Radykalni. Terror - Przemysław Piotrowski - ebook + audiobook
Opis

Rok 2023. Europa powoli traci integralność, a wielomilionowa migracja muzułmanów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu zalewa targany konfliktami kontynent. Układ z Schengen to przeszłość, strefy szariatu w największych metropoliach rozrastają się w zastraszającym tempie, imigranckie getta toczy rak radykalnego islamu. W odpowiedzi do głosu zaczyna dochodzić skrajna prawica. Kuba Polak na wymianie studenckiej w Hiszpanii zakochuje się w pięknej Arabce, z którą spodziewa się dziecka. Jego szczęście nie trwa jednak długo… wybranka pada ofiarą zabójstwa honorowego, a on wraz ze swoim przyjacielem Michałem ledwo uchodzą z życiem. Kiedy uprowadzona zostaje partnerka Michała, mężczyźni wraz z jej bratem Krzyśkiem, żołnierzem Legii Cudzoziemskiej, ruszają za mordercami Nawal i porywaczami Moniki. Ich droga przez tętniącą wzbierającą nienawiścią Europę staje się dla młodych ludzi przeprawą przez piekło. "Radykalni. Terror" to mroczna wizja Starego Kontynentu, która wcale nie jest tak nieprawdopodobna i odległa, jak mogłoby się nam wydawać. To historia młodych ludzi, którzy wkraczają w życie, gdy świat zaczyna trząść się w posadach, aby wkrótce runąć i zalać wszystkich falą niewyobrażalnego okrucieństwa. To dopiero początek. Wojna jest nieuchronna. Ludzie znów będą zabijać w imię Boga…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 552

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 35 min

Lektor: Marcin Popczyński

Popularność


Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki

Da­riusz Ko­cu­rek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2017

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 32-348-31-33

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

tekst © Prze­my­sław Pio­trow­ski

ISBN 978-83-7835-589-2

Uko­cha­nym ro­dzi­com. Dzię­ku­ję, za wszyst­ko.

Prolog

Gruz, pył i zgni­li­zna. Zgni­li­zna na po­lach, na far­mach, na uli­cach miast. Zgni­li­zna, któ­ra wy­peł­nia na­sze ser­ca i du­sze. Wszy­scy bro­dzi­my w niej po pas, wy­rwać się nie spo­sób. Jest wszę­dzie, ota­cza nas cuch­ną­cym pier­ście­niem, żywi się reszt­ka­mi na­szej ener­gii, wy­sy­sa ostat­nie ludz­kie od­ru­chy.

To jest mój świat. Mrocz­ny, plu­ga­wy i zły do szpi­ku ko­ści. Po­nu­ry jak ścier­ni­sko przed bu­rzą, su­ro­wy jak ostrze sa­mu­raj­skie­go mie­cza, pod­ły jak oj­ciec gwał­cą­cy swo­je dzie­ci. Dla­te­go je­śli jesz­cze nie pod­ję­li­ście osta­tecz­nej de­cy­zji, szcze­rze od­ra­dzam lek­tu­rę, bo po niej już ni­g­dy nie bę­dzie­cie tacy sami. Po­zna­nie przy­szło­ści to dar, któ­ry rów­nie do­brze może oka­zać się prze­kleń­stwem. Klą­twą, któ­ra już po raz trze­ci rzu­ci­ła ludz­kość na skraj za­gła­dy. W ot­chłań naj­czyst­sze­go, pier­wot­ne­go zła…

Mam na imię Ja­kub Kry­stian Po­lak, ale mów­cie mi Kuba. Mam trzy­dzie­ści trzy lata i naj­chęt­niej już daw­no strze­lił­bym so­bie w łeb. Nie­ste­ty, nie mogę. Trwa woj­na i je­śli chce­cie po­znać moją hi­sto­rię, do­brze się nad tym za­sta­nów­cie, bo już ni­g­dy nie zdo­ła­cie o niej za­po­mnieć. Mat­kę zgwał­co­no i za­rżnię­to jak świ­nię, bro­nią­ce­mu ją ojcu od­rą­ba­no gło­wę, moja ko­bie­ta udu­si­ła się po tym, jak ob­la­no ją żrą­cym kwa­sem. Jest jesz­cze Anna, wła­ści­wie Ania, moja młod­sza sio­stra. Żyję dla niej i w za­sa­dzie tyl­ko dla niej. Mógł­bym po­wie­dzieć, że dla wszyst­kich ko­biet, dzie­ci, star­ców, do­brych lu­dzi, któ­rzy nie chcą pod­dać się tej okrut­nej ty­ra­nii. To jed­nak by­ły­by tyl­ko pu­ste sło­wa, może na­wet zwy­kłe kłam­stwo.

Ania jest dla mnie wszyst­kim i będę bro­nił jej do ostat­niej kro­pli krwi. Nie po­zwo­lę, aby kie­dy­kol­wiek wpa­dła w brud­ne łap­ska tych cho­rych skur­wy­sy­nów. Oni są jak za­ra­za, jak rak pod­stęp­nie roz­wi­ja­ją­cy się w zdro­wym cie­le, zaj­mu­ją­cy ko­lej­ne ko­mór­ki, per­fid­nie ży­wią­cy się nimi. Nie zna­ją li­to­ści, nie wie­dzą, co to współ­czu­cie, w ich ję­zy­ku nie ist­nie­je sło­wo „mi­ło­sier­dzie”. Ich księ­ga im tego za­bra­nia, ich Bóg im na to nie po­zwa­la. Dla nich je­ste­śmy tyl­ko świ­nia­mi.

Nie wiem, czy ktoś z was kie­dy­kol­wiek wi­dział woj­nę na wła­sne oczy. Nie­któ­rzy może, więk­szość pew­nie ni­g­dy nie mia­ła stycz­no­ści z tru­pem. Świ­sta­ją­ce kule, huk wy­strza­łów, na­wo­ły­wa­nia prze­ło­żo­nych za­grze­wa­ją­cych do wal­ki, w koń­cu he­ro­icz­ny bój z nie­przy­ja­cie­lem — pew­nie więk­szość wła­śnie tak so­bie ją wy­obra­ża. Kie­dyś pew­nie mie­li­by­ście ra­cję, woj­na za­wsze mia­ła w so­bie ja­kąś ro­man­tycz­ną głę­bię, przy­cią­ga­ła lu­dzi jak ma­gnes, po­tra­fi­ła wy­zwa­lać w nich po­kła­dy nie­praw­do­po­dob­nych emo­cji. Na lek­cjach hi­sto­rii nasi za­wsze byli tymi do­bry­mi, źli prę­dzej czy póź­niej prze­gry­wa­li. Ta woj­na jest inna, po sto­kroć plu­ga­wa. Nie my ją wy­wo­ła­li­śmy, ale to my je­ste­śmy pierw­szym ba­stio­nem opo­ru wo­bec wszech­ogar­nia­ją­ce­go zła. Zła pier­wot­ne­go, któ­re po raz pierw­szy może za­pa­no­wać nad ca­łym zna­nym nam świa­tem. Przez dłu­gie lata kar­mi­ło się na­szą do­bro­cią i na­iw­no­ścią, aż jego sie­pa­cze w koń­cu ru­szy­li mor­do­wać. Spod ich ostrzy nie ucho­dzą na­wet nie­mow­lę­ta…

Nie mam za­mia­ru was umo­ral­niać ani tym bar­dziej mó­wić, co jest do­bre, a co złe. Tego nie osą­dzi na­wet sama hi­sto­ria, bo za­de­cy­du­je zwy­cięz­ca, je­śli w ogó­le po­zo­sta­nie po nas co­kol­wiek prócz ra­dio­ak­tyw­ne­go pyłu. Ta woj­na to nie tyl­ko bi­twa na­ro­dów czy cy­wi­li­za­cji. To roz­strzy­ga­ją­cy bój po­mię­dzy do­brem i złem, Bo­giem i Sza­ta­nem, mi­ło­ścią i nie­na­wi­ścią. Roz­strzy­ga­ją­cy i nie­odwo­łal­ny. Ar­ma­ged­don. Sąd osta­tecz­ny.

Nie wiem, czy chcę do­trwać koń­ca, pew­nie ni­ko­mu z nas nie bę­dzie to dane. Ludz­kość stra­ci­ła kon­tro­lę, spu­ści­ła ze smy­czy naj­gor­sze kosz­ma­ry. Be­stie ru­szy­ły na żer, go­to­we na okru­cień­stwa, ja­kich nie je­ste­ście w sta­nie so­bie na­wet wy­obra­zić. Nie dają mi wy­bo­ru. Mu­szę wy­pu­ścić swo­ją. Niech na­sy­ci się krwią wro­gów.

KUBA

19 sierp­nia 2023 roku, La Man­ga, Hisz­pa­nia

To była chy­ba naj­pięk­niej­sza noc w moim ży­ciu. Dłu­ga, go­rą­ca, wy­peł­nio­na sza­lo­nym i na­mięt­nym sek­sem z moją cu­dow­ną Na­wal. Ko­cha­li­śmy się na da­chu ho­te­lu Lon­dres, z któ­re­go roz­ta­czał się cu­dow­ny wi­dok na roz­dzie­lo­ny wo­da­mi Mo­rza Śród­ziem­ne­go z jed­nej stro­ny i Mo­rza Mniej­sze­go z dru­giej, dłu­gi na pięt­na­ście ki­lo­me­trów i wą­ski na za­le­d­wie kil­ka­set me­trów pół­wy­sep o dźwięcz­nie brzmią­cej na­zwie La Man­ga. Cie­płe po­dmu­chy bry­zy mu­ska­ły na­sze na­gie cia­ła, zgiełk ba­wią­cych się na uli­cach lu­dzi tyl­ko pod­sy­cał zmy­sło­wą at­mos­fe­rę. Gdy za­sy­pia­li­śmy, sły­chać było już tyl­ko szum fal, a na bez­chmur­nym nie­bie skrzy­ły się ty­sią­ce gwiazd opla­ta­ją­cych księ­życ w peł­ni.

Czu­łem, jak wy­peł­nia mnie mi­łość. Ni­g­dy cze­goś po­dob­ne­go nie do­świad­czy­łem, ale po raz pierw­szy w ży­ciu zro­zu­mia­łem, że do ko­bie­ty moż­na czuć coś wię­cej niż tyl­ko po­żą­da­nie. Po­mi­mo mło­de­go wie­ku po­sia­dłem ich już kil­ka­na­ście, ale z żad­ną z nich nie mia­łem za­mia­ru wią­zać się na sta­łe. Po­przed­nia, czar­no­skó­ra Bo­li­wij­ka o imie­niu Bir­gi­nia, któ­rą po­zna­łem pod­czas jed­nej z im­prez w po­bli­skiej Mur­cji, była cu­dow­na, ale prócz ba­jecz­ne­go sek­su i swo­iste­go sza­cun­ku nie czu­łem do niej nic wię­cej. Vic­ky, bo tak w skró­cie mó­wi­li do niej przy­ja­cie­le, lub ga­ti­ta czymo­re­ni­ta, jak zwra­ca­łem się do niej ja, po­zwo­li­ła mi od­kryć zu­peł­nie nowy wy­miar tego, co moż­na ro­bić z ko­bie­tą w łóż­ku. Była też cu­dow­ną, do­brą i wier­ną oso­bą, któ­ra za­słu­gi­wa­ła na praw­dzi­we szczę­ście. Od­sze­dłem, bo wie­dzia­łem, że nie będę w sta­nie jej go ofia­ro­wać. Była o sześć lat star­sza, mia­ła sied­mio­let­nie­go syna. A ja? Wiecz­nie ba­lu­ją­cy stu­dent, któ­ry w gło­wie miał nie­wie­le wię­cej niż kil­ka zwo­jów mó­zgo­wych na­sta­wio­nych je­dy­nie na trzy rze­czy: la­ski, tre­ning i im­pre­zy do sa­me­go rana. Chło­pa­ka na­wet po­lu­bi­łem, cza­sem pro­si­ła mnie, abym pod jej nie­obec­ność się nim za­jął, zda­rza­ło się po­móc mu w od­ra­bia­niu lek­cji, raz na­wet za­bra­łem go na mecz. Nie wi­dzia­łem jed­nak swo­jej przy­szło­ści z Vic­ky. Po­wie­cie, że by­łem ego­istą, i nie bę­dzie­cie się my­lić. Do tej pory by­łem cho­ler­nym ego­istą. Ona w pew­nym mo­men­cie chy­ba uwie­rzy­ła, że coś z tego może być, dla mnie było to tyl­ko osiem mie­się­cy na­sy­co­nych na­mięt­ny­mi unie­sie­nia­mi. Ten układ mu­siał się w koń­cu wy­czer­pać. To było zbyt pięk­ne, a ży­cie rzad­ko skła­da się je­dy­nie z chwil cud­nych i upoj­nych. Dziś wiem, że jest wręcz prze­ciw­nie, że ży­cie to pa­smo bólu i cier­pie­nia.

To jed­nak jesz­cze nie był ten czas, choć już wte­dy nic nie mo­gło za­trzy­mać po­nu­re­go prze­zna­cze­nia. Nie przy­wią­zy­wa­łem więc do tego spe­cjal­nej wagi i bra­łem z ży­cia gar­ścia­mi to, co naj­lep­sze. Po­że­gna­łem się z Vic­ky i na wio­snę wy­ru­szy­łem do La Man­gi, im­pre­zo­wej mek­ki wy­brze­ża Co­sta del Sol, nie­mal w ca­ło­ści wy­peł­nio­nej ho­te­la­mi, knaj­pa­mi i dys­ko­te­ka­mi. Stu­denc­kie ży­cie Era­smu­sa nie było ła­twe, kasy bra­ko­wa­ło nie­mal za­wsze, więc trze­ba było do­ro­bić tro­chę w miej­scu, gdzie na­piw­ki od an­giel­skich i nie­miec­kich tu­ry­stów po­zwa­la­ły uciu­łać tro­chę gro­sza na na­stęp­ny rok. Tak wy­lą­do­wa­łem za ba­rem ho­te­lu Lon­dres, a w nim po­zna­łem moją obec­ną mi­łość, dziew­czy­nę pro­sto z ma­ro­kań­skiej pu­sty­ni, ślicz­ną i ta­jem­ni­czą Na­wal.

Pierw­szy raz uj­rza­łem ją w tej głu­piej bia­łej ko­szul­ce z ko­ron­ko­wym koł­nie­rzy­kiem. Mia­ła na so­bie czar­ną spód­ni­cę do ko­lan, któ­ra do­sko­na­le pod­kre­śla­ła jej kształt­ne po­ślad­ki, wień­czą­ce dłu­gie i nie­sa­mo­wi­cie zgrab­ne nogi. Krę­co­ne blond wło­sy — tak, blond, bo zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie je wte­dy far­bo­wa­ła, co dość szyb­ko zdo­ła­łem wy­bić jej z gło­wy, tym bar­dziej że efekt przy­po­mi­nał ko­lor wy­ja­ło­wio­nej sier­ści lisa — opa­da­ły na jej ra­mio­na i jędr­ne pier­si. Pod­kre­ślo­ne brą­zo­wą — to było po­łą­cze­nie ja­kie­goś czer­wo­ne­go, brą­zo­we­go i… ech, je­stem fa­ce­tem i nie znam się na ko­lo­rach — szmin­ką peł­ne usta do­słow­nie jak­by pro­si­ły, aby do nich przy­lgnąć i za­to­pić się w roz­ko­szy ich ca­ło­wa­nia. To jed­nak, co zro­bi­ło na mnie naj­więk­sze wra­że­nie, to jej oczy. Duże, nie, wiel­kie, wręcz ogrom­ne oczy błysz­cza­ły ja­skra­wą zie­le­nią, mie­ni­ły się jak dwa do­rod­ne szma­rag­dy w pro­mie­niach za­cho­dzą­ce­go słoń­ca i od pierw­sze­go wej­rze­nia mnie znie­wo­li­ły. To jed­no spoj­rze­nie — nie­co ko­kie­te­ryj­ne, odro­bi­nę cza­ru­ją­ce i ku­szą­ce, a jed­no­cze­śnie tak na­tu­ral­ne i swo­bod­ne — do­słow­nie ścię­ło mnie z nóg. Do­słow­nie, bo idąc w kie­run­ku baru, za­my­śli­łem się i za­ha­czy­łem o pod­wyż­sze­nie, przez co z im­pe­tem grzmot­ną­łem o bar i oszo­ło­mio­ny osu­ną­łem się na pod­ło­gę. Wte­dy ona pod­bie­gła i przy­ło­ży­ła do guza, ro­sną­ce­go z pręd­ko­ścią bły­ska­wi­cy tuż nad skro­nią, kil­ka ko­stek lodu. Pa­mię­tam te uro­cze zie­lo­ne oczy, je­dwa­bi­ste wło­sy na mo­ich po­licz­kach i ten śmiesz­ny ko­ron­ko­wy koł­nie­rzyk. Pierw­szy dzień w pra­cy mia­łem z gło­wy i drża­łem, żeby szef nie wy­rzu­cił ta­kie­go fajt­ła­py. Ech, w su­mie nie ba­łem się zwol­nie­nia, ale tego, że mogę stra­cić moż­li­wość co­dzien­ne­go prze­by­wa­nia z cu­dem na­tu­ry, któ­ry spo­wo­do­wał, że mój upa­dek stał się tym, czym dla wie­lu lu­dzi jest ta cien­ka czer­wo­na li­nia, po prze­kro­cze­niu któ­rej już nie ma moż­li­wo­ści po­wro­tu.

Za­ko­cha­łem się. Za­ko­cha­łem się bez pa­mię­ci, zu­peł­nie od­le­cia­łem, stra­ci­łem kon­tro­lę, po­czu­łem słyn­ne mo­ty­le w brzu­chu. Jak sza­lo­ne fru­wa­ły i roz­bi­ja­ły się po ca­łym moim cie­le, a ja po pro­stu pie­lę­gno­wa­łem moje uczu­cie z każ­dą mi­nu­tą, go­dzi­ną, każ­dym ko­lej­nym dniem.

W koń­cu, po pra­wie mie­sią­cu pod­cho­dów, Na­wal mi ule­gła, a ja po­ca­ło­wa­łem ją po raz pierw­szy. Ni­g­dy nie za­po­mnę tej chwi­li. Był póź­ny wie­czór, tuż przed pół­no­cą. Wła­śnie skoń­czy­li­śmy pra­cę i wy­pi­li­śmy po drin­ku w to­wa­rzy­stwie przy­ja­ciół. Al­ko­hol do­dał mi odro­bi­ny od­wa­gi i wy­cho­dząc z lo­ka­lu, za­pro­po­no­wa­łem jej spa­cer po pla­ży, na co — przy mo­jej we­wnętrz­nej i nie­opi­sa­nej wręcz ra­do­ści — ocho­czo przy­sta­ła. Szli­śmy tak wzdłuż brze­gu, bro­dząc sto­pa­mi w roz­bi­ja­ją­cych się fa­lach, roz­ma­wia­li­śmy o pra­cy, po­tem o ży­ciu, pla­nach na przy­szłość. W koń­cu usie­dli­śmy i wpa­tru­jąc się w gwiaz­dy, umil­kli­śmy. To był ten mo­ment, kie­dy mu­sia­łem za­ry­zy­ko­wać, więc z du­szą na ra­mie­niu do­tkną­łem jej dło­ni. Nie opo­no­wa­ła, za­miast tego de­li­kat­nie za­klesz­czy­ła swo­je pal­ce na mo­ich i spoj­rza­ła na mnie tymi wiel­ki­mi szma­rag­do­wy­mi ocza­mi, jak­by chcia­ła mnie prze­świe­tlić, a ra­czej prze­wer­to­wać moją du­szę kart­ka po kart­ce. Do­pie­ro po kil­ku se­kun­dach, któ­re trwa­ły dla mnie praw­dzi­wą wiecz­ność, od­wa­ży­łem się ją po­ca­ło­wać. Od­wza­jem­ni­ła po­ca­łu­nek, a po­tem na­mięt­nie ko­cha­li­śmy się na pla­ży przez całą noc. Świat za­wi­ro­wał…

To było bli­sko pół roku temu, a ja dziś ko­cha­łem ją jesz­cze moc­niej. Wczo­raj wie­czo­rem Na­wal po­wie­dzia­ła mi, że jest w trze­cim mie­sią­cu cią­ży, a ja przy­ją­łem tę no­wi­nę z wiel­ką ra­do­ścią. Ni­g­dy bym nie przy­pusz­czał, że mogę tak za­re­ago­wać na wia­do­mość o tym, że dziew­czy­na nosi w brzu­chu moje dziec­ko, przy­naj­mniej nie te­raz. Gdy jed­nak usły­sza­łem to z jej ust — a mu­szę do­dać, że wi­dzia­łem w jej oczach nie­po­kój, jak ją przyj­mę — moje ser­ce za­bi­ło do niej, a w za­sa­dzie do nich dwo­je, jesz­cze więk­szą mi­ło­ścią. Po pro­stu ko­cha­łem ją po­nad wszyst­ko, ona była mi prze­zna­czo­na, z nią chcia­łem spę­dzić resz­tę ży­cia, wy­cho­wy­wać wspól­nie dzie­ci i się ze­sta­rzeć. Cu­dow­ne, ab­so­lut­nie wy­jąt­ko­we i nie­po­wta­rzal­ne uczu­cie. Od­dał­bym za nią ży­cie.

Dzi­siej­sza po­bud­ka była jak zwy­kle cu­dow­na i — jak to Na­wal mia­ła w zwy­cza­ju — za­ska­ku­ją­ca. Sen prze­obra­ził się w jawę, a może to jawa roz­bu­ja­ła sen­ne wi­zje… W każ­dym ra­zie ock­ną­łem się w mo­men­cie, gdy już nie­mal do­cho­dzi­łem w ustach mo­jej uko­cha­nej. Ja­kimś cu­dem uda­ło mi się nie wy­bu­dzić do mo­men­tu, aż moim cia­łem wstrzą­snę­ły gwał­tow­ne, nie­zwy­kle przy­jem­ne spa­zmy i po chwi­li mak­sy­mal­ne­go na­pię­cia znów bez­wład­nie opa­dłem na roz­ło­żo­ny koc. Po­czu­łem, jak cie­pło wy­peł­nia moje żyły, a kil­ka po­dmu­chów mor­skiej bry­zy pró­bu­je nie­co schło­dzić roz­grza­ne zmy­sły. Po chwi­li spod koca wy­su­nął się kru­czo­czar­ny pu­kiel krę­co­nych wło­sów, na­stęp­nie dwa szma­rag­dy i wy­dat­ne usta. Na­wal z de­li­kat­nym, nie­co trud­nym do roz­szy­fro­wa­nia uśmie­chem po­ło­ży­ła gło­wę na mo­jej pier­si i ob­ję­ła tors pra­wą ręką.

Cu­dow­na ko­bie­ta…

Le­że­li­śmy tak w mil­cze­niu przez kil­ka na­stęp­nych mi­nut, czu­łem na szyi jej go­rą­cy od­dech, na cie­le ak­sa­mit skó­ry, krę­co­ne ko­smy­ki de­li­kat­nie ła­sko­ta­ły moje ra­mię. Tar­cza słoń­ca le­ni­wie za­czę­ła uno­sić się nad ho­ry­zon­tem, a jego pro­mie­nie wkrót­ce oświe­tli­ły na­sze zmę­czo­ne, choć szczę­śli­we twa­rze. Tak, by­łem wte­dy szczę­śli­wy, by­li­śmy obo­je. My­ślę, że czu­ła się przy mnie bez­piecz­na, przy­naj­mniej w tej ma­gicz­nej chwi­li. Jej ser­ce biło moc­no, jak­by chcia­ło wy­rwać się z pier­si, nie­mal sły­sza­łem jego ko­lej­ne ude­rze­nia. Nie ze stra­chu, a z mi­ło­ści. Cie­szy­ło mnie to, prze­peł­nia­ło mę­ską dumą i dziw­nym uczu­ciem, któ­re­go ni­g­dy wcze­śniej nie do­zna­łem. Jak­bym od tej chwi­li stał się jej obroń­cą, opie­ku­nem i straż­ni­kiem w jed­nej oso­bie. Ich obroń­cą…

W tym krót­kim mo­men­cie — zu­peł­nie nie wiem, dla­cze­go przy­szło mi to do gło­wy — za­pra­gną­łem się jej oświad­czyć. Gdy­bym tyl­ko miał pier­ścio­nek, naj­le­piej taki z wiel­kim zie­lo­nym szma­rag­dem, któ­ry do­sko­na­le pa­so­wał­by do ko­lo­ru jej oczu, je­stem nie­mal pew­ny, że bym to wte­dy uczy­nił. Nie by­łem jed­nak przy­go­to­wa­ny na taką ewen­tu­al­ność i zde­cy­do­wa­łem, że zro­bię to przy naj­bliż­szej oka­zji. Nie że­bym się prze­stra­szył, a tym bar­dziej spa­ni­ko­wał. Po pro­stu chcia­łem, aby ten mo­ment był ide­al­ny, żeby Na­wal po­czu­ła się jak praw­dzi­wa księż­nicz­ka, któ­rą zresz­tą od za­wsze dla mnie była. Cu­dem na­tu­ry, bo­skim da­rem, na któ­ry nie za­słu­ży­łem, ale któ­ry zo­stał mi ofia­ro­wa­ny, aby zmie­nić moje mar­ne i pu­ste ży­cie.

Dziś bar­dzo ża­łu­ję, że tego nie zro­bi­łem. Wte­dy ta hi­sto­ria może po­to­czy­ła­by się zu­peł­nie ina­czej…

— Wo­lał­byś chłop­ca czy dziew­czyn­kę? — spy­ta­ła znie­nac­ka, ale nie mu­sia­łem się dłu­go za­sta­na­wiać.

— Syna — od­par­łem bez na­my­słu. — Póź­niej mo­że­my zmaj­stro­wać cór­kę — do­da­łem żar­to­bli­wie i po­ca­ło­wa­łem ją w usta.

Wte­dy po raz pierw­szy po­czu­łem ukłu­cie stra­chu na myśl o tym, co nas cze­ka. O od­po­wie­dzial­no­ści. Wciąż by­łem je­dy­nie bied­nym, choć za­ko­cha­nym po uszy stu­den­tem, nie mia­łem ani pew­nej pra­cy, ani kon­kret­nych per­spek­tyw na przy­szłość. Co praw­da zna­łem się na pro­gra­mo­wa­niu i two­rze­niu stron in­ter­ne­to­wych, dzię­ki cze­mu już te­raz po­tra­fi­łem od cza­su do cza­su pod­ła­pać ja­kąś fu­chę, ale żeby po­waż­nie my­śleć o tym, jak o źró­dle utrzy­ma­nia dla mo­jej ro­dzi­ny, trze­ba było skoń­czyć stu­dia, za­li­czyć ma­gi­ster­kę w Pol­sce, a po­tem zna­leźć sta­łą i pew­ną pra­cę. Wy­pa­da­ło­by też przed­sta­wić Na­wal ro­dzi­com, wcze­śniej oświad­czyć się, w koń­cu wziąć ślub.

Ten na­gły na­wał my­śli nie­co mnie przy­tło­czył, ale nie ze­psuł do­sko­na­łe­go na­stro­ju. Za­wsze po­tra­fi­łem so­bie po­ra­dzić, więc i tym ra­zem wszyst­ko po­win­no się ja­koś uło­żyć. Chy­ba naj­bar­dziej oba­wia­łem się tego, jak przed­sta­wię ro­dzi­com tę no­wi­nę. Mama, choć mia­ła swo­je lęki, po­tra­fi­ła jesz­cze po­dejść do te­ma­tu roz­sąd­nie. Go­rzej wy­glą­da­ło to z oj­cem, któ­ry od lat był za­twar­dzia­łym is­la­mo­fo­bem i na każ­dym kro­ku pod­kre­ślał, że „cia­pu­chy, ko­zo­jeb­cy czy tur­ba­nia­rze” za­le­ją Eu­ro­pę i prę­dzej czy póź­niej po­wsta­ną prze­ciw nam, rdzen­nym miesz­kań­com kon­ty­nen­tu. Szcze­rze nie­na­wi­dzi­łem u nie­go tego za­ścian­ko­we­go po­dej­ścia, ale ak­cep­to­wa­łem i trak­to­wa­łem jako for­mę stra­chu przed nie­zna­nym i nie­zro­zu­mia­łym, bo je­dy­ny kon­takt z wy­znaw­ca­mi is­la­mu oj­ciec miał w za­sa­dzie tyl­ko w Ber­li­nie, gdzie rze­czy­wi­ście sta­li się już sto­sun­ko­wo spo­rym pro­ble­mem, zaj­mu­jąc bli­sko po­ło­wę mia­sta i spo­ra­dycz­nie do­ma­ga­jąc się wpro­wa­dze­nia pra­wa sza­ria­tu. Po­mi­ja­jąc od lat miesz­ka­ją­cych tam Tur­ków, byli to w głów­nej mie­rze imi­gran­ci z naj­bar­dziej za­co­fa­nych re­li­gij­nie Ira­ku, Afga­ni­sta­nu czy Pa­ki­sta­nu, a na ich pod­sta­wie nie moż­na było oce­niać ca­łej spo­łecz­no­ści. Sam mia­łem w ży­ciu do czy­nie­nia z set­ka­mi mu­zuł­ma­nów i wie­dzia­łem, że zde­cy­do­wa­na więk­szość z nich jest zu­peł­nie nor­mal­na, a sa­la­fic­cy eks­tre­mi­ści, gło­szą­cy chęć po­wro­tu do re­li­gii przod­ków, to je­dy­nie mar­gi­nes. W każ­dym ra­zie przed­sta­wie­nie ojcu przy­szłej sy­no­wej mo­gło na­strę­czyć pew­nych pro­ble­mów, bo choć Na­wal mó­wi­ła mi, że jest mu­zuł­man­ką je­dy­nie z uro­dze­nia i hoł­du­je ra­czej la­ic­kie­mu po­dej­ściu do ży­cia, to jej śnia­da cera i po­łu­dnio­we geny mu­sia­ły spo­wo­do­wać, że wnuk lub wnucz­ka będą bar­dziej „eg­zo­tycz­ni”. We­dług słow­ni­ka mo­je­go ojca miał być w po­ło­wie „cia­pu­chem”…

Od­rzu­ci­łem tę myśl, bo wi­dok roz­cza­ro­wa­nia na twa­rzy ojca był w tej chwi­li ostat­nim, ja­kie­go po­trze­bo­wa­łem. W su­mie to gów­no mnie to ob­cho­dzi­ło. Mu­siał za­ak­cep­to­wać Na­wal i przy­wyk­nąć do tego, że bę­dzie jego sy­no­wą, któ­ra uro­dzi mu wnu­ka lub wnucz­kę. Aż ta­kim za­co­fa­nym bu­ra­kiem, któ­ry nie był­by w sta­nie za­ak­cep­to­wać wy­bo­ru swo­je­go syna, to chy­ba nie był. Taką przy­naj­mniej mia­łem na­dzie­ję.

Na­wal wciąż le­ża­ła na mo­jej pra­wej pier­si, na le­wej ry­su­jąc pa­znok­ciem ja­kieś so­bie tyl­ko zna­ne wzo­ry. Czu­łem bi­cie jej ser­ca i mia­łem nie­od­par­te wra­że­nie, że nie jest do koń­ca pew­na — i tu nie po­tra­fię tego jed­no­znacz­nie oce­nić — mo­je­go do niej uczu­cia czy ogól­nie in­ten­cji, ja­kie mną kie­ru­ją, po­wie­dział­bym, że by­łem w sta­nie zwie­trzyć na­wet nut­kę stra­chu.

— Ni­g­dy mnie nie skrzyw­dzisz? — Jej py­ta­nie tra­fi­ło nie­mal w sed­no tego, co wy­czu­wa­łem, wsłu­chu­jąc się w jej płyt­ki od­dech i szyb­ko bi­ją­ce ser­ce, choć mu­szę przy­znać, że mimo wszyst­ko się go nie spo­dzie­wa­łem.

— Ni­g­dy, Na­wal — od­rze­kłem i przy­ci­sną­łem ją do sie­bie nie­co moc­niej. — Ko­cham cię i zro­bię wszyst­ko, abyś była ze mną szczę­śli­wa. A każ­de­mu, kto bę­dzie chciał mi cię ode­brać, to…

Nie po­zwo­li­ła mi do­koń­czyć, tyl­ko po­ło­ży­ła pa­lec wska­zu­ją­cy na mo­ich ustach i szep­nę­ła do ucha, że mi ufa i mnie ko­cha. Mo­ty­le znów roz­ło­ży­ły w moim brzu­chu swo­je ko­lo­ro­we skrzy­dła, a do krwi chlu­snę­ło tsu­na­mi bło­giej se­ro­to­ni­ny. Kil­ka głę­bo­kich po­ca­łun­ków spo­wo­do­wa­ło, że znów by­łem „go­to­wy”, ale gdy nie­chcą­cy opar­łem rękę o bla­chę po­kry­wa­ją­cą da­cho­wy wy­wietrz­nik w kształ­cie grzyb­ka, opa­rzy­łem się.

— Chodź­my do po­ko­ju, bo za­raz się tu usma­ży­my jak dwa kur­czacz­ki — rzu­ci­ła z uśmie­chem Na­wal, ostat­nie sło­wo wy­ma­wia­jąc po pol­sku, jed­no z tych, któ­re wy­jąt­ko­wo śmie­szy­ło ją w moim, jak to mó­wi­ła „sza-sza-szym” ję­zy­ku.

Fakt, że sło­wo „kur­czak” i „ku­tas” w ję­zy­ku hisz­pań­skim brzmią nie­mal tak samo (pol­lo — kur­czak, pol­la — ku­tas) miał swój do­dat­ko­wy wy­dźwięk, a zde­cy­do­wa­nie nie mia­łem za­mia­ru usma­żyć so­bie na­rzą­du, któ­ry tak bar­dzo ceni so­bie każ­dy fa­cet.

Słoń­ce już przy­pie­ka­ło na­sze po­licz­ki i naj­lep­szym roz­wią­za­niem było zej­ście z da­chu, któ­ry już wkrót­ce na­grzał­by się jak pa­tel­nia na peł­nym ogniu. Tym bar­dziej że mo­gli­śmy so­bie po­fol­go­wać, gdyż za­ła­twi­łem u sze­fa dwa dni wol­ne­go, aby­śmy mie­li moż­li­wość choć tro­chę na­cie­szyć się tą wspa­nia­łą no­wi­ną. Tym, co po­zwo­li­ło mi pod­jąć osta­tecz­ną de­cy­zję, był fakt, że bra­ko­wa­ło wina i — od wczo­raj­sze­go wie­czo­ru Na­wal już nie piła al­ko­ho­lu — ana­na­so­we­go soku, aby choć tro­chę zwil­żyć spierzch­nię­te od słoń­ca i ty­się­cy po­ca­łun­ków usta.

Moja szma­rag­do­wa kró­lo­wa raz jesz­cze ści­snę­ła mój bę­dą­cy w peł­nej go­to­wo­ści czło­nek i z za­lot­nym uśmie­chem ru­szy­ła w stro­nę nad­bu­dów­ki, gdzie znaj­do­wa­ły się scho­dy do wnę­trza ho­te­lu. Jej jędr­ne po­ślad­ki ryt­micz­nie za­fa­lo­wa­ły w takt zmy­sło­wych kro­ków, a ja raz jesz­cze po­my­śla­łem, ja­kim je­stem szczę­ścia­rzem. Chwy­ci­łem pu­stą bu­tel­kę po wi­nie oraz zgnie­cio­ny wcze­śniej kar­ton po soku i po chwi­li po­truch­ta­łem za tar­ga­ją­cą pod pa­chą koc Na­wal.

***

Znów się ko­cha­li­śmy, a gdy w koń­cu tar­gnę­ły nami spa­zmy po­tęż­ne­go or­ga­zmu, opa­dli­śmy na łóż­ko i cięż­ko dy­sze­li­śmy. Pa­trzy­łem w su­fit i sta­ra­łem się nie my­śleć o ni­czym, po pro­stu de­lek­to­wać się tym cu­dow­nym i wy­jąt­ko­wym sta­nem „po”. I by­łem bli­ski ide­ału, gdy­by nie jed­na myśl, któ­ra ko­ła­ta­ła mi się po gło­wie już od ja­kie­goś cza­su, a dziś za­ata­ko­wa­ła ze zdwo­jo­ną siłą. Sam nie­na­wi­dzi­łem po­dej­mo­wać tego typu te­ma­tów za­raz po sek­sie i bar­dzo ce­ni­łem Na­wal za po­dob­ną skrom­ność w tych chwi­lach, ale w pew­nym mo­men­cie po pro­stu mi się wy­msknę­ło.

— Dla­cze­go ni­g­dy nie mó­wisz o swo­jej ro­dzi­nie? — wy­pa­li­łem zu­peł­nie znie­nac­ka to­nem, któ­ry za­sko­czył na­wet mnie sa­me­go. — Py­tam, bo za­wsze uni­kasz tego te­ma­tu i…

— Cśśś… — Na­wal tyl­ko przy­ło­ży­ła pa­lec do ust, da­jąc mi do zro­zu­mie­nia, że tym ra­zem ja spa­li­łem mo­ment.

Nie wiem, czy wy­czu­ła moją do­cie­kli­wość i zro­zu­mia­ła, że ła­two nie od­pusz­czę, ale po krót­kiej chwi­li głę­bo­ko wes­tchnę­ła i od­wró­ci­ła gło­wę w moją stro­nę, rzu­ca­jąc spoj­rze­nie, ja­kie­go jesz­cze z jej stro­ny nie uświad­czy­łem. Jej wiel­kie zie­lo­ne źre­ni­ce roz­sze­rzy­ły się, jak­by wła­śnie otwie­ra­ły wro­ta do naj­głęb­szych za­ka­mar­ków jej du­szy.

— Nie mó­wi­łam o ro­dzi­nie, bo nie chcę mieć z nią nic wspól­ne­go — rze­kła w koń­cu i się­gnę­ła po chu­de­go, men­to­lo­we­go pa­pie­ro­sa.

Na szczę­ście po chwi­li do­tar­ło do niej, że nie jest je­dy­ną, któ­ra wcią­gnę­ła­by tru­ją­cy dym, i odło­ży­ła go lu­zem na szaf­kę. Fakt, że po­pa­la­ła, był chy­ba je­dy­ną wadą, jaką w niej do­strze­głem, bo by­łem za­cie­kłym prze­ciw­ni­kiem tego głu­pie­go na­ło­gu. Tym ra­zem może na­wet po­zwo­lił­bym jej po nie­go się­gnąć po raz ostat­ni, bo czu­łem, że to, co chce mi po­wie­dzieć, bę­dzie dla niej trud­ne. Cier­pli­wie cze­ka­łem, aż się otwo­rzy, choć po­czu­łem lek­kie ukłu­cie, gdy do­strze­głem, jak za­drża­ły jej dło­nie. W koń­cu opar­ła gło­wę o pra­wą rękę, od­rzu­ci­ła wa­dzą­cy jej ko­smyk kru­czo­czar­nych wło­sów i raz jesz­cze spoj­rza­ła mi głę­bo­ko w oczy.

— Na­praw­dę chcesz się tego do­wie­dzieć? — upew­ni­ła się, jak­by usły­sza­ła py­ta­nie, któ­re — tak mi się przy­naj­mniej zda­wa­ło — za­da­łem jej w swo­ich my­ślach.

— Chcę, Na­wal. Ko­cham cię, no­sisz te­raz moje dziec­ko. Chcę wie­dzieć, skąd po­cho­dzisz, kim są twoi ro­dzi­ce i ro­dzeń­stwo. Na­wet my­śla­łem, aby wy­brać się w two­je ro­dzin­ne stro­ny, aby ich po­znać i…

— Mam na­dzie­ję, że ni­g­dy nie po­znasz ani mo­je­go ojca, ani mo­ich bra­ci. Nie chciał­byś tego, uwierz mi.

— Ale zro­zum… Mę­czy mnie to i nie ro­zu­miem… Po­wiedz, czy oni zro­bi­li ci coś złe­go?

— Nie, na szczę­ście nie zdą­ży­li, ale tyl­ko dla­te­go, że moja ciot­ka po­mo­gła mi uciec, gdy chcie­li za­brać mnie do są­sied­niej wio­ski, gdzie… — Jej głos za­ła­mał się, a szma­rag­dy za­szkli­ły się i roz­bły­sły dłu­go skry­wa­ną ta­jem­ni­cą. — Oni chcie­li mnie oszpe­cić, Kuba, chcie­li mnie wy­ciąć… to zna­czy… wy na to mó­wi­cie „ob­rze­zać”.

Po jej po­licz­ku spły­nę­ła pierw­sza łza, a za­raz po­tem ko­lej­ne. Za­nim zdą­ży­łem co­kol­wiek po­wie­dzieć, otar­ła je wierz­chem dło­ni, a gdy po­sta­no­wi­łem ją przy­tu­lić, po­wstrzy­ma­ła mnie i od­ru­cho­wo od­su­nę­ła się. Po­czu­łem złość, je­śli nie po­wie­dzieć gi­gan­tycz­ne wkur­wie­nie. Oczy­wi­ście nie na moją uko­cha­ną, a na tych by­dla­ków, któ­rzy o mało nie oka­le­czy­li mo­je­go szczę­ścia. Gdy­by zna­leź­li się w za­się­gu mo­jej ręki, to chy­ba roz­szar­pał­bym ich na ka­wał­ki.

— Na­wal… Nie chcę, że­byś pła­ka­ła, i je­śli…

— Sko­ro już za­czę­łam, to usły­szysz wszyst­ko. — Na­wal nie po­zwo­li­ła mi do­koń­czyć, a jej szma­rag­do­we oczy na­bra­ły wy­jąt­ko­wo smut­ne­go wy­ra­zu. — Ten hor­ror cho­dzi za mną od lat i… — Prze­rwa­ła i osu­nę­ła się na po­dusz­kę w czer­wo­ne kwia­ty. — Wiesz, że ni­ko­mu o tym do­tąd nie mó­wi­łam?

Mil­cza­łem. Uzna­łem, że wła­śnie mil­cze­nie bę­dzie naj­lep­szą od­po­wie­dzią na jej py­ta­nie, jed­no­cze­śnie po­zwo­li jej opa­no­wać emo­cje i roz­po­cząć skry­wa­ną przez lata po­nu­rą hi­sto­rię z dzie­ciń­stwa. Na­gle po­czu­łem, że wca­le nie je­stem pe­wien, czy chcę ją usły­szeć. Prze­stra­szy­łem się, ale już było za póź­no. Na­wal roz­po­czę­ła swo­ją opo­wieść, któ­ra już wkrót­ce mia­ła przy­wo­łać naj­gor­szy z kosz­ma­rów.

— Uro­dzi­łam się w sza­ła­sie, gdzieś na pu­styn­nym po­gra­ni­czu Ma­ro­ka, Al­gie­rii i Mau­re­ta­nii, w jed­nej z ber­be­ryj­skich ro­dzin za­miesz­ku­ją­cych te nie­uro­dzaj­ne i ja­ło­we zie­mie. Do­daj­my bar­dzo re­li­gij­nych, bo na tam­tych te­re­nach is­lam jest za­ko­rze­nio­ny wy­jąt­ko­wo moc­no, z wszyst­ki­mi jego su­ro­wy­mi pra­wa­mi i na­ka­za­mi. Nie wiem, na ile in­te­re­so­wa­łeś się tym te­ma­tem, ale mó­wiąc „su­ro­wy­mi”, mam na my­śli pra­wo ko­ra­nicz­ne, czy­li bo­skie pra­wo sza­ria­tu…

Nie­znacz­nie kiw­ną­łem gło­wą na znak, że ro­zu­miem, o czym mówi, choć wkrót­ce mia­łem się prze­ko­nać, że tak na­praw­dę nie mia­łem o tym zie­lo­ne­go po­ję­cia. Na­wal wzię­ła głę­bo­ki od­dech i na chwi­lę za­mknę­ła oczy. Gło­śno prze­łknę­ła śli­nę i kon­ty­nu­owa­ła:

— Do­ra­sta­łam w skraj­nej bie­dzie i do dzie­wią­te­go roku ży­cia prak­tycz­nie nie mia­łam kon­tak­tu z ni­kim prócz ojca, mat­ki, trzech bra­ci i dwóch cio­tek, z któ­rych jed­na miesz­ka­ła w Mar­ra­ke­szu, a dru­ga w Hisz­pa­nii. Gdy skoń­czy­łam dzie­sięć lat, oj­ciec za­czął za­pra­szać do mo­je­go na­mio­tu męż­czyzn. I od razu cię uspo­ko­ję, nie mu­sisz się mar­twić, bo nic mi nie zro­bi­li. Nie zgwał­ci­li, nie mo­le­sto­wa­li, na­wet nie mo­gli do­tknąć. Przy­naj­mniej do cza­su aż mnie po­ślu­bią. Pew­ne­go wietrz­ne­go dnia przy­szedł okrop­ny, po­marsz­czo­ny jak kora sta­re­go drze­wa męż­czy­zna, do któ­re­go oj­ciec mó­wił Ab­dul. Nie miał oka i pra­wie żad­nych zę­bów prócz jed­nej gro­te­sko­wo ster­czą­cej czar­nej dol­nej je­dyn­ki. Jemu jed­ne­mu po­zwo­lił się do mnie zbli­żyć na od­le­głość po­zwa­la­ją­cą po­czuć ten ohyd­ny smród wy­do­by­wa­ją­cy się z jego ust, coś jak mie­sza­ni­na gni­ją­ce­go mię­sa, ta­nie­go ty­to­niu i kału. Od razu się roz­pła­ka­łam, przez co póź­niej do­sta­łam tę­gie la­nie…

Na­wal na­cią­gnę­ła po­szew­kę pod samą szy­ję, ukry­wa­jąc pod nią jed­ną z wy­sta­ją­cych pier­si, jak­by bała się, że za jej ob­na­że­nie może spo­tkać ją z mo­jej stro­ny kara. Znów za­mknę­ła oczy i moc­niej niż zwy­kle za­ci­snę­ła po­wie­ki. Mia­łem dziw­ne wra­że­nie, że od­da­la się ode mnie, tak jak­by całą sobą wę­dro­wa­ła przez cza­so­prze­strzeń, aby za­raz zna­leźć się w swo­im na­mio­cie, gdzieś na od­le­głej pu­sty­ni. Znów wzię­ła głę­bo­ki od­dech.

— Oj­ciec ofia­ro­wał mnie temu męż­czyź­nie, a w za­sa­dzie sprze­dał za czte­ry kozy i dwa wiel­błą­dy. Tak to się robi w miej­scach ta­kich jak to, w któ­rym się uro­dzi­łam. Nie wiem, ile ten fa­cet mógł mieć lat, przy­naj­mniej z pięć­dzie­siąt, choć tam­ten kli­mat szyb­ciej wy­cią­ga ży­cie z cia­ła i wy­glą­dał na wie­le wię­cej. Był jed­nak za­moż­ny, z do­bre­go kla­nu, już miał trzy żony. Wsła­wił się rów­nież wal­ką z nie­wier­ny­mi, czym za­słu­żył so­bie wśród lo­kal­nych miesz­kań­ców — i nie tyl­ko — na wiel­ki sza­cu­nek. Po­dob­no oso­bi­ście ściął aż dwu­dzie­stu dwóch i choć sa­mej licz­by nie je­stem pew­na, to wy­ko­rzy­stu­jąc ich nie­uwa­gę, po­dej­rza­łam jego apa­rat, w któ­rym chwa­lił się ojcu zdję­cia­mi i fil­ma­mi z eg­ze­ku­cji, ja­kich do­ko­nał. Uwierz mi, że były prze­okrop­ne, a u ta­kiej dziew­czyn­ki jak ja, któ­ra kom­plet­nie nie zna­ła ży­cia, wy­wo­ła­ły to­tal­ny szok. W mo­ich oczach od pierw­sze­go kon­tak­tu był po­two­rem, ale te­raz za­mie­nił się w be­stię z naj­gor­szych kosz­ma­rów. Jak się oka­za­ło, nie my­li­łam się, bo przed za­ślu­bi­na­mi po­sta­wił je­den wa­ru­nek. Mu­sia­łam zo­stać pod­da­na peł­ne­mu ob­rze­za­niu…

Na­wal wciąż pa­trzy­ła w su­fit, jak­by oba­wia­jąc się mo­je­go spoj­rze­nia, któ­re, za­nim się zo­rien­to­wa­łem, na­gle przy­sło­ni­ła cien­ka war­stwa łez. Nie mo­głem nad tym za­pa­no­wać, choć bar­dziej były wy­ra­zem zło­ści i gnie­wu niż smut­ku i współ­czu­cia. To było ego­istycz­ne po­dej­ście, bo zda­wa­łem so­bie spra­wę, że po­wi­nie­nem sku­pić się na dra­ma­cie mo­jej uko­cha­nej, tym­cza­sem przed ocza­mi wciąż mia­łem zwi­zu­ali­zo­wa­ną twarz tego okrop­ne­go sta­ru­cha, któ­re­go — gdy­by tyl­ko wpadł w moje łap­ska — ro­ze­rwał­bym na strzę­py go­ły­mi rę­ko­ma.

— Data za­ślu­bin zo­sta­ła wy­zna­czo­na na ko­lej­ną peł­nię księ­ży­ca, któ­ra mia­ła na­dejść za trzy ty­go­dnie. Mama pró­bo­wa­ła mi wy­tłu­ma­czyć, co mi zro­bią i dla­cze­go mu­szę pod­dać się temu tra­dy­cyj­ne­mu ob­rząd­ko­wi, ale by­łam zbyt prze­ra­żo­na, aby móc o tym słu­chać. Pła­ka­łam dzień i noc. Nie raz i nie dwa do­sta­łam za to la­nie od ojca i gdy­by nie pe­wien zbieg oko­licz­no­ści, za­pew­ne dziś ży­ła­bym strasz­nie oka­le­czo­na i ska­za­na na ła­skę i nie­ła­skę tego sta­re­go zwy­rod­nial­ca. Na szczę­ście dzień przed pla­no­wa­nym wy­cię­ciem mo­ich na­rzą­dów w od­wie­dzi­ny przy­by­ła ciot­ka Fa­ti­ma z Mar­ra­ke­szu. Raz lub dwa razy w mie­sią­cu przy­jeż­dża­ła i do­wo­zi­ła nam tro­chę „mia­sto­wych” rze­czy i je­dze­nia. Gdy mnie uj­rza­ła, od razu wy­czu­ła, że coś jest nie tak i wy­ko­rzy­stu­jąc nie­obec­ność ojca, wy­py­ta­ła mnie o po­wo­dy mo­je­go smut­ku, je­śli nie po­wie­dzieć, skry­wa­nej pod ni­ka­bem roz­pa­czy.

— Ona cię ura­to­wa­ła… — By­łem prze­ko­na­ny, że wy­po­wie­dzia­łem te sło­wa tyl­ko w swo­jej gło­wie, ale chwi­lę póź­niej Na­wal spoj­rza­ła na mnie, jej oczy zdra­dza­ły wiel­kie pod­nie­ce­nie i na­gły przy­pływ na­dziei.

— Tak, pod osło­ną nocy za­bra­ła mnie naj­pierw do Mar­ra­ke­szu, a po­tem wy­sła­ła do dru­giej ciot­ki, któ­ra od lat miesz­ka­ła w Ma­la­dze. Ona się mną za­ję­ła, ale… — Za­mil­kła na mo­ment, mi­ni­mal­nie za­drżał jej pod­bró­dek. — …krót­ko póź­niej do­wie­dzia­łam się, że cio­cia Fa­ti­ma nie żyje, a ja z dru­gą cio­cią i czwor­giem ku­zy­no­stwa mu­si­my ucie­kać. Ukry­ły­śmy się w Ma­dry­cie, a po kil­ku la­tach prze­pro­wa­dzi­ły­śmy do Mur­cji, w któ­rej miesz­ka­my do dziś.

Nie po­wiem, że­bym po­czuł się, jak­bym zo­stał zdzie­lo­ny obu­chem w łeb, ale hi­sto­ria mo­jej uko­cha­nej mnie przy­tło­czy­ła. Te­raz Na­wal pa­trzy­ła na mnie swo­imi szma­rag­do­wy­mi ocza­mi, jak­by szu­ka­ła zro­zu­mie­nia i wspar­cia. Łzy znów na­pły­nę­ły jej do ką­ci­ków, a ja w przy­pły­wie po­tęż­nych emo­cji moc­no ją przy­tu­li­łem. Przy­war­ła do mnie i wte­dy coś w niej pę­kło — roz­pła­ka­ła się jak dziec­ko. Gdy po kil­ku­dzie­się­ciu se­kun­dach nie­co się uspo­ko­iła, a ja po­lu­zo­wa­łem uścisk, ode­rwa­ła gło­wę od mo­jej pier­si i po­now­nie wbi­ła we mnie swo­je szma­rag­do­we spoj­rze­nie.

— Obie­caj, że mnie ni­g­dy nie skrzyw­dzisz, Kuba. Obie­caj, pro­szę… — Jej ton był nie­mal bła­gal­ny, a ona wy­da­ła mi się kru­cha i bez­bron­na jak drob­ny li­stek tar­ga­ny po­ry­wi­stym, je­sien­nym wi­chrem.

— Obie­cu­ję, Na­wal. Ko­cham cię, ko­cham dziec­ko, któ­re w so­bie no­sisz, i zro­bię wszyst­ko, aby­ście obo­je byli bez­piecz­ni i szczę­śli­wi — od­par­łem bez chwi­li wa­ha­nia. — Nie po­zwo­lę, aby kto­kol­wiek i kie­dy­kol­wiek was skrzyw­dził — do­da­łem i kil­ka­krot­nie po­ca­ło­wa­łem ją w usta i czo­ło, a na­stęp­nie znów moc­no przy­tu­li­łem.

Po­czu­łem jej nie­opi­sa­ną ule­głość. Tego ran­ka od­da­ła mi się bez­gra­nicz­nie.

***

Na śnia­da­nie zje­dli­śmy grzan­ki z prze­cie­rem po­mi­do­ro­wym, szyn­ką pata ne­gra i oli­wą z oli­wek. Kawa bon bon po­zwo­li­ła sta­nąć na nogi po wy­czer­pu­ją­cej nocy i mi­łym, choć rów­nie trud­nym po­ran­ku, a nie­wie­le póź­niej ura­czy­li­śmy się so­kiem z nie­sa­mo­wi­cie słod­kich hisz­pań­skich po­ma­rań­czy. Gdy tak od­po­czy­wa­li­śmy i cie­szy­li­śmy się wol­nym cza­sem na ho­te­lo­wym bal­ko­nie, do apar­ta­men­tu we­szli Mi­chał ze swo­ją dziew­czy­ną Mo­ni­ką. Mie­li aku­rat dwu­ipół­go­dzin­ną prze­rwę, więc była spo­sob­ność, aby omó­wić pla­ny na dzi­siej­szy wie­czór. W koń­cu taka oka­zja nie zda­rza się czę­sto.

— Nie za do­brze wam? — spy­tał Mi­chał, któ­ry od li­ceum miał ksy­wę „Afgan”, by­naj­mniej nie z po­wo­du swo­je­go po­cho­dze­nia, gdyż był ro­do­wi­tym gó­ra­lem ze Szklar­skiej Po­rę­by i moim bli­skim przy­ja­cie­lem. Miał jed­nak nie­co po­łu­dnio­we rysy, sto­sun­ko­wo ciem­ną jak na Po­la­ka kar­na­cję i bar­dzo gę­sty i twar­dy za­rost, co po­zwo­li­ło przy­kle­ić mu taką a nie inną łat­kę. Co jed­nak naj­waż­niej­sze, to wła­śnie on na­mó­wił mnie na tę uni­wer­sy­tec­ką wy­mia­nę, za co już dziś mo­głem mu po sto­kroć dzię­ko­wać, gdyż dzię­ki nie­mu po­zna­łem moją uko­cha­ną Na­wal.

— Po ta­kiej nocy czło­wiek musi od­po­cząć… — su­ge­styw­nie od­par­łem i rzu­ci­łem uśmiech, któ­ry mó­wił wszyst­ko to, co mia­ło być do­da­ne w do­my­śle.

— Nic już nie mów, bez szcze­gó­łów, pro­szę. — Mi­chał uniósł rękę i po­ka­zał Na­wal, że ma za­krę­co­ne­go i nie­co głup­ko­wa­te­go fa­ce­ta.

Gdy z Mo­ni­ką zrzu­ca­li z sie­bie fir­mo­we ciu­chy i prze­bie­ra­li się w luź­niej­sze, my usta­la­li­śmy, czy wia­do­mość o cią­ży prze­ka­zać im już te­raz, czy może do­pie­ro wie­czo­rem. Zde­cy­do­wa­li­śmy, że po­wie­my przy ko­la­cji.

Chwi­lę póź­niej do nas do­łą­czy­li. Mi­chał miał na so­bie je­dy­nie krót­kie ciem­no­nie­bie­skie spoden­ki, a Mo­ni­ka dwu­czę­ścio­wy, do­dam bar­dzo sek­sow­ny, strój ką­pie­lo­wy i luź­ną bia­łą ko­szul­kę z du­żym, wią­za­nym de­kol­tem. Obo­je pre­zen­to­wa­li się bar­dzo zgrab­nie i do­sko­na­le się uzu­peł­nia­li. On — wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny, ciem­no­oki bru­net, ona spo­ro niż­sza i fi­li­gra­no­wa blon­dyn­ka z cza­ru­ją­cym uśmie­chem i nie­bie­ski­mi ocza­mi.

Mo­ni­ka wło­ży­ła na gło­wę wiel­ki sło­mia­ny ka­pe­lusz i za­czę­ła ko­kie­to­wać swo­je­go chło­pa­ka. Zna­łem ją jesz­cze dłu­żej niż Mi­cha­ła, choć za­wsze trak­to­wa­łem jako swo­isty do­da­tek do sta­re­go dru­ha Krzyś­ka — od na­zwi­ska ksyw­ka „Fi­gur” — któ­ry był jej star­szym bra­tem. Nie­ste­ty, wy­brał zu­peł­nie inne ży­cie i w ostat­nich la­tach na­sze dro­gi dość moc­no się ro­ze­szły. Bar­dzo ją lu­bi­łem, była pięk­na i — co nie za­wsze idzie w pa­rze — dia­bel­nie in­te­li­gent­na, choć dla mnie kom­plet­nie asek­su­al­na, gdyż od za­wsze trak­to­wa­łem ją jak sio­strę mo­je­go przy­ja­cie­la.

— Idzie­cie z nami na pla­żę? — spy­ta­ła, wciąż prę­żąc się przed Mi­cha­łem. Za­nim zdą­ży­łem od­po­wie­dzieć, jej fa­cet burk­nął, że szcze­rze mó­wiąc, to wo­lał­by zo­stać w chłod­nym apar­ta­men­cie. — Ewen­tu­al­nie mogę pójść na ba­sen — do­dał i osu­nął się na rat­ta­no­wy fo­tel.

— Nie chciał­byś na­sma­ro­wać tego jędr­ne­go i sek­sow­ne­go tył­ka olej­kiem? — Mo­ni­ka za­lot­nie wy­pię­ła po­ślad­ki i ku­szą­co nimi po­trzą­snę­ła.

Mi­chał zer­k­nął na nie łap­czy­wie, a po­tem na mnie i kiw­nął gło­wą, co mia­ło ozna­czać: „Idzie­cie z nami?”.

— Idzie­my. W ogó­le dziś chce­my świę­to­wać — rzu­ci­łem i chwy­ci­łem ko­la­no wy­le­gu­ją­cej się w bi­ki­ni na bal­ko­no­wym le­ża­ku Na­wal. — Chodź, mój ty kwia­tusz­ku — to sło­wo znów wy­mó­wi­łem w ję­zy­ku pol­skim, gdyż kwia­tu­szek był po kur­czacz­ku ko­lej­nym, któ­re wy­jąt­ko­wo ją ba­wi­ło. — Mamy mi­sję na­mó­wić Mi­cha­ła i Mo­ni­kę na noc­ne sza­leń­stwa.

Gdy wsta­wa­li­śmy, Mi­chał z Mo­ni­ką już bez­ce­re­mo­nial­nie się ob­ści­ski­wa­li. Po­my­śla­łem, czy ko­cha­ją się tak moc­no, jak ja z Na­wal. W su­mie byli ze sobą już pra­wie pięć lat…

***

Pla­żo­wa­nie było krót­kie, ale in­ten­syw­ne, gdyż Mi­chał z Mo­ni­ką mu­sie­li wkrót­ce wra­cać do pra­cy, aby przy­go­to­wać na­kry­cia, a na­stęp­nie ob­słu­żyć go­ści ho­te­lo­wych pod­czas obia­du. Osta­tecz­nie usta­li­li­śmy, że wyj­dzie­my w mia­sto tuż po ko­la­cji. Co praw­da obo­je mu­sie­li na­stęp­ne­go ran­ka ze­rwać się do pra­cy już o szó­stej rano, ale na La Man­dze tego typu pro­ble­my nie ist­nia­ły. W naj­lep­szym wy­pad­ku czło­wiek prze­spał się kil­ka go­dzin, w naj­gor­szym z mar­szu brał szyb­ką ką­piel, prze­bie­rał się i szedł do ro­bo­ty, a noc­kę od­sy­piał w prze­rwie po śnia­da­niu. Była krót­ka, ale nie mie­li­śmy pro­ble­mu z szyb­kim wró­ce­niem do for­my, a go­dzin­ka lub pół­to­rej go­dzin­ki snu szyb­ko sta­wia­ło nas na nogi. Nie pierw­szy i z pew­no­ścią nie ostat­ni raz. O ile Mo­ni­ka mo­gła wró­cić do apar­ta­men­tu wcze­śniej i wca­le bym się o to na nią nie ob­ra­ził, o tyle Afgan nie miał wyj­ścia i miał pić ze mną do sa­me­go rana. Szcze­rze mó­wiąc, nie mo­głem do­cze­kać się, gdy w koń­cu prze­ka­żę mu tę wspa­nia­łą wia­do­mość. Kor­ci­ło mnie już na pla­ży, ale osta­tecz­nie ugry­złem się w ję­zyk.

Do­cho­dzi­ła go­dzi­na pierw­sza, a słoń­ce na nie­bie pra­ży­ło nie­mi­ło­sier­nie, tym bar­dziej że nie prze­szka­dza­ła mu na­wet naj­mniej­sza chmur­ka. W koń­cu Mi­chał i Mo­ni­ka mu­sie­li wra­cać do re­stau­ra­cji, a my uzna­li­śmy, że le­piej nie wy­sta­wiać się na tak sil­ne pro­mie­nie, zresz­tą Na­wal nie lu­bi­ła się opa­lać i na pla­żę cho­dzi­ła ze mną tyl­ko dla­te­go, że dla mnie była to czy­sta przy­jem­ność. W su­mie ni­g­dy jej o to nie spy­ta­łem, ale mia­łem wra­że­nie, że chy­ba nie­co wsty­dzi się swo­jej ciem­niej­szej kar­na­cji. Wiecz­nie scho­wa­na pod pa­ra­so­lem, wręcz uni­ka­ła słoń­ca, rzad­ko też wcho­dzi­ła do wody. Za­miast bi­ki­ni, któ­re ide­al­nie pod­kre­śla­ło­by jej zmy­sło­we kształ­ty, za­zwy­czaj za­kła­da­ła na sie­bie ko­szul­kę bądź zwiew­ną su­kien­kę — któ­re zresz­tą rów­nież bar­dzo lu­bi­łem, bo moja uko­cha­na we wszyst­kim wy­glą­da­ła cu­dow­nie — naj­bar­dziej ską­pe ciusz­ki szy­ku­jąc dla mnie na wie­czór lub noc. Wów­czas by­wa­ło, że za­kła­da­ła je­dy­nie strój ką­pie­lo­wy, ja­kąś spód­nicz­kę i szpil­ki, cza­sem spra­wia­jąc tym, że ga­pi­ło się na nią pół knaj­py lub dys­ko­te­ki, w któ­rej aku­rat prze­by­wa­li­śmy. By­łem dum­ny, że ten skarb na­le­ży tyl­ko do mnie, ale jed­no­cze­śnie po­dob­ne sy­tu­acje do­pro­wa­dza­ły mnie do zdro­wej za­zdro­ści. Ni­g­dy nie wy­po­mi­na­łem jej jed­nak tego, jak się ubie­ra. Po pierw­sze, za każ­dym ra­zem da­wa­ła mi do zro­zu­mie­nia, że to ja je­stem jej je­dy­nym męż­czy­zną, po dru­gie, czu­łem, że mnie ko­cha, a po trze­cie, grze­chem by­ło­by za­sła­niać przed świa­tem taki cud na­tu­ry. No i w koń­cu — choć to naj­bar­dziej przy­ziem­ny po­wód — na La Man­dze pra­wie każ­da ko­bie­ta wy­glą­da­ła wy­zy­wa­ją­co, wszak miesz­ka­li­śmy i pra­co­wa­li­śmy w sto­li­cy sza­leń­stwa i roz­pu­sty wy­brze­ża Co­sta del Sol.

Do wie­czo­ra było jed­nak jesz­cze spo­ro cza­su i mu­sie­li­śmy so­bie go zor­ga­ni­zo­wać jak naj­le­piej. Po­sta­no­wi­li­śmy, że dziś nie bę­dzie­my ską­pić gro­sza na przy­jem­no­ści i na po­czą­tek po­szli­śmy do uro­czej ka­wia­ren­ki nad sa­mym brze­giem mo­rza, o na­zwie Cafe del Sol. Ja za­mó­wi­łem kawę z mle­kiem, a Na­wal ulu­bio­ną bon bon, na­stęp­nie ura­czy­li­śmy się prze­pysz­ny­mi lo­da­mi, ja o sma­ku strac­cia­tel­li, cze­ko­la­dy i wa­ni­lii, a ona tru­skaw­ki, pi­sta­cji i man­go. Roz­ma­wia­li­śmy o dziec­ku, ma­rzy­li­śmy, cie­szy­li­śmy się tymi cu­dow­ny­mi chwi­la­mi, któ­re było nam dane prze­ży­wać. Gdy na nią pa­trzy­łem, czu­łem się na­praw­dę szczę­śli­wy. Mia­ła na so­bie je­dy­nie błę­kit­ne bi­ki­ni i wiel­kie oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, jej czar­ne, krę­co­ne wło­sy przy moc­niej­szych po­dmu­chach uno­si­ły się na wie­trze, a ona wol­ną ręką za­gar­nia­ła ko­smy­ki. W dru­giej trzy­ma­ła top­nie­ją­ce­go loda, któ­ry raz za ra­zem nik­nął po­mię­dzy jej peł­ny­mi, ciem­no­czer­wo­ny­mi i cho­ler­nie po­nęt­ny­mi usta­mi. Mo­imi usta­mi, mo­imi i tyl­ko mo­imi. Tak mi się przy­naj­mniej wów­czas zda­wa­ło…

Gdy wy­szli­śmy z ka­wiar­ni, wy­bra­li­śmy się na dłu­gi spa­cer po upstrzo­nej set­ka­mi skle­pi­ków cen­tral­nej czę­ści pół­wy­spu i ku­pi­li­śmy so­bie kil­ka drob­no­stek. Na­wal wy­bra­ła ja­kąś de­si­gner­ską bran­so­let­kę i ob­ci­sły bia­ły top z nu­me­rem dzie­więć­dzie­siąt pięć na pier­siach, a ja nie­bie­ską ko­szu­lę z mo­ty­wa­mi sur­fer­ski­mi i bor­do­wo-kre­mo­we spoden­ki w kra­tę. Za­do­wo­le­ni z za­ku­pów, za­szli­śmy jesz­cze do re­stau­ra­cji Ma­ria del Mar, gdzie za­mó­wi­li­śmy dwie pa­el­le, dla mnie oczy­wi­ście kla­sycz­ną z kur­cza­kiem, a dla Na­wal z owo­ca­mi mo­rza, za któ­ry­mi ja nie prze­pa­da­łem, żeby nie po­wie­dzieć do­sad­niej: po pro­stu ich nie lu­bi­łem. Po­sta­no­wi­łem, że już od tego mo­men­tu za­cznę świę­to­wać i nie od­mó­wi­łem so­bie dwóch drin­ków Cuba Li­bre, któ­re w ten tro­pi­kal­ny dzień szyb­ko ude­rzy­ły mi do gło­wy, dzię­ki cze­mu po­czu­łem de­li­kat­ny, przy­jem­ny szmer, któ­ry za­po­wia­dał jesz­cze bar­dziej re­lak­su­ją­cy wie­czór. Zwy­kle Na­wal za­mó­wi­ła­by so­bie orzeź­wia­ją­ce mo­ji­to, ale tym ra­zem — z cze­go nie omiesz­ka­łem się tro­chę po­na­bi­jać — mu­sia­ła za­do­wo­lić się je­dy­nie zim­ną cy­try­na­dą z do­dat­kiem mię­ty. Jak by nie pa­trzeć, cze­ka­ło ją ja­kieś pół­to­ra roku bez kro­pli al­ko­ho­lu — ko­lej­ne sześć mie­się­cy cią­ży i na­stęp­ne sześć do dwu­na­stu pod­czas kar­mie­nia pier­sią.

Opu­ści­li­śmy lo­kal z peł­ny­mi brzu­cha­mi i w zna­ko­mi­tych hu­mo­rach. Skwar nie był już tak uciąż­li­wy, słoń­ce nie pra­ży­ło tak okrut­nie, a tem­pe­ra­tu­ra spa­dła do dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu stop­ni Cel­sju­sza. Od mo­rza wia­ła przy­jem­na bry­za, któ­ra nio­sła ze sobą bu­kiet za­pa­chów śród­ziem­no­mor­skiej ro­ślin­no­ści, któ­rej jako fa­cet roz­róż­niać do tej pory nie po­tra­fi­łem ani tro­chę. W każ­dym ra­zie uno­szą­cy się w po­wie­trzu aro­mat był nie­zwy­kle przy­jem­ny, świe­ży i ożyw­czy, po­zwa­lał przy­wo­łać same miłe wspo­mnie­nia i do­sko­na­le na­stra­jał przed nie­uchron­nie zbli­ża­ją­cym się wie­czo­rem, któ­ry mie­li­śmy za­miar spę­dzić w to­wa­rzy­stwie mo­ich — te­raz już tak­że Na­wal — przy­ja­ciół.

Wra­ca­jąc do ho­te­lu, wy­bra­li­śmy dro­gę wzdłuż piasz­czy­ste­go brze­gu, któ­ry wciąż był oku­po­wa­ny przez set­ki pla­żo­wi­czów. Nie prze­szka­dza­li nam jed­nak, choć raz mu­sia­łem się uchy­lić przed pił­ką, któ­ra wy­pa­dła z kół­ka gra­ją­cych w wo­dzie tu­ry­stów. Szli­śmy tak przez oko­ło pół go­dzi­ny, trzy­ma­jąc się za ręce jak para za­ko­cha­nych po uszy na­sto­lat­ków, śmie­jąc się, ści­ska­jąc i spo­ra­dycz­nie ca­łu­jąc. By­łem… by­li­śmy w siód­mym nie­bie.

Gdy w koń­cu skrę­ci­li­śmy w kie­run­ku skrzy­dła ho­te­lu Lon­dres, miesz­czą­ce­go się przy za­to­ce od­dzie­la­ją­cej pół­wy­sep od sta­łe­go lądu, wska­zów­ki na tar­czy ze­gar­ka wy­raź­nie po­in­for­mo­wa­ły, że wy­bi­ła go­dzi­na siód­ma. Praw­do­po­dob­nie mu­sie­li­śmy nie­daw­no mi­nąć się z Mi­cha­łem i Mo­ni­ką, któ­rzy po­szli do pra­cy, mie­li­śmy za­tem pra­wie trzy go­dzi­ny do mo­men­tu ich po­wro­tu. To ozna­cza­ło, że mo­gli­śmy so­bie jesz­cze tro­chę po­fol­go­wać, był czas na szyb­ki seks, chłod­ną ką­piel i go­rą­cą kawę. Bru­gal już chło­dził się w za­mra­żar­ce, po­dob­nie pep­si w lo­dów­ce. Mu­sia­łem jesz­cze tyl­ko wy­ci­snąć świe­ży sok z ana­na­sa i cy­try­ny, ewen­tu­al­nie po­ma­rań­czy, tak w ra­zie cze­go, żeby był więk­szy wy­bór przy ro­bie­niu drin­ków. Plan był pro­sty — przed wyj­ściem wy­chy­lić flasz­kę rumu, a na­stęp­nie ru­szyć na pod­bój roz­tań­czo­nej La Man­gi i ba­wić się do bia­łe­go rana. W koń­cu oka­zja była nie­po­wta­rzal­na. Prze­cież wkrót­ce mia­łem zo­stać tatą…

W drzwiach mi­nę­li­śmy się z dwo­ma Ara­ba­mi, z któ­ry­mi zo­sta­li­śmy za­kwa­te­ro­wa­ni przez pra­co­daw­cę w jed­nym z apar­ta­men­tów, za­nim nie po­sta­no­wi­li­śmy wy­su­płać sym­bo­licz­nej opła­ty i za­miesz­kać z dziew­czy­na­mi. Tu­ne­zyj­czyk Ham­za wy­glą­dał na typa po czter­dzie­st­ce, choć w rze­czy­wi­sto­ści miał za­le­d­wie trzy­dzie­ści je­den lat. Bar­dzo re­li­gij­ny, za­wsze ze swo­im czer­wo­nym dy­wa­ni­kiem do mo­dłów pod ręką, był cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem swo­je­go ziom­ka Mu­sta­fy, któ­ry w na­szym gro­nie do­ro­bił się ksy­wy „Ró­żo­wa Ko­szu­la”. Mó­wił, że wie­rzy w Al­la­ha, ale jego na­uki miał głę­bo­ko w du­pie. Nie stro­nił od wy­so­ko­pro­cen­to­we­go al­ko­ho­lu (choć po­pi­jał pod sto­łem, bo w jego mnie­ma­niu Al­lah wte­dy nie był w sta­nie do­strzec grze­chu), po­pa­lał traw­kę i ni­g­dy się nie mo­dlił, a przy­naj­mniej nikt z nas go na tym nie przy­ła­pał. I ten jego ki­czo­wa­ty styl… Ubie­rał się jak gwiaz­da es­tra­dy lat osiem­dzie­sią­tych, ob­wie­szał się gru­by­mi jak pa­lec łań­cu­cha­mi z tom­ba­ku i miał dwa zło­te zęby. Jak by nie pa­trzeć, Ham­za i Mu­sta­fa two­rzy­li ka­pi­tal­ny i prze­śmiesz­ny duet. Na po­cząt­ku na­wet się do­ga­dy­wa­li­śmy, ale z każ­dym ko­lej­nym dniem wy­cho­dzi­ły róż­ni­ce na­szych kul­tur, któ­re w co­dzien­nym ży­ciu były co­raz trud­niej­sze do po­go­dze­nia. Po­mi­jam fakt, że gdy za­bra­kło pa­pie­ru to­a­le­to­we­go (z któ­re­go wcze­śniej na­mięt­nie ko­rzy­sta­li), po pro­stu prze­sta­li go uży­wać, że nie sprzą­ta­li i wiecz­nie zo­sta­wia­li w kuch­ni okrop­ny syf — to wszyst­ko był­bym jesz­cze w sta­nie prze­żyć. Na­sze re­la­cje ochło­dzi­ły kon­kret­nie dwie rze­czy. Po pierw­sze, z ust Ham­zy usły­sza­łem coś, co dość moc­no nad­szarp­nę­ło mój sto­sun­ko­wo to­le­ran­cyj­ny sto­su­nek do mu­zuł­ma­nów, a po dru­gie, nie mo­głem znieść ich po­gar­dli­wych spoj­rzeń na Na­wal, któ­re do­pro­wa­dza­ły mnie do sza­łu.

Dla­te­go po bli­sko trzech mie­sią­cach miesz­ka­nia z Ham­zą i Mu­sta­fą oraz Hisz­pa­na­mi Ga­brim i Car­lo­sem (ich obu aku­rat bar­dzo lu­bi­łem) wy­pro­wa­dzi­li­śmy się z Mi­cha­łem i za­miesz­ka­li­śmy wspól­nie z dziew­czy­na­mi, któ­re rów­nież opu­ści­ły swój do­tych­cza­so­wy apar­ta­ment. Jak się oka­za­ło, było to do­sko­na­łe po­su­nię­cie, gdyż w koń­cu mo­gli­śmy żyć na wła­snych za­sa­dach, a poza tym kil­ka dni póź­niej do pra­cy przy­ję­to ko­lej­nych czte­rech Ara­bów: Al­gier­czy­ka, dwóch Ma­ro­kań­czy­ków i Li­bij­czy­ka, któ­rzy od po­cząt­ku wy­da­li mi się je­śli nie wro­go do mnie na­sta­wie­ni, to przy­naj­mniej nie­zbyt otwar­ci i przy­jaź­ni. Na szczę­ście nie mia­łem z nimi zbyt czę­sto kon­tak­tu, gdyż pra­co­wa­li w dru­giej, mniej­szej re­stau­ra­cji, po ro­bo­cie też nie mu­sia­łem oglą­dać ich wiecz­nie po­nu­rych twa­rzy. Go­rzej, że cza­sa­mi obo­wiąz­ki zmu­sza­ły do tego Na­wal i choć ni­g­dy mi się nie po­skar­ży­ła, to w ko­ry­ta­rzach plot­ko­wa­no, że od­zy­wa­li się do niej oschle, nie­życz­li­wie i z po­gar­dą. Gdy pró­bo­wa­łem po­ru­szyć z nią ten te­mat, rzu­ci­ła krót­ko, że­bym za­po­mniał o spra­wie, bo jest przy­zwy­cza­jo­na, a kul­tu­ry wbi­ja­nej im do gło­wy od uro­dze­nia nie wy­bi­ję, ot tak, po jed­nej roz­mo­wie, ba, na­wet gdy­bym stłukł ich na kwa­śne jabł­ko i za­mknął na ty­dzień w ciem­nej celi z ty­sią­cem ja­do­wi­tych pa­ją­ków. Za­ufa­łem jej i da­łem so­bie spo­kój, choć każ­dy z nich był cher­la­wym typ­kiem i z osob­na mógł­bym prze­mie­lić ich na pap­kę. W każ­dym ra­zie od­pu­ści­łem. Nie było sen­su.

Do mi­ja­ją­cych nas Ham­zy i Mu­sta­fy wciąż po­zo­sta­ła mi jed­nak ja­kaś sła­bość i za­wsze mó­wi­li­śmy so­biehola, cza­sem na­wet by­li­śmy w sta­nie po­ga­dać na sto­łów­ce czy przy ho­te­lo­wym ba­se­nie. Przy­wi­ta­li­śmy się, choć od­ru­cho­wo prze­pu­ści­łem obu po mo­jej pra­wej stro­nie, gdzie nie było Na­wal. Wie­dzia­łem, że czu­je się w ich obec­no­ści nie­pew­nie, a wła­ści­wie po pro­stu źle, dla­te­go pod­świa­do­mie za­wsze sta­ra­łem się trzy­mać ją z dala od jej mu­zuł­mań­skich ziom­ków. Wte­dy po raz ko­lej­ny po­my­śla­łem, że chy­ba prze­sa­dzam. Czy już za­mie­nia­łem się w ja­kie­goś is­la­mo­fo­ba?

Nie by­łem pew­ny, czy tyl­ko mi się zda­wa­ło, czy rze­czy­wi­ście któ­ryś z nich znów burk­nął pod no­sem sło­wo, któ­re tak do­sko­na­le już zna­łem. Słyn­ne shar­mo­uta, czy­li po arab­sku kur­wa, dziw­ka, szma­ta, sły­sza­łem już wie­lo­krot­nie, ale sta­ra­łem się nie my­śleć o tym w ten spo­sób, ra­czej na siłę tłu­ma­czy­łem so­bie to nad­uży­wa­niem „mię­sa”, tak jak ja cza­sem zbyt czę­sto ko­rzy­sta­łem z na­sze­go ro­dzi­me­go kur­wa, któ­re jako je­dy­ne sło­wo było do­sko­na­le zro­zu­mia­łe dla wszyst­kich Hisz­pa­nów, Ekwa­dor­czy­ków, Ko­lum­bij­czy­ków, Ar­gen­tyń­czy­ków, An­gli­ków, Wło­chów, Ko­re­ań­czy­ków i Ara­bów, z któ­ry­mi pra­co­wa­łem. I któ­re też kil­ka­krot­nie wpro­wa­dza­ło za­mie­sza­nie wśród mo­ich ob­co­ję­zycz­nych ko­le­ża­nek, przez co cza­sa­mi mu­sia­łem się z Mi­cha­łem gę­sto tłu­ma­czyć. Pró­bo­wa­łem się oszu­ki­wać, że spra­wa z shar­mo­uta wy­glą­da tak samo, choć w głę­bi ser­ca wie­dzia­łem, że mó­wią to tyl­ko wte­dy, gdy wi­dzą mnie w to­wa­rzy­stwie Na­wal.

Naj­wy­raź­niej się nie prze­sły­sza­łem, bo uko­cha­na moc­niej ścis- nęła moją dłoń i po­cią­gnę­ła mnie w kie­run­ku scho­dów. Zna­li­śmy się za­le­d­wie pół roku, ale czy­ta­ła moje emo­cje jak otwar­tą książ­kę. Cza­sem nie zdą­ży­łem jesz­cze o czymś po­my­śleć, a ona już mnie po­wstrzy­my­wa­ła bądź — w za­leż­no­ści od sy­tu­acji — za­chę­ca­ła do dzia­ła­nia. Cu­dow­na ko­bie­ta.

Gdy wkła­da­łem klucz do zam­ka, Na­wal ob­ję­ła mnie z tyłu i de­li­kat­nie dmuch­nę­ła, a na­stęp­nie mu­snę­ła ję­zy­kiem roz­pa­lo­ny kark. Za­nim otwo­rzy­łem drzwi, już ści­ska­ła w dło­ni mój twar­dy jak ka­mień czło­nek. Chwi­lę póź­niej znów na­mięt­nie się ko­cha­li­śmy.

***

Nie by­łem na­wa­lo­ny, ale mia­łem już lek­ko w czu­bie. Bu­tel­ka ciem­ne­go bru­ga­la, któ­rą wy­pi­li­śmy przed wyj­ściem z apar­ta­men­tu, zro­bi­ła swo­je, gdyż tym ra­zem drin­ki były roz­le­wa­ne na trzy, a nie jak za­zwy­czaj na czte­ry oso­by. Wte­dy też wy­da­ło się, że Na­wal jest w cią­ży, co nie­zmier­nie ucie­szy­ło na­szych przy­ja­ciół, a Mo­ni­ka na­wet po­gro­zi­ła Mi­cha­ło­wi pal­cem, że od dziś od­sta­wia ta­blet­ki, bo nie chce być w tyle.

Nasz ko­lej­ny przy­sta­nek, któ­ry wła­śnie opusz­cza­li­śmy, słyn­na, roz­brzmie­wa­ją­ca ryt­ma­mi go­rą­cej sal­sy i ba­cha­ty Pun­ta Cana, po­zwo­li­ła nam roz­grzać cia­ła i umy­sły oraz uwol­nić całą gamę tar­ga­ją­cych mną emo­cji. La­ty­no­skie ryt­my po­lu­bi­łem jesz­cze za cza­sów Vic­ky, któ­ra wcią­gnę­ła mnie w swo­je po­łu­dnio­wo­ame­ry­kań­skie to­wa­rzy­stwo, a któ­re zresz­tą bar­dzo, ale to bar­dzo po­lu­bi­łem.

Prze­ci­ska­jąc się przez scho­dy peł­ne ską­po ubra­nych dziew­czyn i gru­pek wy­pa­cy­ko­wa­nych tu­ry­stów, czu­łem, jak cały mój or­ga­nizm pa­ru­je. W środ­ku dys­ko­te­ki było go­rą­co, kli­ma­ty­za­cja, je­śli w ogó­le dzia­ła­ła, to chy­ba spe­cjal­nie na naj­niż­szych ob­ro­tach, aby wy­two­rzyć spe­cy­ficz­ny, ocie­ka­ją­cy sek­sem kli­mat roz­grza­nych nie­mal do czer­wo­no­ści ciał. Ko­szu­la kle­iła mi się do ple­ców, ser­ce wa­li­ło jak dzwon Zyg­munt i choć ba­wi­łem sięw środ­ku do­sko­na­le, ucie­szy­łem się, gdy w koń­cu mo­głem na­brać w płu­ca świe­że­go po­wie­trza. Naj­wy­raź­niej Na­wal rów­nież po­trze­bo­wa­ła nie­co od­sap­nąć, bo na ra­mio­nach i kar­ku skrzy­ły się kro­pel­ki potu, a wło­sy, szcze­gól­nie u na­sa­dy, były mo­kre. Wy­glą­da­ła jesz­cze bar­dziej sek­sow­nie niż zwy­kle. Mło­da mama mo­je­go dziec­ka…

Gdy w koń­cu prze­ci­snę­li­śmy się przez nie­wiel­ki plac, usie­dli­śmy na mur­ku od­dzie­la­ją­cym pla­żę od pro­me­na­dy. W świe­tle mi­ga­ją­cych ty­sią­ca­mi ko­lo­rów re­klam i wszę­do­byl­skich ekra­nów prze­wa­la­ły się tłu­my tu­ry­stów łak­ną­cych dzi­kiej, wręcz or­gia­stycz­nej za­ba­wy. Po­mię­dzy nimi krą­ży­li na­ga­nia­cze z ulot­ka­mi w dło­niach, przy wy­sep­kach zie­le­ni swo­je po­zy­cje za­czę­ły zaj­mo­wać pro­sty­tut­ki. Mło­dzi męż­czyź­ni z bu­tel­ka­mi i pusz­ka­mi z pi­wem krą­ży­li od lo­ka­lu do lo­ka­lu, wy­dzie­ra­jąc się wnie­bo­gło­sy, po­dob­nie grup­ki roz­ne­gli­żo­wa­nych i wy­glą­da­ją­cych na wy­jąt­ko­wo ła­twe ko­biet, naj­czę­ściej Bry­ty­jek lub Nie­mek. Od cza­su do cza­su moż­na było do­strzec ja­kąś parę lub dwie, choć te naj­czę­ściej ucie­ka­ły od zgieł­ku głów­nej pro­me­na­dy i w świe­tle księ­ży­ca spa­ce­ro­wa­ły po pla­ży.

My też dłu­go nie wy­trzy­ma­li­śmy. La Man­gę z wszyst­ki­mi jej do­bro­dziej­stwa­mi po­zna­łem już kil­ka mie­się­cy temu i noc­ne, roz­pa­sa­ne do gra­nic moż­li­wo­ści ba­lan­gi tego słyn­ne­go ku­ror­tu nie ro­bi­ły już na mnie żad­ne­go wra­że­nia, a na­wet bar­dziej mę­czy­ły, niż ba­wi­ły. Jed­no spoj­rze­nie na Na­wal wy­star­czy­ło, aby­śmy zro­zu­mie­li się bez słów. Też mia­ła dość.

— Idzie­my od­sap­nąć na pla­żę, co wy na to? — spy­ta­łem mi­zia­ją­cych się Afga­na z Sal­se­tą (Mo­ni­ka do­ro­bi­ła się ta­kiej ksy­wy, gdy w mur­cjań­skim lo­ka­lu o na­zwie La Cla­ve, pod­chmie­lo­na, wsko­czy­ła na bar i od­tań­czy­ła sal­sę, wzbu­dza­jąc aplauz nie tyl­ko mę­skiej czę­ści go­ści).

— Noc za­po­wia­da się na dłu­gą. Mo­że­my wziąć po zim­nym piw­ku i po­sie­dzieć — od­parł Mi­chał.

— Tym bar­dziej że mamy księ­życ w peł­ni — do­da­ła Mo­ni­ka. — Uwiel­biam księ­życ w peł­ni, jest taki ro­man­tycz­ny, praw­da, Mi­siek? — wes­tchnę­ła i uwie­si­ła się na szyi part­ne­ra.

Prze­sko­czy­li­śmy na dru­gą stro­nę mur­ku i na­sze sto­py na­tych­miast ugrzę­zły w chłod­nym pia­sku. Ścią­gną­łem san­da­ły, wzią­łem od Na­wal jej szpil­ki i ru­szy­li­śmy w stro­nę spo­koj­ne­go mo­rza, któ­re sre­brzy­ło się od­bi­tym bla­skiem księ­ży­co­wej tar­czy i ty­się­cy mi­go­czą­cych gwiazd. Pla­ża była sto­sun­ko­wo sze­ro­ka i już po chwi­li od­gło­sy „So­do­my i Go­mo­ry” za­czę­ły cich­nąć, a gdy do­tar­li­śmy do wody, nie­mal zu­peł­nie od­da­ły pole szep­tom roz­bi­ja­ją­cych się o brzeg fal. Gdy w koń­cu roz­ło­ży­li­śmy się tuż przed gra­ni­cą mo­kre­go pia­sku, po­cią­gną­łem łyk zim­ne­go piwa. Po­czu­łem, jak de­li­kat­ny po­wiew mor­skiej bry­zy po­łech­tał moje po­licz­ki i szy­ję, ką­tem oka do­strze­głem, jak uniósł w górę kil­ka pu­kli krę­co­nych wło­sów Na­wal. Za­pa­trzy­ła się w mo­rze.

— Jaki ma­cie plan? — za­py­tał znie­nac­ka Mi­chał.

Szcze­rze mó­wiąc, nie mia­łem ocho­ty te­raz o tym roz­ma­wiać, bo po pierw­sze, jesz­cze nie mia­łem żad­ne­go, a po dru­gie, to nie było miej­sce i czas na tego ro­dza­ju dys­pu­ty.

— Co do­kład­nie masz na my­śli? — do­py­ta­łem, da­jąc so­bie chwi­lę na zna­le­zie­nie od­po­wie­dzi, któ­ra wca­le nie była taka oczy­wi­sta. Na­gle po­czu­łem też pe­wien dys­kom­fort, mia­łem wra­że­nie, jak­by to py­ta­nie za­da­ła Na­wal, a tyl­ko pa­dło z ust mo­je­go przy­ja­cie­la.

— No, wiesz… Lato wkrót­ce się skoń­czy. Po­tem ostat­ni rok na UCAM-ie, któ­ry zle­ci wy­jąt­ko­wo szyb­ko. Co póź­niej? Chcesz, a w za­sa­dzie po­wi­nie­nem za­py­tać, chce­cie je­chać do Pol­ski?

— Chcia­ła­byś za­miesz­kać w Pol­sce, Na­wal?

Prze­rzu­ci­łem od­po­wie­dzial­ność na moją księż­nicz­kę. W su­mie wła­śnie zda­łem so­bie spra­wę, że ni­g­dy jej o to nie za­py­ta­łem, tak na­praw­dę ni­g­dy na po­waż­nie nie roz­ma­wia­li­śmy o wspól­nej przy­szło­ści. Tej praw­dzi­wej, do­ro­słej, z wy­rze­cze­nia­mi, pro­ble­ma­mi dnia co­dzien­ne­go, ru­ty­ną, któ­ra za­pew­ne przyj­dzie prę­dzej czy póź­niej.

— Je­śli mnie ze­chcesz… — od­rze­kła i nie od­wra­ca­jąc wzro­ku od ho­ry­zon­tu, de­li­kat­nie uśmiech­nę­ła się.

— Uuu… Na­wal chce ci chy­ba coś przez to po­wie­dzieć. — Afgan wy­raź­nie za­czął nas pod­pusz­czać.

— Na­wal wie, że ją ko­cham — ucią­łem, nie chcia­łem wcho­dzić na te­ma­ty za­rę­czyn, ślu­bu i temu po­dob­nych.

Pra­gną­łem się oświad­czyć, ale jesz­cze nie te­raz. Naj­pierw mu­sia­łem prze­gryźć w so­bie jej cią­żę i za­bez­pie­czyć plan na naj­bliż­szą przy­szłość.

— Okej, okej. To ja­sne jak słoń­ce. W każ­dym ra­zie my chy­ba jed­nak wra­ca­my do Pol­ski. Go­spo­dar­ka się po­pra­wi­ła, obo­je zna­my ję­zy­ki. No i wiesz… bę­dzie­my u sie­bie.

— Nie pod­ję­li­śmy jesz­cze de­cy­zji — do­rzu­ci­ła za­czep­nie Mo­ni­ka. — W su­mie to ja bym jesz­cze gdzieś po­je­cha­ła…

Za­czę­li się prze­ko­ma­rzać, a ja my­śla­mi by­łem już przy naj­bliż­szej przy­szło­ści. Nie wiem dla­cze­go, ale wła­śnie te­raz za­czę­ły do mnie do­cie­rać wszyst­kie aspek­ty zwią­za­ne z tym, że będę oj­cem. Prze­cież Na­wal wkrót­ce bę­dzie mu­sia­ła zre­zy­gno­wać z pra­cy, a ja od paź­dzier­ni­ka będę mógł ro­bić tyl­ko na pół eta­tu. Uro­dzi na wio­snę, tuż przed ostat­ni­mi eg­za­mi­na­mi, do tego cza­su trze­ba się ja­koś utrzy­mać. Co praw­da parę ty­się­cy euro mia­łem odło­żo­ne, ona pew­nie też, ale głu­pio by­ło­by się wy­pom­po­wać z kasy i wra­cać do kra­ju z pu­stym port­fe­lem. No i jesz­cze ro­dzi­ce… Jak oni to przyj­mą? Wy­pa­da­ło­by ich w koń­cu po­in­for­mo­wać, a oni prze­cież na­wet nie wie­dzą, że mam dziew­czy­nę Arab­kę…

Nie wiem, czy Na­wal wy­czy­ta­ła my­śli z mo­jej twa­rzy, czy po pro­stu mia­ła ja­kiś szó­sty zmysł, ale gdy za­czę­ły na­cho­dzić mnie te wszyst­kie wąt­pli­wo­ści, po­czu­łem jej cie­pły do­tyk na swo­jej dło­ni. Za­ci­snę­ła swo­je dłu­gie i smu­kłe pal­ce na mo­ich, jak­by chcia­ła do­dać mi otu­chy. Przy­ją­łem ten gest i znów po­czu­łem mo­ty­le w brzu­chu. Spoj­rza­łem na nią, Na­wal wciąż pa­trzy­ła w mo­rze, jej oczy na­bra­ły te­raz nie­praw­do­po­dob­ne­go głę­bo­kie­go ko­lo­ru ciem­no­zie­lo­ne­go szma­rag­du, w któ­rym od­bi­ja­ło się sre­brzy­ste świa­tło księ­ży­ca. Po­my­śla­łem, że wy­glą­da jak bo­gi­ni i cały ten cię­żar znik­nął jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki. Na­gle po­czu­łem pew­ność, że damy radę. Że cze­ka nas cu­dow­na przy­szłość, że na­sza mi­łość prze­zwy­cię­ży wszyst­kie pro­ble­my. Ta ko­bie­ta da­wa­ła mi nie­praw­do­po­dob­ną siłę…

— Jesz­cze bę­dzie czas, aby o tym po­ga­dać, choć na­sze pla­ny te­raz zde­ter­mi­nu­je mały Ku­buś albo… hm… Ku­bin­ka? — za­żar­to­wa­łem, po­wo­li pod­no­sząc się i otrze­pu­jąc pia­sek ze spode­nek i ko­szul­ki.

— Chy­ba Ku­ban­ka — pod­chwy­ci­ła żar­to­bli­wie Mo­ni­ka. — Jak bę­dzie córa, to bę­dzie tań­czyć sal­sę, jak cio­cia.

— Do­bra, wsta­je­my. Ba­du­la­ke czy Ha­va­na?

— Naj­pierw Ba­du­la­ke, a po­tem Ha­va­na. — Afgan nie dał nam wy­bo­ru.

Gdy otrze­py­wa­li­śmy się z pia­sku, uj­rza­łem, jak Na­wal dys­kret­nie wy­tar­ła dło­nią ką­cik le­we­go oka. Po­ca­ło­wa­łem ją w szy­ję i de­li­kat­nie po­ło­ży­łem dłoń na jej brzu­chu. Po­czu­łem, jak moje oczy się za­szkli­ły, ale ukry­łem to. Ru­szy­li­śmy da­lej świę­to­wać.

***

Gdy opusz­cza­li­śmy Ha­va­nę, by­łem już so­lid­nie pi­ja­ny. Nie za­ta­cza­łem się spe­cjal­nie moc­no, tym bar­dziej nie „pe­pla­łem”, ale czu­łem, że rum już kon­kret­nie ude­rzył mi do gło­wy. Mi­chał był chy­ba w jesz­cze gor­szym sta­nie, bo w dro­dze do ho­te­lu dwa razy mu­sia­łem wy­cią­gać go z przy­droż­nych krza­ków. Szli­śmy po­bo­czem uli­cy pro­wa­dzą­cej przez plac bu­do­wy osie­dla dla naj­bar­dziej na­dzia­nych tu­ry­stów, usy­tu­owa­ne­go nie­ca­ły ki­lo­metr od cen­trum i dru­gi od na­sze­go ho­te­lu. Do­ko­ła było nie­mal pu­sto, ale naj­wy­raź­niej wy­glą­da­li­śmy na tyle kiep­sko, że dziew­czy­ny nie chcia­ły się do nas przy­zna­wać i wy­prze­dzi­ły o kil­ka­dzie­siąt me­trów, od cza­su do cza­su wo­ła­jąc tyl­ko, aby­śmy przy­spie­szy­li kro­ku. Pa­mię­tam, jak po pi­ja­ku mó­wi­li­śmy so­bie z Mi­cha­łem, ja­ki­mi je­ste­śmy do­bry­mi przy­ja­ciół­mi, jak się ko­cha­my i w ogó­le je­ste­śmy me­ga­za­je­bi­ści. Jed­nym sło­wem kla­sycz­ne mę­skie pie­prze­nie na bom­bie, fi­nal­na faza przed wal­nię­ciem się spać i obu­dze­niem na­stęp­ne­go dnia z po­tęż­nym ka­cem. Nie pierw­szym i nie ostat­nim w ży­ciu.

Gdy mi­ja­ła nas ja­sna fur­go­net­ka, nie zwró­ci­łem na nią spe­cjal­nej uwa­gi. To był bar­dzo po­waż­ny błąd. Mój wzrok przy­ku­ła do­pie­ro w mo­men­cie, gdy z pi­skiem opon za­ha­mo­wa­ła tuż obok na­szych ko­biet. In­stynk­tow­nie przy­spie­szy­łem kro­ku, a po kil­ku se­kun­dach za­czą­łem biec. W tym cza­sie z po­jaz­du wy­sko­czy­ło już czte­rech męż­czyzn, któ­rzy za­czę­li wy­krzy­ki­wać coś po arab­sku. Ad­re­na­li­na spo­wo­do­wa­ła, że na­gle po­czu­łem się nie­mal zu­peł­nie trzeź­wy. By­łem pew­ny, że nie są przy­jaź­nie na­sta­wie­ni, a gdy w ręku jed­ne­go z nich bły­snął sta­lo­wy pręt, po­czu­łem, jak ser­ce pod­cho­dzi mi do gar­dła.

— Ucie­kaj, Na­wal! — wrza­sną­łem, bie­gnąc co sił w no­gach, ale moja uko­cha­na sta­ła, jak­by za­mie­ni­ła się w słup soli.

Z tyłu sły­sza­łem bie­gną­ce­go Mi­cha­ła, któ­ry też coś wy­krzy­ki­wał. Nie wsłu­chi­wa­łem się jed­nak, mój wzrok i wszyst­kie po­zo­sta­łe zmy­sły zo­sta­ły na­kie­ro­wa­ne na tę jed­ną nie­wiel­ką po­stać, któ­ra no­si­ła w ło­nie moje dziec­ko.

— Zo­staw­cie je, skur­wy­sy­ny! — krzyk­ną­łem po­now­nie, gdy je­den otwar­tą dło­nią ude­rzył Na­wal w twarz, a dru­gi zła­pał Mo­ni­kę za wło­sy i po­wa­lił na zie­mię.

Usły­sza­łem roz­pacz­li­wy pisk dziew­czy­ny Mi­cha­ła, Na­wal po­mi­mo tego, że zo­sta­ła spo­licz­ko­wa­na, mil­cza­ła.

Do­tar­łem do pierw­sze­go z męż­czyzn. Nie zdą­ży­łem na­wet za­re­je­stro­wać dłu­gie­go i błysz­czą­ce­go ostrza w jego dło­ni i nie ba­cząc na kon­se­kwen­cje, ja­kimś cu­dem uni­ka­jąc zra­nie­nia, sta­ra­no­wa­łem go. Obaj upa­dli­śmy na zie­mię, siła ude­rze­nia była na tyle duża, że nóż wy­padł mu z ręki i prze­tur­lał się po uli­cy kil­ka me­trów da­lej. Wi­dzia­łem gniew w jego głę­bo­ko osa­dzo­nych, ciem­nych jak naj­czar­niej­sza noc oczach, ze­psu­te i wy­szcze­rzo­ne zęby, spo­mię­dzy któ­rych ki­pia­ła śli­na, jak u wście­kłe­go psa. Przez na­stęp­ne kil­ka se­kund sza­mo­ta­li­śmy się, prze­ciw­nik był szczu­pły, ale bar­dzo sil­ny. W pew­nym mo­men­cie uda­ło mi się uwol­nić z jego uści­sku i kil­ku­krot­nie ude­rzy­łem go pię­ścią w twarz, któ­ra na­tych­miast za­czę­ła bro­czyć bru­nat­ną w tym pół­mro­ku krwią. Chcia­łem jak naj­szyb­ciej od­szu­kać wzro­kiem Na­wal, więc gdy nada­rzy­ła się oka­zja, przy­tkną­łem przed­ra­mię do jego szyi i unio­słem gło­wę. Zdo­ła­łem tyl­ko do­strzec, że moja uko­cha­na leży na zie­mi, a ja­kiś sta­ry Arab pa­stwi się nad nią, okła­da­jąc ją czymś, co przy­po­mi­na­ło kij lub pręt. Gdy pró­bo­wa­łem ze­rwać się w jej kie­run­ku, świa­tło ulicz­nej lam­py przy­sło­nił ja­kiś cień i po­czu­łem, jak moja gło­wa nie­mal od­ry­wa się od krę­go­słu­pa. Za­dzwo­ni­ło mi w uszach, jak­bym wsa­dził ją do wnę­trza ko­ściel­ne­go dzwo­nu, ob­raz za­wi­ro­wał i bez­wied­nie osu­ną­łem się na twar­dy as­falt. Krew za­le­wa­ła mi oczy i chwi­lę póź­niej zwy­mio­to­wa­łem. W idio­tycz­nej nie­do­rzecz­no­ści po­my­śla­łem, że to cho­ler­ny wstyd po­rzy­gać się przy lu­dziach.

Za­nim stra­ci­łem przy­tom­ność, zdo­ła­łem do­strzec Afga­na, któ­ry pada na zie­mię pod cio­sa­mi dwóch bro­da­tych męż­czyzn. Pró­bo­wa­łem jesz­cze zła­pać od­dech, ale chwi­lę póź­niej na­sta­ła ciem­ność.

***

Obu­dził mnie chlust wody. Była zgni­ła i cuch­ną­ca, jak­by sta­ła w wia­drze bar­dzo dłu­gi czas. Wte­dy przy­szedł ból gło­wy, ja­kie­go nie do­świad­czy­łem chy­ba ni­g­dy w ży­ciu. Na­pier­da­la­ła mnie z taką mocą, jak­by ktoś z sa­dy­stycz­ną lu­bo­ścią wwier­cał mi w skro­nie wier­tła gru­bo­ści pal­ca. Krew pul­so­wa­ła i wy­cie­ka­ła z rany, w ustach czu­łem jej słod­ki i me­ta­licz­ny smak. Na­gle do mnie do­tar­ło…

Na­wal!

Unio­słem gło­wę, ale wte­dy do­sta­łem kop­nia­ka pro­sto w nos. Usły­sza­łem, jak chrup­nę­ła kość i ko­lej­ny na­pad bólu prze­szył moje cia­ło. Jęk­ną­łem, wte­dy ko­lej­na fala wody chlu­snę­ła na moją twarz.

— Do­brze ci te­raz, nie­wier­ny psie? — syk­nął męż­czy­zna ła­ma­ną an­gielsz­czy­zną, miał spuch­nię­te war­gi, a pod no­sem przy­schnię­tą krew. — Świ­nia, brud­na pier­do­lo­na świ­nia. Od­rą­bie­my ci łeb i na­bi­je­my na pło­cie na­sze­go domu, niech Al­lah nas po­pro­wa­dzi!

— Al­la­hu Ak­bar! — roz­brzmia­ło kil­ka ko­lej­nych gło­sów.

Z tru­dem unio­słem gło­wę, spo­dzie­wa­jąc się ko­lej­ne­go cio­su, ale tym ra­zem nie nad­szedł. Nie­co za­ma­za­ny ob­raz za­czął się wy­ostrzać. Le­ża­łem na brzu­chu, w ja­kiejś za­tę­chłej ru­de­rze, zza za­sło­nię­tych okien prze­bi­ja­ły pro­mie­nie słoń­ca. Ręce i nogi mia­łem spę­ta­ne, czu­łem, jak wię­zy wpi­ja­ją mi się w skó­rę. By­łem bez­bron­ny jak dziec­ko. Wte­dy uj­rza­łem moją uko­cha­ną.

— Kuba… — rze­kła drżą­cym gło­sem. — Prze­pra­szam cię, ko­cha­ny. — Na­wal chli­pa­ła. — To wszyst­ko moja wina. Prze­pra­szam i…

Bro­da­ty sta­ruch nie po­zwo­lił jej do­koń­czyć i za­ma­szy­ście ją spo­licz­ko­wał, a po­tem wy­pluł z sie­bie kil­ka zdań po arab­sku. Na­wal wy­krzy­cza­ła mu coś w od­po­wie­dzi, ale nie by­łem w sta­nie zro­zu­mieć co. Co mnie ude­rzy­ło naj­bar­dziej (prócz ca­łej tej bez­na­dziej­nej sy­tu­acji, w któ­rej się znaj­do­wa­li­śmy) — mó­wi­ła do nie­go, jak­by już wcze­śniej się zna­li. Męż­czy­zna chwy­cił ją za wło­sy i znów wy­mie­rzył kil­ka siar­czy­stych ude­rzeń. Ob­ró­ci­łem się na bok, ale nie by­łem w sta­nie ze­rwać pę­ta­ją­cych mnie wię­zów. Na­pią­łem wszyst­kie mię­śnie i za­klą­łem jak szewc, ale oczy­wi­ście nie mo­gło to nic zmie­nić.

Do­pie­ro wte­dy doj­rza­łem le­żą­ce­go tuż obok Mi­cha­ła, jego ręce i nogi rów­nież były skrę­po­wa­ne pla­sty­ko­wy­mi opa­ska­mi, w usta wci­śnię­tą miał brud­ną szma­tę. Le­żał na brzu­chu, z jego nosa są­czy­ła się mie­sza­ni­na ślu­zu i krwi, oczy wy­glą­da­ły, jak­by pę­kły mu wszyst­kie na­czyn­ka, czer­wo­ne jak u dzi­kie­go zwie­rza. Wpa­try­wał się w je­den punkt, od­ru­cho­wo po­wio­dłem tam wzro­kiem. Ob­raz był strasz­ny…

Roz­cią­gnię­ta na sto­le i przy­wią­za­na za nad­garst­ki do jego na­roż­ni­ków le­ża­ła na brzu­chu Mo­ni­ka. Jej su­kien­ka była po­rwa­na, po­skle­ja­ne blond wło­sy zwi­sa­ły nie­mal do brud­nej pod­ło­gi, na rę­kach wi­dać było głę­bo­kie otar­cia, roz­ło­żo­ne uda i po­ślad­ki były na­zna­czo­ne ogro­mem si­nia­ków i krwia­ków. Po we­wnętrz­nej stro­nie nóg spły­wa­ły cien­kie struż­ki krwi.

Coś ści­snę­ło mi żo­łą­dek tak moc­no, że omal nie pu­ści­ły mi zwie­ra­cze. Opa­no­wa­łem się jed­nak, mu­sia­łem od po­dob­ne­go losu uchro­nić Na­wal. W tej chwi­li nie było miej­sca na współ­czu­cie, na­le­ża­ło dzia­łać.

— Kim je­ste­ście? — wy­du­ka­łem po an­giel­sku, ból wciąż roz­ry­wał mi gło­wę.

— Za­mknij się… — wy­rwał się ten, któ­ry przed chwi­lą kop­nął mnie w nos, ale po­marsz­czo­ny sta­ruch w tra­dy­cyj­nej arab­skiej ga­la­bii nie dał mu do­koń­czyć.

Wark­nął coś w swo­im dia­lek­cie i pew­nym ge­stem dło­ni za­sto­po­wał go. Pod­szedł do mnie i kuc­nął w od­le­gło­ści za­le­d­wie kil­ku­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów.

— Za­bra­łeś coś, co na­le­ża­ło do mnie, nie­wier­ny psie. Na­zy­wam się Mu­ham­mad Cha­lil Abi Rabi’a, a to moi sy­no­wie: Mu­ham­mad, Ju­suf, Ossa­ma i Amir. — Sło­wa te wy­po­wie­dział bar­dzo spo­koj­nie sto­sun­ko­wo do­brą an­gielsz­czy­zną, w jego bru­nat­nych oczach wy­czu­wa­łem je­dy­nie lód. — Zbez­cze­ści­łeś ho­nor mo­jej cór­ki, ob­cu­jąc z nią jak z brud­ną świ­nią. Te­raz ona też jest świ­nią, ro­zu­miesz, po­ga­ni­nie? Zro­bi­łeś z niej świ­nię, brud­ną ma­cio­rę, któ­ra na do­da­tek nosi w so­bie świń­skie­go bę­kar­ta. Za­pła­cisz za to, za­pła­ci­cie obo­je.

To po­wie­dziaw­szy, splu­nął mi w twarz i wstał na rów­ne nogi. Za­nim się obej­rza­łem uniósł ga­la­bi­ję i wy­cią­gnął pe­nis, po czym od­dał mocz wprost na moją twarz. Wią­zan­ka naj­gor­szych moż­li­wych prze­kleństw, ja­kie w ak­cie de­spe­ra­cji z sie­bie wy­rzu­ci­łem, nie po­mo­gła ani tro­chę, a je­dy­nie za­chę­ci­ła po­zo­sta­łych męż­czyzn, aby do­łą­czy­li do ojca. Pró­bu­jąc zła­pać od­dech, sły­sza­łem ich śmie­chy, a w tle dźwięk, któ­ry roz­dzie­rał moje ser­ce — roz­pacz­li­we wo­ła­nie o li­tość Na­wal. Bła­ga­ła ich, aby prze­sta­li, a ja, cał­ko­wi­cie bez­bron­ny, le­ża­łem w ka­łu­ży cuch­ną­cych szczyn. Wy­dar­łem się, ile mia­łem sił w gar­dle, na próż­no.

Krew i mocz za­la­ły mi oczy, a po­nie­waż nie mo­głem ich wy­trzeć, ob­raz stał się nie­ostry. Wi­dzia­łem je­dy­nie kon­tu­ry po­sta­ci, któ­re stło­czy­ły się w jed­nym miej­scu, obok na krze­śle sie­dzia­ła Na­wal. Mó­wi­li coś, mo­dli­li się, ale prócz po­wta­rza­ją­ce­go się od cza­su do cza­su Al­la­hu Ak­bar nie by­łem w sta­nie zro­zu­mieć ani sło­wa. Ro­bi­li to co­raz bar­dziej żar­li­wie, ko­ły­sząc się w kół­ku i dziw­nie dy­go­cząc. Nie mia­łem po­ję­cia, do cze­go się szy­ku­ją. Może gdy­bym wie­dział, za­re­ago­wał­bym szyb­ciej, zro­bił co­kol­wiek… Za­miast tego cze­ka­łem, nie zda­jąc so­bie spra­wy, że tra­cę cen­ne se­kun­dy. Jezu… gdy­bym tyl­ko wie­dział…

Gdy w koń­cu ob­raz od­zy­skał ostrość, uj­rza­łem, jak moja uko­cha­na pró­bu­je zrzu­cić wię­zy. Pod­czoł­ga­łem się odro­bi­nę, ale za­trzy­ma­ło mnie pod­wyż­sze­nie, zwy­kły, nie wyż­szy niż trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów pier­do­lo­ny scho­dek. Nie by­łem w sta­nie go po­ko­nać bez zwró­ce­nia uwa­gi opraw­ców, co praw­da za­nu­rzo­nych w ja­kimś dziw­nym re­li­gij­nym ry­tu­ale, ale wciąż znaj­du­ją­cych się zbyt bli­sko. Na­gle ką­tem oka do­strze­głem, że Na­wal rzu­ca mi po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie. Chcia­ła, abym skie­ro­wał wzrok na sta­ry fo­tel przy oknie, co też uczy­ni­łem. Tuż nad nim po­wie­trze prze­ci­na­ła smu­ga ja­sne­go świa­tła z ze­wnątrz, któ­ra z po­cząt­ku mnie ośle­pi­ła i do­pie­ro po chwi­li zro­zu­mia­łem, co mia­łem do­strzec — przy opar­ciu le­ża­ła jej to­reb­ka, a w niej za­pew­ne mu­siał być te­le­fon.

Ad­re­na­li­na znów buch­nę­ła w ży­łach, po­czu­łem, jak za­le­wa mnie fala go­rą­ca. To była szan­sa, bo dzie­li­ły mnie od nie­go nie wię­cej niż dwa me­try. Zer­k­ną­łem na ki­wa­ją­cych się jak w tran­sie ojca i bra­ci Na­wal, po czym jak naj­ci­szej mo­głem, prze­tur­la­łem się w kie­run­ku fo­te­la. Sta­re de­ski lek­ko skrzyp­nę­ły i za­ci­sną­łem po­wie­ki w ocze­ki­wa­niu na krzyk któ­re­goś z męż­czyzn. Nic ta­kie­go nie na­stą­pi­ło, za to ob­ra­ca­jąc się po­now­nie przez mo­ment zła­pa­łem spoj­rze­nie Mi­cha­ła. Ni­g­dy ta­kie­go nie wi­dzia­łem, wy­ra­ża­ło set­ki sprzecz­nych emo­cji, od bez­na­dziei, przez cier­pie­nie, błysk na­dziei, po żą­dzę mor­du. Prze­tur­la­łem się raz jesz­cze i po­czu­łem, jak o moją twarz otarł się zwi­sa­ją­cy z opar­cia pa­sek to­reb­ki. Chwy­ci­łem go w zęby, zer­k­ną­łem na trzę­są­cych się w tym prze­dziw­nym ob­rzę­dzie męż­czyzn, po czym de­li­kat­nie szarp­ną­łem. Przy trze­ciej pró­bie to­reb­ka zsu­nę­ła się z fo­te­la na pod­ło­gę, szczę­ście do­pi­sy­wa­ło, bo za­mek był otwar­ty, a te­le­fon nie­mal na sa­mym wierz­chu.

Znów rzu­ci­łem okiem na mo­dlą­cych się krew­nych Na­wal, na­stęp­nie spoj­rza­łem na moją uko­cha­ną. Jej szma­rag­do­we oczy były te­raz peł­ne lęku, ale zza cien­kiej war­stwy łez prze­bi­ja­ła na­dzie­ja. Mu­sia­łem się po­spie­szyć.

Nie­ste­ty, plan ru­nął w chwi­li, gdy w koń­cu uda­ło mi się chwy­cić te­le­fon. Nie zdą­ży­łem jed­nak wy­krę­cić żad­ne­go nu­me­ru, bo mo­dły zmie­ni­ły się w nie­zro­zu­mia­ły po­tok wrza­sków. Męż­czyź­ni zo­rien­to­wa­li się w sy­tu­acji, je­den z nich pod­szedł do mnie i dwu­krot­nie kop­nął w brzuch. Zwi­ną­łem się w kłę­bek, ale wte­dy ko­lej­ne dwa kop­nia­ki wy­lą­do­wa­ły na mo­jej roz­ora­nej już wcze­śniej skro­ni. Na szczę­ście — a może i nie­szczę­ście, bo cza­sem my­ślę, że le­piej by było zo­stać wów­czas ska­to­wa­nym na śmierć — oj­ciec su­ro­wym to­nem za­sto­po­wał atak agre­sji syna. Ból był tak sil­ny, że nie mia­łem na­wet sił krzy­czeć. Ad­re­na­li­na wciąż jed­nak krą­ży­ła i za­ci­sną­łem zęby, nie mo­głem się pod­dać, mu­sia­łem wal­czyć i za wszel­ką cenę bro­nić Na­wal oraz na­sze­go dziec­ka. Wte­dy ktoś chwy­cił mnie za pod­bró­dek i szarp­nął gło­wę w górę.

— Zro­bi­łeś z mo­jej sio­stry świ­nię, bę­dziesz miał więc świ­nię — wy­ce­dził przez za­ci­śnię­te zęby naj­star­szy z bra­ci, jak się do­my­śla­łem, po ojcu, Mu­ham­mad. Miał duże i od­sta­ją­ce uszy, per­ka­ty nos i głę­bo­ko osa­dzo­ne, ukry­te pod gę­sty­mi brwia­mi oczy.

— Bła­gam was… Dla­cze­go to ro­bi­cie? Ona jest wa­szą…

— Ona była na­szą sio­strą i cór­ką mego ojca. Te­raz jest świ­nią, tak jak ty.

— Je­zu­uu… dla­cze­go…

— Je­zus ci nie po­mo­że, nie­wier­ny psie. Na­szym pro­ro­kiem jest Ma­ho­met. I on was dziś uka­rze. Wszy­scy za­słu­gu­je­cie na śmierć.

— Na­wal jest w cią­ży… Jak mo­że­cie mor­do­wać cię­żar­ną sio­strę? Po­wiedz mi, co mówi wer­set trzy­dzie­ści dwa, sura pią­ta two­jej świę­tej księ­gi…

Mu­sia­łem grać na czas, a przy tym nie oka­zy­wać stra­chu i sła­bo­ści. Ci lu­dzie ży­wi­li się lę­kiem i gar­dzi­li sła­by­mi. Naj­wy­raź­niej za­dzia­ła­ło, bo usza­ty Arab za­milkł i zdu­mio­ny spoj­rzał na ojca.

— Ten, kto