych okopów, wciąż poruszając te same kwestie.

– Prowadzę bloga – mówię.

– Co w tym dobrego?

– W zeszłym miesiącu zarobiłam na nim dwieście funtów.

– Sto sześćdziesiąt osiem – poprawił mnie. – Ja prowadzę rachunki.

– Ale zobacz, ile rzeczy dostaję za darmo. Ubrania, jedzenie dla dzieci, pieluszki. Ten nowy wózek jest z górnej półki.

– Nie potrzebowalibyśmy nowego wózka, gdybyś nie zaszła w ciążę.

Przewróciłam oczami i spróbowałam z innej strony:

– Gdybym wróciła do pracy, wydawalibyśmy całą moją pensję na opiekunkę dla dzieci, a ja w przeciwieństwie do ciebie nie odbijam karty zegarowej. Kiedy ostatnio wstawałeś w nocy, bo dzieciom śniły się koszmary albo żeby puścić wodę?

– Masz rację – rzekł z ironią. – To dlatego, że wstaję wcześnie i wychodzę do pracy, żeby zarobić na ten piękny dom i nasze dwa samochody, i ciuchy w twojej garderobie… i wakacje, i czesne za szkołę, i karnet na siłownię…

Nie powinnam była w ogóle się odzywać.

Jack nie docenia mojego bloga Upiorne Dzieciaki, a ja mam ponad sześć tysięcy obserwatorów. W zeszłym miesiącu pewien magazyn dla rodziców napisał, że mój blog jest jednym z pięciu najlepszych prowadzonych przez mamy blogów w Wielkiej Brytanii. Powinnam była rzucić to Jackowi w twarz, ale zanim o tym pomyślałam, poszedł pod prysznic. Potem zszedł na dół w samym krótkim szlafroku, co zawsze mnie rozśmiesza. Przeprosił i zaoferował, że pomasuje mi stopy. Uniosłam brwi.

– Na czym je pomasujesz?

Usiedliśmy w kuchni napić się herbaty i zaczęliśmy rozmawiać o zatrudnieniu niani, w kółko powtarzając te same argumenty za i przeciw. W teorii ten pomysł bardzo mi się spodobał, bo miałabym więcej czasu dla siebie, więcej snu i energii na seks, ale potem zobaczyłam obraz szczupłej, atrakcyjnej i młodej Polki pochylającej się, żeby napełnić zmywarkę, albo owiniętej luźno ręcznikiem po wyjściu z łazienki. Czy wpadam w paranoję? Może. Czy jestem rozsądna? Absolutnie tak.

Poznałam Jacka na olimpiadzie w Pekinie. Pracowałam w centrum medialnym, opiekowałam się akredytowanymi tam dziennikarzami. Jack pracował dla Eurosportu. Był wówczas początkującym dziennikarzem, dopiero zaczynał się orientować, co i jak, uważnie podpatrywał, na czym to polega.

W Pekinie oboje byliśmy zbyt zajęci, żeby zwrócić na siebie uwagę, ale po zakończeniu olimpiady główny prezenter wydał imprezę dla wszystkich stowarzyszonych mediów. Wiedziałam już wtedy sporo o dziennikarzach, niektórzy z nich nawet zyskali renomę i sławę, jednak w większość byli nudni, mówili wyłącznie o pracy. Jack się wyróżniał. Był zabawny, wyluzowany, seksowny. Wszystko mi się w nim podobało, także imię, jak chłopaka z sąsiedztwa. Miał też piękny uśmiech i włosy gwiazdy filmowej. Przyglądałam mu się z drugiego końca sali i popełniłam błąd, w ciągu minuty wymyślając cały scenariusz naszego związku. Zaplanowałam ślub w Londynie, miesiąc miodowy na Barbados, co najmniej czwórkę dzieci, psa, kota i duży dom w Richmond.

Impreza się zwijała. Przygotowałam jakieś inteligentne zagajenie i ruszyłam przez tłum. Zanim dotarłam do Jacka, napadła go dziennikarka ze Sky Italia. Burza włosów, ponętne ciało. Twarz obok twarzy. Krzyczała, żeby ją słyszał. Dwadzieścia minut później odprowadzałam go wzrokiem, gdy wychodził z dziełem włoskich chirurgów plastycznych, i poczułam się oszukana. Jack był zarozumiały. Robił sobie pasemka. Wybielał zęby. Powiedziałam sobie, że nie jest w moim typie, bo nie pociągają mnie tacy wymuskani faceci.

Albo inaczej: to nie był świadomy wybór. Ładni mężczyźni zazwyczaj się za mną nie uganiają.

Minęły dwa lata, nim znów się spotkaliśmy. Międzynarodowy Komitet Olimpijski urządził przyjęcie dla delegatów, którzy przyjechali do Londynu, żeby przeprowadzić kontrolę obiektów przygotowanych na igrzyska olimpijskie 2012 roku. Zobaczyłam Jacka w hotelowym holu, jak dyskutował z jakąś kobietą. Był ożywiony i kategoryczny, a ona płakała. Później ujrzałam go samego w barze, gdzie pił darmowe drinki i porywał kanapki z tac mijających go kelnerów.

Przepchnęłam się do niego i powiedziałam:

– Cześć. – Oczywiście uśmiechnęłam się, jednocześnie zastanawiając się, czy to źle, czy dobrze, że dopadłam go w chwili zawodu miłosnego.

Rozmawialiśmy. Śmialiśmy się. Piliśmy. Bardzo się starałam, żeby za bardzo się nie starać.

– Potrzebuję świeżego powietrza – wyznał Jack, omal nie spadając z wysokiego stołka. – Masz ochotę się przejść?

– Jasne.

Miło było znaleźć się na zewnątrz i iść z Jackiem równym krokiem tak blisko siebie. Znał kawiarnię w Covent Garden, która była czynna do późna. Rozmawialiśmy długo, bardzo długo, aż nas wyprosili. Jack odprowadzał mnie do domu i nie przestaliśmy rozmawiać aż do moich frontowych drzwi.

– Umówisz się ze mną? – spytał.

– Na randkę?

– Może być randka?

– Jasne.

– Co powiesz na śniadanie?

– Jest wpół do trzeciej w nocy.

– No to brunch.

– Próbujesz się wprosić na noc?

– Nie, chcę tylko mieć pewność, że jutro cię zobaczę.

– Chciałeś powiedzieć dzisiaj.

– Tak.

– Możemy zjeść razem lunch.

– Nie wiem, czy dam radę tak długo czekać.

– Mówisz, jakbyś był w wielkiej potrzebie.

– Bo jestem.

– Czemu kłóciłeś się z tą kobietą, z którą cię widziałam?

– Zerwała ze mną.

– Czemu?

– Powiedziała, że jestem zbyt ambitny.

– A jesteś?

– Tak.

– To wszystko?

– Powiedziała też, że zabiłem jej rybę.

– Jej rybę?

– Hoduje tropikalne ryby. Miałem się nimi opiekować i przypadkiem odkręciłem podgrzewacz wody.

– Mieszkałeś z nią?

– Tak naprawdę nie mieszkaliśmy razem. Miałem u niej swoją szufladę. Tam trzymała moje jajka.

– Ona płakała.

– Jest dobrą aktorką.

– Kochałeś ją?

– Nie. Zawsze taka jesteś?

– Jaka?

– Ciekawska.

– Jestem zainteresowana.

Zaśmiał się.

Naszą pierwszą właściwą randką był lunch w Covent Garden, niedaleko miejsc, gdzie pracowaliśmy. Jack zabrał mnie do Opera Terrace. Później oglądaliśmy ulicznych artystów, grajków i żywe posągi. Jack był dobrym kompanem. Uważnym słuchaczem i ciekawym opowiadaczem, jedna zajmująca historia prowadziła do kolejnej.

Umówiliśmy się znów następnego wieczoru i razem wracaliśmy do domu taksówką. Było już po północy. Nazajutrz oboje musieliśmy iść do pracy. Jack się do mnie nie wpraszał, a jednak wzięłam go za rękę i poprowadziłam po schodach.

Zakochałam się w nim. Do szaleństwa. Beznadziejnie. Każdy powinien choć raz coś takiego przeżyć…

…nawet jeśli miłość nigdy nie powinna być beznadziejna.

Wszystko w nim uwielbiałam – jego uśmiech, urodę, pocałunki. Był jak niekończące się opakowanie czekoladowych herbatników. Wiedziałam, że zjem zbyt wiele i będę chorować, ale nie mogłam się powstrzymać.

Pół roku później byliśmy już małżeństwem. Kariera Jacka kwitła, a potem na chwilę utknęła w martwym punkcie. Teraz znów ruszyła z kopyta. Zaszłam w ciążę z Lucy i odmówiłam awansu, który oznaczał przenosiny do Nowego Jorku. Gdy dwa lata później na świat przyszedł Lachlan, porzuciłam pracę, by zostać pełnoetatową mamą. Moi rodzice pomogli nam kupić dom w Barnes. Chciałam przenieść się dalej na południe i płacić mniejszy kredyt, ale Jackowi zależało na adresie i na stylu życia.

I tak znaleźliśmy się tutaj – idealna rodzina dwupokoleniowa – z niezaplanowanym dzieckiem w drodze, wątpliwościami i kryzysami wieku średniego, który się zaczynał. Kocham moje dzieci. Kocham mojego męża. Jednak czasami szukam w pamięci chwil, kiedy byłam naprawdę szczęśliwa.

Mężczyzna, w którym się zakochałam – ten, który stwierdził, że najpierw to on zakochał się we mnie – zmienił się. Beztroski, wyluzowany Jack zamienił się w oschłego mężczyznę, którego emocje są tak ciasno owinięte drutem kolczastym, że nie mogę liczyć na to, że je odwinę. Nie skupiam się na jego porażkach, nie liczę jego wad. Wciąż go kocham. Naprawdę. Chciałabym tylko, żeby tak bardzo nie skupiał się na sobie, żeby nie pytał, czemu nasza rodzina nie przypomina rodzin z kanału Disneya, gdzie wszyscy są szczęśliwi, bogaci, inteligentni, a w ogrodzie na uwięzi stoją jednorożce.

AGATHA

Moja zmiana dobiega końca, przebieram się w magazynie, zwijam fartuch w kulkę i razem z plakietką z moim imieniem wciskam go za puszki z oliwą i pomidorami. Pan Patel oczekuje, że pracownicy będą zabierali stroje służbowe do domu, ale ja nie będę robiła jego prania.

Wkładam zimowy płaszcz i wychodzę tylnymi drzwiami, omijając kontenery na śmieci i sterty kartonów. Wkładam kaptur na głowę, wyobrażając sobie, że wyglądam jak Meryl Streep w „Kochanicy Francuza”. Grała tam dziwkę porzuconą przez oficera francuskiego statku, spędzała życie, wpatrując się w morze i czekając na powrót swojego mężczyzny. Mój żeglarz do mnie wróci, a ja urodzę mu dziecko.

Na wschodnim końcu Putney Common łapię piętrowy autobus 22 i jadę Lower Richmond Road do Putney Bridge. Na początku ciąży ludzie nie byli pewni, czy mi gratulować, czy kupić kartę na siłownię, ale teraz w autobusie i zatłoczonym metrze ustępują mi miejsca. Bardzo lubię być w ciąży, czuć w sobie dziecko, jak się przeciąga, jak ziewa, jak czka i kiedy mnie kopie. Bo teraz już nigdy nie jestem sama. Mam kogoś, kto dotrzymuje mi towarzystwa i słucha moich opowieści.

Naprzeciw mnie siada jakiś biznesmen w garniturze i pod krawatem. Ma czterdzieści kilka lat i włosy w kolorze zupy grzybowej. Zauważam, że jego wzrok błądzi po moim ciążowym brzuchu. Uśmiecha się, podobam mu się. Jestem płodna. Posiadam zdolność do rozradzania się. Tak się to mówi? Dopiero co nauczyłam się tego słowa. Roz-ra-dza-nie.

Pan Biznesmen gapi się na mój przedziałek między piersiami odsłonięty jak u gwiazdy rocka. Ciekawe, czy mogłabym go uwieść. Niektórych facetów podnieca seks z ciężarnymi. Mogłabym go zabrać do domu, związać i oznajmić:

– Ja będę cię dotykać.

Oczywiście nigdy tego nie zrobię, ale Haydena nie ma w domu już sześć miesięcy, a dziewczyna ma swoje potrzeby.

Mój żeglarz jest technikiem komunikacji w Marynarce Królewskiej, choć tak naprawdę nie wiem, co to znaczy. Ma to coś wspólnego z komputerami, inteligencją i informacjami dla starszych oficerów. Zabrzmiało bardzo poważnie, kiedy Hayden próbował mi to wytłumaczyć. W tej chwili pływa na HMS Sutherland i ściga piratów z Somalii gdzieś na Oceanie Indyjskim. To ośmiomiesięczna misja, Hayden wróci do domu dopiero na Boże Narodzenie.

Poznaliśmy się ostatniego sylwestra w klubie nocnym w Soho. Modnym i głośnym, z cholernie drogimi drinkami i światłami stroboskopowymi. Dobrze przed północą byłam gotowa wrócić do domu. Większość facetów była pijana. Gapili się na małolaty w tak kusych spódnicach, że każdy ruch groził pokazaniem krocza, a obrazu dopełniały buty na bardzo wysokich obcasach, i wszystko to zdawało się mówić: weź mnie. Szczerze współczuję dzisiejszym dziwkom. Jak dają radę się wyróżnić?

Od czasu do czasu jakiś gość zbierał się na odwagę i zapraszał dziewczynę do tańca, ona zaś odprawiała go, odrzucając włosy albo wykrzywiając wymalowane wargi. Ja zachowywałam się inaczej. Mówiłam:

– Cześć – i okazywałam zainteresowanie.

Pozwoliłam Haydenowi przyciskać się do mnie i krzyczeć mi do ucha. Całowaliśmy się, chwycił mnie za pośladek. Hayden uznał, że został wybrany.

Pewnie byłam najstarszą dziewczyną w klubie, ale o niebo łatwiejszą niż cała reszta. Co prawda mój tyłek uległ już grawitacji, ale mam ładną twarz, kiedy się porządnie pomaluję, i potrafię odpowiednimi ciuchami ukryć fałdy tłuszczu. Co bardzo ważne, mam świetne cycki, i to odkąd skończyłam jedenaście czy dwanaście lat. Wówczas po raz pierwszy zauważyłam, że ludzie gapią się na mój biust – mężczyźni, chłopcy, mężowie, nauczyciele i przyjaciele rodziny. Z początku to ignorowałam, to znaczy te moje cycki. Później usiłowałam je odchudzić, ściskałam, ale nie dały się spłaszczyć, ugnieść ani ukryć.

Hayden należy do mężczyzn, którzy lubią cycki. Wiedziałam to od momentu, gdy tylko na mnie spojrzał (albo na nie). Faceci są tacy przewidywalni. Widziałam, jak się zastanawiał, czy są prawdziwe.

Jasne, że prawdziwe, frajerze!

Z początku mi się wydawało, że był dla mnie za młody. Wciąż miał krosty na brodzie i był trochę chuderlawy, ale miał ładne, ciemne falujące włosy. Od zawsze uważam, że szkoda takich włosów dla faceta.

Jak wielu moich chłopaków wolał, żebym była na górze, wtedy moje cycki zwisały mu na twarz, kiedy się kołysałam i jęczałam. Później poszłam umyć się do łazienki i właściwie się spodziewałam, że Hayden się ubierze i wyjdzie. Ale przykrył się kołdrą i objął mnie ramionami.

Rano wciąż tam był. Zrobiłam mu śniadanie. Potem wróciliśmy do łóżka. Zjedliśmy lunch i znów wróciliśmy do łóżka. Tak mniej więcej wyglądały kolejne dwa tygodnie. W końcu wyszliśmy z domu, a on traktował mnie jak swoją dziewczynę. Na naszej pierwszej prawdziwej randce zabrał mnie do National Maritime Museum w Greenwich. Wiadomo, marynarz, więc morskie muzeum. Na Bankside Pier wsiedliśmy do tramwaju wodnego, po drodze Hayden pokazywał mi charakterystyczne obiekty, na przykład HMS Belfast, statek muzeum w pobliżu Tower Bridge. Hayden znał całą jego historię – statek został zniszczony przez Niemców podczas II wojny światowej, a później, po wyremontowaniu, brał udział w lądowaniu w Normandii.

W National Maritime Museum Hayden kontynuował moją edukację, opowiadał o lordzie Nelsonie i jego bitwach z Napoleonem.

Moją uwagę przyciągnął zwłaszcza jeden obraz. Nosił tytuł „Tahiti Revisited”, przedstawiał wyspę na południowym Pacyfiku ze skalistymi szczytami, bujną roślinnością, palmami i ponętnymi kobietami, które kąpały się w rzece. Kiedy patrzyłam na tę scenę, czułam ciepły piasek pod stopami i zapach kwitnącego frangipani, i słoną wodę, która wysychała na mojej skórze.

– Byłeś kiedyś na Tahiti? – spytałam Haydena.

– Jeszcze nie – odparł – ale któregoś dnia pojadę.

– Weźmiesz mnie ze sobą?

Zaśmiał się i powiedział, że w tramwaju wodny wyglądałam, jakbym miała chorobę morską.

Na kolejnej randce pojechaliśmy do Imperial War Museum w południowym Londynie, gdzie dowiedziałam się, że w czasie II wojny światowej straciło życie ponad pięćdziesiąt tysięcy marynarzy. Zaniepokoiłam się ze względu na Haydena, ale mnie uspokoił, mówiąc, że ostatnim brytyjskim okrętem wojennym, który zaginął na morzu, był HMS Coventry, a działo się to podczas wojny o Falklandy, czyli przed narodzeniem Haydena.

Spędziliśmy razem trzy miesiące, zanim Hayden musiał wrócić na statek. Wiem, wydaje się, że to niedługo, ale czułam się w tym czasie jak mężatka, jakbym była częścią czegoś większego niż nas dwoje. Wiem, że on mnie kocha. Powiedział mi to. I chociaż jest o dziewięć lat młodszy ode mnie, to jest wystarczająco dorosły, żeby się ustatkować. Dobrze nam razem. Potrafię go rozbawić, a seks jest świetny.

Hayden nie wie, że jestem w ciąży. Głupi chłopak sądzi, że zerwaliśmy przed jego wyjazdem. Przyłapał mnie, jak przeglądałam jego mejle i SMS-y i zachował się kompletnie nienormalnie, nazwał mnie wariatką i paranoiczką. Padły takie słowa, których, jestem tego pewna, oboje żałujemy. Hayden wypadł z mojego mieszkania jak burza i wrócił dopiero po północy. Był pijany. Udawałam, że śpię. Rozbierał się niezdarnie. Zdejmując dżinsy, gruchnął siedzeniem na podłogę. Czułam, że był wściekły.

Rano pozwoliłam mu spać i wyskoczyłam do sklepu kupić bekon i jajka na śniadanie. Zostawiłam mu liścik:

Kocham. Całuję.

Kiedy wróciłam, Haydena już nie było. Mój liścik leżał zgnieciony na podłodze.

Próbowałam dodzwonić się do Haydena, ale nie odbierał. Poszłam na przystanek autobusowy i na stację metra, choć wiedziałam, że go nie znajdę. Nagrałam wiadomość, powiedziałam, że mi przykro, że go przepraszam, błagałam, żeby oddzwonił, ale on nie odpowiedział na żaden z moich mejli ani SMS-ów i usunął mnie z grona swoich przyjaciół na Facebooku.

Hayden nie zdaje sobie sprawy, że próbowałam nas chronić. Znam mnóstwo kobiet, które beztrosko kradną czyjegoś chłopaka albo męża. Weźmy choćby jego eks, Bronte Flynn, prawdziwego kurwiszona, znaną z tego, że pokazuje więcej niż trzeba (nie nosi bielizny pod ubraniem). Hayden wciąż śledzi ją na Facebooku i Instagramie, umieszcza komentarze pod jej zdzirowatymi selfie. To z jej powodu sprawdzałam jego telefon. Z miłości, nie z zazdrości.

Tak czy owak, teraz oczekujemy dziecka i nie chcę go o tym informować mejlem. Muszę mu to powiedzieć osobiście, lecz żeby tak się stało, Hayden musi zgodzić się ze mną porozmawiać. Personelowi Marynarki Królewskiej wolno rozmawiać przez satelitę tylko dwadzieścia minut w tygodniu, i to wyłącznie z osobami znajdującymi się na specjalnej liście. Hayden musi mnie zgłosić jako swoją dziewczynę czy partnerkę i podać mój numer.

W zeszłym tygodniu rozmawiałam z działem socjalnym Marynarki Królewskiej i oznajmiłam im, że jestem w ciąży. Jakaś miła kobieta zapisała moje dane i okazała mi wiele sympatii. Przekażą Haydenowi, żeby się ze mną skontaktował. Kapitan wyda mu takie polecenie. To dlatego każdego wieczoru siedzę w domu i czekam na telefon.

MEGHAN

Mój ojciec kończy sześćdziesiąt pięć lat i w tym miesiącu przechodzi na emeryturę po czterdziestu dwóch latach pracy w tej samej firmie finansowej. Dziś wieczór odbywa się jego przyjęcie urodzinowe, a Jack się spóźnia. Obiecał wrócić do domu o wpół do szóstej, a już minęła szósta, ale nie będę do niego dzwonić, bo oskarży mnie o nękanie.

Wreszcie Jack przyjeżdża i o wszystko obwinia korki. Sprzeczamy się w samochodzie, szeptem, ponieważ Lucy i Lachlan siedzą przypięci na swoich miejscach z tyłu, słuchając ścieżki dźwiękowej z „Krainy lodu”.

Na zmieniających się światłach Jack dodaje gazu.

– Za szybko jedziesz – rzucam ostro.

– Podobno jesteśmy spóźnieni.

– Więc teraz chcesz nas zabić?

– Nie bądź śmieszna.

– Powinieneś wyjść wcześniej.

– Masz rację. Powinienem przyjść do domu w południe. Moglibyśmy sobie razem pomalować paznokcie.

– Pieprz się.

Te słowa wymykają mi się mimowolnie. Lucy natychmiast podnosi głowę, a spojrzenie Jacka mówi: „Naprawdę? Przy dzieciach?”.

– Powiedziałaś brzydkie słowo – stwierdza Lucy.

– Nie powiedziałam. Powiedziałam pieczeń. Na przyjęciu u dziadka będzie pieczeń.

Lucy marszczy twarz.

– Nie lubię pieczeni. Jest fuj! – mówi Lachlan, a tak naprawdę krzyczy.

– Takiej jeszcze nie jadłeś.

– Fuj, fuj, pieczeń z pieprzem! – drze się Lachlan jeszcze głośniej.

– Okej, zjemy co innego – mówię.

Jedziemy dalej w milczeniu, przeciskając się w stronę Chiswick Bridge. Cicho kipiąc ze złości, myślę o wszystkich tych posiłkach, które zostały zepsute przez spóźnienie Jacka. Nienawidzę go, kiedy wyszydza i pomniejsza to, co ja robię. Do domu moich rodziców docieramy o siódmej. Dzieci biegną do środka, a my na moment zostajemy sami.

– Czasami zachowujesz się naprawdę w gówniany sposób – mówię, biorąc sałatki, a Jack sięga po przenośne łóżeczko.

Moja siostra wychodzi na zewnątrz, żeby nam pomóc. Grace jest młodszą ode mnie o sześć lat szczęśliwą singielką, choć zawsze towarzyszy jej jakiś atrakcyjny mężczyzna, człowiek sukcesu, który zdaje się wielbić ziemię, po której ona stąpa, nawet jeżeli Grace wchodzi mu na głowę.

– Jak się ma tata? – pytam.

– Bryluje. – Ściskamy się. – Rozpalił grilla. Będziemy znów jeść zwęglone kiełbaski i kebab.

Nie wyglądamy z Grace na siostry. Słyszałam, jak ludzie mówili, że ja jestem ładniejsza, za to ona ma ciekawszą osobowość, co w wieku lat czternastu uznałam za komplement, ale teraz uważam inaczej.

Jack stawia łóżeczko w jednej z wolnych sypialni, a potem dołącza do panów w ogrodzie, którzy stoją wokół grilla, gdzie każdy mężczyzna może być królem, jeśli tylko trzyma szczypce. W ciągu paru minut wlewa w siebie dwa piwa i już sięga po trzecie. Kiedy zaczęłam je liczyć?

Mama potrzebuje pomocy w kuchni. Dekorujemy sałatki i dodajemy masło do ziemniaków. Grace bawi się z Lucy i Lachlanem, zabawia ich aż do kolacji. Twierdzi, że kocha dzieci, ale podejrzewam, że wyłącznie cudze dzieci, których można się pozbyć, kiedy się zmęczą i marudzą.

Z podwórza płynie śmiech. Jack rozbawił wszystkich jedną ze swoich opowieści. Uwielbiają go. Jest duszą każdej imprezy – gwiazdą telewizyjną, która zna wszystkie plotki na temat transferów i kontraktów. Wielu mężczyzn zna się na piłce nożnej, ale wszyscy ustępują Jackowi w tym temacie, ponieważ wyobrażają sobie, że on posiada jakiś wyjątkowy wgląd czy tajemną wiedzę.

– Poszczęściło ci się – mówi moja matka.

– Słucham?

– Z Jackiem.

Uśmiecham się i kiwam głową, wciąż patrząc na ogród, gdzie z grilla skaczą płomienie.

– Nie mam pojęcia, co ja z nim pocznę – mówi matka, mając na myśli emeryturę taty.

– Ma swoje plany.

– Golf i ogród? Po miesiącu śmiertelnie się tym znudzi.

– Możecie podróżować.

– On wciąż chce wracać do miejsc, gdzie już byliśmy. To są takie jego pielgrzymki.

Przypomina mi, jak wrócili do hotelu w Grecji, gdzie spędzili miesiąc miodowy. O trzeciej nad ranem obudził ich jakiś Rosjanin, wymachujący banknotami i domagający się seksu.

– To miejsce zamieniło się w burdel.

– Brzmi jak przygoda – mówię.

– Jestem za stara na takie przygody.

Kiedy mięso jest odpowiednio przypalone, siadamy do kolacji. Lachlan i Lucy mają swój mały stolik, ale ostatecznie siadam razem z nimi, namawiając Lucy do jedzenia i powstrzymując Lachlana przed utopieniem kiełbaski w keczupie.

Są toasty i mowy. Tata się rozkleja i mówi schrypniętym ze wzruszenia głosem, jak wiele znaczy dla niego rodzina. Jack sypie dowcipami jak z rękawa, choć to nie pora ani miejsce.

O dziesiątej żegnamy się ze wszystkimi, po czym każde z nas bierze jedno z dzieci na ręce i zanosi do samochodu. Ja prowadzę, Jack drzemie. Budzę go przed domem i tym razem wynosimy dzieci z auta i transportujemy do łóżek. Padam z nóg, a nie ma jeszcze jedenastej.

Jack ma ochotę na drinka przed snem.

– Nie wypiłeś już dość? – pytam i natychmiast tego żałuję.

– Co powiedziałaś?

– Nic.

– Nieprawda, słyszałem.

– Wybacz, nie chciałam.

– Przeciwnie, chciałaś.

– Nie kłóćmy się. Jestem zmęczona.

– Stale jesteś zmęczona.

Zbyt zmęczona na seks – to ma na myśli.

– Cały tydzień chciałam się z tobą kochać, ale nie byłeś zainteresowany – odparowuję, choć nie taka jest prawda.

– I to ja jestem winien? – pyta Jack.

– Co to miało znaczyć?

Nie odpowiada, ale ja wiem, że teraz nie jestem dla niego atrakcyjna i że nie chciał kolejnego dziecka. Dwoje to dość – chłopiec i dziewczynka – czyli wszystko, co trzeba.

– Nie zrobiłam tego z premedytacją – mówię. – To była wpadka.

– Ale postanowiłaś je zatrzymać.

– Razem postanowiliśmy.

– Nie, ty podjęłaś decyzję.

– Naprawdę? Czy tak mówisz swoim kumplom w pubie? Jesteś takim pantoflarzem, że zmuszam cię do posiadania dzieci?

Jack zaciska palce na szklance i zamyka oczy, jakby liczył do dziesięciu. Wychodzi z drinkiem do ogrodu i zapala papierosa, którego wyjmuje z paczki leżącej na wysokiej półce obok kuchennego zegara. Wie, że nie znoszę, kiedy pali. Wie też, że nie będę się skarżyć.

Takie właśnie są nasze kłótnie. Raczej sobie dogadujemy, niż rzucamy talerzami.

Atakujemy czułe miejsca, słabości i to, czego się wstydzimy, a co odkryliśmy w sobie nawzajem przez lata małżeństwa.

Kiedyś umówiliśmy się, że nigdy nie pójdziemy spać skłóceni. Nie wiem, kiedy to się zmieniło. Powtarzam sobie, że wszystko będzie dobrze, kiedy dziecko przyjdzie na świat. Będę miała więcej energii. Wątpliwości Jacka znikną. Będziemy znów szczęśliwi.

AGATHA

Czasami mi się zdaje, jakby moja przeszłość tykała we mnie jak jakiś urojony zegar, który mi mówi, na jakie daty należy zwrócić uwagę i za jakie grzechy odpokutować. Dzisiaj jest właśnie taki dzień – 1 listopada – rocznica w pewnym sensie, i właśnie dlatego jadę na północ pod ponurym czarnym niebem autobusem National Express, który trzyma się środkowego pasa autostrady.

Przesuwając przyklejone do szyby czoło, patrzę na samochody osobowe i ciężarówki, które nas wyprzedzają, ich koła plują wodą, a wycieraczki kołyszą się w prawo i w lewo. Deszcz wydaje się wyjątkowo na miejscu. Moje wspomnienia z dzieciństwa nie zawierają niekończącego się lata, długich zmierzchów i świerszczy w trawie. Leeds mojej wczesnej młodości było wiecznie szare, zimne i mokre od mżawki.

Mój rodzinny dom już nie istnieje, został wyburzony, by zrobić miejsce na magazyn towarów masowych. Moja matka kupiła nowy dom – z małym tarasem, niedaleko starego domu – za pieniądze, które zostawił jej mój ojczym. Zmarł na atak serca na polu golfowym, kiedy podcięta przez niego piłka wpadła do oczka wodnego.

Kto by pomyślał, że miał serce?

Matka zadzwoniła do mnie z tą informacją, pytając, czy przyjadę na pogrzeb, a ja odpowiedziałam, że wolałabym świętować to z daleka.

Nie spotkam się dzisiaj z matką. „Zimuje” w Hiszpanii, jak lubi mawiać, co znaczy, że upiecze się jak kurczak na basenie w Marbelli, popijając sangrię i traktując miejscowych z góry. Nie jest bogata, po prostu jest rasistką.

Z dworca autobusowego w Leeds ruszam do najbliższej kwiaciarni i proszę, żeby florystyka zrobiła trzy małe wianki z łyszczca i czegoś zielonego. Zawija je w bibułę i wkłada do lśniącego kartonowego pudełka, które biorę pod pachę. Potem kupuję kanapkę i coś do picia, a następnie na A65, w Kirkstall na wschodnim brzegu rzeki Aire, łapię taksówkę, która podrzuca mnie niedaleko Broadlea Hill. Tam przechodzę przez przełaz i błotnistą ścieżką idę w głąb lasu.

Znam nazwy większości drzew i krzewów, a także ptaków, dzięki Nicky’emu, mojemu byłemu mężowi. Myślał, że nie słuchałam, gdy pokazywał mi różne rzeczy, a ja bardzo lubiłam słuchać tych opowieści i podziwiałam jego wiedzę.

Poznałam Nicky’ego miesiąc po moich trzydziestych urodzinach, gdy już myślałam, że czas ucieka, a ja jeszcze nie spotkałam swojego ideału mężczyzny… a nawet dalekiego od ideału. Większość moich przyjaciółek była już zamężna, zaręczona albo w stałych nieformalnych związkach. Niektóre były w drugiej albo trzeciej ciąży, bo chciały mieć dużą rodzinę albo większe zasiłki, albo w ogóle niczego nie planowały.

W Londynie pracowałam w agencji pracy tymczasowej, która szukała zastępstwa głównie dla kobiet na urlopie macierzyńskim. Miałam kawalerkę w Camden nad kebabem, gdzie można było dostać kebab i oberwać po głowie, kiedy puby zamykały swoje drzwi na noc.

Było Halloween. Bandy czarownic, goblinów i duchów pukały do moich drzwi, podstawiając pod nos worki i koszyki. Złożywszy właśnie kolejny datek brytyjskiej stomatologii, stałam w kuchni na bosaka, czując się jak pudełko z mlekiem, które zbyt długo leżało w lodówce.

Mój laptop stał otwarty na kuchennym stole. Po jego obu stronach wznosiły się stosy zadrukowanych kartek. Przez trzy miesiące przepisywałam taśmy dla pisarza, który nazywał się Nicholas David Fyfle i był autorem biografii sławnych żołnierzy oraz historii wojennych. Przysyłał mi taśmy kurierem, a ja odsyłałam przepisany tekst. Kontaktowaliśmy się wyłącznie za pośrednictwem osobliwych uwag, które pisał na marginesach, jeśli chciał, żebym przepisała na nowo pewne fragmenty.

Zastanawiałam się, czy ze mną flirtował. Byłam ciekawa, jak wygląda. Wyobrażałam sobie cichego udręczonego artystę, tworzącego piękną prozę na jakimś poddaszu, albo nałogowego alkoholika z rozwianymi włosami, korespondenta wojennego, który żyje na krawędzi. Znałam go tylko z jego notatek i głosu na taśmie, który brzmiał łagodnie i miło, lekko jąkał się na pewnych sylabach i nerwowo się śmiał, gdy się pomylił.

Podjęłam decyzję. Zamiast wysyłać kolejny przepisany tekst, dostarczyłam go osobiście, udając się do Highgate i pukając do drzwi Nicky’ego. Wyglądał na zaskoczonego, ale chyba się ucieszył. Zaprosił mnie do środka i poczęstował herbatą. Nie był tak przystojny, jak bym chciała, ale miał dość miłą twarz i szczupłe ciało, które ginęło w za dużych ubraniach.

Gdy zapytałam go o jego książki, pokazał mi swoją bibliotekę.

– Czyta pani?

– Kiedyś, jak byłam mała, dużo czytałam – odparłam. – Teraz nie wiem, co wybrać.

– Jakie książki pani lubi?

– Takie, które mają szczęśliwe zakończenia.

– Jak wszyscy – zaśmiał się.

Zasugerowałam, że przepiszę taśmy u niego w domu, żeby zaoszczędzić na kurierach i przyśpieszyć cały proces. Powiedziałam, że będę przyjeżdżać codziennie o dziewiątej rano i pracować w jego jadalni, z przerwą na to, by zaparzyć dla nas herbatę czy zagrzać w mikrofalówce coś do jedzenia. Dopiero po kilku tygodniach flirtowania Nicky mnie pocałował. Jak mi się zdaje, był prawiczkiem. Czułym i taktownym, ale nie tak zręcznym, jak oczekiwałam. Chciałam, żeby jęczał albo krzyczał, kiedy się kochaliśmy, a on zawsze milczał.

Wśród swoich przyjaciół zachowywał się jak typowy facet, pił piwo i lubił grać na wyścigach konnych, ale w moim towarzystwie był inny. Zabierał mnie na długie spacery za miasto, zwiedzaliśmy ruiny zamków i wypatrywaliśmy leśnych ptaków. Nicky oświadczył mi się podczas jednej z naszych „ekspedycji”, a ja powiedziałam „tak”.

– Kiedy poznam twoich rodziców? – spytał.

– Nie poznasz.

– Ale przyjadą na ślub, prawda?

– Nie.

– To twoi rodzice.

– Nic mnie to nie obchodzi. Będziemy mieć mnóstwo innych gości.

Po ślubie Nicky uparcie próbował mnie skłonić do pogodzenia się z rodzicami.

– Nie możesz tak po prostu przestać z nimi rozmawiać – mówił.

A ja mogłam i nie rozmawiałam z nimi. To był taki sam związek jak każdy inny. Jeśli obie strony przestają się starać, związek więdnie i umiera.

Teren lekko tu opada, idę nakrapianą kałużami drogą. Od czasu do czasu oglądam się przez ramię, ale nikogo za mną nie ma. Mój brzuch jest ukryty pod płaszczem, czuję ciężar mojego dziecka w stawach biodrowych i ucisk na pęcherz. Niezgrabnie wspinam się na wał, chwytając się młodych drzewek. Gałązki i martwe liście pękają i kruszą się, zgniatane podeszwami moich butów. Docieram do rowu i przeskakuję go z gracją fruwającego hipopotama.

Słońce powoli nabiera mocy, jestem już zgrzana i spocona pod płaszczem. Idąc zygzakowatą drogą, docieram do kępy drzew obok ruin starej farmy. Słyszę wodę wpadającą do głębokiego stawu u podstawy jazu, który znajduje się jeszcze niżej.

Klękając na wilgotnej ziemi, odsuwam chwasty i gałęzie wina, wyrywam kępki roślin i wygrzebuję grudy ziemi. Powoli odsłaniam trzy niewielkie piramidy z kamieni umieszczone w równej odległości wokół niedużej polany. Kiedy jestem usatysfakcjonowana, zdejmuję płaszcz, kładę go na ziemi niczym koc piknikowy i opieram plecy o kruszącą się ścianę domu.

Znalazłam to miejsce dużo wcześniej, nim poznałam Nicky’ego. Miałam pewnie jedenaście czy dwanaście lat, jechałam rowerem wzdłuż ścieżki holowniczej, mijając Kirkstall Abbey i rozgałęzienie w stronę Horsforth. Pamiętam, jak pedałując w bawełnianej sukience i sandałach, machałam barkom, które pokonywały śluzę. Kiedy skręciłam, dojrzałam pozostałości komina ledwie widoczne przez drzewa. Przedzierając się przez jeżyny i wino, znalazłam zrujnowaną farmę, która wydała mi się niemal tak zaczarowana jak zamek z bajki uśpiony przed tysiącami lat.

Dużo później przywiozłam tam Nicky’ego, i on także zakochał się w tym miejscu. Powiedziałam, że powinniśmy kupić ten kawałek ziemi i odbudować dom, on mógłby tam pisać i mielibyśmy dużo dzieci. Nicky roześmiał się i odparł, żebym się tak nie śpieszyła, ale ja już próbowałam zajść w ciążę.

Seks bez zabezpieczenia był jak kupowanie zdrapki co dwadzieścia osiem dni, czyli oczekiwanie na wygraną, ale nic nie wygrałam. Odwiedzaliśmy różnych lekarzy i kliniki płodności, i gabinety medycyny alternatywnej. Szukałam ratunku w zastrzykach hormonalnych, witaminach, narkotykach, akupunkturze, hipnoterapii, chińskich ziołach i specjalnych dietach. Oczywistym kolejnym krokiem było zapłodnienie in vitro. Próbowaliśmy cztery razy, wydając nasze oszczędności, a każda następna porażka po raz kolejny łamała nam serca. Małżeństwo pełne nadziei zamieniło się w desperację.

Nicky nie chciał więcej próbować, zrobił to tylko dla mnie. Podczas tego ostatniego rzutu kostką jeden embrion przykleił się do mojej macicy niczym mięczak do skalistego brzegu. Nicky nazwał go naszym cudownym dzieckiem. Każdego dnia się zamartwiałam, bo nie wierzyłam w cuda.

Mijały tygodnie. Potem miesiące. Przybierałam na wadze. Odważyliśmy się wybrać imiona (Chloe dla dziewczynki i Jacob dla chłopca). Miałam za sobą trzydzieści dwa tygodnie ciąży, kiedy przestałam czuć ruchy dziecka. Od razu pojechałam do szpitala. Jedna z położnych podłączyła mnie do urządzenia i nie usłyszała bicia serca dziecka. Powiedziała, że znajduje się pewnie w niedostępnym akurat miejscu, ale ja wiedziałam, że coś jest nie tak. Przyszedł lekarz. Zrobił kolejne USG i nie stwierdził ani krążenia, ani bicia serca.

Powiedział, że noszę w sobie martwe dziecko. Trupa.

Płakaliśmy z Nickym nie wiem jak długo, razem przeżywaliśmy tę tragedię. Później tego samego dnia wywołali poród. Cierpiałam z bólu, parłam, ale nie usłyszałam płaczu dziecka. Nie przeżyłam radości. Kiedy podali mi zawiniątko, spojrzałam w oczy jeszcze ciepłej dziewczynki, która nie żyła wystarczająco długo, by nabrać do płuc powietrza czy otrzymać imię.

To właśnie tutaj przywieźliśmy jej prochy. Ja i Nicky. Pogrzebaliśmy Chloe obok zrujnowanej farmy, nad jazem, w naszym specjalnym miejscu. Obiecaliśmy sobie, że każdego roku w dzień urodzin Chloe będziemy tam przyjeżdżać – dziś właśnie wypada ten dzień – ale Nicky nigdy się na to nie zdobył. Oświadczył, że musimy żyć przyszłością. Nigdy tego nie rozumiałam. Ziemia się kręci. Czas mija. Poruszamy się naprzód, nawet gdy stoimy w miejscu.

Nasze małżeństwo nie przeżyło konsekwencji tej tragedii. W ciągu roku byliśmy w separacji. To moja wina, nie jego. Moja miłość do dziecka zawsze będzie większa niż miłość do dorosłego, ponieważ to wyjątkowa miłość, która nie jest oparta na fizycznej atrakcyjności, wspólnych doświadczeniach, intymnych rozkoszach czy wspólnie spędzanym czasie. Ona jest bezwarunkowa, niezmierzona, niewzruszona.

Rozwód był prosty i bezproblemowy. Pięć lat małżeństwa zakończyło się jednym śladem pióra. Nicky wyprowadził się z Londynu. Kiedy ostatnio miałam od niego wiadomość, mieszkał z nauczycielką w Newcastle, rozwódką z dwójką nastoletnich chłopców. Gotowa rodzina, wystarczy dodać wody i zamieszać.

Wyjmuję kanapkę z wołową pieczenią i napój bezalkoholowy, jem powoli, zbierając okruszki do ręki. Rudzik skacze po wiotkich gałęziach krzewu, przysiada na szczycie kopca Chloe i obraca się na boki. Rzucam okruchy na trawę, Rudzik zeskakuje na ziemię i dziobie mój poczęstunek, od czasu do czasu przekrzywia łepek i patrzy na mnie.

Dziś są urodziny Chloe, ale ja opłakuję wszystkie moje dzieci – te, które straciłam, i te, których nie uratowałam. Opłakuję je, ponieważ ktoś musi wziąć odpowiedzialność.

Zanim opuszczę polanę, rozpinam plecak i wyjmuję małe wieńce, starając się nie zgnieść płatków, kładę po jednym na każdym z kopczyków, wypowiadając imiona dzieci.

– Będę miała kolejne dziecko – mówię im. – Ale to nie znaczy, że będę was mniej kochać.

MEGHAN

Malowałam pokój dla dziecka, robiąc wzór przy użyciu szablonów. Nie jestem zbyt odważna, jeśli chodzi o wystrój domu. Obwiniam o to rodziców, którzy nie wierzyli, że pozwalanie dzieciom na twórczą ekspresję ma sens. Drzewa miały być zielone, a róże czerwone.

Usiłuję też pilnować Lachlana, który już zostawił ślady rąk na drzwiach i włożył pędzel do niewłaściwej puszki. To wszystko jest świetnym materiałem do mojego bloga, myślę, myjąc ręce w umywalce w pralni.

Lachlan nie jest zachwycony, że oczekuję kolejnego dziecka. Nie chodzi nawet o rywalizację rodzeństwa czy o to, że zostanie wygryziony z pozycji najmłodszego. On chciałby mieć rówieśnika do zabawy. Alternatywnym rozwiązaniem jest tylko szczeniak.

– Mamo, czemu to dziecko nie może mieć czterech lat? Tak jak ja?

– Bo nie zmieściłoby się w moim brzuchu – tłumaczę.

– Nie możesz go skurczyć?

– Nie za bardzo.

– Ale ty możesz się zrobić większa.

– Myślę, że jestem dosyć duża.

– Tatuś mówi, że jesteś gruba.

– Tatuś żartuje. – I dodaję w duchu: Dupek!

A skoro mowa o Jacku, zadzwonił z informacją, że dziś wieczorem będzie w domu, zamiast jechać pociągiem do Manchesteru. Był chyba w dobrym humorze. Od miesięcy dopracowuje pomysł na nowy program telewizyjny, w którym wielkie gwiazdy będą poruszać gorące sportowe tematy. Jack chce być prowadzącym. Przygotował prezentację, ale czeka na właściwy moment, by iść z tym do szefów.

– Nie kładź się, zaczekaj na mnie – powiedział.

– Czemu?

– Mam wieści.

Postanowiłam przygotować smaczną kolację – stek, ziemniaki i sałatkę z endywii. Typowe francuskie jedzenie. Otworzę nawet butelkę czerwonego wina, żeby pooddychało. Odkąd zaszłam w ciążę, trochę się lenię w kuchni. Przez pierwszy trymestr nie mogłam nawet myśleć o jedzeniu.

Idę na górę i biorę prysznic. Widzę swoje odbicie w lustrze. Obracam się bokiem i przyglądam się pośladkom i piersiom, ignorując rozstępy. Pochylam się w stronę lustra i zauważam dziwny kręcony włos wyrastający z mojej lewej skroni. Przyglądam mu się baczniej.

O mój Boże, mam siwy włos! Biorę pęsetę i wyrywam obce ciało, przypatruję mu się z bliska z nadzieją, że to może farba. Nie, jest zdecydowanie siwy. Kolejne upokorzenie. Zapisuję na blogu:

Dzisiaj znalazłam u siebie pierwszy siwy włos i trochę się przestraszyłam. Włos był pozbawiony koloru, a na końcu się kręcił. Byłam dumna, że nie mam (jeszcze) żadnych siwych włosów, a wiem, że inni wyrywają je i farbują od dwudziestego pierwszego roku życia.

Cóż, niszczące skutki upływu czasu stają się widoczne. Co będzie następne? Zmarszczki? Żylaki? Menopauza? Nie będę panikować. Mam przyjaciółki w moim wieku, które żyją w kompletnym zaprzeczeniu, odmawiają nawet myślenia o czterdziestce i mówią wszystkim: „Nie ma tu nic ciekawego do oglądania! Idźcie dalej!”.

Kiedyś się z nich śmiałam, ale teraz znalazłam siwy włos na swojej głowie. Chcę to złożyć na karb stresu z powodu ciąży, ale według Google’a nie ma dowodu na związek stresu z siwieniem. Podobnie jest z traumą czy długim przebywaniem na słońcu. Dobra wiadomość jest taka, że siwy włos można wyrwać bez strachu, że na jego miejscu wyrosną trzy nowe. Zła wiadomość jest taka, że zostało mi jakieś dziesięć lat, nim siwizna stanie się moim naturalnym kolorem.

Taa. Akurat. Po moim trupie.

Po napisaniu tego postu zaczynam czytać nowe komentarze. Większość z nich jest miła i wspierająca, ale od czasu do czasu trollują mnie ludzie, którzy nie lubią „bezmyślnego paplania” albo mówią mi, żebym „przestała się mądrzyć”. Nazywano mnie tu już zdzirą, malkontentką i szmatą. Co gorsza, także złą matką, bo oddałam Lachlana do przedszkola i jestem winna „tyranizowania” kobiet, które nie mogą mieć dzieci, a także osobiście odpowiedzialna za globalne przeludnienie, ponieważ spodziewam się trzeciego dziecka.

W zeszłym tygodniu ktoś napisał:

Kocham dźwięk, jaki wydajesz, kiedy się w końcu, kurwa, zamykasz.

Ktoś inny dodał:

Twój mąż musi lubić budzić się z pchłami.

Wyrzucam obraźliwe komentarze, ale nie te negatywne, bo najwyraźniej każdy ma prawo do wyrażania swojej opinii, nawet ignorant czy ordynus.

Jack przyjeżdża do domu po dziewiątej. Ja już zasnęłam na kanapie. Pochyla się i całuje mnie w czoło.

– Wybacz – mówię, unosząc się i całując go jak trzeba.

Pomaga mi się podnieść. Nalewam mu kieliszek wina.

– Jak ci minął dzień?

– Świetnie. Nie mogło być lepiej. – Zadowolony z siebie siedzi przy kuchennym stole.

– Mam zgadywać?

– Powiem ci przy kolacji.

Nie może się doczekać kiedy polewam sałatę dressingiem, mówi mi wszystko:

– Przedstawiłem dzisiaj mój pomysł na nowy show. Bardzo im się spodobał. Rozumiesz, Bailey, Turnbull, cała ekipa była podekscytowana. Włożą to do ramówki na wiosnę.

– Będziesz prowadzącym?

– Na pewno. W końcu to mój pomysł.

Czuję ukłucie niepokoju, ale nie chcę psuć Jackowi nastroju.

– Kiedy będziesz wiedział?

– W ciągu paru tygodni. – Pieści mój kark i ściska pośladki. Żartobliwie go odpycham i każę umyć ręce. Od wieków nie był tak radosny. Może wszystko idzie ku lepszemu. Nowa praca, więcej pieniędzy i dziecko – jest tyle sposobów na to, by iść naprzód, i tylko jeden, żeby utkwić w miejscu.

Tytuł oryginału: The Secret She Keeps

Pierwsze wydanie: Sphere, Great Britain 2017

Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Redaktor prowadzący: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Jakub Sosnowski

Korekta: Sylwia Kozak-Śmiech

© 2017 by Bookwrite Pty

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2018

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC.

Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce: Trevillion Images.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN: 978-83-276-3052-0

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.