Radość. Poczucie szczęścia, które masz w sobie - OSHO - ebook
Opis

OSHO zastanawia się nad naturą radości z radykalnie innej perspektywy.

W sposób pełen empatii i humoru dowodzi, że radość jest esencją życia i nawet poczucie nieszczęścia nie jest od niej oderwane. OSHO zachęca do sięgnięcia do zasobów radości poprzez wdzięczność za wyzwania i możliwości, jakie codziennie przynosi nam życie. Doszukujmy się tego, co dobre we wszystkim co nas otacza, zamiast wyznaczać warunki i kryteria naszego zadowolenia.

Wcielając radość w życie, możemy osiągnąć stan równowagi i wewnętrznej harmonii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 216

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PRZEDMOWA

Pozwól, że najpierw opowiem ci krótką anegdotę:

Mój lekarz internista nalegał, abym przyszedł do pana – rzekł pacjent do psychiatry. – Bóg wie dlaczego. Jestem szczęśliwie żonaty, mam stałą, dobrą pracę, wielu przyjaciół, żadnych zmartwień…

Mmm – powiedział psychiatra, sięgając po notes – a jak długo to już trwa?

Szczęście jest niewiarygodne. Wydaje się, że człowiek nie może być szczęśliwy. Jeśli mówisz o swoim przygnębieniu, smutku, niedoli, każdy ci wierzy; to wydaje się naturalne. Jeśli mówisz o swoim szczęściu, nikt ci nie wierzy; to jest jakby sprzeczne z naturą człowieka.

Zygmunt Freud, po czterdziestu latach badań nad ludzką psychiką – pracując z tysiącami ludzi, badając tysiące chorych umysłów – doszedł do wniosku, że szczęście jest fikcją: człowiek nie może być szczęśliwy. Co najwyżej, możemy sprawić, że jest nam trochę wygodniej, to wszystko. Co najwyżej, możemy sprawić, że nasza zgryzota jest trochę mniejsza. To wszystko. Ale szczęśliwi? Wykluczone!

To brzmi bardzo pesymistycznie… ale gdy przyjrzysz się ludziom, dostrzeżesz, że tak to właśnie wygląda. Tylko ludzie są nieszczęśliwi. Co się w nich zepsuło?

Z całą odpowiedzialnością twierdzę, że ludzie mogą być szczęśliwi. Szczęśliwsi niż ptaki, drzewa, gwiazdy. Istoty ludzkie mają coś, czego nie ma żadne drzewo, żaden ptak, żadna gwiazda. Ludzie mają świadomość.

Dzięki temu mogą wybierać: będę czuł się szczęśliwy albo będę czuł się nieszczęśliwy. Drzewa są szczęśliwe, bo nie mogą być nieszczęśliwe. Szczęście nie wynika z ich wolności; one muszą być szczęśliwe. One nie wiedzą, jak być nieszczęśliwymi; dla nich nie ma alternatywy. Ptaki ćwierkające na drzewach nie dlatego są szczęśliwe, że tak wybrały. One są szczęśliwe, bo po prostu nie wiedzą, że może być inaczej. Ich szczęście jest nieświadome; jest po prostu naturalne.

Istoty ludzkie mogą być zarówno bardzo szczęśliwe, jak i bardzo nieszczęśliwe – mają wolny wybór. Ta wolność niesie ze sobą ryzyko. Jest bardzo niebezpieczna, ponieważ to ty stajesz się odpowiedzialny za dokonanie wyboru. Coś stało się z tą wolnością, coś się popsuło. Człowiek stoi na głowie.

Ludziom wydaje się, że pomoże im medytacja. Jest ona potrzebna, dlatego że wybrali bycie nieszczęśliwymi. Jeśli wybrałeś bycie szczęśliwym, medytacja jest zbędna. Ona jest lekarstwem, a lek jest potrzebny, aby zwalczyć chorobę. Jeśli wybrałeś szczęście, postanowiłeś, że będziesz szczęśliwy, medytacja nie jest konieczna. A wtedy pojawia się ona sama z siebie.

Istnieje tak wiele religii, bo jest tak wielu nieszczęśliwych ludzi. Szczęśliwy człowiek nie potrzebuje żadnej religii, nie potrzebuje kościołów. Dla niego cały wszechświat jest świątynią, całe istnienie – kościołem. Szczęśliwa osoba nie uprawia rytuałów religijnych, bo jej całe życie jest religijne. Cokolwiek robisz w poczuciu szczęścia, jest modlitwą. Twoja praca staje się przejawem twej wiary; twój każdy oddech pełen jest wzniosłości i łaski.

Odczuwasz szczęście, kiedy jesteś w zgodzie ze swoim życiem. Harmonia z otoczeniem dostarcza ogromnej radości. Wtedy nagle uświadamiasz sobie, że medytacja podąża za tobą. Jeśli kochasz pracę, którą wykonujesz, jeśli kochasz swoje życie, masz naturę kontemplacyjną. Nic cię nie rozprasza. Jeśli zaś coś cię rozprasza, to znaczy, że nie jesteś tym naprawdę zainteresowany.

Istoty ludzkie mogą być zarówno bardzo szczęśliwe, jak i bardzo nieszczęśliwe – mają wolny wybór. Ta wolność niesie ze sobą ryzyko. Jest bardzo niebezpieczna, ponieważ to ty stajesz się odpowiedzialny za dokonanie wyboru.

Nauczyciel wciąż powtarza małym dzieciom: „Słuchajcie, o czym mówię! Bądźcie cicho!”. One słuchają, ale inaczej. Ptak śpiewa całym swoim sercem na zewnątrz budynku szkoły – dziecko zwraca więc uwagę na ptaka. Nikt nie może powiedzieć, że dziecko nie słucha, że nie kontempluje, nikt nie może powiedzieć, że rozprasza swoją uwagę. Ono całkowicie zapomniało o nauczycielu i o równaniach napisanych na tablicy. Dziecko jest tego właśnie nieświadome, natomiast całkowicie absorbuje go ptak i jego śpiew. Ale nauczyciel mówi: „Uważaj! Co ty tam robisz? Skup się! Nie rozpraszaj się!”.

Przecież to nauczyciel rozprasza dziecko! Dziecko uważa – to dzieje się naturalnie. Słuchając ptaka, jest szczęśliwe. Nauczyciel rozprasza je, mówi: „Nie uważasz”. Po prostu jest ignorantem. Dziecko uważało. Ptak był bardziej atrakcyjny, więc pochłonął jego uwagę. Nauczyciel był mniej atrakcyjny; arytmetyka nie pociągała dziecka wystarczająco.

Nie wszyscy na tym świecie muszą być matematykami. Jest kilkoro dzieci, które nie zainteresują się ptakiem; śpiew ptaka może stawać się coraz głośniejszy, a one będą z uwagą patrzyły na tablicę. Arytmetyka jest im przeznaczona. Dzięki niej medytują.

Zawładnęły nami nienaturalne problemy: pieniądze, prestiż, władza. Słuchanie ptaków nie da ci pieniędzy. Słuchanie ptaków nie da ci władzy, prestiżu. Podziwianie motyla nie pomoże ci finansowo, politycznie, społecznie. Te rzeczy nie przynoszą zysków… ale sprawiają, że jesteś szczęśliwy.

Prawdziwy człowiek miałby odwagę wybierać to, co go uszczęśliwia. Pozostając w biedzie, nie narzekałby na to, nie żywił urazy do nikogo. Mówiłby: „Wybrałem swoją drogę – wybrałem ptaki, motyle i kwiaty. Nie mogę być bogaty, nie szkodzi! Jestem bogaty, bo jestem szczęśliwy”. Jednak u ludzi wszystko stanęło do góry nogami.

Szczęśliwy człowiek nie potrzebuje żadnej religii, nie potrzebuje kościołów. Dla niego cały wszechświat jest świątynią, całe istnienie – kościołem. Szczęśliwa osoba nie uprawia rytuałów religijnych, bo jej całe życie jest religijne.

Czytałem:

Stary Ted siedział nad brzegiem rzeki, bez jedzenia, przez wiele godzin. Kilka butelek piwa i gorące słońce sprawiły, że się zdrzemnął. Był kompletnie zaskoczony, kiedy duża, silna ryba złapała się na haczyk, pociągnęła za żyłkę. Stracił całkowicie równowagę i, zanim zorientował się, co się dzieje, znalazł się w rzece.

Obserwujący całą tę scenę z wielkim zainteresowaniem mały chłopiec spytał ojca: „Tato, czy to ten człowiek złapał rybę, czy ryba złapała tego człowieka?”.

Tak, wszystko przewróciło się do góry nogami. To ryba złapała ciebie i ciągnie. Widzisz pieniądze i przestajesz być sobą. Widzisz władzę, prestiż i przestajesz być sobą. Widzisz powszechny szacunek i przestajesz być sobą. Natychmiast zapominasz o wszystkim: o tkwiących w tobie wartościach, o swoim szczęściu, radości, zachwycie. Zawsze wybierasz coś z zewnątrz i targujesz się o to z czymś z wewnątrz. Zyskujesz wartości zewnętrzne, a tracisz wnętrze.

Co można zrobić z tymi wartościami? Nawet jeśli cały świat będzie leżał u twoich stóp, ale zatracisz siebie, nawet jeśli zdobędziesz wszystkie bogactwa tego świata, ale stracisz swój wewnętrzny skarb, co zrobisz z tym wszystkim? Oto niedola człowieka.

Gdybyś miał się nauczyć jednej tylko rzeczy, tą rzeczą jest bycie uważnym, świadomym własnej konstrukcji psychicznej, własnego wewnętrznego przeznaczenia. Nie zapominaj o tym, w przeciwnym razie będziesz nieszczęśliwy, a wtedy ludzie powiedzą: „Medytuj, aby stać się szczęśliwym”. Powiedzą: „Módl się, a staniesz się szczęśliwy; idź do świątyni, bądź religijny, bądź chrześcijaninem albo hinduistą, a będziesz szczęśliwy”. To całkowity nonsens. Bądź szczęśliwy, a medytacja podąży za tobą. Bądź szczęśliwy, a religijność podąży za tobą. Poczucie szczęścia to podstawowy warunek.

Ludzie stają się religijni tylko dlatego, że czują się nieszczęśliwi. Ich religia jest udawana. Spróbuj zrozumieć, dlaczego jesteś nieszczęśliwy. Przychodzą do mnie i mówią, że są nieszczęśliwi i chcą bym znalazł dla nich jakąś medytację. Odpowiadam im, że podstawową rzeczą jest zrozumienie powodu nieszczęścia. Jeśli go nie usuniesz, medytacja niewiele ci pomoże.

Być może świetna tancerka teraz siedzi w biurze zawalona papierami. Nie ma okazji do tańca. Ktoś może cieszył się, tańcząc pod gwiazdami, a teraz podlicza saldo rachunku bankowego. I przychodzi do mnie, mówiąc: „Jestem nieszczęśliwy. Znajdź dla mnie odpowiednią medytację”. Ale co to da? Jak medytacja mogłaby pomóc? Pozostaniesz tym samym człowiekiem, odkładającym pieniądze, nastawionym na współzawodnictwo. Medytacja może pomóc ci się odprężyć, abyś mógł nadal tkwić w tym nonsensie.

Powtarzanie mantr, medytacje – pomogą ci jedynie pozostać tym, kim jesteś. To nie jest przemiana.

Toteż moja droga do szczęścia jest dla tych naprawdę odważnych, dla śmiałków, którzy są gotowi zmienić tryb życia, którzy są gotowi zagrać o wszystko – ponieważ zrozumieli, że jedyne, co mają do stracenia, to swoje nieszczęście, swoją niedolę. Zwykle bowiem ludzie trzymają się kurczowo nawet tego.

Nawet jeśli cały świat będzie leżał u twoich stóp, ale zatracisz siebie, nawet jeśli zdobędziesz wszystkie bogactwa tego świata, ale stracisz swój wewnętrzny skarb, co zrobisz z tym wszystkim?

Usłyszałem historyjkę:

Oddział rekrutów wywieziony na poligon właśnie wrócił do swoich kwater po całodziennym marszu w gorącym słońcu.

– Co za życie! – powiedział jeden z żołnierzy. – Totalne zadupie, sierżant myśli, że jest Hunem Attylą, żadnych kobiet, żadnej gorzały, żadnych przepustek, a na dodatek moje buty są o dwa numery za małe.

– Nie podobają ci się buty, kolego – powiedział jego sąsiad – dlaczego nie zgłosisz się po inną parę?

– Za nic w świecie! – otrzymał odpowiedź. – Zdejmowanie ich jest jedyną przyjemnością, jaka mi została.

No, bo co stawiasz na szali? Tylko twoje nieszczęście. Jedyną twoją przyjemnością jest mówienie o nim. Spójrz na ludzi rozmawiających o swoim nieszczęściu, jak szczęśliwi się stają! Chodzą do psychoanalityków, aby mówić o swoim nieszczęściu – a nawet za to płacą! Ktoś słucha uważnie, a oni stają się szczęśliwi.

Ludzie wciąż mówią o swoim nieszczęściu. Przesadzają, ubarwiają, sprawiają, że wygląda na jeszcze większe, niż jest w rzeczywistości. Dlaczego? Nie mają nic oprócz swojego nieszczęścia, więc trzymają się kurczowo tego, co znajome. Nieszczęście jest wszystkim, co poznali; takie jest ich życie. Nie mają nic innego do stracenia i boją się zaryzykować utratę tego, co mają.

Według mnie szczęście, radość są najważniejsze. A wraz z nimi nastrój świętowania, pragnienie afirmacji życia. Ciesz się życiem! Jeśli nie potrafisz cieszyć się swoją pracą, zmień ją. Nie czekaj! Przez cały czas czekasz na Godota, a Godot nigdy nie przyjdzie. Takie czekanie to marnowanie życia Na kogo, na co czekasz?

Jeśli uważasz, że twoje nieszczęście mieści się w granicach, które należy akceptować, czyli twoja tradycja mówi, że ty jesteś w błędzie, ja stanowczo powiem: to twoja tradycja jest błędna. Spróbuj zrozumieć różnicę. To nie ty, tylko narzucony ci wzorzec, sposób, w który nauczyłeś się żyć, jest błędny. Motywacje, których się wyuczyłeś i zaakceptowałeś jako swoje, nie są twoje – one nie wypełnią twojego przeznaczenia. One są przeciwko twojej naturze, wcale cię nie cieszą.

Pamiętaj: nikt za ciebie nie zadecyduje. Wszystkie przykazania, nakazy, zasady moralności mają na celu sparaliżować cię. Musisz zadecydować sam, musisz wziąć życie w swoje ręce. W przeciwnym razie życie będzie pukało do twych drzwi, ale ciebie tam nie będzie – będziesz zawsze gdzieś indziej.

Jeśli pragnąłeś zostać tancerzem, prawdziwe życie przyjdzie do ciebie od tej właśnie strony. Zapuka w twoje drzwi, sądząc, że zapewne jesteś tancerzem. Ale ciebie tam nie ma – jesteś bankierem. Jak można spodziewać się, że życie będzie wiedziało, iż zostałeś bankierem? Życie przychodzi do ciebie drogą, jaką wybrała natura; zna tylko taki adres. Ale ciebie tam nie ma, jesteś gdzie indziej, schowany za czyjąś maską, przebrany w czyjś kostium, nosisz cudze imię. Istnienie wciąż cię szuka. Zna twoje imię, ale ty je zapomniałeś. Zna twój adres, ale ty nigdy nie mieszkałeś pod tym adresem. Pozwoliłeś, aby świat rozproszył twoją uwagę.

– Ostatniej nocy śniło mi się, że znów byłem dzieckiem – Joe opowiadał Alemu – miałem bilet wolnego wstępu na wszystkie atrakcje w Disneylandzie. Stary, ale się ubawiłem! Nie musiałem wybierać.

– Interesujące – zauważył jego kolega. – Ja także miałem ostatniej nocy bardzo wyrazisty sen. Śniłem, że piękna blondynka zapukała do moich drzwi i aż kipiała od pożądania. Kiedy właśnie zaczynaliśmy, cudowna, piersiasta brunetka weszła i przyłączyła się do nas.

– Bardzo chciałbym być tam z wami! Dlaczego do mnie nie zadzwoniłeś?

– Zadzwoniłem – odparł Al. – Twoja matka powiedziała mi, że jesteś w Disneylandzie.

Twoje przeznaczenie może odnaleźć cię tylko w jeden sposób. Będzie szukać tego, co rozwinęło się w tobie zgodnie z wolą twojego Istnienia. Dopóki nie odnajdziesz swojej spontaniczności, tego, co cię cieszy, nie będziesz szczęśliwy. A jeśli nie możesz być szczęśliwy, nie możesz mieć natury kontemplacyjnej.

Dlaczego ludzie myślą, że medytacja przynosi szczęście? Tylko szczęśliwa osoba może mieć kontemplacyjny umysł – te dwie rzeczy są ze sobą powiązane. Zawsze, gdy widzimy medytacyjną aurę wokół jakiejś osoby, odkrywamy, że mamy do czynienia z kimś bardzo szczęśliwym, promiennym i przepełnionym błogością. Te dwie sprawy łączą się ze sobą. Większość ludzi myśli, że to umysł medytacyjny pociąga za sobą poczucie szczęścia.

Jest na odwrót: medytacja przychodzi, kiedy jesteś szczęśliwy. Problem tkwi w tym, że być szczęśliwym jest trudno, a nauczyć się medytacji – dość łatwo. Bycie szczęśliwym pociąga za sobą znaczące zmiany, zerwanie z przeszłością. Nagłe uderzenie pioruna i twoja przeszłość umiera, a ty zaczynasz żyć od nowa. Tak właśnie byś żył, gdyby nie wzory do naśladowania narzucone przez twoich rodziców, przez społeczeństwo, przez państwo. Tak byś żył, gdyby nikt nie wywierał na ciebie presji. Ale, niestety, wywierał.

Musisz odrzucić wszystkie te narzucone ci wzory do naśladowania; odnaleźć swój własny, wewnętrzny płomień.

CZYM JEST SZCZĘŚCIE?

Szczęście nie ma nic wspólnego z sukcesem, szczęście nie ma nic wspólnego z ambicją, szczęście nie ma nic wspólnego z pieniędzmi, władzą, prestiżem. Szczęście dotyczy raczej twojej świadomości niż charakteru.

To zależy od ciebie

Czym jest szczęście? To zależy od ciebie, od twojej świadomości lub nieświadomości zarówno we śnie, jak i na jawie. Słynne prawo Murphy’ego mówi, że są dwa rodzaje ludzi: tacy, którzy dzielą ludzkość na dwa typy, i tacy, którzy nie dzielą ludzkości. Ja należę do tej pierwszej grupy: uważam, że ludzkość można podzielić na dwie grupy, na śpiących i przebudzonych. I, oczywiście, wyodrębnić małą grupę pomiędzy nimi.

Szczęście będzie zależało od tego, na jakim poziomie świadomości się znajdujesz. Jeśli śpisz, wtedy szczęściem jest przyjemność. Oznacza ona jakieś doznanie, próbę osiągnięcia poprzez ciało czegoś, co nie jest możliwe; zmuszanie ciała do osiągnięcia czegoś, do czego nie jest zdolne.

Ciało może dać ci chwilową przyjemność. Tyle że każda przyjemność jest równoważona przez ból o podobnym natężeniu. Po każdej przyjemności następuje coś nieprzyjemnego, ponieważ ciało żyje w świecie pełnym przeciwieństw. Po dniu następuje noc, po śmierci – życie, po życiu – śmierć; to błędne koło. Po doznaniu przez ciebie przyjemności nastąpi ból, po bólu – przyjemność. Nie da ci to spokoju. Odczuwając przyjemność, będziesz bał się, że ją stracisz; a ten strach zatruje przyjemność. A kiedy zatracisz się w bólu, oczywiście będziesz cierpiał i będziesz robił wszystko, aby wyrwać się z niego – chociaż przecież znowu się w niego zapadniesz.

Budda nazywa to kołem narodzin i śmierci. Poruszamy się wraz z nim, kurczowo się go trzymamy… i koło się kręci. Czasami przychodzi przyjemność, czasami przychodzi ból. Jesteśmy wciśnięci pomiędzy te dwie skały.

W stanie uśpienia człowiek nie wie nic więcej. Jedzenie, seks; oto jego doznania, oto jego świat. Wciąż porusza się pomiędzy tymi dwiema rzeczami. Jego ciało ma dwa końce: jedzenie i seks. Jeśli powstrzymuje się od seksu, uzależnia się od jedzenia; jeśli powstrzymuje się od jedzenia, uzależnia się od seksu. Energia porusza się niczym wahadło i to, co nazywasz przyjemnością, jest jedynie chwilową ulgą.

Seksualna energia zbiera się, piętrzy; rośnie w tobie napięcie, czujesz ten ciężar i musisz się od niego uwolnić. Dla człowieka, który śpi, seksualność jest tylko ulgą, kichnięciem. Seks nie daje nic oprócz pewnej ulgi – napięcie było i już go nie ma. Jednak znowu zacznie narastać. Jedzenie stymuluje twoje kubki smakowe, ale nie dostarcza przecież aż tak ogromnych doznań. Jednak wielu ludzi żyje głównie po to, aby jeść; niewielu jest ludzi, którzy jedzą, aby żyć.

W czasie długiej, trzymiesięcznej podróży Kolumb i jego załoga widzieli tylko wodę. Pewnego dnia Kolumb spojrzał na horyzont i zauważył drzewa. Jeśli myślicie, że Kolumb był szczęśliwy, dostrzegłszy drzewa, to nie widzieliście jego psa!

Oto świat przyjemności. Psu można wybaczyć, ale nie samemu sobie.

Pewien młodzieniec, podczas pierwszej randki, chcąc ciekawie spędzić czas, spytał partnerkę, czy lubi kręgle. Ona odpowiedziała, że wcale jej nie obchodzą. Zaproponował kino, ale ona odpowiedziała, że nie obchodzą ją filmy. Próbując wymyślić coś jeszcze innego, zaproponował papierosa, a ona odmówiła. Spytał więc, czy nie ma ochoty potańczyć i wypić drinka w nowej dyskotece. Ona znowu odmówiła, mówiąc, że nie obchodzą ją te rzeczy. W akcie desperacji poprosił ją, by poszła do jego pokoju, aby uprawiać seks. Ku jego zdziwieniu zgodziła się, pocałowała go namiętnie i powiedziała: „Widzisz, nie potrzeba tamtych wszystkich namiastek, aby dobrze się bawić”.

To, co nazywamy „szczęściem”, jest przez ludzi odmiennie pojmowane. Dla śpiącego szczęściem są przyjemne odczucia. Żyje on od jednej przyjemności do drugiej. Śpieszy się, by zaliczyć jak najwięcej odczuć, żyje dla drobnych emocji. Takie życie jest bardzo powierzchowne. Nie ma głębi, nie ma jakości. W takim świecie liczy się ilość.

Niektórzy ludzie wiszą gdzieś pomiędzy snem i przebudzeniem. Sami nie wiedzą, co ze sobą zrobić: niby śpią, ale już nie śpią. Doświadczasz tego wczesnym rankiem – wciąż senny, a jednak słyszysz hałasy w domu, twojego partnera przygotowującego herbatę, szum czajnika albo dzieci wychodzące do szkoły. Słyszysz, ale nie jesteś przebudzony. Niewyraźne hałasy docierają do ciebie, jakby dochodziły z bardzo daleka. Wydają się częścią snu. Ale nie są. Znajdujesz się „pomiędzy” snem i przebudzeniem.

To samo dzieje się, kiedy zaczynasz medytować. Nie będąc w stanie medytacji, śpisz, śnisz; medytując, zaczynasz oddalać się od snu w stronę przebudzenia. To stan przejściowy. Wtedy szczęście ma całkowicie inne znaczenie: przechodzi z ilości w jakość. Jest bardziej psychologiczne, a mniej fizjologiczne. Medytujący umie bardziej cieszyć się muzyką, poezją, tworzeniem czegoś. Takich ludzi zachwyca przyroda, jej piękno, cisza. Dawniej by cię to wcale nie cieszyło. Teraz – radość jest mocna i trwała. Nawet jeśli muzyka przestaje grać, w tobie nadal coś „gra”.

I to nie jest jakiś rodzaj ulgi, bo to nie jakaś zwyczajna przyjemność. Odczuwanie takiej głębi szczęścia wzbogaca cię, wypełnia. Zaczyna z ciebie wypływać na zewnątrz. Słuchasz dobrej muzyki i nagle coś się wyzwala w środku twojego ja. Rodzi się w tobie harmonia – stajesz się częścią muzyki. Albo, tańcząc, nagle zapominasz o swoim ciele; stajesz się lekki jak piórko. Grawitacja traci nad tobą swą moc. Nagle znalazłeś się w innej przestrzeni: twoje ja przestaje być tak sztywne; tancerz wtapia się w taniec.

Teraz jest jedynym czasem, a tutaj jest jedyną przestrzenią. A wtedy nagle czujesz w sobie całe niebo. To jest błogość. To jest prawdziwe szczęście.

To przyjemność o wiele wyższa, o wiele głębsza niż ta płynąca z jedzenia albo seksu. Jednak to jeszcze nie maksimum. Ono następuje wtedy, gdy jesteś w pełni przebudzony. Wtedy jesteś Buddą, całe śnienie odeszło, twoją Istotę przepełnia światło. Cała ciemność zniknęła, a wraz z nią twoje ego. Zniknęły napięcia, udręka, niepokój. Jesteś w pełni zaspokojony. Żyjesz teraźniejszością; nie przeszłością, nie przyszłością. Jesteś całkowicie tu i teraz. Ten moment jest wszystkim. Teraz jest jedynym czasem, a tutaj jest jedyną przestrzenią. A wtedy nagle czujesz w sobie całe niebo. To jest błogość. To jest prawdziwe szczęście.

Dąż do błogości; to twoje prawo. Nie pozostawaj zagubiony w dżungli przyjemności; unieś się wyżej. Sięgnij po szczęście, a potem po błogość. Przyjemność jest zwierzęca, szczęście jest ludzkie, błogość jest boska. Przyjemność cię wiąże, jest niewolą, zakuwa cię w łańcuchy. Szczęście daje ci trochę dłuższą linę, trochę więcej wolności. Błogość jest wolnością absolutną. Zaczynasz unosić się; ona daje ci skrzydła. Już nie jesteś częścią ordynarnej ziemi; stajesz się częścią nieba. Stajesz się światłem, stajesz się radością.

Przyjemność zależy od innych. Szczęście nie zależy od innych, ale jest czymś od ciebie oddzielnym. Błogość nie zależy od niczego, jest integralną częścią ciebie: twoją prawdziwą Istotą, twoją prawdziwą naturą.

Od powierzchni do środka

Gautama Budda powiedział:

Jest przyjemność i jest błogość.

Powstrzymaj się od pierwszej, by posiąść tę drugą.

Medytuj o tym jak najgłębiej, ponieważ to jedna z fundamentalnych prawd. Trzeba byś dokładnie pojął te cztery słowa: przyjemność, szczęście, radość i błogość.

Przyjemność ma charakter fizyczny, fizjologiczny. Jest najbardziej powierzchowną rzeczą w życiu; jest podnietą. Może być seksualna, może dotyczyć innych zmysłów, może stać się obsesją związaną z jedzeniem, ale jest zakorzeniona w ciele. Ciało jest twoim obrzeżem, nie zaś – centrum. A żyć na obrzeżach, to skazać się na łaskę wszystkiego, co dzieje się dookoła ciebie. Człowiek, który szuka przyjemności, pozostaje na łasce przypadku, jak fale oceanu na łasce wiatrów. Kiedy nadchodzą silne wiatry, pojawiają się fale; kiedy wiatry cichną, fale znikają. Są zależne – a wszystko, co jest zależne od czegoś zewnętrznego, przynosi niewolę.

Przyjemność jest zależna od drugiego człowieka. Jeśli kochasz kobietę i to sprawia ci przyjemność, wtedy ta kobieta staje się twoją panią. Jeśli kochasz mężczyznę i czujesz się bez niego nieszczęśliwa, pogrążona w rozpaczy, smutna – oznacza to, że jesteś zniewolona. Sami tworzymy swoje więzienia. Jeśli gonisz za pieniędzmi, władzą, staniesz się od nich zależny. Człowiek, który dla przyjemności gromadzi pieniądze, będzie stawał się coraz bardziej nieszczęśliwy – ponieważ im więcej ich ma, tym więcej chce, i coraz bardziej obawia się je stracić.

To miecz obosieczny: pragnienie, by posiadać coraz więcej, to jedno z ostrzy. Im więcej żądasz, im więcej pragniesz, im bardziej czegoś ci brakuje – tym bardziej dręczy cię pustka w tobie. Drugim ostrzem miecza jest to, że im więcej posiadasz, tym bardziej boisz się, że to ci zabiorą, że ci ukradną. Bank może zbankrutować, sytuacja polityczna kraju może się zmienić, zmieni się władza i przepisy… jest tysiąc rzeczy, od których zależy twój majątek. Twoje pieniądze nie czynią cię panem. Czynią cię niewolnikiem.

Wciąż dziwi mnie to, że znając przesłania Chrystusa, Buddy, Mahometa, Kriszny, ludzie zupełnie się do nich nie stosują. Natomiast nawet ci, którzy nie znają Machiavellego, postępują według jego zasad.

Przyjemność jest na obrzeżach ciebie, musi więc zależeć od okoliczności zewnętrznych. Jednak to tylko podnieta. Jeśli jedzenie sprawia ci przyjemność, to co dokładnie leży u jej podstaw? Tylko smak – przez chwilę, kiedy pożywienie przechodzi przez kubki smakowe na twoim języku, odczuwasz coś, co interpretujesz jako przyjemność. Takie jest twoje odczucie. Dzisiaj to może wyglądać jak przyjemność, ale być może jutro – już nie. Jeśli będziesz wciąż jadł to samo, twoje kubki smakowe przestaną reagować i wkrótce nie będziesz już mógł nawet na to patrzeć.

Jednego dnia uganiasz się za kobietą albo mężczyzną, a drugiego dnia szukasz pretekstu, aby pozbyć się tej osoby. Tej samej osoby – nic się nie zmieniło! Co się stało w międzyczasie? Jesteś znudzony tą osobą, ponieważ cała przyjemność polegała na odkrywaniu czegoś nowego. Teraz ta osoba nie jest już nowa; to terytorium jest ci już dobrze znane. Poznałeś kształty, gładkość jej ciała. Teraz twój umysł pragnie czegoś nowego.

Umysł zawsze szuka nowości, przez co sprawia, że jesteś zawsze nastawiony na coś, co zdarzy się w przyszłości. Daje ci nadzieję, ale nigdy nie dostarcza niczego konkretnego – nie potrafi. Może tylko stwarzać nowe nadzieje, nowe pragnienia.

Nadzieje i pragnienia rodzą się i rosną w umyśle, tak jak liście na drzewach. Chciałeś mieć nowy dom i – masz; gdzie podziała się przyjemność? Była przez chwilę, kiedy dążyłeś do celu. A za jakiś czas twój umysł już się nim nie interesuje; już zaczął tworzyć nowe pajęczyny pożądania. Już zaczął myśleć o innych, lepszych domach. I tak jest ze wszystkim.

Pragnienie przyjemności wprawia cię w stan ciągłego zdenerwowania i niepokoju. Tyle pragnień, a każde chce być spełnione, domaga się uwagi, troski. Pozostajesz ofiarą tłumu szalonych pragnień. Szalonych, bo niemożliwych do spełnienia. A one wciąż ciągną cię w różnych kierunkach. Stajesz się zaprzeczeniem samego siebie. Jedno pragnienie ciągnie cię w lewą stronę, drugie – w prawą, a ty jednocześnie karmisz je obydwa. I czujesz się rozszczepiony, rozdzielony, a nawet rozdarty, jakbyś rozpadał się na kawałki. Gdzie leży przyczyna? W głupim pragnieniu przyjemności; to ono powoduje całą tę sytuację.

To zjawisko jest dość skomplikowane. Nie jesteś jedyną osobą, która szuka przyjemności; miliony ludzi szukają tego samego. Stąd ciągła walka, współzawodnictwo, przemoc, wojna. Wszyscy stali się dla siebie wrogami, bo wszyscy mają ten sam cel – i nie wszyscy mogą go osiągnąć. Toteż jest to walka na śmierć i życie; musisz ryzykować wszystko, w gruncie rzeczy nie osiągając nic. To, co wydaje ci się zyskiem, wcale nim nie jest. Marnujesz w tej długiej, niepotrzebnej walce całe życie, które mogłoby być świętem.

Kiedy jesteś nastawiony na poszukiwanie przyjemności, nie jesteś w stanie kochać. Osoba, która szuka przyjemności, używa drugiej osoby jako środka do celu. A takie wykorzystywanie jest jednym z najbardziej niemoralnych czynów. Każdy człowiek jest wartością samą w sobie, podmiotem. Nie traktuj nikogo, jakby był przedmiotem. Ale niestety – szukając przyjemności, musisz traktować drugą osobę przedmiotowo. Stajesz się sprytny i cwany, bo tego wymaga walka. Ty musisz oszukać innych, zanim oni oszukają ciebie. Tym, którzy nieustannie szukają przyjemności, Machiavelli podpowiedział, że najlepszą obroną jest atak. Nigdy nie czekaj, aż wróg cię zaatakuje, bo może być za późno. Zaatakuj pierwszy! To najlepsza obrona. Wszyscy tak robią. Nawet ci, którzy nigdy o Machiavellim nie słyszeli.

Wciąż dziwi mnie to, że znając przesłania Chrystusa, Buddy, Mahometa, Kriszny, ludzie zupełnie się do nich nie stosują. Natomiast nawet ci, którzy nie znają Machiavellego, postępują według jego zasad. Nie musiałeś go czytać. I tak postępujesz według jego słów. Całe twoje społeczeństwo, cała polityka opiera się na regułach opisanych przez Machiavellego. Zanim ktoś wyrwie coś tobie, wyrwij coś jemu. Pilnuj się we dnie i w nocy. W takiej sytuacji, pozostając cały czas na „posterunku”, będziesz spięty, niespokojny, zmartwiony. Wszyscy są przeciwko tobie, a ty jesteś przeciw wszystkim.

Toteż przyjemność nie jest, i nie powinna być, celem życia.

Drugie słowo, które należy właściwie zrozumieć, to: szczęście. Przyjemność to rzecz fizjologiczna, szczęście – psychologiczna. Szczęście jest trochę lepsze, szlachetniejsze, ale nie różni się zanadto od przyjemności. Można powiedzieć, że przyjemność jest niższym rodzajem szczęścia, a szczęście jest wyższym rodzajem przyjemności. To dwie strony tego samego medalu. Przyjemność jest bardziej prymitywna, zwierzęca; szczęście ma w sobie trochę więcej kultury, jest trochę bardziej ludzkie – ale to ta sama gra prowadzona przez umysł. Nie jesteś nazbyt zainteresowany zjawiskami fizjologicznymi. O wiele bardziej interesują cię odczucia psychologiczne. W zasadzie te pierwsze wcale tak bardzo się nie różnią od tych drugich.

Trzecie słowo to radość. Ma ona charakter duchowy, a więc zasadniczo różni się od przyjemności czy szczęścia. Nie ma nic wspólnego ze światem zewnętrznym, z drugą osobą. Jest zjawiskiem wewnętrznym. Radość nie zależy od okoliczności; jest całkowicie twoja. To stan spokoju, ciszy, stan medytacyjny, a nie wynik podniecenia czynnikami zewnętrznymi. Radość dotyczy ducha.

Budda jednak nie nauczał o radości. Istnieje bowiem coś jeszcze doskonalszego, co on nazwał błogością. Błogość jest wszechogarniająca. Nie jest zjawiskiem fizjologicznym ani psychologicznym, ani duchowym. Nie zna podziałów; jest niepodzielna. Jest totalna w jednym sensie i transcendentalna w innym. Pierwsza jest przyjemność; w niej mieści się szczęście. Druga jest błogość; ona daje nam radość.

Błogość oznacza, że dotarłeś do rdzenia własnej Istoty. Zawsze tam była: w głębi twojej Istoty, gdzie nie ma już ego, gdzie panuje tylko cisza; tam, gdzie ciebie fizycznie nie ma. W radości ciągle jesteś w jakimś stopniu obecny, ale w błogości już nie. Ego rozpuściło się; to jest stan niebytu.

Budda nazywa ten stan nirwaną. Nirwana oznacza, że przestałeś być; stałeś się po prostu nieskończoną pustką, jak niebo. W takiej chwili stajesz się pełen gwiazd i zaczynasz całkowicie nowe życie. To ponowne narodziny.

Radość nie zależy od okoliczności; jest całkowicie twoja. To stan spokoju, ciszy, stan medytacyjny, a nie wynik podniecenia czynnikami zewnętrznymi. Radość dotyczy ducha.

Przyjemność jest chwilowa, wpisana w pewien przedział czasu „od–do”. Błogość nie jest ograniczona czasem, jest ponadczasowa. Przyjemność zaczyna się i kończy; błogość trwa zawsze. Przyjemność przychodzi i odchodzi; błogość nigdy nie przychodzi, nigdy nie odchodzi – już tam jest; w najgłębszym jądrze twojego bytu. Przyjemność musi być dana ci przez drugą osobę; stajesz się albo żebrakiem, albo złodziejem. Błogość sprawia, że stajesz się panem.

Błogość nie jest czymś, co sam stwarzasz, ale czymś, co odkrywasz. Błogość jest twoją najskrytszą naturą. Jest tam od samego początku, tylko po prostu nie zwracałeś na nią uwagi. Brałeś ją za coś oczywistego. Nie patrzysz w głąb siebie.

I to jest właśnie jedyne nieszczęście człowieka: wciąż patrzy na zewnątrz, szukając, dociekając. I nie może znaleźć tego, czego szuka, bo na zewnątrz tego nie ma.

Pewnego wieczoru, Rabia – słynna suficka mistyczka – szukała czegoś na ulicy, przed swoją chatą. Słońce zachodziło; powoli zapadał mrok. Zebrało się kilka osób.

Zaczęli ja pytać:

– Co robisz? Co zgubiłaś? Czego szukasz?

– Zgubiłam moją igłę – odpowiedziała.

– Przecież słońce już zachodzi – powiedzieli – i będzie bardzo trudno znaleźć igłę. Pomożemy ci. Gdzie ona dokładnie upadła? Droga jest szeroka, a igła taka mała. Jeśli pokażesz, gdzie ją zgubiłaś, będzie nam łatwiej ją znaleźć.

Lepiej nie zadawajcie mi tego pytania – odrzekła Rabia. – Igła nie upadła na drogę. Zgubiłam ją w domu.

– Zawsze myśleliśmy, że jesteś trochę szalona! Jeżeli igła upadła wewnątrz domu, to dlaczego szukasz na ulicy?

Rabia rzekła:

– Z prostego powodu. W domu jest już ciemno, a na zewnątrz wciąż jest jeszcze trochę światła.

Ludzie zaśmiali się i zaczęli się rozchodzić. Rabia zawołała ich z powrotem i powiedziała:

– Posłuchajcie! Przecież sami wciąż tak robicie! Szukacie błogości w zewnętrznym świecie, nie zadawszy sobie podstawowego pytania: Gdzie ją zgubiliście? A ja powiadam wam, zgubiliście ją w środku. Szukacie na zewnątrz z prostego, logicznego powodu: na zewnątrz jest trochę światła. Wasze oczy patrzą na zewnątrz, wasze uszy słyszą jedynie to, co dzieje się na zewnątrz, wasze ręce dotykają tego, co jest na zewnątrz; oto powód, dla którego szukacie na zewnątrz. Ponieważ sama to dobrze zrozumiałam, teraz wam mówię: nie zgubiliście jej tam. Ja też szukałam na zewnątrz przez wiele poprzednich wcieleń. W dniu, kiedy spojrzałam do wewnątrz, ku mojemu zaskoczeniu zdałam sobie sprawę z tego, że błogość zawsze tam była.

Błogość jest najgłębszym jądrem twojego bytu. O przyjemność musisz błagać innych i naturalnie stajesz się zależny. Błogość czyni cię panem. Błogość nie jest czymś, co się przydarza; ona po prostu jest.

Budda mówi: jest przyjemność i jest błogość. Powstrzymaj się od pierwszego, by osiągnąć drugie. Przestań patrzeć na zewnątrz. Spójrz do wewnątrz, zwróć się ku środkowi. Zacznij szukać i dociekać w swoim własnym wnętrzu, w twojej własnej podmiotowości. Nigdzie indziej jej nie znajdziesz; to twoja świadomość.

Na Wschodzie zawsze określaliśmy ostateczną prawdę jako Sat–Chit–Anand. Sat oznacza prawdę, chit oznacza świadomość, a anand oznacza błogość. To są trzy twarze tej samej rzeczywistości. Oto prawdziwa Trójca. To nie Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty; to nie jest prawdziwa Trójca. Prawdziwa Trójca to prawda, świadomość i błogość. One nie są oddzielnymi zjawiskami, ale jedną energią wyrażającą się na trzy sposoby, energią z trzema twarzami. Stąd na Wschodzie mówimy, że Bóg jest trimurti – Bóg ma trzy twarze. I to są właśnie jego prawdziwe twarze. Nie Brahma, Wisznu i Śiwa. Takie nazwy są dla duchowo i metafizycznie niedojrzałych dzieci. Brahma, Wisznu i Śiwa; Ojciec, Syn i Duch Święty – te nazwy są dla początkujących.

Prawda, świadomość, błogość – oto ostateczne wartości. Kiedy wchodzisz w siebie, stajesz się świadomy wiecznej rzeczywistości, najpierw pojawia się pierwsza – sat, prawda. Kiedy się zagłębisz w swoją rzeczywistość, w swoją prawdę, poznajesz świadomość, ogromną świadomość. Wszystko staje się światłem, nie ma ciemności. Wszystko jest świadomością, nie ma nieświadomości. Jesteś czystym płomieniem świadomości, bez cienia nieświadomości. Kiedy wejdziesz jeszcze głębiej, wtedy ostatecznym jądrem jest błogość – anand.

Budda mówi: Powstrzymaj się od wszystkiego, co aż do dzisiaj uważałeś za znaczące, ważne. Poświęć wszystko dla ostatecznej prawdy, bo tylko ona sprawi, że staniesz się zaspokojony, spełniony. Ona wniesie powiew wiosny do twojego Istnienia… i zakwitniesz niczym tysiąc kwiatów.

Przyjemność zrobi z ciebie drzewo wyrzucone przez fale na brzeg. Przyjemność sprawi, że będziesz coraz bardziej chytry. Nie da ci mądrości, tylko sprawi, że staniesz się jeszcze większym niewolnikiem. Nie otworzy królestwa twego Istnienia. Uczyni cię bardziej wyrachowanym. Będziesz coraz bardziej wykorzystywał ludzi, rozwijał swoje talenty polityczne i dyplomatyczne. Zaczniesz traktować innych jak przedmioty. Tak właśnie postępują ludzie.

Mąż mówi do żony: „Kocham cię,” ale w rzeczywistości po prostu ją wykorzystuje. Żona mówi, że kocha męża, ale tak naprawdę po prostu go wykorzystuje. Mąż może wykorzystywać żonę jako obiekt pożądania, a żona może wykorzystywać męża jako zabezpieczenie finansowe. Przyjemność czyni każdego chytrym, kłamliwym, a bycie chytrym oznacza, że traci się błogość bycia niewinnym, bycia dzieckiem.

Firmie Lockheed potrzebne było pewne urządzenie do zainstalowania w nowym samolocie. W związku z tym ogłoszono międzynarodowy przetarg. Z Polski przyszła oferta za trzy tysiące dolarów. Anglia złożyła ofertę za sześć tysięcy dolarów. Oferta Izraela wynosiła dziewięć tysięcy. Richardson, inżynier odpowiedzialny za budowę nowego samolotu, postanowił odwiedzić każdy kraj, aby poznać przyczyny rozbieżności ofert cenowych. W Polsce producent wyjaśniał: „Tysiąc potrzeba na materiały, tysiąc to robocizna, a ostatni tysiąc to koszty ogólne i niewielki zysk”. W Anglii Richardson dokładnie obejrzał to urządzenie i stwierdził, że było ono tak samo dobre, jak to wyprodukowane w Polsce.

– Dlaczego żądacie sześciu tysięcy? – spytał inżynier.

– Dwa tysiące na materiały – wyjaśniał Anglik – dwa tysiące to koszty pracy, a dwa tysiące to dodatkowe wydatki i niewielki zysk.

W Izraelu przedstawiciel firmy Lockheed jakąś boczną uliczką dotarł do kantorka, którego właściciel złożył ofertę za dziewięć tysięcy dolarów.

– Dlaczego żąda pan tak dużo? – spytał.

– Cóż – powiedział stary Żyd – trzy tysiące dla ciebie, trzy tysiące dla mnie, a pozostałe trzy tysiące dla tego głupka z Polski!

Pieniądze, władza, prestiż – one czynią cię chytrym. Szukaj przyjemności, a stracisz swoją niewinność. Stracić niewinność to stracić wszystko. Jezus mówi: Bądź jako dziecko, tylko wtedy możesz wejść do Królestwa Bożego. I ma rację. Ktoś, kto goni za przyjemnościami, nie może być niewinny jak dziecko. Musi być bardzo bystry, przebiegły niczym polityk; tylko wtedy może odnieść sukces w tym bezlitosnym świecie współzawodnictwa, który nas otacza. Wszyscy skaczą sobie do gardeł, nie żyjesz wśród przyjaciół. Świat nie może być przyjazny, chyba że porzucimy ideę współzawodnictwa.

Jednak od samego początku zatruwamy każde dziecko tą trucizną współzawodnictwa. Zanim skończy studia, będzie całkowicie zatrute. Wmówiliśmy mu, że musi walczyć z innymi, że przetrwają najlepsi. Takie życie nigdy nie będzie celebracją.

Będziesz szczęśliwy kosztem szczęścia drugiego człowieka… bo przecież tylko tak możesz być szczęśliwy, nie ma innego sposobu. Jeśli znajdziesz piękną kobietę i zdołasz ją posiąść, to przecież wyrwałeś ją z czyichś rąk. Próbujemy sprawiać, by rzeczy wyglądały najpiękniej, ale to tylko powierzchnia. Teraz inni, którzy przegrali w grze, będą wściekli. Będą czekać na okazję, aby się zemścić. A wcześniej czy później taka okazja się nadarzy.

Wszystko, co posiadasz w tym świecie, zdobyłeś czyimś kosztem, kosztem przyjemności drugiego człowieka. Nie ma innego sposobu. Jeśli naprawdę nie chcesz być wrogiem kogokolwiek na tym świecie, musisz porzucić ideę zaborczości. Korzystaj z wszystkiego, co przynosi życie w tym momencie, ale nie bądź zaborczy. Nie próbuj twierdzić, że to coś jest twoje. Nic nie jest twoje, wszystko należy do Istnienia.

Puste ręce

Przychodzimy z pustymi rękami i odchodzimy z pustymi rękami, więc jaki jest sens gromadzenia w międzyczasie tych wszystkich przedmiotów? Oto co wiemy, co mówi nam świat: posiadaj, dominuj, posiadaj więcej niż inni. To mogą być pieniądze albo jakieś zalety; nie ma znaczenia, jakimi monetami obracasz – mogą być z tego świata i mogą być spoza tego świata. Ale musisz być sprytny, inaczej będziesz wykorzystany. Wykorzystuj, nie dając się wykorzystać – takie przesłanie wysysasz z mlekiem matki. Czy to w szkole, czy na uniwersytecie zakorzenia się w tobie idee współzawodnictwa.

Prawdziwa szkoła nie przygotowywałaby cię do współzawodnictwa lecz do współpracy. Nie uczyłaby cię walki o to, aby zawsze być pierwszym. Nauczyłaby cię kreatywności, bycia kochającym, odczuwania błogości bez porównywania się z innymi. Nie uczyłaby cię, że możesz być szczęśliwy, tylko kiedy jesteś pierwszy – to czysty nonsens. Nie możesz być szczęśliwy, starając się być najlepszym. Zanim wdrapiesz się na szczyt, przechodzisz przez tyle nieszczęść, że przyzwyczajasz się do bycia nieszczęśliwym.

Zanim zostaniesz prezydentem albo premierem kraju, przejdziesz przez takie piekło, że poczucie nieszczęścia stanie się twoją drugą naturą. Nie znasz żadnego innego sposobu na życie; pozostajesz nieszczęśliwy. Zakorzenia się w tobie napięcie; niepokój staje się twoim nieodłącznym towarzyszem. Nie znasz innego stanu; to jest twój styl życia. Chociaż zostałeś pierwszym, wciąż masz się na baczności, jesteś niespokojny i pełen obaw. To wcale nie podnosi twojej wewnętrznej wartości.

Prawdziwe kształcenie nie kładzie nacisku na bycie pierwszym, ale na to, byś się ciągle cieszył tym, co robisz; nie dla wyniku, ale dla czynności samej w sobie. Tak jak malarz, tancerz albo muzyk.

Możesz malować na dwa sposoby. Możesz malować, by współzawodniczyć z innymi; chcesz być najlepszym malarzem na świecie, chcesz być sławny jak Picasso albo van Gogh. Ale twoje malarstwo będzie poślednie, bo twój umysł nie jest zainteresowany samym malowaniem; jest zainteresowany byciem sławnym, największym malarzem na świecie. Nie zagłębiasz się w kunszt malarstwa. Nie cieszysz się nim. Używasz go jako odskoczni do czegoś lepszego. Robisz to, co czyni cię ważnym, a problem polega na tym, że aby naprawdę być malarzem, musisz całkowicie porzucić swoje ego. Aby naprawdę być artystą, musisz odłożyć swoje ego. Tylko wtedy może przepłynąć przez ciebie Istnienie. Tylko wtedy twoje ręce, palce i twój pędzel będą użyte jako narzędzia. Tylko wtedy może narodzić się coś pięknego.

Prawdziwe piękno nie powstaje dzięki tobie; ono przepływa przez ciebie. Istnienie płynie; ty stajesz się tylko korytarzem. Ty pozwalasz, aby się wydarzyło, to wszystko; nie przeszkadzasz mu, to wszystko.

Ale jeśli jesteś zbyt zainteresowany ostatecznym wynikiem, tym, że musisz stać się sławny, otrzymać Nagrodę Nobla, tym, że aby być najlepszym malarzem na świecie, musisz pokonać wszystkich innych malarzy w historii – wtedy nie interesuje cię malarstwo; ono ma znaczenie drugorzędne. I oczywiście, z drugorzędnym zainteresowaniem malarstwem, nie namalujesz niczego oryginalnego. To, co powstanie, będzie zwykłe, przeciętne.

Kierowanie się wskazówkami ego nie przyniesie światu niczego niezwykłego; niezwykłość przychodzi tylko poprzez wyrzeczenie się ego. Tak jest zarówno w przypadku muzyka, poety, tancerza, jak i każdego z nas.

W księdze Bhagavadgita Kriszna mówi: „Nie myśl wcale o wyniku”. Jest to przesłanie pełne niezwykłego piękna, znaczenia i prawdy. Nie myśl wcale o wyniku. Po prostu to, co robisz, rób z całą energią. Zagub się w tym, zatrać się jako wykonawca i skup się na czynności. Nie stawiaj oporu. Pozwól, aby twoje twórcze energie przepływały, nie napotykając żadnych przeszkód. Dlatego właśnie powiedział Ardżunie: „Nie uciekaj od wojny… Widzę bowiem, że ta ucieczka ma dostarczyć pokarmu dla twojego ego. Sposób, w jaki mówisz, po prostu pokazuje, że kalkulujesz: myślisz, że uniknąwszy wojny, zrobisz z siebie wielkiego świętego. Zamiast oddać się Pełni, traktujesz siebie zbyt poważnie – jakby wojna nie mogła wybuchnąć pod twoją nieobecność”.

Kriszna mówi do Ardżuny: „Po prostu odpuść. Powiedz Istnieniu: »Wykorzystaj mnie, w jaki sposób chcesz. Jestem do dyspozycji, bezwarunkowo do dyspozycji«. Wtedy cokolwiek się stanie poprzez ciebie, będzie autentyczne. Cokolwiek zrobisz, będzie miało intensywność, będzie miało głębię. Będzie widać w tym wielki wpływ Istnienia”.

Jezus mówi: „Pamiętaj, ci, którzy są pierwszymi na tym świecie, będą ostatnimi w Królestwie Bożym, a ci, którzy są ostatnimi, będą pierwszymi”. Jest to najważniejsze, odwieczne prawo: Przestań usiłować być pierwszym. Ale, ponieważ umysł jest tak chytry, że może wypaczyć każdą prawdę, zwróć uwagę na to, czy teraz nie zaczniesz próbować być we wszystkim ostatni. To także mija się z celem. Wtedy zaczynają się kolejne zawody: „Muszę być ostatnim” – i jeśli ktoś inny mówi: „ja jestem ostatni”, wtedy walka zaczyna się na nowo.

Słyszałem kiedyś przypowieść suficką:

Wielki cesarz Nadirszah modlił się. Był wczesny ranek; słońce jeszcze nie wzeszło, było wciąż ciemno. Nadirszah miał właśnie zacząć podbój nowego państwa i, oczywiście, modlił się o błogosławieństwo i zwycięstwo. Mówił do Boga: „Jestem nikim, jestem sługą – sługą Twoich sług. Pobłogosław mnie. Dokończę Twego dzieła, to będzie Twoje zwycięstwo. Ale pamiętaj, jestem nikim. Jestem tylko sługą Twoich sług”.

U boku Nadirszaha klęczał ksiądz, pomagając w modlitwie, służąc jako pośrednik między cesarzem a Bogiem. Nagle usłyszeli jeszcze jeden głos. Miejscowy żebrak też modlił się i mówił do Boga: „Jestem nikim, sługą twoich sług”.

Król powiedział: „Spójrz na tego żebraka! Jest żebrakiem i mówi do Boga, że jest nikim. Skończ z tym nonsensem! Kim jesteś, aby mówić, że jesteś nikim? Ja jestem nikim i nikt inny nie może tak powiedzieć. Ja jestem sługą sług Bożych. A kim ty jesteś, by ośmielać się mówić, że jesteś sługą jego sług?”.

Teraz widzisz? Rywalizacja jest nawet tam, ta sama rywalizacja, ta sama głupota. Nic się nie zmieniło. Ta sama kalkulacja: „Muszę być ostatnim. Nikomu nie można pozwolić, by był ostatnim”. Jeśli jesteś nie dość rozumny, inteligentny, twój umysł może wciąż grać w te gierki.

Nigdy nie próbuj być szczęśliwy kosztem drugiego człowieka. To jest ohydne, nieludzkie. To przemoc. Jeśli sądzisz, że zostaniesz świętym poprzez potępienie innych, twoja świętość jest niczym innym jak nowym sposobem, by stać się ważnym. Jeśli myślisz, że jesteś święty, bo próbujesz udowodnić, że inni nie są święci… robisz dokładnie to samo, co twoi święci. Oni wciąż chełpią się swoją świętością. Spotkaj się z nimi i spójrz im głęboko w oczy. Oni cię już skazali! Mówią, że na pewno pójdziesz do piekła; oni wciąż potępiają każdego. Posłuchaj ich kazań; wszystkie są potępiające. I oczywiście słuchasz tego w pokorze, ponieważ wiesz, że popełniłeś wiele pomyłek, błędów w swoim życiu. A oni potępili wszystko – więc niemożliwe jest uświadomienie sobie, że jest się dobrym. Kochasz jedzenie, jesteś grzesznikiem. Nie wstajesz wcześnie rano, jesteś grzesznikiem. Nie idziesz spać wcześnie wieczorem, jesteś grzesznikiem. Oni zaplanowali wszystko tak, że bardzo trudno nie być grzesznikiem.

Tak, oni nie są grzesznikami. Idą spać wcześnie i wstają wcześnie… Nie mają nic innego do roboty! Nigdy nie popełniają błędów, bo nic nie robią. Oni, po prostu, siedzą jak martwi. Jak mógłbyś być święty, jeśli coś robisz? Z tej przyczyny, od wieków święci odsuwają się od ludzi, uciekają, ponieważ wśród ludzi bycie świętym jest niemożliwe.

Ja zaś uważam, że jeśli nie jesteś wśród ludzi, twoja świętość nie ma żadnej wartości. Bądź z ludźmi i bądź święty! Musimy zdefiniować świętość w całkowicie inny sposób. Nie żyj kosztem przyjemności innych – oto świętość. Nie niszcz szczęścia innych, pomóż innym być szczęśliwymi – oto świętość. Stwórz klimat, w którym każdy może znaleźć odrobinę radości.

W POGONI

Jeśli gonisz za szczęściem, jedna rzecz jest pewna: nie dogonisz go.

Szczęście jest zawsze zjawiskiem ubocznym. Nie jest wynikiem pogoni za nim.

Podstawowa dwoistość

Najważniejsze ze wszystkich pytań brzmi: Czym jest prawdziwe szczęście? I czy w ogóle można je osiągnąć? Czy prawdziwe szczęście istnieje, czy może jest tylko chwilowe? Czy życie jest tylko snem, a może jest w nim także coś materialnego? Czy życie zaczyna się narodzinami, a kończy się śmiercią? Może jest czymś przekraczającym narodziny i śmierć? Prawdziwe szczęście, jeśli nie jest wieczne, nie jest możliwe. Jeśli zaś jest jedynie chwilowe – szybko mija: w jednej chwili jest, a w drugiej go nie ma. A ty zostajesz w wielkiej rozpaczy i ciemności.

Tak właśnie dzieje się w zwykłym życiu, w życiu ludzi nieprzebudzonych. Są chwile błogości i chwile nieszczęścia; wszystko jest pomieszane. Nie możesz zatrzymać na dłużej szczęścia, bo ono samo przychodzi i odchodzi; nie jesteś jego panem. Nie możesz uniknąć nieszczęść, gdyż one uparcie przychodzą i odchodzą. Nie masz na to wpływu. Jesteś po prostu ofiarą. Czujesz, jakbyś był rozpięty między szczęściem i nieszczęściem. One nie zostawią cię w spokoju.

To rozdarcie na różne rodzaje dwoistości… Najbardziej fundamentalna i najbardziej znamienna jest dwoistość szczęścia i nieszczęścia. Istnieje jednak wiele dwoistości: pomiędzy miłością i nienawiścią, życiem i śmiercią, dniem i nocą, latem i zimą, młodością i starością, i tak dalej, i tak dalej. Jednak podstawowy, najbardziej reprezentatywny rodzaj dwoistości to dwoistość pomiędzy szczęściem i nieszczęściem. Jesteś rozdarty, ciągnięty w przeciwne strony. Nie zaznajesz spokoju. Pozostajesz w niepokoju.

Zdaniem buddów człowiek jest chorobą. Czy to choroba nieuleczalna, czy też można ją pokonać?

Tu rodzi się pytanie zasadnicze: Co to jest prawdziwe szczęście? Bowiem to, które znamy, nie jest prawdziwe; jest jak sen i zawsze zmienia się w swe przeciwieństwo. To, co przez moment wydaje się szczęściem, zmienia się w nieszczęście.

Przemiana szczęścia w nieszczęście pokazuje, że nie są one rozdzielone – być może są to dwie strony tego samego medalu. Widzisz jedną stronę medalu, ta druga jest zawsze niewidoczna. I wiesz, że czeka na swoją okazję, by się pokazać. Nawet kiedy jesteś szczęśliwy, gdzieś w głębi dręczy cię strach, że to nie potrwa długo, że wcześniej czy później szczęście zniknie, że zapada noc i za chwilę pochłonie cię ciemność. To światło jest tylko urojone – nie pomoże ci, nie weźmie cię na drugi brzeg.

Twoje szczęście tak naprawdę nie jest szczęściem, ale ukrytym nieszczęściem. Twoja miłość nie jest miłością, tylko maską dla twojej nienawiści. Twoje współczucie jest niczym innym jak gniewem – starannie wyhodowanym, wyrafinowanym, wyedukowanym, kulturalnym, ucywilizowanym – ale jednak gniewem. Twoja wrażliwość nie jest prawdziwą wrażliwością, lecz ćwiczeniem umysłowym, pewną postawą, wyreżyserowanym podejściem.

Pamiętaj: ludzi wychowuje się w przekonaniu, że cnotę można wyćwiczyć, że dobroć można wyćwiczyć, że można się nauczyć, jak być szczęśliwym, że można zapanować nad szczęściem, że w ludzkiej mocy jest wypracowanie takiego charakteru, który da poczucie szczęścia. A to jest nieprawdą, całkowitą nieprawdą.

Sprawą podstawową, którą trzeba rozumieć, jest to, że nie można wyćwiczyć się w byciu szczęśliwym. Nie można stworzyć szczęścia, wystarczy się na nie zgodzić. Cokolwiek ty stworzysz, pozostanie mniejsze niż ty, drobniejsze niż ty.

To, co tworzysz, nie może być większe od ciebie. Obraz nie przewyższa możliwości malarza, poemat nie może być wspanialszy niż poeta, który go napisał. Twoja piosenka zawsze będzie czymś mniejszym w porównaniu z tobą.

Jeśli będziesz ćwiczył bycie szczęśliwym, to wraz z całą swoją głupotą, egomanią, ignorancją, z całym chaosem twojego umysłu zawsze pozostaniesz gdzieś na drugim planie. Nie możesz stworzyć kosmosu, nie możesz stworzyć łaski. Łaska zawsze zstępuje z miejsca ponad nami; musi być przyjęta jako dar z ogromnym zaufaniem, całkowitym oddaniem. Szczęście pojawia się w stanie całkowitego odprężenia.

Mówiono nam, by osiągać cele, by być ambitnym. Nasz cały umysł był hodowany, by być umysłem zdobywcy. Całe wykształcenie, kultura, religia – one wszystkie opierają się na założeniu, że człowiek musi być ambitny; tylko ambitny człowiek może być spełniony. Tak się nigdy nie zdarzyło i nie zdarzy, ale ta ignorancja jest tak głęboka, że wciąż wierzymy w ten nonsens.

Żadna ambitna osoba nie była nigdy szczęśliwa; ludzie ambitni są najnieszczęśliwsi na świecie. My jednak wciąż uczymy dzieci, by były ambitne: „Bądź pierwszy, bądź na szczycie, a będziesz szczęśliwy!”. A czy kiedykolwiek widziałeś kogoś, kto jednocześnie jest na szczycie i jest szczęśliwy? Czy Aleksander Wielki był szczęśliwy, kiedy podbił świat? On był jednym z najnieszczęśliwszych ludzi na świecie. Pozazdrościł szczęścia Diogenesowi. Był zazdrosny o żebraka…

Diogenes był żebrakiem; odrzucił wszystko, nawet misę żebraczą. Nawet Budda miał misę żebraczą i trzy szaty. Diogenes był nagi i nie miał misy żebraczej. Dlaczego? Otóż pewnego dnia szedł nad rzekę ze swoją misą żebraczą. Był spragniony, było gorąco i chciał się napić wody. Kiedy już zbliżał się do brzegu, wyprzedził go pies. Biegł, dyszał, a za chwilę wskoczył do rzeki, wykąpał się i napił do woli. Diogenes pomyślał: „Ten pies jest bardziej wolny niż ja – nie musi nosić ze sobą misy żebraczej. Dlaczego ja nie mógłbym się bez niej obyć? To wszystko, co posiadam, i muszę pilnować, by nikt jej nie ukradł. Nawet w nocy, raz albo dwa razy, muszę sprawdzać ręką, czy misa wciąż jest obok”. Wyrzucił misę do rzeki, pochylił się nad psem i podziękował mu za wspaniałe przesłanie.

Człowiek, który nie miał nic, wywołał zazdrość w umyśle Aleksandra, który był zapewne bardzo nieszczęśliwy! Aleksander wyznał Diogenesowi:

– Jeśli Bóg da mi jeszcze jedno życie, poproszę go: „Tym razem uczyń mnie Diogenesem, a nie Aleksandrem”.

Diogenes roześmiał się na całe gardło, zawołał psa, z którym się zaprzyjaźnił, i powiedział:

Tylko posłuchaj tych bzdur! On chce być Diogenesem w następnym życiu! Ale dlaczego w następnym? Dlaczego to odkładać? Kto wie, jakie będzie następne życie? Nawet następny dzień i następna chwila są niepewne! Co można powiedzieć o następnym życiu!? Jeśli naprawdę chcesz być Diogenesem, możesz nim być tutaj, teraz. Wyrzuć ubranie do rzeki i zapomnij o podbijaniu świata! To czysta głupota i ty to wiesz. Sam wyznałeś, że jesteś nieszczęśliwy, że Diogenes jest w o wiele lepszym, bardziej błogim stanie. Więc dlaczego nie staniesz się Diogenesem już teraz? Połóż się na brzegu rzeki, gdzie ja się opalam! Brzeg jest wystarczająco duży dla nas obu.

Aleksander, oczywiście, nie mógł przyjąć tego zaproszenia. Rzekł:

– Dziękuję. Teraz nie mogę tego zrobić. Może w następnym życiu…

Diogenes spytał go:

– Dokąd idziesz? Co zrobisz, kiedy podbijesz cały świat?

– Wtedy odpocznę – odrzekł Aleksander.

– To jest czysty absurd – powiedział Diogenes. – Ja odpoczywam teraz!

Jeśli ludzie, którzy mieli wszystkie skarby tego świata: Aleksander, Adolf Hitler, Rockefeller i Carnegie, nie są szczęśliwi… Jeśli ci, którzy mają władzę nad całym światem, nie są szczęśliwi… Popatrz na ludzi, którzy osiągnęli sukces, a przestaniesz do niego dążyć. Nie ma nic bardziej zawodnego niż sukces. Chociaż mówi się, że nic nie uskrzydla tak jak sukces, ja wiem, że nic nie zawodzi tak jak sukces.

Szczęście nie ma nic wspólnego z sukcesem. Szczęście nie ma nic wspólnego z ambicją, szczęście nie ma nic wspólnego z pieniędzmi, władzą, prestiżem. To całkowicie inny wymiar. Szczęście ma coś wspólnego z twoją świadomością, nie z twoim charakterem. Przypomnę ci – charakter jest jak uprawianie roślin. Możesz zostać świętym, ale i tak nie zaznasz szczęścia, bo twoja świętość jest wyćwiczona. Jak ludzie stają się świętymi? Katolicy, dżaini, hindusi – jak stają się świętymi? Praktykują, krok po kroku, szczegółowo, kiedy wstać, co jeść, czego nie jeść, kiedy iść spać…

Nie charakter lecz świadomość

Nie wierzę w charakter. Mam zaufanie do świadomości. Wraz ze wzrostem świadomości charakter także ulega przemianie. Jednak taka transformacja nie jest kierowana przez umysł – jest naturalna, spontaniczna. Jeśli twój charakter jest naturalny i spontaniczny, jest piękny sam w sobie; w przeciwnym razie ciągle go modyfikujesz… Możesz usunąć swój gniew, ale gdzie go wrzucisz? Będziesz musiał wrzucić go w twoją nieświadomość. Zmienisz jeden aspekt swojego życia, ale to, co chcesz usunąć, zacznie wyłazić z innej strony. Tak być musi. Możesz zablokować strumień skałą; on wypłynie gdzieś indziej – nie możesz tego zmienić. Masz w sobie gniew, bo jesteś nieświadomy, masz w sobie chciwość, bo jesteś nieświadomy, masz w sobie władczość i zazdrość, bo jesteś nieświadomy.

Toteż nie jestem zainteresowany przemianą twojego gniewu; to jak przycinanie liści drzewa, w nadziei, że doprowadzi to do jego obumarcia. Tak nie będzie; przeciwnie, im bardziej będziesz przycinał drzewo, tym więcej będzie liści.

Dlatego tak zwani „święci” są najmniej świętymi ludźmi na świecie, są oszustami, są fałszywi. Jeśli spojrzysz z zewnątrz, są bardzo święci – zbyt święci, zbyt słodcy, obrzydliwie słodcy, przyprawiający o mdłości. Możesz tylko pójść, złożyć uszanowanie i uciec. Nie potrafisz spędzić ze świętymi nawet jednego dnia – zanudziliby cię na śmierć. Im lepiej ich poznajesz, tym bardziej jesteś zaintrygowany, zdumiony, zmieszany, ponieważ zaczynasz dostrzegać, że chociaż niby odrzucili gniew, ale wniknął on w inną sferę ich osobowości.

Zwykli ludzie czasami się złoszczą, ale ich gniew jest krótkotrwały, chwilowy. Zaraz potem śmieją się, znowu są życzliwi; nie czują się urażeni zbyt długo. U tak zwanych „świętych”, gniew staje się czymś permanentnym. Po prostu gniewają się i nie wiadomo na co. Tak bardzo tłumili w sobie gniew, że są nim przepełnieni, są wściekli. Widać to po ich oczach, po ich nosach, po ich twarzach, po ich sposobie życia.

Lu Ting jadał w greckiej restauracji, bo Papadopoulos, właściciel, serwował bardzo dobry, smażony ryż. Każdego wieczoru wstępował i zamawiał „smaziony lis”. Wtedy Papadopoulos zrywał boki ze śmiechu. Czasami stał z kilkoma kolegami, aby usłyszeć, jak Lu Ting zamawia „smaziony lis”. W końcu chińska duma została tak urażona, że Lu Ting zapisał się na lekcje dykcji, aby móc powiedzieć „smażony ryż”.

Kiedy po raz kolejny poszedł do restauracji, powiedział bardzo wyraźnie: „Smażony ryż, poproszę”. Nie wierząc własnym uszom, Papadopoulos rzekł: „Co powiedziałeś?”.

Lu Ting krzyknął: „Słyszałeś co powiedziałem, glecki staly pliku!”.

To nie ma większego znaczenia – najpierw był „smaziony lis”, teraz jest „glecki staly plik”. Zamykasz jedne drzwi, a automatycznie otwierają się inne. W ten sposób nic nie zmienisz.

Łatwo jest zmienić charakter – jednak prawdziwe zadanie polega na zmianie twojej świadomości, na tym, żebyś stał się jak najbardziej świadomy. Kiedy jesteś świadomy, nie możesz się gniewać, nie możesz być chciwy, nie możesz być zawistny, nie możesz być ambitny.

Kiedy cały gniew, chciwość, zawiść, chęć posiadania, pożądanie znikają, zostaje uwolniona zawarta w nich energia. Ta energia staje się twoją błogością. Nie przychodzi z zewnątrz; powstaje wewnątrz twojej Istoty, w jej rdzeniu.

Kiedy ta energia staje się dostępna, ty stajesz się polem receptywnym, polem magnetycznym. Kiedy stajesz się polem magnetycznym, kiedy cała energia, która jest niepotrzebnie marnowana przez ciebie w twojej nieświadomości, zbiera się, kumuluje wewnątrz ciebie – przyciągasz to, co jest ponad. Kiedy stajesz się jeziorem energii, zaczynasz przyciągać gwiazdy, zaczynasz przyciągać to, co jest ponad, zaczynasz przyciągać sam raj.

Spotkanie twojej świadomości z tym, co ponad, jest sednem błogości, prawdziwego szczęścia. Nieszczęście jej nie dotyczy, jest bowiem czystym szczęściem. Nie dotyczy jej śmierć, jest bowiem czystym życiem. Nie zna ciemności, jest czystym światłem. Poznanie tej błogości to prawdziwy cel. Gautama Budda wciąż jej poszukiwał i, pewnego dnia, po sześcioletnich zmaganiach, znalazł.

Ty też możesz to osiągnąć, ale pamiętaj: mówiąc, że możesz to osiągnąć, nie mam na celu wytworzenia w tobie pragnienia, by to osiągnąć. Ja po prostu stwierdzam fakt: jeśli staniesz się jeziorem ogromnej energii, jeśli sprawy tego świata nie będą w stanie wyprowadzić cię z równowagi, to się może zdarzyć. To nie jest osiągane przez działanie, lecz dzieje się samo. Lepiej nazwać to błogością niż szczęściem, ponieważ słowo szczęście może budzić w tobie skojarzenia z tym, co rozumiesz pod tym pojęciem. A to, co znasz jako szczęście, jest stanem zależnym od okoliczności.

Benson wszedł do sklepu odzieżowego Krantza, aby kupić garnitur. Znalazł model, który mu odpowiadał, więc zdjął marynarkę z wieszaka i przymierzył. Krantz podszedł do niego mówiąc:

– Tak. Świetnie pan wygląda.

– Może i wyglądam – odrzekł Benson – ale to chyba nie mój rozmiar. Za ciasna w barkach.

– Niech Pan włoży spodnie – doradził Krantz – one są tak ciasne, że zapomni pan o barkach!

To, co nazywasz szczęściem, jest rzeczą względną. To, co buddowie nazywają szczęściem, jest czymś absolutnym. Twoje szczęście zależy od okoliczności. To, co buddowie nazywają szczęściem, jest niezależne, nie jest związane z nikim ani z niczym. Nie jest wynikiem konfrontacji z czymś lub kimś. Jest po prostu twoje; jest wewnątrz ciebie.

Goniąc tęcze

Konstytucja amerykańska zawiera w sobie pewien głupi zapis. Mówi on, że poszukiwanie szczęścia jest podstawowym prawem człowieka. Autorzy tej konstytucji nie mieli pojęcia, co to właściwie znaczy. Jeśli pogoń za szczęściem jest podstawowym prawem rodzaju ludzkiego, to co z nieszczęściem? Czyim prawem jest nieszczęście? Ci ludzie nie byli świadomi tego, że jeśli prosisz o szczęście, to jednocześnie prosisz o nieszczęście. I nieważne, czy zdajesz sobie z tego sprawę, czy nie.

Nazywam ten zapis głupim, bo szczęścia nie da się dogonić. Jeśli uparcie go poszukujesz, jedno jest pewne: nie znajdziesz. Szczęście jest zawsze rezultatem ubocznym. Nie jest ono wynikiem poszukiwań. Przychodzi nawet wtedy, gdy o nim nie myślisz. Pojawia się nagle, znikąd. Robiłeś coś całkowicie innego.

Może rąbałeś drewno – to na pewno nie jest pogoń za szczęściem, ale w słońcu wczesnego poranka, kiedy jest wciąż chłodno, dźwięk twojej siekiery wbijającej się w drzewo… kawałki drewna, które rzucasz obok siebie, odgłos ich upadania na ziemię a zaraz potem ta cisza… Zaczynasz się pocić, a powiew chłodnego wiatru sprawia, że znów czujesz się rześko i świeżo. Wtedy nagle przychodzi szczęście, radość nie do opanowania. A przecież po prostu rąbałeś drewno. Nie wspomina o tym konstytucja, bo takich sytuacji jest całe mnóstwo.

Nie mogę zapomnieć jednego dnia… Chyba każdemu zdarzyło się parę rzeczy, które nie mają logicznego sensu, które nie mają znaczenia, ale tkwią w pamięci. Nie możesz zrozumieć, z jakiego powodu, ponieważ są miliony rzeczy o wiele ważniejszych, bardziej znaczących, które zniknęły. Jednak, nie wiadomo dlaczego, kilka nic nieznaczących rzeczy pozostało; zostawiły po sobie ślad.

Pamiętam jedną z takich rzeczy. Wracałem do domu ze szkoły – szkoła była prawie milę od domu. Gdzieś w połowie drogi rosło ogromne drzewo. Przechodziłem obok tego drzewa co najmniej cztery razy dziennie; idąc do szkoły, przychodząc do domu na obiad w środku dnia, potem idąc z powrotem do szkoły i w końcu wracając do domu. Mijałem to drzewo tysiące razy, ale tego dnia coś się zdarzyło.

To był gorący dzień, toteż pociłem się. Przechodziłem pod drzewem, a tam było tak chłodno, że bez zastanowienia zatrzymałem się na chwilę. Zbliżyłem się do pnia, usiadłem i poczułem pień drzewa. Nie potrafię tego dokładnie wyjaśnić, ale poczułem się tak ogromnie szczęśliwy, jak gdyby coś działo się pomiędzy mną a drzewem. Sam chłód nie mógł być wystarczającą przyczyną, ponieważ wiele razy chłodziłem się w cieniu tego drzewa, zatrzymywałem się pod nim, ale nigdy przedtem nie dotykałem jego pnia, nie siadałem przy nim z uczuciem, że spotkałem starego przyjaciela.

Ten moment pozostał we mnie, świecąc jak gwiazda. Tyle zdarzyło się w moim życiu, a on nie blednie w pamięci; wciąż tam trwa. Zawsze, gdy patrzę wstecz, widzę go. Coś się zdarzyło, lecz ani wtedy, ani teraz nie umiem określić, co to było. Od tamtego dnia istniało jakieś pokrewieństwo pomiędzy mną a drzewem; nie czułem czegoś takiego wcześniej nawet w stosunku do drugiego człowieka. Drzewo stało się mi bliskie bardziej niż ktokolwiek na świecie. Odtąd – zawsze, gdy mijałem to drzewo, siadałem pod nim na kilka sekund, kilka minut i po prostu je czułem. Weszło mi to w nawyk. Wciąż czuję to coś, co rozwijało się między nami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki