Rach-ciach-ciach, czyli pchamy, pchamy - Krzysztof Wyrzykowski, Tomasz Jaroński - ebook
Opis

Mam nadzieję, że ta książka jest podobna do tego, co kibice słyszą w Eurosporcie” – podsumowuje Tomasz Jaroński. On i Krzysztof Wyrzykowski, dziennikarze od wielu lat „robiący w sporcie”, obecnie komentujący w Eurosporcie kolarstwo i biathlon, opowiedzieli wiele o tych dwóch dyscyplinach, które znają od kulis, ale także o swoim sposobie patrzenia na dzisiejszy sport.

Mówią w tej książce i o tym, jak powstały ich znane z Eurosportu powiedzonka: „rach-ciach-ciach” oraz „pchamy, pchamy”, i o tym, jak wspominają olimpiady, które relacjonowali, i o tym, jak widzą współczesną piłkę nożną, i o dopingu w sporcie, i o tym, dlaczego kibic przed telewizorem niekiedy wie o danej imprezie więcej niż relacjonujący ją dziennikarz, i o tym¸ dlaczego wanna z góry wylądowała w łazience pokoju hotelowego jednego z autorów…

Prolog i osiemnaście etapów składa się na książkę opowiadającą kawał historii polskiego i światowego sportu, którą napisali ludzie znający go na wylot.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Turyn–Risoulczyli wyjaśniamy kulisy grepsów

Krzysztof: No to co, lećmy po tym, co mamy, czyli nasze grepsy – wyjaśniajmy tytuł, a tytuł brzmi: „Rach-ciach-ciach, czyli pchamy, pchamy!”.

Tomasz: Właśnie, Krzysztofie, wiadomo, że jedno powiedzenie i drugie przyjęło się i w świecie kolarskim, i w świecie biathlonowym. Jak ci się wydaje, czy to łatwo coś takiego wymyślić? Ile nad tym myślałeś, na przykład nad „rach-ciach-ciach”?

Krzysztof: W ogóle o tym nie myślałem, to jest reakcja spontaniczna, to jest coś, co wychodzi w trakcie. Jak pamiętasz, to było, gdy Tomek Sikora na igrzyskach olimpijskich w Turynie biegł po srebro, a wtedy jeszcze wydawało nam się, że może to być złoty medal, bo Michael Greis wygrał dopiero na ostatniej rundzie. Nie siadaliśmy za mikrofonem z myślą o tym, że wymyślimy coś na wypadek, gdyby Sikora bezbłędnie strzelał, tylko jakoś tak spontanicznie się wyrwało. Najpierw chyba mnie, czy może nam razem. Pamiętam jedną rzecz, że na siebie spojrzeliśmy i w tym samym momencie zrozumieliśmy, że to jest właśnie to, co powinniśmy wtedy powiedzieć.

Tomasz: Pamiętam doskonale, 2006 rok, zobacz, jak to już dawno. Padający troszkę śnieg, ten obraz nie najlepszy, stoi ten Sikora, strzela. Obok niego sam Ole Einar Bjørndalen i Niemiec Greis, i pamiętam, że to „rach-ciach-ciach” wyszło ci tak naturalnie, spontanicznie, czyli – tak to trzeba rozumieć – strzelaj szybciej i celnie.

Krzysztof: A ty wołałeś…

Tomasz i Krzysztof (razem): Skuś baba na dziada!

Tomasz: Ale to się nie przyjęło…

Krzysztof: No bo wiesz… skuś baba na dziada to jednak było tak…

Tomasz: …tak nieładnie.

Krzysztof: Właśnie, to nie było fair play.

Tomasz: Zgadzam się.

Krzysztof: Z tym „rach-ciach-ciach” to później się zastanawiałem, czy można by było znaleźć jakiś synonim, znaleźć coś jeszcze innego, i jakoś niczego nie znalazłem. Wiesz przecież, że jest bardzo dużo zwolenników „rach-ciach-ciach”, a jednocześnie telewidzów, którzy tego w ogóle nie rozumieją, bo nie pamiętają kontekstu użycia, a po wtóre w ogóle uważają, że to jest jakaś błazenada.

Tomasz: Czyli regulaminowo, bo przecież tak żartując sobie, stworzyliśmy pewnego rodzaju regulamin, ten okrzyk przysługuje polskiemu zawodnikowi czy zawodniczce, wyjątkowo cudzoziemcom, w specjalnych okolicznościach.

Krzysztof: Tym, z którymi sympatyzujemy, czyli na przykład dziewczynom.

Tomasz: W wyjątkowych okolicznościach. Na przykład jeśli ktoś nieznany stawałby przed szansą zwycięstwa, ale po bezbłędnym strzelaniu w całych zawodach.

Krzysztof: Jednak nie wystarczy pięć celnych strzałów i od razu „rach-ciach-ciach”. Wtedy byśmy ów okrzyk zdeprecjonowali.

Tomasz: Tak, z drugiej strony to się przyjęło, bo pamiętam, kilka lat później któryś z polskich biathlonistów, już nieważne, jak się nazywał, miał pretensje o to, że w zawodach w biegu indywidualnym, gdy jest aż dwadzieścia strzałów, a on był bezbłędny, nie usłyszał „rach-ciach-ciach”.

Krzysztof: Czekał, czekał na „rach-ciach-ciach” i się nie doczekał. Niestety, my czasami w ferworze komentowania nie pamiętamy o tym, a może jego pozycja była tak daleka, że wydawało nam się, iż nie przystoi używać „rach-ciach-ciach” w takich okolicznościach?

Tomasz: Zostańmy jeszcze przy „rach-ciach-ciach”, zanim przejdziemy do „pchania”, bo nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, że od kilku sezonów coraz rzadziej możemy tego zwrotu używać. Zawołanie było związane z Tomaszem Sikorą, który za swoich najlepszych czasów ciągle orbitował w czołówce. Zawsze była szansa, że wygra zawody, i to „rach-ciach-ciach” było potrzebne, bo dawało dodatkową energię.

Krzysztof: Przede wszystkim było uzasadnione. Pamiętam, że „rach-ciach-ciach” użyliśmy kilka razy w stosunku do Tomka, a chyba tylko raz w stosunku do Krysi Pałki, może i Magdy Gwizdoń, kiedy bardzo dobrze strzelała, ostatnio dla Weroniki Nowakowskiej i raz pod adresem Krzysztofa Pływaczyka. I to chyba wszystko. Tego „rach-ciach-ciach” nie było tak znów dużo, parę razy mówiłem z pełną świadomością, żeby zaznaczyć, że „rach-ciach-ciach” jeszcze istnieje. Na przykład jak ładna biathlonistka strzelała celnie, też mówiliśmy „rach-ciach-ciach”.

Tomasz: Jednak w książce nie oddamy, jak wygląda ładna biathlonistka.

Krzysztof: Ale państwo dobrze wiedzą, bo oglądają nasze relacje. Zresztą myślę, że ładne biathlonistki, które my wyróżniamy, telewidzowie sobie już dawno wytypowali.

Tomasz: Ładnych biathlonistek jednak nie łączyłbym z „rach-ciach-ciach”, bo to może brzmieć dwuznacznie.

Krzysztof: (głośny śmiech) No tak, może masz rację!

Tomasz: Czyli „rach-ciach-ciach” mamy wyjaśnione. 2006 rok, Turyn, a właściwie Cesana San Sicario, występ Tomasza Sikory, srebrny medal igrzysk olimpijskich w biegu ze startu wspólnego, zwanym też biegiem masowym.

Krzysztof: Tak, ale tu trzeba jeszcze jedną rzecz dodać. Bo my mówimy, że to się przyjęło wśród telewidzów. Jak bardzo? Zdarza się, że kibice na ulicy, gdy nas rozpoznają, od razu mówią „rach-ciach-ciach”.

Tomasz: I od razu widać, że są to kibice biathlonu. Często hasło to pojawia się na początku biathlonowego sezonu i po prostu znaczy: „Panowie, trzymajmy kciuki za nasze dziewczyny, żeby było »rach-ciach-ciach«”, czyli żeby wygrywały, żeby stawały na podium, żeby celnie strzelały, żeby zdobywały medale…

Krzysztof: …wiadomo, o co chodzi.

Tomasz: Aż tu nagle, znów zupełnie przypadkowo, w roku 2014 pozyskaliśmy takie hasło kolarskie, czyli „rach-ciach-ciach” dla szosowców.

Krzysztof: „Pchamy, pchamy”, tak. „Pchamy, pchamy” też wyrwało się nam z piersi!

Tomasz: Teraz mówi się „pełen spontan”!

Krzysztof: Upierałbym się, że spontanicznie, wtedy gdy…

Tomasz: Czekaj, czekaj, jeszcze ci dodam: w naszym wykonie, to był pełen spontan (śmiech).

Krzysztof: Nie jestem, jak wiesz, zwolennikiem tych skrótów.

Tomasz: Ale wiesz, co to jest wykon?

Krzysztof: Wiem, wiem. Domyślam się, że w naszym wykonaniu.

Tomasz: Tak. Wykon jest wtedy, gdy jakaś piosenkarka śpiewa utwór.

Krzysztof: Aha, to jest wykon, tak? Kiedyś się mówiło występ.

Tomasz: Tak, ale teraz się mówi wykon.

Krzysztof: Dobrze, postaram się zapamiętać.

Tomasz: No to opowiadaj. Rafał Majka, Tour de France…

Krzysztof: Rafał Majka, Tour de France… Tu musimy jednak wrócić do kontekstu, bo… wiesz, że to jest znów przypadek niebywały, że na dziesiątym etapie Tour de France wycofuje się Alberto Contador i otwiera się szansa przed Majką. To znaczy, Majka dziesiątego dnia wyścigu siada do kolacji i Bjarne Riis – duński menedżer teamu Saxo Bank – mówi mu: „Rafał, możesz jechać dla siebie na wszystkich górskich etapach”.

Tomasz: Przestajesz być pomocnikiem, nam potrzebne są wyniki. Masz nogę – jak mówią kolarze – walcz o zwycięstwo…

Krzysztof: …i wygrywamy etapy. Majka bardzo ładnie się z tego wszystkiego wywiązał, bo pojechał wspaniale, jak pamiętamy, wygrał dwa trudne górskie etapy. A naszą rolą było to, że my dodaliśmy do całości to „pchamy, pchamy”. I to znów była reakcja taka bardzo naturalna, znów spontaniczna. Bo tym „rach-ciach-ciach” nie mogliśmy pomagać Tomkowi w strzelaniu, ale tutaj nam się wydawało, że my autentycznie Majkę pchamy. Wstaliśmy przecież z naszych krzeseł, czy właściwie rozpadających się foteli, i zaczęliśmy mu bardzo pomagać. Myśmy naprawdę wierzyli, że my mu pomagamy, co więcej, byliśmy przekonani, że on czeka na tę pomoc.

Tomasz: Jeszcze przypomnijmy. Jeśli państwo akurat tego nie widzieli, trasa prowadziła pod górę, więc to pchanie było jak najbardziej potrzebne. Bo często widać taki obrazek na wyścigach, może dość rzadko w telewizji, bo ona pokazuje najlepszych, ale jeśli ktoś kibicuje na trasie, to może ten fakt zaobserwować. Słabsi zawodnicy, którzy podjeżdżają pod górę wiele minut za najlepszymi, są popychani przez kibiców, tak troszkę dla zabawy, troszkę żeby im pomóc, troszkę dlatego, że taka jest interakcja kibiców. Więc jest to ewidentnie okrzyk kolarski. Oczywiście się z tobą zgadzam. Ba, jakbym zamknął oczy, to mi się wydaje, że ten telewizor był przekrzywiony!

Krzysztof: Chcieliśmy nawet tam coś poprawić!

Tomasz: Żeby ten obraz tak jechał pod górę razem z Majką i telewizorem.

Krzysztof: Dla porządku przypomnijmy, że były dwa zwycięstwa. Jedno w Alpach Wysokich, dziewiętnastego lipca etap prowadził z Grenoble do Risoul. Drugie trzy dni później, w Pirenejach, z Saint-Gaudens do Saint-Lary Pla d’Adet, gdzie w 1993 roku wygrywał Zenon Jaskuła. Rafał wygrał te dwa etapy i klasyfikację górską, czyli koszulkę w grochy!

Tomasz: Dwa etapy pod górę. Nie zapominajmy, że Majka skorzystał z tego, o czym mówiłeś, był takim freelancerem. Nie liczył się w klasyfikacji generalnej, bo już miał duże straty, więc mógł to wykorzystać. Ale go gonili i to pchanie odnosiło się nie tylko do tego, że on nie daje rady i zaraz z tego roweru pod tę górę spadnie, tylko żeby cały czas zachowywał przewagę nad ścigającymi go rywalami. Przecież w Alpach tuż za nim jechał zwycięzca TdF Włoch Vincenzo Nibali! I przegrał z Rafałem o dwadzieścia cztery sekundy!

Krzysztof: Liczyliśmy sekundy, pamiętasz, na głos! Przekrzykiwaliśmy się. Trzydzieści jeden! Dwadzieścia dziewięć! Dwadzieścia siedem! Nasza pomoc, tak się wydawało, była konieczna, ale tutaj nie o to tylko chodzi, że nam się wydawało, cała Polska liczyła z nami i pchała z nami, bo wszyscy mu jednak pomagali. Pamiętasz, ktoś napisał, że wypchał żonę razem z telewizorem na balkon. Takie humorystyczne dodatki też były. Dzisiaj mi się wydaje, Tomku, że jednak to „pchamy, pchamy” żyje swoim życiem, i to jest takie życie, które może rok po roku powracać. Wystarczy, że Rafał znów się będzie się pod jakąś górę wspinał, i już nie my będziemy musieli zachęcać do „pchamy, pchamy”, tylko każdy w swoim zakresie będzie pchał Majkę i innych polskich kolarzy.

Tomasz: Oczywiście. Tak jak „rach-ciach-ciach”, „pchamy, pchamy” stało się takim charakterystycznym słowem związanym z daną dyscypliną i sukcesami Polaków. Bo rzeczywiście ten rok 2014 był bardzo bogaty w sukcesy. Staramy się wyjaśnić ten tytuł, bo „pchamy” też ma swoje własne życie. Znowu bywa tak, że kibice, z którymi gdzieś się spotykaliśmy już po Tour de France, w pierwszych słowach na nasz widok mówią: „O, o, pchamy, pchamy!!!”. To też jest hasło rozpoznawcze nie tylko dla kolarstwa, czy dla biathlonu jak „rach-ciach-ciach”, ale naszego komentarza. „Pchamy, pchamy” można krzyknąć tylko pod adresem kolarza.

Krzysztof: Nie pozostaje nam nic innego, tylko zastrzec sobie używalność tych dwóch zwrotów. Może więc je opatentujmy?

Tomasz: W kontekście kolarskim i biathlonowym możemy, zresztą tytuł tej książki już jakby daje nam jakiś copyright (wspólny śmiech), dlatego właśnie ten tytuł, bo jest związany z dwiema dyscyplinami, które razem komentujemy, i z sukcesami Polaków, które mieliśmy przyjemność i okazję razem komentować. Są to jednocześnie nasze znaki rozpoznawcze. Ale to nie tylko tytuł książki, bo też takie zawołania, istniejące w świecie sportowym, w świecie komentatorów. To jest jakiś fenomen i zwłaszcza że, tak jak mówiłeś, wszystko działo się spontanicznie. No bo takich rzeczy nie wymyślisz, nie wyreżyserujesz…

Krzysztof: Nie wymyślisz! Nie przewidzisz! Wiesz, rozmawiałem nie tak dawno z moim przyjacielem Mirkiem Żukowskim, dziennikarzem „Rzeczpospolitej”, i on mówił o naszej pracy, że to jest właśnie rzecz, którą powinniśmy w jakiś sposób utrwalić. Bo to jest okoliczność niespotykana. Nie mówię tego po to, żeby podkreślić nasze wspólne zasługi, tylko dlatego, że rzeczywiście jest to coś, co do tej pory nie istniało w komentarzu, przynajmniej w komentarzu sportowym. A jeśli nie w komentarzu sportowym, to znaczy, że w ogóle nie istniało. Przecież wiesz, że komentatorzy sportowi są największymi specjalistami w relacji na żywo. Nie przypadkiem sławny komentator telewizji francuskiej Léon Zitrone, który zaczynał swoją karierę od komentowania łyżew figurowych, sprawozdawał ze wszystkich pogrzebów i ślubów rodzin królewskich na świecie. I jemu powiedziano: „Ty jesteś najlepszym komentatorem”. Popatrz więc, jaka perspektywa przed nami, szkoda, że nie mamy rodzin królewskich w nadmiarze, ale carskie na przykład chętnie byś skomentował, prawda?

Tomasz: Tak, tak. Sport zawsze trzeba komentować na bieżąco, na żywo, i trzeba opowiadać spontanicznie. Nie da się o imprezie sportowej, która dzieje się na żywo, opowiadać z kartki, oczywiście trzeba mieć jakąś dokumentację czy dostęp do komputera, kiedyś to była bardziej dokumentacja. Na tym, wydaje mi się, polega różnica między nami a komentatorami innych wydarzeń, którzy mogą się doskonale przygotować, bo mają scenariusze. Pogrzeby, wesela czy inne gale…

Krzysztof: Musisz mieć scenariusz…

Tomasz: …natomiast w sporcie nie masz scenariusza.

Krzysztof: Komentując sport, spodziewasz się rożnych zaskakujących sytuacji, jesteś przygotowany, choć nie masz scenariusza. A więc mając harmonogram, komentując inne wydarzenia, masz łatwiej… Jeszcze wróćmy przez chwilę do „rach-ciach-ciach” i „pchamy, pchamy”. Mam życzenie, marzenie, żeby jeszcze za dziesięć lat ktoś powiedział „rach-ciach-ciach” albo „pchamy, pchamy”, bo to oznaczałoby, że te dwa zwroty tak bardzo utrwaliły się w naszym języku sportowym…

Warszawa–Zakopaneczyli skuteczny podjajeczny

Krzysztof: Zaczniemy od tego, kim byliśmy, i to pewnie będzie najdłuższa część naszej opowieści.

Tomasz: Krzysztof Wyrzykowski kojarzy się mnie, jako młodszemu nieco koledze, dziennikarzowi…

Krzysztof: …nieco? O dychę!

Tomasz: Pamiętam ciebie czytającego dzienniki czy czytającego sport w dzienniku telewizyjnym. I, rzecz jasna, z bardzo fachowej relacji z Wyścigu Pokoju. Dla tych z państwa, którzy nie pamiętają: Wyścig Pokoju w TVP w latach siedemdziesiątych był robiony znacznie lepiej niż większość, w sensie obsługi dziennikarskiej, wyścigów obecnie pokazywanych. Byłeś specjalistą, tak to zapamiętałem, od relacji na motocyklu, no ale o tym później. Pierwsze pytanie, które muszę ci zadać, dotyczy początków kariery, czyli zainteresowania sportem. Skąd to się wzięło?

Krzysztof: Ja bym ci powiedział, że wyssałem z mlekiem matki – są takie wyświechtane sformułowania, ale oczywiście jest w tym trochę prawdy, bo ja pamiętam, że w czwartej klasie szkoły podstawowej był dowolny temat na napisanie dużego wypracowania z języka polskiego. Ale pewną zasługę ma też mój starszy brat Marek, bardzo interesujący się sportem.

Tomasz: Szkoła podstawowa – gdzie? Numer?

Krzysztof: Szkoła Podstawowa numer 23 w Warszawie przy ulicy Nowowiejskiej, później liceum w tym samym budynku i to było liceum Gottwalda, przed wojną nazywało się liceum Staszica, obecnie również się nazywa Staszica i jest najlepszym liceum w Polsce.

Tomasz: Gottwald, bohater komunistycznej Czechosłowacji, był tylko na chwilę.

Krzysztof: Tak, ścigał się w Wyścigu Pokoju z Ružičką, Veselým, Kubrem, Krivką i innymi bohaterami…

Tomasz: Gottwald?!

Krzysztof: Tak, żartuję. Walczył o popularność z tymi kolarzami. Wracając do sedna sprawy, wtedy w czwartej klasie pani od polskiego zadała zadanie, to było napisanie dużych wypracowań na temat „Kim chciałbym zostać?”, i ja napisałem dziesięć, chyba, takich zeszytowych karteczek, słynnych karteczek A4, napisałem o meczu derbowym Warszawy w piłce nożnej między Legią i Gwardią. Byłem kibicem Gwardii, co oczywiście było trudniejszym zadaniem, bo raz, że tych kibiców było dużo mniej, po wtóre Gwardia grała dobrze – a były takie lata, że wręcz bardzo dobrze – ale w sumie była chyba gorsza od Legii.

Tomasz: No i milicyjny klub.

Krzysztof: Milicyjny, więc w ogóle nie cieszył się popularnością. No, ale słuchaj, dostałem piątkę z tego wypracowania i pani od polskiego powiedziała: „Ty chyba będziesz dziennikarzem sportowym” i ja jakoś chyba zawsze sobie to tak układałem, że powinienem być dziennikarzem…

Tomasz: Światełko się zapaliło…

Krzysztof: Zapaliło się światełko. Później podzieliłem tę swoją wielką miłość do sportu z tym, że uprawiałem parę dyscyplin. Nie przeszkadzało mi być na przykład zawodnikiem Legii Warszawa w koszykówce (drugi zespół), a w piłce nożnej dopingować Gwardię.

Tomasz: Nie dziwię się, ze względu na twój wzrost to musiał być drugi zespół.

Krzysztof: Nie powiedziałbym, że byłem mały, może niewielki, bo przepraszam cię bardzo, mam sto siedemdziesiąt sześć centymetrów, miałem przynajmniej. Może teraz już mam sto siedemdziesiąt cztery…

Tomasz: Czy wiesz, co Napoleon odpowiedział kiedyś chyba marszałkowi Muratowi? Marszałek chciał mu podać bodajże mapę, do której Bonaparte nie mógł dosięgnąć, i powiedział: „Sire, ja jestem od pana wyższy”. A Napoleon na niego spojrzał i powiedział: „Nie wyższy, tylko dłuższy, i to o głowę”.

Krzysztof: No tak, oczywiście. To ja ci chciałem powiedzieć…

Tomasz: Tak, grałeś w koszykówkę…

Krzysztof: Tak, ale jeszcze taka anegdotka. Czytałem niedawno książkę o wspinaczkach w Himalajach (Ucieczka na szczyt Bernadette McDonald) i trafiłem tam na bardzo ładne zdanie Messnera. Messner, jak państwo pamiętają, to jest ten, który jako pierwszy zdobył wszystkie czternaście ośmiotysięczników, rywalizując przez jakiś czas z naszym Jerzym Kukuczką. Był teraz film wspaniały pod tytułem Jurek. Ci z państwa, którzy nie widzieli, niech spróbują gdzieś ten film obejrzeć. I Messner napisał piękne zdanie, kiedy Kukuczka wszedł na czternasty ośmiotysięcznik i powiadomił go o tym, pisząc: „Jestem drugi”. Messner mu odpowiedział: „Nie jesteś drugi – jesteś wielki”.

Tomasz: O, piękne!

Krzysztof: To było piękne zdanie, które zapamiętałem w kontekście tych wszystkich polskich różnych tragedii w Himalajach. Chcesz, żebym wracał do meczu Legia–Gwardia?

Tomasz: Pal licho, czy byłeś dłuższy, czy jesteś wielki. Twoja pierwsza miłość to koszykówka?

Krzysztof: Czy ja wiem? Koszykówka, a może piłka nożna. Mam zdjęcie, bo wyszła taka książka Legia 50-lecie czy Legia 30-lecie, coś takiego. Na okładce jest Lucjan Brychczy, który przyszedł do naszej szkoły, bo w tym Gottwaldzie WF-u uczył profesor Józef Ciszewski, były reprezentant Polski w piłce nożnej, przedwojenny, który grał w Legii, i on stworzył sekcję piłki nożnej. Ja byłem kapitanem tego zespołu. Mam zdjęcie z Brychczym, jak główkuję do takiego metalowego koszyczka, który stał, nie był nigdzie przywieszony, tylko… pamiętasz, stało to na środku sali gimnastycznej i się głową wbijało piłkę do tego koszyka. Ja jestem z Brychczym i jestem z tego strasznie dumny. Chyba nie przespałem kilku nocy z tego powodu…

Tomasz: …ale to piłka nożna…

Krzysztof: …właśnie, więc ty mówisz koszykówka, a jednak piłka nożna była pierwsza! Koszykówka była później, dlatego że mieliśmy takiego pana – później już w liceum profesora – Zdzisława Świstowa. Był trenerem koszykówki i zaraził nas koszykówką, i myśmy całą klasą, pierwszą piątką ze szkoły, zapisali się do Legii na koszykówkę. A tam same sławy trenerskie: Stefan Majer był moim szkoleniowcem, późniejszy trener Legii. Tobie te nazwiska nic oczywiście nie mówią, bo ty jesteś młodym człowiekiem. Popławski, Pstrokoński, Wichowski, Pawlak – wszystko to była pierwsza drużyna, a myśmy grali w drugiej. Wyobraź sobie – grałem w jednym zespole z takim na przykład koszykarzem, którego uważam za jednego z najlepszych w historii polskiej koszykówki, Włodzimierzem Tramsem.

Tomasz: Kojarzę i Włodzimierza Tramsa, i Wichowskiego. Wichowski zakończył karierę we Francji…

Krzysztof: Janusz Wichowski, niestety niedawno zmarł, mieszkał na pograniczu Francji i Belgii. To był wielki koszykarz.

Tomasz: Jeszcze mam jedno pytanie o koszykówkę. Chyba byłeś rozgrywającym bardziej niż centrem.

Krzysztof: No byłem! Oczywiście! Albo sobie na skrzydełku prawym grałem i z daleka rzucałem, niestety za dwa punkty.

Tomasz: Za dwa, bo nie było trzech.

Krzysztof: Parę razy bym mógł chyba zdobyć trzy punkty. I jeszcze rzucałem dobrze rzuty wolne, ale stylem bardzo brzydkim.

Tomasz: Na jakim procencie rzucałeś?

Krzysztof: Na jakim? Jaki miałem procent?

Tomasz: Tak się mówi fachowo. Na jakim procencie byłeś?

Krzysztof: Myślę, że ze czterdzieści.

Tomasz: Rzucałeś sposobem oddolnym?

Krzysztof: Tak, oddolnym.

Tomasz: Tak myślałem.

Krzysztof: Tak zwanym podjajecznym.

Tomasz: Podjajeczny zawsze skuteczny.

Krzysztof: Tak sobie rzucałem.

Tomasz: Teraz chyba trochę wstyd tak rzucać.

Krzysztof: Oni prawie wsady robią z rzutów wolnych.

Tomasz: Popatrz, to jest ciekawa historia, bo ja też miałem epizod koszykarski, ale w Polonii Warszawa, tylko później, rzecz jasna.

Krzysztof: Widzisz, ja grałem w Legii, a w koszykówce byłem kibicem Polonii.

Tomasz: I Gwardii w piłce nożnej.

Krzysztof: Nigdy Legii nie kibicowałem, a przez ponad dwa lata grałem w drugiej drużynie.

Tomasz: To były rozgrywki szkolne?

Krzysztof: Druga drużyna Legii składała się z młodych chłopaków i to była bardzo dobra polityka klubu, bo tam grali, tak jak ci mówiłem, Trams, Piltz, Tybinkowski – gracze, którzy grali później w pierwszej drużynie Legii, w reprezentacji Polski. Trams grał nawet w reprezentacji Europy. Przecież to byli jedni z lepszych koszykarzy w Polsce. Opowiem ci od razu ciekawostkę, zamykającą temat koszykówki. Zobacz, mimo że w tej koszykówce się wychowywałem i grałem, bardzo lubiłem grać, ja teraz nie oglądam meczów koszykówki. W ogóle! Absolutnie przeszedłem na stronę siatkówki, i tak jak kiedyś siatkówka była dla mnie sportem nieciekawym, nie do oglądania, tak teraz potrafię przejechać trzysta pięćdziesiąt kilometrów po to, żeby zobaczyć dobry mecz siatkówki.

Tomasz: Na żywo.

Krzysztof: Na żywo, oczywiście.

Tomasz: To ciekawe. W Polsce, w pewnym okresie, był szał na punkcie NBA, kiedy mecze można było oglądać na żywo w telewizji za pośrednictwem satelity. I wtedy koszykówka, będąca w stagnacji, wyprzedzona przez piłkę nożną i inne sporty, odżyła. I to nawet nie w sensie wyników naszej reprezentacji, czyli tego sportu przez duże S, tylko bardziej w kontekście zainteresowania młodzieży; znowu zrobiło się tłoczno na boiskach do koszykówki.

Krzysztof: Jordan…

Tomasz: …Johnson, Magic Johnson. Organizowało się różne konkursy, nie wiem, czy za twoich lat tak było, czyli na przykład taka fajna zabawa, że ja robię jakiś dwutakt z przełożeniem piłki za plecami, a następny biorący udział w konkursie musi to powtórzyć albo coś dodać…

Krzysztof: …jeszcze jakiś element.

Tomasz: I ten, który element najbardziej skomplikowany wykona i nikt nie będzie w stanie tego powtórzyć, ten wygrywa. Bo pamiętam, że za naszych lat to się w króla grywało.

Krzysztof: Zaczynałeś rzuty wolne z prawej strony i trzeba było przejść całą trumnę. Tak, ale wiesz, nie miałem tego, natomiast we Francji oczywiście NBA i cała koszykówka amerykańska zawodowa były popularne i to do Polski przyszło pewnie później, ale mnie to jakoś nigdy nie wzięło. Wiesz, jedyny raz, kiedy się zainteresowałem amerykańską koszykówką zawodową, to było wtedy, kiedy przyjechała drużyna Stanów Zjednoczonych na igrzyska olimpijskie do Barcelony i cały świat chciał tylko pokazywać i mówić o tej wspaniałej drużynie amerykańskiej.

Tomasz: Bo pierwszy raz w igrzyskach olimpijskich wystartowali zawodowcy.

Krzysztof: I to był ten Dream Team, który rzeczywiście oglądałem z dużą przyjemnością. Ale dużo wcześniej, jako chłopak, pobiegłem z Politechniki, gdzie mieszkałem, na warszawski Torwar, nie wiem, ile miałem lat – dwanaście, trzynaście? 1957 rok to był, albo 1958. Może ósmy raczej…

Tomasz: …pewnie Globetrottersi…

Krzysztof: Przyjechali Globetrottersi i to było wydarzenie. Na tych Globetrottersów to mógłbym patrzeć kilkanaście godzin. Państwu wyjaśnię, że The Harlem Globetrotters to byli tacy magicy, właśnie to, co mówiłeś, przekładamy z tyłu, przekładamy z przodu i z boku…

Tomasz: Gra pokazowa, bardziej idąca w cyrk.

Krzysztof: Już ustaliliśmy, że dziennikarstwo sportowe było mi pisane, ale jeszcze wcześniej, bo na początku lat pięćdziesiątych, moją wielką sportową miłością były skoki narciarskie. To był krótki epizod. Mieszkałem w Zakopanem przez półtora roku jako dziewięcio- czy dziesięcioletni chłopak. Wtedy zakochałem się w skokach narciarskich, skoki narciarskie, kiedyś ci to tłumaczyłem, opowiadałem, to była pierwsza moja wielka miłość sportowa. Chodziłem bardzo często pod skocznię, żeby obejrzeć treningi na Wielkiej Krokwi, a raz na jakiś czas prawdziwy, „wielki” konkurs.

Tomasz: Sylwestrowy.

Krzysztof: Sylwestrowy albo inny… I szło się pod Krokiew, ja miałem dwa–trzy kilometry, żeby dojść, przecież niczym się nie podjeżdżało, po to, żeby zobaczyć dwudziestu czy trzydziestu skoczków. Stanisława Marusarza, oczywiście, czy Antoniego Wieczorka, który przyjeżdżał ze Szczyrku i nienawidziło go całe Zakopane, Władysława Tajnera i innych. Stanisław Marusarz cieszył się największą sławą, byli też Jan Kula, Sieczka, Daniel-Gąsienica, Janusz Fortecki, no i takich kilkanaście innych pięknych nazwisk.

Tomasz: Antoni Łaciak…

Krzysztof: …Antoni Łaciak, wicemistrz świata na Średniej Krokwi z mistrzostw świata w Zakopanem w 1962 roku.

Tomasz: Oczywiście ja też przechodziłem przez skoki, ale jak myślę o tych nazwiskach, teraz nie mogę sobie przypomnieć, ale to ty mi podpowiesz. Z tych dawnych lat zapamiętałem jednego zawodnika, który skakał starą metodą, no teraz to już starą. Wychodząc z progu, wyciągał ręce do przodu.

Krzysztof: Helmut Recknagel!

Tomasz: To był styl Recknagela, ale w latach, o których mówisz, czyli jeszcze przed Przybyłą, przed Fijasem. Jeden z polskich zawodników też skakał stylem z rękami do przodu. Dawid?

Krzysztof: Moim zdaniem Zdzisław „Dzidek” Hryniewiecki tak skakał na pewno… Hryniewiecki to jest 1960 rok. On się rozbił przed olimpiadą w Squaw Valley. Skończył na wózku inwalidzkim po wypadku w Wiśle, a był jednym z wielkich faworytów do olimpijskiego złota.

Tomasz: Ja tego nie pamiętam.

Krzysztof: Hryniewieckiego w ogóle nie pamiętasz?

Tomasz: Kojarzę nazwisko, ale nie pamiętam go jako kibic, bo w 1960 roku miałem… pięć lat.

Krzysztof: Był największy… Nie porównujmy go teraz do Małysza, do Stocha, ale Hryniewiecki to był olbrzymi talent i właśnie wszyscy liczyli na jego udaną rywalizację z Recknagelem, który był wtedy królem skoków. No więc skoki to była kolejna moja pasja. I wreszcie trafiamy do kolarstwa!

Tomasz: Myślałem, że po drodze był tenis stołowy…

Krzysztof: …a, jeszcze był tenis stołowy, przypomniałeś mi. Dlaczego tenis stołowy? Na Wawelskiej był pawilon tenisa stołowego, tam trenowała Skra, a Skra była może nawet mistrzem Polski. Miałem kolegę w szkole, niedaleko mieliśmy z Nowowiejskiej, chodziliśmy czasami na wagary, bo tam w tym pawilonie rano nikogo nie było, i graliśmy godzinami w tenisa stołowego. Zapisaliśmy się do Skry, w pierwszej drużynie grał wielokrotny mistrz Polski Władysław Gaj, grał Ryszard Deskur, grał również Bogdan Latuszkiewicz, znany później dziennikarz sportowy. To była najlepsza trójka, najlepsza drużyna w Polsce, a my graliśmy w drugiej czy trzeciej drużynie.

Tomasz: Ciągle byłeś w drugiej czy trzeciej drużynie. Koszykówka, tenis stołowy…

Krzysztof: Nie byłem nigdy w pierwszej, nie mogę powiedzieć, ale miałem jakieś tam drobne sukcesiki. Na mistrzostwach Warszawy kiedyś przegrałem ze Zbyszkiem Calińskim, nieżyjącym już wielokrotnym mistrzem Polski, w jednej szesnastej finału, czyli byłem na siedemnastym miejscu, bo Zbyszek wygrał cały ten turniej, a dla mnie było to największe osiągnięcie. Pomyśl sobie, siedemnaste miejsce w Warszawie! Rozpierała mnie duma! Ale wkrótce zmieniłem klub.

Tomasz: Kupiony zostałeś!

Krzysztof: (śmiech) Kupiony do klubu Polonia Warszawa, która to Polonia Warszawa trenowała na ulicy Foksal na pierwszym piętrze, w tym najpiękniejszym budynku w okolicy. Kojarzysz mniej więcej?

Tomasz: Wiem, wiem.

Krzysztof: Tam były Polskie Towarzystwo Wioślarskie, Polski Związek Lekkiej Atletyki i tak dalej… I wiesz, kto poszedł do tego klubu również? Przypuszczam, że to on został naprawdę kupiony przez Polonię.

Tomasz: Bodzio Latuszkiewicz!

Krzysztof: Bodzio Latuszkiewicz, tak! Wszystko już widzisz… Czyli tenis stołowy, no i kolarstwo! Zaraziłem się kolarstwem, bo ksiądz od religii był strasznym kibicem, a co więcej, miał radio i były transmisje z Wyścigów Pokoju. Jak on słuchał, to ja, mieszkając w domu dziecka na Jaszczurówce, też słuchałem tych wszystkich transmisji.

Tomasz: Na religii?

Krzysztof: Nie. Jak on zobaczył, że ja się tym interesuję, to chodziłem do świetlicy i razem słuchaliśmy transmisji. 1953 rok, umiera Stalin, ale co nam tam Stalin, w marcu umarł, a my w maju czekamy na Wyścig Pokoju. Jeszcze jesteśmy trzy lata przed Królakiem, wtedy nasze sukcesy etapowe można policzyć na palcach. Triumfy w Wyścigu Pokoju odnoszą Duńczycy, którzy wygrywają seryjnie rok po roku, Czesi, Rosjanie, nie wiem, czy Niemcy wtedy… A może? „Täve” Schur w 1955 roku… To właśnie kolarstwo stało się miłością mojego życia, zyskałem dużo, ale też dużo czasu poświęciłem śledzeniu i towarzyszeniu wyprawom kolarskim na całym świecie.

Tomasz: Czyli kolarstwa nie uprawiałeś?

Krzysztof: Kolarstwa nie uprawiałem i nigdy mnie jakoś uprawianie kolarstwa nie pociągało.

Tomasz: W sensie jeżdżenia na rowerze.

Krzysztof: Na rowerze jeździłem, ale nigdy wyczynowo.

Tomasz: No dobrze, to są dyscypliny, z którymi miałeś do czynienia też jako trenujący, uprawiający, ale jest jeszcze kibicowanie.

Krzysztof: I to na wysokim poziomie. Redaktor Tadeusz Olszański, który był wtedy szefem działu sportowego „Sztandaru Młodych”, organizował rokrocznie Mistrzostwa Polski Kibiców Sportowych. Polegało to na tym, że trzeba było odpowiadać na ileś tam pytań i ten najlepszy kibic otrzymywał tytuł mistrza Polski. I zawsze wygrywał fryzjer z Falenicy. Nazywał się Kania. Chyba Stanisław Kania. Fryzjer Kania był nie do pokonania. Ile razy wystartował, tyle razy wygrał. To były straszne boje i ja też tam startowałem, raz nawet dotarłem do półfinału i odpadłem na wynikach z pływania, bo to było nie do zapamiętania, a Tadeusz Olszański miał hopla na punkcie pływania. Był jeszcze taki quiz kolarski z historii Wyścigów Pokoju, to był pewnie 1958 rok, bo miałem czternaście lat, tak, to było dziesięciolecie Wyścigu Pokoju, i wyobraź sobie, że tam dotarłem do szerokiego finału, w którym występowało czterech zawodników. Oni mieli za sobą występy w telewizji, a ja byłem najmłodszy i źle wylosowałem. Dostałem zdjęcie zawodnika w czapeczce – Rosjanin – wiesz, jak to często kolarze robili, gdzieś tam daszek z tyłu i w zgiętej pozycji finiszuje kolarz. I pytanie: „Jak nazywa się ten finiszujący kolarz?”. Kapitonow, myślę sobie i walę prosto z mostu. Jestem pewien! Już się cieszę, że wchodzę do finału, uśmiecham się do kamery, a tu bęc, słyszę dzwonek. Zła odpowiedź. To był Czerepowicz! To właśnie była moja pierwsza przygoda z kolarstwem, ale się nie zraziłem, było mi o tyle łatwiej, że miałem dostęp do materiałów, potem jeździłem do Francji. Pierwszy raz pojechałem w 1961 roku na wakacje, no i tam oczywiście miałem dostęp do wszystkich pism kolorowych związanych z kolarstwem, tych, które wychodziły: „Miroir du cyclisme”, „Miroir des sports”, „Miroir-Sprint”, i tam była masa kolarskich zdjęć. Ja, ucząc się w ten sposób francuskiego, zainteresowałem się przede wszystkim Tour de France i mistrzostwami świata i to były dwa wydarzenia w kolarstwie, które mnie jakoś bardzo pociągały.

Warszawa–Moskwaczyli Szwiedy? A, to proszę…

Tomasz: Wiem, że skończyłeś filologię romańską i po zakończeniu studiów próbowałeś trafić do dziennikarstwa, co jak opowiadałeś, było ci przeznaczone już od szkoły podstawowej?

Krzysztof: Nie trafiłem od razu do dziennikarstwa, nie. To była inna historia, dlatego że ciągle bardzo interesowałem się sportem, ale zawodowo poszedłem w innym kierunku. Moje studia to było najpierw Wyższe Studium Języków Obcych Uniwersytetu Warszawskiego w sekcji francusko-angielskiej ze specjalizacją tłumacza. Dostawało się po tych studiach dyplom tłumacza, niektórzy nawet kabinowego. Po studiach mnie i moją żonę wyłowiło Ministerstwo Łączności i z Małgosią, która również kończyła ten wydział, poszliśmy do pracy w Ministerstwie Łączności. Było nam tam bardzo fajnie, dostaliśmy bardzo dobre warunki finansowe, zawsze się mówiło, że na poczcie jest bida, a tymczasem nikt nam takich dobrych warunków stażowych nie proponował jak poczta. Ten epizod z pocztą był dwuletni. Później przeszedłem do Polskiej Akademii Nauk. Pracowałem w PAN-ie na dwudziestym czwartym piętrze Pałacu Kultury w Biurze Współpracy Naukowej z Zagranicą, no bo jednak musiałem coś z tymi językami zrobić. Ponadto prowadziłem kursy językowe w Ministerstwie Przemysłu Ciężkiego przy ulicy Kruczej, czyli po zajęciach w PAN-ie uczyłem francuskiego na kursach w ministerstwie. I któregoś dnia ta chałtura, jak to nazywaliśmy wszyscy, odpadła, a to finansowo była bardzo ciekawa sprawa, więc oglądając wieczorem któregoś dnia telewizję z jakichś wydarzeń sportowych, usiadłem i zacząłem pisać list do…

MAŁGOSIA

Moja jedyna partnerka, z którą rozgrywam piękny, niezapomniany, długi mecz w życiowym mikście. Nie ma breaków i match pointów, nie ma asów i podwójnych błędów. Nawet nie ma wątpliwych piłek. Wszystko gra od wielu lat. Od ilu? Ja mówię, że od czterdziestu siedmiu, a Małgosia ze swoim niepowtarzalnym, wiecznie obecnym uśmiechem poprawia: „Możesz spokojnie odjąć połowę na te twoje wszystkie służbowe wyjazdy”. Pewnie nie przypuszczała w październiku 1968 roku, kiedy w konsulacie w Paryżu konsul udzielał nam ślubu, nim udaliśmy się w podróż poślubną do… Warszawy, że kilkanaście lat później Francja stanie się naszym drugim krajem, do którego wyjechaliśmy na rok, może dwa, a jesteśmy ponad trzydzieści. Jestem jej nadzwyczaj wdzięczny za wszystko to, co bardzo taktownie wprowadziła do naszego domu: uśmiech, optymizm, mądrość, spokój, wreszcie – za te wszystkie lata, gdy odłożyła na bok pracę zawodową, zajmując się wychowaniem trzech córek. À la tienne, Małgosiu!

KW

Krzysztof i Tomasz razem: …redaktora Ryszarda Dyi.

Krzysztof: Redaktorem naczelnym od sportu w TVP był Ryszard Dyja. Usiadłem przy butelce dobrego wina i napisałem list do redaktora Dyi. Napisałem w taki trochę bezczelny sposób: „Panie redaktorze, jestem pracownikiem Polskiej Akademii Nauk. I wielkim kibicem sportowym. I skręca mnie, kiedy słucham, jak Pana pracownicy komentują wydarzenia sportowe, jak wymawiają obce nazwiska, jakim językiem się posługują”. Nie będę oczywiście przytaczał nazwisk, o kogo mi chodziło, bo ci wszyscy moi byli koledzy już nie żyją, no ale miałem dużo uwag do pracy właśnie moich późniejszych kolegów z redakcji sportowej. No i, proszę sobie wyobrazić, dwa dni później zadzwonił redaktor Andrzej Dmoch, który był sekretarzem redakcji, i zaczął tubalnym głosem rozmowę: „Panie radco!”. Dlatego mówiłem o tej Polskiej Akademii Nauk, bo zatytułowanie mnie później radcą było dla mnie dużym wydarzeniem. „Redaktor naczelny Ryszard Dyja chciałby się z panem spotkać, kiedy pan może?”. Ja mówię: „Proszę mi coś zaproponować, niedaleko mam na plac Powstańców z Pałacu Kultury, to ja chętnie przyjdę”. No i przyszedłem któregoś dnia, porozmawiałem z redaktorem Dyją i redaktor Dyja mnie zapytał: „Czy pan się zna na kolarstwie?” „Tak”, odpowiedziałem i nawet nie drgnęła mi powieka. „To świetnie, w takim razie proszę przyjść jutro, bo zaczyna się Wyścig Pokoju, a my mamy zawsze problemy z tymi wynikami, bo tu trzeba szybko liczyć, podać klasyfikację grafikowi i na to wszystko zawsze jest za mało czasu…”. I moim zajęciem było, żeby te wyniki szybko wyliczyć, sprawdzić i podać.

Tomasz: Napisać na kartce, żeby grafik mógł to namalować.

Krzysztof: No i tak się zaczęła moja przygoda.

Tomasz: Czyli na początku to była chałtura?

Krzysztof: To była chałtura, oczywiście.

Tomasz: Dalej byłeś radcą w PAN-ie.

Krzysztof: Dalej byłem radcą, dla draki w telewizji zwracano się do mnie: „Panie radco, czy pan już wyniki obliczył?”. „Obliczyłem”. No i robiłem to na tyle dobrze, że nie było żadnych albo bardzo niewiele byków, o czym Dyja powiadomił mnie na koniec Wyścigu Pokoju, czyli po dwóch tygodniach, mówiąc: „Wie pan, pierwszy raz w historii tej telewizji zdarza się, że poradziliśmy sobie z wynikami”. I tak w grudniu tego samego 1971 roku zostałem pracownikiem Telewizji Polskiej.

Tomasz: To ciekaw jestem, czy była to dla ciebie bardziej sprawa prestiżowa, czy spełnienie marzeń, czy na przykład korzyść głównie finansowa, no bo teraz często, gdy ludzie zmieniają pracę, wszelkie tego typu argumenty bierze się bardzo pod uwagę, czyli: „zmieniam pracę, bo więcej zarabiam”, lub: „zmieniam pracę, bo idę do góry”. „Trafiam do telewizji” to był jakiś prestiż, czy potraktowałeś to w taki sposób? Praca niewątpliwie ciekawsza od pracy radcy?

Krzysztof: Wiesz, muszę ci powiedzieć, że i tak, i nie. Znaczy dzisiaj nie pamiętam, jaka była moja pierwsza motywacja. Finansowa na pewno nie, bo Tomku, ty przecież wiesz, że jak ktoś chce zrobić w życiu pieniądze, to nie zostaje dziennikarzem, bo w dziennikarstwie nigdzie nie zrobisz wielkich pieniędzy. To nie były żadne pieniądze, bo moja pierwsza pensja to chyba było tysiąc dwieście złotych. Czyli miałem w telewizji mniej niż na stażu w Ministerstwie Łączności! Później to się oczywiście zmieniło w miarę upływu lat. Niewątpliwie pociągało mnie to, że moja praca zawodowa stawała się powoli pracą bardzo ciekawą, choć ja nie zaczynałem jako komentator.

Tomasz: No, ale pracowałeś w telewizji!

Krzysztof: Tak, ale to dla mnie nie było najważniejsze, choć dosyć szybko zacząłem występować na wizji, dosyć szybko zacząłem czytać wiadomości. Tylko widzisz, dla mnie to nie było dziennikarstwo, byłem takim czytaczem, spikerem.

Tomasz: Czyli byłeś takim Maćkiem Kurzajewskim…

Krzysztof: (śmiech) …Z czego byłbym bardzo zadowolony. I z tego wszystkiego wzięło się to, czego moja żona do dzisiejszego dnia nie może zrozumieć, bo mi często mówi: „Przecież ty byłeś człowiekiem, który na własne życzenie odszedł z telewizji!”. Mnie nikt z telewizji nie wygonił, to ja przestałem pracować w telewizji. Zacząłem w grudniu 1971 roku, a odszedłem pod koniec 1973 roku, czyli po niespełna dwóch latach. Powiedziałem: „Ja się tutaj niczego nie nauczę, do niczego mi to nie jest potrzebne, wolę pisać, wolę iść do dziennikarstwa pisanego”, i w ten sposób poszedłem do „Sportowca”. Wszyscy się zastanawiali: „Czy ty oszalałeś? Poszedłeś z telewizji do »Sportowca«?! Nikt cię nie wyganiał, miałeś tam jakąś przyszłość zawodową!”. No i poszedłem do „Sportowca”. To nie było może jakieś najlepsze posunięcie, ale z zupełnie innych przyczyn, jakiejś niezgodności charakterologicznej z naczelnym, a naczelny, jak wiemy, zawsze ma rację i w związku z tym, jak zaczynasz walczyć z naczelnym, to wiadomo, że prędzej czy później będziesz opuszczał redakcję. Tak przynajmniej kiedyś było i myślę, że teraz też tak jest. No a później… Telewizja otworzyła mi wtedy bardzo szeroko wrota i mogłem po raz drugi przyjść do telewizji, nie prosząc, tylko zostałem przez telewizję po prostu z tego „Sportowca” wyłowiony i wróciłem już na zupełnie innych zasadach, bo byłem reporterem, byłem komentatorem. Zaczęła się droga, która doprowadziła mnie do tego, że w 2002 roku zaczęliśmy współpracować, a moje pierwsze komentarze telewizyjne to był rok 1976, przed igrzyskami olimpijskimi w Montrealu.

Tomasz: Czyli ty, w pierwszym okresie telewizyjnym na początku lat siedemdziesiątych, byłeś takim szarym pracownikiem.

Krzysztof: Tak, taki szaraczek, tak. No ale miałem sukcesy. Na przykład, pewnie pamiętasz, bo był start do rajdu Monte Carlo w Warszawie. Do jego głównych aktorów należeli Francuzi, przyjeżdżali dobrymi samochodami, Porsche i innymi. Gerard Larousse czy inni znani wtedy Francuzi, jak Jean-Pierre Beltoise, oni startowali często z Warszawy. No to dostawałem kamerę, mikrofon i na Stadionie Dziesięciolecia czy na Karowej rozmawiałem z nimi bezpośrednio w czasie telewizyjnej transmisji, przeprowadzałem wywiady. Z tego względu, przynajmniej na początku, moja praca była łączona głównie z językiem francuskim. Podczas igrzysk olimpijskich w Sapporo w 1972 roku rozmawiałem codziennie z gwiazdami francuskiego, a więc i światowego narciarstwa alpejskiego. Pamiętajmy, że mieliśmy wtedy „Ałusia” Bachledę i Polska interesowała się wynikami alpejczyków, bo Andrzej Bachleda był jednym z faworytów.

Tomasz: Miał zdobyć setny medal dla Polski.

Krzysztof: Tak, miał zdobyć, ale jak wiemy, nie on zdobył, tylko Wojtek Fortuna, a Andrzej Bachleda był jednym z faworytów slalomu specjalnego.

Tomasz: I do kogo dzwoniłeś?

Krzysztof: Do Patricka Russela i do Christine Goitschel. Alpejskie gwiazdy. I zadawałem im pytania, co się będzie działo, kto jest faworytem, jakie są warunki i tak dalej, i nagrywaliśmy te moje, codzienne niemalże, rozmowy na magnetofon, po czym były one emitowane w bloku olimpijskim. Więc to też przysporzyło mi jakiegoś uznania. Później musiałem oczywiście dodać kogoś z kolarstwa, więc dodałem pana Roberta Oubrona, a pan Oubron był przez wiele lat trenerem reprezentacji kolarzy francuskich, którzy wtedy zdobyli sporo tytułów mistrza świata w kolarstwie amatorskim, i ten pan Oubron, przemiły, łysy jak kolano starszy pan, przyjeżdżał rokrocznie na Wyścig Pokoju i mówił, że to jest najwspanialsza impreza na świecie, daleko lepsza niż Tour de France. Oubron też występował często w telewizji, opowiadał o Wyścigu Pokoju, był częstym gościem Telewizji Polskiej, a ja tłumaczyłem, prowadziłem rozmowy z nim. No i to były takie może nie kamienie milowe, ale kamyczki w tej mojej układance, którą sobie przez lata w telewizji budowałem.

Worek na bagaż to na Wyścigu Pokoju była rzecz najważniejsza. Ponieważ w samochodach wożących dziennikarzy było czterech (łącznie z kierowcą) pasażerów, to bagaż w dużych fiatach czy wartburgach zwyczajnie się nie mieścił. Wprowadzono więc worki na bagaż, które były zabierane bladym świtem sprzed drzwi w pokoju hotelowym i dostarczane do następnego hotelu. Informowała o tym stosowna kartka przyczepiona do worka. Pomysł dość dobry, ale trzeba było pamiętać, aby rano wystawić ów worek z walizką w środku. Doświadczeni dziennikarze wystawiali owe worki wieczorem, by rano nieco się wyspać, a w małej torebce trzymali środki higieniczne i piżamę. Bywalcy dawali sobie radę, gorzej z debiutantami, zwłaszcza z krajów zachodnich. Jednemu Francuzowi długo tłumaczyliśmy, o co chodzi. Zrozumiał ideę worka, ale nie do końca. Wieczorem się spakował jak należy, wystawił worek z walizą, ale rano został w… piżamie, bo wszystkie jego ciuchy już pojechały wojskową ciężarówką. Uczynni koledzy z Polski skombinowali mu rezerwowe dresy. TJ

Tomasz: Z tego, co mówisz, wynika, że byłeś nierozpoznawany w telewizji, później przejście do „Sportowca”, dla którego pisałeś o wielkich wydarzeniach, o konkretnych sportach, o ludziach. Ja oczywiście pamiętam „Sportowca”. To był bardzo fajny tygodnik, który był uzupełnieniem do wszelkiego rodzaju wydarzeń sportowych, które kończyły się na ogół w weekend.

Krzysztof: Tygodnik ilustrowany.

Tomasz: Ilustrowany, tak, dużo zdjęć, świetni fotoreporterzy.

Krzysztof: Tak, Leszek Fidusiewicz, Eugeniusz Warmiński, Maja Sokołowska.

Tomasz: Na ówczesne czasy to było bardzo ważne. W dobie, gdy nie było internetu i dostęp do prasy zagranicznej, tej kolorowej, był ograniczony. Ale ja też pamiętam, że w „Sportowcu” teksty były bardzo pogłębione i przede wszystkim – na co zawsze zwracam uwagę – z pomysłem! To nie było tak, że ktoś siadał i spod dużego palca pisał jakiś komentarz, gdzie było mielone i powtarzane mniej więcej to, co się wydarzyło, tylko tam był zawsze jakiś pomysł. Ze spraw kolarskich utkwiły mi świetne, pisane przez Macieja Biegę „Dzienniki Ryszarda Szurkowskiego”.

Krzysztof: Nieżyjący już, niestety, redaktor Maciej Biega był wybitnym dziennikarzem, tam w ogóle w „Sportowcu”, muszę przyznać, oprócz redaktora naczelnego wszyscy byli wybitni i pracowały naprawdę najlepsze pióra w Polsce.

Tomasz: Nie wymieniasz nazwiska redaktora naczelnego z czasów, w których tam pracowałeś, ale dla ułatwienia możemy dodać, że był bratem złotej medalistki w skoku w dal z igrzysk w Melbourne.

Krzysztof: I to wystarczy, nie będziemy mu robić reklamy.

Tomasz: To powiedz, bo ciekawi mnie, czy pamiętasz do dziś jakiś tekst ze swojej kariery w „Sportowcu”?

Krzysztof: Wiesz… musiałbym sobie to jakoś przelecieć, przypomnieć sobie chociaż tytuły…

Tomasz: …a w internecie ich nie znajdziesz…

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Warszawa–Paryżczyli kto przeskoczył mur

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Piotrków–Warszawaczyli mały budowniczy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Warszawa–Barcelonaczyli kupony na kupki

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Warszawa–Montelimarczylivoulez-vous coucher avec moi?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Bagdad–Łomiankiczyli daj pan żabkę

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Warszawa–Berlin–Pragaczyli zmarzł na ciućkę

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Szczecin–Niceaczyli z bandytami nie umiem walczyć

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Barcelona–Ponferradaczyli na bocznicy Kraków Płaszów

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Mont Ventoux–Teksasczyli Armstrong dziękuje i pozdrawia, wkrótce odpisze

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Ruhpolding–Chanty-Mansyjskczyli zdrowaś Mario, łaskiś pełna

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Moskwa–Toblachczyli żony, narzeczone, kochanki

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Turyn–Londynczyli pięćdziesięciu w lecie, dwudziestu w zimie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Chorzów–Atenyczyli rozpoznasz tylko Olisadebe

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Bydgoszcz–Krakówczyli truskawki w Andrychowie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

The best of Tomasz Jaroński & Krzysztof Wyrzykowski

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Blog „Starzy, ale jarzy” z 10 sierpnia 2012 roku

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Jak komentujemy?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Fotografie – Krzysztof Wyrzykowski

Wszystko zaczęło się od zeszytu A4. Mistrzem w tenisie stołowym nie zostałem, ale wśród przyjaciół miałem mistrzów Europy i świata…

Czekając na kolarzy… Martusia była moim pierwszym kibicem.

Pozostałe fotografie dostępne w pełnej wersji eBooka.

Fotografie – Tomasz Jaroński

Na trasie Tour de Pologne w latach osiemdziesiątych. Od lewej Janusz Żwan, Tomasz Jaroński, Bogdan Latuszkiewicz, Andrzej Karczewski, Wojciech Mittelstaedt.

W „Przeglądzie Sportowym” nie tylko pisałem, ale również stałem na bramce.

Wyścigowa załoga G. Od lewej Wojciech Mittelstaedt, Stanisław Brzósko, Tomasz Jaroński i pan kierowca.

Pozostałe fotografie dostępne w pełnej wersji eBooka.

Fotografie – wspólnie

Tour de Pologne 2003, komentarz dla TVP.

Tour de Pologne 2005, komentarz dla Eurosportu.

Tak wygląda nasze eurosportowe studio.

Pozostałe fotografie dostępne w pełnej wersji eBooka.

Copyright for this edition © 2015 by Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa Copyright for the text © 2015 by Krzysztof Wyrzykowski Copyright for the text © 2015 by Tomasz Jaroński

Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa. 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. (48) 22 360 38 38 fax (48) 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. (48) 22 360 37 77

Redakcja: Karol Rutski Korekty: Redaktornia.com Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – WWW.PANCZAKIEWICZ.PL

Projekt graficzny, skład i łamanie: IT WORKS / itworks.net.pl Zdjęcie na I stronie okładki: Krzysztof Świergiel Redaktor prowadząca: Agnieszka Radzikowska Redaktor techniczny: Mariusz Teler

Zdjęcia: archiwum prywatne, Leszek Fidusiewicz, Janusz Szewiński, Mieczysław Świderski, Jan Rozmarynowski/Forum, Marek Żochowski, Artur Machnik, Krzysztof Świergiel, Adam Probosz, Paula Duda, Ryszard Poprawski, Marian Kaśkiewicz, Mariusz Beta, Mateusz Kalina, Włodzimierz Sierakowski, Witold Rozbicki/Reporter, Marek Biczyk/Newspix, Łukasz Grochola/Newspix

Autorzy i wydawnictwo dołożyli wszelkich starań w celu odnalezienia właścicieli praw do zamieszczonych w książce fotografii, jednak bezskutecznie. Prosimy ewentualnych właścicieli praw o kontakt na adres:ksiazki@burdamedia.pl

ISBN : 978-83-7778-880-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com