Wydawca: Videograf Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 503 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Radykalni. Rebelia - Przemysław Piotrowski

Stary Kontynent płonie. Zapoczątkowana w Paryżu muzułmańska rebelia rozlewa się na sąsiednie kraje. Islamscy fundamentaliści wychodzą na ulice Berlina, Brukseli, Londynu i wielu innych miast Europy Zachodniej. Władze starają się zapanować nad chaosem, ale pojawia się nowy wróg – radykalna prawica. Jej bezwzględne bojówki ze skrajnym bestialstwem odpowiadają muzułmańskiej społeczności.

Kuba i jego przyjaciele są zmuszeni raz jeszcze powrócić do piekła, wszak nigdy nie zostawia się swoich za linia wroga. W niemieckiej stolicy czeka ich walka, jakiej dotąd nie stoczyli, bój nie tylko o serca, ale i dusze. Kipiący nienawiścią Berlin zabiera ich w otchłań szaleństwa, a gdy wrogie mocarstwa stawiają ultimatum, najgorszy koszmar staje się faktem.

"Radykalni. Rebelia" to kontynuacja najbardziej kontrowersyjnego cyklu political fiction ostatnich lat. To książka o tym, co może czaić się za rogiem, gdy my naiwnie ufamy, że nic nam nie grozi. Wojna już trwa. Ludzie znów zabijają w imię Boga. Nadciąga apokalipsa.

Opinie o ebooku Radykalni. Rebelia - Przemysław Piotrowski

Fragment ebooka Radykalni. Rebelia - Przemysław Piotrowski

Re­dak­cja

Ze­spół

Pro­jekt ‌okład­ki

Da­riusz Ko­cu­rek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów ‌2018

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa ‌Vi­de­ograf SA

41-500 ‌Cho­rzów, Ale­ja ‌Har­cer­ska 3c

tel. 600 472 ‌609

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja: DIC­TUM Sp. z ‌o.o.

01-942 War­sza­wa, ‌ul. ‌Ka­ba­re­to­wa ‌21

tel. ‌22-663-98-13, fax ‌22-663-98-12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© ‌Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów ‌2016

tekst © Prze­my­sław Pio­trow­ski

ISBN ‌978-83-7835-665-3

Ko­cha­nej bab­ci…

Prolog

Gruz, pył ‌i zgni­li­zna. Wże­ra­ją­ca się ‌w skó­rę ‌kwa­śna, me­ta­licz­na ‌woń śmier­ci. ‌Dy­mią­ce ko­mi­ny, szklar­nie, ‌po­tęż­ne miaż­dżar­ki, pa­ru­ją­ce jesz­cze ‌cie­płą krwią. Mil­czą­cy świad­ko­wie ‌zbrod­ni, któ­rych nikt ni­g­dy ‌nie ‌osą­dzi. Spy­ta­cie dla­cze­go? Od­po­wiem. ‌Bo w tym świe­cie nie ma ‌i nie bę­dzie komu ‌są­dzić.

Je­śli da­lej ‌pra­gnie­cie ‌po­znać moją ‌hi­sto­rię, ‌przy­go­tuj­cie się na wstrząs. ‌Nie ‌opo­wia­dam wam tego, ‌bo ‌taki ‌mam ka­prys. Pi­szę to, ‌bo chcę ‌was przy­go­to­wać. Nie, nie ‌ostrzec, ‌choć wie­lu z was ‌może ‌wła­śnie tak ‌to ode­brać. ‌Ostrze­że­nie ‌ma ‌na celu chęć ‌prze­ciw­dzia­ła­nia za­gro­że­niu, ‌ale tego już ‌nie da się za­trzy­mać. ‌To nie­uchron­ne. Ludz­kość zlek­ce­wa­ży­ła ‌kro­czą­ce zło, wzbie­ra­ją­cą nie­na­wiść, ‌prze­ga­pi­ła mo­ment, gdy be­stie ‌prze­kro­czy­ły Ru­bi­kon.

Mój świat już ‌na was cze­ka, ‌czai się za ro­giem. ‌Nie­spo­koj­nie. Nie­cier­pli­wie. A wy cią­gle ‌wie­rzy­cie, że ‌je­ste­ście ‌bez­piecz­ni… Cóż… nie je­ste­ście. ‌Niech ‌po­cie­szy was fakt, że ‌nie je­ste­ście też ‌je­dy­ny­mi, ‌któ­rzy tak my­śle­li, wszak ‌hi­sto­ria lubi się ‌po­wta­rzać. Nasi pra­dzia­do­wie też ‌wpa­dli w tę pu­łap­kę. ‌Bez­sprzecz­nej uf­no­ści ‌w fun­da­men­tal­ne do­bro ‌czło­wie­ka. I za­pła­ci­li bar­dzo ‌wy­so­ką cenę.

Daw­no temu ‌roz­ma­wia­łem z pew­nym sta­rym ‌Ży­dem. Opo­wie­dział ‌o swo­im po­by­cie ‌w Au­schwitz-Bir­ke­nau, pie­kle na ‌zie­mi, jak je na­zy­wał. Tra­fił tam, bo nie uwie­rzył. Tak jak wy. To było dla nie­go po pro­stu nie­moż­li­we, nie­wy­obra­żal­ne, zu­peł­nie nie­po­ję­te. Tak jak dla was. Za­wsze słu­chał star­szych, któ­rzy przy ko­la­cji i wód­ce dys­ku­to­wa­li o po­li­ty­ce i świe­cie. I z nie­do­wie­rza­niem ko­men­to­wa­li plot­ki: „Mor­du­ją Ży­dów? Ma­so­wo eks­ter­mi­nu­ją? Mi­lio­na­mi palą w pie­cach? To kłam­stwa! Chcą nas za­stra­szyć! Wie­rut­ne bzdu­ry! Prze­cież Niem­cy to cy­wi­li­zo­wa­ni lu­dzie…”.

A jed­nak, nie­wie­le póź­niej mój roz­mów­ca tra­fił do naj­więk­sze­go nie­miec­kie­go obo­zu za­gła­dy, któ­ry w świa­do­mo­ści świa­ta nie miał pra­wa za­ist­nieć. Za­ist­niał re­al­nie szyb­ciej, niż się spo­dzie­wa­no, po­dob­nie jak kil­ka­na­ście in­nych, choć parę lat wcze­śniej bu­do­wa po­dob­nych przy­byt­ków z pew­no­ścią znaj­do­wa­ła się w sfe­rze po­nu­rej fan­ta­sty­ki, a każ­dy, kto za­su­ge­ro­wał­by ich po­wsta­nie, z pew­no­ścią zo­stał­by uzna­ny za cho­re­go na umy­śle, je­śli­by nie rzec — obłą­ka­ne­go.

Sta­ry Żyd opo­wie­dział mi więc, jak żył w mu­rach obo­zu, a ra­czej we­ge­to­wał, wy­zby­ty więk­szo­ści ludz­kich od­ru­chów, ni­czym szczur albo ja­kiś prze­brzy­dły ka­ra­luch, kie­ro­wa­ny od­wiecz­nym in­stynk­tem prze­trwa­nia. Był jesz­cze dziec­kiem, Niem­cy za­mor­do­wa­li mu całą ro­dzi­nę, ro­dzi­ców za­strze­li­li, a sio­stry — nie tak sil­ne jak brat — szyb­ko tra­fi­ły do ko­mo­ry ga­zo­wej nu­mer je­den. Naj­bar­dziej cier­pia­ła naj­star­sza, pięt­na­sto­let­nia prze­ślicz­na Ra­che­la, wcze­śniej wie­lo­krot­nie bru­tal­nie gwał­co­na przez kapo, a na­wet gar­dzą­cy­mi „pod­ludź­mi” straż­ni­ków, w koń­cu wy­ste­ry­li­zo­wa­na żrą­cym środ­kiem che­micz­nym w blo­ku dzie­sią­tym, przez sa­me­go Car­la Clau­ber­ga, i po kil­ku ty­go­dniach nie­po­ję­tej ge­hen­ny wy­sła­na do gazu.

Sam prze­żył, do­trwał do wy­zwo­le­nia obo­zu przez nad­cią­ga­ją­cą Ar­mię Czer­wo­ną, dla któ­rej — nie­sły­ną­cej prze­cież z prze­sad­ne­go hu­ma­ni­ta­ry­zmu — był to po­tęż­ny szok. Bę­dąc świad­kiem ta­kiej masy cier­pie­nia, nie­wy­obra­żal­ne­go okru­cień­stwa nie­miec­kich ka­tów i udrę­ki ża­ło­snych ofiar, ja­kimś cu­dem nie stra­cił jed­nak wia­ry w czło­wie­czeń­stwo. Mało tego, wy­ba­czył. I za­miesz­kał w kra­ju rzeź­ni­ków jego ro­dzi­ny.

Dziś wiem, jak los okrut­nie z nie­go za­kpił…

Ja nie wy­ba­czę. Ni­g­dy. Tam­ten sta­ry Żyd prze­żył swo­je pie­kło, ale nie po­znał mo­je­go. Na­sze­go. Ow­szem, wi­dział, do cze­go zdol­ny jest czło­wiek bez su­mie­nia, wy­zu­ty z wszel­kich ludz­kich od­ru­chów, gor­szy od naj­dzik­szej be­stii z krań­ców zna­ne­go nam świa­ta, ale nie miał po­ję­cia, do cze­go jest zdol­ny ten, któ­ry wszyst­kie swo­je po­twor­ne czy­ny tłu­ma­czy wolą Boga.

Niem­cy swo­je ofia­ry pa­li­li, oni ro­bią z lu­dzi na­wóz… Sa­dy­ści, zwy­rod­nial­cy, okrut­ni­cy…

Nie spo­cznę, póki nie za­bi­ję wszyst­kich, póki na świe­cie osta­nie się choć je­den wy­znaw­ca. To, co dziś zo­ba­czy­łem, utwier­dza mnie w prze­ko­na­niu, że tyl­ko to się li­czy. I że ro­bię do­brze.

Dziś po­grze­bie­my zmar­łych, a ju­tro wy­ru­szy­my na po­lo­wa­nie.

Be­stie znów będą mia­ły ucztę…

Kuba

3 wrze­śnia 2023 roku, Zie­lo­na Góra, Pol­ska

Nie mo­głem spać. Ob­ra­ca­łem się z boku na bok, je­dy­nie kil­ka­krot­nie za­pa­da­jąc w płyt­ki sen, pe­łen dziw­nych i nie­zro­zu­mia­łych ma­ja­ków. W chwi­lach świa­do­mo­ści wra­ca­łem do ostat­nich ty­go­dni mo­je­go ży­cia, ma­so­chi­stycz­nie przy­po­mi­na­jąc so­bie ko­lej­ne fak­ty: od ata­ku Mu­ham­ma­da Abi Rabi’i, przez kosz­mar­ną śmierć mo­jej Na­wal, wy­da­rze­nia w Bar­ce­lo­nie i Pa­ry­żu, po wi­dok ska­to­wa­ne­go, bez­i­mien­ne­go Ara­ba w jed­nej z mi­ja­nych w dro­dze do Pol­ski nie­miec­kich wio­sek. Co ja­kiś czas wra­ca­ło py­ta­nie „dla­cze­go?”. Pod­czas po­szu­ki­wa­nia na nie od­po­wie­dzi, za­le­wa­ły mnie ty­sią­ce in­nych, po­par­tych bar­dziej ob­ra­zo­wy­mi wi­dzia­dła­mi, w chwi­lach, gdy zmę­czo­ny umysł odłą­czał się i za­pa­da­łem w krót­ką drzem­kę. Moje mę­czar­nie prze­rwał w koń­cu ośle­pia­ją­cy pro­mień świa­tła, któ­ry wdarł się przez okno i na do­bre od­pę­dził sen. Za oknem słoń­ce le­ni­wie bu­dzi­ło się do ży­cia, aby znów ka­zać mi cier­pieć. Nie mia­łem po­ję­cia, z czym przyj­dzie mi się zmie­rzyć i jak los okrut­nie ze mnie za­drwi.

Wkrót­ce nie­na­wiść mia­ła za­pło­nąć we mnie jesz­cze moc­niej. Po­tęż­nie jak ni­g­dy wcze­śniej…

Te­raz za­czy­nał się jed­nak ko­lej­ny dzień.

Do miesz­ka­nia Krzyś­ka i Mo­ni­ki do­tar­li­śmy krót­ko po pół­no­cy. Ma­te­usz do­wiózł nas na osie­dle Po­mor­skie, a sam udał się do wła­sne­go domu w Dą­brów­ce Wiel­ko­pol­skiej, aby na­stęp­ne­go dnia od­sta­wić cię­ża­rów­kę do pol­skie­go od­dzia­łu jego fir­my, znaj­du­ją­ce­go się w Po­zna­niu. Oczy­wi­ście za­pla­no­wa­ny za­ła­du­nek w Pa­ry­żu zo­stał od­wo­ła­ny, ale spe­dy­tor­ka na­ci­ska­ła, aby zo­sta­wił po­jazd w głów­nej sie­dzi­bie, pod Ber­li­nem. Od­mó­wił, tłu­ma­cząc się oba­wą o wła­sne zdro­wie i ży­cie w świe­tle pa­nu­ją­cych w sto­li­cy Nie­miec za­mie­szek, su­ge­ru­jąc jed­no­cze­śnie wła­sne roz­wią­za­nie pro­ble­mu. Miał już do­świad­cze­nie i wie­dział, na co może so­bie po­zwo­lić, nie ry­zy­ku­jąc utra­ty pra­cy. Zresz­tą na­wet ewen­tu­al­ne zwol­nie­nie za­pew­ne nie od­wio­dło­by go od pod­ję­tej de­cy­zji, zwłasz­cza że już przy­naj­mniej od roku prze­bą­ki­wał o chę­ci zmia­ny fir­my. Osta­tecz­nie do­stał po­zwo­le­nie, nie­ja­ko wy­mu­szo­ne na spe­dy­tor­ce, któ­ra wo­bec tak wy­jąt­ko­wej sy­tu­acji nie mo­gła opo­no­wać, a tym bar­dziej zmu­szać pra­cow­ni­ka do na­ra­ża­nia się na nie­bez­pie­czeń­stwo i ewen­tu­al­ne wy­so­kie od­szko­do­wa­nia.

W trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu wie­żow­ca z wiel­kiej pły­ty prze­spa­li­śmy się ja, Krzy­siek, Mo­ni­ka, Fran­co i Amir. Ostat­ni z nich wzbu­dzał we mnie to­tal­nie skraj­ne uczu­cia. Syn mo­je­go naj­więk­sze­go wro­ga, mały, fał­szy­wy gno­jek, któ­ry omal nie za­rżnął mnie jak świ­ni, spał w po­ko­ju obok, jak­by ni­g­dy nic się nie sta­ło. Ten fakt zde­cy­do­wa­nie nie po­zwa­lał o so­bie za­po­mnieć, przy­cze­pił się jak rzep do psie­go ogo­na i — choć sta­ra­łem się ja­koś tłu­ma­czyć so­bie za­cho­wa­nie Mo­ni­ki trau­ma­tycz­ny­mi prze­ży­cia­mi — żad­ne so­cjo­tech­nicz­ne sztucz­ki, ja­kie na so­bie te­sto­wa­łem, nie były w sta­nie wy­ple­nić go z udrę­czo­ne­go umy­słu. Chło­pak miał niby nie wię­cej niż dzie­sięć lat, ale sko­ro raz był w sta­nie przy­ło­żyć mi nóż do gar­dła, to mógł to zro­bić po­now­nie. W nocy, po kry­jo­mu, w cza­sie głę­bo­kie­go snu. Miał prze­cież świet­nych na­uczy­cie­li. Może dla­te­go pod­świa­do­mie bro­ni­łem się przed za­śnię­ciem? Nie ufa­łem mu, ba, by­łem wście­kły, że Mo­ni­ka może trak­to­wać go tak czu­le i tro­skli­wie. To, że zmie­ni­ła się jako oso­ba, nie pod­le­ga­ło dys­ku­sji, ale mia­łem na­dzie­ję, że te dwa ty­go­dnie ge­hen­ny nie po­mie­sza­ły jej w gło­wie.

Zsu­ną­łem z sie­bie koc i po­sta­wi­łem nogi na sta­rym dy­wa­nie. Mimo że spa­łem na łóż­ku, wszyst­ko mnie bo­la­ło, tak jak­by or­ga­nizm w koń­cu się zbun­to­wał i po­sta­no­wił za­pro­te­sto­wać. Dło­nie wy­glą­da­ły, jak­bym ostat­nie wa­ka­cje spę­dził na roli, na przed­ra­mio­nach wy­brzu­szy­ły się żyły, klat­ka pier­sio­wa i oko­li­ce że­ber były słusz­nie po­si­nia­czo­ne, na pra­wym udzie zro­bił się wiel­ki krwiak, któ­re­go na­ba­wi­łem się pod­czas da­cho­wa­nia explo­re­rem Fran­co. Twarz nie wy­glą­da­ła le­piej: zmę­czo­na, zmor­do­wa­na, z bo­le­sną śliw­ką pod okiem i pod­puch­nię­tym no­sem. Do­sta­łem za­le­d­wie kil­ka strza­łów, a wy­glą­da­łem, jak­by prze­je­chał po mnie kom­bajn. Po­cie­sza­łem się jed­nak, że trój­ka pie­przo­nych bo­ha­te­rów, któ­rzy tak mnie stłu­kli, za­pew­ne leży już w kost­ni­cy albo — co, ma­jąc na uwa­dze re­be­lię w Pa­ry­żu, wca­le nie było wy­klu­czo­ne — ich tru­chła gni­ją na uli­cy.

Prze­cią­gną­łem dło­nią po bliź­nie na szyi. Pod pal­ca­mi świet­nie wy­czu­wal­na, sze­ro­ka, dłu­ga, o nie­rów­nych kra­wę­dziach, po­wierzch­nię mia­ła śli­ską i de­li­kat­ną, lśnią­cą i zu­peł­nie po­zba­wio­ną za­ro­stu, któ­ry po­krył już więk­szość mo­jej twa­rzy. Po­my­śla­łem, że na pew­no wy­glą­dam jak dziad bo­ro­wy i za­nim udam się do ro­dzi­ców (ta nie­uchron­na wi­zy­ta do­praw­dy mnie prze­ra­ża­ła, bo nie wy­obra­ża­łem so­bie od­po­wia­dać na ty­sią­ce py­tań, któ­ry­mi z pew­no­ścią za­ata­ko­wa­ła­by mnie mat­ka, jak wście­kły szer­szeń; prze­cież mu­siał­bym kła­mać i la­wi­ro­wać, nie mógł­bym przy­znać się do tego, że ru­szy­łem do Pa­ry­ża, aby po­mścić Na­wal i świa­do­mie na­ra­zi­łem się na ta­kie nie­bez­pie­czeń­stwo, nie wspo­mi­na­jąc o tym, co tam ro­bi­łem), mu­szę się ogo­lić i do­pro­wa­dzić do jako ta­kie­go po­rząd­ku.

Wsta­łem i prze­cią­gną­łem się, aby roz­pro­sto­wać ko­ści. Usły­sza­łem, jak za­chrzę­ści­ły za­sta­łe sta­wy i nie zwa­ża­jąc na ból krę­go­słu­pa i że­ber, zmu­si­łem się do zro­bie­nia kil­ku skło­nów. W prze­ci­wień­stwie do le­gio­ni­stów spa­łem na łóż­ku, oni mimo moż­li­wo­ści sko­rzy­sta­nia z sa­lo­no­wej ka­na­py nie dali się prze­ko­nać, aby po­ło­żyć się na mięk­kich ma­te­ra­cach i od­po­czy­wa­li na drew­nia­nej pod­ło­dze. Naj­wy­raź­niej i to nie po­mo­gło…

Ro­zej­rza­łem się po po­ko­ju, któ­ry przed laty na­le­żał do Krzyś­ka (a w za­sa­dzie da­lej był jego wła­sno­ścią, choć od lat nie­uży­wa­ną), na­stęp­nie ode­tchną­łem głę­bo­ko i prze­tar­łem oczy dłoń­mi. Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że wszyst­kie moje prze­my­śle­nia z ciem­nej nocy za­raz zwa­lą mi się na gło­wę z dwu­krot­nie, a może na­wet trzy­krot­nie więk­szą mocą. W po­miesz­cze­niu uno­sił się spe­cy­ficz­ny za­pach sta­rych do­mów, w któ­rych nikt od dłuż­sze­go cza­su nie miesz­kał — cięż­ki, ale na swój spo­sób na­wet przy­jem­ny, no­stal­gicz­ny. Po­my­śla­łem, że to w su­mie dziw­ne, że Krzy­siek z Mo­ni­ką ni­ko­mu go pod swo­ją nie­obec­ność nie wy­na­ję­li, z dru­giej stro­ny wie­dzia­łem prze­cież, że mi­lio­no­we od­szko­do­wa­nie po stra­cie ro­dzi­ców, ren­ta, a do­dat­ko­wo wy­so­ka pen­sja le­gio­ni­sty za­pew­ne po­zwa­la­ły na spo­koj­ne ży­cie bez tego typu pro­ble­mów.

Pod­sze­dłem do okna. Wi­dok z dzie­wią­te­go pię­tra był mi do­sko­na­le zna­ny. Osie­dlo­wy par­king pe­łen sa­mo­cho­dów, pu­sty plac za­baw oraz ska­te­park, po któ­rym kie­dyś na de­sko­rol­ce hu­lał mój przy­ja­ciel, nie­co da­lej tra­sa S3, za któ­rą roz­po­ście­ra­ła się Ra­cul­ka, dziel­ni­ca dom­ków jed­no­ro­dzin­nych z pięk­ną stad­ni­ną koni. Słoń­ce znów znie­nac­ka wy­sko­czy­ło zza chmu­ry i zmu­si­ło mnie, abym przy­ło­żył dłoń do czo­ła. Jesz­cze przez chwi­lę pa­trzy­łem na lo­kal­ną pa­no­ra­mę, po czym od­wró­ci­łem wzrok i no­stal­gicz­nie omio­tłem po­kój przy­ja­cie­la. Po le­wej znaj­do­wa­ła się sza­fa, przy łóż­ku szaf­ka noc­na ze sta­rą lamp­ką, nie­co da­lej biur­ko z żuż­lo­wy­mi ga­dże­ta­mi, któ­re po tylu la­tach wciąż za­le­ga­ły na za­ku­rzo­nych me­blach. Fi­gur­ki Mysz­ki Miki, dłu­go­pi­sy, sha­ker w bar­wach Fa­lu­ba­zu Zie­lo­na Góra i na wpół ro­ze­rwa­na pacz­ka z za­pa­cha­mi do sa­mo­cho­du w kształ­cie żuż­low­ca skła­da­ją­ce­go się w łuk. Na ścia­nie przy sza­fie wi­siał po­kaź­nych roz­mia­rów ka­len­darz z wi­ze­run­kiem ów­cze­sne­go ka­pi­ta­na dru­ży­ny, Pio­tra Pro­ta­sie­wi­cza, z miną po­waż­ną, spoj­rze­niem za­my­ślo­nym i utkwio­nym gdzieś w dal.

Maj 2016 roku… Dziś mie­li­śmy wrze­sień 2023. Krzyś­ka nie było w domu przez sie­dem dłu­gich lat.

Świ­ta­ło. Pa­no­wa­ła nie­zmą­co­na ci­sza. Wy­tę­ży­łem słuch, aby wy­ba­dać, czy ktoś inny prócz mnie po­sta­no­wił też roz­po­cząć dzień, ale do mo­ich uszu nie do­szły żad­ne dźwię­ki, z wy­jąt­kiem chra­pa­nia Fran­co. Przez mo­ment za­wa­ha­łem się, czy wyjść, aby przy­pad­kiem nie zbu­dzić in­nych do­mow­ni­ków, ale osta­tecz­nie wy­chy­li­łem się z po­ko­ju i z za­sko­cze­niem stwier­dzi­łem, że miej­sce, w któ­rym kładł się Krzy­siek, było pu­ste. Usta­ło chra­pa­nie, a mnie aż zmro­zi­ło. Po­my­śla­łem, że ten Włoch ma szó­sty zmysł i na­wet jak śpi, jego umysł czu­wa. Mia­ro­wy od­głos po chwi­li po­wró­cił, a ja skie­ro­wa­łem się do ła­zien­ki, z ulgą zo­sta­wia­jąc za sobą dal­szy kon­cert mo­je­go no­we­go przy­ja­cie­la.

Wy­si­ka­łem się, umy­łem zęby i twarz, z dumą prze­eg­za­mi­no­wa­łem bli­znę na szyi i — le­d­wo wy­ci­snąw­szy z tub­ki reszt­ki za­war­to­ści — wsma­ro­wa­łem prze­pi­sa­ną przez dok­to­ra Tu­ra­na maść. Przez kil­ka­na­ście ko­lej­nych se­kund, tępo ga­piąc się w lu­stro, na­pa­wa­łem się ban­dyc­kim wy­ra­zem wła­sne­go ob­li­cza, po czym zu­peł­nie nie­po­strze­że­nie na łeb zwa­lił mi się cały znój mi­nio­nych dni. Na­wal, Mi­chał, Abi Rabi’a… Ich imio­na i ga­tun­ko­wy cię­żar po­peł­nio­nych, nie­po­peł­nio­nych czy do­pie­ro pla­no­wa­nych czy­nów, jaki ze sobą nio­sły, był nie lżej­szy od wy­peł­nio­nej po brze­gi be­to­niar­ki, któ­ra wła­śnie unio­sła ru­cho­my bę­ben, wy­le­wa­jąc na mnie całą swo­ją za­war­tość. Dia­bel­nie roz­bo­la­ła mnie gło­wa, ale gwał­tow­ne kłu­cie na szczę­ście usta­ło rów­nie szyb­ko, jak się po­ja­wi­ło, ustę­pu­jąc lek­kie­mu ćmie­niu, przy­po­mi­na­ją­ce­mu do­le­gli­wość czło­wie­ka na słusz­nym kacu. Bez dwóch zdań mu­sia­łem od­wie­dzić ap­te­kę. I to nie tyl­ko aby za­opa­trzyć się w ko­lej­ną tub­kę ma­ści, ale przede wszyst­kim ku­pić ja­kieś środ­ki prze­ciw­bó­lo­we, prze­ciw­za­pal­ne i roz­grze­wa­ją­ce. Czort wie, w jaki jesz­cze spo­sób mój or­ga­nizm miał za­miar pro­te­sto­wać. A prze­cież to nie był ko­niec. Jesz­cze nie.

Za­ło­ży­łem sta­re dżin­sy, któ­re jesz­cze przed snem zna­la­złem w prze­past­nej sza­fie Krzyś­ka. Pa­so­wa­ły jak ulał, bo o ile dziś Fi­gur wy­glą­dał pra­wie jak kul­tu­ry­sta, o tyle w cza­sach przed Le­gią na­sze roz­mia­ry były mniej wię­cej ta­kie same. W mo­men­cie gdy za­pi­na­łem klam­rę pa­ska, usły­sza­łem zgrzyt zam­ka i po chwi­li do miesz­ka­nia dys­kret­nie wszedł mój przy­ja­ciel, oczy­wi­ście do­sko­na­le pa­mię­ta­jąc, aby omi­nąć jed­ną z wiecz­nie skrzy­pią­cych de­sek w przed­po­ko­ju.

— Nie mo­głeś spać? — za­py­tał z nie­co wy­mu­szo­nym uśmie­chem; bia­ła ko­szul­ka kle­iła się do cia­ła, na świe­żo ogo­lo­nej czasz­ce lśnił pot.

— No, po­wiedz­my — mruk­ną­łem. — Krę­ci­łem się z boku na bok. Ta cała sy­tu­acja nie daje mi spać. Ale ty chy­ba nie le­piej, co?

— Swo­je ode­spa­łem. Mu­sia­łem się prze­biec, aby po­ukła­dać so­bie kil­ka te­ma­tów w gło­wie raz jesz­cze. Poza tym wpa­dłem do skle­pu i pie­kar­ni. — Fi­gur uniósł naj­pierw jed­ną siat­kę, z któ­rej prze­bi­ja­ły sok, mle­ko, ser, ja­kaś wę­dli­na i po­mi­do­ry, a na­stęp­nie dwie ko­lej­ne, wy­peł­nio­ne jaj­ka­mi i cie­płym, in­ten­syw­nie pach­ną­cym pie­czy­wem. — Na­wet nie wiesz, jak ma­rzy­ło mi się kla­sycz­ne pol­skie śnia­da­nie — do­dał i ci­cho jak kot wkro­czył do znaj­du­ją­cej się za ro­giem kuch­ni.

W jed­nej chwi­li zgłod­nia­łem jak li­cho, więc szyb­ko wró­ci­łem do po­ko­ju, aby się odziać. Ko­niecz­nie chcia­łem po­znać plan Krzyś­ka, bo świa­do­mość, że Mi­chał był wię­zio­ny przez tego skur­wy­sy­na Abi Rabi’ę i ban­dę jego pie­przo­nych sy­nal­ków, dzia­ła­ła na mnie jak płach­ta na byka. I wca­le nie uspo­ka­jał mnie fakt, że naj­młod­szy z nich znaj­do­wał się w na­szych rę­kach. Nie mia­łem pod­staw, aby ne­go­wać jak naj­bar­dziej sen­sow­ne ro­zu­mo­wa­nie do­świad­czo­ne­go żoł­nie­rza, ale gdzieś w środ­ku czu­łem nie­kom­for­to­wy fer­ment, uczu­cie trud­ne do opi­sa­nia, nie­jed­no­znacz­ne, ale nie­po­zwa­la­ją­ce spać spo­koj­nie. Może tak wła­śnie dzia­ła in­tu­icja? Nie wiem, ale choć­by Krzy­chu znał is­lam­skich fun­da­men­ta­li­stów na wy­lot, ści­gał ich, prze­słu­chi­wał, wal­czył z nimi, „sprzą­tał po nich”, jak czę­sto sły­sza­łem to z jego ust, to ni­g­dy nie spoj­rzał w te czar­ne, głę­bo­ko osa­dzo­ne, męt­ne jak brud­na ka­łu­ża oczy tego spróch­nia­łe­go sta­ru­cha. Ja tak, wi­dzia­łem je z bar­dzo bli­ska i nie do­strze­głem po­kła­dów ja­kich­kol­wiek uczuć, tak jak­by na­le­ża­ły do zim­ne­go jak ka­mień tru­pa. Po­dob­no oczy są zwier­cia­dłem du­szy. Ja jej tam nie uj­rza­łem.

Chwi­lę po­tem oj­ciec za­mor­do­wał cię­żar­ną cór­kę. Mi­łość mo­je­go ży­cia… I moje dziec­ko… Ja­kiż to ohyd­ny i od­ra­ża­ją­cy czyn! Ob­lać kwa­sem ro­dzo­ną cór­kę i przy­glą­dać się, jak cier­pi. Jak umie­ra. Prze­cież to nie­po­ję­te, to po pro­stu nie mie­ści­ło się w ra­mach ludz­kie­go poj­mo­wa­nia. Sły­sza­ło się w ży­ciu róż­ne rze­czy, ale żeby bez po­wo­du mor­do­wać wła­sne dzie­ci? Abi Rabi’a był po­two­rem, be­stią w ludz­kiej skó­rze, is­lam — do­słow­nie i w prze­no­śni — wy­żarł mu mózg. I wła­śnie dla­te­go obec­ność Ami­ra nie była dla mnie żad­ną gwa­ran­cją.

Na­ło­żyw­szy sta­rą ko­szul­kę Krzyś­ka, wy­mkną­łem się z po­ko­ju i wsze­dłem do kuch­ni. Go­spo­darz na bla­cie sma­ro­wał ma­słem buł­ki, obok na po­kry­tym kra­cia­stą ce­ra­tą sto­le le­ża­ła de­ska do kro­je­nia i kil­ka po­mi­do­rów.

— Jaki masz plan? — spy­ta­łem, za­bie­ra­jąc się za kro­je­nie do­rod­nych wa­rzyw, na­wet je­śli miał­bym ocho­tę po­ga­dać o du­pie Ma­ry­nie to nie mia­łem od­wa­gi przed sa­mym sobą, aby pod­jąć te­mat od­bie­ga­ją­cy od nie­do­mknię­tej spra­wy. A w za­sa­dzie kil­ku spraw…

— Po śnia­da­niu udam się do chło­pa­ków. Bę­dzie­my po­trze­bo­wać wspar­cia — od­parł, nie od­wra­ca­jąc wzro­ku od wy­ko­ny­wa­nej czyn­no­ści.

— Do Fa­lu­ba­zów.

— Tak.

— Dłu­go ich nie wi­dzia­łeś…

— Mia­łem spo­ra­dycz­ny kon­takt z kil­ko­ma, cza­sem do sie­bie te­le­fo­no­wa­li­śmy, rzad­ko bo rzad­ko, ale na­wet w Le­gii trud­no cał­kiem od­ciąć się do prze­szło­ści. Co by o nich nie mó­wić, jak by ich nie oce­niać, to do­brzy i lo­jal­ni ko­le­dzy. Gdy­by nie ich po­moc po tej fe­ral­nej ustaw­ce, to pew­nie do dziś gnił­bym w pu­dle.

— Wciąż jeż­dżą za dru­ży­ną?

— Nie wszy­scy, ale więk­szość. Tes wciąż w tym sie­dzi, Klam­ka tra­fił do GROM-u dwa lata po tym, jak wstą­pi­łem do Le­gii. Rudy ra­czej od­bił, znasz go…

— Po­dob­no do­brze idzie mu biz­nes.

— Tak, prze­jął go po ojcu. Bu­du­je strzel­ni­ce dla woj­ska, po­li­cji czy klu­bów spor­to­wych. Strasz­nie się za­wziął po tym, co go spo­tka­ło.

— Co masz na my­śli?

— Nie sły­sza­łeś o Lil­ce?

— Cze­kaj… — Jak przez mgłę pa­mię­ta­łem osie­dlo­we plot­ki. Przy­le­cia­łem wte­dy na ty­dzień z Hisz­pa­nii, na uro­dzi­ny sio­stry. — Po­je­chał z nią do Ber­li­na na ja­kąś im­pre­zę i mu znik­nę­ła. Po­dob­no strasz­ne­go doła zła­pał, za­czął ćpać, wpadł w de­pre­sję.

— No wła­śnie nie do koń­ca tak było… — Fi­gur skoń­czył ukła­dać ser i kieł­ba­sę na tak świe­żych, że aż strze­la­ją­cych w pal­cach buł­kach. — Ona nie ode­szła ani go nie rzu­ci­ła. I nie znik­nę­ła… — Po­pa­trzył na mnie wy­mow­nie. — Po­rwa­li mu ją sprzed nosa w jed­nej z dys­ko­tek.

— Cooo?! — spy­ta­łem z nie­do­wie­rza­niem.

— Przy­naj­mniej tak twier­dził, a ja nie mam żad­nych po­wo­dów, aby mu nie ufać. Chło­pa­ki też. Zgło­sił za­gi­nię­cie, nie­miec­ka po­li­cja nie była jed­nak w sta­nie zbyt wie­le zro­bić. Czy to po­li­ty­ka wzglę­dem śro­do­wisk mu­zuł­mań­skich, czy może brak środ­ków i lu­dzi spo­wo­do­wa­ły, że po­dob­no nie po­de­szli do spra­wy zbyt rze­tel­nie. Szu­ka­li jej więc sami, krę­ci­li się po tych dzia­dow­skich dziel­ni­cach i bur­de­lach, jak my w Bar­ce­lo­nie, ale Lil­ka wy­pa­ro­wa­ła. Do­dat­ko­wo zwró­ci­li na sie­bie uwa­gę lo­kal­ne­go gan­gu Afgań­czy­ków, po­dob­no od­po­wie­dzial­nych za po­rwa­nie Lil­ki. Nie spodo­ba­ło im się, że ja­cyś Po­la­cy wę­szą na ich te­re­nie. Omal ich nie do­pa­dli i nie po­cię­li.

— O cho­le­ra…

— Zro­bi­li, co mo­gli, ale mu­sie­li od­pu­ścić. Chło­pa­ki nie mie­li jak po­móc, bo krę­cąc się w Neu­kölln, wy­glą­da­li, jak­by ktoś na­ry­so­wał im na czo­łach tar­cze strzel­ni­cze, tym bar­dziej że po­li­cja też nie da­wa­ła im spo­ko­ju. Rudy się pod­ła­mał, ale na szczę­ście to twar­dy chłop i ja­koś się ogar­nął. Po chwi­lo­wym za­ła­ma­niu uciekł w pra­cę, dużą w tym rolę ode­grał jego oj­ciec, któ­ry po­sta­wił go na nogi. Wkrę­cił się w te strzel­ni­ce, ale przy oka­zji od­na­lazł dru­gą pa­sję — broń. Zwa­rio­wał na jej punk­cie, zwłasz­cza że w tej bran­ży ma do niej prak­tycz­nie nie­ogra­ni­czo­ny do­stęp. Ga­da­łem z nim ja­kieś dwa mie­sią­ce temu. My­ślę, że wciąż nie do koń­ca ochło­nął po tym, co się wy­da­rzy­ło.

— Nie mia­łem po­ję­cia… — mruk­ną­łem, za­my­śla­jąc się. — Nie tyl­ko my…

— Tak — prze­rwał mi Fi­gur. — Nie tyl­ko my.

Woda w czaj­ni­ku za­go­to­wa­ła się. Mój przy­ja­ciel wy­cią­gnął z gór­nej szaf­ki trzy kub­ki i do każ­de­go wsy­pał trzy czu­ba­te ły­żecz­ki kawy.

— Fran­co nie bę­dzie za­do­wo­lo­ny — burk­nął, za­le­wa­jąc je ko­lej­no wrząt­kiem.

Za­mie­szał i po­dał mi aro­ma­tycz­ny na­pój, któ­ry jed­nak ni­jak miał się do hisz­pań­skiej kawy z pro­fe­sjo­nal­ne­go eks­pre­su. Gę­sta i moc­na jak sta­do dia­błów, mia­ła za cel po­sta­wić nas na nogi.

— Nie po­wie­dzia­łeś mi, co pla­nu­jesz… — za­ga­iłem, gdy wzią­łem pierw­szy łyk czar­nej jak smo­ła cie­czy.

— Za­dzwo­nię do Abi Rabi’i i po­wiem mu, że do­ko­na­my wy­mia­ny w le­sie przy gra­ni­cy, po pol­skiej stro­nie.

— My­ślisz, że się zgo­dzi?

— Nie wiem, ty mi po­wiedz. — Fi­gur spoj­rzał na mnie wzro­kiem prze­ni­kli­wym, jak­by czy­tał w mo­ich my­ślach. Miał szó­sty zmysł…

— My­ślę, że nie — od­par­łem, nie uda­jąc i nie ba­wiąc się w kon­we­nan­se, kon­kret­nie, tak czu­łem, szcze­rze i do cna tak to wi­dzia­łem.

Upi­łem ko­lej­ny łyk. Krzy­siek oparł się łok­cia­mi o blat i wy­giął ple­cy w łuk, roz­cią­ga­jąc zbo­la­łe mię­śnie.

— Bio­rę to pod uwa­gę i cie­szę się, że mó­wisz to, co czu­jesz. Je­stem pew­ny jed­ne­go: Abi Rabi’a zja­wi się w umó­wio­nym miej­scu, bo chce nas za­bić tak samo moc­no, jak my chce­my za­bić jego. I czy zro­bi to po na­szej stro­nie gra­ni­cy, czy po stro­nie nie­miec­kiej, nie przy­bę­dzie sam. A to ozna­cza, że bę­dzie­my po­trze­bo­wać lu­dzi, któ­rzy ode­tną mu dro­gę uciecz­ki. Wte­dy go do­pad­nie­my i zro­bi­my co na­le­ży.

Ostat­nie zda­nie za­wi­sło nad sto­łem, wy­peł­nia­jąc ku­chen­ną izbę po­nu­rą ci­szą. Na­sze spoj­rze­nia spo­tka­ły się w so­li­dar­nym ge­ście zro­zu­mie­nia. Za­my­śli­łem się. Z le­tar­gu wy­rwał mnie do­pie­ro trzask pę­ka­ją­cej skór­ki buł­ki, któ­rą Krzy­siek wła­śnie miaż­dżył w zę­bach.

W tym mo­men­cie do kuch­ni wkro­czył Fran­co. Był na bo­sa­ka i miał na so­bie je­dy­nie sza­re spodnie dre­so­we po Ma­te­uszu. Jego po­ro­śnię­ta czar­nym gąsz­czem klat­ka pier­sio­wa zda­wa­ła się nie­na­tu­ral­nie duża, rów­nie im­po­nu­ją­co pre­zen­to­wa­ły się bar­ki. Ban­daż na le­wym ra­mie­niu był lek­ko prze­siąk­nię­ty krwią, a na pra­wym boku lśni­ła bez­kształt­na po­łać blizn po opa­rze­niu, chro­po­wa­ta, od­ci­na­ją­ca się bar­wą ciem­niej­sze­go różu, zda­wa­ła się opi­nać że­bra do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści.

— Masz tu ja­kieś ciu­chy, bo nie mam za­mia­ru za­bi­jać w tych ła­chach? — spy­tał ba­sem rów­nie do­no­śnym, co sy­gnał nad­pły­wa­ją­ce­go tan­kow­ca.

Nie do­szu­ka­łem się w jego to­nie iro­nii, a tym bar­dziej żar­tu.

— Za­raz coś ci zor­ga­ni­zu­je­my — od­parł Fi­gur i upił łyk kawy.

— Co to jest? — Włoch wska­zał na pa­ru­ją­cy ku­bek.

— Wie­dzia­łem, że nie bę­dziesz wnie­bo­wzię­ty, ale nie ma­rudź, gor­sze gów­no pi­łeś w ro­bo­cie.

— Ech… — Fran­co mach­nął ręką i wbił zęby w buł­kę, choć lep­szym stwier­dze­niem by­ło­by, że jego otwór gę­bo­wy wchło­nął ją nie­mal w ca­ło­ści. — Przy­naj­mniej śnia­da­nia po­tra­fisz ro­bić — do­dał, prze­żu­wa­jąc świe­że pie­czy­wo z se­rem, kieł­ba­są i po­mi­do­rem.

— Nie tyl­ko, ale do­bra, skończ­my to pie­prze­nie, nie mamy na to cza­su.

— Kie­dy chcesz za­dzwo­nić do Abi Rabi’i? — spy­ta­łem.

— Jak tyl­ko upew­nię się, czy mo­że­my li­czyć na wspar­cie. Tym­cza­sem chodź­my do sa­lo­nu. Chcę zo­ba­czyć, co dzie­je się w tym za­faj­da­nym świe­cie.

Fi­gur w jed­ną rękę chwy­cił ku­bek z kawą, w dru­gą ta­lerz z buł­ka­mi i wy­szli­śmy do sa­lo­nu. Włą­czył te­le­wi­zor, na ekra­nie po­ja­wi­ła się pa­no­ra­ma ulic Ber­li­na z lotu pta­ka, nie­co drżą­ce oko ka­me­ry prze­miesz­cza­ło się tuż nad da­cha­mi bu­dyn­ków. W kil­ku miej­scach pło­nę­ły sa­mo­cho­dy, z jed­nej z ka­mie­nic bu­cha­ły kłę­by czar­ne­go dymu, z któ­rych od cza­su do cza­su wy­ła­nia­ły się zło­śli­we ję­zo­ry ognia, na uli­cach gdzie­nie­gdzie bie­ga­li lu­dzie, bez ładu i skła­du, jak oby­wa­te­le pro­wa­dzo­nej ko­lo­nii w jed­nej ze sta­rych stra­te­gicz­nych gier kom­pu­te­ro­wych pod­czas ata­ku wro­gie­go prze­ciw­ni­ka. W tle war­ko­tu śmi­gieł snuł się ko­men­tarz pre­zen­te­ra:

— …nie­okre­ślo­na, jed­nost­ki po­li­cji nie są w sta­nie za­pa­no­wać nad za­miesz­ka­mi, któ­re roz­prze­strze­ni­ły się już nie­mal na całe mia­sto. Wła­dza ape­lu­je, aby lu­dzie nie wy­cho­dzi­li z do­mów, mimo to na uli­cach jest bar­dzo nie­spo­koj­nie. Po se­rii wczo­raj­szych ata­ków kanc­lerz wpro­wa­dził stan wy­jąt­ko­wy, któ­ry tyl­ko spo­tę­go­wał agre­syw­ne re­ak­cje miesz­kań­ców. Świad­ko­wie mó­wią o strze­la­ni­nach na uli­cach i licz­nych ofia­rach. Do sie­ci tra­fia co­raz wię­cej ama­tor­skich fil­mów, na któ­rych wi­dać star­cia miesz­kań­ców Ber­li­na. Na jed­nym z nich ka­me­ra uchwy­ci­ła dwóch męż­czyzn, któ­rzy trze­cie­mu od­rą­ba­li gło­wę ta­sa­kiem bądź ma­cze­tą. W mie­ście pa­nu­je to­tal­ny cha­os, ale już te­raz moż­na mó­wić o set­kach za­bi­tych. Ta­kiej sy­tu­acji nie było w sto­li­cy Nie­miec od za­koń­cze­nia dru­giej woj­ny świa­to­wej.

— Kur­wa mać! — za­klął Krzy­chu, a ja do­rzu­ci­łem swo­ją, wca­le nie mniej wy­ra­fi­no­wa­ną wią­zan­kę. — To nam strasz­nie skom­pli­ku­je cały te­mat.

— Abi Rabi’a bę­dzie po­trze­bo­wał cza­su, aby tu przy­je­chać — rzekł Fran­co, w tle pre­zen­ter kon­ty­nu­ował swój ko­men­tarz od­no­śnie do sy­tu­acji w Ber­li­nie.

— My­ślę, że już jest w dro­dze, ale co praw­da to praw­da. Na­wet je­śli wła­dze opa­nu­ją ten bur­del, to szyb­ko się tu nie prze­do­sta­nie. No i po­zo­sta­je jesz­cze na­sza gra­ni­ca, któ­rej za­pew­ne, na­wet je­śli chcie­li­by­śmy go do tego przy­mu­sić, może nie prze­kro­czyć.

— Cha­os może być też na­szym sprzy­mie­rzeń­cem… — za­su­ge­ro­wał Włoch, prze­żu­wa­jąc ko­lej­ny wiel­ki kęs.

— Ow­szem, może… — od­parł Krzy­siek, wpa­tru­jąc się w ekran te­le­wi­zo­ra, na któ­rym te­raz kanc­lerz oso­bi­ście wy­po­wia­dał się na te­mat za­ist­nia­łej sy­tu­acji.

Za­skrzy­pia­ły drzwi i z po­ko­ju wy­chy­li­ła się Mo­ni­ka, przed któ­rą bo­jaź­li­wie stą­pał mały Amir. Mia­ła na so­bie dre­so­we spodnie i nie­bie­ską ko­szul­kę, na twa­rzy i przed­ra­mio­nach wciąż ma­lo­wa­ły się pięk­ne wzo­ry z hen­ny. Wy­glą­da­ła na zmę­czo­ną i wy­czer­pa­ną, tak jak­by w ogó­le nie zdo­ła­ła od­po­cząć. Może ją też drę­czy­ły kosz­ma­ry? Może my­śla­ła o Mi­cha­le? Na pew­no mia­ła wie­le po­wo­dów, aby ode­gnać spo­koj­ny sen.

— Cześć — rzu­ci­ła po pol­sku, nie­co bo­jaź­li­wie, jak­by nie do koń­ca pew­na, jak się za­cho­wać. — Da­cie mu coś zjeść? Musi być głod­ny — do­da­ła, tym ra­zem po an­giel­sku.

— Ja­sne — ła­god­nie od­parł Krzy­siek, a sie­dzą­cy naj­bli­żej Fran­co prze­su­nął ta­lerz z buł­ka­mi na skraj sto­łu.

— I chcia­ła­bym… — Mo­ni­ka za­wie­si­ła głos i wy­ko­na­ła wy­mow­ny gest dłoń­mi. — …zmyć z sie­bie to świń­stwo. Cią­gle przy­po­mi­na mi o…

— Zaj­mie­my się nim, sio­stra. Bez obaw.

Je­dy­na dama w na­szym to­wa­rzy­stwie lek­ko po­pchnę­ła Ami­ra w na­szym kie­run­ku, a ten w mil­cze­niu i ze spusz­czo­ną gło­wą zro­bił kil­ka nie­pew­nych kro­ków. Miał na so­bie na­le­żą­ce do niej krót­kie spor­to­we spoden­ki w ko­lo­rze kha­ki i czer­wo­ną, nie­co za dużą ko­szul­kę z masą bez­kształt­nych i po­roz­rzu­ca­nych na­pi­sów. Od­pro­wa­dziw­szy go wzro­kiem, Mo­ni­ka prze­cze­sa­ła dłoń­mi roz­czo­chra­ne wło­sy i z ci­chym wes­tchnie­niem po­szła do ła­zien­ki.

— Po­dejdź, chłop­cze, zjedz coś. Nie oba­wiaj się, nic ci nie zro­bi­my — ła­god­nie za­chę­cił go Krzy­siek; mó­wił po an­giel­sku po­wo­li i wy­raź­nie.

Pa­trzy­łem na tego dzie­cia­ka i nie wie­dzia­łem, co mam my­śleć. W gło­wie pust­ka. To­tal­na. Mil­cza­łem i ob­ser­wo­wa­łem. Amir wpa­try­wał się w buł­ki zlęk­nio­nym wzro­kiem, na­wet nie pró­bu­jąc pod­nieść gło­wy i spoj­rzeć na któ­re­goś z nas. Miał oko­ło me­tra czter­dzie­stu pię­ciu cen­ty­me­trów wzro­stu i był bar­dzo szczu­pły, żeby nie po­wie­dzieć: chu­dy jak pa­tyk. Ciem­niej­sza kar­na­cja tyl­ko po­tę­go­wa­ła to wra­że­nie, po­dob­nie jak tro­chę za duże ubra­nie, któ­re wi­sia­ło na nim jak na wie­sza­ku. Kru­czo­czar­ne wło­sy były kiep­sko przy­strzy­żo­ne, grzyw­ka nie­rów­na, z boku ko­smy­ki na­cho­dzi­ły mu na duże i nie­co od­sta­ją­ce uszy. Rysy miał jed­nak re­gu­lar­ne, zdro­wo lśnią­cą skó­rę, jed­na z tych star­szych pań w oku­la­rach, któ­re mi­ja­my na uli­cy bądź spo­ty­ka­my na przy­stan­ku au­to­bu­so­wym, za­pew­ne po­wie­dzia­ła­by, że wy­glą­da jak che­ru­bi­nek. Spra­wiał jed­nak wra­że­nie za­nie­dba­ne­go i — za­kła­da­łem, że ma oko­ło dzie­się­ciu lat — lek­ko opóź­nio­ne­go w roz­wo­ju. Stał nie­ru­cho­mo, ręce trzy­ma­jąc wzdłuż tu­ło­wia, lek­ko po­chy­lo­ny, wy­raź­nie spło­szo­ny.

— Jedz — po­no­wił proś­bę Krzy­siek, nie­co bar­dziej sta­now­czo.

Z ła­zien­ki do na­szych uszu do­tarł szum wody spod prysz­ni­ca.

Amir jesz­cze przez mo­ment nie re­ago­wał, wtem jego oczy za­szkli­ły się i po po­licz­kach po­cie­kły łzy.

— Szlag… — za­klął pod no­sem Krzy­siek.

Fran­co prze­su­nął ta­lerz na sam skraj sto­łu, nie­mal pod nos chło­pa­ka, ale ten od­ru­cho­wo cof­nął się.

— Prze­cież to wie­przo­wi­na — wy­pa­lił znie­nac­ka po­tęż­ny Włoch. — On tego nie zje.

— Cho­le­ra, zu­peł­nie za­po­mnia­łem. — Fi­gur klep­nął się wy­mow­nie w czo­ło, po chwi­li wstał i udał się do kuch­ni.

Nie mia­łem po­ję­cia, jak za­re­ago­wać, więc wbi­łem zęby w ko­lej­ny ka­wa­łek buł­ki z pysz­ną — zło­śli­wie do­da­łem to w my­ślach — świń­ską kieł­ba­są i skie­ro­wa­łem wzrok na ekran te­le­wi­zo­ra, gdzie przy sto­le de­ba­to­wa­ły te­raz tak zwa­ne mą­dre gło­wy, pol­scy po­li­ty­cy i dzien­ni­ka­rze, któ­rzy ko­men­to­wa­li ak­tu­al­ną sy­tu­ację w Niem­czech i ogól­nie w ca­łej Eu­ro­pie Za­chod­niej, jak­by już daw­no po­zja­da­li wszyst­kie ro­zu­my. Fran­co też stra­cił za­in­te­re­so­wa­nie chło­pa­kiem, my­ślę, że miał rów­nie kiep­skie do­świad­cze­nie w kon­tak­tach z dzieć­mi jak ja, tym bar­dziej z mu­zuł­mań­ski­mi ba­cho­ra­mi ter­ro­ry­sty, któ­re­go pla­no­wa­li­śmy za­bić. Po­rą­ba­na sy­tu­acja…

Po oko­ło mi­nu­cie Krzy­siek wró­cił z kuch­ni, z buł­ką z se­rem i po­mi­do­rem oraz szklan­ką soku jabł­ko­we­go. Przy­kuc­nął i po­sta­wił je obok Ami­ra. Po­pa­trzył na twarz chło­pa­ka, któ­ry ci­cho po­cią­gał no­sem.

— Bez wie­przo­wi­ny — rzekł. — Mo­żesz to zjeść.

Amir gwał­tow­nie wy­tarł łzy wierz­chem dło­ni w spo­sób dla dziec­ka w tym wie­ku jak naj­bar­dziej na­tu­ral­ny. Nie­śmia­ło wy­cią­gnął dłoń w stro­nę kub­ka, a chwi­lę póź­niej przy­sta­wił go do ust i upił odro­bin­kę soku. Naj­wy­raź­niej mu po­sma­ko­wał, bo prze­chy­lił go od­waż­niej i opróż­nił do dna. Wbił spoj­rze­nie w buł­kę, jak­by wciąż nie był do koń­ca prze­ko­na­ny, czy może ją zjeść, w koń­cu jed­nak chwy­cił ją obu­rącz i od­gryzł kęs, po­wo­li go prze­żu­wa­jąc. Pod­niósł wzrok i spoj­rzał na Krzyś­ka. Miał bar­dzo duże i ciem­ne oczy, ale nie do­strze­głem w nich tego, cze­go pod­świa­do­mie szu­ka­łem. Chy­ba my­śla­łem, że tak by­ło­by dla mnie ła­twiej, uj­rzeć w nich od­bi­cie ojca, du­szę za­in­fe­ko­wa­ną nie­na­wi­ścią do wszyst­kich i wszyst­kie­go, chłód i mrok, kieł­ku­ją­ce zło. Ku mo­je­mu roz­cza­ro­wa­niu zo­ba­czy­łem je­dy­nie smut­ne oczy nie­win­ne­go chłop­ca, za­hu­ka­ne­go i za­gu­bio­ne­go w ota­cza­ją­cej go rze­czy­wi­sto­ści, nie­ro­zu­mie­ją­ce­go swo­je­go po­ło­że­nia, prze­zna­cze­nia ani de­cy­zji lu­dzi do­ro­słych, któ­re do­pro­wa­dzi­ły go do tej bez­i­mien­nej dla nie­go kra­iny, gdzie wszyst­ko wy­glą­da ina­czej, a z oko­licz­nych mi­na­re­tów od rana nie do­bie­ga­ło za­wo­dze­nie mu­ez­zi­nów przy­wo­łu­ją­cych wier­nych do obo­wiąz­ko­wej mo­dli­twy. Amir w mil­cze­niu zjadł oba ka­wał­ki buł­ki, na­stęp­nie wró­cił do po­przed­niej po­zy­cji — ręce wzdłuż tu­ło­wia, gło­wa spusz­czo­na, wzrok wbi­ty w pod­ło­gę. Słu­cha­li­śmy ko­men­ta­rza w te­le­wi­zji, a on nie ru­szał się, wy­glą­dał jak ja­kiś za­pro­gra­mo­wa­ny ro­bot, któ­ry cze­kał na ko­lej­ne po­le­ce­nia. Niby nic, ale sy­tu­acja zro­bi­ła się dziw­nie nie­kom­for­to­wa, z tego, co za­uwa­ży­łem, nie tyl­ko dla mnie.

— Mo­żesz usiąść — po­wie­dział Krzy­siek i wska­zał Ami­ro­wi je­den z wol­nych fo­te­li.

Chło­pak nie­śmia­ło uniósł gło­wę i spoj­rzał na le­gio­ni­stę, a na­stęp­nie na mnie. He­ba­no­we oczy spo­czę­ły na mo­jej szyi, omia­ta­ły wzro­kiem bli­znę prze­ci­na­ją­cą ciem­ny za­rost. Pa­trzył na nią za­hip­no­ty­zo­wa­ny, po­słusz­nie, bez ru­chu. Wtem jego drob­na bro­da zmarsz­czy­ła się nie­co, a na­stęp­nie za­czę­ła się trząść. Przy­po­mi­nał mal­ca, któ­ry w tłu­mie zgu­bił ro­dzi­ców; oczy znów za­szkli­ły się i nie utrzy­ma­ły łez, któ­re spły­nę­ły wzdłuż śnia­dych po­licz­ków.

— Ja nie chcia­łem… — wy­mam­ro­tał, po­chli­pu­jąc i co­raz moc­niej po­cią­ga­jąc no­sem.

Prze­sta­łem prze­żu­wać i spoj­rza­łem na chło­pa­ków, naj­wy­raź­niej byli rów­nie za­sko­cze­ni jak ja, bo nie sko­men­to­wa­li. Z po­wro­tem skie­ro­wa­łem wzrok na Ami­ra, któ­ry chy­ba za­czy­nał tra­cić nad sobą pa­no­wa­nie. W pew­nym mo­men­cie nogi się pod nim ugię­ły, padł na ko­la­na i oparł­szy się przed­ra­mio­na­mi o blat sto­łu, za­czął szlo­chać. Nie darł się jak więk­szość nie­wy­cho­wa­nych dzie­cia­ków w jego wie­ku, jego płacz bar­dziej przy­po­mi­nał za­wo­dze­nie ża­łob­ni­ka nad gro­bem naj­bliż­szej oso­by. To było skraj­nie dziw­ne i nie­spo­ty­ka­ne.

Spoj­rze­li­śmy po so­bie, po raz pierw­szy po­czu­łem, że le­gio­ni­ści byli tak samo zdez­o­rien­to­wa­ni, jak ja, ich szko­le­nie i do­świad­cze­nie w te­re­nie nie mia­ło tu ab­so­lut­nie żad­ne­go prze­ło­że­nia. Wte­dy do sa­lo­nu wpa­dła okry­ta je­dy­nie ręcz­ni­kiem Mo­ni­ka.

— Co mu, kur­wa, zro­bi­li­ście!? — wark­nę­ła po pol­sku.

Wy­glą­da­ła jak wście­kła osa, mo­kre wło­sy i wciąż nie do koń­ca zmy­te wzo­ry z hen­ny upo­dab­nia­ły ją te­raz do dzi­kiej Ama­zon­ki, któ­ra wła­śnie wy­ru­sza na woj­nę. Amir wciąż pła­kał, opar­ty o blat sto­łu.

— Nic… — wy­du­kał za­kło­po­ta­ny Krzy­siek. — My tyl­ko…

— Wła­śnie wi­dzę two­je „nic”! — syk­nę­ła i czu­le ob­ję­ła chło­pa­ka, szep­cząc mu do ucha.

Ten wtu­lił się w nią, nie prze­sta­jąc szlo­chać. Chwi­lę tak ra­zem trwa­li, na­stęp­nie rzu­ci­ła nam sro­gie i peł­ne wy­rzu­tu spoj­rze­nie, po czym od­pro­wa­dzi­ła mal­ca do swo­je­go po­ko­ju. Znów spoj­rze­li­śmy po so­bie.

— Twar­da ko­bie­ta… — burk­nął Fran­co, wy­mow­nie uno­sząc brwi do góry.

— Ta­aak — od­rzekł Krzy­siek, chy­ba wy­raź­nie za­sko­czo­ny za­ist­nia­łą sy­tu­acją, zresz­tą po­dob­nie jak ja.

Zna­łem Mo­ni­kę od lat, ale nie pa­mię­ta­łem, aby za­cho­wy­wa­ła się w taki spo­sób. I to spoj­rze­nie, gniew­ne, wście­kłe, wręcz sza­lo­ne, w jed­nej chwi­li zmro­zi­ło mi krew w ży­łach, jak­by przez moją przy­ja­ciół­kę prze­ma­wiał ja­kiś roz­ju­szo­ny de­mon.

Fi­gur, spy­taw­szy, czy nie chcę por­cji biał­ka, wstał od sto­łu i po­szedł do kuch­ni, po czym dla każ­de­go przy­go­to­wał po ku­flu su­ro­wych ja­jek. Ni­g­dy nie by­łem fa­nem tego ra­czej nie­przy­jem­ne­go w od­bio­rze po­sił­ku (w dzi­siej­szych cza­sach wszel­kie for­my pro­te­ino­wych su­ple­men­tów sma­ko­wa­ły jak de­li­cje i nikt nie mu­siał ka­to­wać się tak sta­ro­świec­ki­mi me­to­da­mi do­star­cze­nia nie­zbęd­ne­go dla mię­śni biał­ka), ale nie chcąc być gor­szy od le­gio­ni­stów, któ­rzy w te­re­nie za­pew­ne byli od­cię­ci od po­dob­nych zdo­by­czy cy­wi­li­za­cji, chęt­nie przy­sta­łem na pro­po­zy­cję. Prze­łkną­łem kok­tajl, o dzi­wo bez więk­szych pro­ble­mów, i z po­wro­tem wbi­łem wzrok w te­le­wi­zor. Wy­świe­tla­ne ob­ra­zy przy­ku­ły uwa­gę nas wszyst­kich. Nie tyl­ko ja bez­wied­nie sko­men­to­wa­łem to, co wi­dzę, kla­sycz­nym „ja pier­do­lę”… To był szok.

Ekran wy­peł­niał pej­zaż pło­ną­cej — do­słow­nie i w prze­no­śni — sto­li­cy Fran­cji. Ka­me­ra, za­mon­to­wa­na na jed­nym ze śmi­głow­ców, uka­zy­wa­ła pię­trzą­ce się kłę­by dymu, któ­re w pew­nym miej­scu przy­sła­nia­ły całe prze­czni­ce. Po­ża­ry tra­wi­ły bu­dyn­ki nie tyl­ko przed­mieść, ale tak­że ka­mie­nic wo­kół wie­ży Eif­fla czy nie mniej słyn­ne­go Luw­ru. Ko­men­ta­tor mó­wił o ty­sią­cach ofiar i wie­lo­krot­nie wyż­szej licz­bie ran­nych, pro­ble­mach w prze­peł­nio­nych szpi­ta­lach, cha­otycz­nych ak­cjach po­li­cji i woj­ska, pło­ną­cych ga­le­riach, urzę­dach, szko­łach, po­ste­run­kach, ko­ścio­łach, nie wspo­mi­na­jąc o nie­zli­czo­nych skle­pach, re­stau­ra­cjach czy ka­fej­kach. Całe za­stę­py wo­zów stra­żac­kich nie były w sta­nie uga­sić sza­le­ją­cych pło­mie­ni, więc służ­by sku­pia­ły się na miej­scach naj­gę­ściej za­lud­nio­nych bądź tych o bez­cen­nej war­to­ści hi­sto­rycz­nej, jak choć­by plu­ją­ca ję­zy­ka­mi ognia ze strze­li­stych okien ka­te­dra No­tre Dame. Uli­ca­mi wstrzą­sa­ły ko­lej­ne wy­bu­chy, sły­chać było strza­ły, cza­sem całe se­rie z bro­ni au­to­ma­tycz­nej, w wie­lu miej­scach po­wsta­ły ba­ry­ka­dy ze spa­lo­nych wra­ków, przy­czep, cza­sem zwy­kłych me­bli po­wy­rzu­ca­nych przez okna na as­falt.

Gdy inna ka­me­ra po­ka­zy­wa­ła ob­raz z po­zio­mu uli­cy, od­gło­sy re­be­lii sta­wa­ły się jesz­cze bar­dziej do­no­śne, bliż­sze wi­dzo­wi, a tym sa­mym bar­dziej zło­wiesz­cze, fil­mo­wa­nie z ręki do­da­wa­ło re­ali­zmu, a gwał­tow­ne re­ak­cje pre­zen­te­ra nie po­zo­sta­wia­ły wąt­pli­wo­ści, że na uli­cach Pa­ry­ża było po pro­stu nie­bez­piecz­nie. Krzy­ki, na­wo­ły­wa­nia, brzęk szkła, huk, trzask, strza­ły, wy­bu­chy, sy­re­ny, war­kot wir­ni­ków wi­szą­cych nad bu­dyn­ka­mi ma­szyn, roz­wie­wa­ją­cych kłę­by czar­ne­go dymu jak ame­ry­kań­skie śmi­głow­ce na fil­mach z lat sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych, groź­nie prze­la­tu­ją­ce przez gę­ste ob­ło­ki snu­ją­ce się nad spa­lo­ną na­pal­mem dżun­glą pod­czas woj­ny w Wiet­na­mie. Do­słow­nie! Ta re­la­cja nie róż­ni­ła się ni­czym od spra­woz­da­nia z woj­ny!

Trud­no mi było w to wszyst­ko uwie­rzyć, wpa­try­wa­łem się w ekran z roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi, pró­bu­jąc przy­swo­ić so­bie fakt, że jesz­cze kil­ka­dzie­siąt go­dzin temu znaj­do­wa­łem się w sa­mym ser­cu mia­sta, któ­re te­raz wy­glą­da nie le­piej niż Mo­sul, Alep­po czy Mo­ga­di­szu, ba, by­łem jed­nym z tych, któ­rzy się do tego bez­po­śred­nio przy­czy­ni­li i nie­świa­do­mie pod­pa­li­li lont do tej becz­ki z pro­chem, na któ­rej od lat le­żał Pa­ryż. Je­den z naj­więk­szych sym­bo­li uto­pij­nej po­li­ty­ki mul­ti-kul­ti (dziś już nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że to kom­plet­na uto­pia, przy­naj­mniej za­kła­da­jąc współ­ży­cie z wy­znaw­ca­mi is­la­mu, szcze­gól­nie moc­no re­li­gij­ny­mi, prak­ty­ku­ją­cy­mi, nie mó­wiąc o ra­dy­ka­łach, co było dla mnie ab­so­lut­nie nie do za­ak­cep­to­wa­nia) pło­nął na mo­ich oczach, stał się are­ną wal­ki wła­snych miesz­kań­ców, lu­dzi na co dzień cho­dzą­cych tymi sa­my­mi uli­ca­mi, ale po­cho­dzą­cych z róż­nych świa­tów, wie­rzą­cych w jed­ne­go, ale róż­nie na­zy­wa­ne­go Boga, wy­zna­ją­cych czę­sto skraj­nie od­mien­ne war­to­ści, wy­klu­cza­ją­ce się w co­dzien­nym ży­ciu. Moje my­śli krą­ży­ły wo­kół tych wszyst­kich prze­ni­ka­ją­cych się aspek­tów, któ­rych wcze­śniej nie do­strze­ga­łem lub do­strzec nie chcia­łem. Jak mia­ło się ob­rze­za­nie ma­łych dziew­czy­nek do po­glą­dów wy­zwo­lo­nych fe­mi­ni­stek, le­gal­ne bi­cie żon do ustaw an­ty­prze­mo­co­wych, or­ga­ni­zo­wa­nie tar­gów nie­wol­ni­ków do słyn­nej mak­sy­my re­wo­lu­cji fran­cu­skiej: „Wol­ność, rów­ność, bra­ter­stwo”, któ­ra le­gła u pod­staw no­wo­cze­sne­go świec­kie­go pań­stwa? A bu­do­wa­ne w po­stę­pie geo­me­trycz­nym me­cze­ty, w któ­rych ima­mo­wie na­ucza­li nie­na­wi­ści do lu­dzi in­nej wia­ry, stric­te mu­zuł­mań­skie kla­sy w szko­łach, na­chal­ne żą­da­nia za­trud­nio­nych o czas na mo­dli­twę w pra­cy, fir­mo­we menu ha­lal, ty­sią­ce na­ka­zów i za­ka­zów, któ­re is­lam na­rzu­cał swo­im wier­nym, szcze­gól­nie ko­bie­tom. To nie mia­ło pra­wa się udać, te świa­ty były zbyt od­le­głe, znaj­do­wa­ły się na dwóch prze­ciw­le­głych krań­cach, od­dzie­la­ły je set­ki lat hi­sto­rii, roz­wo­ju i po­stę­pu. Ten sza­lo­ny misz­masz, pod­szy­ty nie­chę­cią, uprze­dze­nia­mi, po­gar­dą, wresz­cie nie­po­strze­że­nie kieł­ku­ją­cą i szyb­ko kwit­ną­cą nie­na­wi­ścią, mu­siał w koń­cu eks­plo­do­wać. I eks­plo­do­wał.

Ką­tem oka zer­k­ną­łem na Krzyś­ka. Coś go gry­zło, wpa­try­wał się w te­le­wi­zor, ale my­śla­mi był zu­peł­nie gdzie in­dziej. Po­dej­rze­wa­łem, o co cho­dzi, ale uzna­łem, że nie będę wy­cho­dził przed sze­reg. Oka­za­ło się, że nie mu­sia­łem.

— To na­praw­dę wy­glą­da źle, pa­no­wie — rzekł w koń­cu i znów się za­my­ślił, ru­szał szczę­ką w tę i we w tę, marsz­cząc czo­ło.

— Rząd wy­śle Le­gię, to nie­mal pew­ne… — sko­men­to­wał Fran­co, jak­by wy­wo­łu­jąc wil­ka z lasu.

Nie­trud­no było się do­my­ślić, że wła­śnie ten fakt nie­po­ko­ił mo­je­go przy­ja­cie­la. Do­stał wol­ne, miał jesz­cze dwa ty­go­dnie, ale w tak kry­zy­so­wej sy­tu­acji mógł spo­dzie­wać się te­le­fo­nu w każ­dej chwi­li. We­zwa­nie po­sta­wi­ło­by go w wy­jąt­ko­wo nie­kom­for­to­wej sy­tu­acji. Miał kon­trakt, był żoł­nie­rzem. De­zer­cja lub… wo­la­łem so­bie tego nie wy­obra­żać. Do­ko­nał wy­bo­ru. Ja też.

— Dla­te­go mu­si­my się spie­szyć — uciął. — Tak, pa­no­wie, nie ma co tu sie­dzieć, tyl­ko trze­ba dzia­łać — po­wtó­rzył i dla wzmoc­nie­nia prze­ka­zu klep­nął się po udach.

Naj­wy­raź­niej nie chciał cią­gnąć tego te­ma­tu i pro­wa­dzić ja­ło­wych dys­ku­sji o tym, co by było „gdy­by”. Wie­rzy­łem, że jest przy­go­to­wa­ny na każ­dą ewen­tu­al­ność. Jak za­wsze.

— Je­stem jak naj­bar­dziej za, ale naj­pierw mu­szę ku­pić so­bie ja­kieś po­rząd­ne ciu­chy. Nie będę za­bi­jał w tych szma­tach — rzu­cił śmier­tel­nie po­waż­nie Fran­co, su­ge­styw­nie wska­zu­jąc na sza­re, bez­kształt­ne spodnie dre­so­we.

— To zbie­raj­my się, nie mamy wie­le cza­su. W po­łu­dnie umó­wi­łem się z chło­pa­ka­mi. Po spo­tka­niu opra­cu­je­my plan.

Krzy­siek pod­niósł się z ka­na­py, a ja ostat­ni raz spoj­rza­łem w ekran te­le­wi­zo­ra.

Pa­ryż wciąż pło­nął.

***

Spra­wy ko­niecz­ne za­ła­twi­li­śmy tak szyb­ko, jak się dało. Po śnia­da­niu po­je­cha­li­śmy tak­sów­ką (wcze­śniej Krzy­siek upew­nił się, czy Mo­ni­ka na pew­no po­ra­dzi so­bie sama z Ami­rem) do ga­le­rii Fo­cus Mall, znaj­du­ją­cej się w gma­chu po sta­rej fa­bry­ce tka­nin o swoj­sko brzmią­cej na­zwie „Pol­ska Weł­na”. W ogrom­nym bu­dyn­ku mie­ści­ła się nie­zli­czo­na licz­ba bu­ti­ków, skle­pów, ka­wiar­ni, re­stau­ra­cji, do tego mul­ti­ki­no, fit­ness i wie­le in­nych atrak­cji dla żąd­nych wy­da­wa­nia cięż­ko za­ro­bio­nych pie­nię­dzy kon­su­men­tów. Dziś nie było tak tłocz­no, jak zwy­kle, wcze­sna go­dzi­na i fakt, że w te­le­wi­zji trwał emo­cjo­nu­ją­cy se­rial pod ty­tu­łem „Eu­ro­pa roz­pa­da się na ka­wał­ki”, za­pew­ne spo­wo­do­wa­ły, że więk­szość miesz­kań­ców zo­sta­ła w do­mach, z wy­pie­ka­mi na twa­rzy śle­dząc ob­ra­zy i ko­men­ta­rze zza za­chod­niej gra­ni­cy.

Ku­pi­łem so­bie ciem­no­nie­bie­skie dżin­sy i dwie ko­szul­ki, do tego blu­zę z kap­tu­rem, czap­kę, kil­ka par sli­pów i skar­pet. Zro­bi­łem to, gdyż wciąż bi­łem się z my­śla­mi, czy przed osta­tecz­nym roz­strzy­gnię­ciem nie udać się do ro­dzi­ców, gdzie oczy­wi­ście mógł­bym za­opa­trzyć się w ubra­nia. Od cza­su do cza­su kor­ci­ło mnie, aby od­dzwo­nić albo na­pi­sać choć krót­ką wia­do­mość. Do­my­śla­łem się, że brak od­po­wie­dzi z mo­jej stro­ny może do­pro­wa­dzać mat­kę na skraj sza­leń­stwa, tym bar­dziej że ko­lej­ne ese­me­sy, ja­kie mi wy­sy­ła­ła, za­czy­na­ły brzmieć, de­li­kat­nie mó­wiąc, de­spe­rac­ko. Ostat­ni otrzy­ma­łem wczo­raj wie­czo­rem, brzmiał mniej wię­cej tak: Synu ko­cha­ny, ode­zwij się, pro­szę, od­bierz, na­pisz, bła­ga­my cię, strasz­nie się bo­imy, że coś ci się sta­ło. Sy­tu­acja sta­wa­ła się co­raz bar­dziej nie­bez­piecz­na i za­czy­na­łem się po­waż­nie za­sta­na­wiać, czy nie strze­li im do gło­wy, aby udać się do Hisz­pa­nii albo — jesz­cze go­rzej — zgło­sić na po­li­cję moje za­gi­nię­cie. Od­wle­ka­łem de­cy­zję, ale bar­dziej skła­nia­łem się ku temu, aby po­cze­kać, gdyż oba­wia­łem się, że ewen­tu­al­na roz­mo­wa z ro­dzi­ca­mi może tyl­ko na­mie­szać mi w gło­wie, zwłasz­cza że w ostat­nich dniach moja mo­ty­wa­cja jak­by nie­co osła­bła.

Nie­na­wiść wciąż we mnie pło­nę­ła, a ja sta­ra­łem się ją pie­lę­gno­wać, ale żar za­czy­nał po­wo­li ustę­po­wać ego­istycz­nym po­bud­kom. Drę­czy­ło mnie to, bo­la­ło, cza­sem na­wet czu­łem do sie­bie wstręt. Mi­nę­ły tyl­ko dwa ty­go­dnie, a mia­łem wra­że­nie, że pa­mięć o Na­wal gdzieś mi umy­ka, tak jak­bym pod­świa­do­mie zna­lazł w umy­śle ja­kąś szu­flad­kę, wy­god­nie zło­żył tam moją księż­nicz­kę i wszyst­kie pięk­ne, wspól­nie spę­dzo­ne chwi­le, pla­ny na przy­szłość, ma­rze­nia, ob­raz do­ra­sta­ją­ce­go owo­cu na­szej mi­ło­ści. Te­raz sty­mu­lo­wa­ła mnie ego­istycz­na chęć sta­nia się ta­kim jak Krzy­chu, po­rzu­ce­nia do­tych­cza­so­we­go sza­re­go ży­cia i wkro­cze­nia w świat praw­dzi­wych męż­czyzn. Tak jak­by to, co przy­da­rzy­ło się nam wte­dy na La Man­dze, sta­ło się je­dy­nie środ­kiem do celu, do mo­ich praw­dzi­wych pra­gnień, a ja dra­mat uko­cha­nej wy­ko­rzy­stu­ję in­stru­men­tal­nie, zresz­tą po­dob­nie jak fakt wię­zie­nia Mi­cha­ła przez Abi Rabi’ę. Wła­śnie ta myśl na­pa­wa­ła mnie skraj­nym obrzy­dze­niem. Czu­łem, jak­bym na swój spo­sób zdra­dzał przy­ja­cie­la. Bo czy je­śli wró­ci­li­by­śmy w peł­nym skła­dzie, to zde­cy­do­wa­li­by­śmy się kon­ty­nu­ować na­szą ven­det­tę? Wciąż mie­li­by­śmy rów­nie sil­ną mo­ty­wa­cję, aby za­bić tego Ara­ba? Na­wet je­śli znisz­czył mi ży­cie, ba, je­śli tak okrut­nie skrzyw­dził Mo­ni­kę, do­ko­na­li­by­śmy osta­tecz­nej ze­msty? Nie wiem, ale fakt, że Afgan wciąż znaj­do­wał się w łap­skach Abi Rabi’i, po­zwa­lał mi kon­ty­nu­ować tę sza­lo­ną przy­go­dę (ko­lej­ne sło­wo, któ­re w ak­tu­al­nej sy­tu­acji brzmia­ło pod­le, ale dziw­nie sa­mo­ist­nie na­su­wa­ło mi się przy każ­dej oka­zji, gdy tyl­ko o tym my­śla­łem). Czu­łem się wte­dy jak cho­ler­ny, po­zba­wio­ny su­mie­nia ego­ista.

Boże… Gdy­bym tyl­ko wie­dział, że dia­beł już po mnie przy­szedł…

Z ga­le­rii wy­szli­śmy już ubra­ni jak lu­dzie, szcze­gól­nie Fran­co, któ­ry nie ża­ło­wał pie­nię­dzy. Żoł­nierz nie żoł­nierz, był Wło­chem i choć­by z tego po­wo­du mu­siał wy­glą­dać ele­ganc­ko. Dżin­sy, de­si­gner­ską, roz­pi­na­ną pod szy­ją ko­szul­kę i skó­rza­ną, dro­gą jak li­cho kurt­kę do­peł­ni­ły ele­ganc­kie, choć wy­god­ne pół­bu­ty, wszyst­ko w roz­mia­rze XXL. Wy­glą­dał po pro­stu do­brze i naj­wy­raź­niej tak się czuł.

— Te­raz mogę za­bi­jać — mruk­nął, gdy za­pa­lił pa­pie­ro­sa, już na ze­wnątrz bu­dyn­ku.

Znów za­brzmiał, jak­by to „za­bi­ja­nie” było dla nie­go nie bar­dziej zaj­mu­ją­cą czyn­no­ścią niż po­ran­ne wy­pi­cie kawy. Czło­wiek za­gad­ka. Nie ro­zu­mia­łem ani mo­ty­wa­cji, któ­ra nim kie­ru­je, ani tym bar­dziej po­czu­cia, po­krę­co­ne­go, żoł­nier­skie­go hu­mo­ru. A może wca­le nie żar­to­wał…?

Po­nie­waż zo­sta­ła nam jesz­cze pra­wie go­dzi­na, zje­dli­śmy na szyb­ko po ku­beł­ku kur­cza­ka i uda­li­śmy się do knaj­py, któ­ra od lat była punk­tem zbor­nym dla naj­za­go­rzal­szych fa­nów Fa­lu­ba­zu. Tu mie­li na nas cze­kać „chło­pa­ki”.

Lo­kal 4VIP znaj­do­wał się w sta­rym, chy­ba jesz­cze post­ko­mu­ni­stycz­nym bu­dyn­ku na osie­dlu Za­ci­sze, umiej­sco­wio­nym w pół­noc­no-za­chod­niej czę­ści mia­sta, w po­bli­żu wy­lo­tów­ki na Kro­sno Od­rzań­skie i da­lej na przy­gra­nicz­ne miej­sco­wo­ści Gu­bin i Słu­bi­ce. Bar­dziej przy­po­mi­nał lo­kal­ną spe­lu­nę niż miej­sce szczy­cą­ce się tak za­cną na­zwą. Nie­dziel­ne słoń­ce przy­jem­nie przy­pie­ka­ło po­licz­ki i na­gie ra­mio­na, a lek­kie po­dmu­chy wia­tru nie­co ła­go­dzi­ły efekt sil­nych pro­mie­ni. Pach­nia­ło po­bli­skim la­sem, a do­ko­ła za­le­ga­ła nie­mal głu­cha ci­sza, wy­łą­cza­jąc spo­ra­dycz­ne po­krzy­ki­wa­nia gra­ją­cych w cie­niu drzew ama­to­rów te­ni­sa, na kor­tach tuż za halą spor­to­wą na­le­żą­cą do Uni­wer­sy­te­tu Zie­lo­no­gór­skie­go. W za­się­gu wzro­ku do­strze­głem je­dy­nie parę mło­dych lu­dzi z psem nie­okre­ślo­nej rasy i ko­bie­tę z wóz­kiem. Mimo tak przy­jem­ne­go po­ran­ka na ze­wnątrz lo­ka­lu było pu­sto, choć po­ten­cjal­ne­go klien­ta moż­na było zro­zu­mieć, gdyż wy­sta­wio­ne pod pa­ra­so­la­mi sto­li­ki wy­glą­da­ły na za­nie­dba­ne i nie­umy­te. Przez mo­ment po­my­śla­łem, że knaj­pa jest za­mknię­ta na czte­ry spu­sty i nikt na nas nie cze­ka, ale gdy tyl­ko zbli­ży­li­śmy się do schod­ków pro­wa­dzą­cych do środ­ka, drzwi otwo­rzy­ły się i w pro­gu sta­nął po­staw­ny fa­cet o twa­rzy, któ­rej z pew­no­ścią prze­cięt­ny miesz­ka­niec nie chciał­by uj­rzeć nocą w ciem­nej ulicz­ce. Naj­bar­dziej rzu­ca­ła się w oczy gru­ba na sze­ro­kość pal­ca bli­zna prze­ci­na­ją­ca pra­wą brew, nie­mal do­kład­nie w po­ło­wie, uwa­gę przy­cią­ga­ły też głę­bo­ko osa­dzo­ne, ciem­no­nie­bie­skie i by­stre oczy. Męż­czy­zna ze­sko­czył ze schod­ków i zbli­żył się do nas, groź­ne ob­li­cze roz­pro­mie­ni­ło się jak bu­zia dzie­cia­ka, któ­ry wła­śnie do­stał do ręki ulu­bio­ną za­baw­kę.

— Kopę lat, bra­chu — rzekł, przy­bi­ja­jąc so­czy­stą piąt­kę, a na­stęp­nie moc­no ści­ska­jąc się z Krzyś­kiem.

— Sie­ma, Tes. Na­wet nie wiesz, jak do­brze cię wi­dzieć — od­parł Fi­gur, wciąż trwa­jąc w ob­ję­ciu z daw­no nie­wi­dzia­nym przy­ja­cie­lem.

Zna­łem Tesa, choć ni­g­dy nie by­li­śmy bli­ski­mi ko­le­ga­mi, więc rów­nież, choć wy­raź­nie mniej ser­decz­nie, uści­ska­li­śmy się, na­stęp­nie Fi­gur przed­sta­wił przy­ja­cie­lo­wi na­sze­go wło­skie­go kom­pa­na. Oni rów­nież przy­bi­li so­bie piąt­kę i po­kle­pa­li się po ple­cach.

— Przy­dał­by się nam taki ka­wał chło­pa w eki­pie — rzu­cił żar­to­bli­wie Tes ła­ma­ną an­gielsz­czy­zną, gdy w koń­cu pu­ścił wiel­ką gra­bę Fran­co.

— Uwa­żaj, cze­go so­bie ży­czysz — od­rzekł swo­im tu­bal­nym gło­sem Włoch, wpra­wia­jąc roz­mów­cę w lek­kie za­kło­po­ta­nie, ale chwi­lę póź­niej uśmiech­nął się pod wą­sem.

— Ilu przy­szło? — spy­tał Krzy­siek.

— Pra­wie wszy­scy. Nie wiem, czy zda­jesz so­bie z tego spra­wę, ale je­steś tu le­gen­dą, sta­ry.

— Le­gen­dą po­wia­dasz… — Fi­gur za­wie­sił głos i spoj­rzał w nie­bo.

— To mało po­wie­dzia­ne. Chodź, sam się prze­ko­nasz.

Krzy­siek wciąż pa­trzył w błę­kit, zna­łem go i po­dej­rze­wa­łem, że w tej jed­nej chwi­li prze­szłość wró­ci­ła. Ki­bol­ska ustaw­ka ze Sta­lą Go­rzów, bi­ja­ty­ka w le­sie, cios w gar­dło, zmiaż­dżo­na krtań, śmierć mło­de­go chło­pa­ka w ciż­bie tłu­ką­cych się ki­bo­li żuż­lo­wych klu­bów. Po­tem strach, pa­ni­ka, uciecz­ka do Nîmes, pod­pi­sa­nie kon­trak­tu na służ­bę w ob­cej ar­mii. Wstyd i wy­rzu­ty su­mie­nia wo­bec przy­pad­ko­wej ofia­ry, jej ro­dzi­ny i… sio­stry, któ­rą mu­siał zo­sta­wić samą so­bie. Miał wte­dy tyl­ko osiem­na­ście lat…

— Chodź­my więc.

Na dzień do­bry mu­sie­li­śmy przy­wi­tać się z każ­dym z osiem­na­stu przy­by­łych, naj­wier­niej­szych i naj­tward­szych fa­na­ty­ków Fa­lu­ba­zu. Nie od­bie­ga­li od cha­rak­te­ry­stycz­ne­go szny­tu kla­sycz­ne­go ki­bo­la. Ogo­lo­na gło­wa, ewen­tu­al­nie bar­dzo krót­ko przy­strzy­żo­na fry­zu­ra, sil­na i mu­sku­lar­na po­stu­ra, ko­szul­ka z her­bem uko­cha­ne­go klu­bu lub ja­kimś agre­syw­nym na­pi­sem w sty­lu „Pit­bull” czy „Ter­ror”, gra­fi­ka czę­sto na­wią­zu­ją­ca do spor­tów wal­ki, któ­re wszy­scy jak je­den mąż czyn­nie upra­wia­li, obo­wiąz­ko­wo ja­kiś ta­tu­aż, cza­sem wy­dzia­ra­ne całe ra­mię. Kil­ku z nich ko­ja­rzy­łem, ale ża­den nie na­le­żał do bli­skie­go gro­na mo­ich zna­jo­mych. W oczach wszyst­kich wi­dać było po­dziw i sza­cu­nek, na­wet tych star­szych wie­ko­wo, któ­rzy po­mi­mo trzy­dzie­stu kil­ku lat na kar­ku swo­je ży­cie wciąż w peł­ni od­da­wa­li uko­cha­ne­mu klu­bo­wi. Z więk­szo­ścią Fi­gur przy­wi­tał się cie­pło, za­mie­nia­jąc kil­ka słów, a ja z Fran­co po pro­stu przy­bi­ja­li­śmy ko­lej­ne piąt­ki, pil­nu­jąc, aby nie prze­oczyć ni­ko­go, co mo­gło­by zo­stać ode­bra­ne w tym śro­do­wi­sku jako bar­dzo nie­grzecz­ne. Gdy w koń­cu wszyst­kie za­sa­dy ki­bol­skiej ety­kie­ty zo­sta­ły do­cho­wa­ne, usie­dli­śmy przy jed­nym z okrą­głych sto­li­ków, a bar­man przy­niósł nam po zim­nym pi­wie. Krzy­siek uprze­dził Fran­co, że te­raz bę­dzie uży­wał ję­zy­ka pol­skie­go i nie ba­wiąc się w dal­sze kon­we­nan­se, za­czął mó­wić:

— Dzię­ki, że przy­szli­ście, pa­no­wie, do­ce­niam to i sza­nu­ję. Więk­szość z was mnie zna, dla­te­go wie­cie, że nie owi­jam w ba­weł­nę, w związ­ku z tym od razu po­wiem, o co cho­dzi.

Fi­gur na chwi­lę za­wie­sił głos i spoj­rzał po po­nu­rych, choć wy­raź­nie za­cie­ka­wio­nych twa­rzach „chło­pa­ków”. Mia­łem wra­że­nie, że wszy­scy prze­sta­li od­dy­chać, przy­po­mi­na­li nie­wzru­szo­ne fi­gu­ry wo­sko­we. Le­gio­ni­sta kon­ty­nu­ował:

— Po­trze­bu­ję wa­szej po­mo­cy, gdyż je­den z mo­ich bli­skich przy­ja­ciół wpadł w po­waż­ne ta­ra­pa­ty. Jest wię­zio­ny przez pew­ne­go czło­wie­ka, któ­ry już wkrót­ce po­ja­wi się przy gra­ni­cy, mam na­dzie­ję po pol­skiej stro­nie. Będę pró­bo­wał go prze­jąć, ale ktoś musi w ra­zie cze­go od­ciąć mu dro­gę uciecz­ki.

— Ma broń? — wy­rwał się fa­cet o ty­po­wo ste­ry­do­wej po­stu­rze, wiel­ki i na­la­ny, ale z pew­no­ścią sil­ny jak tur.

— Tak. I bez dwóch zdań nie za­wa­ha się jej użyć — od­parł zgod­nie z praw­dą Krzy­siek, a paru ły­sych w mil­cze­niu ze zro­zu­mie­niem po­ki­wa­ło gło­wa­mi.

— Co to za czło­wiek? — spy­tał inny, tego zna­łem, miał ksyw­kę Pu­zon i był rów­nie wiel­ki, obaj na­le­że­li do „sta­rej gwar­dii”.

— To dżi­ha­dy­sta.

Za­pa­dło mil­cze­nie.

— Nie­bez­piecz­ny czło­wiek, oby­ty z bro­nią, z pew­no­ścią nie przy­bę­dzie sam.

Znów kil­ka osób po­ki­wa­ło gło­wa­mi.

— Mu­si­cie li­czyć się z tym, że bę­dzie strze­la­ne.

W nie­wiel­kiej sali dało się sły­szeć brzę­cze­nie kil­ku krą­żą­cych pod su­fi­tem much. Nie­zno­śna ci­sza cią­gnę­ła się, a at­mos­fe­ra zgęst­nia­ła. De­cy­zja nie na­le­ża­ła to naj­ła­twiej­szych, to na pew­no. „Chło­pa­ki” za­pew­ne mo­gli za­sy­pać le­gio­ni­stę ty­sią­cem do­dat­ko­wych py­tań, ale więk­szość tych fa­ce­tów sro­ce spod ogo­na nie wy­pa­dła i ro­zu­mie­li, że je­śli zwra­cał się do nich, a nie do po­li­cji czy in­nych służb, to nie miał in­ne­go wyj­ścia. Pa­trzy­łem na ich har­de twa­rze i za­sta­na­wia­łem się, ilu to praw­dzi­wi twar­dzie­le, a ilu za­miast jaj nosi mię­dzy no­ga­mi je­dy­nie wy­dmusz­ki. Co by nie mó­wić, ustaw­ka wro­gich grup ki­bo­li, na­wet naj­bar­dziej bru­tal­na, była je­dy­nie dzie­cin­ną igrasz­ką w po­rów­na­niu z praw­dzi­wą ak­cją prze­ciw­ko gru­pie uzbro­jo­nych ter­ro­ry­stów, w więk­szo­ści szko­lo­nych i ma­ją­cych do­świad­cze­nie bo­jo­we. Z sa­tys­fak­cją po­my­śla­łem, że to, co prze­ży­łem w Pa­ry­żu, pew­nie za­wsty­dzi­ło­by więk­szość tych na­pa­ko­wa­nych ka­fa­rów.

— Wcho­dzę w to — ode­zwał się w koń­cu pierw­szy głos.

Na­le­żał do wy­so­kie­go i do­brze zbu­do­wa­ne­go fa­ce­ta w ko­szul­ce z na­pi­sem „Em­bra­ce the pain” i ja­kimś wście­kłym ob­li­czem. Jego twarz też ko­ja­rzy­łem, ale nie po­tra­fi­łem przy­po­mnieć so­bie, jaką miał ksy­wę.

— I ja — do­rzu­cił Pu­zon, uno­sząc dłoń.

Chwi­lę póź­niej w po­miesz­cze­niu wid­niał już las rąk, zgło­si­li się wszy­scy bez wy­jąt­ku. By­łem cie­kaw, ilu z nich rze­czy­wi­ście zro­bi­ło to, bo taką pod­ję­ło su­we­ren­ną de­cy­zję, a ilu pod­nio­sło dłoń, aby nie wyjść na tchó­rzy. Lo­kal wy­peł­nił szum pod­nie­co­nych gło­sów, a at­mos­fe­ra wy­raź­nie się roz­luź­ni­ła.

— Dzię­ki, pa­no­wie. — Głos Krzyś­ka spo­wo­do­wał, że znów za­pa­dła ci­sza. — Któ­ry z was ma broń i wie, jak się nią po­słu­gi­wać?

W górę nie­śmia­ło po­wę­dro­wa­ło pięć rąk. Fi­gur z uzna­niem po­ki­wał gło­wą, my­ślę, że to było na­wet wię­cej, niż się spo­dzie­wał. Co praw­da w ostat­nich la­tach pol­ski rząd uła­twił oby­wa­te­lom do­stęp do bro­ni, ale cała pro­ce­du­ra wciąż była dłu­ga i skom­pli­ko­wa­na, szcze­gól­nie je­śli w ak­tach po­li­cji przy two­jej twa­rzy wid­niał na­pis „ki­bol”. Co in­ne­go sam ry­nek, na któ­rym po­ja­wi­ło się mnó­stwo le­wych gna­tów, głów­nie zza wschod­niej gra­ni­cy, gdzie nie­daw­no kon­flikt na Ukra­inie osta­tecz­nie za­koń­czył się po­dzia­łem kra­ju. Prze­my­ca­ne na Za­chód, mia­ły wzię­cie, szcze­gól­nie w miej­sco­wo­ściach przy­gra­nicz­nych, w któ­rych miesz­kań­cy, szczu­ci przez śro­do­wi­ska skraj­nie pra­wi­co­we, zbro­ili się na wy­pa­dek pro­ble­mów z pę­ka­ją­cy­mi w szwach od no­wych imi­gran­tów Niem­ca­mi. Pięć osób to było już coś.

Gdy już mie­li­śmy zbie­rać się do wyj­ścia, wy­brzmiał sy­gnał w te­le­fo­nie Krzyś­ka. Dzwo­ni­ła sio­stra. Ode­brał. Mo­ni­ka pła­ka­ła i krzy­cza­ła. Była kom­plet­nie prze­ra­żo­na.

Monika

Z pa­mięt­ni­ka po­rucz­nik Mo­ni­ki Fi­gur­skiej, pseu­do­nim „Ghu­la”

3 wrze­śnia 2023 roku, Zie­lo­na Góra, Pol­ska

Po­dob­no, gdy zło raz do­tknie czło­wie­ka, zo­sta­je przy nim na za­wsze.

To praw­da.

Ten pa­mięt­nik miał być le­kar­stwem, ale cza­sem my­ślę, że tyl­ko głę­biej po­grą­żam się w ot­chła­ni. Bo jak mam opi­sać emo­cje, gdy w zda­wa­ło­by się bez­piecz­nym miesz­ka­niu w moim mie­ście znów uj­rza­łam cień de­mo­na. Wy­słał mi wia­do­mość i udo­wod­nił, że mój kosz­mar nie skoń­czył się. Tak na­praw­dę do­pie­ro się za­czy­nał.

Pu­ka­nie do drzwi nie wzbu­dzi­ło mo­ich po­dej­rzeń. Le­ża­łam na ka­na­pie, gło­wę pod­pie­ra­łam na łok­ciu, dru­gą ręką wer­tu­jąc stro­ny zna­le­zio­ne­go w prze­past­nych szu­fla­dach Krzysz­to­fa ko­mik­su o Czło­wie­ku Pa­ją­ku. Amir był za­chwy­co­ny i chło­nął każ­dy ko­lej­ny ry­su­nek, wy­glą­dał jak kil­ku­let­nie dziec­ko od­kry­wa­ją­ce ko­lo­ro­wy świat, jego uśmiech był na­tu­ral­ny, oczy lśni­ły do­cie­kli­wo­ścią. Cza­sem spoj­rzał na mnie tymi wiel­ki­mi źre­ni­ca­mi ko­lo­ru he­ba­nu, a ja wta­pia­łam się w nie jak w lu­stro ta­jem­ne­go je­zio­ra w ja­kiejś cza­row­nej, pra­sta­rej pusz­czy. Wte­dy on znów wy­krzy­ki­wał: „Spi­der­man!” i po­ka­zy­wał pal­cem na czło­wie­ka w czer­wo­no-nie­bie­skim ko­stiu­mie, któ­ry śmi­gał po­mię­dzy strze­li­sty­mi dra­pa­cza­mi chmur albo roz­pra­wiał się z ko­lej­ny­mi wro­ga­mi miesz­kań­ców No­we­go Jor­ku. Amir był taki słod­ki i nie­win­ny.

Na­sza re­la­cja wcho­dzi­ła w zu­peł­nie nowy etap. Amir mi za­ufał, a ja za­ufa­łam jemu. I choć ro­zu­mia­łam, że jest tyl­ko dziec­kiem i na pew­no musi tę­sk­nić za ro­dzi­ną, to za cel świę­ty, rów­nie świę­ty jak styg­ma­ty, ca­łun tu­ryń­ski czy nasz pa­pież Jan Pa­weł II, wy­zna­czy­łam so­bie, aby ni­g­dy wię­cej nie tra­fił do okrut­ne­go świa­ta ro­dzo­ne­go ojca i ro­dzo­nych bra­ci. Świa­ta de­mo­nów, gdzie ży­cie i ho­nor czło­wie­ka nie mają żad­nej war­to­ści, a ból i cier­pie­nie są jak od­dy­cha­nie.

Pu­ka­nie nie usta­wa­ło, więc odło­ży­łam ko­miks i po­de­szłam do drzwi, a na­stęp­nie spoj­rza­łam przez wi­zjer. Przez mo­ment po­my­śla­łam, że to brat z Kubą i tym wło­skim ko­lo­sem, ale ku mo­je­mu zdzi­wie­niu uj­rza­łam je­dy­nie znie­cier­pli­wio­ną bu­zię chło­pa­ka, któ­ry wy­glą­dał na nie­wie­le star­sze­go od Ami­ra. Miał bar­dzo nie­po­spo­li­te rysy, rudą czu­pry­nę i duże oku­la­ry, roz­glą­dał się po ko­ry­ta­rzu w spo­sób na­tu­ral­ny dla dzie­cia­ka w jego wie­ku, w rę­kach dzier­żył nie­wiel­ką ko­per­tę. Wy­glą­dał jak je­den z tych ame­ry­kań­skich do­staw­ców ga­zet z lat osiem­dzie­sią­tych, z tą róż­ni­cą, że nie miał ro­we­ru, a na ze­wnątrz nie roz­po­ście­ra­ło się osie­dle dom­ków jed­no­ro­dzin­nych na przed­mie­ściach jed­nej ze słyn­nych me­tro­po­lii.