Radość rodzenia - Marianna Szymarek - ebook

29 osób właśnie czyta

Opis

Opowieści kobiet o porodach to mieszanka szczęścia, wzruszenia, bólu i lęku. Nie ma znaczenia, czy przebiegały naturalnie czy nie, ze znieczuleniem czy bez. Ważne są zgoda z samą sobą i otwartość na to, co przynosi życie. Każda z opowieści jest wyjątkowa jak jej bohaterka. Szczera, pełna emocji, radości i kobiecej siły.
Jako doula Marianna Szymarek od lat wspiera kobiety przy porodach. Zebrała 15 niepowtarzalnych historii, by pokazać, że to może być niesamowite, trudne, ale i piękne doświadczenie. Przygotuj się na wyjątkowe pierwsze spotkanie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 414

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Marianna Szymarek, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Katarzyna Gwincińska

Korekta: Katarzyna Smardzewska | panbook.pl

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki: Martyna Wilner

Fotografia autorki: Justyna Śmidowicz-Cegła

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

eISBN 978-83-66381-26-1

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Moim dzieciom

WSTĘP

DLACZEGO KOBIETY POTRZEBUJĄ DOBRYCH HISTORII PORODOWYCH?

Niezwykle często spotykam się prywatnie, jako matka, i zawodowo, prowadząc jako doula spotkania, warsztaty, grupy dla matek, a także rozmawiając indywidualnie z opowieściami kobiet o porodach. Są to historie najróżniejszych doświadczeń. Ze smutkiem przyznaję, że większość z nich jest przepełniona lękiem, strachem, brakiem wiary w siebie, zagubieniem, a także poczuciem krzywdy. Niejednokrotnie byłam świadkiem, jak kobiety określały swoje porody jako traumatyczne, złe, straszne. Wiele razy usłyszałam, że matki czekające na narodziny pierwszych dzieci są przerażone i przytłoczone perspektywą porodu oraz jego skutków dla ich ciała i ducha. Zapytane, co jest tego powodem, przyznają, że w dużej mierze ich nastawienie wynika z przekazu, jaki dostają od innych. Boją się, że spotka je coś podobnego do tego, czego doświadczyły ich mamy, ciotki, siostry, przyjaciółki, sąsiadki.

Jednocześnie zdarza się, że spotykam kobiety, dla których poród jest niezapomnianym, niesamowitym, satysfakcjonującym, trudnym i pięknym doświadczeniem. W oczach i wyrazach twarzy innych kobiet, które takich opowieści słuchają, widzę często nie tylko niedowierzanie, ale i fascynację, ciekawość, wzruszenie. Przyznają, że rzadko słyszały o dobrych porodach i że takie pozytywne opowieści bardzo je uspokajają, inspirują, dodają im odwagi.

Ten powtarzający się scenariusz utwierdził mnie w przekonaniu, że dzisiejsze kobiety, a szczególnie kobiety w ciąży, bardzo potrzebują pozytywnego przekazu o porodzie. Nie chodzi o jego obraz wyidealizowany, ale rzeczywisty i jednocześnie dobry. Dobry, czyli oceniony tak przez jego główną bohaterkę – matkę.

JAKI PORÓD JEST DOBRY?

Nie chodzi o konkretny scenariusz czy wybór. One się różnią. W historiach kobiet, które mówią, że miały dobry poród, widzę jednak wspólne elementy. Odkrywam cały czas, że wcale nie chodzi o sposób porodu – czy był naturalny, zabiegowy, ze znieczuleniem czy bez. Łączy te opowieści dokonywanie wyboru w wolności i zgodzie ze sobą oraz otwartość na to, co przynosi życie. Widzę w tych historiach wiele trudnej pracy nad sobą, rozwój, mierzenie się z lękami i słabościami, ale i miłość do siebie, która daje akceptację tego, co w rodzących mocne, a co kruche. Ich bohaterki mają wielką odwagę, która nie przejawia się w wielkich czynach, lecz w szczerości wobec siebie samej – taką odwagę wewnętrzną, odwagę zgody na siebie samą. One szukały odpowiedzi i sposobów, jak urodzić dobrze – w poczuciu bezpieczeństwa, szacunku, miłości i w zgodzie ze sobą – oraz jak przyjąć doświadczenie rodzenia, z którym nieodłącznie wiąże się ogromny trud fizyczny, emocjonalny, duchowy, niezależnie od sposobu rodzenia.

CO NIE POZWALA POCZUĆ RADOŚCI RODZENIA?

Słuchając historii kobiet, zauważam, że kiedy na decyzje okołoporodowe mają wpływ lęk, niepewność, przymus, nieświadomość, poczucie winy lub obwinianie innych, uwikłanie, to te decyzje nie dają spełnienia, satysfakcji, wzmocnienia. Zamiast ciągnąć w górę, kobietę, która staje u progu jakże trudnej drogi macierzyństwa i zmienionej kobiecości, spychają w dół. Wydają się ucieczką, która jest niczym gipsowanie popękanego muru. Wyrwa w środku i tak jest. Powiększa się lub nie, niezależnie od tego, czy gips ją z zewnątrz przykrył. Dopiero motywacja wewnętrzna, która wychodzi z naszej głębi – jakby ze środka muru – jest w stanie ten mur skleić od wewnątrz lub zburzyć i zbudować na nowo.

JAK TO JEST DOKONAĆ CZEGOŚ, CO WYDAJE SIĘ NIEMOŻLIWE?

Głęboko wierzę i widzę podczas swojej pracy jako doula, że kobiety stające się matkami mają ogromną siłę do pracy nad sobą, zmiany oraz szukania i znajdowania tego, co autentycznie jest dla nich dobre. To jest siła, która zapiera dech w piersiach, która w ogromnie trudnych sytuacjach pozwala znaleźć radość. Radość rodzenia z kolei wydaje się jednym z najczystszych uczuć, jakich możemy doznać. Możemy ją – my, kobiety – wpisać w nasze umysły, serca i ciała. Cieszyć się nią, wspominać ją, przekazywać sobie nawzajem – innym kobietom, naszym dzieciom i innym bliskim.

Jedna z moich rozmówczyń powiedziała: „Dawanie życia to coś, co wydaje się niemożliwe, a kobiety mogą odkryć w sobie tę ogromną moc”. Rodzenie może być zachwycające, piękne, wzmacniające. Wcale nie musi być przerażającym, traumatycznym doświadczeniem. Jestem przekonana, że to, jakie będzie, zależy w bardzo dużej mierze od kobiety – jej podejścia, nastawienia, pracy i wysiłku.

DOBRE HISTORIE NAPRAWDĘ MOGĄ INSPIROWAĆ!

Obserwuję, że we współczesnym, pełnym nowoczesnych technologii i odkryć świecie kobiety bardzo często potrzebują przypomnienia, że to, co dla nich naturalne, pierwotne, jak poród i macierzyństwo, ma wartość i może być doświadczeniem pięknym, zachwycającym, radosnym, mimo że jednocześnie trudnym i nieprzewidywalnym.

Kobiety w odniesieniu do siebie samych najczęściej zaczynają myśleć o porodzie na etapie pierwszej ciąży. Przeświadczenie o wartości opowieści porodowych, z jakimi się wtedy spotykają, umacnia się we mnie z każdym kolejnym rokiem wspierania kobiet w okresie okołoporodowym i pracy z nimi. Jeśli są autentyczne, szczere, ukazujące wybory w zgodzie ze sobą, mogą stać się niezwykłym wzmocnieniem. Dzięki nim, a przez to dzięki poczuciu wspólnoty z innymi kobietami, mogą także być elementem szukania siebie, swoich potrzeb i pomysłów na ich realizację. Opowieści te mogą jednocześnie pokazać, jak kobiety są różne, i budować otwartość na odmienność wokół nas, a także scenariusz porodowy. Dlatego jako inspirację przede wszystkim dla kobiet przed porodem i po nim oraz osób, które stykają się z nimi się w okresie okołoporodowym – bliskich, znajomych i specjalistów – przekazuję autentyczne historie kobiet, które urodziły i widzą w porodzie radość oraz piękno. Każda z nich znalazła je gdzieś indziej i w inny sposób. Niektóre za pierwszym razem, inne później. Porody jednych były szybkie, innych długie. Przebiegały i kończyły się różnie. Były naturalne, domowe, szpitalne, operacyjne, z ingerencjami medycznymi. To, co je łączy, to znalezienie w rodzeniu radości, która niesie kobiecie siłę i spełnienie. Nasuwają również myśl, która powtarzana jest w różnych kontekstach, że jakość narodzin ma znaczenie. To, czy poród niesie ze sobą radość, jest składnikiem tej jakości.

DLACZEGO TE HISTORIE?

Większość z dobrych opowieści, które usłyszałam w czasie pracy i spotkań z kobietami, nie znalazło się w książce. Wybrałam jedynie kilkanaście z tych, które poznałam w ciągu ośmiu lat mojej pracy jako doula. Zapytałam ich bohaterki, czy zechciałyby podzielić się nimi i zaprosiłam do wywiadu… Wyboru dokonałam pod kątem różnorodności sytuacji, motywacji, przemyśleń kobiet, które miały odmienne doświadczenia, a także miejsca porodu i jego sposobu. Ten zbiór nie jest badaniem ani próbą statystyczną. Ma raczej przedstawić opowieści wyłamujące się ze schematów i stereotypów. Te historie dają niejednoznaczne, zastanawiające odpowiedzi na pytanie, gdzie kobiety znalazły radość rodzenia i dlaczego porody były dla nich doświadczeniami dobrymi. Każda opowieść jest inna, bo jej bohaterka to niepowtarzalna osoba, która ma swoją historię, podjęła własne decyzje, znalazła się w unikalnej sytuacji.

Imiona kobiet zostały niezmienione. Nazwy miejscowości, szpitali, szkół rodzenia i innych miejsc oraz imiona położnych i reszty personelu medycznego poza jednym wyjątkiem są pominięte. Taka forma wynika z zachęcenia Czytelniczek i Czytelników do spojrzenia na te historie jak na opowieści uniwersalne, a nie jak na analizę sytuacji rodzących w konkretnych miastach.

W TEORII

SATYSFAKCJA Z PORODU

Kobiety noszą w sobie ogromne pragnienie przeżycia satysfakcjonującego porodu. W czasie ciąży priorytetem są dla nich urodzenie zdrowego dziecka oraz osobiste bezpieczeństwo i sprawność fizyczna. Te czynniki często nie gwarantują jednak pojmowania samego porodu jako doświadczenia dobroczynnego, wzmacniającego i pozostającego pozytywnym wspomnieniem. Tym samym poród dla wielu kobiet, które są sprawne fizycznie i mają zdrowe dziecko, nie jest satysfakcjonujący. Wielokrotnie staje się wydarzeniem związanym z bardzo trudnymi wspomnieniami krzywdy, strachu i lęku, ograniczeń, bólu fizycznego i psychicznego, pomimo iż wypis ze szpitala stwierdza, że zarówno dziecko, jak i matka po opuszczeniu placówki medycznej są w stanie dobrym lub bardzo dobrym. Wynika to z faktu, że poród dotyka wielu aspektów życia. To nie tylko wydarzenie biologiczne, ale także psychofizyczne, społeczne, kulturowe.

Wspomnienie porodu, niezależnie od jego jakości, pozostaje z kobietą do końca jej życia. Rodzenie, jako doświadczenie graniczne i przełomowe, jest jednym z najistotniejszych przeżyć. Nie da się go wymazać, wyrzucić, pozbyć. Jego przebieg i odbiór kształtują w znacznym stopniu kobietę – jej tożsamość i sposób, w jaki zaczyna odnajdywać się w nowej roli po narodzinach dziecka, w roli matki. Staje się, na poziomie fizycznym, emocjonalnym i duchowym, częścią życiowej historii jej własnej, ale też jej bliskich oraz człowieka, którego urodziła. Takie podejście uświadamia, jak ważna jest dla kobiety i jej rodziny jakość rodzenia w rozumieniu całościowym – bezpieczeństwa fizycznego i zdrowia ciała, ale też komfortu i dobrostanu psychicznego. Te aspekty razem determinują postrzeganie porodu jako doświadczenia satysfakcjonującego, czyli dobrego, wzmacniającego i bezpiecznego.

Poziom emocji, hormonów i potrzeb nie tylko fizycznych, ale i psychicznych wpływa na to, co pozostaje we wspomnieniach kobiety z chwil porodu. Rodzenie odbiera ona całą sobą – wszystkimi zmysłami i doznaniami. Niezwykle ważne jest w tym kontekście, jak kobieta czuje się traktowana, jaka jest jakość opieki. Drobne gesty i słowa osób towarzyszących mogą znacznie wpływać na jej komfort, poczucie akceptacji i bezpieczeństwa.

Oto kilka czynników, które między innymi mogą wpływać pozytywnie na poziom satysfakcji z porodu.

ZROZUMIENIE WŁASNYCH POTRZEB

Czas ciąży, wraz z perspektywą porodu i macierzyństwa, jest dla kobiet czasem przygotowania się na zmiany, które mają nastąpić w ich życiu. To sytuacja pełna sprzeczności i paradoksów. Z jednej strony, jeśli chcą, mogą one zdobywać wiedzę na temat wyboru możliwości. Z drugiej strony, są w stanie nie do końca przewidywalnym, w którym nie jest możliwe określenie, zaplanowanie tego, co wydarzy się w samej ciąży, jak przebiegnie poród, jakie okaże się dziecko, ani wyobrażenie sobie, jakie emocje te wszystkie doświadczenia wyzwolą. Nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie, czym jest odczucie skurczy porodowych albo tulenie noworodka, dopóki tego nie przeżyje. W stanie tak płynnym i pełnym nowości tym ważniejsze jest zrozumienie siebie samej i swoich podstawowych potrzeb oraz pragnień, a także swoich możliwości i ograniczeń. Mogą one być związane z najróżniejszymi doświadczeniami i przeżyciami życiowymi, które wpłynęły na sposób zachowania, odbierania rzeczywistości wokół, komunikowania się, okazywania emocji. Przeznaczając w ciąży czas na spojrzenie w głąb siebie samej, kobieta ma szansę określić swoje rzeczywiste, indywidualne potrzeby, które są niezależne od tego, co popularne, modne, stereotypowe, co wynika z wyobrażeń innych lub z własnych lęków. Wówczas najistotniejsze dla kobiety staną się decyzje podjęte w zgodzie ze sobą. Określą one jej priorytety, których realizacja wpłynie na odbiór późniejszych doświadczeń. Ważne jest również dążenie do urzeczywistnienia tego, co jest możliwe w konkretnych przestrzeniach, z pewnymi ludźmi, w danym modelu opieki. Dla przykładu, opieka w szpitalu klinicznym o najwyższym stopniu specjalizacji będzie się zdecydowanie różniła od opieki położnej, przyjmującej poród w domu. Jedna czy druga opcja może być odpowiednim i najlepszym wyborem dla różnych kobiet. Wszystko zależy od ich oczekiwań, priorytetów i sytuacji życiowej. Określenie, czego się potrzebuje i co jest możliwe, może być również niezwykle pomocne, jeśli z różnych względów planu nie uda się zrealizować. Świadomość siebie ma bowiem ogromne znaczenie w godzeniu się z tym, co niespodziewane i w wychodzeniu z doświadczanych kryzysów. Pozwala też zauważyć i postrzegać doświadczenie szerzej, w różnych perspektywach: co było dobre, złe, co okazało się ważne, a co mniej ważne lub nieistotne.

AKCEPTACJA, UWAŻNOŚĆ, SZACUNEK

Będąc w ciąży i rodząc, kobiety doznają uczucia utraty kontroli nad procesami, których są częścią. Te procesy przypominają ogromne fale, które je zagarniają. Bardziej można je przyrównać do żywiołów, które są nieokiełznane i rządzą się swoimi prawami, niż do zadań, planów, które realizujemy. W momencie porodu kobieta staje przed wyzwaniem, w którego obliczu nie jest w stanie zrobić kroku w tył i uciec. Musi stawić czoła instynktom oraz biologii człowieka. Stawanie się matką poprzez czas ciąży, porodu i pierwszych kontaktów z dzieckiem prawdopodobnie zagarnie jej ciało i ducha niezależnie, czy proces ten będzie zmedykalizowany, czy naturalny. W tak wymagającym i granicznym czasie jedną z podstawowych i uniwersalnych potrzeb kobiet okazuje się traktowanie ich – przez bliskich, ale i personel medyczny oraz wszystkich innych specjalistów i osoby postronne, z którymi się stykają – z szacunkiem, akceptacją decyzji, stanów, trudów i emocji oraz z uważnością na ich słowa, samopoczucie, oczekiwania. Dzięki właśnie akceptacji, uważności i szacunkowi kobieta może poczuć się traktowana podmiotowo, „po ludzku” w jednym z najbardziej wymagających momentów swojego życia. To ogromna wartość, jaką może wynieść rodząca.

POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA I ZAUFANIE

Dla kobiety podczas ciąży, porodu i połogu odczuwanie, że pozostaje się bezpieczną, na ogół jest związane z faktycznym bezpieczeństwem fizycznym z perspektywy medycznej. To poczucie pojawia się dopiero w momencie, kiedy kobieta obdarza zaufaniem osoby, z którymi się spotyka, które pokazują lub proponują rozwiązania, opiekują się nią z szacunkiem, traktując ją jako równorzędną partnerkę. Ważne dla kobiety jest również zrozumienie sytuacji i faktów.

Przeciwnie, w poczuciu zagrożenia, któremu towarzyszą lęk, chęć ucieczki, ryzyko krzywdy, nie ma mowy o budowaniu zaufania i racjonalnych decyzjach, podejmowanych w świadomej zgodzie. Również brak podstawowej wiedzy na temat porodu może być powodem poczucia zagrożenia, ponieważ, doświadczając tego, co nieznajome, nieokreślone i jednocześnie intensywne, kobieta często zaczyna być przerażona swoim stanem i traci wiarę w to, że sobie poradzi.

PRZYGOTOWANIE DO PORODU I ŚWIADOMY WYBÓR

Kobiety, które w czasie ciąży poświęcają czas na zdobywanie wiedzy, rozmawiają z innymi matkami, położnymi, doulami i innymi specjalistami, gromadzą informacje, dzięki którym są w stanie dokonać przemyślanego wyboru. Nie mając wiedzy, wielokrotnie nie są w stanie określić, między czym a czym mają wybierać. Na pytania zadawane w czasie porodu mogą wtedy odpowiadać przypadkowo i emocjonalnie. Jeśli wcześniej poświęcą czas na przygotowanie i określenie swoich ograniczeń, pragnień, oczekiwań, zwiększają szansę na podjęcie decyzji świadomych i w zgodzie ze sobą. W stanie przemiany, jakim jest ciąża, przygotowującym się do porodu kobietom łatwiej jest uniknąć decydowania w oparciu o lęk, stereotypy czy oczekiwania innych osób.

WSPARCIE

Kobieta w ciąży i rodząca jest cały czas elementem społeczności – rodzinnej, przyjaciół, okolicy zamieszkania oraz szerszej. Jest otoczona ludźmi bliskimi, z którymi buduje głębokie relacje, ale i postronnymi, przypadkowymi, z którymi kontakty są epizodami. Szczególnie ważne jest wspieranie jej przez tych najbliższych i najbardziej zaufanych. Buduje to także postawę akceptacji i uważności. Rodzaje wsparcia, jakie kobieta może otrzymywać w tym czasie, są następujące:

• fizyczne, kiedy ciało nie na wszystko pozwala i potrzebuje czegoś więcej lub inaczej,

• psychiczne, polegające na empatii, uwadze, wysłuchaniu, poświęconym kobiecie czasie, wsłuchaniu się w jej emocje,

• medyczne, dotyczące stanu zdrowia jej i dziecka oraz opieki położniczej.

Jakość wsparcia staje się o wiele bardziej odczuwana, kiedy udaje się zachować jego ciągłość, czyli kiedy osoby wspierające mają szansę być w otoczeniu kobiety, a nie pojawiać raz lub dwa, niezależnie od jej wyborów. Jeżeli system opieki położniczej nie jest w stanie w pełni zapewnić rodzącej ciągłości wsparcia poprzez poznanie w ciąży osób sprawujących opiekę podczas porodu i po nim, tym ważniejsze jest zadbanie przez kobietę o ciągłe wsparcie „niemedycznych” osób na czas ostatnich tygodni ciąży, porodu i połogu. Grono tych ludzi może być tak liczne, jak wydaje się to słuszne kobiecie, a poszczególne osoby mogą realizować różne jej potrzeby. Mogą to być osoby z rodziny lub przyjaciele, znajome, doświadczone matki, a także doule i inne specjalistki oraz specjaliści, np. z zakresu fizjoterapii, masażu, lub profesjonalna pomoc sprzątająca. Ważnym ogniwem wsparcia i położniczej opieki poporodowej powinna być także położna środowiskowa, którą można wybrać jeszcze w czasie ciąży.

Wydaje się, że brak satysfakcji z porodu najczęściej nie jest związany z tym, czy udało się zrealizować wymarzony przez kobietę scenariusz porodu bardzo dokładnie, czy tylko w detalach. Często rzeczywisty przebieg niewiele ma wspólnego z wcześniejszymi wyobrażeniami, a kobieta i tak określa swoje doświadczenie jako wspaniałe i cudowne. Na ogół nie ma bowiem związku z satysfakcją fakt, czy rodziła ona w pozycjach wertykalnych, np. kucała, chodziła czy rodziła w wodzie, ze znieczuleniem czy bez, czy zastosowano ingerencje medyczne. Z odczuciem, że doświadczyło się dobrego porodu, natomiast ma ścisły związek to, jak kobieta była traktowana – podmiotowo czy przedmiotowo, czy otrzymała wsparcie i czy zachowana była jego ciągłość, czy respektowano jej prawa i czy także była osobą podejmującą decyzje, czy – jeśli chciała – wiedziała, co się wokół niej dzieje. Traktowanie przedmiotowe, postawa agresywna, której elementem jest ocenianie czy unieważnianie wyborów kobiety, zmiany personelu medycznego, nieświadomość tego, co się dzieje, albo zastraszanie ogromnie wpływają na odczucia i wspomnienia kobiet z czasu porodu. Często krzywdzą, ranią, zabierając poczucie kompetencji, sprawczości oraz pewności siebie kobiety, która za chwilę ma stać się odpowiedzialną, kochającą matką.

Kobieta poprzez swoje wybory, decyzje i przygotowanie sama w znacznym stopniu jest w stanie dać sobie szansę dobrego, satysfakcjonującego porodu. Nie ma wpływu na wszystkie czynniki determinujące proces porodu, choćby takich jak wielkość dziecka albo sala porodowa w wybranym szpitalu, w której będzie ostatecznie rodziła, i asystujący personel. Ma jednak wpływ na swoje myśli, wiedzę i zachowanie. Może poprzez swoje postanowienia, zamiary, czyny dbać o siebie samą i w ogromnym stopniu dać sobie możliwość i zwiększać szansę na realizację potrzeb i priorytetów, a co za tym idzie – na dobry poród.

OSOBA TOWARZYSZĄCA PRZY PORODZIE

Dawniej kobiety rodziły w otoczeniu bliskich i rodziny. W czasach powojennych, aż do lat 90., można zauważyć tendencję do ograniczania kobietom takiej możliwości. Porody, które wcześniej powszechnie odbywały się w domu, potem w izbach porodowych, stopniowo przeniesiono do szpitali. Tam młode i często nieświadome matki przebywały najczęściej wyłącznie w otoczeniu personelu medycznego oraz innych pacjentek i ich dzieci. Dzisiaj mogą wybrać miejsce porodu i rodzić w szpitalu z wybraną przez siebie – minimum jedną – osobą towarzyszącą. Niektóre placówki umożliwiają towarzyszenie więcej niż jednej osoby, podobnie jak w domu. Towarzyszyć może mąż lub partner, inny bliski, np. matka, siostra, kuzynka, a nawet przyjaciółka bez stopnia pokrewieństwa lub doula.

Istotą obecności osoby towarzyszącej jest ciągłe, niemedyczne wsparcie. Jego sens i wartość potwierdzają badania naukowe: „Wsparcie w porodzie zapewnione było albo przez personel szpitala (pielęgniarki i położne), albo przez kobiety, które nie były zatrudnione w szpitalu i nie były osobami bliskimi rodzących (doule bądź kobiety po bardzo podstawowych szkoleniach), albo osoby wybrane przez rodzącą (mąż/partner, matka bądź przyjaciółka).

Kobiety, które otrzymały ciągłe wsparcie, miały większe szanse na fizjologiczny poród, bez konieczności cięcia cesarskiego, użycia vacuum czy kleszczy. W dodatku rodzące z tej grupy rzadziej korzystały ze znieczulania lekami, częściej były zadowolone i miały nieco krótsze porody. Ich dzieci miały większe szanse na wyższą punktację w skali Apgar (po 5 minutach). Nie stwierdzono żadnych efektów negatywnych.

Podsumowując, stwierdzamy, że wszystkie kobiety powinny mieć ciągłe wsparcie w porodzie. Wsparcie osoby, której jedynym celem jest udzielanie go, nienależącej do grona bliskich rodzącej, osoby, która jest w tym doświadczona i która przeszła przynajmniej podstawowe szkolenie, wydaje się najskuteczniejsze. W porównaniu z brakiem osoby towarzyszącej, wsparcie kogoś spośród bliskich osób (członka rodziny czy przyjaciółki) zwiększa zadowolenie kobiety z doświadczenia porodu”. [Podsumowanie 23 badań w 15 krajach opublikowane w 2012 r. w Cohrane Library, obejmujące 15 tysięcy kobiet w różnych sytuacjach i z różnych środowisk, http://summaries.cochrane.org/CD003766/continuous-support-for-women-during-childbirth, wersja w języku polskim na stronie:http://doula.org.pl/kim-jest-doula].

WYBÓR I PRZYGOTOWANIE OSOBY TOWARZYSZĄCEJ

Osobą najczęściej wybieraną do towarzyszenia w porodzie jest mąż lub partner, będący jednocześnie ojcem rodzącego się dziecka lub dzieci. W większości sytuacji jest to najbliższy człowiek, z którym kobieta dzieli życie, a także marzenia i plany. Narodziny wspólnego dziecka to czas graniczny i ważny dla obojga, choć dla każdego z nich jest doświadczeniem czegoś innego. Rzeczywistość pokazuje, że nie zawsze przyszły ojciec najlepiej się sprawdza w roli osoby towarzyszącej, nie zawsze też chce nią być. Zależy to od charakteru relacji przyszłych rodziców, a także charakteru, umiejętności i wiedzy samego mężczyzny. Towarzyszenie kobiecie w porodzie może być elementem partnerskiego doświadczenia i wzmacniać relację, jednak nie wszyscy mężczyźni są gotowi i zdolni do głębokiego współodczuwania czysto kobiecych doświadczeń ciąży i porodu oraz zapewnienia odpowiedniej pomocy w najtrudniejszych momentach. Ważne jest, by mąż lub partner zdawał sobie sprawę, że towarzyszenie przy porodzie matce swojego dziecka lub rezygnacja z tego nie określa go jako ojca. Nie ma on być też świadkiem porodu. Trwanie mężczyzny przy kobiecie w czasie porodu jest elementem ich relacji i pomocą.

Rodząca potrzebuje od osoby towarzyszącej zaangażowanego wsparcia, które stawia ją na pierwszym miejscu, daje akceptację, zaufanie i ją wzmacnia. To ona bowiem w czasie porodu ma najważniejsze i wymagające zadanie do wykonania. W czasie porodu to rodząca jest osobą decydującą i jednocześnie potrzebującą wsparcia. Z kolei pomoc będzie skuteczna, jeśli osoba towarzysząca wie, po co tam jest, co ma robić, chce tego i ona, i rodząca kobieta.

Warto wybierać osobę towarzyszącą do porodu według klucza skuteczności jej wsparcia, jeśli jest ono dla kobiety istotne. Po przemyśleniu sprawy może się okazać, że o wiele lepszym wyborem będzie nie ukochany mężczyzna, a ktoś inny, np. bliska kobieta lub doula.

W kontekście skutecznego wsparcia wydaje się niezwykle ważne, żeby osoba towarzysząca w rodzeniu:

• podjęła decyzję w zgodzie ze sobą i z chęcią bycia przy porodzie (niezmuszana do tego!),

• znała kobietę, akceptowała ją i ufała jej decyzjom oraz wyborom,

• przygotowała się do porodu, zdobywając wiedzę na temat jego przebiegu, zachowania i potrzeb rodzącej kobiety, miejsca porodu, opieki, jaka będzie tam realizowana, metod łagodzenia bólu porodowego,

• umiała komunikować się skutecznie z kobietą (słuchać jej, rozumieć, co chce przekazać, i odwrotnie – przekazywać rodzącej potrzebne informacje),

• była gotowa skupić się na rodzącej – jej potrzebach, stanie, emocjach, a nie na sobie,

• potrafiła zachować „zimną krew” i spokój w stresujących, nowych sytuacjach oraz w kontakcie z personelem medycznym, tak by nie przenosić własnych emocji na rodzącą.

Decyzja o wyborze osoby towarzyszącej należy do kobiety, ponieważ będzie to dotyczyło jej porodu i to ona sama jest w stanie najtrafniej określić, na czym jej zależy oraz w czym, jak i kto najbardziej jej pomoże.

DOULA

„Doula to wykształcona i doświadczona, również w swoim macierzyństwie, kobieta zapewniająca ciągłe niemedyczne emocjonalne, informacyjne i fizyczne wsparcie dla matki i rodziny na czas ciąży, porodu i po porodzie” – brzmi pierwszy punkt Kodeksu Etycznego i Standardów Pracy Douli określony przez Stowarzyszenie DOULA w Polsce. Organizacja działa od 2011 roku, a powstała przede wszystkim po to, by zrzeszać i kształcić wysoko wykwalifikowane doule, a także promować dobre praktyki i zwyczaje okołoporodowe oraz świadome i zaangażowane rodzicielstwo. Od czerwca 2012 roku jest członkiem European Doula Network (więcej informacji na http://doula.org.pl).

Jako osoba wspierająca, doula może między innymi:

1. W czasie ciąży:

• wysłuchać i pomagać w oswajaniu lęków,

• przekazać informacje i podstawową wiedzę o ciąży, porodzie oraz połogu,

• omówić i pokazać techniki i ćwiczenia relaksacyjne czy rozluźniające,

• wykonać masaż rozluźniający,

• przygotować wybrane przez kobietę osoby do towarzyszenia w porodzie.

2. W czasie porodu:

• być z kobietą jako osoba towarzysząca, tak długo jak rodząca tego potrzebuje,

• pomagać poruszać się, przyjmować pozycje, wykonywać różne czynności, o które zostanie poproszona,

• wykonywać masaż pomagający złagodzić ból i zmęczenie oraz wspierać w innych niefarmakologicznych metodach ich łagodzenia,

• dbać o dobrą atmosferę i poczucie akceptacji.

3. Po porodzie:

• wysłuchać relacji z porodu oraz opowieści o emocjach i stanie kobiety po nim,

• udzielić podstawowych informacji dotyczących połogu (stan emocjonalny, aspekty hormonalne i ogólne samopoczucie),

• przekazać matce kontakty do specjalistów,

• wykonać „rytuał zamknięcia” z masażem rebozo jako symboliczne zakończenie okresu okołoporodowego (po zakończonym połogu).

Zestawienie podaje wybrane i przykładowe aspekty wsparcia douli, które może ona zrealizować na życzenie kobiety. Umiejętności i szczegółowe kompetencje doul różnią się. Są zależne od stopnia ich doświadczenia, wiedzy, predyspozycji, a także zaawansowania przeszkolenia. Doule zrzeszone w Stowarzyszeniu DOULA w Polsce pracują w zgodzie z Kodeksem Etycznym [http://doula.org.pl/kodeks-etyczny-douli], który określa granice ich kompetencji i możliwości wykonywania poszczególnych działań.

WŚRÓD KOBIET

W dzisiejszych czasach młode kobiety mają coraz mniej okazji, by spotykać się w kobiecym gronie, które opowiada o kobiecych sprawach. Jako dzieci dość często spotykają się z historiami porodowymi swoich matek, babć, cioć, sióstr i innych kobiet z otoczenia. Nieraz jednak zdarza się, że historie narodzin dzieci stają się w rodzinnych opowieściach tylko tajemniczym wspomnieniem, o którym raczej się nie mówi na wspólnych spotkaniach. Powodów tego faktu może być wiele. Pokolenie dzisiejszych babć często dzieli bardzo trudne doświadczenie okresu stawania się kobietą i rodzenia dzieci. Młode kobiety z kolei coraz częściej mieszkają w oddaleniu od rodziny, przyjaciół, a co za tym idzie widują bliskich rzadziej. Oczekujące narodzin swojego dziecka potrzebują oswojenia lęków związanych z porodem i macierzyństwem często w kręgu kobiet właśnie. Wspólnie spędzany czas w kobiecym gronie, pełen otwartości, może dać im wiele możliwości do znalezienia akceptacji, wysłuchania i inspiracji. Rolę takiego wsparcia mogą spełnić lub uzupełniać kobiety, które dzielą podobne doświadczenie, a nie są częścią rodziny czy dotychczasowych przyjaciół, np. oczekujące na dziecko lub młode matki z okolicy. Pomocne mogą być grupy wsparcia, spotkania tematyczne w kobiecym gronie, warsztaty, ćwiczenia, a także możliwość kontaktu z bliskimi dzięki telefonowi, internetowi. Krąg zaufanych kobiet wokół matek w okresie okołoporodowym daje im zauważalne, choć często nienamacalne i niepoliczalne korzyści. Niejednokrotnie ich efekty są w pełni przez kobietę zrozumiane i doceniane dopiero po dłuższym czasie, kiedy burzliwy i pełen zmian czas rodzenia i stawania się matką dla niej się kończy, przechodząc w kolejne etapy.

TRANSFORMACJA I PERSPEKTYWA

Rodzenie dziecka i stawanie się matką to czas ogromnych zmian. Często jest to dla kobiety przełom o wiele większy niż tylko przyjęcie nowej roli życiowej. Niejednokrotnie tak odmienia perspektywę, że wpływa na wiele dziedzin i elementów życia. Kobiety poprzez doświadczenie rodzenia i macierzyństwo często przewartościowują wiele spraw, od życia zawodowego zaczynając, poprzez dietę i na rozwoju umiejętności komunikacyjnych kończąc. Wydaje się, że przechodzą transformację. Dzięki dobrym doświadczeniom mogą być wzmocnione, dojrzalsze, odważniejsze, wrażliwsze. Świadomość i możliwość samostanowienia potrafią dodawać im siły i wzmacniać poczucie własnej wartości. Dzięki nim z kolei kobiecie może być łatwiej otwierać się na kolejne trudy i rozwój.

ASIA. MORZE EMOCJI

CIRCUS OF LIFE

Asia i Karol są parą od czasu, kiedy oboje byli nastolatkami, czyli od prawie 10 lat. Od niespełna dwóch lat są małżeństwem, choć Asia już dużo wcześniej czuła się na nie gotowa.

– Dążyłam do ślubu. Chciałam jak najszybciej. Czekałam na zaręczyny. Po pięciu latach się doczekałam. Po kolejnych trzech był ślub. Śmiałam się, że pierścionek już trzy razy się przeterminował, ale w końcu się pobraliśmy. Było nam dobrze. Myśleliśmy, że dziecko tak, ale kiedyś, że zaczniemy się starać za półtora roku, dwa lata i wtedy zamieszkamy „na swoim”. Nie spieszyło się nam. Mieszkaliśmy z rodzicami Karola i chcieliśmy nacieszyć się sobą.

Niecałe pół roku po ślubie Asia zaczęła inaczej się czuć. Okres nie przyszedł. Pomyślała, że chyba jest w ciąży, i zrobiła test. Druga kreska wyszła blada. Powiedziała Karolowi, jak wygląda sytuacja i że dla pewności chce pojechać od razu na badanie krwi, które potwierdzi wynik domowego testu. Sama już czuła, że to tylko formalność, choć zgodnie z tym, co pamiętała z minionego miesiąca, miała miejsce tylko jedna jedyna szansa na zajście w ciążę.

Był niedzielny poranek i jedynym miejscem wykonania badania tego dnia w ich mieście było laboratorium przy szpitalu, czynne całą dobę przez siedem dni w tygodniu. Karol obchodził właśnie urodziny i spodziewali się gości. Mimo to postanowili nie zwlekać i pojechali.

– Myślałam, że od razu dostanę wynik. Okazało się, że odbiór będzie możliwy po południu. Wróciliśmy do domu. Przyjechali brat i siostra Karola. Było ciasto, kawa. Poprosiliśmy szwagierkę, żeby potem zawiozła nas do szpitala, bo musimy odebrać wyniki. Ona jedna wiedziała jakie. Teściowa się domyślała.

Kiedy laborantka wręczała wynik, Asia zapytała, czy mogłaby go jej zinterpretować. Usłyszeli: „Gratuluję!”. Nadal nie do końca docierało do niej, co to ma oznaczać, i dopytywała. Laborantka potwierdziła: „Jest pani w ciąży. Wynik wskazuje, że pomiędzy 4 a 6 tygodniem”. Asia ucieszyła się od razu. Karol potrzebował więcej czasu, żeby przyswoić znaczenietych słów.

– Obracam się. Karol stoi jak zamurowany, jakby go totalnie ścięło. Mówię do niego, a on dalej stoi i patrzy, jakby nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Całą drogę w windzie tak stał, jakby był na innej planecie. Ze względu na to, że podejrzewałam ciążę, miałam ze sobą przygotowany dla niego prezent. Nie dałam mu go od razu rano, tylko jak był wynik. Właściwie ten prezent czekał już kilka lat. Kiedyś, jak pracowałam w sklepie odzieżowym, była tam kolekcja „Circus of life”. To były koszulki z motywem w starym stylu cyrkowym. Jedna była z ojcem prowadzącym wózek – wielkim wytatuowanym osiłkiem z malutkim wózeczkiem. Kupiłam ją i schowałam. Potem mi się przypomniała. Pomyślałam, że to będzie ta okazja, kiedy mogę ją Karolowi wręczyć. Na szczęście rozmiar nadal pasował. Wtedy dałam mu ją w windzie. Odpakował i milczał. Kiedy wyszliśmy, zapalił papierosa. Stres z niego zszedł i zaczął przyswajać, co się dzieje. Dostał wynik na swoje urodziny.

Ciąża, której nie planowali, odrobinę ich zaskoczyła. Nie było to jednak zaskoczenie wielkie ani sytuacja, z którą musieli się pogodzić, bo burzyła ich plany. Oboje szybko przyjęli ją pozytywnie i z radością. Rodzinie powiedzieli po wizycie u lekarza i pierwszym USG. Teściowa przyznała, że wiedziała, co jest na rzeczy, już wcześniej, ale się nie przyznawała. Wszyscy bliscy gratulowali i się cieszyli. Wiadomość o ciąży przyjęli jako naturalny bieg wydarzeń, podobnie jak przyszli rodzice.

KWITNĄCO

Przez pierwszą połowę ciąży Asia czuła się bardzo dobrze. Nie miała typowych objawów i dolegliwości ciążowych kojarzonych z pierwszym trymestrem jak ospałość, nudności czy wymioty. Czuła, że coś się w niej zmienia, ale to nie było nic dokuczliwego czy trudnego. Przyznaje, że była w szoku, ponieważ wcześniej, zanim zaszła w ciążę, wyobrażała sobie, że będzie jej w tym stanie na początku źle.

– Było zupełnie inaczej. Czułam się kwitnąco. Miałam w sobie tyyyyyyle energii. Czułam się świetnie. Wyglądałam dobrze. Zniknęły problemy z cerą. Włosy zaczęły rosnąć. Było super! Tylko raz zwymiotowałam. Zachciało mi się sałatki z pomidorów i kiszonych ogórków. Zrobiłam sobie wielką michę. W połowie poczułam, że mnie mdli, i skończyłam w toalecie. To był jeden jedyny raz.

Ciąża zupełnie nie przeszkadzała Asi w prowadzeniu aktywnego życia. Spotykała się ze znajomymi, zaczęła chodzić na ćwiczenia dla kobiet oczekujących narodzin dziecka, często wybierała się do centrum miasta, spacerowała. Pamięta, że w tamtym czasie prawie nie widziała różnicy w swoim samopoczuciu:

– Nie czułam się, jakbym była w ciąży, poza tym, że szybko było mi widać brzuch i mocno tyłam.

GDZIE TA SIELANKA?

Chociaż fizycznie Asia znosiła ciążę znakomicie, nie radziła sobie z jej aspektem duchowym, psychicznym. Spodziewała się, że czas oczekiwania to miesiące pełne wzruszeń, radości, bliskości z ukochanym mężczyzną, który tak jak i ona czuje już łączność z dzieckiem. Spodziewała się czegoś podobnego, ponieważ właśnie głównie z takim obrazem ciąży, gdzie problemem są raczej dolegliwości fizyczne i zagrożenia zdrowotne, a nie stan ducha, spotykała się w mediach od dzieciństwa. Nie sądziła, że hormony aż tak będą wpływały na jej emocje i odczuwanie.

– Byłam inaczej nastawiona do ciąży. W telewizji, artykułach to jest sielanka. A tu nagle spotyka mnie zderzenie z rzeczywistością i pytam: gdzie to „Ach!” i „Och!”? Gdzie mąż, który tuli się do brzucha i jest czuły? Gdzie jest superseks? Były momenty, że hormony mi buzowały i nie wytrzymywałam. Wybuchałam. Dużo się kłóciliśmy. Seksualnie wszystko odczuwałam lepiej, ale Karol miał opory.

Wątpliwości męża wpływały na nią przygnębiająco, podobnie obserwowanie, jak zmienia się ciało i jak kobieta nad tym nie do końca panuje. Asi było trudno poradzić sobie z przybieraniem na wadze, ale bardziej w kontekście psychicznym. Nie spodziewała się, że w ciąży tak łatwo można przytyć, że tak bardzo ciało traci jędrność i nieodwracalnie się zmienia. W jej odczuciu te zmiany pojawiały się i postępowały szybko, nie dając czasu na pogodzenie się z nimi i zaakceptowanie ich. To wszystko wpływało na coraz gorsze samopoczucie psychiczne Asi i uświadamiało jej, że ciąża to nie jest tylko przyjemny i łatwy do zniesienia stan fizyczny, ale też zmiany hormonalne, znacznie wpływające na emocje.

Z upływającymi tygodniami zmieniała swoje nastawienie i podejście. Z czasem zaczęła szukać rzetelnych informacji i wnikliwiej je analizowała.

– Mam wrażenie, że na początku nie podchodziłam do tego do końca poważnie. Nie zdawałam sobie sprawy, jak dużo zmienia się w moim życiu – przyznaje Asia.

Asia jest przekonana, że gdyby wcześniej spotkała się z obrazem ciąży bliższym rzeczywistości niż bajce i wiedziała, że warto otaczać się w tym czasie doświadczonymi matkami „z krwi i kości”, dobrymi znajomymi i budować krąg kobiet, byłoby jej łatwiej. Z dzisiejszej perspektywy zauważa, jak bardzo stereotypy, obraz w mediach i oczekiwanie społeczne, by matka promieniowała szczęściem, krzywdzą i utrudniają kobietom bycie w ciąży i potem początki macierzyństwa. Teraz, otaczając się kobietami, które rozmawiają o ciążach, porodach, dzieciach, Asia wie, jak naprawdę ten czas może wyglądać i jak można sobie pomóc.

– Gdybym od początku miała takie wsparcie kobiet jak teraz, to wiem, że moja ciąża wyglądałaby inaczej. Byłabym bardziej świadoma tego, co się ze mną dzieje.

TRZY RAZY SZPITAL

W 22 tygodniu ciąży Asia dziwnie się poczuła podczas gimnastyki w szkole rodzenia, jakby coś się działo w jej brzuchu. Położna podłączyła ją do KTG (kardiotokografia – monitorowanie akcji serca płodu wraz z jednoczasowym zapisem czynności skurczowej mięśnia macicy) i okazało się, że skurcze macicy są bardzo intensywne – zapis na wykresie wychodził poza skalę. Położna zasugerowała konsultację na izbie przyjęć w szpitalu. Po badaniu lekarze zdecydowali, że Asia powinna zostać na oddziale na obserwacji, ponieważ widzą zagrożenie porodem przedwczesnym. Była ostatnią kobietą, dla której znalazło się w tym szpitalu miejsce. Kolejne pacjentki odsyłano gdzie indziej.

– Zatrzymali mnie, a potem zamknęli szpital. Tyle razy, gdy byłam w szpitalu, po moim przyjęciu go zamykali. Apogeum porodów.

Była pod obserwacją, dostawała leki na wyciszenie skurczy i po tygodniu, kiedy sytuacja w miarę się uspokoiła, została wypisana do domu. Kolejny raz trafiła do szpitala kilka tygodni później z bardzo podobnymi objawami. Drugi raz również udało się wyciszyć mocne skurcze. I tym razem spędziła w szpitalu tydzień, po czym ponownie wróciła do domu.

Trzeci raz Asia znalazła się w szpitalu niecały miesiąc przed terminem porodu, również po badaniu KTG, które wykryło silne skurcze.

– Tym razem miałam skurcze i bóle pleców, i wysoką temperaturę. Lekarze nie wiedzieli, co mi jest. Myśleli, że mam jeszcze jakieś zakażenie, i mnie odizolowali. Leżałam sama na sali i czułam się źle. Ludzie patrzyli na mnie z korytarza jak na jakieś zjawisko. Najpierw lekarze obserwowali, co się będzie ze mną działo. Następnego dnia na USG nerek okazało się, że mam całkiem spory kamień. Dostałam leki na jego rozbicie i zalecenie, że mam go „urodzić” do porodu.

Mimo, jak się okazało, braku stanu zapalnego, jako profilaktykę zapisano jej antybiotyk, na który się nie zgodziła. Zdecydowała, że jeśli nie ma wyraźnych wskazań, aby ten lek miał jej pomóc, i jest tylko na wszelki wypadek, nie chce brać kolejnych medykamentów. Wtedy przypomniała sobie, że jej tata od lat cierpi i walczy właśnie z kamicą nerkową. Łącząc fakty, uświadomiła sobie, że odczuwane już dużo wcześniej kłucie i bóle, które brała za ciążowe dolegliwości, były prawdopodobnie zapowiedzią późniejszego ataku.

Zalecenie lekarzy wzbudzało w Asi niepokój.

– Nie wiedziałam, jak to ma się stać, że mam „urodzić” ten kamień, który stwarzał zagrożenie dla nerki. Byłam przestraszona. Myślałam: „Nie dość, że jestem gruba, brzydka, czuję się jak słoń, mam skurcze, to jeszcze coś we mnie siedzi, co dodatkowo przeszkadza”. Koniec końców nie wiem, czy urodziłam kamień. Po jakimś czasie ból minął i do tej pory nie wrócił.

Trzeci tygodniowy pobyt w szpitalu miał jednak dla Asi również bardzo pozytywny wymiar. Spotkała wtedy inne kobiety, z którymi potem utrzymywała kontakt.

– Dzięki temu, że poznałam dziewczyny, było mi łatwiej. Już z kimś, kto był w takiej samej sytuacji, miałam temat do pogadania. Jedna z nich była wtedy już po terminie porodu i czekała na wywołanie, druga, Ula, była przed terminem, na obserwacji z powodu komplikacji związanych z rośnięciem jej dziecka. Z Ulą utrzymywałam większy kontakt po wyjściu ze szpitala, kiedy obie nadal byłyśmy w ciąży. Udało nam się jeszcze spotkać na żywo, nie tylko gawędzić telefonicznie lub przez komunikator. Miałyśmy o czym rozmawiać. Wymieniałyśmy się poglądami. Okazało się, że obie interesujemy się też chustami. Nie czułam się już taka samotna jak wcześniej.

W czasie każdego pobytu w szpitalu skurcze wyciszały się, ale nigdy całkowicie. Asia dostawała zalecenie brania dużych dawek leków. Dziecko było bardzo ruchliwe, wierciło się non stop, co też częściowo nasilało skurcze. Nikt, z kim rozmawiała, nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy aktywność macicy jest przypadłością Asi, czy dotyczyła tej konkretnej ciąży oraz czym była spowodowana. Leki powstrzymujące skurcze brała do 38 tygodnia ciąży i odstawiła je sama. Żałuje, że żaden z lekarzy nie zalecił jej tego trochę wcześniej, ponieważ wydaje jej się, że był to czynnik opóźniający rozpoczęcie się porodu.

PRZEBUDZENIE I PRZYGOTOWANIA

Pojawiające się skurcze mogły być groźne. Powodowały u oczekującej porodu stres i napięcie od niemalże połowy ciąży. Asia przyznaje jednak, że właśnie to, paradoksalnie, pomogło jej w późniejszych przygotowaniach. Te sytuacje uświadomiły jej wiele rzeczy. Były impulsem do szukania informacji i poważniejszego traktowania ciąży niż w jej pierwszej połowie.

– Pojawiło się ryzyko porodu przedwczesnego. To dało mi do myślenia, że coś poważnego się dzieje i że to nie przelewki. Jeszcze zanim pojawiły się skurcze, na początku ciąży założyłam sobie, że dziecko będzie wcześniakiem. Chciałam mieć wcześniaka, bo to by znaczyło, że będzie mały, a ja nie będę musiała się męczyć długo w ciąży i przy porodzie. Termin miałam na wrzesień, a ja sobie zakładałam, że będzie sierpień. Dopiero jak zaczęło się coś ze mną dziać, to szukałam informacji. Od pierwszej akcji w szpitalu zaczęłam czytać. Cokolwiek się nie działo, szukałam informacji w internecie: fora, blogi, artykuły. Nie pytałam doświadczonych matek dookoła, tylko sama szukałam. Sama chciałam się dowiadywać, wybierać autorytety.

Z perspektywy czasu Asia uznaje, że strony, na jakie trafiła w tamtym okresie, były na różnym poziomie i nie wszystkie wnosiły dobre rzeczy. Starała się weryfikować treści i podchodzić do nich z dystansem, ale było to momentami trudne. Udało jej się znaleźć dwie bardzo cenne strony internetowe. Dzięki nim poszerzyła swoją wiedzę, znalazła informacje. Pierwsza jest prowadzona przez kobietę, która jest i matką, i lekarką ginekologiem. Druga to blog pisany przez mamę dwóch skrajnych wcześniaków.

– Przestraszyłam się. Nie zdawałam sobie sprawy, jakie konsekwencje niesie ze sobą urodzenie wcześniaka, jaki szereg chorób i niepełnosprawności może się przytrafić.

Uświadomiła sobie, że urodzenie zanim ciąża jest donoszona (skończony 37 tydzień ciąży) to nie tylko wcześniejsza data porodu, ale także wiele innych możliwych, dramatycznych następstw dla dziecka. Dotarło do niej, jak bardzo jej życie może się zmienić. Pojawiły się wątpliwości, na ile jest gotowa na bycie mamą. Te doświadczenia i lęki stały się dla niej punktem wyjścia do szukania swojej drogi. Postanowiła nie uciekać od trudnych tematów, ale przeciwnie, dowiedzieć się jak najwięcej o możliwych komplikacjach.

Nadal uczęszczała do szkoły rodzenia. Chodziła razem z mężem. Dobrze wspomina położną prowadzącą zajęcia przygotowujące do porodu, która doradzała, jak napisać plan porodu i jak wspierać rodzącą. Mimo to Asi brakowało wzorców wokół, które pokazałyby, co to znaczy nie tylko w teorii, ale też w praktyce, w codzienności – być mamą.

– Nie wiedziałam, co to znaczy mieć dziecko. W rodzinie nie miałam zbyt dużego przykładu. Jedyne małe dzieci, z jakimi miałam kontakt, to dzieci mojej cioci, siostry mamy. Ma dwójkę – 3 i 6 lat. To jedyne dzieci, które znam od małego. Ciocia jest starsza ode mnie o 16 lat. Kiedy ona była w ciąży, ja byłam jednak jeszcze smarkata i nie do końca się tym interesowałam. Była też żona brata Karola, matka małych dzieci, ale nie miałam z nią bliskiego kontaktu.

Dlatego spotkanie w szpitalu z innymi kobietami, w tym z Ulą, i znalezienie wspólnego języka było dla Asi tak ważne. Wypełniło choć trochę lukę w kręgu kobiet, którego potrzebowała. Kontakt z innymi kobietami na podobnym etapie życia zmniejszał poczucie osamotnienia, niezrozumienia i zagubienia.

Krótko przed terminem porodu Asia postanowiła pójść na dodatkowe zajęcia organizowane w szkole rodzenia. Przyznaje:

– Miałam w sobie dużo emocji i stresu. Teoretycznie byłam przygotowana na to, co się będzie działo – miałam plan porodu, spakowaną torbę, ale bałam się, że nie będę wiedziała, co robić. Czułam, że teoria a praktyka to różne sprawy. Dodatkowe spotkanie z położną, ćwiczenia oddechu i parcia dały mi odrobinę więcej spokoju.

Dużą radość sprawiało Asi kompletowanie wyprawki dla dziecka, przygotowywanie drobiazgów i domu. Z entuzjazmem „wiła gniazdo”. Torbę do szpitala na poród miała również gotową. Jej zawartość szczegółowo zaplanowała, korzystając z list znalezionych w internecie. Były tam rzeczy dla niej, dla dziecka. Zadbała również o męża: w osobnej przegródce jedzenie, T-shirt, skarpetki i klapki. Od początku zdawała sobie sprawę, że wielu drobiazgów nie wykorzysta. Przyznaje jednak, że to planowanie uspokajało ją, dawało poczucie, że choć trochę panuje nad sytuacją i zwiększa swoje szanse na wymarzony poród.

– Dziewięćdziesiąt procent rzeczy mi się nie przydało, ale były. Bałam się, że się okaże, że czegoś nie wzięłam, a jest potrzebne.

PRÓBA CIERPLIWOŚCI

Niepewność, przedwczesne skurcze, pobyty w szpitalu, kamica nerkowa, osamotnienie, ociężałość spowodowana dodatkowymi kilogramami, dużym brzuchem i opuchlizną powodowały, że Asia ogromnie pragnęła już końca ciąży. Czuła się przytłoczona psychicznie swoim stanem, zmęczona swoim samopoczuciem. Chciała już być po porodzie. Na dwa tygodnie przed wyznaczoną środkową datą terminu porodu, czyli od połowy września odstawiła leki. Zaczęła też aktywnie i intensywnie przygotowywać ciało. Spacerowała po całym mieście. Wspomina:

– Nachodziłam się więcej niż teraz; ile się da.

Chodziła też w górę i w dół po schodach w swoim bloku. Mieszka na siódmym piętrze. Umyła okna. Skłoniła męża do zbliżeń. Ćwiczyła w domu przysiady i na piłce, którą specjalnie w tym celu kupiła. Z polecanych „domowych” sposobów wywołania porodu, o których się dowiedziała, nie wykorzystała tylko jednego:

– Tylko na ostre jedzenie się nie zdecydowałam, bo go nie lubię.

Termin wyznaczony na 26 września zbliżał się i minął, a oznak porodu nie było. Lekarz prowadzący wypisał Asi skierowanie do szpitala na 2 października. Zgłosiła się na izbę przyjęć, gdzie była w czasie ciąży już trzy razy, i ponownie była ostatnią przyjętą pacjentką. Oddziały: położniczy, porodowy i patologii ciąży były wypełnione po brzegi. Asia wspomina, że personel miał pełne ręce roboty, ciągle się coś działo, a pacjentek było bardzo dużo. Miała poczucie, że między innymi przez to nie było nikogo, kto spokojnie i dokładnie wytłumaczyłby jej, co się dzieje, co ją czeka.

– Położyli mnie na oddziale i nie wiedziałam nic. Co mają w planach. Kiedy. Nie miałam żadnych informacji.

Przyznaje, że traciła już resztki cierpliwości i spokoju. Niepewność i brak dialogu z personelem wzmagały uczucie zagubienia i niepokój. Asia chciała być świadoma tego, co się dzieje, i zależało jej na jak najbardziej naturalnym przebiegu porodu. Niejasność sytuacji i poczucie zawieszenia były dla niej trudne do zniesienia, ponieważ między innymi bała się ingerencji medycznych z zaskoczenia.

RODZĘ ALBO NIE RODZĘ…

– W nocy z poniedziałku na wtorek równo o północy odeszły mi wody. Obudziłam się, bo pomyślałam, że się posikałam. Nagle wszędzie dookoła mnie zrobiło się mokro. Spałam z wkładką i zobaczyłam też śluz. Wiedziałam już, że to nie było posikanie, tylko coś zupełnie innego niż do tej pory widziałam. Poszłam do położnej i powiedziałam, że odeszły mi wody. Ona zapytała, czy się nie posikałam. Ja na to: no jak? Zbadała mnie. Lekarz był na porodówce. Porody odbywały się tam jeden za drugim. Położna stwierdziła: „No, OK, coś poszło, ale dolny odcinek zachowany. Nie rodzimy. Może pani iść spać”.

Asia nie chciała przyjąć do wiadomości, że nic się nie dzieje, jak stwierdziła położna. Była zdenerwowana i nie mogła zasnąć. Chodziła z nadzieją na skurcze, ale nic się nie wydarzyło. Rano po obchodzie zaproszono ją na badanie ginekologiczne. Starszy lekarz również stwierdził, że nic się nie dzieje i że w jego opinii nawet i może jeszcze tydzień minie, zanim zacznie się poród. Dla Asi taka diagnoza była bardzo trudna. Czuła, że nie ma już siły i zupełnie traci wiarę w samą siebie. Była zdezorientowana jeszcze bardziej, ponieważ, o ile przez całą drugą połowę ciąży zmagała się ze skurczami, o tyle teraz nie czuła nic – jej macica jakby się uśpiła.

– Nic. Żadnych skurczy. Wcześniej miałam, a wtedy wszystko mi się zatrzymało. Byłam przerażona. Nie wiedziałam, co się dzieje.

Jej zwątpienie rosło, kiedy obserwowała inne kobiety, które zaczynały rodzić.

– Leżała ze mną na sali dziewczyna, której nic się nie działo w ciąży. Była przed założeniem balonika [cewnik Foleya, używany do pobudzenia szyjki macicy do rozwierania]. Odeszły jej wody i od razu zaczęła rodzić. Byłam załamana, że ona przyszła bez żadnych objawów porodu, bez wcześniejszych skurczy i poszła na porodówkę, a ja zostałam, nie wiedząc, co się ze mną dzieje – czy mam się obawiać, czy nie, bo wody odeszły częściowo. Nikt mi nic nie mówił, nie tłumaczył.

Dzień minął jej w atmosferze podenerwowania. Wieczór przyniósł chwilę wytchnienia i snu, który jednak nie trwał długo.

– W środku nocy z wtorku na środę obudziło mnie jakby parcie. Próbowałam się jakoś ułożyć w łóżku, znaleźć wygodną pozycję. Nie mogłam na boku. Nie mogłam na plecach. Nawet na siedząco było mi niewygodnie. Jakąkolwiek pozycję przybierałam – było niewygodnie. Czułam, że zaczyna mnie boleć. Jest środek nocy. Wszędzie ciemno. Chodzę. Powiedziałam położnej, że chyba mi się zaczynają skurcze. Podłączyła mnie pod KTG. Okazało się, że skurcze są w miarę regularne. Włączyłam sobie też aplikację w telefonie do mierzenia. Były co 8-9 minut i trwały 30-40 sekund. Zaczynały kiełkować. Położna mnie zbadała i stwierdziła, że rozwarcia brak. Zaproponowała mi paracetamol, żeby mnie nie bolało i żebym przespała noc. Nie chciałam. Założyłam sobie, że żadnych wspomagaczy i wertykalnie [poród w pozycji pionowej]. Jak rodzić, to naturalnie. Miałam plan porodu. Bardzo ambitny – cztery strony. Tak byłam nastawiona po szkole rodzenia. Chciałam bardzo szczegółowo wszystko określić.

Kolejne godziny nocy mijały Asi na próbach odpoczynku, szukaniu wygodnej pozycji i chodzeniu pod prysznic, żeby ulżyć sobie przy napinaniu macicy. Zadzwoniła też do Karola, żeby powiedzieć, że ma skurcze, choć rozwarcie nie postępuje. Mąż nie wierzył, że Asia rodzi, skoro szyjka macicy jest zamknięta, i ze spokojem poszedł spać dalej.

We środę rano po obchodzie i kolejnym badaniu usłyszała, że ma 1,5 cm rozwarcia i że to mało, czyli według lekarzy nadal nic się nie dzieje. Była załamana. Emocje sięgały zenitu.

– Zaczęłam płakać na badaniu i płakałam po nim: że chcę, żeby coś się zaczęło dziać. Bałam się o Helenę. Miałam informację, że jest OK i wszystko w porządku, ale bez żadnego tłumaczenia. Nie zrozumiałam, co się dzieje i na co się mam nastawiać. Byłam prawie w histerii. Już miałam dosyć – lęku, zmęczenia, nerwów, niewiedzy.

Po porodzie, patrząc szerzej i spokojniej, Asia zrozumiała, że racjonalnie nie miała się czego obawiać, a personel działał na korzyść jej i realizacji jej pragnienia naturalnego porodu. W tamtych jednak chwilach brak informacji i rzeczowego tłumaczenia językiem zrozumiałym dla przeciętnego człowieka, a nie jedynie specjalisty budowały poczucie zagrożenia i lęk przed nieokreślonymi sytuacjami. Na oddziale ogólnie panowała dobra atmosfera, a położne były sympatyczne i miłe, jednak brak wiedzy, co się dzieje, bardzo utrudniał Asi zaufanie osobom, pod których opieką się znajdowała.

Tego dnia od rana dyżur rozpoczynała położna, która była na oddziale poprzedniej nocy z poniedziałku na wtorek i badała już Asię, kiedy podejrzewała odejście wód płodowych.

– Ta położna, kiedy zobaczyła, w jakim stanie wyszłam od lekarza, powiedziała: „Jak chce pani rozkręcić poród, to można wziąć piłkę i się bujać, nie skakać, chodzić pod prysznic. To pomoże”. Robiłam, jak mówiła.

Asia, na przekór opinii lekarza, była wewnętrznie przekonana, że tym razem poród naprawdę się rozkręci. Działając według propozycji położnej, w międzyczasie zadzwoniła do Karola.

– Miałam przeczucie. Powiedziałam mu: „Nadal mam skurcze. Rozwarcia fakt faktem nie ma, ale przyjedź tu do szpitala. Czuję, że mnie wezmą na porodówkę”. To było rano, a wizyty od 15. Karol zapytał, co będzie robił, jak się okaże, że jednak nic się nie dzieje. Ja na to: „Proszę, przyjedź!”. Nieśpiesznie wyszedł z domu. Wsiadł do tramwaju. Poszedł po drodze do kolegi do pracy. Sam akurat miał wolne. Wyszli na papierosa. Potem przyszedł do szpitala. Mnie jeszcze raz wzięli na badanie około 11, bo po bujaniu na piłce było coraz intensywniej i zaczynało mnie boleć. Rozkręciłam sobie rozwarcie na 3 cm. Coś się zaczęło ruszać. Wyszłam z gabinetu zalana łzami, bo dowiedziałam się, że akurat zwolniła się sala na porodówce i ja tam idę. Z jednej strony poczułam ulgę, z drugiej jeszcze większy strach. Szłam przez całą długość korytarza do swojego pokoju. Doszłam do drzwi i wszedł Karol. Położna go wpuściła, żeby mi pomógł. Spakowałam się dość nieporadnie, żeby już jak najszybciej iść.

MOC DOZNAŃ

Decyzja o przejściu na salę porodową była dla Asi jak możliwość całkowitej zmiany rzeczywistości. Poczuła, że zaczyna się czas, na który tak bardzo czekała od kilku tygodni – czas rodzenia. Odczuła, że od tej chwili nie tylko wierzy sama sobie, że rodzi, ale wierzą jej też inni. Na porodówce od początku skupiała się na swoim zadaniu i działaniu. Ucieszył ją kontakt z położną, która miała się nią opiekować. Była uśmiechnięta, energiczna, a przy tym wnosiła na salę spokój. Asia została podłączona pod KTG na kontrolne badanie, które miało trwać około godziny. Na początku młodzi rodzice żartowali, rozmawiali. Z czasem siła skurczy zaczęła narastać. Ból wzmagał się. Rodząca starała się skupiać na oddechu w niewygodnej już pozycji – półleżącej na boku, ale było jej coraz trudniej. Czas mijał. Na oddziale był bardzo duży ruch. Badanie KTG trwało już trzecią godzinę.

– W każdej sali odbywały się porody, było zamieszanie. Położne musiały biegać między salami. Wydaje mi się, że przez to tak długo byłam pod KTG. Bolało już bardzo. Chciałam się ruszyć. Strasznie ciągnęło mnie w plecach. Każda pozycja na łóżku była niekomfortowa. Wiedziałam, że mogę się ruszać, być przy drabinkach, na piłce. Uczyłam się tego w szkole rodzenia. Chciałam z tego skorzystać. Błagałam Karola, żeby poszedł po położną.

Położna odłączyła Asię od KTG i zbadała. Okazało się, że jest 4,5-5 cm rozwarcia. Zaproponowała zanurzenie się w wannie, na co rodząca chętnie przystała. Spędziła w niej około półtorej godziny. W wodzie skurcze coraz bardziej się nasilały. Karol cały czas towarzyszył żonie. Polewał jej plecy, by dodatkowo ulżyć w bólach. Przyszedł moment, kiedy Asia poczuła się przytłoczona doznaniami – ich intensywnością i siłą. Trudno jej było poradzić sobie z bólem, szczególnie w okolicy krzyżowo-lędźwiowej, który był dla niej niezwykle dokuczliwy i nie dawał jej wytchnienia. Nie pamięta z tego czasu bólu spinania brzucha, macicy, tylko ucisk i ból pleców. W końcu Karol oraz położna pomogli jej wyjść z wanny.

– Zanieśli mnie na łóżko, bo nie byłam w stanie stać na nogach. Czułam niewyobrażalny ból. Wcześniej wiedziałam, że będzie bolało, ale chyba jednak nie byłam przygotowana na to, co faktycznie będzie się działo. Nie umiałam sobie tego wyobrazić.

Poczucie bezradności i przytłaczający ból były dla Asi bardzo trudne do zniesienia. Wcześniej zakładała, że poradzi sobie z bólem, i