Opis

"Niezwykle barwna i zabawna opowieść rodowitej góralki – znanej jako ,,głos z Zakopanego”. Uzbrojona w mikrofon wyrusza na podbój Tatr, aby wszystkim ceprom przybliżyć wspaniałych ludzi, cudowne historie i prawdziwie zadziorny charakter zakopiańskich górali.

Książkę Radio-aktywna Sabała, czyli jak zostałam głosem z Zakopanego przeczytałem z zaciekawieniem i prawdziwą przyjemnością.Miłość do Tatr i Zakopanego miesza się w tej książce z miłością do radia. To pierwsze łatwo wytłumaczyć – Beata Sabała- -Zielińska jest rodowitą góralką i ma tę miłość w genach. Rzecz w tym, że pisze o tym w sposób finezyjny i zróżnicowany. Potrafi być liryczna i erudycyjna, gdy opisuje górskie nazwy, i satyryczna, gdy pisze o Targu pod Gubałówką czy o Bollywood pod Tatrami.Ten cały fascynujący i barwny świat Beata Sabała-Zielińska opisuje przy pomocy medium, które ukochała, to jest przy pomocy radia. Ma na to pomysł i jest w tym pełna pasji. Zakopane i szerzej Tatry, krajobrazy, obyczaje i ludzie zyskują w mikrofonie reporterki niepowtarzalny portret. Umie też Sabała-Zielińska pisać, a więc i myśleć mądrze i poważnie, gdy zawiera w swym pisaniu refl eksję nad losem kolegów, którzy nie wrócili z wyprawy w góry. Ale przede wszystkim cały ton jej opowieści opromieniony jest swoistym, specyficznym poczuciem humoru i błyskiem inteligencji.Kto gór nie zna, dzięki tej książce może je poznać i polubić.Kto góry zna, może odnowić stare sentymenty.Polecam tę książkę jednym i drugim.
Wojciech Młynarski 

Zabawna i wciągająca opowieść o tym, jak góralka dała się ponieść halnemu i miłości do radia. Przeczytałam z wielką przyjemnością!
Beata Pawlikowska


Beata Sabała-Zielińska, góralka, dziennikarka, blogerka, redaktor naczelna magazynu „Polski Region Pieniny”. Dwanaście lat pracowała w Radiu ZET jako korespondentka z Podhala, nadając swoim relacjom wyrazisty i niepowtarzalny styl, stając się tym samym jednym z najbardziej rozpoznawalnych radiowych głosów. Z góralską zadziornością i poczuciem humoru, relacjonowała nie tylko podhalańską rzeczywistość. Znana z ciętych ripost, w sposób bezkompromisowy opisuje absurdy, nie boi się sięgać po niewygodne tematy. Jest współautorką książek Zakopane odkopane. Lekko gorsząca opowieść góralsko- ceperska oraz Zakopane, nie ma przebacz!, które są autorskimi przewodnikami po zimowej stolicy Polski. Prywatnie żona lekarza, matka dwóch córek. "

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 307

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © for the text by Beata Sabała-Zielińska

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Pascal

Tytuł: Radioaktywna Sabała

Autor: Beata Sabała-Zielińska

Redakcja: Dorota Koman

Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak

Projekt okładki: Studio Karandasz

Zdjęcia na okładce: Bartłomiej Jurecki, Dziewul (Shutterstock)

Redaktor prowadząca: Małgorzata Jasińska-Kowynia

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2014

ISBN 978-83-7642-437-8

eBook maîtrisé parAtelier Du Châteaux

Książkę dedykuję wszystkim tym, dzięki którym mogłam przeżyć najpiękniejszą przygodę swojego życia, a przede wszystkim mojej Rodzinie, która pozwoliła mi zatracić się w miłości do radia.

Kilka słów od Janusza Weissa

Sabał­ko! Co ta­kie­go jest w Za­ko­pa­nem, że ra­dio za­fun­do­wa­ło so­bie z te­go mia­sta spe­cjal­ne­go ko­re­spon­den­ta, czy­li Cie­bie?

No do­brze, sko­ki nar­ciar­skie, po­go­da, że na­wet naj­star­si gó­ra­le te­go nie pa­mię­ta­ją, oscyp­ki i tu­ry­ści, i… No, ale ile moż­na opo­wia­dać o tło­ku na za­ko­pian­ce? O na­jeź­dzie tu­ry­stów i na­rze­ka­niu gó­ra­li, że ce­pry zo­sta­wi­li w Za­ko­pa­nem za ma­ło pie­nię­dzy? Ile moż­na ga­dać o nie­bez­pie­czeń­stwie gór i o tu­ry­stach w san­da­łach na Or­lej Per­ci? O wy­pa­sie owiec i pro­duk­cji owczych ser­ków?

Więc co ta­kie­go jest w Za­ko­pa­nem? A mo­że to nie w Za­ko­pa­nem jest coś je­dy­ne­go i nie­po­wta­rzal­ne­go, tyl­ko w To­bie? W Two­im ta­len­cie, po­my­sło­wo­ści, do­cie­kli­wo­ści i tem­pe­ra­men­cie, bez któ­rych to cech ża­den ko­re­spon­dent, czy to z Pa­ry­ża, czy z Rzy­mu, czy z No­we­go Jor­ku nie miał­by nic cie­ka­we­go do po­wie­dze­nia? Oso­bi­ście je­stem skłon­ny przy­jąć wła­śnie ta­ką in­ter­pre­ta­cję.

Co tam Za­ko­pa­ne! Sa­bał­ko, Ty na­wet z Ko­ziej Wól­ki zro­bi­ła­byś w ra­dio­wej re­la­cji Pa­ryż, Rzym i No­wy Jork jed­no­cze­śnie! Za­wsze, ile­kroć mo­głem, słu­cha­łem Two­ich re­la­cji, peł­nych nie­zrów­na­ne­go dow­ci­pu, in­wen­cji i po­my­sło­wo­ści. Opi­sa­łaś w książ­ce, jak po­wsta­wa­ły nie­któ­re z nich: jak na­gry­wa­łaś spod śnie­gu, ni­by za­sy­pa­na la­wi­ną, jak zna­jo­my gó­ral na­śla­do­wał od­głos wy­da­wa­ny pasz­czą przez je­le­nia na ry­ko­wi­sku i jak te od­gło­sy (je­le­nia, nie gó­ra­la) by­ły bra­ne przez ce­prów za ryk roz­ju­szo­ne­go niedź­wie­dzia.

Re­la­cja z po­rów­na­nia Two­jej bo­sej sto­py od­bi­tej obok tro­pu praw­dzi­we­go niedź­wie­dzia nie po­ja­wi­ła się na an­te­nie, ale opis Two­jej ofiar­no­ści, gdy za­wró­ci­łaś z dro­gi, aby za­miast obu­tej, przy­ło­żyć do niedź­wie­dzie­go śla­du bo­są sto­pę, i roz­my­śla­nia, czy w ra­zie cze­go zdą­żysz na­ło­żyć na zmar­z­nię­tą no­gę skar­pet­kę i but, na szczę­ście zna­la­zły się w książ­ce. Za ten i wie­le, wie­le in­nych nie­zrów­na­nie smacz­nych ka­wał­ków na­le­żą Ci się wiel­kie dzię­ki!

Sa­bał­ko, nie by­łem w Ta­trach już do­bre kil­ka­dzie­siąt lat, ale mo­że po­ja­wi się oka­zja… A je­śli tak, to re­zer­wu­ję so­bie wie­czór na spo­tka­nie z To­bą! Osta­tecz­nie w gó­rach mo­gło­by być cał­kiem ład­nie, gdy­by nie to, że gó­ry za­sła­nia­ją wi­do­ki…

Po­zdra­wiam i do zo­ba­cze­nia, Sa­bał­ko, hej!

Ja­nusz We­iss

Wstęp

Złote lata swingu

Tyl­ko się nie de­ner­wuj! Wszyst­ko bę­dzie do­brze. To, co po­wie­my, nie wy­glą­da tak źle, jak brzmi.

Sie­dzę w ga­bi­ne­cie dy­rek­to­ra in­for­ma­cji i już wiem, że wła­śnie roz­sta­ję się z ra­diem. Wpraw­dzie nic ta­kie­go jesz­cze nie pa­dło, ale wiem. Prze­czu­wam to. Mo­ja Sze­fo­wa, któ­ra przy­sia­dła obok mnie, ma wy­raź­nie spło­szo­ną mi­nę. Trzy­ma fa­son, wi­dać jed­nak, że czu­je się nie­kom­for­to­wo. Kie­dy kil­ka dni te­mu za­dzwo­ni­ła do mnie, py­ta­jąc, czy w pią­tek mo­gę sta­wić się w War­sza­wie, wszyst­ko sta­ło się ja­sne. „Sa­mo­lot kie­dy chcesz, po­wrót kie­dy so­bie ży­czysz, zo­stań u ro­dzi­ny, nie ma pro­ble­mu” – po ta­kich sło­wach na­wet śle­py i głu­chy wy­czuł­by, że coś się świę­ci.

Je­stem spo­koj­na jak ni­g­dy, choć wła­śnie te­raz, tu, przy uli­cy Żu­ra­wiej, w ten pięk­ny, sło­necz­ny czerw­co­wy dzień koń­czy się przy­go­da mo­je­go ży­cia. Po­rzu­ca mnie ko­cha­nek, któ­re­mu od­da­łam się bez resz­ty. Dziw­ne. Nie czu­ję ża­lu, w każ­dym ra­zie jesz­cze nie te­raz. Te­raz słu­cham za­dzi­wia­ją­cej pro­po­zy­cji:

– Mu­si­my za­mknąć od­dział w Za­ko­pa­nem, ale nie chce­my, że­byś ode­szła z ra­dia. Nie wy­obra­ża­my so­bie ra­dia bez cie­bie. Pro­po­nu­je­my ci pra­cę w War­sza­wie.

Nie przy­ję­łam tej pro­po­zy­cji z ty­sią­ca waż­nych po­wo­dów. Mia­ła­bym rzu­cić dom, ro­dzi­nę? A po­za tym War­sza­wa to nie miej­sce dla gó­ral­ki, a w każ­dym ra­zie nie dla gó­ral­skiej re­por­ter­ki. „War­sza­wa, Be­ata Sa­ba­ła-Zie­liń­ska, Ra­dio ZET” – prze­cież to w ogó­le nie brzmi!

Wy­cho­dząc z wy­po­wie­dze­niem w rę­ku, po­czu­łam, że wła­śnie za­to­czy­łam krąg. Do­kład­nie dwa­na­ście lat te­mu, w ta­ki sam sło­necz­ny czerw­co­wy dzień, „za­ist­nia­łam” na an­te­nie Ra­dia ZET.

To jest nie­mal fil­mo­wa opo­wieść.

Głów­na bo­ha­ter­ka ma trzy­dzie­ści trzy la­ta, mę­ża i dwie cór­ki. Pie­lę­gniar­ka z za­wo­du, ze świe­żut­kim ty­tu­łem bi­blio­te­ko­znaw­cy. Wła­śnie ode­bra­ła dy­plom na Uni­wer­sy­te­cie Ja­giel­loń­skim.

Kla­sycz­na ku­ra do­mo­wa. Do­piesz­czo­ne dzie­ci, wy­pu­co­wa­ne okna, go­rą­cy obiad na sto­le. Pra­nie, go­to­wa­nie, za­ku­py, szko­ła, dom, ko­ściół. No, mo­że cza­sa­mi ja­kaś ko­le­żan­ka.

Pew­ne­go ra­zu po­ja­wi­ła się w jej ży­ciu nie­zwy­kła pa­ni z War­sza­wy, dzien­ni­kar­ka. Mło­da, pięk­na, in­te­li­gent­na. Spo­ty­ka­ją się co­dzien­nie pod szko­łą, a po­tem ru­sza­ją na ka­wę to do jed­nej, to do dru­giej. Ich cór­ki, Ala i Ola, za­przy­jaź­nia­ją się, two­rząc pod­wa­li­ny pięk­nej re­la­cji. Pau­li­na jest ko­bie­tą nie­za­leż­ną. Ko­cha to. Od­waż­na, bez­kom­pro­mi­so­wa, peł­na po­my­słów. W imię mi­ło­ści i dla mi­ło­ści po­tra­fi rzu­cić wszyst­ko. W kil­ka dni spa­ko­wać się, za­ła­twić wi­zę, za­szcze­pić się na wszyst­kie za­ra­zy świa­ta i ru­szyć przed sie­bie. Z ce­lem al­bo i bez nie­go.

Był zim­ny, bar­dzo smut­ny lu­ty. Wie­dzia­łam, że Pau­li­na pla­nu­je ko­lej­ną po­dróż ży­cia.

– Be­ciu. Nie chcę zo­sta­wiać ra­dia na lo­dzie. Mo­że ty prze­ję­ła­byś po mnie sche­dę – rzu­ci­ła, oma­wia­jąc przy kie­lisz­ku ko­nia­ku naj­bliż­szą przy­szłość.

Ni­g­dy w ży­ciu nie sły­sza­łam ni­cze­go bar­dziej nie­do­rzecz­ne­go. Go­spo­sia, któ­rą nu­dzą wszel­kie wia­do­mo­ści, nie mó­wiąc już o przy­dłu­gich pro­gra­mach pu­bli­cy­stycz­nych, któ­ra wzo­rem ty­się­cy Po­la­ków nie in­te­re­su­je się po­li­ty­ką ani żad­ną rze­czą z nią zwią­za­ną – ta prze­cięt­nia­ra mia­ła­by stać się dzien­ni­kar­ką?!

– Bła­gam cię! Co to za po­mysł – uci­nam, ale Pau­li­na nie da­je za wy­gra­ną.

Roz­ta­cza uro­ki re­por­ter­skie­go ży­cia, pod­kre­śla­jąc, że ra­dio nie jest tyl­ko miej­scem pra­cy. To fi­lo­zo­fia, któ­ra zmie­nia czło­wie­ka na lep­sze. Ga­da, ga­da i ga­da, a kto choć raz jej słu­chał, wie, że prze­ko­ny­wać to ona umie.

I pro­szę, „pod­su­nę­ła” mnie ra­diu, któ­re wpraw­dzie jęk­nę­ło na po­mysł przy­ję­cia na­tursz­czy­ka, ale że na bez­ry­biu i rak ry­ba, po­sta­no­wi­ło mieć mnie w od­wo­dzie.

Pau­li­na na­tych­miast wzię­ła się za szko­le­nie mnie, uczy­ła czy­tać i mon­to­wać dźwię­ki. Do dziś wspo­mi­na­my lek­cje na jej ta­ra­sie. „Aby za­czął wiać hal­ny, mu­szą być speł­nio­ne dwa wa­run­ki…” – na­czy­ty­wa­ły­śmy tekst, za­śmie­wa­jąc się do łez.

Pew­ne­go dnia spa­ko­wa­ła wa­liz­ki, cmok­nę­ła mnie w po­li­czek, mó­wiąc: „Be­ciu, dasz so­bie ra­dę”. I ty­le ją wi­dzia­łam.

Zo­sta­łam ja i ra­dio. Nie­mal oko w oko, gdy­by nie od­le­głość. Ra­dio – du­ża, po­pu­lar­na roz­gło­śnia – trak­to­wa­ło mnie tak, jak na du­żą roz­gło­śnię przy­sta­ło, czy­li z du­żym dy­stan­sem.

– Masz zgła­szać co naj­mniej trzy te­ma­ty dzien­nie i wy­sy­łać ma­te­ria­ły, któ­re na ra­zie nie bę­dą wcho­dzi­ły na an­te­nę. Zo­ba­czy­my, jak so­bie ra­dzisz – po­in­for­mo­wa­ła mnie mo­ja Sze­fo­wa, któ­ra wte­dy jesz­cze de fac­to nie by­ła mo­ją Sze­fo­wą.

Po­cząt­ki by­ły nie­przy­zwo­icie trud­ne. Nie­mal każ­da zgła­sza­na pro­po­zy­cja oka­zy­wa­ła się to­tal­ną po­raż­ką.

– Na­praw­dę uwa­żasz, że po­strze­le­nie ko­ta z wia­trów­ki przez pi­ja­ne­go gó­ra­la za­in­te­re­su­je słu­cha­cza w Szcze­ci­nie? Na­praw­dę jest to news, któ­ry mu­si usły­szeć ca­ła Pol­ska? – pa­da­ły re­to­rycz­ne py­ta­nia, i choć za­da­wa­ne by­ły mi­ło, by nie spło­szyć i tak już moc­no spło­szo­ne­go żół­to­dzio­ba, po­wo­do­wa­ły, że ku­li­łam się w so­bie jak, nie przy­mie­rza­jąc, wy­żej wy­mie­nio­ny po­strze­lo­ny kot.

I kto wie, jak dłu­go ra­dio wy­trzy­ma­ło­by te mę­ki no­wi­cju­sza, gdy­by nie po­moc Wszech­mo­gą­ce­go.

Był czerw­co­wy cie­pły dzień, któ­ry nie za­po­wia­dał ka­ta­stro­fy. A jed­nak wie­czo­rem nad Ludź­mierz, wieś po­ło­żo­ną nie­da­le­ko No­we­go Tar­gu, nad­cią­gnę­ła trą­ba po­wietrz­na, któ­ra nie­mal zmio­tła z po­wierzch­ni zie­mi kil­ka do­mów. Po­zry­wa­ne da­chy, po­ła­ma­ne drze­wa, roz­bi­te sa­mo­cho­dy. Ist­na so­do­ma i go­mo­ra.

Przy­po­mi­nam, że by­ło to dwa­na­ście lat te­mu, a wte­dy trą­by po­wietrz­ne wi­dzia­ło się wy­łącz­nie w te­le­wi­zji, za­mie­sza­nie w me­diach by­ło więc ogrom­ne. Mój ra­dio­wy te­le­fon, wiel­ki jak na pierw­sze ko­mór­ki przy­sta­ło, na­tych­miast się obu­dził. Re­dak­cja dzwo­ni­ła, py­ta­ła, spraw­dza­ła, wie­czo­rem zaś przy­szła pierw­sza po­waż­na dys­po­zy­cja.

– Bar­dzo pro­szę, że­byś ra­no za­dzwo­ni­ła do stra­ża­ków, za­py­ta­ła o roz­miar znisz­czeń i nada­ła re­la­cję przez te­le­fon, do wia­do­mo­ści na ósmą – spo­koj­nie oznaj­mi­ła Sze­fo­wa, wciąż de fac­to nie­bę­dą­ca mo­ją Sze­fo­wą.

Ca­łą noc nie spa­łam. Stres trzy­mał mnie w klesz­czo­wym uści­sku, nie po­zwa­la­jąc swo­bod­nie od­dy­chać i swo­bod­nie my­śleć. O 6.00 ob­dzwo­ni­łam wszyst­kie służ­by, po czym nie­zdar­nie kle­ci­łam in­for­ma­cję, nie ma­jąc po­ję­cia, ja­kich użyć słów i jak roz­dzie­lić rze­czy waż­ne od mniej waż­nych. Co po­wie­dzieć na po­cząt­ku, a co w tak zwa­nej dup­ce, czy­li za­koń­cze­niu. Jak roz­ło­żyć ak­cen­ty, na czym się sku­pić. No i jesz­cze trze­ba się na­grać! A tu ję­zyk się plą­cze, my­śli dy­go­cą, nie pa­mię­tam na­wet, jak się na­zy­wam. Spię­łam się w so­bie i opa­no­wu­jąc drże­nie gło­su, za­dzwo­ni­łam do na­gry­wal­ni, czy­li do re­ali­za­to­rów dźwię­ku, któ­rzy mie­li uwiecz­nić na ta­śmie mo­ją wie­ko­po­mną re­la­cję. Do dziś nie wiem, jak mi po­szło. Włą­cza­jąc o 8.00 ra­dio, by­łam bli­ska za­wa­łu. Dzie­sięć mi­nut póź­niej omal nie umar­łam. Mo­ja re­la­cja nie we­szła na an­te­nę. To­tal­na kla­pa. Czar­no wi­dząc mo­ją ra­dio­wą ka­rie­rę, zre­zy­gno­wa­na ode­bra­łam kil­ka go­dzin póź­niej te­le­fon z fir­my, są­dząc, że usły­szę krót­kie „do wi­dze­nia”. Ale nie. Dzwo­nił wy­daw­ca Wia­do­mo­ści w po­łu­dnie, któ­ry, nie przej­mu­jąc się mo­im i de­biu­tanc­ki­mi dy­le­ma­ta­mi, oświad­czył:

– Za­mie­rzam za­raz pu­ścić w dzien­ni­ku two­ją po­ran­ną re­la­cję, tyl­ko tak: pierw­sze zda­nie daj na ko­niec, a zda­nie z koń­ca na po­czą­tek, i to szyb­ko.

Pięt­na­ście mi­nut póź­niej – w Wia­do­mo­ściach w po­łu­dnie – za­de­biu­to­wa­łam na an­te­nie Ra­dia ZET. I już na niej zo­sta­łam.

Wy­ma­ga­ło to jed­nak he­ro­icz­nej pra­cy. Mo­jej i mo­jej Sze­fo­wej. Ile wy­sił­ku wło­ży­ły­śmy, by stwo­rzyć „zja­dli­wy” pro­dukt o na­zwie Be­ata Sa­ba­ła-Zie­liń­ska, wie­my tyl­ko my dwie. Aż dziw bie­rze, że Sze­fo­wa mia­ła ty­le cier­pli­wo­ści. Oka­za­ła się mo­ją naj­więk­szą i naj­lep­szą na­uczy­ciel­ką. Ochrza­nia­ła mnie so­czy­ście, opie­prza­ła z na­wiąz­ką, drę­czy­ła te­le­fo­na­mi, nie szczę­dzi­ła uwag, ni­g­dy nie przyj­mo­wa­ła by­le cze­go, ale za­wsze we mnie wie­rzy­ła. To dzię­ki niej zo­sta­łam dzien­ni­kar­ką ra­dio­wą. W tej książ­ce po­ja­wi się wie­lo­krot­nie, jest wręcz jed­ną z jej głów­nych bo­ha­te­rek. Nie­ste­ty, za­zwy­czaj wy­stę­pu­je w nie­wdzięcz­nej ro­li twar­dej prze­ło­żo­nej, pil­nu­ją­cej po­zio­mu i kla­sy re­la­cji; a że nie za­wsze by­ło mi­ło? No cóż, nie by­łam ła­twym prze­ciw­ni­kiem.

Pew­ne­go dnia za­dzwo­ni­ła do mnie z py­ta­niem, czy nie mo­gła­bym przed­sta­wiać się na an­te­nie tyl­ko na­zwi­skiem Sa­ba­ła. Że bę­dzie kró­cej, zwięź­lej, ja­koś tak bar­dziej ener­ge­tycz­nie i bar­dziej gó­ral­sko. Po­nie­waż jed­nak po­ślu­bio­ny mi Zie­liń­ski za­re­ago­wał na to jak byk na czer­wo­ną płach­tę i za­czął na­wet szar­żo­wać, ra­dio racz­kiem wy­co­fa­ło się z te­go po­my­słu.

I tak zo­sta­łam re­por­ter­ką dwoj­ga na­zwisk, któ­rą je­den z wy­daw­ców bar­dzo cel­nie przed­sta­wił re­ali­za­to­rom dźwię­ku:

– Hej. Za­raz za­dzwo­ni do was Be­ata Sa­ba­ła-Gą­sie­ni­ca-Byr­cyn-Ło­scy­pek-Haj. Na­graj­cie ją.

W ra­diu bar­dzo szyb­ko zdo­by­łam ksyw­kę Sa­bał­ka, cza­sem zmięk­cza­ną na Sab­cia, w Za­ko­pa­nem tym­cza­sem na­tych­miast ochrzczo­no mnie Ze­tka i od lat nikt ina­czej do mnie nie mó­wi.

Gdy za­czę­łam krą­żyć z mi­kro­fo­nem po Pod­ha­lu, gó­ra­le do­kład­nie spraw­dzi­li mo­je po­cho­dze­nie. Chcie­li wie­dzieć, czy roz­ma­wia­ją z ory­gi­na­łem, czy tyl­ko z pod­rób­ką gó­ral­ki, co dla nich ma za­sad­ni­cze zna­cze­nie. Gó­ral gó­ra­lo­wi bo­wiem po­wie znacz­nie wię­cej, a i kry­ty­kę ła­twiej znie­sie. Ce­per tym­cza­sem mo­że gó­ra­lo­wi co naj­wy­żej pod­sko­czyć.

Gdzie­kol­wiek więc przed­sta­wia­łam się ja­ko re­por­ter­ka Ra­dia ZET, od ra­zu pa­da­ło py­ta­nie: „A skąd to na­zwi­sko?”. Wte­dy mu­sia­łam pre­zen­to­wać drze­wo ge­ne­alo­gicz­ne, się­ga­jąc do dzie­sią­te­go po­ko­le­nia wstecz, uwzględ­nia­jąc ta­kie szcze­gó­ły, jak: „Ka wtó­ry ujek sie­dzi i czy znom Fran­ka zza re­mi­zy”. Je­śli prze­słu­cha­nie prze­bie­gło po­myśl­nie, pa­da­ło bło­go­sła­wień­stwo: „A to wy­ście na­sa”, któ­re sta­wa­ło się klu­czem do suk­ce­su i otwie­ra­ło przede mną wszyst­kie drzwi.

Kie­dy mo­ja cór­ka Olu­sia by­ła ma­łą dziew­czyn­ką, czę­sto za­glą­da­ły­śmy na targ pod Gu­ba­łów­ką. Na drew­nia­nym most­ku nad po­to­kiem sta­li za­zwy­czaj gó­ra­le ze szcze­nia­ka­mi, przy któ­rych Ola za­wsze się za­trzy­my­wa­ła, by chwi­lę po­ma­ru­dzić, że pięk­ne, że słod­kie, że też ta­kie­go chce. Po kil­ku ty­go­dniach re­gu­lar­nych wi­zyt na spróch­nia­łej kład­ce dwaj gó­ra­le – za­wsze nie­dba­le opar­ci o ba­lu­stra­dę – prze­szli do rze­czy:

– E, pa­ni, wy­ście na­sa?

– Wa­sa.

– Gó­rol­ka ście?

– Gó­rol­ka.

– A ka sie­dzie­cie?

– Tu, nie­da­le­ko. Za ko­ścio­łem.

– A ja­ko się pi­se­cie?

– Sa­ba­ła.

– Hm, z te­go tu Sa­ba­ły co na Pęk­so­wym Brzyz­ku le­zy?

– Z te­go.

– Ale gwa­rom nie go­do­cie.

– No, nie bar­dzo.

– Hm!!!

Ci­sza. Pa­trzą chłop­cy na mo­ją Olę, po­tem na mnie i da­lej drą­żą te­mat:

– A wos chłop to z te­la?

– Nie, ce­per.

– Z War­sia­wy???

– Bin­go.

– A co, na­sych już nie by­ło? – szcze­rze się obu­rzy­li.

– By­li, ale ja­koś tak wy­szło.

– Hm!

Ci­sza. Mu­szą chłop­cy spra­wę zdra­dy po­waż­nie prze­my­śleć.

– A wos to ka ro­bi?

– Tu w szpi­ta­lu na Gład­kiem.

– Ooo, dok­tór? A jak wy­glon­do?

– No, przy­stoj­ny, wy­so­ki, w oku­la­rach.

– Ja­siek, Ja­siek! Dyć to tyn, co z tec­kom tu cho­dzi – oży­wił się je­den z prze­słu­chu­ją­cych.

Ci­sza. Znów pa­trzą na Olę.

– A te tu – wska­zu­je gło­wą – jed­nom ino tom mo­cie?

– Jed­nom. – Bo wte­dy mia­łam jed­ną.

– A co? Wos już ni mo­że?

– Sta­sek, dej­ze spo­kój, dyć to ce­per!

Po tak bły­ska­wicz­nym ba­da­niu i nie­spe­cjal­nie po­chleb­nej dia­gno­zie mo­je­go po­ży­cia mał­żeń­skie­go od­da­li­łam się z miej­sca zda­rzeń, by nie­ocze­ki­wa­nie wie­czo­rem wy­słu­chać dal­sze­go cią­gu tej hi­sto­rii.

– Słu­chaj, ja­kaś dziw­na spra­wa – mó­wi Mar­cin, wkra­cza­jąc do do­mu. – Wra­cam z pra­cy przez targ pod Gu­ba­łów­ką, a tu na­gle dwóch gó­ra­li rzu­ca się na mnie, gra­ba, gra­ba, dzień do­bry, pa­nie dok­to­rze. Nie wiesz, kto to?

– Dyć to Ja­siek i Sta­sek – rzu­ci­łam, wy­ja­śnia­jąc oko­licz­no­ści je­go zde­ma­sko­wa­nia.

Mie­siąc póź­niej wy­bra­li­śmy się na ro­dzin­ną wy­ciecz­kę na Gu­ba­łów­kę. Si­łą rze­czy więc zno­wu zja­wi­li­śmy się na miej­scu nie­daw­nych wy­da­rzeń. Wa­ka­cyj­ne cie­płe po­po­łu­dnie zwa­bi­ło na targ mnó­stwo tu­ry­stów. Na drew­nia­nym most­ku za­rad­ny gaz­da mio­ta się i wi­je, za­chę­ca­jąc tu­ry­stów do kup­na śnię­te­go szcze­nia­ka.

– Pa­nie, go­dom wom, kup­cie se pie­ska. Be­dzie wom do­mu pil­no­wał, jak trza, to na ba­be wark­nie, a i łoz­po­lo­ne­go są­sia­da kłap­nie ze­mbi­ska­mi. Pa­nie, go­dom wom, piek­ny pie­sek co cud. Syć­ko mo już za­ła­twio­ne. I scze­pio­ny, i pa­pie­ry łod we­te­ry­nio­rza mo. Bier­cie, pa­nie, bier­cie. Nie­dro­gi. Ino śte­ry stów­ki!

– Ale chy­ba du­ży wy­ro­śnie, a my ma­my ma­łe miesz­kan­ko w blo­ku – da­ła się zła­pać na ba­jer ja­kaś uro­cza pa­ni, przez mo­ment po­waż­nie roz­wa­ża­jąc za­kup uro­cze­go sło­dzia­ka.

– Ja­kiś łon bę­dzie du­zy? Pa­ni, co wy to go­do­cie. Toz to bę­dzie piek­no, bio­ło ku­lec­ka, ta­ko do ko­lan­ka – prze­ko­nu­je gó­ral, nie wspo­mi­na­jąc, że do ko­lan­ka to ow­szem bę­dzie, ale do szó­ste­go mie­sią­ca ży­cia. Po­tem z ku­lecz­ki wy­ro­śnie niedź­wiedź, zwa­żyw­szy, że mo­wa by­ła o mie­szań­cu owczar­ka pod­ha­lań­skie­go z ber­nar­dy­nem.

Pa­ni ja­koś nie uwie­rzy­ła gaź­dzie i za­czę­ła się wy­co­fy­wać z ne­go­cja­cji, więc ten ude­rzył w in­ne to­ny.

– To se, pa­niu­siu, choć zrób­cie zdję­cie. Za pięć zło­tyk. Be­dzie­cie mieć pa­miąt­ke z Zo­ko­pa­ne­go jak się pa­trzy – na­wi­jał gó­ral, wy­ma­chu­jąc szcze­nia­kiem, ale że pa­ni daw­no go już nie słu­cha­ła, rzu­cił się w na­szą stro­nę.

– Ło Je­zu, ja­ko piek­no dziew­cy­nec­ka – za­czął od po­chlebstw na te­mat Oleń­ki, pew­ny, że w ten spo­sób otwo­rzy so­bie dro­gę do szyb­kiej i owoc­nej trans­ak­cji. – We­ście se, pa­ni, zrób­cie z pie­skiem zdję­cie… – za­czął gad­kę od no­wa, ale Ja­siek i Sta­szek, nie­dba­le opar­ci o ba­lu­stra­dę, szyb­ko we­szli mu w sło­wo:

– Stry­ku, dej­cie spo­kój. Dyć to na­si!

„Na­sa” bły­ska­wicz­nie sta­łam się też dla mo­ich ko­le­gów z ra­dia. Mu­szę przy­znać, że spo­tka­łam tu wie­le fan­ta­stycz­nych osób, życz­li­wych i uczyn­nych. Dow­cip­nych, in­te­li­gent­nych i zdol­nych. Ko­cha­ni, za­wsze bę­dę pa­mię­tać Wa­sze gło­sy i Wa­sze twa­rze.

Gdy po raz pierw­szy ru­szy­łam z mi­kro­fo­nem w świat, nie­wie­le wie­dzia­łam o mo­im re­gio­nie. Coś tam dzwo­ni­ło, ale nie by­łam pew­na, w któ­rym ko­ście­le. Mo­że dla­te­go ta pra­ca oka­za­ła się tak fa­scy­nu­ją­ca i tak cie­ka­wa. Od­kry­wa­jąc gó­ralsz­czy­znę, od­kry­wa­łam sie­bie, swo­je ko­rze­nie. Po­zna­wa­łam wspa­nia­łych lu­dzi, cu­dow­ne hi­sto­rie, ży­łam peł­ną pier­sią. Oczy­wi­ście po­cząt­ki by­ły nie­zwy­kle stre­su­ją­ce.

Mu­sia­łam na­uczyć się wszyst­kie­go od pod­staw. Grze­ba­łam więc w ma­te­ria­łach bez koń­ca, nie­zdar­nie, wy­ci­na­jąc, skra­ca­jąc i wsta­wia­jąc dźwię­ki. No i te ner­wy przy na­gra­niu pasz­czy, czy­li wła­sne­go ko­men­ta­rza! Wszy­scy re­ali­za­to­rzy dźwię­ku po­win­ni mieć u mnie do­zgon­ne dar­mo­we wcza­sy re­ha­bi­li­ta­cyj­ne, ty­le im zdro­wia zja­dłam.

Dwa­na­ście lat wy­rwa­łam też z ży­cia mo­jej ro­dzi­ny, za­fun­do­wa­łam im jaz­dę bez trzy­man­ki. Ni­by by­łam, a ja­ko­by mnie nie by­ło. Mój mąż i mo­je cór­ki dłu­go nie mo­gli po­go­dzić się z tym, że ra­dio za­anek­to­wa­ło mnie na ca­łe la­ta i cią­gle by­ło obec­ne w na­szym do­mu, choć­by z ra­cji te­go, że stu­dio za­wsze mie­ści­ło się gdzieś na pię­ter­ku na­szej cha­tyn­ki. Nie po­ma­ga­ły prze­pro­wadz­ki, bu­do­wa no­we­go do­mu – ra­dio by­ło jak duch, któ­re­go nie mo­gły prze­pę­dzić żad­ne eg­zor­cy­zmy.

Kie­dy Pau­li­na przy­je­cha­ła do Pol­ski na świę­ta i za­raz po przy­jeź­dzie bez uprze­dze­nia wpa­dła do mnie, omal nie umar­ła ze śmie­chu. Przy­wi­tał ją w pro­gu za­pra­co­wa­ny koc­mo­łuch, zwa­ny kie­dyś jej przy­ja­ciół­ką.

– Be­ciu, je­steś kla­sycz­ną ku­dłą – za­no­si­ła się śmie­chem, przy­po­mi­na­jąc so­bie wła­sne po­cząt­ki w ra­diu. – Co, nie masz cza­su pójść do fry­zje­ra? Skoń­czy­ły się ma­ni­kiur­ki? Kie­dy ostat­ni raz był w tym do­mu obiad? – drę­czy­ła, wi­dząc we mnie sie­bie sprzed lat.

Prze­mia­na ku­dły w świa­do­mą re­por­ter­kę trwa­ła kil­ka lat. Sied­mio­mi­lo­wym kro­kiem by­ło „prze­nie­sie­nie” ra­dia do lap­to­pa, czy­li wgra­nie do kom­pu­te­ra pro­gra­mu mon­ta­żo­we­go, dzię­ki cze­mu pra­ca sta­ła się mo­bil­na, co w kon­se­kwen­cji znacz­nie ją przy­spie­szy­ło. Z lap­to­pem je­cha­ło się na miej­sce zda­rzeń i bez­po­śred­nio stam­tąd nada­wa­ło re­la­cję. Ow­szem, cza­sem zda­rza­ło się, że w po­szu­ki­wa­niu sie­ci trze­ba by­ło sie­dzieć gdzieś w krza­kach al­bo wci­skać się w ba­rze sa­łat­ko­wym mię­dzy su­rów­kę z mar­chew­ki a ćwi­kłę, ale to wła­śnie jest ca­ły urok re­por­ter­ki te­re­no­wej. Brnię­cie w śnie­gu po pas na miej­sce tra­gicz­nych wy­da­rzeń, prze­dzie­ra­nie się przez za­la­ne po­la do po­wo­dzian, ucie­ka­nie przed wy­wi­ja­ją­cym sie­kie­rą gó­ra­lem, któ­ry nie zno­si me­diów – czy­sta przy­jem­ność.

Mia­łam to szczę­ście, a za­ra­zem nie­szczę­ście, że me­dia zmie­nia­ły się na mo­ich oczach. Pra­cę re­por­ter­ki za­czy­na­łam w do­bie kom­pu­te­ra, ale uży­wa­ne­go ja­ko ma­szy­na do pi­sa­nia. Nie by­ło In­ter­ne­tu i wuj­ka Go­ogle. Je­śli chcia­łam do­wie­dzieć się na przy­kład, w ja­kim do­kład­nie miej­scu wy­da­rzył się wy­pa­dek w Ta­trach, mu­sia­łam się­gać po en­cy­klo­pe­dię, ta­trzań­ski be­de­ker al­bo po pro­stu bła­gać ra­tow­ni­ka, by szcze­gó­ło­wo opi­sał te­ren. Te­raz wrzu­cam do prze­glą­dar­ki ha­sło i w dwie se­kun­dy mam wszyst­ko na ekra­nie. Mo­gę bry­lo­wać, wi­dząc przed so­bą zdję­cie i do­kład­ny opis re­jo­nu.

Ale coś za coś. Sko­ro moż­na każ­dą rzecz szyb­ko wy­szu­kać, szyb­ko wrzu­cić i rów­nie szyb­ko wy­rzu­cić z sie­ci, to po co ko­mu re­por­ter sta­rej da­ty i sta­rej szko­ły? Dziś każ­dy mo­że zo­stać dzien­ni­ka­rzem, a na pew­no, jak gło­szą sa­me me­dia, każ­dy mo­że być od nie­go szyb­szy.

Pę­dzą więc wszy­scy do przo­du i mam wra­że­nie, że tra­cą grunt pod no­ga­mi. Jest jak w kre­sków­ce Mię­dzy na­mi Ja­ski­niow­ca­mi, gdy Fred i je­go przy­ja­ciel Bar­ney roz­pę­dza­ją sa­mo­cho­dy. Naj­pierw tu­pią krót­ki­mi nóż­ka­mi w miej­scu, po­tem ru­sza­ją ma­ły­mi krocz­ka­mi, by nie­spo­dzie­wa­nie w jed­nej chwi­li na­brać ta­kie­go przy­spie­sze­nia, że siu­uu… uno­szą się nad zie­mią.

Skut­kiem ubocz­nym jest si­ła od­środ­ko­wa, któ­ra ta­kie oso­by jak ja po pro­stu wy­plu­wa po­za na­wias – ja­ko nie­po­trzeb­ny już pro­dukt.

Ale to nic. Na szczę­ście zo­sta­ły wspo­mnie­nia…

Rozdział 1

Na początku był dźwięk

Nad łóż­kiem Bil­la Clin­to­na przez ca­łą je­go pre­zy­denc­ką ka­den­cję wi­sia­ło ha­sło: „Eco­no­my, you fo­ol” („Go­spo­dar­ka, głup­cze”), któ­re przy­nio­sło mu po­li­tycz­ny suk­ces.

Idąc tym tro­pem i za­kła­da­jąc rów­nie wznio­słe ce­le, pro­po­nu­ję, by każ­dy ra­dio­wiec po­wie­sił so­bie nad ło­żem, al­bo, je­śli ma ty­le wy­obraź­ni, niech wal­nie na ścia­nie fresk z na­pi­sem „Dźwięk, głup­cze, DŹWIĘK”. Ra­dio bo­wiem to wiel­kie słu­cho­wi­sko opi­su­ją­ce świat ota­cza­ją­cy­mi nas gło­sa­mi i od­gło­sa­mi.

– Ba­nal­ne i oczy­wi­ste – po­wie za­pew­ne nie­je­den czy­tel­nik, a mo­że na­wet i wszy­scy.

– Nie­ko­niecz­nie – od­po­wiem, ma­jąc w pa­mię­ci set­ki ma­te­ria­łów nie­mal ste­ryl­nych dźwię­ko­wo.

Ca­ły urok ra­dia tkwi tym­cza­sem w ma­gii od­gło­sów. Słu­chacz sam mu­si so­bie wy­obra­zić to, co dzie­je się po dru­giej stro­nie mi­kro­fo­nu, trze­ba jed­nak dać mu ma­te­riał. Je­śli opo­wia­da­my o kor­kach, sie­dząc w wy­ci­szo­nym stu­diu, nie ma szans, by od­bior­ca po­czuł swąd spa­lin i ner­wów­kę kie­row­ców. Kie­dy jed­nak tę sa­mą re­la­cję nada­my, sto­jąc przy dro­dze, z szu­mem sil­ni­ków w tle, pod­jeż­dża­ją­cy­mi z pi­skiem opon sa­mo­cho­da­mi i klak­so­na­mi po­ga­nia­ją­cy­mi śla­ma­zar­nych, słu­chacz na­tych­miast wy­obra­zi so­bie ścisk na dro­dze. Ow­szem, zda­rza­ją się sy­tu­acje, wy­pad­ki, im­pre­zy, kie­dy aż ku­si, by rzec: „Szko­da, że pań­stwo te­go nie wi­dzą”, ale praw­dzi­wy ra­dio­wiec po­trak­tu­je to jak wy­zwa­nie. Nie wi­dzą, więc na­ma­lu­ję ob­raz sło­wem i dźwię­kiem. Stwo­rzę te­atr wy­obraź­ni. Czy mo­że być coś bar­dziej twór­cze­go?

Ra­dio jest naj­bar­dziej spon­ta­nicz­nym me­dium. Ty­sią­ce ra­zy uda­ło mi się na­grać fan­ta­stycz­ne, kon­tro­wer­syj­ne, za­baw­ne, pi­kant­ne czy klu­czo­we dla spra­wy wy­po­wie­dzi, ot tak, po pro­stu pod­bie­ga­jąc i pod­su­wa­jąc roz­mów­cy mi­kro­fon pod usta. Gdy moi ko­le­dzy z te­le­wi­zji pró­bo­wa­li dzia­łać po­dob­nie, naj­czę­ściej spo­ty­ka­ła ich to­tal­na kla­pa. Co in­ne­go bo­wiem jest roz­pra­wiać ano­ni­mo­wo, a co in­ne­go po­ka­zać twarz na wi­zji. Za­nim ope­ra­tor na­sta­wi obiek­tyw, zła­pie świa­tło i przy oka­zji ład­ne tło, bo­ha­ter wy­da­rze­nia dzie­sięć ra­zy zdą­ży się roz­my­ślić al­bo, co gor­sza, spu­ści z to­nu lub za­cznie ak­to­rzyć, by le­piej wy­paść przed ka­me­rą. A wte­dy czar pry­ska. „Te­le­wi­zo­ry” mę­czą się więc ze sztyw­ny­mi set­ka­mi, czy­li wy­po­wie­dzia­mi jed­nej oso­by, pod­czas gdy ra­dio­wiec umy­ka z dźwię­ka­mi peł­ny­mi emo­cji, praw­dy i si­ły.

Ra­dio to wy­jąt­ko­wo wy­ma­ga­ją­ce me­dium. Nie wy­ba­cza by­le­ja­ko­ści, po­śpie­chu i fu­szer­ki. Każ­de sło­wo, każ­dy ton mu­szą – po­dob­nie jak w fil­har­mo­nii – wy­brzmieć do koń­ca. Do­bry ra­dio­wiec to ar­ty­sta, któ­ry prze­ma­wia do wraż­li­wo­ści czło­wie­ka, do je­go wy­obraź­ni.

Z ra­diem jest jak z tań­cem al­bo z sek­sem. Trze­ba mieć w so­bie „to coś”. W prze­ciw­nym ra­zie nie po­mo­gą na­wet naj­lep­sze szko­ły. Co z te­go, że per­fek­cyj­nie na­uczy­my się tech­ni­ki i kro­ków, kie­dy – nie ma­jąc do te­go smy­ka­ły – ca­ły czas bę­dzie­my w du­chu li­czyć: raz-dwa-trzy, raz-dwa-trzy, mo­dląc się, by part­ner nie wy­my­ślił ja­kiejś nie­zna­nej fi­gu­ry, któ­ra wy­bi­je nas z ryt­mu.

Ta­lent to jed­nak nie wszyst­ko. Ra­dio­wiec mu­si mieć twar­dy ty­łek, to zna­czy po­za tym, że po­wi­nien być czło­wie­kiem pra­co­wi­tym i cier­pli­wym, mu­si być też otwar­ty, a na­wet bar­dzo otwar­ty na wszel­kie uwa­gi. Ileż to ra­zy do­sta­wa­łam ochrzan za to, że coś jest nie tak: że tu za gło­śno, a tam za ci­cho. Że bez­na­dziej­nie przy­cię­te lub zwy­czaj­nie nie­zro­zu­mia­łe, czy­li nie­emi­syj­ne. Nie po­ma­ga­ły tłu­ma­cze­nia, że sy­tu­acja jest gar­dło­wa a wa­run­ki pra­cy trud­ne, bo aku­rat tnę dźwięk na ko­la­nie gdzieś w przy­droż­nym ro­wie. Trud­no. Ro­bo­ta schrza­nio­na idzie do po­praw­ki. Trze­ba pie­czo­ło­wi­cie zmon­to­wa­ne re­la­cje roz­mon­to­wać, wró­cić do su­rów­ki, czy­li sta­nu pier­wot­ne­go, od­na­leźć „urwa­ne” gło­sy i po­now­nie wszyst­ko skle­ić, klnąc przy tym, na czym świat stoi, bo wiecz­nie coś się roz­jeż­dża! Ale nie ma prze­bacz. Ko­ron­na za­sa­da brzmi: „Sza­nuj słu­cha­cza swe­go jak sie­bie sa­me­go”.

Mó­wi się, że ra­dio­wiec po­wi­nien być ob­da­rzo­ny wy­jąt­ko­wym gło­sem. Tyl­ko co to zna­czy? Czy cho­dzi o cie­płe, je­dwa­bi­ste, mięk­kie brzmie­nie à la Ma­rek Niedź­wiedz­ki i Woj­ciech Mann, czy wręcz prze­ciw­nie? Czy war­to mieć na an­te­nie za­dzior­ne, moc­ne ude­rze­nia, któ­re przy­ku­ją na­szą uwa­gę? Kie­dyś uwa­ża­no, że w ete­rze naj­le­piej spraw­dza­ją się ni­skie, przy­dy­mio­ne bar­wy. Nie­ste­ty, gó­ral­ski skrzek ni­jak się ma do te­go.

Moi zna­jo­mi do­sko­na­le wie­dzą, że w emo­cjach po­tra­fię wejść w re­je­stry, któ­rych nie po­wsty­dzi­ła­by się sa­ma Ma­ria Cal­las, szczy­to­wą for­mę osią­gam zaś po roz­grza­niu strun gło­so­wych na przy­kład al­ko­ho­lem. Nie wie­dzieć cze­mu każ­dy wy­pi­ty kie­li­szek trun­ku pod­bi­ja mo­ją ska­lę o co naj­mniej pół to­nu, by­wa więc, że pod ko­niec im­pre­zy roz­pra­wiam krysz­ta­ło­wym so­pra­nem, ze zdol­no­ścią wy­ko­na­nia par­tii ko­lo­ra­tu­ro­wych.

Gó­ral­skie brzmie­nie i ostra bar­wa mo­je­go gło­su oczy­wi­ście nie uszły uwa­dze mo­ich ra­dio­wych ko­le­gów, dla­te­go po kil­ku nada­nych re­la­cjach Sze­fo­wa bar­dzo de­li­kat­nie za­su­ge­ro­wa­ła mi, że mo­że do­brze by by­ło, gdym tro­chę ob­ni­ży­ła głos. „Da się zro­bić”, po­my­śla­łam, ko­lej­ne wej­ścia na­gry­wa­jąc w zde­cy­do­wa­nie niż­szych to­na­cjach. Nie­ste­ty, pró­by wy­do­by­cia z sie­bie ak­sa­mit­nych barw na­tych­miast wpły­nę­ły na tem­po re­la­cji i ich wi­tal­ność. Ga­da­łam tak, że po dwóch dniach roz­dzwo­ni­ły się te­le­fo­ny:

– Be­ata, czy coś się sta­ło? Masz ja­kieś pro­ble­my? W do­mu wszyst­ko do­brze? Nie ściem­niaj, prze­cież sły­szę. Masz tak gro­bo­wy głos, że na bank coś nie gra.

Zna­jo­mi przej­mo­wa­li się nie na żar­ty. I wła­ści­wie mie­li ra­cję. Fak­tycz­nie coś nie gra­ło. Nie by­łam so­bą. By­łam ja­kąś sztucz­ną pla­sti­ko­wą la­lą, mo­że bar­dziej ra­dio­wą, po­praw­ną, ale ni­ja­ką. Szyb­ko więc po­rzu­ci­łam aku­stycz­ne eks­pe­ry­men­ty, zo­sta­jąc przy tym, czym ob­da­ro­wa­ła mnie mat­ka na­tu­ra.

Mój głos jed­nak in­try­go­wał, by nie po­wie­dzieć iry­to­wał, wie­lu słu­cha­czy, któ­rzy w mniej lub bar­dziej de­li­kat­ny spo­sób opi­sy­wa­li je­go spe­cy­ficz­ne brzmie­nie, a tak­że roz­trzą­sa­li kom­plet­ny brak kom­pa­ty­bil­no­ści mię­dzy tym, co sły­szą, a tym, co wi­dzą.

Pew­ne­go dnia w za­ko­piań­skiej bi­blio­te­ce miej­skiej pan Piotr, mój uko­cha­ny bi­blio­te­karz, mi­ło mnie za­gad­nął.

– Co­dzien­nie sły­szę pa­nią w ra­diu! A na­wet kil­ka ra­zy dzien­nie – rzu­cił zza re­ga­łu, nie prze­ry­wa­jąc prze­glą­da­nia księ­go­zbio­ru. Ze sto­ją­ce­go na biur­ku nie­wiel­kie­go ra­dyj­ka, jak­by na po­twier­dze­nie je­go słów, są­czy­ła się ci­chut­ko mu­zy­ka po­prze­dzo­na dżin­glem Ra­dia ZET.

– To mi­ło – od­po­wie­dzia­łam, czu­jąc, że mo­ja próż­ność zo­sta­ła wła­śnie przy­jem­nie po­łech­ta­na.

Z pa­nem Pio­trem zna­my się od wie­lu lat. Lu­bi­my po­dy­sku­to­wać o li­te­ra­tu­rze, choć nie­mal nor­mą jest, że dys­pu­ta ta koń­czy się wsty­dli­wym dla mnie upo­mnie­niem: „Jak to? Nie czy­ta­ła pa­ni te­go?”, co owo­cu­je nie tyl­ko so­czy­stym pą­sem, ale i na­rę­czem lek­tur do na­tych­mia­sto­we­go nad­ro­bie­nia. Nie­ste­ty, od­kąd za­czę­łam…

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

W lodowej skorupie częściowo wytopionego śniegu na kilkumetrowym odcinku błyszczały niedźwiedzie tropy… Jed­na fot­ka, dru­ga fot­ka, o, i jesz­cze po­dej­dę tu... Prze­ska­ku­ję na jed­nej no­dze z miej­sca na miej­sce, za­sta­na­wia­jąc się, co też bym zro­bi­ła, gdy­by w ta­kiej sy­tu­acji na­krył mnie wra­ca­ją­cy ze spa­ce­ru niedź­wiedź. Fot. Be­ata Sa­ba­ła-Zie­liń­ska
Krótkie, gardłowe stęknięcia przypominają chwilami konanie gigantycznego potwora, a że zazwyczaj odbijają się echem od Tatr, to horror gotowy. Mogą przyprawić o dreszcze niejedno boskie stworzenie, i właśnie o to chodzi. Fot. Grze­gorz Le­śniew­ski
Historie związane z godami jeleni są wyjątkowo zabawne głównie dzięki turystom, którzy – nie mając pojęcia, jak takie zaloty wyglądają – wyobrażają sobie niestworzone rzeczy. Fot. Grze­gorz Le­śniew­ski
…pewien turysta wędrujący Doliną Strążyską, zauważył, że nieopodal szlaku w borówczyskach siedzi niedźwiedzica z trójką młodych. Zachwycony obrazkiem mieszczuch czym prędzej sięgnął po aparat fotograficzny i zaczął strzelać foty. Jedna, druga, trzecia z przodu, z tyłu, en face. Tego, co działo się w następnej godzinie, chłop podobno nie pamięta. Ocknął się na drzewie… Fot. Grze­gorz Le­śniew­ski
Pędząc na zawody kibole odwieszają klubowe szaliki, politycy spuszczają z tonu, a gwiazdy, gwiazdki i celebryci chętnie integrują się z przyjaznym tłumem. Fot. Bar­tło­miej Ju­rec­ki

Rozdział 2

Żeby bzyknąć, trzeba ryknąć. Rzecz o na­tu­rze

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 3

Nie takie życie piękne, jak je malują

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 4

Świat się kręci, rzecz w tym, że zawsze w tę samą stronę

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 5

Stąd do wieczności

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 6

Nie wszystko złoto, co się mówi

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 7

Śmieszne nazwy w Tatrach. Rzecz o pięk­nej tra­dy­cji

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 8

Memento mori

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 9

Góral prawdę ci powie. Rzecz o ro­dzi­mych fi­lo­zo­fach

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 10

Bollywood, czyli wielki świat pod Tatrami

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 11

Nie poganiaj mnie, bo tracę oddech

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 12

Ile razy można? Rzecz o po­wta­rzal­no­ści

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 13

Niespełnione obietnice. Rzecz o współ­cze­snych ba­ja­rzach

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Zamiast zakończenia

Złote myśli psa Fafika

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Słowniczek

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Podziękowania

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej